Czekając na aresztowanie nocą. Relacja ujgurskiego świadka z ludobójstwa w Chinach - Tahir Hamut Izgil - ebook

Czekając na aresztowanie nocą. Relacja ujgurskiego świadka z ludobójstwa w Chinach ebook

Tahir Hamut Izgil

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Kroniki nadciągającej śmierci

Współczesne doniesienia jednoznacznie wskazują, że Chiny coraz silniej zaciskają pętlę na szyi mniejszości narodowych, świadomie prowadząc do ich eksterminacji. Szczególnie dramatyczna staje się sytuacja Ujgurów – starego narodu o korzeniach tureckich. Zagraniczni obserwatorzy praw człowieka działania Chin wobec społeczności Ujgurów określają jednym słowem: ludobójstwo.

Czekając na aresztowanie nocą to opowieść Tahira Hamuta Izgila, naocznego świadka i ofiary prześladowań, w której autor przedstawia katastrofalną sytuacje Ujgurów w Chinach – prześladowania, coraz mocniejsze ograniczanie ich praw, nieustanne rewizje w domach i miejscach pracy, drastyczną kontrolę urodzeń. Tutaj jedno nieopatrznie wypowiedziane słowo może skończyć się aresztowaniem i wieloletnią zsyłką do obozu pracy.

Czy masz odwagę wejść do świata przypominającego najgorszy koszmar?

Dla Ujgurów to rzeczywistość.

Czekając na aresztowanie nocą to w istocie thriller psychologiczny, chociaż narracja toczy się jak w klasycznym horrorze, gdy względna normalność zamienia się w koszmar.

— Barbara Demick, The New York Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 256

Data ważności licencji: 1/26/2028

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

Waiting to be Arrested at Night

Copyright © 2023 by Tahir Hamut Izgil

This Polish translation was made on the basis of Joshua L. Freeman’s English translation. English Translation and Introduction copyright © 2023 by Joshua L. Freeman

Copyright © for the translation by Adriana Sokołowska-Ostapko

Projekt okładki

Katarzyna Bućko @booka.kasia.bucko

Fotografia na okładce

© Darmau / unsplash © Max Larochelle / unspash © Jenn Wood / unspash

© Juli Kkosolapova / unspash

Fotografia autora

© Mattéo Deneux

Mapa:

© infinetsoft / Adobe Stock

Redaktorka nabywająca

Aleksandra Ptasznik @wymyslamksiazki

Redaktorka prowadząca

Anna Michalik

Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku

d2d.pl

Opieka redakcyjna

Natalia Hipnarowicz

Opieka promocyjna

Marlena Grabowska

ISBN 978-83-240-9529-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2024

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Gdy szukając po ulicach, nie znajdują choćby mego cienia

Czy wiesz, że jestem z tobą

Perhat Tursun, Elegia, 2006

Wstęp od tłumacza na język angielski

Gdybyście kilka lat temu zamówili w Waszyngtonie ubera, waszym szoferem mógłby zostać jeden z naj­wybitniejszych żyjących poetów ujgurskich. Tahir Hamut Izgil przyjechał z rodziną do Stanów Zjednoczonych w 2017 roku, uciekając przed bezlitosnymi prześ­ladowaniami wobec swojego ludu ze strony chiń­skich władz. Dzięki wyjazdowi z kraju Tahir nie tylko uniknął niemal pewnego internowania w obozach, gdzie do tej pory trafiło ponad milion Ujgurów, ale i zys­kał możliwość pokazania światu obrazu tragedii, która dotknęła jego ojczyznę. Poniższa relacja to opowieść naocznego świadka o jednym z naj­większych kryzysów humanitarnych w obecnym świecie oraz historia ocalenia jednej rodziny.

Wcześniej niż samego Tahira poznałem jego wiersze. Po raz pierwszy zetknąłem się z nimi tuż po podjęciu pracy w charakterze tłumacza w Sinciangu, zamieszkałym przez Ujgurów regionie leżącym w zachodnich Chinach. Pewien serdeczny kolega powtarzał mi, że jeśli naprawdę chcę zrozumieć ujgurską kulturę, muszę czytać poezję. Ja jednak, podobnie jak wielu moich rodaków, nie miałem zamiłowania do liryki i puszczałem mimo uszu podpowiedzi przyjaciela. Do czasu, gdy któregoś dnia inny znajomy wetknął mi w dłoń wiersze Tahira. Nigdy wcześniej poezja nie poruszyła mnie tak głęboko.

Dla Ujgurów liryka to coś więcej niż dziedzina sztuki uprawiana jedynie przez pisarzy i intelektualistów. Tutaj wiersze splatają się z życiem codziennym – są cytowane w rozmowach, udostępniane w mediach społecznościowych, pisywane przez zakochanych. Za pośrednic­twem poezji Ujgurzy podejmują tematy społeczne, dys­kutują o kwestii ról płciowych oraz przeciwstawiają się represjom ze strony państwa. Do dzisiaj każdego ranka znajduję w swojej skrzynce mailowej kolejne strofy nadsyłane przez rozrzuconych po całym świecie Ujgurów z pro­śbą o przetłumaczenie.

W społeczności ujgurskiej poezja często wiąże się ze sławą i wpływami. Gdyby poprosić Ujgurów o wskazanie dziesięciu naj­wybitniejszych przed­stawicieli ich ludu, z pewnością padłyby nazwis­ka kilku poetów. Gdyby poprosić ujgurskich intelektualistów o wskazanie naj­bardziej znaczących myślicieli i pisarzy, prawdo­podobnie padłoby nazwis­ko Tahira Hamuta Izgila.

Tahira poznałem na początku 2008 roku, gdy zaczynałem tłumaczyć ujgurską poezję. Jego postać zapadła mi w pamięć równie głęboko jak pisane przez niego wiersze. Mus­kularny, energiczny i niepokojąco przystojny, o uważnym spojrzeniu, mówił precyzyjnie i z mocą. W dys­kusji płynnie przechodziliśmy z tematu na temat – od poezji przez politykę i historię po religię – więc dość szybko zorientowałem się, jak szerokie zainteresowania i wiedzę ma mój rozmówca.

Pochodzi z rodziny hodowców bydła mlecznego, dorastał w wiosce pod Kaszgarem, starożytnym miastem położonym w południowo-zachodniej części regionu ujgurskiego. Rytm i tradycje wiejskiego życia stały się źródłem jego poezji. Tahir urodził się podczas rewolucji kulturalnej, w naj­bardziej radykalnej fazie reżimu maoistowskiego, ale dorosłość osiągnął w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, gdy w Chinach nastał okres odwilży gospodarczej i kulturowej. Bezbarwna, upolityczniona poezja z czasów Mao ustępowała miejsca nowym stylom i gatunkom obfitującym w aktualne tematy. Publikując swój pierwszy wiersz, Tahir, wówczas uczeń szkoły średniej, wkroczył w świat literac­ki, w którym panował niezwykły ferment twórczy.

Celował w nauce, na studia przeniósł się więc do Pekinu, a ponieważ wywodził się z okolic Kaszgaru, gdzie mówiło się po ujgursku, musiał zmierzyć się z zadaniem opanowania standardowego języka mandaryń­skiego. Wgryzał się zatem w kolejne tomy chiń­skiej poezji awangardowej, które czytał na zmianę z tłumaczeniami dzieł Freuda. Wkrótce zaczął się dos­konale orientować w literaturze zachodniej, przez pewien czas nie rozstawał się z chiń­skim wydaniem wierszy Wallace’a Stevensa. To był emocjonujący czas, Tahir i inni ujgurscy studenci w Pekinie zawiązywali grupy, w których spotykali się, aby omawiać czytane teksty i dopingować się nawzajem w próbach własnych sił na niwie literac­kiej.

Stolica Chin również przechodziła burzliwy okres. Nowe pokolenie nie godziło się z powolnym tempem wprowadzania reform, coraz głośniej domagano się demokratycznych praw oraz ukrócenia korupcji. Na drugim roku studiów Tahir pomagał organizować studenc­kie strajki głodowe oraz demonstracje, które doprowadziły do pro­testów na placu Tiananmen w 1989 roku. Manifestacje młodych ludzi zostały ostatecznie zmiażdżone przez czołgi, ale rozbudzone w Tahirze zainteresowanie polityką przetrwało.

Po ukończeniu studiów Tahir przez chwilę pracował w Pekinie, następnie zaś otrzymał posadę jako nauczyciel języka mandaryń­skiego w Urumczi, stolicy regionu ujgurskiego. Przez cały ten czas nie przestawał tworzyć poezji, często utrzymanej w duchu modernizmu, niekiedy poruszającej kwestie uważane wcześniej za tematy tabu w literaturze ujgurskiej (w pewnym szeroko komentowanym utworze z 1994 roku pojawiły się wzmianki o marihuanie, masturbacji oraz „narodzie zmienionym w pijaczka”). W kręgach kultury awangardowej Tahir zaczął zys­kiwać coraz większą rozpoznawalność, uznawano go za młodego utalentowanego poetę.

W 1996 roku dały o sobie znać uwarunkowania polityczne, z jakimi Ujgurzy mierzą się w Chinach. Tahir wyjechał z Urumczi w nadziei, że uda mu się podjąć studia w innym kraju, jednak podczas próby przekroczenia granicy został aresztowany. Gdy w wyniku tortur przyznał się do nieprawdziwego zarzutu dotyczącego zamiaru ujawnienia tajemnic państwowych, został skazany na prawie trzy lata więzienia. Karę odbywał w bardzo trudnych warunkach, przez co przeraźliwie schudł – ważył niecałe czterdzieści pięć kilogramów.

Po wyjściu na wolność pod koniec 1998 roku musiał zacząć życie od nowa, ale jego nazwis­ko figurowało już na czarnej liście w partyjnej kartotece. Kilka miesięcy później podjął pracę przy pro­dukcji filmów i dość szybko zajął się reżyserowaniem niezależnych obrazów. Na początku lat dwutysięcznych Tahir zdążył zys­kać uznanie jako ważny i niezwykle oryginalny twórca filmowy, kojarzony głównie z prekursorskim dramatem Księżyc jest świadkiem. Nie zarzucił jednak pisania poezji ani pasji do czytania i poznawania różno­rodnej literatury.

Był to niezwykły wyczyn dla człowieka, który zaledwie kilka lat wcześniej został wypuszczony z obozu pracy, zwłaszcza że w tym wypadku budowanie nowego życia zbiegło się w czasie z pogarszającą się sytuacją polityczną i narastającym konfliktem etnicznym w regionie ujgurskim. W latach dwutysięcznych chiń­skie władze zlikwidowały większą część systemu edukacyjnego w języku ujgurskim, a dzieci z ujgurskich domów zmuszano, by zapisywały się do chiń­skich szkół z internatami. Dyskryminacja mniejszości ujgurskiej przez stanowiących większość Chińczyków Han* stawała się wszechobecna. Szukający zatrudnienia Ujgurzy od potencjalnych pracodawców często słyszeli wprost: „nie potrzebujemy tutaj mniejszości”. Powołując się na statystyki dotyczące bezrobocia, w dużej mierze wywołanego polityką rządową, chiń­skie władze zaczęły nacis­kać Ujgurów, by podejmowali nis­kopłatne prace w innych częściach kraju, gdzie umieszczano ich w przeludnionych osiedlach robotniczych pod ścisłym nadzorem, w otoczeniu nieznanych i często niezbyt życzliwych społeczności.

Z roku na rok niezadowolenie Ujgurów narastało, nie mogło jednak znaleźć ujścia choćby w mediach, ściśle kontrolowanych przez państwo. Wreszcie w połowie 2009 roku, gdy Hanowie pracujący w fabryce zabawek we wschodnich Chinach dopuścili się linczu na ujgurskich robotnikach z powodu bezpodstawnych os­karżeń o gwałt, w Urumczi wybuchły gwałtowne zamieszki. Ludność Han starła się z Ujgurami, liczba ofiar śmiertelnych sięgnęła kilkuset osób, na ulicach płonęły auto­busy, z witryn sklepowych sypało się szkło, a przypadkowych przechodniów katowano na śmierć.

We wrześniu, podczas fali pro­testów przeciwko regionalnemu sekretarzowi partii, Tahir przecis­kał się przez zatłoczone ulice, gdy nagle kilku demonstrantów Han podeszło do niego z okrzykiem:

– Jesteś Ujgurem?

Tahir opowiadał mi później, że nie wyobrażał sobie, aby stojąc na rodzinnej ziemi, miał zaprzeczyć swojej tożsamości.

– Tak, jestem Ujgurem! – zawołał w odpowiedzi. – Co wam do tego?

W tym momencie spadł na niego grad ciosów, przed którymi uciekł, przes­kakując przez barierkę. Dotkliwe pobicie sprawiło, że do dziś czasami drga mu powieka, ale nie odwiodło go od dalszej działalności.

Spytałem kiedyś Tahira, czy jego wytrzymałość była wynikiem lat spędzonych w więzieniu, a następnie w obozie pracy, on jednak zaprzeczył. Tłumaczył, że już przed aresztowaniem zdawał sobie sprawę z tego, iż los ujgurskiego intelektualisty w Chinach niesie ze sobą nieodłączne zagrożenia.

Mimo wszystko uważam, że to, co przeszedł, pomogło mu dostrzec gromadzące się czarne chmury wcześniej, niż zauważyła je większość społeczności. Jesienią 2016 roku umówiłem się na wieczór z Tahirem i kilkorgiem znajomych. Spotykaliśmy się na kolacjach regularnie od prawie dziesięciu lat i jak zwykle toastom, żartom i rozmowom nie było końca. Pałaszując gorący makaron z koniną, opróżnialiśmy kolejne butelki wina. Spowijał nas unoszący się w powietrzu dym, ponieważ pisarz Perhat Tursun miał w zwyczaju opowiadać swoje słynne anegdoty, zaciągając się raz po raz papierosem.

Po kolacji Tahir zaproponował, że odwiezie mnie do domu, wyszliśmy więc w ciemną noc i ruszyliśmy w stronę samo­chodu. Jednak zamiast odjechać z pustego już parkingu, siedzieliśmy w buic­ku Tahira i nie mogliśmy się nagadać. W mieście, w którym ściany mają uszy, było to naj­lepsze miejsce na poufną rozmowę.

Omawialiśmy pogarszającą się sytuację w regionie ujgurskim. Tahir wskazał położony na końcu parkingu, nowo wybudowany komisariat policji, po czym oznajmił, że większość byłych skazańców, którzy odbywali wyroki razem z nim w obozie pracy, w ostatnich miesiącach wzywano na przesłuchania policyjne. Gdy rozmawialiśmy o jego niedawnych podróżach za granicę, zaczął bardziej szczegółowo wypytywać o życie w Stanach Zjednoczonych. Wyczułem, że czas poruszyć temat, który nigdy wcześniej nie wypłynął w naszych dys­kusjach.

– Myślisz o przeprowadzce do Ameryki?

Tahir spojrzał mi pro­sto w oczy.

– Tak.

Zarówno on, jak i jego żona Marhaba długo nosili się z tą decyzją i nadal nie byli jej pewni. Czterdziestoparolatkom z dwójką dzieci niełatwo zaczynać wszystko od nowa w innym kraju z obcym językiem, tłumaczył Tahir. Musieliby porzucić swoje kariery zawodowe i przyjaciół, bez nadziei na powrót do domu w naj­bliższym czasie. Gdyby zwrócili się do amerykań­skich władz o udzielenie azylu, każda ponowna wizyta w Chinach wiązałaby się z groźbą więzienia. Jednak coraz bardziej ponure perspektywy polityczne w Sinciangu sprawiały, że Tahir i jego bliscy oswajali się z myś­lą o wyjeździe, gdyby sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót.

Tak też się stało. Pół roku później, na przełomie wiosny i lata 2017 roku, z regionu ujgurskiego zaczęły napływać doniesienia o masowych aresztowaniach i zsyłkach do obozów pracy. Chociaż ja sam wyjechałem z Sinciangu pod koniec 2016 roku, wiedziałem, że sytuacja zrobiła się naprawdę poważna. Nawet naj­bliżsi znajomi z tamtych stron zaczęli jeden po drugim usuwać mnie z kontaktów na komunikatorze WeChat, ponieważ utrzymywanie znajomości i rozmowy z osobami z zagranicy stawały się pretekstem do aresztowań.

Tahir pozostawał ze mną w kontakcie dłużej niż inni, odzywał się czasami, aby omawiać przekłady jego wierszy, które przygotowywałem, ale w końcu i on zamilkł. Dopiero pod koniec czerwca 2017 roku wysłał mi wiadomość głosową. „W maju pogoda bardzo się popsuła” – powiedział, posługując się tradycyjną ujgurską metaforą, która oznaczała represje polityczne. „Nie mogłem się z tobą kontaktować. Było nam strasznie trudno przy tych ciągłych zmianach pogody”. Wymieniliśmy kilka uwag na temat jednego z wierszy. Potem znów zapanowała cisza. Były to ostatnie wiadomości, jakie dotarły do mnie od znajomych z regionu ujgurskiego.

Następne miesiące przynosiły coraz to gorsze nowiny z Sinciangu. Stawało się jasne, że wbrew naszym nadziejom nie była to zaledwie kolejna chwilowa kampania niena­wiści. Gdy zaczęliśmy zdawać sobie sprawę z rozmiarów tego kryzysu, myś­lami nieustannie wracałem do osób, które tam poznałem i które tam zostały. Martwiłem się zwłaszcza o Tahira, ponieważ wiedziałem o jego wcześniejszym uwięzieniu na tle politycznym. Nie istniał jednak żaden sposób, aby się dowiedzieć, czy teraz nic mu nie grozi. Nie sposób było dowiedzieć się czegokolwiek o kimkolwiek.

Region ujgurski przeobraził się w gigantyczne więzienie, strzeżone przez siły bezpieczeństwa i system nadzoru biometrycznego niespotykany w historii ludzkości. Opustoszały całe wios­ki i osiedla, ponieważ dziesiątki tysięcy mieszkańców przeniesiono do przeludnionych obozów internowania. Ujgurom skonfis­kowano paszporty, odcięto możliwość komunikacji ze światem zewnętrznym. Ucieczka stała się niemożliwa.

Jednak przynajmniej w jednym wypadku zdarzył się wyjątek. Pod koniec sierpnia wspólny znajomy z Szanghaju powiadomił mnie, że Tahir przygotowuje się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Wstrzymałem oddech i nie ważyłem się z nim kontaktować, dopóki nie znajdzie się poza granicami Chin. Wkrótce inny wspólny znajomy przekazał mi amerykań­ski numer telefonu, który miał należeć do Tahira. Zadzwoniłem.

Odebrał Tahir. „Tinchliqmu?” „Jak się masz?” Przywitaliśmy się jak zwykle. Potem spytałem, gdzie obecnie przebywa. Gdy odpowiedział, że jest w Waszyngtonie razem z rodziną, ogarnęła mnie ulga. Po miesiącach niezmiennie ponurych informacji z regionu ujgurskiego zakrawało to na cud.

Dość szybko po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych Tahir zaczął myśleć o spisaniu relacji z kryzysu w Sinciangu, jednak w ciągu następnych kilku lat absorbowało go przede wszystkim zapuszczanie korzeni w nowym kraju. Jeździł uberem, zapisał się na lekcje angielskiego, ubiegał się o azyl. Dopiero pod koniec 2020 roku zadomowił się w amerykań­skiej rzeczywistości na tyle, by pozwolić sobie na utrwalenie wspomnień, które towarzyszyły mu od chwili ucieczki z Chin.

Gdy zaczął przelewać je na papier, coś w nim pękło. Tworzył w takim tempie, że ledwie nadążałem z tłumaczeniem. Za każdym razem, gdy omawialiśmy jego notatki, pojawiały się nowe szczegóły i wątki. Latem 2021 roku czasopismo „The Atlantic” opublikowało skrócony fragment wspomnień Tahira. Tymczasem kryzys w Sinciangu przybierał na sile. Tahir pisał dalej.

Poniższa opowieść zawiera osobistą relację człowieka, który był świadkiem wyniszczania swojej ojczyzny. Pracując nad tekstem, Tahir przeprowadził wiele rozmów z innymi uchodźcami, porównywał zapamiętaną przez siebie wersję wydarzeń z prywatnymi dokumentami oraz powszechnie dostępnymi źródłami. Aby ochronić wspomniane w relacji osoby przed prześ­ladowaniami ze strony władz, zmieniał nazwis­ka oraz szczegóły umożliwiające identyfikację; autentyczne pozostały jedynie imiona naj­bliższych jego krewnych oraz paru innych postaci.

O ile wiem, Tahir jest jedynym przed­stawicielem świata ujgurskiej literatury w Sinciangu zbiegłym z Chin w czasie masowych przesiedleń do obozów. Jego świadec­two łączy w sobie poetyc­ką siłę wyrazu z niezmąconym wyczuciem dwuznaczności moralnych, które nie umykają jego uwadze nawet w naj­bardziej ekstremalnych okolicznościach. Chociaż system terroru państwowego w Sinciangu opiera się na nieludzkiej machinie biurokratycznej, to zarządcy tego systemu – a także jego ofiary – są już na wskroś ludzcy, ukazani przez Tahira w całej ich złożoności.

Przed­stawiony w tej relacji świat okazuje się zas­kakująco blis­ki rzeczywistości, z którą my również się zmagamy. Wojna wypowiedziana przez chiń­skie władze mniejszości ujgurskiej jest zdarzeniem bezprecedensowym, ale wykorzystane do tego narzędzia wydają się znane. Represje stosowane w Sinciangu opierają się na wykorzystaniu mediów społecznościowych jako broni, na tworzeniu algorytmów komputerowych, które pro­wadzą stałą obserwację i przewidują zachowania użytkowników, oraz na posłużeniu się szeroką gamą nowoczesnych technologii umożliwiających inwigilację, w większości opracowanych na Zachodzie. Dys­kurs islamofobii, który przybrał na sile w Stanach Zjednoczonych, stał się osią chiń­skiej narracji usprawiedliwiającej politykę wobec regionu Sinciang, a między­narodowe korporacje zostały wplątane w łańcuchy dostaw, które biorą swój początek w obozach przymusowej pracy na ujgurskiej ziemi.

Na stronach tego świadec­twa pojawiają się wielo­letni przyjaciele moi i Tahira, grupa niezwykłych literatów i intelektualistów z Urumczi, których głosy wciąż jeszcze pamiętam. Spoza tragicznych zdarzeń zamieszczonych w poniższej relacji wyziera barwność i żywiołowość tego środowis­ka: sklepikarz, który w obliczu aresztowania niestrudzenie tłumaczy Bertranda Russella, pisarz, którego niepohamowane poczucie humoru jaśnieje na tle nadciągających okropieństw.

Każdy z nich mógłby równie wiernie i błys­kotliwie opisać trwający kryzys – gdyby mieli szansę zabrać głos. Oni jednak nie mogą się do nas zwrócić: trwające od kilku lat prześ­ladowania zmusiły ich do milczenia, przynajmniej na tę chwilę. To dla nich oraz w ich imieniu, a także w imieniu tysięcy innych nienazwanych, Tahir postanowił opowiedzieć tę historię.

Joshua L. Freeman

* Chińczycy Han – główna grupa etniczna w Chinach, stanowiąca mniej więcej dziewięćdziesiąt dwa pro­cent ogólnej populacji (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Czekając na aresztowanie nocą

Pro­log

Przesłuchanie

Pewnego marcowego popołudnia 2009 roku siedziałem w domowym gabinecie pogrążony w lekturze. Moja żona Marhaba zbierała w kuchni naczynia po obiedzie.

Ktoś zapukał do drzwi. Gdy je otwarłem, zobaczyłem troje młodych Ujgurów, dwóch mężczyzn i jedną kobietę. Marhaba wyjrzała z kuchni, stanęła za mną.

– Pan Tahir Hamut? – spytał wysunięty do przodu młodzieniec.

– Tak.

– Chcemy porozmawiać z panem na temat rejestracji gospodarstwa domowego*. Czy może pan pójść z nami na komisariat? – Głos miał spokojny.

Para trzymająca się krok za nim wyglądała na asystentów. Nie ulegało wątpliwości, że przybyszami byli ubrani po cywilnemu funkcjonariusze policji.

W Chinach rejestr gospodarstwa domowego zawiera informacje na temat każdego członka rodziny i jest uznawany za naj­ważniejszy dokument tożsamości. Sprawdzanie go stało się wśród policjantów częstym pretekstem do przeszukania domu albo zatrzymania wybranej osoby.

– Oczywiście – odpowiedziałem równie spokojnie.

– Pro­szę wziąć ze sobą dowód – dodał funkcjonariusz.

– Mam go przy sobie. – Poklepałem się po kieszeni, w której nosiłem portfel.

Marhaba obserwowała nas z niepokojem.

– Nie martw się, to nic takiego – uspokajałem ją, wkładając kurtkę i buty. – Chodzi tylko o zameldowanie.

Gdy schodziliśmy po schodach, zauważyłem, że funkcjonariusze ustawili się tak, by iść za mną i przede mną, pilnowali mnie. Dzień był pogodny, ale zimny.

Przyjechali cywilnym samo­chodem, co oznaczało, że działali nieoficjalnie. Usiadłem z tyłu razem z mężczyzną, który ze mną rozmawiał. Drugi mężczyzna pro­wadził, kobieta zajęła miejsce obok niego.

Oczywiście zastanawiałem się, dlaczego mnie zabrali. Nie przychodziło mi do głowy nic, co mógł­bym ostatnio zrobić, by dać im powód do aresztowania.

Wyjechaliśmy z osiedla na główną drogę. Aby dotrzeć do komisariatu, na skrzyżowaniu trzeba było skręcić w lewo. My skręciliśmy w prawo. Dopiero wtedy siedzący koło mnie mężczyzna wyjął z kieszeni legitymację policyjną i niedbale mi ją pokazał.

– Nazywam się Ekber. To jest Mijit. Jesteśmy z Biura Bezpieczeństwa Publicznego w Urumczi. Chcemy z panem chwilkę porozmawiać. – Kobiety nie przed­stawił.

Ekber zwracał się do mnie, używając zaimka „siz”, znamionującego szacunek, co uznałem za dobry znak. Gdyby uważali mnie za przestępcę, od początku używaliby nieformalnej, szorstkiej formy „sen”.

Milczałem i starałem się zachować spokój. Z doświadczenia wiedziałem, że gwałtowne reakcje w takich sytuacjach w niczym nie pomagały. Naj­lepiej sprawiać wrażenie osoby, która nie ma pojęcia, dlaczego ją zatrzymano. Funkcjonariusze czerpią przyjemność z patrzenia na ludzkie nerwy, strach i zagubienie.

– Czym się pan zajmuje? – dopytywał Ekber. To jeszcze nie było przesłuchanie, chciał mnie naj­pierw sprawdzić.

– Jestem reżyserem filmowym. – Ograniczyłem się do krótkiej odpowiedzi.

Przytaknął skinieniem głowy i ciągnął:

– Pisze pan też scenariusze?

W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy ich wizyta ma związek z moją działalnością pisarską.

– Nie, reżyseruję scenariusze, które napisali inni.

– Czyje scenariusze pan reżyserował?

Wymieniłem nazwis­ka trzech auto­rów. Jednym z nich był mój przyjaciel Perhat Tursun.

– Perhat Tursun, ten, który obraził naszego pro­roka Mahometa?

Obruszyłem się, słysząc te słowa z ust funkcjonariusza policji, ale szybko odzys­kałem równo­wagę. Zapewne próbował wyrobić sobie jakieś pojęcie o moich poglądach religijnych. Mimo to ta uwaga rozdrażniła mnie.

– Czytał pan powieść, w której Perhat Tursun rzekomo obraził Pro­roka? – W moim głosie pobrzmiewała irytacja.

Mężczyzna nie dawał za wygraną.

– Nie, ale czytałem esej na temat tej powieści.

– To pro­ponuję, żeby przeczytał pan samą powieść – odparłem. – Urzędnicy państwowi powinni być skrupulatni.

Opublikowana dziesięć lat wcześniej powieść ­Sztuka samo­bójstwa dotykała tematów, których tradycyjnie w ujgurskiej literaturze unikano: poczucia wyobcowania, seksualności, samo­bójstwa. Tekst naruszał zwyczajowe konwencje estetyczne i obyczajowość społeczną, przez co odbił się głośnym echem w środowis­ku literac­kim. Pewien konserwatywny krytyk rzucił bezpodstawne os­karżenie, jakoby treść książki obrażała Pro­roka, przez co Perhat Tursun spotkał się z falą powszechnej krytyki, a podczas zaciek­łej debaty społecznej grożono mu nawet śmiercią.

– Pan też jest pisarzem? – spytał Ekber.

– Piszę wiersze.

– Jakie wiersze pan pisze?

– Nie zrozumiałby pan ich.

– Aha, czyli te pokręcone abstrakcyjne poezje? – Uśmiechnął się kpiąco.

Nie odpowiedziałem. W samo­chodzie zapadła cisza. Jechaliśmy przez znajome ulice.

Nadal nie wiedziałem, dlaczego dzisiaj po mnie przyszli, i zachodziłem w głowę, czy wiąże się to z moim pobytem w więzieniu kilkanaście lat wcześniej. Jeżeli tak, to mogło skończyć się źle.

W 1996 roku chciałem podjąć studia w Turcji, ale zostałem aresztowany na granicy z Kirgistanem pod zarzutem „usiłowania wywiezienia z kraju nielegalnych i poufnych materiałów”. Był to okres, gdy Ujgurów aresztowano pod byle pretekstem, i w końcu nadszedł czas na mnie. Półtora roku spędziłem w więzieniu w Urumczi, po czym skazano mnie na trzy lata resocjalizacji poprzez pracę. Ponieważ połowę wyroku odsiedziałem już w zakładzie karnym, na drugą część przeniesiono mnie do reedukacyjnego obozu pracy w Kaszgarze.

Podczas odbywania wyroku straciłem posadę nauczyciela, po powrocie do Urumczi byłem więc bez pracy, bez pieniędzy i bez domu. Miałem jedynie rejestr gospodarstwa domowego. Ciężko pracowałem, by zaczepić się na rynku, i w końcu zdołałem się zatrudnić jako reżyser filmowy. Ponieważ jednak byłem wolnym strzelcem i pozostawałem poza systemem państwowym, naj­częściej angażowano mnie do kręcenia nis­kobudżetowych seriali telewizyjnych, wideoklipów albo reklam. Zarobki ledwie wystarczały na życie, a pozys­kiwanie kolejnych zleceń chwilami graniczyło z cudem.

Regionalna stacja telewizyjna Sinciangu szukała w tamtym czasie tłumaczy wiadomości z języka chiń­skiego na ujgurski. Spośród trzystu kandydatów uzys­kałem naj­lepsze wyniki na teście biegłości językowej, ale przeprowadzone badanie przeszłości politycznej ujawniło, że zostałem zwolniony z poprzedniej pracy. To wystarczyło, aby telewizja odrzuciła moją kandydaturę.

Próbowałem również swoich sił jako pisarz, jednak utrzymanie się z samego tworzenia okazało się niemożliwe. Tak wyglądała moja sytuacja w 2001 roku, gdy Marhaba i ja postanowiliśmy się pobrać.

Poznaliśmy się kilka lat wcześniej, gdy po powrocie z Pekinu podjąłem pracę w Urumczi. Perhat Tursun dorabiał wtedy po godzinach w niewielkiej firmie przekazującej informacje rolnicze ujgurskim gospodarstwom rolnym i zaprosił mnie do współ­pracy. Zgodziłem się, ponieważ w szkole, w której uczyłem, dostałem niewielką liczbę godzin. Właśnie w tej firmie po raz pierwszy zobaczyłem Marhabę, również nowo zatrudnioną. Zauważyłem, że ta dziewczyna o inteligentnym spojrzeniu często mi się przygląda, jak gdyby chciała wyrobić sobie o mnie zdanie.

Była o pięć lat młodsza, więc zwyczajowo powinna zwracać się do mnie „Tahir aka”. Ujgurzy zwykle używają zwrotu „aka” – „starszy brat” – gdy odnoszą się z szacunkiem do starszych mężczyzn, podobnie jak do starszych kobiet zwracają się „hede”, co oznacza „starsza siostra”. Jednak Marhaba mówiła do mnie po pro­stu: Tahir. Wiedziałem, że jest w niej coś wyjątkowego.

W tamtym czasie zaczęliśmy coraz częściej ze sobą rozmawiać, czasami jedliśmy razem drugie śniadanie. Pomału zbliżaliśmy się do siebie.

Potem jednak zostałem uwięziony i zupełnie straciłem kontakt z Marhabą. Po wyjściu na wolność i powrocie do Urumczi niemal natychmiast skontaktowałem się z żoną Perhata, aby się upewnić, że Marhaba nie wyszła za mąż. Zaledwie kilka dni później umówiłem się z nią przed Teatrem Ludowym.

Gdy przyszedłem na miejsce, ona już czekała. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się niezwykle uroczo, jednak tuż po przywitaniu spochmurniała. Trzy lata temu poczuła się mocno zraniona, gdy wyjechałem bez pożegnania, a kiedy dowiedziała się, że zostałem aresztowany, przez trzy dni płakała, nie wychodziła z domu, nie mogła jeść.

Staliśmy i rozmawialiśmy na ulicy, samo­chody mijały nas z warkotem, zapadał zimowy wieczór, robiło się coraz chłodniej. Przez trzy lata więzienia mój organizm stał się mało odporny i bardzo wrażliwy, ale słuchając słów Marhaby, przestałem zwracać uwagę na mróz.

Zaczęliśmy się spotykać. Nasza więź stawała się coraz głębsza i silniejsza, a ja po kilku latach niedoli bardzo potrzebowałem rodzinnego ciepła. Marhaba okazała się troskliwą, pełną dobroci osobą. Często mnie odwiedzała, dbała o mnie, moje sprawy i zmartwienia zaczęła traktować jak swoje.

W końcu zdecydowaliśmy się na ślub. Moi rodzice w Kaszgarze nie byli zamożni, ale podarowali nam pieniądze, które wystarczyły na wynajem mieszkania. Aby zapłacić tradycyjne wiano rodzinie Marhaby, pożyczyłem od przyjaciela pięć tysięcy juanów – była to bardzo skromna zapłata za pannę młodą.

– Nie martw się – uspokajała mnie przyszła żona. – Jeśli oboje będziemy pracować, zarobimy na życie i poradzimy sobie.

Po ślubie wspólnie zaoszczędziliśmy i oddaliśmy przyjacielowi pięć tysięcy juanów.

Wkrótce po zawarciu małżeństwa musieliśmy zaktualizować rejestrację gospodarstwa domowego i zapisać się wspólnie w dzielnicy, w której zamieszkaliśmy. Zabrałem dokumenty z komisariatu, pod który wcześniej podlegałem, by złożyć je w nowym miejscu. Policjantka Han odpowiedzialna za zameldowanie przejrzała moje papiery. Jej szorstka reakcja zas­koczyła mnie.

– Obecny numer pana dowodu jest inny niż numer, który figuruje w archiwach rejestru.

– Jak to możliwe?

– Pierwszy pana numer wskazuje na Pekin, zaczyna się od jedenastu – odparła nieznoszącym sprzeciwu tonem. – A obecny pana numer pochodzi z Urumczi, zaczyna się od sześćdziesięciu pięciu. Tak nie może być. Każdy człowiek ma tylko jeden numer dowodu. W pana wypadku liczy się ten z Pekinu.

Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć.

– To co mam teraz zrobić? – spytałem w końcu.

– Pro­szę iść na komisariat, który pana rejestrował. Poprawić numer, a potem wrócić. Inaczej nie możemy pana tutaj zameldować.

Gdy przeprowadzałem się na studia do Pekinu, zgodnie z wymogami nałożonymi przez władze zabrałem ze sobą rejestr gospodarstwa domowego. Wkrótce potem Chiny wprowadziły pierwszą generację dowodów osobistych w formie plastikowych kart, otrzymałem więc swoją kartę, a ponieważ byłem zameldowany w Pekinie, znalazł się na niej pekiń­ski numer. Po powrocie do Urumczi zarejestrowałem się w miejscowym komisariacie i otrzymałem nowy dowód osobisty z numerem z Urumczi. Nie zwróciłem większej uwagi na tę modyfikację; uznałem, że skoro zmieniam miejsce zameldowania, to zgodnie z tym musi się zmienić również numer mojego dowodu. Przez sześć lat używałem go bez żadnego pro­blemu, a teraz okazało się, że widniejący na nim numer jest niepoprawny.

Następnego dnia wróciłem na swój stary komisariat i opowiedziałem o całej sytuacji. Funkcjonariuszka Han, która odpowiadała za meldunki, zerknęła na dokumenty wydane mi poprzedniego dnia i od razu zobaczyła, w czym pro­blem. Mimo to dłuższą chwilę siedziała w milczeniu.

– Czy rzeczywiście ten numer jest niepoprawny? – dopytywałem, chcąc się upewnić, ona jednak naj­wyraźniej nie zamierzała przyznać się do błędu. Urzędnicy państwowi, a zwłaszcza funkcjonariusze policji, bardzo niechętnie uznają swoje pomyłki. Pomyś­lałem, że skoro minęło sześć lat od czasu przyznania mi numeru, to z pewnością odpowiedzialność za uchybienie ponosił inny funkcjonariusz, ale siedząca przede mną kobieta prawdo­podobnie czuła, iż powinna bronić honoru całego systemu.

Raptownie podniosła głowę.

– Dlaczego nie zgłosił pan tego wcześniej?

– Sądziłem, że po przeniesieniu zameldowania do Urumczi numer dowodu również się zmienia.

– To pana błąd – oznajmiła stanowczo.

Moja cierpliwość się wyczerpała.

– Nie dopełniliście swoich obowiązków, a teraz przerzucacie winę na mnie? To nie ja zmieniam numery w dowodzie, to tylko i wyłącznie wasza odpowiedzialność.

– Tak nie będziemy rozmawiać – stwierdziła, ignorując moje słowa. – Pro­szę złożyć pisemnie czynny żal, w którym przyzna się pan do winy, ponieważ powinien pan zgłosić pro­blem o wiele wcześniej. Wtedy rozpatrzymy sprawę.

Rozmowa była zakończona. Wiedziałem, że muszę zadowolić się tym, iż znalazło się rozwiązanie, nawet jeśli oznaczało ono wzięcie przeze mnie odpowiedzialności na siebie. Gdy złożyłem czynny żal, funkcjonariuszka wypełniła druk o nazwie „Poświadczenie zmiany numeru dowodu osobistego mieszkańca regionu Sinciang”. Stwierdzał on, że mój obecny numer jest niepoprawny, w związku z czym powinno się przywrócić numer przyznany mi wcześniej. Policjantka podstemplowała formularz.

Przywrócenie dawnego numeru dowodu osobistego oznaczało, że sześć ostatnich lat mojego życia, w tym trzy lata spędzone w więzieniu, zostało pozbawione tożsamości. Było to dla mnie prawdziwe błogosławieństwo. Miałem ogromną nadzieję, iż dzięki temu wszelkie informacje na temat wcześniejszego osadzenia i wyroku skazującego zostaną wymazane z systemu policyjnego. W tamtym okresie istniała na to spora szansa, ponieważ internet jeszcze raczkował.

Przez pewien czas po ślubie ani Marhaba, ani ja nie mieliśmy stałego zatrudnienia, dlatego podejmowaliśmy różne prace, często dorywcze, żeby związać koniec z końcem. Oboje pracowaliśmy w pocie czoła na wszystko, ­czego potrzebowała młoda rodzina. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale szczęśliwi. W końcu dostałem posadę jako reżyser filmów w prywatnej firmie medialnej. Doczekaliśmy się dwójki dzieci, a po siedmiu latach wynajmowania mieszkania, w 2008 roku, zdołaliśmy wziąć kredyt pod hipotekę i kupić własne cztery kąty.

Moja praca reżyserska spotykała się z coraz lepszym przyjęciem w szerszych kręgach. Wciąż pisałem wiersze i również na tym polu udało mi się zdobyć pewne uznanie. Po wielu trudach i przeciwnościach nasze życie wreszcie się ustabilizowało, a my mogliśmy się cieszyć względnym spokojem.

W ciągu dziesięciu lat od wyjścia na wolność policja raz na jakiś czas zatrzymywała mnie pod różnymi pretekstami, ale większość ujgurskich intelektualistów doświadczała tego samego. Zatrzymania nigdy nie wiązały się z moim dawnym pobytem w więzieniu, co prawdo­podobnie zawdzięczałem nie tylko zmianie numeru dowodu osobistego, ale i miejscu aresztowania – przed laty ujęto mnie w prefekturze Kizilsu, obecnie zaś byłem zameldowany jako mieszkaniec Urumczi. Policja nie zwykła zajmować się sprawami z innych dystryktów, jeśli nie zys­kiwały one naj­wyższej rangi, było więc mało prawdo­podobne, by funkcjonariusze z Kizilsu fatygowali się tysiąc pięćset kilometrów do Urumczi w celu sprawdzenia moich poczynań.

Jeżeli jednak coś się zmieniło i teraz policja z Urumczi wciągnęła mnie na czarną listę z powodu przeszłości politycznej, do końca życia będę pod ścisłą obserwacją. Z trudem osiągnięta równo­waga życiowa legnie w gruzach.

Jechaliśmy wąską drogą w centrum miasta, zatrzymaliśmy się przed starym budynkiem mieszczącym komisariat dzielnicy Tengritagh*. Funkcjonariusze zaprowadzili mnie na piętro do nijakiego pokoju, w którym znajdowały się trzy krzesła, trzy stoły i trzy zwykłe komputery stacjonarne. Blaty i monitory pokrywała cienka warstwa kurzu, domyś­lałem się więc, że nikt tu nie zaglądał przynajmniej od miesiąca.

Ekber wskazał mi krzesło stojące naj­bliżej drzwi.

– Napije się pan czegoś? – spytał.

– Poproszę colę, jeśli jest – odpowiedziałem.

Mijit wyszedł z pokoju, kobieta już wcześniej gdzieś zniknęła. Ekber włączył ustawiony pod oknem komputer, po czym grzecznie poprosił:

– Mogę zobaczyć pana dowód?

Podałem funkcjonariuszowi dokument, który wyjąłem z portfela. Położył go obok siebie na stole.

Mijit wrócił z trzema puszkami schłodzonej coca-coli, jedną wręczył mnie, drugą Ekberowi. Po chwili Ekber wyszedł bez słowa, a ja, sącząc swój napój, starałem się zachować spokój. Mijit odstawił puszkę na stół, przez jakiś czas gapił się w monitor, na którym migotał instalujący się system, a następnie ruszył w stronę drzwi. Zanim zdążył wyjść, powiedziałem, że muszę skorzystać z toa­lety. W rzeczywistości zależało mi na tym, aby sprawdzić ich reakcje. Mijit kazał mi iść za nim. Na korytarzu nikogo nie było, minęliśmy kilka par drzwi, po czym stanęliśmy przed toaletą. Wszedłem do środka, funkcjonariusz wszedł za mną, nie spuszczając mnie z oka. Naj­wyraźniej zo­stałem uznany za osobę wartą szczególnego zainteresowania.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* Rejestr gospodarstwa domowego – obowiązujący w Chinach system rejestracji gospodarstwa domowego, w którym umieszcza się dane osobowe, podstawowe informacje na temat naj­bliższych członków rodziny oraz obecnego, a także wcześniejszych miejsc zamieszkania. Dokument ma formę niewielkiej bordowej książeczki.

* Oficjalna chiń­ska nazwa dzielnicy zwanej po ujgursku Tengritagh to Tianshan.

Rozdział I

Telefon z Pekinu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział II

Nieskrywana duma

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział III

Nieproszeni goście

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IV

Księgarz Eli

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział V

Czerwona opas­ka

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VI

Przez szybę samo­chodu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VII

Klucz

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VIII

Piwnica komisariatu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IX

Paszporty

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział X

Odmowa

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XI

Odległy brzeg

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XII

Białe kupony, błękitne kupony

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIII

Podczas burzy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIV

Czekając na aresztowanie nocą

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XV

Odcięta droga

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVI

Mieszkanie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVII

Bez pożegnań

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVIII

Podróż w jedną stronę

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Amerykań­ski sen

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej