Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 162 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czas na mnie - Agnieszka Kowalska

Czy w dzisiejszych czasach można przeżyć wielką miłość? Można. Czy po stracie kochanej osoby można się odbudować? Można. O tym jest książka Agnieszki Kowalskiej, żony Macieja Kozłowskiego, niezwykle lubianego aktora. Dorota Wellman tak o niej pisze: Ta książka to najpiękniejszy list miłosny, jaki czytałam. Chciałabym, żeby ktoś mnie tak kochał.

Opinie o ebooku Czas na mnie - Agnieszka Kowalska

Fragment ebooka Czas na mnie - Agnieszka Kowalska

Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Imię
Nazwisko
Wykształcenie
Zawód
Teatr
Film
Bilet w jedną stronę
Miłość i śmierć
Dom
Piłka
Sporty pozostałe
Dzieci i skrzydła
Kozi – gangster
Muślinowa zasłona
Gniazdo nad przepaścią
Życie po śmierci
Kilka spotkań i parę wzruszeń
Mondo Cane
Forma i elegancja
Ślub i grób
Trzy wiersze o romantyczności
Casanowa z placu Waszyngtona
Podwójne życie wdowy
Podwójne życie nieboszczyka
Żal na zakończenie
Podziękowania
Fundacja im. Maćka Kozłowskiego
Skrzydełko
Okładka

Copyright © Agnieszka Kowalska, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny FRYCZ I WICHA

Zdjęcia na okładce: SPL / East News, Piotr Bujnowicz / FabrykaObrazu / FORUM

Korekta Katarzyna Kaźmierska

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwonei Czarne sp.z o.o. Rynek Starego Miasta 5/7 m.5 00-272 Warszawa

Druk i oprawa Drukarnia Colonel ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 16 30-532 Kraków

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-099-1

IMIĘ

Następnym razem nie urodzi się na pewno jako Maciek ani tym bardziej jako Marian. Miał problemy z każdym ze swoich imion i żadne nie dodawało mu pewności siebie. Imię Marian wpisane podczas chrztu i obecne w jego dokumentach jako jedyne – starał się zachować w tajemnicy. Może dlatego, że lubił mieć tajemnice, a może w jego opinii brzmiało okropnie przeciętnie. Mimo to miał z nim jakieś mistyczne połączenie, bo Marian jest męską formą imienia Matki Boskiej, a on lubił Matkę Boską. Głównie ze względu na to, że – jak twierdził – urodziła się tego samego dnia co on, czyli 8 września. Nigdy z nim nie dyskutowałam w kwestii urodzin Matki Boskiej, ale zawsze sądziłam, że jest w tym jakiś element baśniowy. Nosił emaliowany medalik z jej wizerunkiem i napisem „Immaculata”. Kupił go w sklepie z antykami na Słowacji. Za tanie pieniądze, ale mówił, że drogo. Medalik nosił przy sobie, w aksamitnym woreczku w kieszeni spodni. Wieczorem rzucał razem z kluczami w przedpokoju, a rano razem z kluczami zabierał. Myślałam, że go zabrał na tamten świat, bo w dniu jego śmierci lekarz dyżurny dał mi tylko komórkę, obrączkę i zegarek w zaciskanej folii. Miałam skojarzenie z jakimś zestawem przedmiotów zabezpieczonym przez policję na miejscu zbrodni. Ale Matki Boskiej nie było. Zniknęła, chociaż wszyscy jej szukali. Prawdę mówiąc – wydawało mi się oczywiste, że ją zabrał. Chociaż wersja oficjalna mogłaby brzmieć odwrotnie. Że to Ona jego zabrała.

Maciek to imię nadane mu w czasach, kiedy był pyzatym bobaskiem. Potem wcale do niego nie pasowało. Dorosły Maciek powinien być rozczochrany i nieogarnięty, taki sympatyczny gapa. Uśmiechnięty od ucha do ucha, otwarty, hałaśliwy w obejściu. Maciej z kolei brzmi trochę wiejsko-buraczanie, więc z dwojga złego Maciek wydawał się sympatyczniejszy. Niestety źle się odmieniał: z Maćkiem, Maćkowi, Maćka. Maćka sraćka – jak zawsze przedrzeźniał, bo miało to klimat zbytniego spoufalenia, jakąś sepleniąco-infantylną nutkę, od której już tylko krok do potworności w rodzaju Maciusia, Maciuńki, Maciejki czy – za przeproszeniem – Maciuchny. Maciuchna to był objaw najwyższej formy uwielbienia stosowany przez jego własną matkę – w tym samym stopniu wywołujący natychmiastowy atak agresji u niego, co niemożliwy do wyleczenia u niej. Podejrzewam, że w sytuacjach, na które nie miał wpływu, mogły go tak nazywać pijane psychofanki (bo i takie się zdarzały) albo dalekie kuzynki pragnące podkreślić wzajemną bliskość i przywiązanie podczas rodzinnych imprez, których unikał jak ognia.

Z jego wrażliwością na melodię mowy i poprawność języka nie miał szczęścia do imion i przezwisk. Kolejna wersja jego osoby – Kozi – ma gangsterskie korzenie, ale fatalnie się pisze po polsku. Ani Cosi, ani Cozi jej nie pomogą, bo następuje odruchowe zmiękczenie przed „i”. Dlatego rzadko się tym pseudonimem podpisywał, a jedynym ratunkiem zachowania go w pamięci jest pisownia przez podwójne zet. Bywa, że imię nie pasuje do człowieka i wtedy pseudonim wręcz do niego przyrasta. Ale w jego przypadku trzy próby zawiodły. Był powszechnie rozpoznawalny, a niewiele osób pamiętało, jak się nazywa. Resztki mocy odebrał jego imieniu nieszczęsny Jaroszy, za którego sprawą, jak się wyraził – z dobrego aktora udało się zrobić aktora popularnego. Odtąd wierni fani robili sobie zdjęcie z Jaroszym i pokazywali palcami Jaroszego. Z letargu po Jaroszym wytrąciła ich dopiero wieść o chorobie. Choroba sprawiła, że imiona powróciły z nową siłą. Jako Kozi – okazał się prawdziwym gangsterem, który żyje według twardych reguł, chociaż żyje z wyrokiem. Jako Maciek stał się bliski tym, którym zdarzył się podobny dramat. Jako Marian umierał w szpitalu na Banacha i był jednym z niewielu pacjentów, po którym płakały wszystkie pielęgniarki.

NAZWISKO

Nazwisko Kozłowski odziedziczył po ojcu i była to chyba jedyna rzecz, którą zgodził się po nim dziedziczyć. Maciek był dzieckiem swojej matki i dwóch babć. Te trzy kobiety zagrały w jego życiu wielkie role w przeciwieństwie do reszty rodziny, której przedstawiciele co najwyżej „przemazywali się po ekranie”. O babciach i mamie opowiadał, pozostałych tylko przedrzeźniał. Babcie były wyjątkowe i miały nieograniczone prawo do zamieszkiwania w jego dzieciństwie. Myślę tu o wczesnym dzieciństwie, które było szczęśliwe i nierzeczywiste. Stanowiło zamkniętą opowieść z rzeką, lasem, piekarnią na rynku i kamienicą ze stromymi schodami. Potem wszyscy przenieśli się do Zgierza i było już tylko gorzej. Ojciec wyprowadził się z domu. Można powiedzieć, że nigdy więcej się nie zobaczyli. Ojciec z zawodu był fotografem. Niewiele jest zdjęć z tamtych czasów. Przeważnie małe, czarno-białe, niewyraźne.

Opisywanie rodziny Maćka w sytuacji, kiedy on sam nie miał na to ochoty, byłoby nie fair. Są ludzie, którzy tracą życie na pielęgnowaniu swoich korzeni. A są tacy, którzy wolą się zająć przyjemniejszymi sprawami. Tak właśnie Maciek postanowił zrobić. I chwała Bogu.

WYKSZTAŁCENIE

Wiem, dlaczego nie został hydraulikiem, pomimo ukończenia stosownego technikum. Nie przejawiał żadnych zainteresowań ani zdolności w tym kierunku. Nawet kiedy w kuchni wybuchał kran i woda zalewała podłogę, robił to, co wszyscy – próbował ją jakoś zakręcić. Jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego został aktorem, też nie potrafiłabym udzielić, ale na pewno nie był to przypadek w sensie kosmicznym. W chwili kiedy zdawał egzamin, zależało mu przede wszystkim na wyjściu z wojska, bo każdy sposób był dobry. Niech mi nikt nie mówi, że dwa lata w wojsku przydały mu odporności i uczyniły wojownikiem. Na Boga, jest różnica pomiędzy wojownikiem a wojskowym (mniej więcej taka sama jak między pustelnią a pustostanem)! A co do odporności – to właśnie wtedy, podczas dwóch lat obowiązkowej, koszmarnej służby w peerelowskiej armii podarowano mu wirusa HCV. W jakimś sensie wojsko miało go zabić. Podświadomie szukał wyzwolenia i wybrał szkołę, która była przeciwieństwem wszystkiego, co obowiązywało w koszarach. Ach, te mityczne, niegdysiejsze artystyczne uczelnie – zakała Peerelu. Wylęgarnia szkodliwych wariatów. Wystarczyło na nich popatrzeć, żeby wiedzieć, co mają w głowach. Siwy dym i skrzypce. Maciek na pewno bardzo chciał się tam już znaleźć. Na egzamin przyjechał w mundurze. Zawsze mówił, że przyjęli go z litości. Ale ja w to nie wierzę. Wzbudzał różne emocje, ale nie litość. Przyjęli go, bo tak miał zapisane w gwiazdach.

ZAWÓD

„Czy spotkał pana w życiu jakiś zawód?”. „Tak – aktor”. Zawsze mówił, że to zawód, który łamie kręgosłupy. Znany aktor ma zagrożony kręgosłup, a jeśli jest nieznany, to po cholerę został aktorem? I tak dalej. Z całą pewnością bardziej niż w innych artystycznych zawodach aktor ma podwójne życie. Sztuka jest zawsze rodzajem wcielenia, bo stajemy się częścią swojego dzieła, pracujemy w świecie, który sami stworzyliśmy. Ale mamy do tego narzędzia – pędzle, klawisze, słowa, kamień i dłuto. Narzędziem aktora jest on sam. Portretując Monę Lisę, wystarczy ją zobaczyć tak jak Leonardo da Vinci, a potem już tylko położyć farbę. Aktor, który ma zagrać Monę Lisę, musi sprawić, żeby została rozpoznana w jego osobie. Niezależnie od tego, czy jest niskim brunetem, czy wysoką blondynką. Warsztat aktorski to umiejętność stworzenia postaci, a nie kopii. Dużo o tym rozmawialiśmy i na koniec on zawsze wzdychał, że wolałby malować obrazy. Ja natomiast nigdy nie wzdychałam do aktorstwa, bo chciałam być pustelnikiem. Aktor nie ma szans być pustelnikiem. Przede wszystkim dlatego że ograniczenia, które trzeba pokonać, mając do dyspozycji tylko własną osobę – to sama przyjemność wobec ograniczeń ze strony innych kręcących się wszędzie osób, takich jak reżyser, producenci, scenografowie i koledzy z planu. Ograniczenie stawia także życie – oferując nieciekawe role, małe role, głupie role. „Nie mam żalu do siebie za brak talentu, mam żal do reżyserów za brak wyobraźni” – nieustannie powtarzał i grał znowu to samo: typa spod ciemnej gwiazdy, który miał do dyspozycji pięć minut i cztery zdania.

Oczywiście nie jest łatwo być przez dwie godziny na ekranie i nie zanudzić szanownej publiczności. Ale być tam tylko dwie minuty i skupić na sobie uwagę jest chyba równie trudno. Sztuka aktorska to nie tylko umiejętność przebywania na środku sceny, co oczywiście może być paraliżujące. To także umiejętność stania w ciemnym kącie albo pojawiania się w świetle błyskawicy. Czasami naprawdę trzeba mieć refleks. Zrobić coś, żeby wszyscy się odwrócili – tak jak to robią dzieci, które stoją w tłumie dorosłych na niedzielnym kazaniu i mają swoje sposoby komunikacji z rodzicami. Potrafią nagle coś upuścić, chrząknąć głośno albo na coś nadepnąć, żeby było wiadomo, że chcą iść do domu albo zrobić siusiu. Rodzice są źli, bo to psuje wrażenie. Msza jest dla rodziców. Aktor drugoplanowy musi się pogodzić z tym, że stanowi tylko przyprawę dania głównego. Ale na pocieszenie ma świadomość, że bez tej przyprawy danie główne byłoby pozbawione smaku. Podobnie jak te dzieci na kazaniu, które ostatecznie wiedzą, że bez nich rodzice w ogóle nie byliby rodzicami i wtedy całą mszę diabli biorą.

Zobaczyć drugi plan – czegokolwiek dotyczy ten ogląd – to zobaczyć coś więcej niż to, co widzą wszyscy. Pierwszy plan zawsze jest duży, wyraźny i płaski. Drugi odkrywa głębsze sensy. Na filmach zwracam uwagę na fotel w kącie pokoju, na to, co widać przez okno i jaką minę ma służący. Patrzę także na publiczność, bo w kinie wszystko jest ważne. Po raz pierwszy zauważyłam to z nudów, oglądając „Potop”. Widziałam „Potop” tyle razy, że nawet recytowanie dialogów przestało mnie bawić. „Trylogię” znałam na pamięć, czytałam ją nieustannie – jako przerywnik innych lektur, przy jedzeniu, w wannie i w toalecie. Film przeszedł moje wyobrażenia. Był w stereo i w kolorze, w tamtych czasach! Na widok ogromnego, błyskającego zębami Kmicica z ostrym makijażem mało nie zemdlałam. Biegałam do kina, bo nie mogłam się napatrzeć. Wreszcie za którymś razem mój wzrok powędrował w stronę Kmicicowych Tatarów. Wyobraziłam sobie nagle, jak to jest być żoną jednego z nich i przez cały film czekać tylko na niego. W pierwszej chwili żal mi się zrobiło takiej żony. Ale w dalszej części rozmyślań coraz bardziej zmieniałam zdanie. Ukryta w ciemnościach widowni mogłabym patrzeć, jak gra, wiedzieć o nim coś, czego nikt nie wie. O Kmicicu wszyscy dużo wiedzieli, bo był sławny i było go wszędzie pełno. Kmicic miał makijaż i fryzurę, nadawał się na okładkę. Oni byli nieokrzesani, dzicy i w pierwszej chwili nie do odróżnienia. A przecież w domu mogli wyglądać dużo lepiej, podczas gdy Kmicic już tylko gorzej. Nagle to sobie uświadomiłam i przestałam kochać Kmicica. Już nie chciałam być panią Kmicicową. Ani Skrzetuską. Zostałam żoną Kozaka z łysą głową i jednym kosmykiem pośrodku, i mogłam sobie siedzieć w kinie spokojna, że nikt mnie nie rozpozna. Co prawda, było to dwadzieścia lat później i nie był to pierwszy lepszy Kozak tylko Maksym Krzywonos. Z szablą przerzuconą przez ramię i fajką w zębach przeszedł do historii polskiej kinematografii pomimo faktu, że jego obecność w „Trylogii” ograniczała się do kilku odsłon, a Sienkiewicz w swojej łaskawości pozwolił mu wypowiedzieć tylko jedno zdanie. Pod tym względem „Trylogia” Hoffmana była fajniejsza.

Olbrychski po roli Kmicica stał się gwiazdorem, ale było to w czasach, kiedy obowiązywała jeszcze zasada toute proportion gardée. Teraz nie ma już żadnych zasad, liczy się zasięg, a ten może być nieograniczony. Świat wokół sukcesu rozrasta się do gigantycznych rozmiarów, nie jest łatwo w takiej chwili zostawić Hollywood, wrócić do domu i zamknąć za sobą drzwi. Równie trudno jest żyć bez sukcesu, bo sukces jest dzisiaj miarą wartości. A jednak artysta po skończeniu pracy powinien się oddalić i pozostać anonimowy. Nie jest zajęciem godnym autora reklamowanie swoich utworów ani tym bardziej reklamowanie siebie za ich pomocą. Dzieło powinno mówić za siebie, a człowiek za siebie. Tylko wtedy mogą mówić prawdę. W warunkach kapitalistycznej dżungli to nie lada wyzwanie. Co innego we wczesnym średniowieczu. Zdarzało się, że obrazów nie podpisywano z szacunku dla osób (np. osób boskich), które zostały przedstawione. Kiedyś się mówiło: „O, święta Teresa!”, a teraz się mówi: „Nie wiem, co to jest, ale wygląda trochę jak Sasnal”. Gdyby Picasso nie podpisał swoich prac, mogłyby bardzo stracić na wartości, chociaż Picasso znakomicie rysował. W pewnej chwili przestało to mieć znaczenie, liczył się autograf. Utrata czujności wobec własnej osoby jest w takim przypadku raczej pewna. Picasso, jeden z pierwszych celebrytów w swojej dziedzinie, był niestety znanym kabotynem. Ale miał godnych siebie następców, takich jak Andy Warhol. I wielu innych. Mówił mi pewien zdumiony człowiek, że do Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowym Jorku nie wolno niczego WNOSIĆ, ponieważ takie „coś” – cokolwiek by to było, pozostawione na sali mogłoby zostać uznane za dzieło lub jego element. Krytycy sztuki musieliby to jakoś obronić. Strach pomyśleć! W świecie aktorskim wejście w rolę samego siebie jest szczególnie niebezpieczne. Bywa, że aktor jest już tak sławny, że cokolwiek zrobi, wywołuje skrajne emocje. Chodzi tylko o to, żeby był stale obecny na scenie, więc scena rośnie do niespotykanych rozmiarów, zajmuje mu dom, jedzie z nim na wakacje, połyka mu dzieci, jest w sypialni, w kuchni, w samochodzie, w pokoju jego żony i następnej żony. Jeśli nie wystarcza żon – sięga po kochanki. Taką sytuację określa się dzisiaj mianem sukcesu. Artysta staje się bogiem. Uznaję boski pierwiastek w artyście, ale słowo „sukces” pachnie mi siarką.

Na szczęście były to zagrożenia bardzo odległe w obliczu faktu, że Maciek nie dostawał głównych ról i nie grał tego, co chciałby zagrać. Jechaliśmy na tym samym wózku. Żeby przeżyć, musieliśmy się na zawsze pogodzić – ja z portretami, a on z gangsterami. Traktowaliśmy nasze zawody zadaniowo, bo tak nam było przeznaczone. Taka sytuacja nie jest dla artysty komfortowa, ale jeśli to prawda, że sztuka rodzi się w bólu, właśnie to jest ten ból. Jednym słowem nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nic tak nie uruchamia wyobraźni, jak pobyt w ciasnej windzie. W filmie „Apollo 13” chłopcy uwięzieni w kosmicznej kapsule musieli skonstruować pochłaniacz dwutlenku węgla, mając do dyspozycji kupkę przypadkowych śmieci. Czego to człowiek nie wymyśli, żeby się nie udusić! I na tym mniej więcej polega praca aktorów drugoplanowych. Chodzi o to, żeby się nie udusić. Po latach stajesz się mistrzem w gospodarowaniu tlenem. Pozyskujesz go w każdych warunkach. Maciek miewał wejścia tak krótkie, że mógł powiedzieć tylko jedno słowo. Potrafił z tego słowa zrobić kultową scenę. Tak się stało w „Ajlawju”, a słowo to w dodatku nie nadaje się do przytoczenia. Ale przytoczę je, bo to najkrótszy komentarz do życia w chwili śmierci. Zostawiasz z ulgą durny świat z jego chorobami, nieszczęściami i reglamentacją tlenu. Nie bacząc na czyjeś łzy, bez żalu i poczucia winy odwracasz się w stronę Nowej Rzeczywistości i mówisz wszystkim: „Ja – spierdalam”.

TEATR

Nie jestem aktorem, nic nie wiem o teatrze, nie mam wstępu tam, gdzie teatr się tworzy. W każdym zawodzie jest sfera możliwa do zrozumienia tylko dla tego, kto go uprawia. Wynurzenia dotyczące pracy artystów im samym wydają się nieznośnie pretensjonalne i zwykle nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. O teatrze zatem mogę napisać tylko to, co widać gołym okiem, jeśli ma się w rodzinie aktora. I pogodzić się z faktem, że istnieje ważna, bardzo osobista, prywatna sfera doznań, wrażeń i relacji, o której nie mam pojęcia. „I chwała Bogu!” – jak by powiedział, rzucając na stół klucze i Matkę Boską, gdyby jeszcze kiedyś wrócił do domu po próbie.

Teatr jest dla aktora tym samym, czym kościół dla księdza. Miejscem pracy i świątynią zarazem. Po teatrze krążą aktorzy i duchy. Także duchy poprzednich aktorów. W teatrze nie wolno gwizdać. Obecność na spektaklu i próbie jest święta. Lepiej z tym nie konkurować. Przez cały czas choroby Maciek odwołał tylko jedno przedstawienie. W swoim odczuciu poniósł klęskę. Tydzień wcześniej przeszedł operację. Nie miał siły prowadzić auta. Byliśmy na wsi, mimo to kazał się wieźć do Warszawy. Zapytałam, w jaki sposób ma zamiar wejść w kostium, biorąc pod uwagę, jak bardzo był opuchnięty. Pozwolił mi zawrócić. Dziesięć dni później już był na scenie. Grali „Chłopców z Placu Broni”. Bardzo lubił ten spektakl. Kazał mi narysować prezent dla Zadary. Narysowałam, ale za bardzo mu się podobał i zostawił sobie. Rysunek podarowałam jednemu z bliskich przyjaciół w dowód wdzięczności za pomoc w zorganizowaniu pogrzebu. Teatr, w którym grali „Chłopców”, już nie istnieje. Zostanie wyburzony razem z całą galerią handlową w pasażu Wiecha. Po Placu Broni nie zostanie nawet ślad.

Bez teatru aktor jest trochę jak bez stałego zameldowania. Niby jazzowo, ale w dowodzie tożsamości brakuje czegoś istotnego. Teatr daje aktorowi poczucie spełnionego obowiązku, nawet jeśli nie daje poczucia satysfakcji. Cały ten kierat z próbami, premierami, próbami wznowieniowymi, terminami spektakli – to jest stały element rzeczywistości, do którego wszystkie inne, choćby najbardziej szalone, muszą się dostroić. W czasach, kiedy nie miał swojej rodziny, miał tylko teatr. I święty obowiązek meldowania się tam na każde wezwanie. W dniu spektaklu aktorzy przybywają na miejsce z najodleglejszych planów, żeby zebrać się w tym samym składzie i zagrać o oznaczonej godzinie. Jak psy gończe, kiedy Wielki Łowczy podnosi do ust gwizdek.

Ponoć każdy spektakl jest inny. Wierzę, bo grają go żywi ludzie, ich energie mogą iskrzyć, a mogą się odpychać, jeśli na przykład mieli zły dzień albo za dużo na głowie. Są też wyjątkowe spektakle, kiedy grają jak w transie i widownia to czuje. Dostają brawa na stojąco. Zespół grający spektakl potrafi go skrócić (na przykład kiedy jest ogromnie ważny mecz) albo wydłużyć – kiedy na kogoś czekają. To są rzeczy dla mnie niepojęte i świadczą o tym, że mamy do czynienia ze sztuką.

Teatr potrafił Maćka trzymać przy życiu i ostatecznie przyczynić się do jego rezygnacji z życia. Był dla niego niewątpliwie najważniejszy. Obawiał się być przez 20 minut na imprezie, z której nie mógł wyjść niezauważony (a często musiał wyjść, bo go dopadały objawy choroby), ale nigdy się nie bał wyjść i zagrać przy pełnej widowni, bo – jak twierdził – na scenie takie przygody się nie zdarzają. I rzeczywiście – nie zdarzały się. Niestety, kiedy wracał do domu, jego organizm zupełnie się rozsypywał po takiej mobilizacji. „Ciało nie jest człowiekiem. Jest instrumentem człowieka” – tak zawsze mówił i grał dalej. Aż do wyczerpania baterii.

Do narzekania na teatr dawał prawo tylko samemu sobie. Kiedy byliśmy totalnie bez pieniędzy, w chorobie, na wsi, w remoncie, z pięcioma psami i brakiem opału – no, istna „Trumna chłopska” – zadzwonił jakiś pękaty biznesmen z ofertą poprowadzenia czterech imprez reklamujących iPhona. Wizja natychmiastowego wybawienia! Pamiętam, jak Maciek sięgnął po mały czarny kalendarzyk i wyrzekł swoje sakramentalne: „Nie ma takiej możliwości. Gram spektakl”. W takiej chwili przeklinałam spektakle i całą tę nadętą świątynię sztuki.

„Merlin” – to przedstawienie było jego ukochanym. Moim także. Z „Merlinem” przeszedł całą historię swojej choroby, grał ten spektakl jako ostatni jeszcze w zdrowiu i jako pierwszy – po skończeniu chemii. Zdarzyło się, że go znosili ze sceny.

Nie lubił… „Ryszarda II”. Nienawidził go. Trzy dni przed wyznaczonym spektaklem chodził chmurny. Tak się marszczył, że dzieci nazwały go „marsconym”. Po zagraniu humor mu wracał i świat znowu był piękny.

„Nora” – zgrany zespół i bardzo młody reżyser. Zderzenie niedojrzałej determinacji i wypracowanego przez lata doświadczenia. Próby bardzo przeżywał, złościł się, godzinami dyskutowali każdy detal. Wyszło interesująco, grał doktora Ranka, który jest śmiertelnie chory. Rola Ranka zapoczątkowała całą serię umierających postaci. Od epizodów w komediach, gdzie składano go do trumny, poprzez popularne seriale, w których popełniał samobójstwo, ginął od kuli albo umierał w szpitalu, aż po rzeczywiste zastępstwo za zmarłego kolegę w „Samsarze Disco” w teatrze we Wrocławiu. Że też nie dało mi to do myślenia. Dr House miał rację. Śmierć zmienia wszystko. „Prawie-śmierć” – niczego nie zmienia.

„Otello” – zaważył na jego losach z tej przyczyny, że w nim nie grał. Po udanej inscenizacji „Nory” ten sam zespół postanowił zrealizować „Otella”. Maciek miał zagrać tytułową postać. Zasypiał z „Otellem” przy łóżku. W ostatniej chwili zmieniono skład aktorski. Ktoś nawet nie zdążył usunąć jego nazwiska z plakatu. Może uznano, że zabraknie mu sił. I rzeczywiście, miałam wrażenie, że płomień zgasł. Psychologowie mają na to swój termin – „popęd śmierci”. To był mniej więcej ten czas, kiedy zaczął umierać.

Zagrał jeszcze Don Juana w „Wiele hałasu o nic”. Don Juan usiłuje nagiąć rzeczywistość do swoich wyobrażeń, aby nareszcie – jak to się ładnie określa – wyjść z cienia. Ponosi klęskę i ucieka ze sceny. W samą porę, bo musi zażyć tabletki. Rola dostosowana do jego fizycznej wydolności. Wcześniej miał normalną wydolność i też nie grał większych ról, ale na etapie Don Juana już nawet o tym nie myślał. Pilnował czasu i regularnego zażywania. Dwie zielone, połówka białej, jedna żółta sproszkowana, jedna niebieska rozpuszczona. Podporządkował się działaniu tabletek, bo wszystkie inne pomysły na wyzdrowienie już wyczerpał. Połykanie tego co cztery godziny było męczące i nie dawało żadnych rezultatów, ale zwalniało go z odpowiedzialności za własne życie. Miał serdecznie dość nieustannej mobilizacji. Oddał stery sympatycznym lekarzom i dryfował jako pasażer, wierząc, że jest jakiś port, do którego dopływa czas. Dwie zielone, połówka białej. Żółta sproszkowana, niebieska rozpuszczona. I na koniec ta magiczna, czerwona, dzięki której ucieka się nie tylko ze sceny, ale w ogóle z Matriksa.

PODZIĘKOWANIA

W imieniu swoim i Maćka dziękuję przyjaciołom z warszawskiej Bodegi, Tomkowi Ziółkowskiemu, Oli Radeckiej, pani Hannie Koniecznej, Sebastianowi Ciemnoczołowskiemu, Tomkowi Karolakowi oraz Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego – za okazane serce i pomoc finansową

Fundacja im. Maćka Kozłowskiego

Są osoby, zwierzęta, miejsca, idee, przedmioty – zapomniane przez Boga i ludzi. Fundacja im. Maćka Kozłowskiego będzie pomagała ocalić je od zapomnienia.