Colas Breugnon - Romain Rolland - ebook

Colas Breugnon ebook

Romain Rolland

0,0

Opis

Pogodna, pełna humoru powieść francuskiego noblisty, napisana w formie zapisków żyjącego w XVII wieku burgundzkiego rzemieślnika, kochającego życie, dobre jedzenie i dobre wino.

Kiedy Colas Breugnon był młody, poprzedni jeszcze książę wyprawił go do Italii na poznanie artystycznych przemysłów. Teraz ma już swoje lata, pięćdziesiątka z okładem. Mieszka we własnym domu z warsztatem, tuż za murami Clamecy, zapuścił korzenie. Jeśli się oddala, to w najbliższą okolicę, jak wszyscy, załatwić codzienne sprawy, poprzyglądać się, odwiedzić przyjaciół, znajomych, ulubioną córkę i ukochaną wnusię. Trzydzieści lat małżeństwa za sobą. Dzieci dorosły i poszły na swoje. Zwyczajna rodzina: czterech synów, każdy innego charakteru, poglądów i zajęcia, pracowita córka, krótko trzymająca męża, gromadka wnucząt. Nie to, żeby nic się nie działo. A to nadarzy się ślub dostojnej pary, z zabawną kłótnią przy samym wyjściu z katedry, a to zatrzymają się u Colasa kolejni wojacy, walczący nie wiedzieć o co, i opróżnią piwniczkę, albo też strzeli do głowy mieszkańcom sąsiedniego miasteczka wyprawić się na Clamecy i oblężenie gotowe. Zwyczajne sprawy: ludzie się kochają, żenią, świętują, kłócą i biją ze sobą. Tak było i będzie. Ważne, żeby zachować pogodne usposobienie, kochać swoją pracę, mieć co zjeść i dobrze wypić.

Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.

Romain Rolland
Colas Breugnon
tłum. Franciszek Mirandola
Epoka: Dwudziestolecie międzywojenne Rodzaj: Epika Gatunek: Powieść

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 343

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Romain Rolland

Colas Breugnon

tłum. Franciszek Mirandola

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.

ISBN-978-83-288-8288-1

Colas Breugnon

Żyje jeszcze człowiek poczciwy

Święty Marcin pije wino, 
Wodę pozostawia młynom 
(Przysłowie francuskie z XVI w.)

Świętemu Marcinowi, patronowi Clamecy

Książka, którą czytasz, pochodzi z Wolnych Lektur. Naszą misją jest wspieranie dzieciaków w dostępie do lektur szkolnych oraz zachęcanie ich do czytania. Miło Cię poznać!

Przedmowa z powojennych czasów

Książka ta była wydrukowana i zupełnie gotowa do wydania przed wojną jeszcze. Nie czynię w niej zmian żadnych. Krwawa epopeja, której bohaterami i ofiarami zostali wnukowie Colasa Breugnon, postawiła sobie za zadanie przeprowadzenie dowodu, że „żyje jeszcze człowiek poczciwy”.

Sądzę, że okryte sławą i posiniaczone ludy Europy, rozcierające sobie teraz potłuczone żebra, odnajdą jakiś zdrowy sens w refleksjach, które czyni sobie nasz „baranek swojski żyjący pomiędzy wilkiem a pasterzem”.

Przestroga czytelnikowi

Czytelnicy Jana Krzysztofa nie spodziewali się pewnie takiej nowej książki. Zdziwiła ona w równej mierze mnie samego.

Pracowałem nad dramatem i powieścią na tematy współczesne — utworami w tejże samej co Jan Krzysztof, nieco tragicznej atmosferze wyrosłymi. Nagle musiałem rzucić w kąt wszystkie notatki i przygotowane sceny i jąłem się tej niewinnej książki, o której nie myślałem jeszcze dnia poprzedniego.

Jest to reakcja przeciw dziesięcioletniemu przymusowi trwania w rynsztunku Jana Krzysztofa, która to zbroja, zrazu wygodna i na moją zrobiona miarę, stała mi się z czasem przyciasna. Uczułem nieprzezwyciężone pragnienie swobodnej wesołości galickiej1, posuniętej aż do nieprzystojności. Jednocześnie powrót do ziemi ojczystej, nieoglądanej od lat młodocianych, pozwolił mi wznowić kontakt z moją Burgundią niwernejską, przywiódł mi przed oczy przeszłość uśpioną, zdawało się, na zawsze, oraz zbudził wszystkich Colasów Breugnon, których noszę w zanadrzu. Musiałem zabrać głos w ich imieniu. Te przeklęte gaduły nie wygadały się dostatecznie za życia. Skorzystali z okoliczności, iż jeden z wnuków dostąpił zaszczytnego przywileju zostania pisarzem (zawsze tego zazdrościli), i uczynili ze mnie swego sekretarza. Daremnie się broniłem:

— Dziadziu, zważ, proszę, że miałeś dość czasu na gadanie, dajże mi się teraz wyjęzyczyć. Każdy winien mieć swoją kolej!

Odparli:

— Słuchaj, smarkaczu! Powiesz swoje, gdy ja skończę. Zresztą wiedz, że bajanie twe mojego niewarte. Siadaj i słuchaj, nie tracąc jednego słowa... Chłopcze drogi, uczyń to dla twego dziadzia. Przekonasz się, gdy znajdziesz się na naszym miejscu... Wierzaj, najgorszy w śmierci jest przymus milczenia.

Cóż było robić? Musiałem ustąpić i pisać pod dyktando.

Nareszcie skończyłem i odzyskałem swobodę (tak mi się przynajmniej wydaje). Podejmę tedy wątek myśli własnych, o ile któryś z mych starych gadułów nie nabierze ochoty wychylenia się z grobu, by mi dyktować listy skierowane do potomności.

Nie mam śmiałości przypuszczać, by mój Colas przyniósł tyleż radości czytelnikom co autorowi. Niechże przynajmniej przyjmą tę książkę, jaka jest, z całą tchnącą z niej szczerością, prostotą, bez pretensji do ulepszenia świata ni wyjaśnienia go, wolną od polityki, metafizyki, książkę „w dobrym francuskim guście”, która śmieje się życiu w twarz, bowiem uważa je za dobre, a zdrowie posiada jak należy. Krótko i węzłowato, jak powiada dziewica Joanna2 (wezwać wszak należy jej imienia, poczynając rzecz zgoła galicką), „przyjmijcież to miłościwie”...

Romain Rolland  
Maj 1914 r. 

I Skowronek Matki Boskiej Gromnicznej

2 lutego

Chwała bądź wielka świętemu Marcinowi3! Zupełny zastój w interesach. Nie ma zresztą za czym się uganiać, dosyć się napracowałem w życiu, odpocząć pora. Siedzę sobie tedy4 spokojnie przy stole, kubek wina po prawej, kałamarz po lewej ręce, przede mną zaś, rozwarłszy ramiona jakby do uścisku, spoczywa nowiutki, czyściutki zeszycik. Zdrowie twoje, synku, teraz pogadamy! Na dole baba moja hałasuje jak zwykle. Wicher skowyczy za oknami, znowu coś się chmurzy horyzont polityczny. Mniejsza z tym! O, co za radość, co za wielka radość znaleźć się tak sam na sam z sobą. (Do ciebie się zwracam, uważasz, gębo pijacka, okraszona pięknym karmazynem, gębo ciekawa, roześmiana, przystrojona trąbiastym, burgundzkim w każdym calu nosem, siedzącym na bakier między oczami, niby kapelusz z fantazją na ucho nadziany).

Do licha, sam nie wiem, czemu lubuję się w sobie, czemu mnie ciągnie do wpatrywania się w twarz własną, liczenia z wesołym uśmiechem zmarszczek, do grzebania w głębi serca, niby w piwnicznym lochu, za flaszczyną starych wspomnień.

Nie sztuka marzyć! Ale napisać to, o czym się marzy! Zresztą, czy to marzenia? Oczy, szeroko otwarte, widzą jasno. Snuje się, co prawda, sieć zmarszczek na skroniach, ale spojrzenie mam pogodne, przekorne. Niech inni gonią za majakami! Ja opowiadam po prostu, com widział, mówił, czynił. A może to głupstwa, bo dla kogóż, u licha, piszę?

Dla sławy? Ooo, nie! Nie jestem naiwny, znam swą wartość, Bogu dzięki! Dla wnuków? Phii! I cóż zostanie z papierzysków mych za jakieś lat dziesięć? Moja baba jest zazdrosna jak sam diabeł i rzuca do pieca, co jej tylko pisanego wpadnie w szpony. Dla kogóż tedy piszę?

Dla siebie! Dla własnej uciechy piszę. Dlatego że gdybym nie pisał, szlag by mnie po prostu trafił! Ho, ho, trzeba wiedzieć, że to żyłka dziedziczna! Śp. dziad mój nie byłby za nic w świecie zasnął, nie zanotowawszy bodaj — leżąc w łóżku — liczby wypitych i... oddanych kubków wina. Musiał zapisać wszystko po porządku, i basta.

Otóż sprawa tak stoi. Muszę się wyładować, bo w moim Clamecy5 nie mogę gadać tyle, ile bym pragnął! Muszę się odszpuntować6, inaczej jestem jak ów balwierz7 króla Midasa8. Przy tym język mam nieco za długi, gdyby mnie tak przypadkiem usłyszano, miałbym się z pyszna! Trudno, już jestem taki! Zresztą gdyby człowiek czegoś nie ryzykował, zdechłby chyba z nudów.

Lubię, jak nasze wielkie cisawe9 woły, przeżuwać wieczór strawę połkniętą z rana. O, jakże miło oglądać, przewracać, mieszać to wszystko, co się myślało, obserwowało, zbierało, jakże przyjemnie rozdziobywać, kosztować, smakować, pozwalać, by się rozpływało na języku, i pomału... pomału połykać. Tych rozkoszy doznaje człowiek, opowiadając sobie od początku wszystko, co się pośpiesznie chwyciło w przelocie, nie mając czasu na należytą, spokojną ocenę.

Jakże miło przechadzać się po swoim własnym wszechświecie, powtarzając sobie po sto razy: to moje, to wszystko moje, jestem tu panem i władcą. Ni grad, ni mróz, ni susza nie mają nad tym żadnej mocy. Ni papież sam, ni król, ba, nawet moja sekutnica nie dadzą temu rady. Muszę was, drodzy państwo, oprowadzić po moim skarbcu.

*

Przede wszystkim zwróćcie uwagę na klejnot najdrogocenniejszy. Mam tutaj oto siebie, Colasa Breugnon! Chłop to — że przyłóż do rany, Burgund rzetelny, okrągławy nieco, ale mu się oczy świecą, już nie pierwszej młodości, bo choć są w kupie kości, zęby zdrowe, gęsta mina, toć10 przyprószona czupryna... ha, trudno... pięćdziesiątka z okładem!

No, nie będę przeczył, że wolałbym, by klejnot mój był blondynem. Tak samo zgodziłbym się ostatecznie zrzucić z ramion jakieś dwadzieścia czy trzydzieści lat. Zważcież, moi państwo, że pięćdziesiątka to wcale ładny wiek. Śmiejecie się, młodziki? Ha? Sądzicie, że to nic tłuc się po tym świecie, a choćby po całej Francji, i to w czasach jak nasze, przez lat pięćdziesiąt? Mój Boże! Ileż to deszczu spadło człowiekowi na plecy, ile nasmażył skóry na słońcu! Można powiedzieć, że człowieka przez ten czas gotowano niby mięso, przygrzewano, przysmażano, a potem dla odmiany moczono w wodzie. Jak wór zbladłem po wierzchu, ale ileż w tym worku zbytków11, facecyj12, doświadczeń, szaleństw, ileż słomy i siana, fig i winogron, niedojrzałych i słodkich owoców, ileż głogu i róż, ile rzeczy widzianych, czytanych, wyuczonych, posiadanych i przeżytych! Wszystko to pomieszane jak groch z kapustą. Co za radość dobrać się do tego śmietnika i grzebać... grzebać...

Dość, mój Colasie! Jutro rozpoczniemy grzebaninę. Gdybym się wziął do niej dzisiaj, nie skończyłbym nawet pobieżnego inwentarza towarów, które mam na składzie.

A więc: posiadam dom, żonę, czterech synów, córkę wydaną za mąż (dzięki Bogu), zięcia (ha... trudno, bez tego się nie obejdzie), osiemnaścioro wnucząt, szarego osła, psa, sześć kur i prosię. Jakżem bogaty!

Poprawiwszy okulary, przystępuję do bardziej szczegółowej analizy skarbów.

O tych ostatnich, prawdę powiedziawszy, wspominam jeno13 dla pamięci. Bo oto minęły wojny, żołnierze, wrogowie, a także przyjaciele. Oczywiście, prosię nasolone i zjedzone, osioł ochwacony14, piwniczka do dna wypita, kury dawno oskubane.

Co do żony, to, do stu tysięcy starych diabłów, posiadam ją dotąd... Oo, słyszycie, jak wrzeszczy? Nie sposób zapomnieć o tym szczęściu; mam ją, tę uroczą ptaszynkę, mam ją, mam, jestem jej niezaprzeczalnym właścicielem! Ha, Breugnon, nie lada z ciebie ziółko! Wszyscy ci zazdroszczą. Panowie, proszę uprzejmie, nie jestem samolubem — porozumiejmy się! Kto ma ochotę wziąć sobie moją turkaweczkę? Posiada mnóstwo zalet: jest oszczędna, czynna, trzeźwa, uczciwa. Co prawda, nie utyła z tych cnót. Jako grzesznik zatwardziały wyznaję, że wolę jeden tłusty grzeszek od siedmiu cnót chudych...15 (Ale dość tego, trzeba uszanować cnotę, skoro inaczej być już z woli nieba nie może!)

Hej, hej, jak się ta czarownica rozbija po całej chałupie! Pełno jej wszędzie, choć taka szczapa. Przewraca graty do góry nogami, burczy, beszta, klnie, drepcze ciągle ze strychu do piwnicy i z powrotem, tępiąc kurz i ciszę z zaciekłością niepojętą.

Już trzydzieści lat minęło od naszego ślubu. Diabli wiedzą, po co ją brałem! Kochałem się w innej, ale drwiła ze mnie; ta znowu uparła się wyjść za mnie, chociaż jej nie chciałem. Wówczas była bladolicą brunetką i wierciła mnie błyszczącymi ślepiami. Byłaby mnie chciała pożreć, przegryźć, jak woda stal przeżera. Kochała mnie do szaleństwa, na śmierć! Prześladowała mnie tak długo, aż wreszcie (o, jakże głupi są mężczyźni!), po trochu ze współczucia, a także skutkiem tego, że pochlebiła mej próżności, po trochu ze znużenia (ładny sposób odpoczynku!), na koniec w chęci pozbycia się natarczywości, zostałem (Jan de Vrie zanurza się do wody, aby nie przemoknąć na deszczu)... zostałem jej mężem! Od tego czasu posiadłem skarb cnoty wcielonej, a ona, poczciwa gołąbeczka, mści się, mści od lat trzydziestu. Jakiż powód zemsty? Oto mści się za to, że mnie kochała. Doprowadza mnie do wściekłości, a raczej pragnie to uczynić, ale niedoczekanie! Ho, ho, zanadto miłuję spokój i niegłupim wpadać w melancholię z powodu jakichś tam głupich kilku słów. Deszcz dudni po szybach? Niechże sobie pada do woli... Gdy ona grzmi, Colas sobie z tego kpi! Gdy ona gniewa się, to mnie się śpiewać chce! I czemuż, u diaska, mam jej bronić wrzeszczeć? Skądże prawo? Nie życzę jej przecież nagłej a niespodziewanej śmierci! Baba w progi, cisza w nogi! Stara bajka! Każdy sobie nuci własną piosenkę. Niech tylko nie ośmiela się zamykać mi gęby (o, wie dobrze, co by ją to kosztowało), a chętnie zgodzę się, by rozdziawiała swoją od ucha do ucha. Każdy gra na swoją nutę!

Zresztą, mimo że instrumenty nasze nie bardzo są dostrojone do siebie, odegraliśmy wcale, wcale ładne kawałki: córkę i czterech synów. Wszystkie sztuki zrobione na urząd, wykończone jak należy; nie szczędziłem materiału ani pracy. Najlepiej mi się udała dziewczyna i w tym plonie odnajduję własne nasienie... Bestyjka bo ta Martynka, szelma kochana! Miałem krzyż pański, zanim dożeglowałem z nią do małżeńskiego portu! No! Nareszcie stoi na kotwicy, nienadwerężona po drodze! Ha... i tak przecież trudno dowierzać kobiecie... ale to już nie moja sprawa! Dosyć miałem czuwania, dreptania. Teraz kolej na drogiego zięciaszka mego, Florymonda. Dostał ciasto jak się patrzy, niechże baczy, by się nie przypaliło w piecu.

Dysputujemy z Martynką za każdym spotkaniem i rozumiemy się doskonale. Dzielna dziewczyna, wie, co robi, nawet robiąc głupstwa, i uczciwa — z warunkiem, by uczciwość miała uśmiech na twarzy. Największym występkiem jest dla niej nuda. Nie lęka się trosk. Troska to walka, a walka to przyjemność! Kocha życie i wie, co dobre, zupełnie jak ja. To moja krew! Tylko dałem jej w tym wypadku za wiele...

Gorzej wypadli chłopcy. Matka wtrąciła swoje trzy grosze i ciasto dostało zakalca. Dwaj z nich to bigoty16 zatracone, a w dodatku każdy siedzi w innej kruchcie. Jeden nie wyłazi spod księżej kapoty i obraca się wśród dewotek i innych obłudników, drugi jest hugenotem17. Wysiedziałem kukułcze jaja! Trzeci jest żołnierzem, wojuje, włóczy się; i nie wiem doprawdy, gdzie się obraca. Czwarty wreszcie jest po prostu niczym: jakimś cichym, rozlazłym sklepikarzyną. Ziewam, ile razy o nim wspomnę! Rasa wyłazi ze wszystkich dopiero, gdy siedzimy pospołu przy stole nad pełną misą. Żadne z sześciorga nie śpi wówczas i wszyscy żywią jedne przekonania. Cudne to widowisko! Sześć par szczęk pracuje dzielnie, gęby pochłaniają kromy chleba, a wino spuszcza każdy do piwnicy brzucha bez pomocy bloka i sznura.

Ruchomości spisane, teraz kolej na chałupę. To moja druga córka. Budowałem ją z wolna, starannie, gruntownie, wprost rozrzutnie szafując materiałem, a w dodatku budowałem nie raz, ale kilka razy. Stoi na brzegu Beuvronu, nieforemna, przysadkowata, tonąc w zieloności, otoczona gnojówkami, u krańców przedmieścia, po drugiej stronie niskiego, zapadłego na poły mostu, moczącego nogi w wodzie.

Wprost domu wznosi się dumna, strzelista wieża św. Marcina18 o haftowanym rzeźbą cokole i rozkwieconym sztukaterią portalu, do którego, niby do raju, wiodą czarne, starorzymskie, strome schody. Moje penaty i lary19 znajdują się już za murami miasta. Toteż ile razy warta dostrzeże z wieży nieprzyjaciela, zamyka bramy, a nieprzyjaciel zachodzi prosto do mnie w gościnę. Lubię wprawdzie pogawędkę, ale obyłbym się chętnie bez takich wizyt. Zazwyczaj odchodzę, zostawiając klucz w drzwiach. Za powrotem20 nie zastaję zwykle ani klucza, ani drzwi, tylko gołe ściany bez dachu. Zaczynam wówczas budować na nowo. Mówią mi ludzie:

— Ośle, pracujesz dla wroga! Porzuć to kretowisko i przeprowadź się do miasta, będziesz bezpieczny.

Odpowiadam:

— Mój drogi, dobrze mi w kretowisku. Wiem, naturalnie, że co mur, to mur. Ale cóż bym widział ukryty za wysokim murem? Szlag by mnie trafił z nudów. Tymczasem nad brzegiem mego Beuvronu widzę mnóstwo rzeczy i mam gdzie się rozeprzeć swobodnie. W wolnych od pracy chwilach widzę wprost z ogródka refleksy na leniwie płynącej wodzie, koła rozchodzące się za każdym pluśnięciem ryby, nawet włochate porosty na dnie. Mogę tam zarzucać wędkę, moczyć nogi, wylewać nocnik... słowem — czynić, co dusza zapragnie. A zresztą, widzisz, bracie, siedzę tam od lat i już nie pora mi przenosić się na inne miejsce. Chyba nie spotka mnie nic gorszego niż dotąd. Powiadasz, że raz jeszcze dom zostanie zniszczony? Być może. Przecież nie mam pretensji, by przetrwał wieki. Ale niełatwo przyjdzie wydrzeć mnie z miejsca, gdzie się zakorzeniłem, niełatwo, do stu diabłów, powiadam! Odbudowywałem już dwa czy trzy, odbuduję jeszcze dziesięć razy. Co prawda nie zaliczam tego do przyjemności, ale przenosiny sprawiłyby mi wielką przykrość. Czułbym się jak odarty ze skóry. Proponujesz mi dom inny, nowszy, piękniejszy, bielszy? Nie, nie, nie pasowałby do mnie, musiałbym uciekać... nie, nie... wolę swoją chałupę!

A więc streśćmy się. Opisałem żonę, dzieci, dom... Czyż to już wszystko, co posiadam?

Nie, zachowałem na koniec najlepszą rzecz... mianowicie moje rzemiosło. Jestem członkiem cechu stolarzy pod wezwaniem św. Anny21. Noszę podczas pochodów i procesyj godło nasze, wyobrażające cyrkiel z główką w kształcie liry, a na nim babcia Boga uczy czytać maleńką, nie większą od pantofla, Marię łaski pełną. Uzbrojony w hebel, dłuto i piłkę, króluję w warsztacie, władając żylastym dębem czy połyskliwym orzechem. Co z nich wytworzę, to rzecz mojej fantazji i pieniędzy klienta. Ileż przedziwnych form drzemie ukrytych w każdym z owych kloców! Wystarczy jedynie wnijść22 do pałacu zaczarowanego, by zbudzić śpiącą królewnę. Ale piękna dama, którą chcę przywrócić do życia, to nie jakaś strojna lala. Ani chuda dama, bez piersi i pośladków, jaką prezentują nam czasem Włosi. Wolę kształty nasze, burgundzkie, połyskujące patyną brązu, pełne siły, dostatnie, obciążone owocami niby winnica. Cieszę się, robiąc brzuchaty kufer czy sepet23 lub szafę rzeźbioną podług zdrowych, mocnych wzorów takiego mistrza jak nasz Hugues Sambin24. Przystrajam ściany domów boazerią, roztaczam spiralne skręty schodów. Wyczarowuję ze ścian, niby jabłka ze szpaleru jabłoni, meble szerokie, wygodne, mocne, dostosowane do miejsca, dla którego je przeznaczyłem.

Ale największa dla mnie uciecha, jeśli mogę zanotować na papierze to, co śmieje się w mej wyobraźni: ruch, gest, jakiś pochylony grzbiet, wzniesioną pierś, ukwieconą kolumnę, girlandę, karykaturę, albo jeśli uda mi się chwycić w locie i przygwoździć do rysownicy gębę przechodnia. Wszak to ja sam wyrzeźbiłem — dla własnej przyjemności i uciechy proboszcza — stalle25 kościoła w Montreal26 (najlepsze to z moich dzieł), gdzie widać dwu mieszczuchów opowiadających sobie facecje i popijających z ogromnego dzbana oraz dwa rozgniewane lwy bijące się o kość.

Popić przed pracą, popić po pracy — piękne życie. Widzę wkoło siebie ludzi gniewnych i słyszę wyrzekania27. Wypominają mi, żem się nie w porę wybrał ze śpiewaniem w tak smutny czas. Nie ma żadnego smutnego czasu, są tylko smutni ludzie. Nie zaliczam się do tej bandy, Bogu dzięki!

Urywają sobie wzajem głowy? Grabią? Oczywiście, tak było zawsze i zawsze będzie! Dam sobie uciąć rękę, jeśli się mylę, ale twierdzę, że za jakieś czterysta lat wnuki i prawnuki nasze, z takim samym upodobaniem co my dziś, będą sobie zdzierać skórę z grzbietu i obcinać nosy. Myślę, nawet, że dojdą do większej doskonałości i wynajdą co najmniej czterdzieści nowych sposobów przenoszenia się wzajem na tamten świat. Ale wiem i twierdzę stanowczo, że nikt nie wynajdzie nowej, lepszej metody picia, i nie wierzę, by ci następcy nasi umieli to czynić lepiej ode mnie.

Licho wie zresztą, do czego doprowadzą idioci za lat czterysta! Może dzięki cudotwórczemu zielu proboszcza z Meudon28, zwanemu pantagruelionem, będą mogli podróżować na księżyc, może udadzą się jeszcze dalej, do owej fabryki, skąd lecą pioruny i deszcz, może zamieszkają w niebie i będą sobie popijać z bogami...

Dotrzymam im towarzystwa. Z mojej wszak będą krwi i z mojego siewu. Ale tu, gdzie siedzę, tu dużo bezpieczniej. Przy tym któż mi zaręczy, że za lat czterysta wino będzie jeszcze tak dobre jak dzisiaj?

Moja sekutnica zarzuca mi, że nadmiernie lubuję się w pohulankach. Nie pogardzam niczym. Lubię wszystko, co dobre, więc dobre mięso, wino, pełne ciałko i skórkę mięciuteńką, puszystą, o której śni się tak słodko, dalej — boskie próżniactwo, kiedy to robi się tyle różnych rzeczy (leżąc do góry brzuchem, wiadomo, jest się panem świata, młodym, pięknym, zdobywczym, przewraca się świat do góry nogami, i słyszy się, jak trawa rośnie, gada się z drzewami, zwierzętami i bogami).

I ciebie kocham, stary towarzyszu, wierny, pewny, skarbie mój, praco moja! O, jakże przyjemnie wziąć w rękę narzędzie i stanąć przy warsztacie. Piłujesz, wycinasz, przecinasz, heblujesz, wydrążasz, wygładzasz, łączysz, kruszysz, robisz, co chcesz, z opornym materiałem, który wreszcie poddaje się, drży pod ręką, aż z tłustego i gładkiego orzechowego kloca wyłaniają się, jakby czarem wywołane, ciałka naszych nimf leśnych, mlecznoróżowe, to znów śniadozłote, oswobodzone wreszcie uderzeniem siekiery z niekształtnego pnia. Co za radość, kiedy spod grubych a posłusznych palców, kiedy spod ręki uważnej wychodzą te dzieła sztuki! Co za radość, gdy moc ducha bierze odwet nad siłami natury, zapisuje się w drzewie, żelazie, kamieniu, idąc za godziwym kaprysem fantazji. Czuję się monarchą królestwa złud. Pole moje daje mi ciało swe, winnica krew swoją. Na użytek mego rzemiosła siewka drzewna rozrasta się w kształtne członki drzew, które będę pieścił; smukleje, zaokrągla się, nabiera gładkości. Moje ręce to pracownicy posłuszni, którymi kieruje stary mózg mój. Mózgiem znowu władam ja sam, tak że musi spełnić każdy kaprys czy marzenie. Któż był kiedy lepiej obsłużony? Czy nie jestem osobą dostojną? Któż mi śmie zabronić wypić za własne zdrowie oraz — nie jestem niewdzięcznikiem — za zdrowie mych poddanych?

Błogosławiony dzień mego przyjścia na świat! Ileż na tej kuli ziemskiej wspaniałych rzeczy, do których śmieją się oczy i wyciągają ręce! Mój Boże, jakżeż dobrą rzeczą jest życie! Choćbym się nie wiedzieć jak napchał, głodny jestem, zawsze mi idzie ślinka, muszę być chyba chory, bo nie ma takiej chwili przez cały boży dzień, bym nie pragnął zasiąść do stołu zastawionego darami ziemi i słońca...

*

Ale zdaje mi się, sąsiedzie, żem przeholował trochę z tym słońcem, nie bardzo grzeje, a we wszechświecie moim panuje mróz. Ta szelma zima wcisnęła się do mego pokoju. Chwieje się pióro w skostniałych palcach.

Na miłość Boga — kryształy lodu w szklance z winem! I nos mi pobladł. Ohydna ta barwa przypomina barwy cmentarne. Nienawidzę bladości.

Hola, otrząśnijmy się z tego bezruchu! Dzwony św. Marcina biją i śpiewają. To dziś akuratnie Matki Boskiej Gromnicznej29. Dziś się zima traci albo się bogaci... A, łobuzica! Bogaci się najwyraźniej!

Trudno, trzeba wyjść i spojrzeć wrogowi prosto w twarz. Może mu dam radę!

Siarczysty mrozik. Tysiące szpilek kłuje mnie po policzkach. Zza rogu ulicy wypada wiatr i porywa mnie za brodę. Uuu! Ale, Bogu dzięki, wracają mi rumieńce na twarz. Lubię pod nogami tętnienie zmarzłej ziemi. Czuję się młody. Ha... cóż za miny kwaśne i wstrętne mają ci wszyscy ludzie?

— No cóż wam to, sąsiadeczko? Czemu nos na kwintę? Oho! Wiatr podwiewa spódniczkę... oo, jak wysoko! Ma rację, jest młody, szkoda, że ja nie taki... Wie dobrze, szelma, gdzie dobre miejsce, to smakosz, zna się na tym! Nic nie szkodzi, sąsiadeczko, nic nie szkodzi, i wiatr musi mieć swoje przyjemności! A gdzież to tak śpieszycie, matusiu? Diabeł wam wygląda zza kołnierza. Na mszę? Laus Deo!30 Odniesie on zawsze zwycięstwo nad złością. Będzie się śmiał ten, który płacze, a ogrzeje się zziębnięty! Śmiejecie się? Tego właśnie chciałem! Tak, tak, i ja śpieszę się także, idę jak wy na mszę, ale nie tę, którą odprawia proboszcz w kościele. Idę w pole. Tam sam Bóg celebruje.

Wstępuję naprzód do córki, by zabrać moją małą Glodzię. Codziennie odbywamy wspólne przechadzki. To moja najlepsza przyjaciółka ta żabusia, ten skrzacik maleńki. Minęło jej dopiero pięć lat, ale ma rozum... ho, ho! Sprytna jak mały szczurek, a uprzykrzona jak musztarda na języku. Biegnie, gdy mnie tylko zobaczy. Wie dobrze, że mam zawsze pełne kieszenie różnych historyjek, lubi je podobnie jak ja. Biorę ją za rączkę.

— Chodź, dziecino! Pójdziemy na spotkanie skowronka, może już przyleciał.

— Skowronka?

— Tak, dziś Gromnicznej. Czyż nie wiesz, że dziś właśnie wraca z nieba?

— A co on tam robił?

— Poleciał po ogień.

— Po ogień?

— Tak, po ogień, który sprawia, że słońce grzeje i gotuje potrawy na ziemi.

— Więc go nie było?

— Naturalnie! Odleciał jeszcze na Wszystkich Świętych31. Co roku jesienią odlatuje do nieba, by rozgrzewać gwiazdy.

— A czemu wrócił?

— Trzy ptaszki poleciały powiedzieć mu, że już czas.

— Opowiadaj.

Drepcze po drodze. Nie boi się zimna. Zresztą ciepło ubrana w biały trykot i błękitną kapuzę. Wygląda jak sikorka. Tłuste policzki przybrały barwę karmazynu, z małego zadartego noska kapie obficie.

— Ano... raz, dwa, siąkaj! Mocno!

Już dobrze. Idziemy.

— Opowiadaj... opowiadaj, dziadziu! Trzy ptaszki...

Lubię, by mnie proszono.

— Trzy ptaszki wybrały się w drogę, trzy śmiałki co się zowie: mysikrólik, gil i skowronek. Mysikrólik, żywy i ruchliwy jak Tomcio Paluch, a dumny jak nie wiem co, pierwszy spostrzegł w powietrzu ogień podobny do fruwającego, świecącego ziarnka pszenicy. Rzuca się tedy na owo ziarnko i krzyczy:

„Mam! Chwyciłem ogień! Ja pierwszy!”

„I ja, i ja!” — wołają inne, ale mysikrólik już pochwycił ogniste ziarenko i leci w dół, ku ziemi.

„Ratunku, ratunku! Pali mnie!” — krzyczy biedak i przesuwa ogień w tę i w tę stronę dzióbka. Ale nie może wytrzymać, bo piecze go w język, tedy wypluwa ziarnko i chowa je pod skrzydełko.

„Ojej! Ratunku! Skrzydło mi się pali” — woła (widziałaś przecież plamy opalenizny pod skrzydełkami mysikrólika i skręcone od gorąca piórka).

Gil pośpiesza mu z pomocą. Chwyta ziarnko i kładzie ja na podgardlu, na kamizelce puchowej.

Naraz: „Dość tej zabawy!” — krzyczy gil. „Spaliło mi się ubranie... cóż teraz pocznę?”

Ale wtem poczciwy skowronek przyleciał i chwycił prędko w dzióbek ziarnko ognia, które, upuszczone przez gila, wracało już do nieba. Potem bez namysłu, z szybkością strzały spada prosto na ziemię i zakopuje ziarnko starannie w stężałym od mrozu zagonie, a zagon od gorąca odmarza, pulchnieje...

Skończyłem swoją historyjkę. Teraz zaczyna Glodzia skrzeczeć jak sroczka. Za miastem, chcąc dostać się na wzgórze, wziąłem ją na plecy. Niebo szare, śnieg chrzęści pod nogami, krzaki i wychudłe, jakby szkieletowate drzewa pootulane białymi materacami. Dym wznosi się z kominów prosto w górę i ma szafirowy kolor. Nie słychać nic prócz rechotania mojej małej żabki. Jesteśmy na szczycie. U stóp mamy miasto przepasane, niby dwiema wstęgami, leniwym nurtem Yonne’y i krętym Beuvronem. Wszystko ma czapki ze śniegu. Mimo że miasto przemarzłe jest do szpiku kości, skulone i drżące, rozgrzewa mi serce, ile razy obejmuję je spojrzeniem.

Miasto łagodnymi liniami otaczają piękne wzgórza, porosłe lasem, podobne do brzegu słomianego gniazda. Za wzgórzami w kilku szeregach garbią się góry, falują wokół i błękitnieją w oddali niby morze. Ale nie ma w nich nic z owego chytrego żywiołu, który zagrażał Ulissesowi32 i jego okrętom. Nie ma burz ni przepaści. Wszystko trwa w pokoju. Gdzieniegdzie tylko jakby lekki oddech poruszał łonem pagórka. Drogi ścielą się prosto z jednego garbu fali na drugi, płyną z wolna, bez pośpiechu, zostawiając pas biały, niby ślad łodzi na morzu. W dali na najwyższym grzbiecie fal góruje, niby maszt okrętu, katedra św. Magdaleny w Vézelay33. A bliżej na skręcie Yonne’y wyszczerzają swe kły spośród gęstej sierści lasów skaliste zbocza Basseville’u. Pośrodku zatocza wzgórz, w niedbałej pozie, zwieszone nad wodą, przybrane w ogrody, kępy drzew, różne błyskotki i łachmanki, spoczywa miasto uwieńczone koronkową, cudną wieżą.

Podziwiam ślimaczą skorupę, która służy mi za mieszkanie. Dzwony biją uroczyście. Krystaliczny dźwięk niesie się jasną falą po czystym i mroźnym powietrzu. Wsłuchuję się — niepomny na nic — w tę muzykę, a wtem promień słońca, przebiwszy oponę34 chmur, rozbłyska na ziemi, oblewając nas światłem.

Moja mała Glodzia zaczyna klaskać w rączęta i woła:

— Dziadziu, dziadziu! Słyszę, słyszę, to skowronek!

Roześmiałem się radośnie, zdejmuję moją drogą żabusię z pleców, całuję serdecznie i zapewniam:

— I ja go słyszę, i ja. To skowronek, co głosi wiosnę...

Podoba Ci się to, co robimy? Jesteśmy organizacją pożytku publicznego. Wesprzyj Wolne Lektury drobną wpłatą: wolnelektury.pl/pomagam/

II Oblężenie, czyli pasterz, wilk i jagnię

Starczy naszych owieczek kilka,  
by zgładzić wilka. 

Połowa lutego

Smutno! Piwniczka moja niebawem pokaże dno. Zacne żołnierzyki, przysłane nam ku obronie przez Jaśnie Oświeconego Księcia naszego, Imć pana de Nevers35, wybiły szpunt ostatniej beczki. Dalejże pić wraz z nimi, nie tracąc ani sekundy! Ruina? I owszem, niech będzie! Ale musi się to odbyć wesoło. Zresztą nie pierwszy to raz i z pomocą boską... nie ostatni!

Dobrzy z nich chłopcy! Zasmucili się bardziej niż ja, posłyszawszy, że płyn wysycha. Mówili mi to sąsiedzi, którzy zresztą wszystko biorą tragicznie. Ja tego nie mogę, nic już sobie z niczego nie robię. Zbyt często bywałem w teatrze i dlatego byle głupstwa traktować serio nie umiem.

Ileż przesunęło mi się od urodzenia przed oczyma tych masek! Byli Szwajcarzy, Niemcy, Gaskończycy, Lotaryńczycy, cała menażeria wojenna z tornistrem na plecach, z bronią w ręku. Znam tych pożeraczy prochu o brzuchach bez dna, gotowych połknąć każdego poczciwca cywila razem z butami. Któż zgadnąć zdoła, za co i o co się biją? Wczoraj pono36 za króla, dziś za Ligę37. Czasem są papistami, czasem hugenotami. Wszystkie stronnictwa diabła warte, w każdym zaś razie szkoda porządnego postronka, by tych hyclów wywieszać po kolei. Drań w drania!

Mieszają przy tym Pana Boga w swoje sprawki! Kroćset starych chodaków! Zostawcie Stworzyciela w spokoju, smarkacze! To osobistość w poważnym wieku. Jeśli was skóra swędzi, skrobcie się wzajem do woli. Pan Bóg poskrobie się sam, jeśli taka będzie jego wola.

A najgorsze to to, że i mnie chcą zmusić do tego niecnego procederu. Panie Boże, szanuję cię i — bez przechwałek — sądzę, iż spotykamy się po kilkakroć na dzień, jeśli prawdą jest, co mówi przysłowie galickie38: Kto dobre wino pije, za pan brat z Bogiem żyje! Ale, u diaska, przecież nie przyjdzie mi nigdy do głowy twierdzić, jak powiadają ci obwiesie, że cię znam na wylot, że jesteś moim krewniakiem i że uczyniłeś mnie wykonawcą swej woli. Musisz przyznać, Panie Boże, że ci pokoju nijak nie zakłócam, i proszę tylko, byś mi taką samą miarką odpłacił. Mamy obaj po uszy roboty z trzymaniem w ryzach naszych domów, ty się borykasz z wielkim wszechświatem twoim, ja z moim małym. Dałeś mi, Panie, wolność. I ja ci twojej nie odbieram. A ci nicponie każą mi się mieszać w twoje sprawy. Chcą, bym przemawiał w twym imieniu i decydował, w jaki sposób należy pożywać twój chleb. Każdego zaś, co by pożywał go inaczej, mam uznać za wroga twojego i mojego. Ani myślę! Nie mam wrogów.

Wszyscy ludzie są mymi przyjaciółmi. Biją się, ponieważ sprawia im to przyjemność, a że ja się tym nie zajmuję, przeto chowam do kieszeni stawkę i wstaję od stołu. Te łobuzy nie pozwalają mi odejść, powiadają: „Nie chcesz być jego wrogiem, to masz nas dwu przeciw sobie!”. Tak więc muszę oberwać po łbie od tego lub od tego? Co? Ano, to dobrze, będę grał także... i owszem! Mam być kowadłem? Niedoczekanie wasze, będę młotem, a wy kowadłem.

A kto mi, u stu diabłów, powie, po co świat wydał wszystkich tych cymbałów, tych gentlełajdaków, polityków, tych wielmożów, którzy z naszej Francji wytoczyli krew? Opiewają nieustannie jej sławę, a opróżniają jej kieszeń. Pożerają nasze własne denary39, twierdząc, że niszczą wrogie mocarstwa. Napastują Niemcy, wciskają się do Włoch, wtykają nos do haremu Turka, chcieliby zagarnąć pół świata, a nie potrafiliby nawet obsadzić go kapustą.

Basta, drogi przyjacielu. Nie psuj sobie zbytecznie krwi! Dobrze jest, jak jest... aż przyjdzie czas, że świat uczynimy lepszym (weźmiemy się do tego przy pierwszej zaraz okazji). Nie ma tak głupiego bydlęcia, które by się jakoś nie przydało!

Słyszałem raz, że pewnego dnia Pan Bóg (o, Stworzycielu, ciągle dziś gadam o tobie!), przechadzając się ze św. Piotrem40 po Betlejem (to przedmieście Clamecy) zobaczył siedzącą na progu domu kobietę, która była wielce znudzona i smutna. Dobry Stwórca, współczuciem tknięty, sięgnął do kieszeni, wyjął całą garść (około stu) wszy, rzucił jej na kolana i powiedział: „Oto zabawka dla ciebie, droga córko moja!”. Kobiecina ocknęła się z odrętwienia i zaczęła polowanie. Ile razy udało jej się schwycić i zamordować zwierzątko, wybuchała wesołym śmiechem.

Widać, że wojna to taki sam dowód współczucia boskiego. Chcąc dostarczyć nam rozrywki, niebiosa zesłały nam na kark dwunożne wszy, byśmy się mogli czochrać i oganiać; śmiejmyż się wesoło. Robactwo jest, jak mówią, znakiem świętości (robaki to nasi ostatni władcy). Radujmyż się tedy w Panu, bracia moi, bo nikt pod tym względem nie jest od nas lepiej zaprowiantowany.

A teraz powiem wam (na ucho): cierpliwości! Jesteśmy na dobrej drodze. Mrozy i śniegi nie trwają długo, kanalie wojenne i dworskie pójdą sobie precz! Zostanie poczciwa ziemia i my zostaniemy... a to grunt! Będzie rodziła dalej, po staremu. Tymczasem pijmy, pijmy, póki starczy ostatniej beczki; trzeba zrobić miejsce na przyszłe winobranie.

*

Moja córka, Martynka, rzekła mi pewnego dnia:

— Jesteś blagier, papo drogi! Słuchając cię, każdy by myślał, że nic nie robisz, tylko leżysz pod beczką. Gadasz o tym ciągle, dzwonisz na wszystkie strony, jakby ci wszystkim były pohulanki i pijatyki, jakbyś chciał przepić ostatnią koszulę. A przecież nie możesz jednego dnia wytrzymać bez pracy. Udajesz lekkoducha, rozrzutnika, wartogłowa41 niewiedzącego, co wpada do kieszeni i co z niej ucieka, a rozchorowałbyś się, gdyby dzień cały, godzina po godzinie, nie był najskrupulatniej uregulowany, gdyby wszystko nie szło jak w zegarku. Masz zapisany każdy grosz wydany od zeszłorocznej Wielkiej Nocy42 i nie znajdzie się spryciarz, który by cię wziął na kawał. Jesteś szalona pałka! Patrzcie na to jagniątko! Jak mówi przysłowie: Starczy naszych owieczek kilka, by zgładzić wilka!

Roześmiałem się wesoło i nie odpowiedziałem nic weredyczce43. Ona przecież ma rację, mogłaby jednak nie mówić głośno takich rzeczy. Ale prawda, kobieta i sroka zataja tylko to, czego nie potrafi wyskrzeczeć. Zna mnie... o, zna! Cóż dziwnego, wszakże to mój produkt! Tedy przyznaj się, Colasie, możesz czynić głupstwa do woli, głupcem nigdy nie zostaniesz. Masz szaleństwo w rękawie, a pokazujesz je, gdy ci przyjdzie ochota. Chowasz je przecie, gdy trzeba mieć obie ręce i trzeźwą głowę do pracy. Podobnie jak wszyscy Francuzi, masz w zanadrzu nieomylny instynkt porządku i tak dobrze jesteś osadzony na kotwicy rozsądku, że możesz sobie pozwolić udawać wariata. Nie ma ryzyka, chyba dla durniów, którzy patrzą na ciebie z otwartą gębą i próbują cię naśladować.

Mowy patetyczne, wiersze na poczekaniu, pomysły karkołomne, oto co ci do smaku! To ludzi rozpłomienia i palą się na obu końcach. Ale my... my kładziemy na stos tylko suche konary, grube zaś drzewo mamy porządnie poskładane na zimę pod dachem. Fantazja daje ucieszne widowiska rozumowi, który siedzi sobie w wygodnym fotelu i kiwa uprzejmie głową. Wszystko mnie bawi. Teatr mój to świat cały. Z fotela śledzę przebieg komedii, oklaskując uciesznych śmiałków; biorę udział w igrzyskach rycerskich i królewskich fetach i krzyczę bis tym, którzy karki kręcą na scenie. Czasem dla zwiększenia przyjemności udaję, że biorę to wszystko na serio, i staję się na chwilę aktorem. Ale nie tracę nigdy świadomości, iż to tylko farsa. W takim samym nastroju słucham opowieści o boginkach... i nie tylko o boginkach. To samo dzieje się, gdy idzie o owego wielkiego pana, który żyje w niebie. Gdy patrzymy, jak kroczy w procesji, wśród pomruku oremusów44, przybieramy w biel ołtarze i stroimy ściany domów. Ale prawdę mówiąc... Cicho bądź, gaduło, to pachnie konfiskatą!... Panie, nie rzekłem nic złego! Zdejmuję kapelusz... Cicho, sza!

*

Koniec lutego

Osioł, wyskubawszy wszystką trawę na łące, oświadczył, że nie ma tu co robić, i poszedł sobie na łąkę sąsiada. Garnizon księcia de Nevers odmaszerował dziś rano. Radość była patrzeć na tych draniów: każdy spaśny, ciężki, tłusty i czerwony. Byłem dumny z mojej kuchni. Ucałowaliśmy się z dubeltówki45 na pożegnanie. Życzyli nam gorącym sercem, by nam się darzyło zboże, by winnice nasze nie doznały szkody od mrozu.

— Weź się ostro do pracy, wujaszku! — radził mi specjalnie gość mój, sierżant, który najdłużej stał kwaterą. (Zasłużyłem na to zaszczytne miano, chociaż nie przyznaję się do pokrewieństwa z tą kanalią). — Weź się do pracy i fatygi nie żałuj, zwłaszcza w winnicy. Na świętego Marcina46 przyjdziemy z powrotem i popijemy wesoło!

Poczciwi to ludzie, gotowi zawsze przyjść z pomocą człowiekowi, gdy wiedzie zacięty bój z dzbanem.

Jakoś mi ulżyło, gdy sobie poszli. Sąsiedzi otwierają pomału swoje skrytki. Ci, którzy wczoraj jeszcze wyglądali jak po wielkim poście, jęcząc z głodu i wyrzekając na nędzę, odnajdują dziś tu i ówdzie pod słomą w spichrzu lub też pod ziemią w piwnicy, a wreszcie pod warstwą cegieł w ścianie różne różności dla pokrzepienia ciała. Nawet największym safandułom udało się, za pomocą doskonale wyuczonych żalów na głód i pragnienie, utrzymać w całości baryłki najlepszego wina.

Ja sam (doprawdy nie wiem, jak się to mogło stać), gdy tylko rozstałem się z moim sierżantem (odprowadziłem go aż za miasto), nagle palnąłem się pięścią w czoło i przypomniałem sobie, że została w stajni, postawiona tam umyślnie w cieple, spora baryłka doskonałego, wytrawnego chablis47. Jak sobie każdy może wystawić48, byłem w pierwszej chwili ogromnie zasmucony. Ale skoro zło już się stało, trzeba się pogodzić z koniecznością i przyznać, że ostatecznie stało się dobrze. Jestem zgodliwy. Sierżancie, siostrzeńcze drogi, ach, nie wiesz, coś stracił! Co za nektar, jak to pachnie! Ale nie poniesiesz straty, chłopcze... Zaręczam ci słowem, bo tę beczułkę wypiję wyłącznie za twoje zdrowie!

Sąsiedzi odwiedzają się wzajem. Jeden pokazuje drugiemu, co znalazł w piwnicy, wszyscy mrugają oczyma niby augurowie49 starożytni i składają sobie gratulacje. Oczywiście, jeden opowiada drugiemu, jakie poniósł straty, jakich doznał gwałtów (w tej materii rozmowy toczą się często na ucho), szukają pocieszenia we wspólnym losie. Wszyscy często pytają ze współczuciem Wincentego Pluviaut o stan zdrowia jego małżonki. Jest to dzielna kobiecina, a posiada też tę właściwość, że po każdym pobycie wojsk musi przydłużać pasek, gdyż staje się dziwnie krótki. Składamy życzenia szczęśliwemu małżonkowi i ojcu, podziwiamy jego ochotność w służbie ojczystej sprawy, a ja żartem, bez złej myśli, klepię go po brzuchu pełnym, nieposzkodowanym, podobnie jak gospodarstwo tego spryciarza, które wśród ogólnej katastrofy jakoś nic nie ucierpiało. Wszyscy śmieją się wesoło a dyskretnie, nie czyniąc przykrych aluzji. Ale Pluviaut czuje się urażony moim żarcikiem i udziela mi rady, bym lepiej pilnował własnej żony. Odpowiadam, że szczęśliwy posiadacz tego skarbu może spokojnie chrapać całą noc, nie obawiając się złodzieja. Naturalnie wszyscy mi przyznają słuszność.

*

Ale zbliżają się dni sytości. Chociaż obecnie nie bardzo obfite, to jednak: zastaw się, a postaw się! Idzie o reputację obywateli i całego miasta! Cóż by powiedziano o Clamecy, słynnym ze smakoszostwa, gdyby Mięsopust50 zastał je bez frykasów? W każdym domu skwierczą rondle, a cudny zapach przyrumienionego tłuszczu napełnia wszystkie ulice. Skwiercz, skacz, naleśniczku, dla małej Glodzi na uciechę!

Nagle... ra-ta-ta... ra-ta-ta! Słychać bębny, flety, trąbki, śmiechy, wykrzykniki. To goście z Judei przybywają do Rzymu51.

Na czele pochodu kroczy muzyka, a za nią halabardnicy, torując sobie nosami drogę wśród tłumu. Czegóż tu nie ma: nos jak trąba słonia, coś w rodzaju piki, dalej nos-róg myśliwski, nos-dmuchawka, nos najeżony cierniami, nos inkrustowany kasztanami, z małymi jakby ptaszętami na końcu. Nochale rozpychają gapiów i klepią kobiety po pośladkach, aż piszczą. Ale wszystko znika przed królem nosów, który niby taran, niby kusza potężna toczy się z rozpędem na wyniosłej lawecie.

Pośrodku tłumu na wysokim wozie widnieje Wielki Post, król rybkojadów. Otaczają go postacie wybladłe, zielone, wychudłe, wypatroszone, oblazłe, dygocące, w kapturach lub czapach o kształcie rybich łbów. A co ryb dokoła! Ten trzyma w jednej garści po karpiku i okoniu; tamten wymachuje rożnem z nadzianymi nań kiełbikami, trzeci wystawia olbrzymiego szczupaka z płotką w pysku i rozprutym brzuchem, pełnym rozmaitej drobnicy wodnej. Łatwo o niestrawność od tego widowiska! Inni pakują sobie palce do otwartej na oścież gęby, by przepchnąć przez oporną gardziel jaja kurze, krztusząc się przy tym i dławiąc.

Po prawej i lewej stronie rydwanu stoją maszkary, jedne w kształcie puszczyków, inne w sukienkach mniszek, zarzucając w tłum długie wędki obładowane przynętami w postaci lukrowanych orzechów i łakotek; co zręczniejsze łobuzy próbują chwycić je w locie, podskakując jak młode koźlęta. Na końcu pląsa diabeł w fartuchu kucharza, z patelnią w jednej, a chochlą w drugiej ręce. Wtyka on co chwila sześciu bosym i spętanym męczennikom kęsy jakiejś osobliwej strawy do gąb wykrzywiających się spoza drabinek wozu.

Ale oto triumfatorowie dnia. Jawi się Królowa Kiełbas, siedzi na wysokim tronie z szynek, otoczona wieżami ozorów. Na głowie ma salceson, na szyi długi różaniec serdelków, którymi bawi się z gracją. Z prawej i lewej strony maszerują kiszki krwawe i pasztetowe, specjalność Clamecy, a prowadzi je na pole chwały pułkownik Smakowęch. Przyozdobione frykasami z ciasta i arabeskami z sadła, wyglądają wspaniale, potężnie, połyskliwie, świetnie.

I ja, przyznaję, lubię tych dostojników, których brzuch wygląda jak garnek i którzy przynoszą jak magowie52: ten smakowitą świninę, ten doskonałe wino, ten musztardę z Dijon53.

Wtedy właśnie przy dźwiękach rondla, cymbałów, przetaków54, patelni oraz wrzasków nieludzkich nadjeżdża wierzchem na ośle Król Rogali, nasz Wincenty Pluviaut we własnej osobie. Został wybrany jednogłośnie. Siedzi na swym kłapouchu twarzą do ogona, w wysokim turbanie na głowie, w ręce trzyma kubek i przysłuchuje się wrzaskliwej owacji swej świty, która prozą, wierszem i pieśnią opiewa jego historię i sławi go wymownie. Jako wytrawny mędrzec, nie okazuje pychy. Zachowując równowagę umysłu, popija raz po raz. A tylko gdy pochód mija jakiś dom wsławiony podobną przygodą, wznosi puchar i woła: „He, he, kolego! Za twoje zdrowie!”.

Pochód zamyka Wiosna. Jest to śliczna, świeża dziewczyna, rumiana i roześmiana. Jasne włosy, gładko zaczesane, zdobią pęki żółtych pierwiosnków. Taki sam wianuszek spływa jej z szyi ku zielonemu staniczkowi, w którym, niby jajka w gniazdku, kryją się krągłe piersiątka. W ręku trzyma koszyczek pełen kwiecia. Śpiewa, wznosząc w górę brwi, wytrzeszczając swe modre, wielkie ślepki i robiąc „o” z usteczek. Nieco piskliwym głosikiem zapowiada wszystkim, że jaskółki wnet nadlecą.

Za nią duży wóz zaprzężony w cztery siwe woły, pełen młodych, pulchnych, kształtnych, wesołych, nawet za wesołych, dziewcząt. Jest tam też kilkanaście podlotków w przejściowym wieku, które tkwią po kątach, przyćmione zupełnie, niby młode, wątłe drzewiny wtulone pomiędzy wyrosłe należycie siostry. Tej i owej brakuje jakiegoś kawałka, trafi się brzydula, ale wszystkie młode i ochotne, przeto wilk nie będzie narzekał na te owieczki. Trzymają klatki z ptakami przelotnymi, a sięgając często gęsto do koszyka Królowej Wiosny, rzucają chłopcom, tłoczącym się wokoło wozu, ciastka, pakieciki i zawiniątka, w których szczęśliwcy znajdują szlafmyce55, pończochy, czekoladki, wróżby, wiersze miłosne, a czasem — rogi.

Wóz przybył do stóp wieży i zatrzymał się u schodów. Dziewczęta zeskakują i zaczynają tańczyć z chłopcami na placu katedralnym. Ale Królowa Kiełbas, Wielki Post i Król Rogali odbywają dalej swój marsz triumfalny. Zatrzymują się co chwila, by objawić tłumowi jakąś wzniosłą prawdę albo poszukać jej na dnie szklanki.

Pijmy wino! Pijmy wino!  
Nie odjedziem z kwaśną miną...  
Żaden Burgund nie zbłaźni,  
By nie wypić po przyjaźni. 

*

Gdy się pije nad miarę, język kołczeje56 i werwa roztapia się na nic. Zostawiam tedy zacnego Wincentego wraz z jego eskortą na najbliższej stacji pijackiej, w cieniu beczki, i idę sobie. Dzień jest zbyt piękny, by go spędzić w ścisku. Trzeba odetchnąć świeżym powietrzem pól.

Dawny przyjaciel mój, proboszcz Chamaille, przyjechał ze swej wioski na przyjęcie do kanonika57 katedry św. Marcina i zaprasza mnie, bym go odprowadził kawałek drogi. Zabieram moją Glodzię i pakujemy się do małej, trzęsącej biedki58 zaprzęgniętej w osła. W drogę! Ośliczka jest tak maleńka, że można by ją pomieścić w biedce pomiędzy mną a Glodzią. Przed nami ściele się biała, równa droga.

Słońce drzemie. Samo się grzeje u własnego kominka, dla nas nie pozostaje dużo ciepła. Ośliczka także zapada co krok w drzemkę czy zadumę. Proboszcz przywołuje ją do porządku głosem oburzonym, podobnym do brzęczenia dużego trzmiela:

— Madelon! A to co?

Ośliczka wzdryga się, strzyże uszami w odpowiedzi, potem wlecze się zygzakiem od rowu do rowu. Ale po chwili staje i duma, nie zważając na wymyślanie.

— Niechże cię! — woła proboszcz, okładając jej zad laską. — Gdybyś nie miała krzyża na grzbiecie, dalibóg, połamałbym ci kości!

Zatrzymujemy się na odpoczynek w pierwszej napotkanej oberży na skręcie drogi, która stąd stacza się lekkim spadkiem ku bielejącej w dali wiosce Armes, przeglądającej się w krystalicznych nurtach rzeki. Pośrodku pobliskiego pola stoi wielki orzech i wznosi ku niebu sękate, nagie, czarne ramiona. Łysy jest jeszcze zupełnie. Wokoło drzewa tańczą dziewczęta. Chodźmy do nich. Dzisiaj właśnie zaniosły, wedle obyczaju, kumoszce-sroce ciastko świąteczne.