Córka nazisty - Max Czornyj - ebook
NOWOŚĆ

Córka nazisty ebook

Max Czornyj

4,4

581 osób interesuje się tą książką

Opis

Alicja Nowińska uśmiecha się do mnie. Unosi na powitanie dłoń i się wyprostowuje. Wskazuje na głęboki fotel przy stoliku kawowym. Kiedy do niego podchodzę wyjeżdża na swoim obrotowym krześle zza biurka. Gdy rozmawiamy, nie może być pomiędzy nami barier. To jedna z zasad udanej terapii.
Ale mnie już nic nie może pomóc.
Nie jestem dobra.
Tkwi we mnie gen zła.
Nigdy go nie odpokutuję.

Córka nazisty to przejmująca powieść o przeszłości, która nie pozwala o sobie zapomnieć.
O strasznych czasach II wojny światowej i o miłości na przekór wszystkiemu. O dzieciach, które nie powinny odpowiadać za winy swoich rodziców. I o odkupieniu, które przynosi dopiero zmierzenie się z prawdą. Czasem, by na nowo odnaleźć spokój i miłość, trzeba przejść przez piekło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 263

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mamie, w podzięce za gen dobra

 

 

 

 

 

 

Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz nie pozostawiający go bez ukarania, ale zsyłający kary za niegodziwość ojców na synów i wnuków aż do trzeciego i czwartego pokolenia.

Wj 34, 6–7

 

 

Upływam w jesień mniejszy z każdym krokiem,

w pola zasianych zjaw w kolumny ma[r]twych peanów,

w obojętność – mijanych – okien

Gdzie powóz drogą odpływa? Szelestem dymi bruk,

O, najsmutniejsza jesieni, w zamęcie znaków i elips

nad pieśnią kołujesz jak kruk.

Jak miłość powierzoną dwóm życiom – rozdzielić?

K. K. Baczyński, Ten wiersz jak śmierć jest smutny…

 

 

 

 

 

 

GRETA

 

 

Gen zła. Czy coś takiego w ogóle istnieje?

Przypuszczam, że poszukują go tysiące naukowców i hochsztaplerów. Przynajmniej powinni to robić. Jednak z perspektywy lat wiem, że jego odnalezienie to tylko część problemu. Gdyby można go usunąć i stworzyć człowieka zdolnego czynić jedynie dobro, świat stałby się rajem. Wystarczyłoby tak niewiele. Ledwie drobna modyfikacja genotypu, a potem nastałaby jasność. Nie potrzeba by Boga, modlitw ani Opatrzności. Nie potrzeba by uśmiechu losu.

Tyle że ponoć cała inżynieria genetyczna opiera się na wszczepianiu jednym organizmom fragmentów DNA innych. Nie pamiętam, gdzie o tym czytałam. Skoro nie mamy pojęcia, czy istnieje gen zła, nie możemy też wiedzieć, czy występuje gen dobra. Osobiście jestem przekonana, że mają go zwierzęta. Pies, który własnym ciałem osłania właściciela. Chory wilk ściągający na siebie nagonkę, byle ocalić watahę. Umierający samotnie słoń.

Geny dobra i zła.

Otwieram drzwi i wchodzę do zalanego słońcem gabinetu. Pachnie w nim kwiatami, bukiety stoją w niezliczonych flakonach. Na krytym czeczotą biurku, na czernionej etażerce i okrągłym stoliku kawowym. Na marmurowym parapecie oraz na pozłacanej konsolce. Przy sięgającej sufitu mahoniowej biblioteczce w doniczce rośnie drzewko cytrusowe. Ono również rozkwitło – dziesiątkami drobnych białych kwiatków. Zapach, który wypełnia gabinet, to woń najwspanialszej oranżerii.

Za biurkiem siedzi drobna, smukła kobieta. Ma trzydzieści kilka lat, sięgające ramion blond włosy i mocne kości policzkowe. Jej ciemne, bystre oczy oraz prosty nos nadają jej nieco ptasi wygląd. Wrażenie to podkreśla pochylona nad blatem sylwetka. Złożone w piramidkę dłonie zwieńczone są długimi, szponiastymi palcami. Kobieta podpiera nimi brodę, jakby bez tego jej głowa miała bezwładnie zsunąć się z karku. Mimo to jest w niej coś magnetyzującego, co zapewne przyciąga do niej tłumy adoratorów. Jak zwykle ma na sobie wzorzystą, lecz stonowaną sukienkę i czerwone buty na niewielkim obcasie.

Alicja Nowińska uśmiecha się do mnie. Unosi na powitanie dłoń i się wyprostowuje. Wskazuje na głęboki fotel przy stoliku kawowym. Kiedy do niego podchodzę, wyjeżdża na swoim obrotowym krześle zza biurka. Gdy rozmawiamy, nie może być pomiędzy nami barier. To jedna z zasad udanej terapii.

– Jak się czujesz? – pyta, odsuwając na bok pudełko chusteczek. Wie, że nie będą potrzebne.

Od pewnego czasu zwracamy się do siebie na „ty”. Jestem od niej blisko pół wieku starsza, ale w tym pokoju to żadna różnica. Poza tym Nowińska to moja jedyna przyjaciółka.

– Bez zmian. – Zapadam się w fotelu i głęboko wciągam aromat kwiatów. – Wczoraj zapomniałam, jak się nazywam. Głowiłam się nad tym kwadrans albo dłużej, aż w końcu dałam sobie spokój. I wiesz co? Bez imienia i nazwiska było mi całkiem dobrze.

– Czułaś się anonimowo? A może tak, jakby cię w ogóle nie było?

No tak – zaczynamy z grubej rury. Alicja delikatnie pochyla się w moją stronę. Na kolanach trzyma notes, ale go nie otwiera. W ogóle rzadko do niego sięga, bo mój przypadek zna zapewne na wylot. Operując komunałami, można powiedzieć, że czyta we mnie jak w otwartej księdze. Niech czyta. Poza tym chyba lubię komunały.

Przez chwilę zastanawiam się nad jej pytaniem, lecz nie znajduję konkretnej odpowiedzi.

– Nie wiem – mówię szczerze. – Czułam się… Inaczej.

– Ale powiedziałaś, że było ci z tym całkiem dobrze. Użyłaś dokładnie tych słów.

– Może… Czułam się, jakbym spoglądała na siebie z zewnątrz. Z jakiejś nowej perspektywy, z której wszystkie problemy wydawały się nieistotne, ale miałam ich świadomość. Nie oderwałam się od rzeczywistości. – Wzruszam ramionami i uśmiecham się zmieszana. Trudno mi mówić o tym uczuciu. – Przede wszystkim miałam wrażenie, że w tej krótkiej chwili mogę umrzeć zupełnie spokojnie. Bez nieustannej gonitwy myśli, wspomnień i… I…

Milknę. Chyba zgubiłam wątek. Przenoszę wzrok w stronę okna i nerwowo zaciskam dłonie. Chciałabym, aby słońce padało mi dzisiaj na twarz. Kiedyś bardzo lubiłam siadać w wiklinowym fotelu na podwórzu i przymykać oczy, pozwalając, by formowały się przed nimi kolorowe plamki. To przyjemne wspomnienie, choć nie jestem pewna, czy dotyczy wydarzeń sprzed pięciu, czy pięćdziesięciu pięciu lat. Przyzwyczaiłam się do tej drobnej niedogodności.

Gdzieś z oddali dolatuje rzężenie kosiarki.

– I? – dopytuje terapeutka.

– W każdym razie cieszę się, że możemy o tym porozmawiać.

Alicja uśmiecha się znacząco. Kręci głową z przyganą.

– Znowu nie pamiętasz, o czym mówiłaś, i starasz się to ukryć. Obiecałaś mi, że nigdy więcej tego nie zrobisz.

Owszem, coś takiego rzeczywiście miało miejsce. Ale mogłam przecież o tym zapomnieć, prawda?

– Przepraszam.

– Mówiłyśmy o tym, że wczoraj uleciało ci z pamięci twoje imię i było ci z tym całkiem dobrze. Tak to nazwałaś.

– Możliwe…

– O czym teraz myślisz?

– O dymie z kominów i panoramie Lublina. – Nie wiem, dlaczego akurat te wspomnienia pojawiły mi się w głowie. Zaraz po wiklinowym fotelu oraz padających na twarz promieniach słońca. – Opowiadałam ci o tym, że razem z ojcem jadałam obiady na piętrze naszego domu? Było z niego widać kominy obozu, ale denerwowało mnie coś całkiem innego. Kiedy z kominów leciał dym, widok się nagle pogarszał. Nawet w pogodny dzień wydawało się, że okolicę spowija mgła. Wtedy złościłam się i nie chciałam jeść. Pamiętam to. Ojciec siadał koło mnie, brał ode mnie sztućce i karmił mnie kęs po kęsie.

Alicja nie przerywa mi. Zastygła w swojej bocianiej pozie, uważnie słucha. Prawą dłoń trzyma na długim udzie, a lewą – na okładce notatnika. Jest lekko pochylona. Ma surowy wyraz twarzy albo tylko ja go tak oceniam. Chciałabym, aby spoglądała na mnie surowo i z pogardą.

– Mów dalej – nakłania mnie po kilku sekundach ciszy. – Słucham cię bardzo uważnie.

Dla podkreślenia swoich słów otwiera notatnik i wyciąga zza okładki długopis. Coś zapisuje. Zawsze jestem ciekawa, jakie spostrzeżenia nasuwają się jej w trakcie słuchania moich historii, ale nigdy mi tego nie mówi. Czasem myślę, że chodzi tylko o wzbudzenie mojej ciekawości.

Wspomnienia są tak silne, że mimowolnie wracam do opowiadania.

– Któregoś dnia podjechałam z ojcem pod bramę obozu. Myślisz pewnie o tablicach „Arbeit macht frei”, ale tam niczego takiego nie było… Albo nie pamiętam. – Wzruszam ramionami. Mówię coraz szybciej i coraz mniej składnie. – Lubiłam jeździć kabrioletem, a szofer miał zabrać mnie z powrotem do domu. W pewnym momencie przy wieżyczce strażniczej zobaczyłam zarys postaci. Kręciła się jak marionetka albo kukiełka.. – Zataczam w powietrzu kółka palcem i wymownie wydymam wargi. Ten obraz często staje mi przed oczami. Być może dlatego nigdy nie poszłam do teatru lalek. – Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to powieszony mężczyzna. Słońce oświetliło jego nabrzmiałą, siną twarz i rozwarte usta z wypchniętym językiem. To zostało we mnie na zawsze…

Stukam palcem w głowę, gdzie siedzi to przeklęte wspomnienie. Akurat je potrafię ulokować w czasie całkiem poprawnie. Alicja pochyla się jeszcze mocniej w moją stronę. Wiem, o co teraz zapyta, i się nie mylę. Odgrywałyśmy tę scenę już wiele razy.

– Wiesz, kim był?

– Chciał uciec.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Osądzasz go z perspektywy tego, co zrobił, i pozbawiasz go przez to człowieczeństwa.

– To nie jest osądzanie. Stwierdzam fakt.

Alicja głośno wypuszcza powietrze. Nie ma pojęcia, że doskonale pamiętam nasze rozmowy na ten temat. Przygładzam spódnicę i przymykam oczy.

– Wiesz, co zrobił mój ojciec?

Nie odzywa się, więc zaraz dodaję:

– Kazał mi na niego patrzeć. Powiedział, że ten, przepraszam za słowo, sukinsyn mógł wylecieć kominem, ale to byłoby zbyt łatwe. Pamiętam te słowa i to, że dopiero wtedy powiązałam więźniów obozu i dym z kominów. To było pokrętne dziecięce rozumowanie i nie dostrzegałam w nim nic złego. Polegało na intuicji, bez analizowania faktów. – Milknę, lecz zaraz dodaję tonem usprawiedliwienia: – Zdaję sobie z tego sprawę.

– Rozmawialiście później o tym… zajściu?

– Tak.

– To znaczy?

Uśmiecham się nerwowo.

– Ojciec wspomniał, że tamten mężczyzna wisiał nad bramą tak długo, aż zgnił i odpadła mu głowa. Nie widziałam tego, ale nie wahał się mi o tym opowiedzieć.

– Tak jak i ty teraz nie wahasz się o tym mówić.

Przez twarz Alicji przemyka grymas, którego nie widziałam nigdy wcześniej. Trwa to tylko sekundę, ale zdołałam go odnotować. Odkłada notes oraz długopis. Przez chwilę spogląda na kwitnący cytrus, wreszcie przenosi wzrok na mnie. Jej ptasie oczy świdrują mnie pilnym spojrzeniem.

– Od jedenastu lat rozmawiamy o tym samym – stwierdza zmęczonym głosem. – W kółko i w kółko. Te same historie, te same wspomnienia, te same emocje. Chciałabym, abyś się zastanowiła, czy nasze spotkania naprawdę w czymś ci pomagają. Czy mają jakikolwiek sens…

Wzbiera we mnie złość, ale natychmiast ją opanowuję. Fala paniki rozlewa się po moim ciele. Nie mogłabym skończyć tych rozmów, tej terapii. Nie mogłabym przestać. Tylko w tym gabinecie czuję się komfortowo. Nie w swoim domu, nie wśród znajomych z kółka geriatrycznych przyjaciół demencji, ale właśnie tu i teraz.

– Żałuję, że nie mówię o tym od siedemdziesięciu jeden lat – odzywam się nieco nerwowo. – Może wtedy czułabym się lepiej. W końcu mam wiele do przekazania, prawda? Pozwól mi opowiedzieć o tym wszystkim raz jeszcze. Dobrze? Proszę.

Alicja ostrożnie kiwa głową.

 

 

 

 

 

 

KRZYSZTOF

 

 

Jest. Od razu ją poznaję. Wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciu. Szczupła sylwetka, krótkie blond włosy i ledwie zarysowany pod bluzką biust. Bez wątpienia jest w niej coś pociągającego. Porusza się szybko i z gracją. Stawia długie, pewne kroki. Rozwiewa wokół siebie aurę kobiety sukcesu.

Ruszam ku niej. Jeszcze raz staram się odtworzyć wszelkie opracowane przeze mnie scenariusze naszej rozmowy. Myślałem o niej setki razy. Mimo to teraz mam w głowie pustkę. Totalną żałosną pustkę pryszczatego nastolatka, który chce zagadać do najfajniejszej dziewczyny w klasie.

Zbliżam się do niej i macham jak ostatni frajer. Alicja Nowińska zwalnia, ale się nie zatrzymuje. Zaszczyca mnie jedynie przelotnym spojrzeniem. Zapewne myśli, kim jestem i jak powinna zareagować. Mam wrażenie, jakby zaraz miała przyśpieszyć kroku. Być może nachodzą ją rozmaici pacjenci. Albo ich rodziny. A może po prostu nachodzą ją demony własnego zawodu, poznanych sekretów i traum.

Przesuwam się, stając jej na drodze. Wiem, że zmierza do któregoś z aut, i wiem, że może być w miarę spokojna, bo parking jest monitorowany.

– Mam na imię Krzysztof – przedstawiam się. – Mój ojciec to Stanisław Kossowski.

Kobieta zatrzymuje się jakieś dwa metry przede mną i spogląda na mnie z konsternacją. Jednak nie należy do tych płochliwych dziewcząt, gotowych rzucić się do ucieczki. Widzę, że moje nazwisko nic jej nie mówi.

– Tata jest przyjacielem pani pacjentki, Grety Rott.

– Ach tak?

– Tak. Nic pani o nim nie opowiadała?

Terapeutka uśmiecha się wymownie.

– Nie mogę rozmawiać o tym, o czym opowiadają mi pacjenci. – Ściska torebkę i chce mnie wyminąć. – Przepraszam, śpieszę się.

Tak, właśnie tego się spodziewałem. „Śpieszę się”, „Jestem umówiona”, „Mam pana w dupie”. Dlaczego w tak elementarnych sprawach zawsze mam rację?

Wypuszczam powietrze i przechodzę do sedna.

– Możemy porozmawiać? Proszę jedynie o kilka minut przy kawie.

– Chce się pan ze mną umówić?

Oficjalne początki nie wróżą niczego dobrego. Pomyślałem o tym, przygotowując się do tej rozmowy. Przeczytałem o tym w jakimś biznesowym poradniku. Trzydzieści kroków, by zostać milionerem czy coś takiego. Mam długą historię edukowania się w nieprzydatnych do niczego dziedzinach. W dzieciństwie chciałem być telegrafistą.

– Proszę mi mówić po imieniu. – Uśmiecham się głupkowato.

– A więc, Krzysztofie, wybacz mi, lecz bardzo się śpieszę.

– Ale…

– Przepraszam.

Mija mnie i ściskając pilot do auta, przecina parking.

– Hej, zaczekaj!

– Proszę mnie zostawić.

Jest stanowcza i nie ma najmniejszej ochoty ze mną rozmawiać. Tego również się spodziewałem. Aby zrozumieć mowę jej ciała, nie potrzeba żadnych poradników. Podbiegam za nią kilka kroków, lecz nie na tyle szybko, by ją wystraszyć.

– Trafiłem na to! – Macham w ręku znaleziskiem. – Mam błagać o kilka minut? Mogę doczołgać się na kolanach albo opowiedzieć kilka żartów!

Nic. Alicja podchodzi do białej mazdy i odblokowuje drzwi.

– Nie macie w swoich kodeksach etycznych czy jak to tam nazywacie obowiązku działania dla dobra pacjentów? Nawet poza godzinami pracy?

Ta ostateczna broń wreszcie przykuwa jej uwagę. Terapeutka zatrzymuje się i odwraca w moją stronę. Opiera się o drzwi auta.

– Czego pan chce?

– Krzysztof – powtarzam z naciskiem.

– Czego chcesz?

Podchodzę do niej i wyciągam zawiniątko.

– Zobacz, proszę.

– Co to?

– Czy każdy terapeuta wszystkiego chce się dowiedzieć z rozmowy? Zerknij, a wszystkiego się dowiesz.

Alicja niechętnie sięga po zaplamiony brulion. Otwiera go i powoli przerzuca jego strony. Na jej twarzy z sekundy na sekundę odmalowuje się rosnące zaciekawienie. Przez parkingową uliczkę z rykiem silnika przejeżdża motocykl, ale nie zwraca na niego uwagi. Lektura całkowicie ją pochłonęła.

Dokładnie tak, jak sądziłem. Wreszcie wszystko toczy się po mojej myśli. Mógłbym zacisnąć pięści i odtańczyć taniec zwycięstwa. Mógłbym, ale przy pierwszym spotkaniu wolę nie robić z siebie pajaca.

Terapeutka zerka na mnie i marszczy czoło.

– Czy to…

Kiwam głową.

– Tak, właśnie tak.

– I…

Pewnie rzadko się zdarza, by terapeucie zabrakło języka w gębie. Właśnie doświadczam prawdziwego cudu natury.

– Chciałbym go dać pani Rott.

– Skąd pan… go masz?

Wiem, że mi nie ufa. To nic dziwnego.

– Przez czysty przypadek. Wierzysz w przypadki?

– Nie. Nie wierzę też w zbiegi okoliczności.

– A jest między nimi jakaś różnica?

Alicja zbywa moje pytanie machnięciem ręki. Jeszcze raz zerka na brulion. Jej oczy się skrzą i wydaje się jeszcze bardziej interesująca.

– Hmm… – Zabawnie przygryza usta. Jest w niej coś uroczego. Coś, co każe mi sprawdzić, czy nie ma obrączki. Nie ma.

– Wiesz co? – mówi po chwili. – To nie jest zły pomysł. Choć chyba powinnam to przemyśleć…

– Chwilę temu nie chciałaś ze mną rozmawiać.

– Bo…

Milknie, jakby wstydziła się swojej nieufności sprzed kilku minut. Albo to tylko wyćwiczona poza, abym właśnie tak myślał.

– Czyli mogę go jej wręczyć?

Alicja kręci głową. Przeczesuje palcami włosy i głoś­no wypuszcza powietrze.

– Nie – odzywa się zdecydowanie. – Myślę, że powinien zrobić to ktoś inny. Pani Rott wyjątkowo ciężko nawiązuje nowe relacje. Podarunek od obcego może ją wystraszyć. Nie sądzę, by w ogóle do niego zajrzała.

– A jeżeli wręczy go jej mój tata? Albo ty?

– Ja nie mogę tego zrobić. To byłoby nieetyczne.

– Czyli zostaje tylko mój pierdołowaty ojciec, który każdą scenkę odegra z lekkością Johna Wayne’a?

Terapeutka kiwa głową.

– To chyba jedyne wyjście. Nie wiem, czy dobre, ale zróbmy to.

Uśmiecham się.

 

 

 

 

 

 

GRETA

 

 

Zaletą alzheimera jest możliwość śmiania się z tych samych żartów bez końca. Usłyszałam to od pewnego lekarza i nie do końca byłam przekonana, czy jego słowa to właśnie jeden z tych ponurych żartów, czy gorzka prawda. Okazało się, że prawda. Po pewnym czasie zaakceptowałam ją i powtarzam jako żart za każdym razem, gdy spotykam tego sympatycznego człowieka. A widujemy się naprawdę często. Chyba zaczął żałować swojej wesołkowatości.

Siedzę w dolnej sali zachodniego skrzydła mojej rezydencji. Mam osiemdziesiąt cztery lata. Albo osiemdziesiąt siedem. Pewnych faktów już nigdy nie ustalę. Wymagałyby wyprawy na drugi koniec domostwa i odnalezienia dowodu osobistego, w którym, swoją drogą, mogą tkwić kłamstwa.

Jestem złym człowiekiem. Mimo że zrobiłam sporo dobrego, odziedziczyłam gen zła i nic nie mogę na to poradzić.

Kiedyś nosiciela genu zła nazywano po imieniu: hitlerowskim dzieckiem, niemrą lub tak, jak nie wypada mi nawet myśleć. Lista epitetów była długa i każdy z nich w pełni zasłużony. Dzięki temu, w jaki sposób się do mnie zwracano, nauczyłam się kląć.

Alzheimer rzeczywiście pozwala mi czasem na chwilę zapomnienia. Ulatują mi z głowy imiona, daty i fragmenty wspomnień. Potem jednak znów powraca świadomość, a wraz z nią przekonanie o tym, że zostałam naznaczona. I nie tylko ja.

Niklas Frank, syn Hansa Franka, generalnego gubernatora i ministra Rzeszy, rozliczył się ze swoim ojcem w pełnym popłuczyn dzienniku. Gudrun, córka Heinricha Himmlera, do swoich ostatnich dni nie zaakceptowała prawdy i broniła pamięci o ojcu. Podobnie zachowały się również dzieci Mengelego oraz Hessa. Natomiast kilkoro potomków Hermanna Göringa poddało się sterylizacji, by nie przekazać genów marszałka Rzeszy. Takie same kroki mieli też podjąć krewni Hitlera.

Żałuję, że nie zrobiłam tego samego. Że nie przecięłam linii, którą płynęła krew SS-Hauptsturmführera Martina Rotta.

Tyle że ja go naprawdę kochałam. Pamiętam zapach jego wody kolońskiej oraz wygłupy, gdy biegał po domu, udając konia i nucąc Marsz Radetzkiego. Pamiętam prezenty oraz czułe słowa na dobranoc. Pamiętam, jak gładził mi włosy.

– Przejedziesz się ze mną? Masz dzisiaj ochotę na krótką przejażdżkę?

– Oczywiście! Jak się cieszę!

– Wiesz dokąd?

– Dokąd?

– Może niedługo będziemy musieli stąd wyjechać. Tylko my dwoje. Aż do Rzeszy, ale nie na długo. Do samego domu. Pewnie już prawie nie pamiętasz Bawarii?

Nie pamiętałam, dlatego interesowało mnie, kiedy w końcu wyjedziemy.

– Już dziś?

– Nie, moja droga. – Ręka ojca ląduje na mojej głowie. Gładzi mnie i delikatnie rozczesuje palcami włosy. – Jeszcze nie dzisiaj. Dziś przejedziemy się po okolicy. Żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.

Wiem, co mam robić. Przebrać się, założyć kapelusz z łamanym rondem i jedwabną apaszkę. Po chwili jestem gotowa.

– Karl! – krzyczy ojciec, idąc do drzwi. Stukot jego obcasów niesie się po całym domu. – Karl, do cholery, gdzie jesteś?

Karl otwiera drzwi i wybiega na schody. Samochód już czeka na podjeździe. To lśniący czarny mercedes ze złożonym brezentowym dachem. Zawsze urzekają mnie chromowane reflektory oraz koła, w których można się przejrzeć jak w lustrze. Lubię zapach nagrzanych słońcem skórzanych foteli i cichy klekot silnika.

Dwóch żołnierzy salutuje ojcu, a on bierze mnie na ręce i wsiada do auta. Karl usadawia się przed nami na miejscu kierowcy.

– Dokąd, Herr Hauptsturmführer?

– Prosto. Nie potrzebuję niczego więcej.

Ojciec obejmuje mnie ramieniem i odwraca twarz do słońca (sądzę, że lubiłam to właśnie dlatego, że i on to lubił). Jego ostre rysy nagle się rozluźniają. Delikatnie rozchyla wąskie wargi, a z wysokiego czoła znika głęboka bruzda, która pojawia się, gdy jest strapiony – czyli ostatnio całymi dniami. Zaczesane do tyłu jasne włosy smaga wiatr. Na skroniach dostrzegam siwiznę. Na prawym, gładko ogolonym policzku widać niewielkie zacięcie. Gdy na nie patrzę i wyobrażam sobie wypływającą krew, przebiega mnie nieprzyjemny dreszcz.

Choć nie jest ciepło, na niebie nie ma ani jednej chmurki. Ojciec duma z przymkniętymi oczami. Zaciska długie palce na trzymanej na kolanach czapce z orłem oraz srebrną trupią główką na czarnym otoku. Wiatr muska nam twarze i czuję się zupełnie szczęśliwa. Tak bardzo szczęśliwa, że mam ochotę krzyczeć. Nie istnieje nic prócz nas oraz czarnego kabrioletu.

Jesteśmy tak cudownie wolni.

– Ale pięknie… – szepczę, choć podekscytowana nie zwracam żadnej uwagi na krajobraz. Kominy obozu przesuwają się na horyzoncie. Stanowią jedynie mało ciekawe tło.

– Karl, przyspiesz, do cholery. – Zdenerwowany ojciec ponagla adiutanta. Na jego czole znów pojawia się bruzda.

– Tak jest.

– A ty, moja droga, przytrzymuj kapelusz. Osłaniaj oczy przed pyłem.

Posłusznie dociskam go do głowy i nie mogę powstrzymać uśmiechu. Ot, tak. Bez powodu.

– Ślicznie ci w nim.

Ojciec szczypie mnie w policzek, a ja uśmiecham się jeszcze szerzej. Nagle Karl gwałtownie przyhamowuje. Opony chrzęszczą na żwirze i kamieniach.

– Przepraszam…

Mrugam i zdaję sobie sprawę, że wzdłuż drogi, którą jedziemy, maszeruje długa kolumna więźniów. Są zabiedzeni i nie potrafią nawet utrzymać się w szyku. Słaniają się na nogach. Tylko niektórzy mają dość odwagi, by przelotnie na mnie zerknąć. Zawsze nienawistnie. Nie rozumiem tych groźnych, wrogich spojrzeń. Odpowiadam na nie uśmiechem. A mój uśmiech wzbudza jeszcze większą nienawiść.

– Co się tu dzieje? – Ojciec wychyla się z auta i zagaduje do spoconego podoficera.

– Więźniowie nie dają rady utrzymać tempa, panie Hauptsturmführer. Przepraszam, ale…

– Maszerują jak bydło! Zajmujecie całą cholerną drogę.

– Proszę wybaczyć, panie Ha…

Ojciec nie pozwala podoficerowi skończyć.

– Jazda, ruszać się! – krzyczy na więźniów. – Won na pobocze! Cholerne bydło!

Jego twarz znów przybiera grymas, który utrzymuje się potem jeszcze jakiś czas, gdy wraca do domu. Już nie tylko bruzda szpeci jego czoło, lecz także na skroniach pojawiają się nabrzmiałe żyły. Pomiędzy wargą i nosem zbierają się krople potu.

Wysoki, potwornie chudy więzień upada tuż przed autem. Wychylam się, aby go lepiej zobaczyć. Podpiera się na łokciach, a jego ciało drży. Nie ma siły się podnieść. Wspiera się na dłoniach, jego mięśnie pulsują jak u głaskanego po kręgosłupie kota. Z powrotem pada na ziemię.

– Jedź, Karl – nakazuje ojciec.

– Ale…

– Jedź, mówię.

Karl odwraca się i dodaje gazu. Ojciec gniewnie nasuwa na głowę czapkę. Na jego oczy pada cień.

– Dodaj gazu!

Więźniowie po naszej prawej odwracają głowy albo spuszczają oczy. Teraz w ich spojrzeniach nie ma wrogości, jest jedynie pustka. Podoficer zatrzymał się i rozgląda się zaniepokojony. Trzyma dłoń na kolbie karabinu.

Nagle auto delikatnie podskakuje, a następnie rozlega się ciche plaśnięcie. Coś zaplątuje się w koła i tłucze o błotniki. Wydaje mi się, że słyszę stłumiony krzyk. Silnik rzęzi na wysokich obrotach.

Ojciec wyciąga z kabury pistolet i wychyla się ponad drzwiami. Zaciska usta. Wychyla się jeszcze mocniej, po czym strzela. Dwukrotnie. Samochód zeskakuje z przeszkody i toczy się dalej.

Słyszę pukanie.

Ojciec przeładowuje i strzela raz jeszcze.

I znów.

Pukanie jest coraz intensywniejsze. Przypomina odgłos kolejnych wystrzałów.

Zaciskam dłonie na drewnianych poręczach fotela i zwracam się w stronę drzwi. Ktoś przybył do dolnej sali zachodniego skrzydła mojej stuletniej rezydencji.

– Proszę – zachęcam. – Proszę wejść.

Jestem wdzięczna, że wyrwano mnie ze świata wspomnień. Nie wiem tylko, który świat jest prawdziwy.

 

 

W progu staje Stanisław. Przez chwilę przypatruje się mi, jakby oczekiwał na kolejne zaproszenie. Uśmiecham się do niego i to wystarcza. Wchodzi do pokoju, po czym cicho zamyka za sobą drzwi. Zawsze sprawia wrażenie zakłopotanego.

Porusza się powoli i niezgrabnie. Prawą dłoń zaciska na rzeźbionej rękojeści bambusowej laski. Idąc, rozstawia nogi, jakby całe życie spędził, jeżdżąc konno. Wiem, że to nieprawda, choć teraz nie pamiętam, czym się zajmował. Lubię go, bo wygląda jak starcy w moich najdawniejszych wspomnieniach.

Mija zastawioną bibelotami komódkę i podchodzi do masywnego, eklektycznego stołu. Ociężale siada na jednym z krzeseł. Wzdycha, po czym jedwabną chusteczką ociera pot z czoła.

– Jak się czujesz? – pyta zachrypniętym, ale ciepłym głosem.

– Może być. Tak samo jak sto lat temu.

Stanisław się uśmiecha. Zaciska rękę na srebrnej rękojeści i obraca ją zgrabiałymi palcami.

– Masz ochotę na spacer? – pyta z nieśmiałością uczniaka.

Zerkam w stronę okna. Jest już późne popołudnie i słońce rzuca pomarańczowe światło. Wiatr świszczy w lufciku. O tej porze najbardziej lubię patrzeć w niebo i popijać herbatę. Najlepiej jedząc przy tym miętowe ciastka. Albo pomarańczowe. Tak dawno nie jadłam już pomarańczowych ciastek…

– Byłeś u mojego syna?

Nagle przypominam sobie, że Eryk od bardzo dawna mnie nie odwiedził. Chciałabym z nim porozmawiać. Chciałabym, żeby siedział obok mnie i po prostu się uśmiechał. Moglibyśmy milczeć.

Stanisław na moment odwraca wzrok. Nerwowo splata dłonie na lasce i znów na mnie zerka. Tylko przez chwilę. Przeczesuje palcami nieuczesane siwe włosy.

– Twój syn nie żyje – stwierdza i zaciska usta.

– Co takiego?!

Mój Boże. Kręci mi się w głowie i oblewa mnie pot. Chcę poderwać się z fotela, lecz Stanisław podchodzi, po czym z trudem się pochyla. Delikatnie chwyta moją dłoń. Przez moment mam wrażenie, że chce ją pocałować, lecz się rozmyśla.

– On nie żyje od ponad trzydziestu lat. Przez tę chorobę czasem o tym zapominasz.

– Co ty pleciesz?

Mam ochotę zdzielić go w twarz. To cholerny żart, a z takich rzeczy się nie żartuje. Przecież kilka tygodni temu rozmawiałam z Erykiem. Był tu. Siedział na krześle przy ścianie i zaśmiewał się, opowiadając mi jakąś historię.

– Wyjdź! – krzyczę. – Wynocha stąd!

Stanisław spuszcza głowę i czołem dotyka mojej ręki. Chcę wstać, lecz czuję, że ugięłyby się pode mną nogi. Z trudem łapię oddech. Zabieram dłoń i zacis­kam palce na skórzanym podłokietniku.

Stanisław podnosi się i wspiera na lasce. Pochyla głowę, a jego twarz wydaje mi się potwornie blada. Tak blada, jak blade są twarze na upiornych obrazach tego… Zapomniałam, jak się nazywał twórca tych szkaradzieństw. Ojciec obiecywał, że w naszym bawarskim domu jego dzieła zawiesimy nad kominkiem.

– Greta… Proszę. Uspokój się.

– Czego ty chcesz? Wygadujesz takie rzeczy o moim synu, a potem chcesz, żebym była spokojna! Ja jestem spokojna! Kurewsko spokojna! Nie chcę cię, kurwa, znać!

Przekleństwo mnie razi, ale nie potrafiłam go powstrzymać. Podobnie jak potoku kolejnych. Podnoszę się z fotela i wspieram na oparciu. Dyszę.

Stanisław cofa się i spuszcza głowę. W oczach ma łzy. Przygryza wargi, jakby zaraz miał się rozpłakać. Zaczyna się cały trząść, co przyprawia mnie o jeszcze większą furię.

– Wynocha! – krzyczę i nagle braknie mi tchu. Nie wiem, co więcej miałabym powiedzieć. Nie wiem, dlaczego krzyczę.

Mrugam i dostrzegam przed sobą starca. Skądś go kojarzę, lecz nie wiem, co robi w moim domu. Chwytam szal i szczelniej się nim okrywam.

– Kim pan jest?

Starzec uśmiecha się ponuro. Z zaczerwienionych oczu ciekną mu łzy. Robi krok w moją stronę, ale nagle się zatrzymuje. Pochyla głowę, po czym cicho wzdycha. Ciężarem całego ciała wspiera się na bambusowej lasce tak, że boję się, że ta zaraz się złamie.

W ogóle w piersi dusi mnie strach. O siebie, o niego, o…

– Stanisław – odzywa się, znów na mnie patrząc. – Nazywam się Stanisław i jestem twoim przyjacielem.

– Przyjacielem? Ledwie pana pamiętam.

– To się zdarza…

– Słucham? Co niby się zdarza?

To jakiś obłęd.

– Proszę stąd wyjść, nim wezwę policję. Jak się pan tu w ogóle dostał? Czego pan chce?! – Mimowolnie podnoszę głos. Boję się, że ten mężczyzna coś mi zrobi. Nie wiem, dlaczego czuję z jego strony zagrożenie. Jest mi bardzo nieswojo i chciałabym uciec. Nie powinien tu wchodzić bez pozwolenia. To mój dom. Mój. – Proszę natychmiast iść!

Starzec kiwa głową i stara się wyprostować.

– Przepraszam – odzywa się. – Przepraszam, że cię wystraszyłem.

Nie jesteśmy na ty, ale już nic nie mówię. Chcę, żeby jak najszybciej wyszedł z tego pokoju. Jeżeli kiedyś byliśmy przyjaciółmi, teraz to zupełnie nieważne. Zapomniałam o nim. Nieistotni ludzie ulatują z naszej pamięci. Gdy starzec podchodzi do drzwi, robię kilka kroków w jego stronę.

– Nie chcę odświeżać dawnych znajomości – stwierdzam. – Stoję nad grobem i nie chcę stać nad innymi. Mam dość pogrzebów. – Taka jest prawda.

Starzec otwiera drzwi i z powrotem wspiera się na lasce. Drugą dłonią ukradkiem ociera łzę. Staje w progu i sięga do wewnętrznej kieszeni znoszonej marynarki.

– Mam coś dla ciebie.

Podaje mi gruby, zniszczony zeszyt w twardej oprawie.

– Niczego od pana nie chcę.

– Proszę, weź go.

– Co to? – Nieufnie zerkam na okładkę, ale nie widzę, co na niej zapisano. – Nie mam okularów…

– Spodoba ci się. Zobaczysz. Wystarczy, że zaczniesz czytać.

– Nie chcę go. – Wzbraniam się i unoszę dłonie. – Proszę już iść!

Starzec rozgląda się wokół i kładzie zeszyt na stojącym przy ścianie niciaku. Boję się go. Naprawdę chcę, żeby już poszedł.

Mężczyzna kłania mi się i przez chwilę zatrzymuje wzrok na mojej twarzy. Jest tak bardzo smutny. Nigdy nie widziałam równie smutnego człowieka. Boję się jego smutku.

– Do widzenia – szepcze, po czym zamyka za sobą drzwi.

W pomieszczeniu pozostał po nim delikatny zapach kosmetyków do golenia. Powinnam otworzyć szerzej okna, ale boję się przeziębienia.

Moje spojrzenie pada na pozostawiony przez niego zeszyt. Może lepiej by było, gdybym mu go oddała? Albo natychmiast wyrzuciła?

Nie wiem, dlaczego go biorę i otwieram na pierwszej stronie. Wygładzam dłonią kartki. Na palcu mam złoty pierścień z małym rubinem, którego nie kojarzę. Nie wiem, od kogo go dostałam. Nie wiem, co obok niego robi obrączka.

Nie chcę wiedzieć.

Boże, myśli tak bardzo mi się plączą…

Znowu ktoś puka do moich drzwi.

 

 

 

 

 

 

ANNA

 

 

Nigdy wcześniej nie słyszałam tak głośnego pukania. Nie przypominało stukania, a łoskotanie, jakby ktoś chciał wyważyć drzwi. Jakby walił w nie czymś metalowym.

Raz za razem.

Łup-łup.

Sam ten odgłos potrafi przerazić.

Łup-łup.

Nie potrafię go właściwie opisać, choć moje opowiadania ponoć są całkiem dobre i niektórym się podobają. Mama lubi je czytać. Tata też lubił, ale od dwóch i pół roku nie mamy od niego żadnej wieści. Podobno zabrali go sowieci, ale w odpowiedzi na setki pism poinformowali nas, że ojciec nie figuruje w żadnym z ich rejestrów. Nie pojmali go, nie aresztowali ani nie znaleźli na polu żadnej z bitew. Zniknął razem ze wszystkimi ludźmi, którzy ruszyli z nim na front. Z panem Rosowskim, z kuzynem Danielem i z wujem Tomaszem. Wuj Tomasz w połowie września trzydziestego dziewiątego przysłał list, że razem z jednostką znajdują się w okolicach Brześcia.

Potem nie miałyśmy już od nikogo z nich żadnej wieści.

Nie, chyba nie tak powinnam prowadzić narrację. Dobrze wiem, do kogo kieruję te słowa.

Dlaczego do nas nie napisałeś, Tato? Nie mam nawet listu, który mogłabym czytać i dotykać papieru, który dotykała Twoja dłoń. Nie pamiętam Twojego charakteru pisma. Wszystkie dokumenty, które podpisywałeś, już dawno zniknęły…

Tato. Chciałabym, żebyś kiedyś przeczytał to, co teraz piszę. Czasem może będę zbyt szczera, a czasem wyrażę się niejasno, ale przecież nikt nie zna mnie tak dobrze jak Ty. Poza tym to będzie trochę jak bajka, a trochę jak dziennik. Wolałabym, żebyś nigdy nie dowiedział się całej prawdy. Prawda zawsze była zbyt smutna. Nawet w baśniach Andersena czy braci Grimm.

Zacznę choćby od tego, że mam dwanaście, a może szesnaście lat. Pamiętasz, jak kiedyś się pomyliłeś przy składaniu mi życzeń? Potem mama wypominała Ci to przez wiele dni. Sądzę, że zrobiłeś to specjalnie, żebyśmy mieli kolejny powód do śmiechu. Tak było, czyż nie? Lubię myśleć, że mam dwadzieścia jeden lat, bo w tym wieku mamusia wyszła za Ciebie za mąż. Co ze mną będzie, gdy będę miała dwadzieścia jeden lat? Czy w ogóle świat będzie wtedy jeszcze istniał? „Pokolenia przychodzą i pokolenia odchodzą, a Ziemia trwa po wsze czasy”. Tylko czy ja będę istniała?

Gdybyś czytał te słowa, chciałabym, żeby sprawiły Ci ulgę. Mam dość zła, okropieństw i potworności. Ale… Myślę, że chciałabym napisać coś, co po mnie zostanie. Chcę zostawić ślad tego, że kiedyś istniałam, czułam i kochałam. Nie wstydzę się tego. Chcę zostawić ślad po nas, Tato.

Pisząc, wyobrażam sobie, że zaraz podam Ci te kartki. Że zapalisz fajkę i puszczając dym, zaczniesz czytać. I że czytając, swoim zwyczajem, będziesz się delikatnie uśmiechał. Uwielbiam ten Twój pobłażliwy uśmiech, w którym zawsze widziałam, jak bardzo mnie kochasz.

Jeśli nigdy tego nie przeczytasz…

Wiesz, na to też mam wytłumaczenie.

Wierzę, że w jakiś sposób nasze myśli się łączą. Jestem przekonana, że teraz mnie słuchasz, choćbyś był na drugim końcu świata. Opowiem Ci, co się wydarzyło, ale proszę, nie martw się. Z nami wszystko w porządku. Tylko bardzo nam Ciebie brakuje. Chcę, żebyś o wszystkim wiedział, bo my to przecież też Twoje życie. Pani Zaniewska pewnie skrytykowałaby mnie za to pokraczne zdanie.

Łup-łup.

Tak najlepiej opisać ten dźwięk. Zebrałyśmy się wszystkie w pokoju, a łoskot się powtórzył. Dobiegły nas krzyki. Na podwórze przed domem zajechała wojskowa ciężarówka.

– Boże… – wyszeptała mama. – Otwórz im.

– Ale…

– Zaraz wybiją kolbami dziurę albo zaczną strzelać. Otwórz im, mówię.

A więc to podkute metalem kolby karabinów tak dudniły. Dopiero wtedy o tym pomyślałam i nogi ugięły się pode mną ze strachu.

Stało się. To, o czym tak wiele razy rozmawiałyśmy.

Lusia zbladła (o ile w jej przypadku to w ogóle możliwe!), lecz powlekła się do drzwi. Mama pośpiesznie poprawiła fryzurę, wygładziła spódnicę i położyła dłonie na moich ramionach. Czułam, że wstrzymuje oddech.

Gdy Lusia przekręciła zamek w drzwiach, ktoś z zewnątrz natychmiast je pchnął. Rąbnęły o wieszak, z którego spadł Twój kapelusz. Czy to mógł być znak? Czy w ten sposób próbowałeś pokazać, że nie chcesz tych ludzi w naszym domu? Nie mogłeś jednak zrobić nic więcej.

Na ganku stało trzech żołnierzy z karabinami w rękach.

– Frau Dunajewska?– zapytał najstarszy z nich, postawny Prusak z kwadratową szczęką i wydatnym podbródkiem.

Mama skinęła głową. Minęła mnie i wyszła naprzeciw żołnierzom. Miała na sobie tę granatową sukienkę, którą tak bardzo lubisz.

– Co się stało? – zapytała po niemiecku.

Zobaczyłam, że na podwórzu jest kilku innych hitlerowców. Zagnali tu gospodarzy z chat w głębi wsi. Widziałam pana Nowaka i starego Lipskiego. Wzięli nawet naszego proboszcza, który kulał, odkąd ktoś go napadł i pobił.

Muszę się do czegoś przyznać, Tato. Wiele razy się modliłam, żebyś wrócił, a potem wściekałam się na Boga, że wciąż Cię nie ma. Ksiądz Wojciech w trakcie spowiedzi zawsze mnie pocieszał, lecz chyba straciłam wiarę. Przecież ona nie ma sensu. Wydaje mi się, że…

Dość o mnie.

Prusak odsunął Lusię i podszedł do mamy. Zerknął na mnie, ale zaraz rozejrzał się po wnętrzu domu. Tuż za nim weszło dwóch pozostałych żołnierzy.

Ten najstarszy wyciągnął dłoń i rozcapierzył palce.

– Fünf Minuten! – krzyknął, po czym dodał łamaną polszczyzną: – Macie pięć minut.

Wiele razy rozmawiałyśmy o tym, że w pięć minut będziemy musiały spakować całe nasze życie. Byłyśmy na to przygotowane, a mimo to mama stała jak zamurowana. Dopiero po chwili odezwała się po niemiecku, lecz Prusak już jej nie słuchał. Ostentacyjnie odwrócił się do nas plecami.

Na jej twarzy dostrzegłam przerażenie. Chyba nigdy nie widziałam jej tak bezradnej i zrobiło mi się przez to bardzo smutno. Była bezradna, bo nie mogła nam pomóc. Wstydziła się nawet na mnie spojrzeć. Wiesz, Tato, jaka ona jest.

Lusia osunęła się na podłogę i zaczęła spazmatycznie płakać. Ja również byłam całkowicie skołowana. Chciałam się obudzić. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Czułam się, jakbym się znalazła na krawędzi koszmarnego snu i jawy. W tym stanie, gdy już otworzyło się oczy, lecz wciąż się śni.

Nagle mama delikatnie pchnęła mnie w stronę schodów.

– Pakuj rzeczy – nakazała stanowczo, choć łagodnie. – Wiesz które.

Nim zdążyłam się ruszyć, Niemiec odwrócił się i stuknął kolbą o podłogę.

– Die Zeit ist um – obwieścił.

Pięć minut minęło.

Die Zeit ist um.

 

 

 

 

 

 

GRETA