Co jesteśmy winni przyszłości. Longtermizm jako filozofia jutra - William MacAskill - ebook

Co jesteśmy winni przyszłości. Longtermizm jako filozofia jutra ebook

William MacAskill

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Spisane dzieje ludzkości sięgają zaledwie pięciu tysięcy lat wstecz, a historia tego, co dopiero przed nami, może objąć jeszcze całe milenia… albo zakończyć się jutro. Od wyborów dokonanych przez nas zależy, czy nasze wnuki będą żyć w szczęściu i dobrobycie, a zasoby naszej planety nie wyczerpią się u kresu ich życia.

William MacAskill, oksfordzki filozof, którego myśl zawarta w niniejszej książce jest inspiracją dla najbardziej wpływowych osób na świecie, zapoznaje czytelników z longtermizmem – koncepcją, zgodnie z którą priorytetem moralnym naszych czasów powinno być działanie na rzecz jak najlepszej przyszłości ludzi.

Jednak jeśli chcemy, aby nasza cywilizacja przetrwała, nie wystarczy, że będziemy pracować nad cofnięciem zmian klimatycznych czy powstrzymaniem kolejnej pandemii. Wyzwania, jakie stoją przed nami, to także przygotowanie przyszłych pokoleń do życia na planecie, na której będzie królować inteligencja sztuczna, a nie biologiczna, koroną stworzenia zaś będą byty cyfrowe, a nie ludzie. Musimy mieć pewność, że nasza cywilizacja podniesie się po każdym upadku i zadbać o jej technologiczny i moralny rozwój, a w tym celu być gotowi na każde poświęcenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 536

Data ważności licencji: 3/1/2028

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Część I. Długofalowa perspektywa

CZĘŚĆ I

DŁU­GO­FA­LOWA PER­SPEK­TYWA

Przedmowa

Przed­mowa

Zada­niem tej książki jest uka­za­nie pew­nego świa­to­po­glądu. Wycho­dzi ona od pro­stego zało­że­nia – że przy­szłe poko­le­nia są ważne – a następ­nie ana­li­zuje, do czego to zało­że­nie pro­wa­dzi. Czy jeste­śmy w sta­nie doko­nać naprawdę trwa­łej zmiany, a jeśli tak, to w jaki spo­sób? Więk­szość z nas zdaje sobie sprawę z dłu­go­fa­lo­wych kon­se­kwen­cji glo­bal­nego ocie­ple­nia, ale czy są kwe­stie, które zanie­dbu­jemy? Co jest waż­niej­sze: udo­sko­na­la­nie tra­jek­to­rii, po któ­rej będzie poru­szała się przy­szłość, czy dopil­no­wa­nie, by w ogóle jakaś przy­szłość nas cze­kała?

Świa­to­po­gląd przed­sta­wiony w tej książce nazy­wam long­ter­mi­zmem. Począt­kowo defi­nio­wa­łem ten ter­min jako prze­świad­cze­nie, że wywie­ra­nie pozy­tyw­nego, dłu­go­fa­lo­wego wpływu sta­nowi jeden z moral­nych prio­ry­te­tów naszych cza­sów. Od czasu publi­ka­cji w Sta­nach Zjed­no­czo­nych pierw­szego wyda­nia niniej­szej książki zaczą­łem jed­nak okre­ślać go jako prze­ko­na­nie, że powin­ni­śmy zro­bić znacz­nie wię­cej, by chro­nić inte­resy przy­szłych poko­leń. Wolę tę defi­ni­cję, ponie­waż pod­kre­śla ona potrzebę dzia­ła­nia, a abs­trak­cyjny „dłu­go­fa­lowy wpływ” został w niej zastą­piony praw­dzi­wym przed­mio­tem naszej tro­ski – przy­szłymi ludźmi.

Poja­wie­nie się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Co jeste­śmy winni przy­szło­ści wywo­łało wiele reak­cji. Nie­któ­rych czy­tel­ni­ków książka ta zain­spi­ro­wała do prze­zna­cza­nia 10% rocz­nych docho­dów na cele cha­ry­ta­tywne, innych skło­niła do podą­ża­nia ścieżką kariery o więk­szym zna­cze­niu. Kolejni nie zga­dzali się z moimi argu­men­tami i odpo­wia­dali na nie w prze­my­ślany spo­sób. Byli też tacy, któ­rzy źle mnie zro­zu­mieli. W tej przed­mo­wie chciał­bym odnieść się do naj­częst­szych scep­tycz­nych reak­cji.

Wielu czy­tel­ni­ków wyra­żało obawy, że long­ter­mizm za bar­dzo sku­pia się na wydu­ma­nych spe­ku­la­cjach na temat odle­głych zagro­żeń, odcią­ga­jąc naszą uwagę od waż­niej­szych, współ­cze­snych pro­ble­mów. Rozu­miem, z czego wynika to prze­ko­na­nie, ale uwa­żam, że w doko­ny­wa­nej w jego ramach inter­pre­ta­cji wyzwań, przed jakimi sto­imy, tkwi fun­da­men­talny błąd. Ow­szem, część dzia­łań, jakie pro­po­nuje long­ter­mizm, przy­nie­sie nam korzy­ści dopiero za wiele lat, ale w tym podej­ściu nie ma nic sza­lo­nego. Abo­li­cjo­ni­ści i dzia­ła­cze femi­ni­styczni poświę­cili kie­dyś życie misji, która zakoń­czyła się suk­ce­sem dopiero całe dekady po ich śmierci – i jestem im za to głę­boko wdzięczny.

Czę­ściej jed­nak w long­ter­mi­zmie cho­dzi o połą­cze­nie myśle­nia dłu­go­fa­lo­wego i bie­żą­cego dzia­ła­nia. Wymie­nione przeze mnie zagro­że­nia tech­no­lo­giczne są palące już teraz, a wyda­rze­nia, które nastą­piły po publi­ka­cji tej książki, tylko to potwier­dziły. Weźmy choćby wojnę ato­mową. W Co jeste­śmy winni przy­szło­ści wska­zuję, że ryzyko, że jesz­cze za naszego życia wybuch­nie III wojna świa­towa, jest bar­dzo realne. Nie­stety, gdy tylko ukoń­czy­łem pisać ten tekst, Wła­di­mir Putin, ku obu­rze­niu spo­łecz­no­ści mię­dzy­na­ro­do­wej, doko­nał inwa­zji na Ukra­inę i jed­no­cze­śnie odmó­wił rezy­gna­cji z uży­cia broni jądro­wej.

Sądzę, że w 2022 roku byli­śmy bli­żej wybu­chu wojny nukle­ar­nej niż w jakim­kol­wiek innym roku mojego życia. Sto­sunki mię­dzy wiel­kimi mocar­stwami są nie naj­lep­sze, a nadzieje, że w przy­szło­ści mocar­stwa te wykażą się więk­szą chę­cią współ­pracy, wydają się nikłe. W warun­kach pod­wyż­szo­nego napię­cia bar­dziej praw­do­po­dobne jest, że wsku­tek przy­pad­ko­wego zda­rze­nia, błęd­nej kal­ku­la­cji lub nie­po­ro­zu­mie­nia wybuch­nie nisz­czy­ciel­ski kon­flikt.

Rów­nie dużym zagro­że­niem są sztucz­nie wywo­ły­wane pan­de­mie. W nad­cho­dzą­cych deka­dach dzie­siątki milio­nów ludzi mogą umrzeć w wyniku zaka­że­nia wiru­sem stwo­rzo­nym w labo­ra­to­rium, czy to wsku­tek wypadku, czy wyścigu zbro­jeń. Jed­nak pomimo olbrzy­mich szkód wywo­ła­nych przez COVID-19 jedy­nie garstka kra­jów pod­jęła jaki­kol­wiek zna­czący wysi­łek, by przy­go­to­wać się na przy­szłe pan­de­mie.

Nawet ryzyko zwią­zane z zaawan­so­waną sztuczną inte­li­gen­cją doty­czy już naj­bliż­szej przy­szło­ści. Zale­d­wie trzy mie­siące po publi­ka­cji Co jeste­śmy winni przy­szło­ści Ope­nAI wypu­ściła ChatGPT, roz­bu­do­wany model języ­kowy zdolny do pro­wa­dze­nia kon­wer­sa­cji, odpo­wia­da­nia na pyta­nia, kodo­wa­nia i two­rze­nia poezji1. Po dwóch mie­sią­cach od pre­miery miał on już 100 milio­nów użyt­kow­ni­ków, sta­jąc się tym samym naj­praw­do­po­dob­niej naj­szyb­ciej roz­wi­ja­jącą się apli­ka­cją w histo­rii2.

Poja­wie­nie się pro­gramu ChatGPT było ostat­nim dzwon­kiem dla tych, któ­rzy dotych­czas lek­ce­wa­żyli zagro­że­nia ze strony zaawan­so­wa­nej sztucz­nej inte­li­gen­cji. Jakby dla uświa­do­mie­nia nam dobit­nie owych zagro­żeń wkrótce potem Bing wypu­ścił swój czat – jesz­cze potęż­niej­szego i bar­dziej alar­mu­ją­cego bota, nazy­wa­ją­cego nie­któ­rych użyt­kow­ni­ków „wro­gami” i wysu­wa­ją­cego pod ich adre­sem groźby. Przy tym wyja­śnił, jak mógłby wła­mać się do dowol­nego sys­temu inter­ne­to­wego i za pomocą per­swa­zji zdo­być kody dostępu do broni nukle­ar­nej, gdyby go nie powstrzy­mano.

Moc AI gwał­tow­nie rośnie, a zewsząd napły­wają fun­du­sze. Pyta­nie brzmi nie tyle, czy AI prze­kształci spo­łe­czeń­stwa, ile raczej jaką formę przy­biorą te zmiany i jak głę­bo­kie będą. Eks­perci i ana­li­tycy prze­wi­dują, że w ciągu naj­bliż­szych dekad sztuczna inte­li­gen­cja osią­gnie ludz­kie roz­miary – co jest jaw­nym celem dzia­łań Ope­nAI i innych wio­dą­cych labo­ra­to­riów w rodzaju Deep­Mind Alpha­betu3. Czyli nastąpi to jesz­cze za życia więk­szo­ści ludzi czy­ta­ją­cych tę książkę. Nie jest to więc pro­blem, który możemy prze­rzu­cić na naszych dale­kich potom­ków; musimy się z nim zmie­rzyć dzi­siaj.

Ponie­waż wspo­mniane zagro­że­nia pil­nie doma­gają się naszej reak­cji, zawęża się pole do kom­pro­misu w kwe­stii sto­so­wa­nia roz­wią­zań krótko- i dłu­go­ter­mi­no­wych. Dzia­ła­nia long­ter­mi­stów przy­no­szą korzy­ści zarówno tym, któ­rzy żyją dzi­siaj, jak i przy­szłym poko­le­niom. Sztucz­nie wywo­łana pan­de­mia, III wojna świa­towa czy spo­wo­do­wany roz­wo­jem AI kata­klizm mogłyby przy­nieść współ­cze­snym nie­wy­po­wie­dzianą ilość cier­pie­nia i śmierci, jed­no­cze­śnie zagra­ża­jąc całej naszej przy­szło­ści. Long­ter­mizm może wpły­nąć na to, jaka wagę przy­pi­su­jemy każ­demu z wyzwań sto­ją­cych przed świa­tem – bio­rąc pod uwagę, że dys­po­nu­jemy jedy­nie ogra­ni­czo­nymi środ­kami i cza­sem – ale nie ozna­cza przy tym pogar­sza­nia sytu­acji obec­nego poko­le­nia w imię potom­no­ści.

Nie­któ­rzy czy­tel­nicy byli zda­nia, że long­ter­mizm opiera się na budzą­cym zastrze­że­nia poglą­dzie etycz­nym, który mówi, że ist­nie­nie więk­szej liczby ludzi jest dobre, o ile pro­wa­dzą oni szczę­śliwe i speł­nione życie. Według tego sta­no­wi­ska zagłada ludz­ko­ści byłaby moralną kata­strofą po czę­ści dla­tego, że unie­moż­li­wi­łaby poja­wie­nie się na świe­cie wielu przy­szłych, dobrze pro­spe­ru­ją­cych ist­nień. Z pew­no­ścią może wyda­wać się, że wnio­ski, do jakich dosze­dłem w roz­dziale ósmym, prze­czą intu­icji. Nie sta­no­wią one jed­nak pod­staw long­ter­mizmu per se. Całe roz­działy trzeci i czwarty trak­tują o róż­nych spo­so­bach, w jakie można by popra­wić odle­głą przy­szłość bez wpły­wa­nia na jej roz­miar czy dłu­gość trwa­nia – a więc w ogóle nie doty­ka­ją­cych etycz­nego zagad­nie­nia, czy dobrze jest spro­wa­dzać na świat szczę­śli­wych ludzi. Prze­ko­na­nie, że powin­ni­śmy, na przy­kład, prze­ciw­sta­wiać się tota­li­ta­ry­zmowi czy pro­mo­wać więk­szą tro­skę moralną o wszyst­kich ludzi, z etycz­nego punktu widze­nia nie budzi żad­nych wąt­pli­wo­ści. Long­ter­mizm pod­kre­śla tylko, jak bar­dzo jest to istotne, ponie­waż zwraca uwagę, że war­to­ści, które deter­mi­nują funk­cjo­no­wa­nie współ­cze­snego świata, mogą przy­świe­cać spo­łe­czeń­stwu jesz­cze bar­dzo długo.

Inni odbiorcy mar­twili się, że long­ter­mizm może zostać wyko­rzy­stany w nie­wła­ści­wych celach, na przy­kład jako uspra­wie­dli­wie­nie dla ego­istycz­nych czy nie­mo­ral­nych zacho­wań. Na prze­strzeni dzie­jów wie­lo­krot­nie zda­rzało się, że źli ludzie wypa­czali dobre idee, więc ta obawa nie jest mi obca. Wie­rzę, że powin­ni­śmy pod­jąć próbę pozy­tyw­nego wpły­nię­cia na dobro­stan przy­szłych poko­leń, jed­no­cze­śnie pro­wa­dząc ogól­nie dobre życie: prze­ja­wia­jąc pozy­twne cechy cha­rak­teru, postę­pu­jąc w spo­sób uczciwy i rze­telny oraz sza­nu­jąc prawa innych. Wspo­mi­nam o tym, co prawda, w ostat­nim roz­dziale książki, pod­kre­śla­jąc, że „postrze­gam long­ter­mizm jako uzu­peł­nie­nie zdro­wo­roz­sąd­ko­wej moral­no­ści, nie zaś coś, co ma ją zastą­pić”, żałuję jed­nak, że nie poru­szy­łem tego tematu we wcze­śniej­szej czę­ści tek­stu.

Ostat­nie zastrze­że­nie ma zwią­zek z tym, że zna­cze­nie przy­pi­sy­wane ochro­nie przy­szłych poko­leń sta­wia przed nami dzi­siaj wyma­ga­nia nie­moż­liwe do speł­nie­nia. Long­ter­mizm nie żąda od nas jed­nak zubo­że­nia nas samych. Jak już pisa­łem, więk­szość long­ter­mi­stycz­nych dzia­łań przy­nosi nam rów­nież wiel­kie, nie­mal natych­mia­stowe zyski. A nawet jeśli tak nie jest, twier­dzę jedy­nie, że chro­nie­nie przy­szłych poko­leń powinno być tylko jed­nym z prio­ry­te­tów naszych cza­sów. Przy­znaję, że mogłem to ująć bar­dziej pre­cy­zyj­nie, więc jako metodę swo­istej ope­ra­cjo­na­li­za­cji long­ter­mi­zmu pro­po­nuję nastę­pu­jący cel: niech bogate kraje świata prze­zna­czą 1% swo­jego PKB na dzia­ła­nia, które przy­niosą wyraźne korzy­ści przy­szłym poko­le­niom, takie jak przy­go­to­wa­nie się na wypa­dek pan­de­mii, bez­pie­czeń­stwo AI, opra­co­wy­wa­nie pro­gnoz czy budowę infra­struk­tury kry­zy­so­wej, która pomoże nam prze­trwać wiel­kie kata­strofy. Uwa­żam, że to osią­galny cel – 1% PKB to znacz­nie mniej, niż więk­szość kra­jów wydaje na zbro­je­nia4 – a sta­no­wi­łoby to wielki krok na dro­dze do zapew­nie­nia ludziom dobrej przy­szło­ści. Gdyby udało nam się do tego dojść jesz­cze za mojego życia, umarł­bym jako szczę­śliwy czło­wiek.

Ogól­nie rzecz bio­rąc, powi­nie­nem był zawrzeć w książce wię­cej kon­kret­nych przy­kła­dów celów i dzia­łań. W trak­cie lat spę­dzo­nych na roz­my­śla­niu i stu­dio­wa­niu long­ter­mi­zmu pozna­łem wielu inspi­ru­ją­cych ludzi. Mogłem poświę­cić znacz­nie wię­cej stron, by opo­wie­dzieć ich histo­rie.

Mogłem też zapre­zen­to­wać dzia­łal­ność Clean Air Task Force, orga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cej się poli­tyką doty­czącą zmian kli­matu, którą bar­dzo sza­nuję. Dzięki finan­so­wa­niu z long­ter­mi­stycz­nych źró­deł ich zespół ds. stra­te­gii poli­tycz­nych przy­czy­nił się do tego, że w głów­nych usta­wach kli­ma­tycz­nych przy­ję­tych przez rząd USA w 2021 i 2022 roku uwzględ­niono wspar­cie dla nie­do­fi­nan­so­wa­nych roz­wią­zań pro­ble­mów kli­ma­tycz­nych, takich jak wychwy­ty­wa­nie dwu­tlenku węgla i reduk­cja metanu5. Efekty tych dzia­łań będą odczu­wane przez poko­le­nia.

Mogłem wspo­mnieć o stale roz­wi­ja­ją­cej się dzie­dzi­nie badań nad inter­pre­to­wal­no­ścią AI. Naukowcy pra­cu­jący w nowo powsta­łych ośrod­kach takich jak Ali­gn­ment Rese­arch Cen­ter czy Anth­ro­pic chcą popra­wić bez­pie­czeń­stwo AI, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć, dla­czego gene­rują one takie, a nie inne wyniki6. To może pomóc nam utrzy­mać te narzę­dzia w ryzach, gdy zostaną wyko­rzy­stane w rze­czy­wi­stym świe­cie.

Mogłem także przed­sta­wić dr. Davida J. Bren­nera, fizyka z Uni­wer­sy­tetu Colum­bia, który bada formę świa­tła zdolną ste­ry­li­zo­wać powie­trze: zabija ona wirusy, nie robiąc przy tym krzywdy czło­wie­kowi7. Gdyby udało nam się zadbać o bez­pie­czeń­stwo sto­so­wa­nia tej tech­no­lo­gii i spra­wić, że będzie tań­sza, mogli­by­śmy usta­wić urzą­dze­nia emi­tu­jące takie świa­tło w biu­rach i prze­strze­niach publicz­nych na całym świe­cie. Czy­ste powie­trze znacz­nie zmniej­szy­łoby praw­do­po­do­bień­stwo wybu­chu przy­szłych pan­de­mii; sto­so­wane powszech­nie, urzą­dze­nia takie mogłyby nawet dopro­wa­dzić do wyeli­mi­no­wa­nia więk­szo­ści cho­rób układu odde­cho­wego. Być może ni­gdy już nie zła­pa­li­by­ście prze­zię­bie­nia.

Ci ludzie i orga­ni­za­cje czy­nią życie lep­szym zarówno obec­nie, jak i w przy­szło­ści. Mam nadzieję, że książka ta sta­nie się dla was inspi­ra­cją, by do nich dołą­czyć. Wie­rzę, że dzięki cięż­kiej pracy, poko­rze i współ­pracy możemy pora­dzić sobie z obec­nymi wyzwa­niami, które sta­no­wią zagro­że­nie dla przy­szło­ści. Jestem o tym coraz sil­niej prze­ko­nany; naprawdę jeste­śmy w sta­nie stwo­rzyć przy­szłość, za którą nasi potom­ko­wie będą nam wdzięczni. Możemy być dobrymi przod­kami, prze­ka­zu­ją­cymi swoim wnu­kom, ich wnu­kom i wszyst­kim kolej­nym poko­le­niom świat pełen wol­no­ści, rado­ści i piękna.

Wstęp

Wstęp

Wyobraź­cie sobie, że prze­ży­wa­cie – w kolej­no­ści naro­dzeń – życie każ­dego czło­wieka, jaki kie­dy­kol­wiek cho­dził po Ziemi8. Wasze pierw­sze życie roz­po­czyna się około trzy­stu tysięcy lat temu w Afryce9. Gdy się ono koń­czy, cofa­cie się w cza­sie i wstę­pu­je­cie w ciało dru­giej osoby, która poja­wiła się na pla­ne­cie, uro­dzona nie­długo po pierw­szej. Po śmierci tej dru­giej odra­dza­cie się jako trze­cia, potem jako czwarta i tak dalej. Sto miliar­dów żywo­tów póź­niej10 sta­je­cie się naj­młod­szym z żyją­cych współ­cze­śnie ludzi. Wasze „życie” składa się ze wszyst­kich tych egzy­sten­cji doświad­cza­nych po kolei.

Spo­sób, w jaki prze­ży­wa­cie dzieje, bar­dzo różni się od tego, co znamy z więk­szo­ści pod­ręcz­ni­ków histo­rii. Losy słyn­nych oso­bi­sto­ści w rodzaju Kle­opa­try czy Napo­le­ona mają jedy­nie nie­wielki udział w zbio­rze waszych doświad­czeń. Zasad­ni­czą tre­ścią waszego ist­nie­nia są codzienne czyn­no­ści – jedze­nie, praca i aktyw­no­ści towa­rzy­skie oraz zwią­zane z nimi śmiech, zmar­twie­nia i modli­twa.

Wasze życie trwa od nie­mal czte­rech bilio­nów lat. Przez jedną dzie­siątą tego czasu jeste­ście łow­cami-zbie­ra­czami, przez 60% – rol­ni­kami11. Przez jedną piątą życia wycho­wu­je­cie dzieci, tyle samo czasu poświę­ca­cie upra­wie roli, a pra­wie 2% życia pochła­nia wam udział w rytu­ałach reli­gij­nych. Przez 1% cho­ru­je­cie na mala­rię albo czarną ospę. Przez pół­tora miliarda lat upra­wia­cie seks, a przez dwie­ście pięć­dzie­siąt milio­nów rodzi­cie. W mię­dzy­cza­sie wypi­ja­cie czter­dzie­ści cztery biliony fili­ża­nek kawy12.

Jeste­ście jed­no­cze­śnie źró­dłem i adre­sa­tem zarówno okru­cieństw, jak i aktów życz­li­wo­ści. Jako kolo­ni­za­to­rzy zdo­by­wa­cie nowe zie­mie, jako kolo­ni­zo­wani cier­pi­cie z powodu tego, że wam je ode­brano. Czu­je­cie wście­kłość nęka­ją­cego i ból nęka­nego. Przez około 10% życia posia­da­cie nie­wol­ni­ków; mniej wię­cej tyle samo czasu to wy jeste­ście nie­wol­ni­kami13.

Dzięki temu eks­pe­ry­men­towi na wła­snej skó­rze prze­ko­na­cie się, w jak nie­zwy­kłych cza­sach obec­nie żyjemy. Z powodu gwał­tow­nego wzro­stu liczeb­no­ści popu­la­cji pełna jedna trze­cia waszego życia przy­pad­nie na okres po 1200 roku, ćwierć swo­jego żywota spę­dzi­cie zaś już po roku 1750. Od tego momentu tech­no­lo­gia i spo­łe­czeń­stwo zaczną zmie­niać się szyb­ciej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Wynaj­dzie­cie sil­niki parowe, fabryki i elek­trycz­ność. Będzie­cie świad­kami rewo­lu­cji w nauce, wojen zbie­ra­ją­cych naj­bar­dziej śmier­telne żniwo w histo­rii14 i dra­ma­tycz­nego znisz­cze­nia śro­do­wi­ska. Każde z poje­dyn­czych żyć skła­da­ją­cych się na wasze ist­nie­nie będzie trwało coraz dłu­żej. Doświad­czy­cie luk­su­sów, które nie były wam dane nawet wtedy, gdy żyli­ście jako kró­lo­wie i kró­lowe. Spę­dzi­cie sto pięć­dzie­siąt lat w kosmo­sie i tydzień, cho­dząc po Księ­życu. Pięt­na­ście pro­cent całego waszego doświad­cze­nia sta­no­wić będą prze­ży­cia ludzi ist­nie­ją­cych obec­nie15.

Oto i całe wasze dotych­cza­sowe życie – od naro­dzin Homo sapiens do dnia dzi­siej­szego. Spró­buj­cie sobie jed­nak wyobra­zić, że prze­ży­je­cie także wszyst­kie przy­szłe życia. Wów­czas okaże się, że wasze ist­nie­nie – miejmy nadzieję – tak naprawdę dopiero się roz­po­częło. Nawet gdyby ludz­kość miała prze­trwać jedy­nie tyle, ile żyje śred­nio jeden gatu­nek ssa­ków (około miliona lat), i nawet gdyby liczeb­ność popu­la­cji spa­dła do jed­nej dzie­sią­tej obec­nej wiel­ko­ści, wciąż mie­li­by­ście przed sobą około 99,5% życia16.

Prze­kła­da­jąc to na skalę nor­mal­nego ludz­kiego ist­nie­nia, byli­by­ście teraz zale­d­wie pię­cio­mie­sięcz­nym nie­mow­lę­ciem. Gdyby nato­miast ludz­kość miała prze­trwać dłu­żej niż prze­ciętny gatu­nek ssaka – przez setki milio­nów lat dzie­lą­cych nas od czasu, gdy Zie­mia sta­nie się kom­plet­nie nie­za­miesz­ki­walna, lub dzie­siątki bilio­nów liczo­nych do momentu wypa­le­nia się ostat­nich gwiazd – wasze cztery biliony lat życia byłyby jak pierw­szych parę mru­gnięć tuż po opusz­cze­niu macicy17. Przy­szłość jest ogromna.

Gdy­by­ście rze­czy­wi­ście mieli prze­żyć wszyst­kie te przy­szłe życia, co waszym zda­niem powi­nin­ni­śmy zro­bić dzi­siaj? Ile dwu­tlenku węgla powin­ni­śmy wyemi­to­wać do atmos­fery? Ile środ­ków powin­ni­śmy zain­we­sto­wać w bada­nia i edu­ka­cję? Z jak wielką ostroż­no­ścią powin­ni­śmy pod­cho­dzić do nowych tech­no­lo­gii, które mogą znisz­czyć naszą przy­szłość lub na trwałe skie­ro­wać ją na nie­wła­ściwe tory? Ile uwagi powin­ni­śmy poświę­cić wpły­wowi naszych obec­nych dzia­łań w per­spek­ty­wie dłu­go­ter­mi­no­wej?

Przed­sta­wiam ten eks­pe­ry­ment myślowy, ponie­waż moral­ność oparta jest na umie­jęt­no­ści wczu­cia się w poło­że­nie dru­giej osoby i potrak­to­wa­nia jej inte­re­sów tak, jak trak­to­wa­li­by­śmy nasze wła­sne. Gdy robimy to w peł­nej skali całego gatunku ludz­kiego, przy­szłość – w któ­rej żyją nie­mal wszy­scy jego przed­sta­wi­ciele i w któ­rej tkwi nie­mal cały poten­cjał ich rado­ści i nie­doli – wysuwa się na pierw­szy plan.

Tema­tem tej książki jest long­ter­mizm: pogląd gło­szący, że pozy­tywny wpływ na dłu­go­fa­lową przy­szłość jest klu­czo­wym prio­ry­te­tem moral­nym naszych cza­sów. W long­ter­mi­zmie cho­dzi o poważne potrak­to­wa­nie ogromu roz­cią­ga­ją­cej się przed nami przy­szło­ści i o zda­nie sobie sprawy, o jak wysoką stawkę gramy, kiedy ją kształ­tu­jemy. Nawet gdyby ludz­kość miała prze­trwać jedy­nie przez uła­mek prze­zna­czo­nego sobie poten­cjal­nie czasu, to byli­by­śmy – choć może to wyda­wać się dziwne – sta­ro­żyt­nymi: żyjemy na samym początku dzie­jów, w naj­dal­szej prze­szło­ści. To, co zro­bimy, będzie miało wpływ na nie­zli­czone rze­sze ludzi, któ­rzy nadejdą po nas. Musimy zatem dzia­łać roz­trop­nie.

Mnie samemu prze­ko­na­nie się do long­ter­mi­zmu zajęło sporo czasu. Trudno, by abs­trak­cyjna idea ukie­run­ko­wana na ludzi, któ­rych ni­gdy nie będzie nam dane poznać, sta­no­wiła dla nas rów­nie dobre źró­dło moty­wa­cji jak inne, bar­dziej ude­rza­jące pro­blemy. W szkole śred­niej dzia­ła­łem w orga­ni­za­cji, która zaj­mo­wała się pomocą oso­bom star­szym i nie­peł­no­spraw­nym. Jako stu­dent przej­mu­jący się kwe­stią ubó­stwa na świe­cie zgło­si­łem się na ochot­nika do pracy w etiop­skim ośrodku reha­bi­li­ta­cji dla dzieci, które prze­szły polio. Gdy przy­mie­rza­łem się do magi­ste­rium, zaczą­łem zasta­na­wiać się, jak spra­wić, by ludzie poma­gali sobie wza­jem­nie z więk­szą efek­tyw­no­ścią. Posta­no­wi­łem prze­zna­czać przy­naj­mniej 10% moich docho­dów na cele cha­ry­ta­tywne i zosta­łem współ­za­ło­ży­cie­lem Giving What We Can – orga­ni­za­cji, która zachęca innych, by robili to samo18.

Wszyst­kie te dzia­ła­nia dawały kon­kretny efekt. W prze­ci­wień­stwie do nich myśl o popra­wia­niu jako­ści życia nie­zna­nych ludzi z przy­szło­ści począt­kowo nie wzbu­dzała we mnie żad­nych emo­cji. Gdy jeden z kole­gów przed­sta­wił mi argu­menty prze­ma­wia­jące za potrak­to­wa­niem poważ­nie kwe­stii przy­szło­ści w dłu­go­fa­lo­wej per­spek­ty­wie, moją odru­chową reak­cją było odrzu­ce­nie tej idei. Na świe­cie ist­nieją praw­dziwe pro­blemy, takie jak skrajne ubó­stwo, brak edu­ka­cji czy śmierć z powodu cho­rób – pomy­śla­łem – z któ­rymi mie­rzą się praw­dziwi ludzie. Tym pro­ble­mom można z łatwo­ścią zapo­biec. Na nich powin­ni­śmy się sku­pić. W zesta­wie­niu z nimi spe­ku­la­cje na temat tego, co może wpły­nąć, a co nie wpły­nie na przy­szłość, wyda­wały się nie­po­trzeb­nym roz­pra­sza­niem uwagi rodem z science fic­tion.

Nie­mniej jed­nak argu­menty prze­ma­wia­jące za long­ter­mi­zmem upo­rczy­wie dobi­jały się do mojego umy­słu. Wszyst­kie opie­rały się na pro­stych zało­że­niach: że obiek­tyw­nie rzecz bio­rąc, z moral­nego punktu widze­nia przy­szli ludzie nie powinni liczyć się mniej niż poko­le­nia żyjące współ­cze­śnie; że w przy­szło­ści ludzi może być bar­dzo dużo; że ich życie może być wyjąt­kowo wspa­niałe albo nie­wy­obra­żal­nie okropne oraz że naprawdę jeste­śmy w sta­nie wpły­nąć na świat, który będą zamiesz­ki­wać.

Naj­waż­niej­szy był dla mnie jed­nak pro­blem natury prak­tycz­nej: nawet jeśli rze­czy­wi­ście powin­ni­śmy przej­mo­wać się przy­szło­ścią, co wła­ści­wie możemy zro­bić? Kiedy jed­nak dowie­dzia­łem się wię­cej o wyda­rze­niach, które mogłyby nastą­pić w nie­da­le­kiej przy­szło­ści i zmie­nić bieg histo­rii, z więk­szą powagą potrak­to­wa­łem suge­stię, że być może zbli­żamy się wła­śnie do kry­tycz­nego momentu w dzie­jach ludz­ko­ści. Roz­wój tech­no­lo­giczny nie­sie ze sobą zarówno nowe szanse, jak i zagro­że­nia, kła­dąc na szali życie przy­szłych poko­leń.

Obec­nie uwa­żam, że losy świata w dal­szej per­spek­ty­wie przy­naj­mniej czę­ściowo zależą od tego, jakich wybo­rów doko­namy za naszego życia. Przy­szłość może być wspa­niała: możemy stwo­rzyć kwit­nące i sta­bilne spo­łe­czeń­stwo, w któ­rym wszy­scy będą mieli się lepiej niż wybrańcy cie­szący się naj­więk­szym powo­dze­niem współ­cze­śnie. Przy­szłość może też być potworna: mogą zawład­nąć nią auto­ry­tarni despoci, któ­rzy wyko­rzy­stają sys­temy inwi­gi­la­cji i sztuczną inte­li­gen­cję, by na zawsze „zamro­zić” swoją ide­olo­gię, lub nawet sama AI, która będzie zain­te­re­so­wana raczej zdo­by­wa­niem wła­dzy niż roz­kwi­tem spo­łe­czeń­stwa. Przy­szło­ści może też nie być wcale: możemy powy­bi­jać się za pomocą broni bio­lo­gicz­nej lub roz­pę­tać totalną wojnę nukle­arną, po któ­rej cywi­li­za­cja upad­nie i ni­gdy się nie pod­nie­sie.

Ist­nieją dzia­ła­nia, które możemy pod­jąć, by skie­ro­wać ludz­kość na lep­sze tory. Możemy zwięk­szyć szanse na cudowną przy­szłość, udo­sko­na­la­jąc war­to­ści, które kie­rują spo­łe­czeń­stwem, i ostroż­nie ste­ru­jąc roz­wo­jem AI. Możemy dopil­no­wać, by w ogóle mieć przed sobą jakąś przy­szłość, zapo­bie­ga­jąc opra­co­wy­wa­niu i uży­wa­niu broni maso­wej zagłady i utrzy­mu­jąc pokój mię­dzy naj­więk­szymi świa­to­wymi mocar­stwami. To wiel­kie wyzwa­nia, ale spo­sób, w jaki do nich podej­dziemy, może zmie­nić naprawdę wiele.

Wobec tego wszyst­kiego przede­fi­nio­wa­łem swoje prio­ry­tety. Wciąż będąc nie do końca prze­ko­na­nym co do pod­staw i kon­se­kwen­cji long­ter­mi­zmu, zmie­ni­łem kie­ru­nek swo­ich badań i zosta­łem współ­za­ło­ży­cie­lem dwóch insty­tu­cji, które miały zająć się dal­szym ana­li­zo­wa­niem tych kwe­stii: Glo­bal Prio­ri­ties Insti­tute na Uni­wer­sy­te­cie Oks­fordz­kim oraz Fore­tho­ught Foun­da­tion. Opie­ra­jąc się na zdo­by­tej w ten spo­sób wie­dzy, spró­bo­wa­łem spi­sać argu­menty na rzecz long­ter­mi­zmu, które prze­ko­na­łyby mnie dekadę wcze­śniej.

Do zilu­stro­wa­nia głów­nych postu­la­tów zawar­tych w tej książce posłu­guję się trzema głów­nymi meta­fo­rami. W pierw­szej przed­sta­wiam ludz­kość jako nie­roz­sąd­nego nasto­latka, który wciąż ma przed sobą więk­szość życia i podej­muje decy­zje mogące mieć na nie duży wpływ. Wybie­ra­jąc ścieżkę roz­woju zawo­do­wego, zasta­na­wia­jąc się, ile czasu poświę­cić na naukę, i sza­cu­jąc, które nie­bez­pieczne zaję­cia są zbyt nie­bez­pieczne, powi­nien więc mieć na uwa­dze nie tylko dresz­czyk emo­cji w odpo­wie­dzi na bie­żące doświad­cze­nia, lecz także wszyst­kie cze­ka­jące go jesz­cze lata.

Druga meta­fora to opo­wieść o dmu­cha­niu szkła. Obecne spo­łe­czeń­stwo wciąż jesz­cze zacho­wuje pla­stycz­ność – może przy­brać roz­ma­ite kształty. W pew­nym momen­cie jed­nak sto­piona masa szklana osty­gnie, utwar­dzi się i dużo trud­niej będzie ją zmie­nić. W zależ­no­ści od tego, co z nią zro­bimy, gdy jest jesz­cze płynna, osta­teczna forma, jaką przy­bie­rze, może być piękna lub znie­kształ­cona – może też roz­trza­skać się w drobny mak.

W trze­ciej meta­fo­rze porów­nuję ścieżkę pro­wa­dzącą do dłu­go­fa­lo­wego wpływu do ryzy­kow­nej eks­pe­dy­cji w nie­znane. Pró­bu­jąc pozy­tyw­nie wpły­nąć na przy­szłość, nie wiemy dokład­nie, z jakimi zagro­że­niami przyj­dzie nam się mie­rzyć ani nawet dokąd chcemy dojść; mimo wszystko jed­nak możemy przy­go­to­wać się na wyprawę. Możemy wyba­dać teren bez­po­śred­nio przed nami, dopil­no­wać, by eks­pe­dy­cja była dobrze zaopa­trzona i sko­or­dy­no­wana, a także – pomimo nie­pew­no­ści – zabez­pie­czyć się przed nie­bez­pie­czeń­stwami, które jeste­śmy w sta­nie prze­wi­dzieć.

Niniej­sza książka jest sze­roko zakro­jo­nym przed­się­wzię­ciem; nie tylko przed­sta­wiam w niej argu­menty prze­ma­wia­jące za long­ter­mi­zmem, lecz także usi­łuję wyja­śnić, jakie może on pocią­gać za sobą kon­se­kwen­cje. Ze względu na sporą roz­pię­tość poru­sza­nych zagad­nień, pisząc ją, w dużej mie­rze pole­ga­łem na wie­dzy zespołu dorad­ców i ana­li­ty­ków. Gdy tylko wycho­dzi­łem poza obszar etyki, którą zaj­muję się zawo­dowo, kon­sul­to­wa­łem się ze spe­cja­li­stami w danej dzie­dzi­nie. Dla­tego też książka ta tak naprawdę nie jest „moja”, lecz jest wyni­kiem zbio­ro­wego wysiłku, w sumie ponad dzie­się­ciu lat pracy na pełen etat, z któ­rych nie­mal dwa lata poświę­cono spraw­dza­niu danych.

Ci, któ­rych pewne moje twier­dze­nia skło­nią do dal­szych poszu­ki­wań, na stro­nie wha­twe­owe­the­fu­ture.com znajdą obszerne mate­riały uzu­peł­nia­jące, w tym wyniki ana­liz zle­co­nych przeze mnie spe­cjal­nie na potrzeby tej książki. Pomimo ogromu pracy, którą już wyko­na­li­śmy, jestem prze­ko­nany, że led­wie zary­so­wa­li­śmy kwe­stię long­ter­mi­zmu i jego impli­ka­cji – wciąż musimy się jesz­cze wiele nauczyć.

Jeśli mam rację, ciąży na nas wielka odpo­wie­dzial­ność. W porów­na­niu z liczbą ludzi, któ­rzy po nas nadejdą, jeste­śmy led­wie maleńką mniej­szo­ścią – za to mniej­szo­ścią, w któ­rej rękach spo­czywa przy­szłość. Etyka, jaką kie­ru­jemy się na co dzień, rzadko dotyka spraw w takiej skali – musimy stwo­rzyć świa­to­po­gląd moralny, który potrak­to­wałby poważ­nie stawkę, o jaką gramy.

Jeśli doko­namy mądrych wybo­rów, możemy ode­grać klu­czową rolę w skie­ro­wa­niu ludz­ko­ści na wła­ściwe tory. Jeśli tak się sta­nie, nasze pra­pra­praw­nuki pomy­ślą o nas z wdzięcz­no­ścią i będą wyra­żać prze­ko­na­nie, że zro­bi­li­śmy wszystko, co było w naszej mocy, by ofia­ro­wać im piękny i spra­wie­dliwy świat.

Rozdział 1. Argumenty za longtermizmem

ROZ­DZIAŁ 1

Argu­menty za long­ter­mi­zmem

Nieme miliardy

Przy­szli ludzie się liczą. Może być ich mnó­stwo. A my możemy spra­wić, że będzie im się lepiej żyło.

Tak naj­kró­cej można ująć argu­menty prze­ma­wia­jące za słusz­no­ścią long­ter­mi­zmu. Jego zało­że­nia są pro­ste i moim zda­niem nie­spe­cjal­nie kon­tro­wer­syjne, ale potrak­to­wa­nie ich poważ­nie ozna­cza rewo­lu­cję moralną – cał­ko­wi­cie zmie­nia­jącą spo­sób, w jaki akty­wi­ści, naukowcy, decy­denci poli­tyczni, a tak naprawdę rów­nież my wszy­scy, powinni myśleć i dzia­łać.

Przy­szli ludzie się liczą, ale my rzadko liczymy się z nimi. Nie są w sta­nie gło­so­wać, lob­bo­wać ani ubie­gać się o spra­wo­wa­nie funk­cji publicz­nych, poli­ty­kom bra­kuje więc moty­wa­cji, by się za nimi wsta­wić. Nie mogą z nami han­dlo­wać ani się tar­go­wać, więc nie mają swo­ich przed­sta­wi­cieli na rynku. W dodatku nie potra­fią wyra­zić swo­ich poglą­dów bez­po­śred­nio: nie twe­etują, nie piszą arty­ku­łów w gaze­tach, nie orga­ni­zują mar­szów. Są cał­ko­wi­cie pozba­wieni prawa głosu.

Wcze­śniej­sze ruchy spo­łeczne – jak choćby te wal­czące o prawa oby­wa­tel­skie czy prawa wybor­cze dla kobiet – czę­sto dążyły do zapew­nie­nia więk­szego uzna­nia i wpływu mar­gi­na­li­zo­wa­nym człon­kom spo­łe­czeń­stwa. Uwa­żam, że long­ter­mizm jest roz­sze­rze­niem tej idei. Choć nie możemy rze­czy­wi­ście oddać wła­dzy poli­tycz­nej w ręce przy­szłych ludzi, możemy przy­naj­mniej wziąć ich pod uwagę. Wyrze­ka­jąc się tyra­nii teraź­niej­szo­ści nad przy­szło­ścią, możemy dzia­łać jak powier­nicy – pomóc stwo­rzyć kwit­nący świat dla przy­szłych poko­leń. Ma to kolo­salne zna­cze­nie. Zaraz wyja­śnię dla­czego.

Przyszli ludzie się liczą

Idea, że przy­szli ludzie mają zna­cze­nie, jest oparta na zdro­wym roz­sądku. Przy­szli ludzie to mimo wszystko ludzie. Będą ist­nieć. Tak jak my wszy­scy – będą mieli swoje nadzieje, rado­ści, cier­pie­nia i smutki. Po pro­stu jesz­cze ich nie ma.

Żeby prze­ko­nać się, jak bar­dzo w grun­cie rze­czy jest to intu­icyjne, wyobraź­cie sobie, że pod­czas wycieczki w góry roz­trza­skuję na szlaku szklaną butelkę. Jeśli nie posprzą­tam odłam­ków, póź­niej poka­le­czy się nimi dziecko19. Czy w pod­ję­ciu decy­zji o tym, czy powi­nie­nem pozbie­rać szkło, ma jakie­kol­wiek zna­cze­nie, kiedy dziecko się porani? Czy to będzie za tydzień, za dekadę, czy za sto lat? Nie. Krzywda jest krzywdą, nie­za­leż­nie od tego, kiedy nastąpi.

Albo przy­pu­śćmy, że na jakieś mia­steczko spad­nie zaraza i wybije tysiące ludzi. Może­cie ją powstrzy­mać. Czy zanim ruszy­cie do dzia­ła­nia, musi­cie wie­dzieć, kiedy wybuch­nie cho­roba? Czy to ma zna­cze­nie samo w sobie? Nie. Poten­cjal­nie zwią­zane z nią ból i śmierć i tak są warte wzię­cia pod uwagę.

To samo doty­czy dobrych rze­czy. Pomy­śl­cie o czymś, co kocha­cie w życiu – może to być muzyka lub sport. A teraz wyobraź­cie sobie kogoś innego, kto tak samo kocha coś w swoim życiu. Czy war­tość jego rado­ści znika tylko dla­tego, że żyje on w przy­szło­ści? Przy­pu­śćmy, że może­cie dać temu komuś bilety na kon­cert jego ulu­bio­nego zespołu albo na mecz dru­żyny, któ­rej kibi­cuje. Czy aby pod­jąć decy­zję o tym, czy mu je ofia­ro­wać, musi­cie wie­dzieć, kiedy je otrzyma?

Wyobraź­cie sobie, co przy­szli ludzie będą myśleć o nas, zasta­na­wia­ją­cych się nad takimi pyta­niami. Usły­szą, jak dys­ku­tu­jemy nad tym, czy przy­szli ludzie mają zna­cze­nie, po czym spoj­rzą na swoje dło­nie i rozej­rzą się po swoim życiu. Czym ono się różni od naszego? Co jest w nim mniej rze­czy­wi­ste? Która strona debaty wyda im się trzeźwo myśląca i posia­da­jąca racjo­nalne argu­menty? A która będzie w ich oczach krót­ko­wzroczna i ogra­ni­czona?

Odle­głość w cza­sie jest jak odle­głość w prze­strzeni. Ludzie mają zna­cze­nie, nawet jeśli miesz­kają tysiące kilo­me­trów od nas – i tak samo się liczą, nawet jeśli dzielą nas tysiące lat. W obu przy­pad­kach łatwo pomy­lić dystans z nie­re­al­no­ścią i uznać gra­nice tego, co potra­fimy dostrzec, za gra­nice naszego świata. Ale tak samo jak świat nie koń­czy się na naszym progu czy na gra­nicy naszego kraju, nie koń­czy się też wraz z naszym czy następ­nym poko­le­niem.

To podej­ście zdro­wo­roz­sąd­kowe. Ludowe przy­sło­wie mówi: „Spo­łe­czeń­stwo się roz­wija, gdy sta­rzy ludzie sadzą drzewa, choć wie­dzą, że ni­gdy nie usiądą w ich cie­niu”20. Kiedy zabez­pie­czamy odpady radio­ak­tywne, nie mówimy: „A kogo obcho­dzi, że za setki lat to zatruje ludzi?”. Podob­nie jedy­nie nie­liczni z tych, któ­rzy przej­mują się zmia­nami kli­matu czy zanie­czysz­cze­niem śro­do­wi­ska, robią to tylko dla dobra ludzi żyją­cych dzi­siaj. Wzno­simy muzea, parki i mosty; inwe­stu­jemy w szkoły i dłu­go­ter­mi­nowe pro­jekty badaw­cze; dbamy o zacho­wa­nie dzieł sztuki, tra­dy­cji i języ­ków; chro­nimy piękne miej­sca w nadziei, że prze­trwają poko­le­nia. W wielu przy­pad­kach nie wyzna­czamy jasnej gra­nicy mię­dzy tym, co robimy dla teraź­niej­szo­ści i dla przy­szło­ści – trosz­czymy się o obie.

Wiele róż­nych tra­dy­cji inte­lek­tu­al­nych trak­tuje tro­skę o los przy­szłych poko­leń jako prze­jaw zdro­wego roz­sądku. W liczą­cej sobie setki lat, prze­ka­zy­wa­nej ust­nie kon­sty­tu­cji Kon­fe­de­ra­cji Iro­ke­zów, zaty­tu­ło­wa­nej Gay­ana­sha­gowa, zostało to wyra­żone szcze­gól­nie jasno. Wymaga ona, by Wodzo­wie Kon­fe­de­ra­cji „zawsze mieli na uwa­dze nie tylko teraź­niej­szość, ale rów­nież kolejne poko­le­nia”21. Oren Lyons, straż­nik wiary wcho­dzą­cych w skład Kon­fe­de­ra­cji ludów Onon­daga i Seneka, wyraża to w for­mie „zasady siód­mego poko­le­nia”: „Cho­dzi o to, by każda decy­zja, którą podej­mu­jemy, miała na uwa­dze dobro­stan i dobro­byt siód­mego poko­le­nia, które nadej­dzie po nas (…). Zasta­na­wiamy się: czy to będzie dobre dla siód­mego poko­le­nia?”22.

Nawet jed­nak jeśli przy­sta­niemy na to, że przy­szli ludzie się liczą, pozo­staje pyta­nie, jaką wagę powin­ni­śmy przy­kła­dać do dba­nia o ich inte­resy. Czy ist­nieją jakieś powody, by trosz­czyć się bar­dziej o ludzi żyją­cych współ­cze­śnie?

Do głowy przy­cho­dzą mi dwa. Pierw­szym jest stron­ni­czość. Czę­sto odczu­wamy sil­niej­szą, wyjąt­kową więź z oso­bami żyją­cymi obec­nie – z naszą rodziną, przy­ja­ciółmi i współ­o­by­wa­te­lami – niż z tymi, któ­rzy naro­dzą się w przy­szło­ści. To roz­sądne; możemy i powin­ni­śmy szcze­gólną uwagą obda­rzać bli­skich.

Dru­gim powo­dem jest wza­jem­ność. O ile nie jeste­ście samot­ni­kami żyją­cymi w dzi­czy, dzia­ła­nia ogrom­nej liczby ludzi – nauczy­cieli, sprze­daw­ców, inży­nie­rów i wszyst­kich pła­cą­cych podatki – przez całe wasze życie przy­no­siły wam i na­dal przy­no­szą bez­po­śred­nie korzy­ści. Zazwy­czaj czu­jemy, że jeśli ktoś zro­bił dla nas coś dobrego, jest to powód, by odpła­cić mu tym samym. Ludzie przy­szło­ści jed­nak nie przy­no­szą nam korzy­ści w tym sen­sie, w jakim robią to inni człon­ko­wie naszego poko­le­nia23.

Więzi i wza­jem­ność są ważne, ale nie zmie­niają osta­tecz­nej linii mojej argu­men­ta­cji. Nie twier­dzę, że inte­resy ludzi żyją­cych obec­nie i tych żyją­cych w przy­szło­ści zawsze i wszę­dzie należy trak­to­wać jed­na­kowo. Twier­dzę jedy­nie, że przy­szli ludzie mają duże zna­cze­nie. Tak jak więk­sza tro­ska o wła­sne dzieci nie ozna­cza auto­ma­tycz­nie cał­ko­wi­tego igno­ro­wa­nia potrzeb obcych, tak przy­wią­zy­wa­nie więk­szej wagi do współ­cze­snych nie ozna­cza, że powin­ni­śmy lek­ce­wa­żyć dobro naszych potom­ków.

Zilu­strujmy to przy­kła­dem. Przy­pu­śćmy, że któ­re­goś dnia odkry­wamy Atlan­tydę, olbrzy­mią cywi­li­za­cję na dnie morza. Zda­jemy sobie sprawę, że wiele naszych dzia­łań ma na nią wpływ: kiedy wyrzu­camy odpady do oce­anu, zatru­wamy ich mia­sta; kiedy tonie nasz sta­tek, odzy­skują z niego kawałki metalu i inne czę­ści. Z miesz­kań­cami Atlan­tydy nie wiążą nas żadne spe­cjalne więzi, nie jeste­śmy też im nic winni za przy­sługi, jakie nam wyświad­czyli. Mimo tego jed­nak powin­ni­śmy brać pod uwagę, jak odbi­jają się na nich nasze czyny.

Przy­szłość jest jak Atlan­tyda. To rów­nież ogromna, nie­od­kryta kra­ina24: to, czy kraj ten czeka roz­kwit, czy upa­dek, w znacz­nej mie­rze zależy od tego, co zro­bimy dzi­siaj.

Przyszłość jest wielka

Przy­szli ludzie się liczą – to zdro­wo­roz­sąd­kowe podej­ście. Tak samo zdro­wo­roz­sąd­kowy jest pogląd, że z moral­nego punktu widze­nia liczba ma zna­cze­nie. Jeśli może­cie oca­lić z pożaru jedną osobę lub dzie­sięć, powin­ni­ście – o ile wszyst­kie pozo­stałe zmienne są iden­tyczne – ura­to­wać dzie­sięć; jeśli może­cie wyle­czyć sto osób lub tysiąc, powin­ni­ście wyle­czyć tysiąc. To istotne, ponie­waż liczba przy­szłych ludzi może być astro­no­miczna.

Żeby zro­zu­mieć, dla­czego tak jest, przyj­rzyjmy się histo­rii ludz­ko­ści. Przed­sta­wi­ciele rodzaju Homo cho­dzą po Ziemi od ponad dwóch i pół miliona lat25. Nasz gatu­nek, Homo sapiens, wyewo­lu­ował mniej wię­cej trzy­sta tysięcy lat temu. Rol­nic­two naro­dziło się dopiero dwa­na­ście tysięcy lat temu, pierw­sze mia­sta powstały zale­d­wie przed sze­ścioma tysią­cami lat, rewo­lu­cja prze­my­słowa zaczęła się dwie­ście pięć­dzie­siąt lat temu, a wszyst­kie zmiany, które zaszły od tam­tej pory – przej­ście od wozów zaprzę­ga­nych w konie do podróży kosmicz­nych, od upusz­cza­nia krwi do prze­szcze­pów serca i od kal­ku­la­to­rów mecha­nicz­nych do super­kom­pu­te­rów – doko­nały się w cza­sie trzech ludz­kich żyć26.

Rysu­nek 1.1. Histo­ria Homo sapiens

Jak długo prze­trwa nasz gatu­nek? Tego oczy­wi­ście nie wiemy. Opie­ra­jąc się na dostęp­nych nam danych, możemy jed­nak doko­nać sza­cun­ko­wych obli­czeń bio­rą­cych pod uwagę naszą nie­pew­ność, w tym nie­pew­ność doty­czącą tego, czy przy­pad­kiem to nie my sami sta­niemy się przy­czyną wła­snej zguby.

Dla zilu­stro­wa­nia poten­cjal­nej skali przy­szło­ści załóżmy, że prze­trwamy jedy­nie tyle, ile prze­ciętny gatu­nek ssaka – czyli około miliona lat27. Dodat­kowo uznajmy, że liczeb­ność popu­la­cji pozo­sta­nie na obec­nym pozio­mie. W takim przy­padku naro­dzi się jesz­cze osiem­dzie­siąt bilio­nów ludzi – przy­szli ludzie będą mieć nad nami prze­wagę dzie­sięć tysięcy do jed­nego.

Rysu­nek 1.2. Poten­cjalna przy­szłość cywi­li­za­cji, jeśli ludz­kość prze­trwa tyle, ile prze­ciętny gatu­nek ssaka

Oczy­wi­ście przy­szłość może poto­czyć się na wiele róż­nych spo­sób i musimy wziąć je wszyst­kie pod uwagę. Jeśli spro­wa­dzimy na sie­bie zagładę, możemy znik­nąć z powierzchni ziemi znacz­nie szyb­ciej niż inne gatunki ssa­ków. Ale możemy rów­nież zostać tu znacz­nie dłu­żej. W odróż­nie­niu od innych ssa­ków dys­po­nu­jemy wyra­fi­no­wa­nymi narzę­dziami, które poma­gają nam przy­sto­so­wać się do róż­nych śro­do­wisk, umiemy rozu­mo­wać abs­trak­cyj­nie, co pozwala nam two­rzyć zło­żone, dłu­go­fa­lowe plany w odpo­wie­dzi na zmie­nia­jące się oko­licz­no­ści, a dzięki łączą­cej nas kul­tu­rze potra­fimy funk­cjo­no­wać w gru­pach liczą­cych sobie miliony osob­ni­ków. To wszystko chroni nas przed zagro­że­niem wygi­nię­ciem w spo­sób nie­do­stępny innym przed­sta­wi­cie­lom naszej gro­mady28.

Wpływ tych fak­tów na prze­wi­dy­wany czas prze­trwa­nia ludz­ko­ści jest asy­me­tryczny. Kres cywi­li­za­cji może nastą­pić bar­dzo szybko, za kilka stu­leci. Jej histo­ria może być jed­nak nie­zmier­nie długa. Zie­mia pozo­sta­nie moż­liwa do zamiesz­ka­nia jesz­cze przez kil­ka­set milio­nów lat. Gdy­by­śmy prze­trwali tak długo, zacho­wu­jąc obecną liczeb­ność popu­la­cji liczoną na stu­lecie, na każdą żyjącą dziś osobę przy­pa­dałby milion przy­szłych ludzi. A gdyby ludz­kość w końcu pod­biła gwiazdy, zaczę­li­by­śmy ope­ro­wać w dosłow­nie astro­no­micz­nej skali cza­so­wej. Słońce wypali się gdzieś za pięć miliar­dów lat, ostat­nie prze­bie­ga­jące typowo naro­dziny gwiazd będą miały miej­sce za ponad bilion lat, a dzięki nie­wiel­kiemu, lecz sta­bil­nemu stru­mie­niowi zde­rzeń mię­dzy brą­zo­wymi kar­łami kilka gwiazd będzie świe­cić jesz­cze za milion bilio­nów lat29.

Rze­czy­wi­sta moż­li­wość, że cywi­li­za­cja prze­trwa do tego czasu, daje ludz­ko­ści nie­wia­ry­godną prze­wi­dy­waną dłu­gość życia. Dzie­się­cio­pro­cen­towa szansa, że unik­niemy wygi­nię­cia do czasu, aż Zie­mia prze­sta­nie być moż­liwa do zamiesz­ki­wa­nia, ozna­cza dłu­gość życia równą ponad pięć­dzie­siąt milio­nów lat – 1% praw­do­po­do­bień­stwa prze­trwania do czasu naro­dzin ostat­nich kon­wen­cjo­nal­nych gwiazd ozna­cza życie przez ponad dzie­sięć miliar­dów lat30.

Koniec koń­ców powin­ni­śmy trosz­czyć się nie tylko o sza­co­waną dłu­gość trwa­nia ludz­ko­ści, ale rów­nież o liczbę ludzi, któ­rych życia się na nie złożą. Musimy więc zapy­tać: ilu ludzi będzie żyło w każ­dym danym momen­cie przy­szło­ści?

Przy­szłe popu­la­cje mogą być zarówno znacz­nie mniej­sze, jak i znacz­nie więk­sze niż dzi­siej­sza. Gdyby popu­la­cja miała się zmniej­szyć, może to nastą­pić co naj­wy­żej o osiem miliar­dów – tyle, ilu ludzi żyje dzi­siaj. Jej wzrost może być jed­nak znacz­nie więk­szy. Dziś ludzi jest już ponad tysiąc razy wię­cej niż w epoce łow­ców-zbie­ra­czy. Gdyby glo­balna gęstość zalud­nie­nia zwięk­szyła się do poziomu osią­ga­nego w dzi­siej­szej Holan­dii – eks­por­tera netto pło­dów rol­nych – w każ­dym momen­cie histo­rii żyłoby sie­dem­dzie­siąt miliar­dów ludzi31. Może to wyda­wać się nie­do­rzeczne, ale glo­balna popu­la­cja licząca sobie osiem miliar­dów ludzi musiała wyda­wać się nie­do­rzeczna pre­hi­sto­rycz­nym łow­com-zbie­ra­czom albo wcze­snym rol­ni­kom.

Rysu­nek 1.3. Poten­cjalna przy­szłość cywi­li­za­cji, jeśli ludz­kość prze­trwa do czasu, aż Zie­mia prze­sta­nie być moż­liwa do zamiesz­ka­nia z powodu rosną­cej jasno­ści Słońca. Sza­cunki doty­czące dłu­go­ści trwa­nia tego okna cza­so­wego obar­czone są znaczną nie­pew­no­ścią: wahają się od 500 milio­nów do 1,3 miliarda lat

Wiel­kość popu­la­cji może kolejny raz dra­ma­tycz­nie wzro­snąć, jeśli pew­nego dnia ruszymy ku gwiaz­dom. Nasze Słońce wytwa­rza miliardy razy wię­cej świa­tła, niż dociera do Ziemi, w naszej galak­tyce znaj­dują się dzie­siątki miliar­dów innych gwiazd, a w naszym zasięgu pozo­stają miliardy innych galak­tyk32. W odle­głej przy­szło­ści może żyć zatem nie­wy­obra­żal­nie wię­cej ludzi niż dzi­siaj.

Jak wielu? Dokładne sza­cunki nie są ani moż­liwe, ani konieczne. Każde roz­sądne przy­bli­że­nie wska­zuje jed­nak, że liczba ta jest olbrzy­mia.

Żeby to zro­zu­mieć, spójrz­cie na poniż­szy dia­gram. Każdy ludzik repre­zen­tuje dzie­sięć miliar­dów osób. Do tej pory żyło nas mniej wię­cej sto miliar­dów. Dzi­siej­sze poko­le­nie składa się z nie­mal ośmiu miliar­dów ludzi – pozwolę sobie to zaokrą­glić do dzie­się­ciu i przed­sta­wię jako jed­nego ludzika.

A teraz pokażmy przy­szłość. Roz­ważmy tylko sce­na­riusz, w któ­rym liczeb­ność popu­la­cji jest wciąż na obec­nym pozio­mie, a ludzie pozo­stają na Ziemi przez pięć­set milio­nów lat. Oto wszy­scy przy­szli ludzie:

Zwi­zu­ali­zo­wa­nie tego w ten spo­sób pozwala nam przy­naj­mniej zacząć dostrze­gać, o jak wiele ist­nień toczy się gra. Ale w rze­czy­wi­sto­ści nieco przy­cią­łem tę ilu­stra­cję. Pełna wer­sja zaję­łaby dwa­dzie­ścia tysięcy stron – ponad sto razy wię­cej, niż ma ta książka – przy czym na­dal każdy ludzik sym­bo­li­zo­wałby dzie­sięć miliar­dów ist­nień, z któ­rych każde mogłoby być wspa­niałe lub godne poża­ło­wa­nia.

Wcze­śniej suge­ro­wa­łem, że dzi­siej­sza ludz­kość jest jak nie­roz­sądny nasto­la­tek: więk­szość życia wciąż jest przed nami, a decy­zje, które teraz podej­miemy, będą miały kolo­salne zna­cze­nie dla naszej przy­szło­ści. Tak naprawdę jed­nak ta ana­lo­gia nie oddaje w pełni tego, z czym mamy do czy­nie­nia. Nasto­la­tek zdaje sobie sprawę, ile mniej wię­cej będzie jesz­cze żył. Ocze­ki­wana dłu­gość życia ludz­ko­ści nie jest nam jed­nak znana. Jeste­śmy więc bar­dziej nasto­lat­kiem, który wie tylko, że rów­nie dobrze może przy­pad­kiem dopro­wa­dzić do swo­jej śmierci za kilka mie­sięcy, jak i żyć przez tysiąc lat. Gdy­by­ście zna­leźli się w takim poło­że­niu, myśle­li­by­ście poważ­nie o dłu­gim życiu, jakie poten­cjal­nie może­cie mieć przed sobą, czy byście je zigno­ro­wali?

Sam ogrom przy­szło­ści może przy­pra­wiać o zawrót głowy. Zwy­kle myśle­nie „dłu­go­fa­lowe” obej­muje nad­cho­dzące lata, co naj­wy­żej dekady. Nawet jed­nak jeśli przyj­miemy niskie war­to­ści sza­cun­ków doty­czą­cych prze­wi­dy­wa­nego okresu życia ludz­ko­ści, takie podej­ście będzie ozna­czać prze­ko­na­nie, że dłu­go­fa­lowe pla­no­wa­nie powinno doty­czyć jutra, ale już nie tego, co będzie poju­trze.

Choć roz­wa­ża­nia o przy­szło­ści mogą być przy­tła­cza­jące, to jeśli naprawdę zależy nam na przy­szłych poko­le­niach – jeśli wie­rzymy, że to praw­dziwi ludzie, tak jak my zdolni do cier­pie­nia i rado­ści – mamy obo­wią­zek zasta­no­wić się, w jaki spo­sób możemy wpły­nąć na świat, który zamiesz­kają.

Wartość przyszłości

Przy­szłość może być ogromna. Może być rów­nież bar­dzo dobra – albo bar­dzo zła. Aby zro­zu­mieć, jak dobra, przyj­rzyjmy się postę­pom, jakie ludz­kość poczy­niła przez parę ostat­nich stu­leci. Dwie­ście lat temu śred­nia prze­wi­dy­wana dłu­gość życia czło­wieka wyno­siła poni­żej trzy­dzie­stu lat, dziś jest to sie­dem­dzie­siąt trzy lata33. W tam­tych cza­sach ponad 80% ludzi żyło w skraj­nej bie­dzie, dziś to mniej niż 10%34. Obec­nie ponad 85% doro­słych umie czy­tać, dwie­ście lat temu odse­tek ten wyno­sił zale­d­wie około 10%35.

Wspól­nym wysił­kiem jeste­śmy w sta­nie zarówno roz­wi­jać te pozy­tywne ten­den­cje, jak i zmie­niać te nega­tywne, takie jak choćby dra­ma­tyczny wzrost emi­sji dwu­tlenku węgla czy liczba zwie­rząt cier­pią­cych na fer­mach prze­my­sło­wych. Możemy zbu­do­wać świat, w któ­rym wszy­scy będą żyli jak naj­szczę­śliwsi miesz­kańcy naj­za­moż­niej­szych obec­nie kra­jów, świat, w któ­rym nikt nie doświad­cza ubó­stwa, nikomu nie bra­kuje opieki medycz­nej i – na tyle, na ile to moż­liwe – wszy­scy żyją tak, jak chcą.

Ale możemy osią­gnąć jesz­cze wię­cej – znacz­nie wię­cej. Naj­lep­sze, czego doświad­czy­li­śmy do tej pory, jest sła­bym pro­gno­sty­kiem tego, co jest moż­liwe. Wyobraźmy sobie boga­tego Bry­tyj­czyka żyją­cego w 1700 roku – męż­czy­znę, który ma dostęp do naj­lep­szego jedze­nia, opieki medycz­nej i luk­su­sów, jakie były wów­czas osią­galne. Mimo swo­jej uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji z łatwo­ścią może umrzeć na ospę, syfi­lis albo tyfus. Jeśli potrze­buje ope­ra­cji albo boli go ząb, lecze­nie jest bole­sną męczar­nią i nie­sie ze sobą poważne ryzyko infek­cji. Jeśli miesz­kuje w Lon­dy­nie, ozna­cza to, że oddy­cha powie­trzem sie­dem­na­ście razy bar­dziej zanie­czysz­czo­nym niż dzi­siaj36. Podró­żo­wa­nie w gra­ni­cach samej tylko Wiel­kiej Bry­ta­nii zaj­muje mu całe tygo­dnie, a znaczna część reszty pla­nety jest cał­ko­wi­cie poza jego zasię­giem. Gdyby nawet wyobra­ził sobie przy­szłość, w któ­rej więk­szość ludzi jest rów­nie bogata jak on, nie umiałby prze­wi­dzieć wielu rze­czy, które uła­twiają nam życie, takich jak elek­trycz­ność, ane­ste­zjo­lo­gia, anty­bio­tyki czy współ­cze­sne podró­żo­wa­nie.

Życie ludzi zmie­niło się na lep­sze nie tylko za sprawą tech­no­lo­gii; prze­miany w zakre­sie moral­no­ści także miały zna­cze­nie. W 1700 roku kobiety nie mogły stu­dio­wać na wyż­szych uczel­niach, a ruchy femi­ni­styczne nie ist­niały37. Jeśli ten zamożny Bry­tyj­czyk był gejem, nie mógł kochać otwar­cie, sto­sunki homo­sek­su­alne były bowiem karane śmier­cią38. W tam­tych cza­sach znaczna część świa­to­wej popu­la­cji pozo­sta­wała znie­wo­lona, dziś doty­czy to mniej niż jed­nego pro­centa ludz­ko­ści39. W 1700 roku nikt nie żył w demo­kra­cji, dziś ponad połowa świata mieszka w kra­jach demo­kra­tycz­nych40.

Znaczną część postępu, który poczy­ni­li­śmy od 1700 roku, żyją­cym wów­czas ludziom bar­dzo trudno byłoby prze­wi­dzieć. A to jedy­nie trzy­sta lat. Na samej Ziemi ludz­kość może prze­trwać miliony stu­leci. Pro­wa­dząc roz­wa­ża­nia w takiej skali, i jed­no­cze­śnie trzy­ma­jąc się poglą­dów na poten­cjał ludz­ko­ści zako­twi­czo­nych w usta­lo­nej współ­cze­snej wer­sji naszego obec­nego świata, ryzy­ku­jemy dra­ma­tycz­nym nie­do­sza­co­wa­niem tego, jak wspa­niała może być przy­szłość.

Przy­po­mnij­cie sobie naj­lep­sze momenty waszego życia – pełne rado­ści, piękna i ener­gii, takie jak zako­cha­nie się, osią­gnię­cie życio­wego celu albo jakieś kre­atywne olśnie­nie. Takie chwile są dowo­dem na to, co jest moż­liwe: wiemy, że życie może być przy­naj­mniej tak dobre, jak wtedy. Ale z dru­giej strony poka­zują nam kie­ru­nek, w któ­rym możemy podą­żyć – wiodą nas gdzieś, gdzie jesz­cze możemy dotrzeć. Skoro naj­lep­sze dni w moim życiu mogą być setki razy lep­sze niż moja zwy­kle przy­jemna, ale mono­tonna codzien­ność, to być może naj­lep­sze dni ludzi przy­szło­ści mogą być jesz­cze setki razy lep­sze.

Nie twier­dzę, że wspa­niała przy­szłość jest praw­do­po­dobna. Ety­mo­lo­gicz­nie „uto­pia” ozna­cza „nie-miej­sce” – i rze­czy­wi­ście, droga od teraz do jakie­goś ide­al­nego przy­szłego pań­stwa jest bar­dzo kru­cha. Ale cudowna przy­szłość nie jest rów­nież czy­stą fan­ta­zją. Lep­szy świat mógłby być „euto­pią”, „dobrym miej­scem” – czymś, do czego warto dążyć. To przy­szłość, którą – przy odpo­wied­niej cier­pli­wo­ści i roz­trop­no­ści – nasi potom­ko­wie rze­czy­wi­ście mogliby zbu­do­wać, jeśli tylko my wpro­wa­dzimy ich na wła­ściwą ścieżkę.

Przy­szłość może być cudowna, ale może też być potworna. Żeby się o tym prze­ko­nać, wystar­czy wyobra­zić sobie, co by się stało, gdyby nie­które prądy prze­szło­ści zdo­mi­no­wały świat i stały się głów­nymi rzą­dzą­cymi nim siłami. Pomy­śl­cie o Fran­cji i Anglii, które do końca XII wieku prak­tycz­nie pozbyły się nie­wol­nic­twa, a mimo tego w epoce kolo­nial­nej han­dlo­wały nie­wol­ni­kami na masową skalę41. Albo o reżi­mach tota­li­tar­nych w poło­wie XX wieku wyra­sta­ją­cych nawet na demo­kra­tycz­nym pod­łożu. Albo o tym, jak wyko­rzy­sta­li­śmy postęp naukowy, by stwo­rzyć broń jądrową i fermy prze­my­słowe.

Dys­to­pia jest rów­nie moż­liwa, co euto­pia. Możemy żyć w przy­szło­ści, gdzie świa­tem włada jeden glo­balny reżim tota­li­tarny, gdzie nasza dzi­siej­sza jakość życia pozo­staje jedy­nie odle­głym wspo­mnie­niem dawno minio­nego Zło­tego Wieku albo gdzie trze­cia wojna świa­towa dopro­wa­dziła do cał­ko­wi­tej zagłady cywi­li­za­cji. To, czy przy­szłość będzie cudowna, czy kosz­marna, przy­naj­mniej w jakiejś czę­ści zależy od nas.

Nie tylko zmiany klimatu

Nawet jeśli przyj­mie­cie do wia­do­mo­ści, że przy­szłość jest wielka i ważna, wciąż może­cie scep­tycz­nie odno­sić się do naszych moż­li­wo­ści pozy­tyw­nego wpły­nię­cia na nią. Zga­dzam się, że ana­li­zo­wa­nie dłu­go­fa­lo­wych skut­ków naszych dzi­siej­szych dzia­łań jest bar­dzo trudne. Trzeba wziąć pod uwagę wiele czyn­ni­ków, które dopiero zaczy­namy rozu­mieć. Celem, jaki posta­wi­łem sobie przy pisa­niu tej książki, jest jed­nak nie tyle wycią­gnię­cie osta­tecz­nych wnio­sków na temat tego, co powin­ni­śmy zro­bić, ile pobu­dze­nie dal­szych badań w tej dzie­dzi­nie. Przy­szłość jest tak istotna, że musimy przy­naj­mniej spró­bo­wać się zasta­no­wić, jak skie­ro­wać ją na wła­ściwe tory. Poza tym co nieco już wiemy.

Gdy spoj­rzymy w prze­szłość, okaże się, że choć ludzi świa­do­mie sta­wia­ją­cych sobie odle­głe cele nie było zbyt wielu, mimo wszystko jed­nak ist­nieli – i część z nich odnio­sła zaska­ku­jący suk­ces. Poeci two­rzą jedną z takich grup. W Sone­cie 18. („Czy mam przy­rów­nać cię do dnia let­niego”) Sha­ke­spe­are zdaje sobie sprawę, że dzięki swo­jemu kunsz­towi jest w sta­nie na wiecz­ność zacho­wać mło­dego czło­wieka, któ­rego podzi­wia42.

Twe wieczne lato, a twe piękno czy­ste . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Żyj tu, wple­ciony w strofy wie­ku­iste. Póki ma ludz­kość wzrok, a w piersi tchnie­nie, Będzie żył wiersz ten, a w nim twe ist­nie­nie43.

Choć sonet ten został napi­sany w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XVI wieku, tra­dy­cja, do któ­rej nawią­zuje, jest znacz­nie star­sza44. Już w 23 roku p.n.e. rzym­ski poeta Horacy tak roz­po­czy­nał odę koń­czącą zbiór swo­ich pie­śni:45

Sta­wi­łem sobie pomnik trwal­szy niż ze spiży, Od kró­lew­skich pira­mid się­ga­jący wyżej; Ani go deszcz tra­wiący, ani Aqu­ilony Nie pożyją bez­silne, ni lat nie­zli­czony Sze­reg, ni czas lecący w wiecz­no­ści otchła­nie. Nie wszy­stek umrę, wiele ze mnie tu zosta­nie Poza gro­bem. Potomną sławą zawsze młody (…)46

To bar­dzo gór­no­lotne twier­dze­nia, by nie powie­dzieć wię­cej. Mimo tego trzeba przy­znać, że próby osią­gnię­cia nie­śmier­tel­no­ści podej­mo­wane przez tych twór­ców naj­wy­raź­niej się powio­dły. Pamięć o nich prze­trwała setki lat – w isto­cie z upły­wem lat coraz bar­dziej roz­kwi­tają: dziś Sha­ke­spe­are ma wię­cej czy­tel­ni­ków niż w swo­ich cza­sach; to samo praw­do­po­dob­nie tyczy się Hora­cego. Póki w przy­szłych poko­le­niach naro­dzą się ludzie gotowi ponieść nie­wielki koszt zwią­zany z zacho­wa­niem i powie­le­niem tych wier­szy w jakiejś for­mie, dzieła ich twór­ców będą trwać wiecz­nie.

Inni pisa­rze także z powo­dze­niem odci­snęli swoje piętno na bar­dzo odle­głej przy­szło­ści. Tuki­dy­des napi­sał swoją Wojnę pelo­po­ne­ską w pią­tym stu­le­ciu przed naszą erą47. Wielu uważa go za pierw­szego histo­ryka w dzie­jach Zachodu, który pró­bo­wał wier­nie oddać prze­bieg wyda­rzeń i prze­ana­li­zo­wać ich przy­czyny48. Miał poczu­cie, że opi­suje prawdy ogólne – celowo przed­sta­wiał fakty tak, by mogły słu­żyć przy­szłym poko­le­niom:

Jeśli cho­dzi o słu­cha­czy, to dzieło moje, pozba­wione baśni, wyda im się może mniej inte­re­su­jące, lecz wystar­czy mi, jeśli uznają je za poży­teczne ci, któ­rzy będą chcieli poznać dokład­nie prze­szłość i wyro­bić sobie sąd o takich samych lub podob­nych wyda­rze­niach, jakie zgod­nie ze zwy­kłą koleją spraw ludz­kich mogą zajść w przy­szło­ści. Dzieło moje jest bowiem dorob­kiem o nie­prze­mi­ja­ją­cej war­to­ści, a nie utwo­rem dla chwi­lo­wego popisu49.

Dzieło Tuki­dy­desa po dziś dzień nie stra­ciło na swoim ogrom­nym zna­cze­niu: jest obo­wiąz­kową lek­turą w aka­de­miach woj­sko­wych West Point i Anna­po­lis oraz w US Naval War Col­lege50. Pod­ty­tuł wyda­nej w 2017 roku i sze­roko komen­to­wa­nej książki poli­to­loga Gra­hama Alli­sona Desti­ned for War brzmiał: Czy Ame­ryka i Chiny są w sta­nie uciec przed pułapką Tuki­dy­desa?. Alli­son bie­rze obser­wa­cje Tuki­dy­desa na temat rela­cji mię­dzy sta­ro­żyt­nymi Ate­nami i Spartą za wzór dla swo­jej ana­lizy współ­cze­snych sto­sun­ków mię­dzy USA a Chi­nami. O ile mi wia­domo, Tuki­dy­des jest pierw­szą osobą w spi­sa­nych dzie­jach, która świa­do­mie i z powo­dze­niem dążyła do wywar­cia dłu­go­fa­lo­wego wpływu na przy­szłe poko­le­nia.

Przy­kła­dem bliż­szym nam histo­rycz­nie są ojco­wie zało­ży­ciele Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Kon­sty­tu­cja Sta­nów Zjed­no­czo­nych liczy sobie nie­mal dwie­ście pięć­dzie­siąt lat i przez więk­szość tego czasu pozo­sta­wała nie­zmienna. Jej uchwa­le­nie miało kolo­salne dłu­go­fa­lowe zna­cze­nie i wielu spo­śród ojców zało­ży­cieli było tego w pełni świa­do­mych. John Adams, drugi pre­zy­dent USA, sko­men­to­wał to nastę­pu­jąco: „Insty­tu­cje, które teraz powstają w Ame­ryce, jesz­cze przez tysiące lat nie znikną cał­ko­wi­cie. Jest zatem sprawą naj­wyż­szej wagi, by roz­po­częły swe dzia­ła­nie wła­ści­wie. Jeśli teraz obiorą zły kie­ru­nek, nie będą w sta­nie wró­cić – chyba że przez przy­pa­dek – na wła­ściwe tory”51.

Ben­ja­min Fran­klin zyskał sobie opi­nię czło­wieka tak prze­ko­na­nego o dobrej kon­dy­cji i dłu­go­wiecz­no­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych, że w 1784 roku pewien fran­cu­ski mate­ma­tyk uczy­nił z tego przed­miot przy­ja­ciel­skiej satyry: zasu­ge­ro­wał Fran­klinowi, że jeśli ten rze­czy­wi­ście do tego stop­nia szcze­rze wie­rzy w powo­dze­nie kraju, powi­nien zain­we­sto­wać pie­nią­dze tak, by dzięki korzy­ściom z pro­centu skła­da­nego można było nimi opła­cić przy­szłe pro­jekty spo­łeczne52. Fran­klin uznał, że to świetny pomysł, i w 1790 roku zain­we­sto­wał po tysiąc fun­tów (około stu trzy­dzie­stu pię­ciu tysięcy dzi­siej­szych dola­rów) na rzecz Bostonu i Fila­del­fii – trzy czwarte fun­du­szy miało zostać wypła­cone po stu latach, pozo­stała zaś część po dwu­stu. Do 1990 roku, gdy pie­nią­dze te zostały osta­tecz­nie roz­dy­spo­no­wane, jego daro­wi­zna uro­sła do nie­mal pię­ciu milio­nów dola­rów dla Bostonu i dwóch milio­nów trzy­stu tysięcy dola­rów dla Fila­del­fii53.

Wpływ na ojców zało­ży­cieli miały idee zro­dzone nie­mal dwa tysiące lat przed ich naro­dze­niem. Ich poglądy na temat podziału wła­dzy nawią­zy­wały do pism Locke’a i Mon­te­skiu­sza, któ­rzy z kolei czer­pali z pocho­dzą­cej z dru­giego stu­le­cia przed naszą erą ana­lizy rzym­skich rzą­dów pióra Poli­biu­sza54. Wiemy także, że kilku ojców zało­ży­cieli znało prace Poli­biu­sza55.

Aby odci­snąć prze­wi­dy­walny ślad na dłu­go­fa­lo­wej przy­szło­ści, nie musimy być dziś rów­nie wpły­wowi jak Tuki­dy­des czy Fran­klin. W rze­czy­wi­sto­ści robimy to cały czas. Jeź­dzimy samo­cho­dami i latamy samo­lo­tami, emi­tu­jąc w ten spo­sób gazy cie­plar­niane o sza­le­nie dłu­go­trwa­łych skut­kach: potrzeba setek tysięcy lat, by w wyniku pro­ce­sów natu­ral­nych stę­że­nie dwu­tlenku węgla wró­ciło do poziomu z epoki pre­in­du­strial­nej56. O tego rodzaju skali cza­so­wej mówi się zwy­kle w przy­padku odpa­dów radio­ak­tyw­nych57. W prze­ci­wień­stwie jed­nak do odpa­dów z elek­trowni jądro­wych, które sta­ran­nie prze­cho­wu­jemy i pla­nowo zako­pu­jemy, pro­dukty uboczne pro­duk­cji ener­gii z paliw kopal­nych po pro­stu wypusz­czamy w atmos­ferę58.

W nie­któ­rych przy­pad­kach geo­fi­zyczny wpływ tego ocie­ple­nia z cza­sem raczej nara­sta niż „się wypłu­kuje”59. Mię­dzy­rzą­dowy Zespół ds. Zmian Kli­matu (ang. Inter­go­vern­men­tal Panel on Cli­mate Change, IPCC) prze­wi­duje, że w sce­na­riu­szu śred­nich i niskich emi­sji, który dziś powszech­nie uznaje się za naj­bar­dziej praw­do­po­dobny, do końca stu­le­cia poziom morza pod­nie­sie się o sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów60 i będzie się pod­no­sił jesz­cze długo po 2100 roku. Po dzie­się­ciu tysią­cach lat poziom morza będzie o dzie­sięć do dwu­dzie­stu metrów wyż­szy niż dziś61. Hanoi, Szan­ghaj, Kal­kuta, Tokio i Nowy Jork naj­praw­do­po­dob­niej znajdą się pod wodą62.

Zmiany kli­matu poka­zują dłu­go­fa­lowe kon­se­kwen­cje dzi­siej­szych dzia­łań. Zara­zem udo­wad­niają jed­nak, że czyny zorien­to­wane na daleką przy­szłość nie muszą ozna­czać igno­ro­wa­nia potrzeb tych, któ­rzy żyją obec­nie. Możemy zadbać o przy­szłość, dosko­na­ląc teraź­niej­szość.

Przej­ście na czy­stą ener­gię będzie miało ogromny pozy­tywny wpływ na nasze dzi­siej­sze zdro­wie. Spa­la­nie paliw kopal­nych powo­duje zanie­czysz­cza­nie powie­trza małymi czą­stecz­kami, które wywo­łują raka płuc, cho­roby serca i infek­cje dróg odde­cho­wych63, dopro­wa­dza­jąc każ­dego roku do przed­wcze­snej śmierci około trzech milio­nów sze­ściu­set tysięcy osób64. Nawet w Unii Euro­pej­skiej, która na tle świata jest sto­sun­kowo mało zanie­czysz­czona, zanie­czysz­cze­nie powie­trza zwią­zane ze spa­la­niem paliw kopal­nych kosz­tuje każ­dego oby­wa­tela śred­nio rok życia65.

Dekar­bo­ni­za­cja – pro­ces zastę­po­wa­nia paliw kopal­nych czyst­szymi źró­dłami ener­gii – nie­za­leż­nie od dłu­go­trwa­łego pozy­tyw­nego wpływu na kli­mat przy­nosi zatem znaczne i natych­mia­stowe korzy­ści dla zdro­wia. Gdy weź­miemy pod uwagę zanie­czysz­cze­nie powie­trza, szybka dekar­bo­ni­za­cja świa­to­wej eko­no­mii okaże się uza­sad­niona już choćby z samych wzglę­dów zdro­wot­nych66.

Rysu­nek 1.4. Liczba zgo­nów na tera­wa­to­go­dzinę wypro­du­ko­wa­nej ener­gii pocho­dzą­cej z róż­nych źró­deł; wykres obej­muje zarówno zgony spo­wo­do­wane wypad­kami, jak i zanie­czysz­cze­niem powie­trza, ale nie te zwią­zane ze zmia­nami kli­matu. War­to­ści doty­czące ener­gii jądro­wej obej­mują ofiary wypad­ków w Czar­no­bylu i Fuku­shi­mie; przed­sta­wiony zakres wynika z róż­nych sza­cun­ków doty­czą­cych dłu­go­fa­lo­wych efek­tów eks­po­zy­cji na niskie pro­mie­nio­wa­nie – wię­cej szcze­gó­łów na wha­twe­owe­the­fu­ture.com/notes. Sza­cunki doty­czące innych źró­deł ener­gii opie­rają się na danych z Europy

Dekar­bo­ni­za­cja jest zatem opła­calna zarówno w dłu­giej, jak i w krót­kiej per­spek­ty­wie. Tak naprawdę zaś pro­mo­wa­nie inno­wa­cji w pozy­ski­wa­niu czy­stej ener­gii – sło­necz­nej, wia­tro­wej, jądro­wej nowej gene­ra­cji czy z paliw alter­na­tyw­nych – daje nam prze­wagę także na innych fron­tach. Obni­ża­jąc koszty ener­gii, inno­wa­cje takie pod­no­szą stan­dardy życia w bied­niej­szych kra­jach. Jed­no­cze­śnie przez zacho­wa­nie paliw kopal­nych w ziemi zabez­pie­czają nas przed ryzy­kiem nie­od­wra­cal­nej zapa­ści (będę o tym mówił w roz­dziale szó­stym), a sta­no­wiąc bodziec do roz­woju tech­no­lo­gicz­nego, zmniej­szają nie­bez­pie­czeń­stwo dłu­go­fa­lo­wej sta­gna­cji (powiem o tym w roz­dziale siód­mym). Korzy­ści z każ­dej strony.

Dekar­bo­ni­za­cja to test dla long­ter­mi­zmu. Inno­wa­cje doty­czące czy­stej ener­gii są tak jed­no­znacz­nie dobre i jed­no­cze­śnie pozo­sta­wiają tak wiel­kie pole do udo­sko­na­leń, że uwa­żam je za punkt odnie­sie­nia, z któ­rym można porów­ny­wać wszelką inną dzia­łal­ność long­ter­mi­styczną. To wysoko zawie­szona poprzeczka.

Nie jest to jed­nak jedyna metoda wywie­ra­nia dłu­go­fa­lo­wego wpływu. Pozo­stała część tej książki jest próbą sys­te­ma­tycz­nego wyło­że­nia spo­so­bów, w jakie możemy pozy­tyw­nie oddzia­ły­wać na odle­głą przy­szłość – prze­miany moralne, roz­tropne zarzą­dza­nie roz­wo­jem sztucz­nej inte­li­gen­cji, zapo­bie­ga­nie pro­jek­to­wa­nym epi­de­miom oraz odsu­wa­nie w cza­sie tech­no­lo­gicz­nej sta­gna­cji są przy­naj­mniej tak samo istotne, a czę­sto zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zanie­dby­wane.

Nasz moment w dziejach

Pogląd, że mamy wpływ na odle­głą przy­szłość i że stawka może być aż tak wysoka, może wyda­wać się zbyt sza­lony, by był praw­dziwy. Począt­kowo tak wła­śnie sądzi­łem67.

Uwa­żam jed­nak, że sza­leń­stwo long­ter­mi­zmu wywo­dzi się nie tyle z leżą­cych u jego pod­staw prze­sła­nek moral­nych, ile z wyjąt­ko­wo­ści cza­sów, w jakich żyjemy68.

Dane nam jest żyć w cza­sach, w któ­rych jeste­śmy świad­kami nie­by­wa­łej liczby zmian. Aby się o tym prze­ko­nać, zasta­nówmy się nad tem­pem glo­bal­nego wzro­stu gospo­dar­czego, które w ostat­nich deka­dach wynio­sło śred­nio 3% w skali roku69. Z histo­rycz­nego punktu widze­nia to sytu­acja bez pre­ce­densu. Przez pierw­sze dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt tysięcy lat ist­nie­nia ludz­ko­ści wskaź­nik ten oscy­lo­wał wokół zera; w epoce agrar­nej wzrósł do około 0,1% i przy­spie­szył po rewo­lu­cji prze­my­sło­wej. Dopiero w ostat­nim stu­le­ciu gospo­darka świa­towa rosła w tem­pie ponad 2% rocz­nie. Ujmę to ina­czej: począw­szy od 10 000 roku p.n.e. potrzeba było wielu setek lat, by podwoić wiel­kość świa­to­wej gospo­darki – ostat­nie podwo­je­nie zaś zajęło ich zale­d­wie dzie­więt­na­ście70. Nie tylko zresztą wskaź­niki wzro­stu eko­no­micz­nego są histo­rycz­nie nie­zwy­kłe – to samo doty­czy zuży­cia ener­gii, emi­sji dwu­tlenku węgla, zmian w spo­so­bie użyt­ko­wa­nia grun­tów, postępu nauko­wego i praw­do­po­dob­nie rów­nież prze­mian moral­nych71.

Rysu­nek 1.5. Świa­towa pro­duk­cja gospo­dar­cza od 1 roku n.e.

Wiemy już, że w porów­na­niu z prze­szło­ścią epoka współ­cze­sna jest abso­lut­nie nie­zwy­kła. Jest rów­nież jed­nak nie­zwy­kła w porów­na­niu z przy­szło­ścią. Tak wyso­kie wskaź­niki wzro­stu nie mogą trwać wiecz­nie, nawet jeśli uda nam się cał­ko­wi­cie oddzie­lić wzrost od emi­sji dwu­tlenku węgla i nawet jeśli wyru­szymy do gwiazd. By się o tym prze­ko­nać, wyobraźmy sobie, że przy­szły wzrost gospo­dar­czy nieco zwolni – do około 2% rocz­nie72. W takim przy­padku za dzie­sięć tysięcy lat gospo­darka świa­towa byłaby 1086 razy więk­sza niż dzi­siaj – pro­du­ko­wa­li­by­śmy sto bilio­nów bilio­nów bilio­nów bilio­nów bilio­nów bilio­nów bilio­nów razy wię­cej niż obec­nie. W odle­gło­ści dzie­się­ciu tysięcy lat świetl­nych od Ziemi jest jed­nak mniej niż 1067 ato­mów73. Gdyby więc obecne tempo wzro­stu utrzy­mało się choćby przez dzie­sięć tysiąc­leci, nasza zdol­ność pro­duk­cyjna w porów­na­niu z dzi­siej­szą musia­łaby wzro­snąć dzie­sięć milio­nów bilio­nów razy w zasa­dzie na każdy atom w naszym zasięgu. To po pro­stu wydaje się nie­moż­liwe, choć oczy­wi­ście nie możemy tego wyklu­czyć74.

Ludz­kość może prze­trwać przez następne miliony, może nawet miliardy. Ale tempo zmian współ­cze­snego świata nie utrzyma się dłu­żej niż tysiące lat. Ozna­cza to, że żyjemy w wyjąt­ko­wym roz­dziale histo­rii ludz­ko­ści. W porów­na­niu z prze­szło­ścią i przy­szło­ścią w każ­dej deka­dzie naszego życia doświad­czamy w naj­wyż­szym stop­niu nie­zwy­kłej liczby gospo­dar­czych i tech­no­lo­gicz­nych prze­mian. Nie­które z tych zmian – jak choćby wyna­le­zie­nie spo­so­bów zasi­la­nia pali­wami kopal­nymi, broni jądro­wej, mody­fi­ko­wa­nych pato­ge­nów czy zaawan­so­wa­nej sztucz­nej inte­li­gen­cji – mogą mieć wpływ na cały dal­szy bieg dzie­jów.

Nie tylko tempo zmian jest nie­by­wałe. Utrzy­mu­jemy ze sobą także wyjąt­kowy kon­takt75. Przez ponad pięć­dzie­siąt tysięcy lat byli­śmy podzie­leni na wiele róż­nych grup; naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie było spo­sobu, by ludzie zamiesz­ku­jący Afrykę, Europę, Azję i Austra­lię komu­ni­ko­wali się ze sobą76. Mię­dzy 100 rokiem p.n.e. a 150 rokiem n.e. Cesar­stwo Rzym­skie i dyna­stia Han miały pod swoim pano­wa­niem po około 30% świa­to­wej popu­la­cji każde, a mimo to nie­mal nic o sobie wza­jem­nie nie wie­działy77. Nawet w gra­ni­cach jed­nego impe­rium jego oby­wa­tele mieli bar­dzo ogra­ni­czone moż­li­wo­ści poro­zu­mie­wa­nia się z kimś miesz­ka­ją­cym bar­dzo daleko.

W przy­szło­ści, jeśli zasie­dlimy gwiazdy, nastąpi podobne odse­pa­ro­wa­nie. Galak­tyka przy­po­mina archi­pe­lag, skła­da­jący się z maleń­kich punk­ci­ków cie­pła roz­sia­nych po olbrzy­mich prze­strze­niach pustki. Gdyby Droga Mleczna była wiel­ko­ści Ziemi, nasz sys­tem sło­neczny miałby śred­nicę dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, a od sąsia­dów dzie­li­łyby go setki metrów. Naj­szyb­sza moż­liwa komu­ni­ka­cja mię­dzy dwoma skraj­nymi punk­tami galak­tyki zaję­łaby sto tysięcy lat – by poroz­ma­wiać z naszym naj­bliż­szym sąsia­dem, potrze­bo­wa­li­by­śmy nie­mal dzie­wię­ciu78.

W isto­cie, jeśli ludz­kość wystar­cza­jąco się roz­prze­strzeni i prze­trwa odpo­wied­nio długo, w końcu jaka­kol­wiek łącz­ność mię­dzy jed­nym odła­mem cywi­li­za­cji a dru­gim sta­nie się nie­moż­liwa. Wszech­świat składa się z milio­nów grup galak­tyk79 – naszą wła­sną nazy­wamy po pro­stu Grupą Lokalną. Galak­tyki zali­czane do danej grupy znaj­dują się wystar­cza­jąco bli­sko sie­bie, by siła gra­wi­ta­cji wią­zała je ze sobą na wiecz­ność80. Jed­nakże ponie­waż wszech­świat się roz­sze­rza, osta­tecz­nie grupy zostaną od sie­bie ode­rwane: za sto pięć­dzie­siąt miliar­dów lat nawet świa­tło nie będzie w sta­nie mię­dzy nimi podró­żo­wać81.

To, że nasz moment w dzie­jach jest tak nie­zwy­kły, daje nam ogromne moż­li­wo­ści, by coś zmie­nić. Bar­dzo nie­wielu ludzi, któ­rzy kie­dy­kol­wiek żyli lub będą żyć na Ziemi, miało lub będzie mieć rów­nie wielką szansę, by pozy­tyw­nie wpły­nąć na przy­szłość. Tak szyb­kie prze­miany tech­no­lo­giczne, spo­łeczne i śro­do­wi­skowe dają nam wię­cej spo­sob­no­ści oddzia­ły­wa­nia na to, jak i kiedy doj­dzie do naj­istot­niej­szych z nich: doty­czy to mię­dzy innymi moż­li­wo­ści kie­ro­wa­nia postę­pem tech­no­lo­gicz­nym, który mógłby utrwa­lić nie­wła­ściwe war­to­ści lub zagro­zić naszemu prze­trwa­niu. Obecne zjed­no­cze­nie cywi­li­za­cji ozna­cza, że nie­wiel­kie grupy są w sta­nie oddzia­ły­wać na całość. Nowe idee nie ogra­ni­czają się do jed­nego kon­ty­nentu – mogą roz­prze­strze­nić się po całym świe­cie w ciągu kilku minut, a nie stu­leci.

W dodatku z faktu, że wszyst­kie te zmiany zaszły tak nie­dawno, wynika także, że znaj­du­jemy się w sta­nie nie­rów­no­wagi: spo­łe­czeń­stwo nie przy­brało jesz­cze sta­bil­nej formy i wciąż mamy szansę wpły­nąć na to, w jakim kształ­cie osta­tecz­nie zasty­gnie. Wyobraź­cie sobie gigan­tyczną kulę toczącą się szybko po wybo­istym tere­nie. Po jakimś cza­sie wytraci ona pęd i zwolni, osia­da­jąc na dnie jakiejś dolinki czy roz­pa­dliny. Cywi­li­za­cja przy­po­mina taką kulę: póki jesz­cze jest w ruchu, nawet nie­wiel­kie popchnię­cie może wpły­nąć na to, w jakim kie­runku się poturla i gdzie koniec koń­ców się zatrzyma.

Rozdział 2. Możecie kształtować bieg historii

ROZ­DZIAŁ 2

Może­cie kształ­to­wać bieg histo­rii

Wpływ prehistorii na dzień dzisiejszy

Ludzie od dzie­sią­tek tysięcy lat doko­nują wybo­rów mają­cych dłu­go­fa­lowe skutki. Zasta­nów­cie się: dla­czego Afryka jest domem dla znacz­nie więk­szej liczby gatun­ków mega­fauny – wiel­kich zwie­rząt takich jak żyrafy czy sło­nie – niż reszta świata?82 Być może myśli­cie – tak jak ja, zanim zaczą­łem zgłę­biać ten temat – że to musi mieć jakiś zwią­zek ze spe­cy­fiką tam­tej­szego śro­do­wi­ska natu­ral­nego. Ale to nie­prawda. Pięć­dzie­siąt tysięcy lat temu przed­sta­wi­ciele bar­dzo róż­no­rod­nej mega­fauny prze­mie­rzali całą pla­netę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Ope­nAI 2022. [wróć]

2. Hu 2023. [wróć]

3. Roser 2023. [wróć]

4. Dane z Stoc­kholm Inter­na­tio­nal Peace Rese­arch Insti­tute. [wróć]

5. Pry­watna roz­mowa z Clean Air Task Force (CATF); zob. rów­nież bada­nia Foun­ders Pledge na temat wpływu CATF (Hal­stead 2020). [wróć]

6. Rud­ner, Toner 2021. [wróć]

7. Welch i in. 2018. [wróć]

8. Ten eks­pe­ry­ment myślowy pocho­dzi z “Te Fun­nel of Human Expe­rience” (lej ludz­kiego doświad­cze­nia) Geo­r­gii Ray (Ray 2018). Wielu komen­ta­to­rów zwra­cało mi także uwagę na oparte na tych samych prze­słan­kach opo­wia­da­nie The Egg Andy’ego Weira (2009). [wróć]

9. Idea „pierw­szego czło­wieka” to oczy­wi­ście rodzaj licen­tia poetica: nie ist­nieje żadna sztywna gra­nica oddzie­la­jąca Homo sapiens od naszych przod­ków. Co wię­cej, nie jest do końca jasne nawet to, czy „my” powinno obej­mo­wać wyłącz­nie Homo sapiens: wcze­śni ludzie mie­szali się z nean­der­tal­czy­kami i deni­so­wia­nami (L. Chen i in. 2020). Kwe­stie te jed­nak nie wpły­nę­łyby na wyniki tego eks­pe­ry­mentu. Choć cza­sem mówi się, że spe­cja­cja Homo sapiens miała miej­sce dwie­ście tysięcy lat temu, to według obec­nego kon­sen­susu nauko­wego doszło to tego przed trzy­stu tysią­cami lat (Gal­way-Witham, Strin­ger 2018; Hublin i in. 2017; Schle­busch i in. 2017; pry­watna roz­mowa z Mar­lize Lom­bard, Chri­sem Strin­gerem i Mat­tia­sem Jakobs­so­nem, 26.04.2021). [wróć]

10. Naj­do­kład­niej­sze osza­co­wa­nia mówią o stu sie­dem­na­stu miliar­dach (Kaneda, Haub 2021). [wróć]

11. Te i podobne twier­dze­nia bazują na połą­cze­niu sza­cun­ków doty­czą­cych liczeb­no­ści całej ludz­kiej popu­la­cji (Kaneda, Haub 2021) oraz tych odno­szą­cych się do dłu­go­ści życia w róż­nych okre­sach (Finch 2010; Galor, Moav 2005; H. Kaplan i in. 2000; Riley 2005; UN 2019c; WHO 2019, 2020). Należy trak­to­wać je w przy­bli­że­niu. [wróć]

12. Liczby te, oparte na moich pobież­nych kal­ku­la­cjach, peł­nią funk­cje czy­sto ilu­stra­cyjne. Praw­dziwe dane – gdy­by­śmy nimi dys­po­no­wali – praw­do­po­dob­nie nieco by się od nich róż­niły. Wię­cej na wha­twe­owe­the­fu­ture.com/notes. [wróć]

13. Nie­wol­nic­two nie wystę­puje wśród dzi­siej­szych spo­łecz­no­ści, które w lite­ra­tu­rze (błęd­nie) okre­śla się mia­nem „pro­stych” – wysoce ega­li­tar­nych wspól­not łowiecko-zbie­rac­kich, które przy­pusz­czal­nie naj­bar­dziej przy­po­mi­nają spo­łe­czeń­stwa przed­rol­ni­cze (Kelly 2013, roz­dział 9). Praw­do­po­dob­nie roz­prze­strze­niło się ono dopiero po poja­wie­niu się osia­dłych spo­łecz­no­ści powsta­łych w wyniku rewo­lu­cji agrar­nej. Począw­szy od tego momentu, wszyst­kie sza­cunki doty­czące wiel­ko­ści znie­wo­lo­nego odsetka popu­la­cji z koniecz­no­ści w pew­nej mie­rze oparte są na domy­słach. Dowody, któ­rymi dys­po­nu­jemy, wska­zują jed­nak, że w wielu spo­łecz­no­ściach rol­ni­czych nie­wol­nicy sta­no­wili mię­dzy 10% a 20% popu­la­cji. Przy­kła­dowo w II wieku w Korei odse­tek ten się­gał nawet jed­nej trze­ciej popu­la­cji, w nie­któ­rych rejo­nach Taj­lan­dii i Birmy od XVII do XIX wieku i na prze­ło­mie XIX i XX wieku – mię­dzy jedną czwartą a jedną trze­cią. W cza­sach Cesar­stwa Rzym­skiego mię­dzy 25% a 40% cał­ko­wi­tej popu­la­cji Wiecz­nego Mia­sta wio­dło swoje życie w nie­woli, podob­nie jak około jed­nej trze­ciej popu­la­cji sta­ro­żyt­nych Aten. W 1790 roku nie­wol­nicy sta­no­wili około 18% popu­la­cji Ame­ryki (Bra­dley 2011; Camp­bell 2004, s. 163; Camp­bell 2010; D. B. Davis 2006, s. 44; Hal­let 2007; Hunt 2010; Joly 2007; Pat­ter­son 1982, doda­tek C; J. P. Rodri­guez 1999, s. 16–17; Stec­kel 2012). Nie­wol­nic­two zostało znie­sione na świe­cie w XIX i XX wieku. Próba osza­co­wa­nia odsetka popu­la­cji, który posia­dał nie­wol­ni­ków, w podob­nej mie­rze opiera się na domnie­ma­niach, ale roz­sądne wydaje się zało­że­nie, że był on pro­por­cjo­nalny do odsetka znie­wo­lo­nych. Jeśli nie­wol­nicy sta­no­wili jedną czwartą danej popu­la­cji, można z dużą dozą pew­no­ści domnie­my­wać, że ich posia­da­czami była naj­bo­gat­sza jedna czwarta spo­łe­czeń­stwa. Przy­kła­dowo, w latach trzy­dzie­stych XIX wieku na ame­ry­kań­skim Połu­dniu było około dwóch milio­nów znie­wo­lo­nych i – według jed­nego z badań – dwie­ście dwa­dzie­ścia cztery tysiące wła­ści­cieli nie­wol­ni­ków. Dane te opie­rają się jed­nak na zało­że­niu, że tylko jedna osoba w bada­nym gospo­dar­stwie domo­wym powinna być uwa­żana za posia­da­cza nie­wol­ni­ków, pod­czas gdy zapewne powin­ni­śmy wli­czać w to wszyst­kich miesz­kań­ców. Gdyby wziąć pod uwagę, że w skład takiego gospo­dar­stwa przy­pusz­czal­nie wcho­dziło ponad pięć osób, na jed­nego wła­ści­ciela przy­pa­da­łoby około dwóch nie­wol­ni­ków (R. Fry 2019; Light­ner, Ragan 2005; O’Neill 2021b). Na ame­ry­kań­skim Połu­dniu sto­su­nek liczby wła­ści­cieli do liczby nie­wol­ni­ków był przy tym praw­do­po­dob­nie wysoki z histo­rycz­nego punktu widze­nia. [wróć]

14. Zob. wha­twe­owe­the­fu­ture.com/notes. [wróć]

15. W tej wer­sji tego eks­pe­ry­mentu myślo­wego żyli­by­ście do końca życia wszyst­kich obec­nie żyją­cych ludzi, ale nie dłu­żej. Biorę tu przy tym pod uwagę obecną więk­szą spo­dzie­waną dłu­gość życia – gdy­by­śmy patrzyli jedy­nie na liczbę ludzi, nie przej­mu­jąc się tym, jak długo żyją, żyjące dziś osoby sta­no­wi­łyby około 7% tych, któ­rzy żyli przed nimi (Kaneda, Haub 2021). Gdy­by­śmy z kolei liczyli tylko do dnia dzi­siej­szego – zamiast do końca ich spo­dzie­wa­nego życia – liczba ta byłaby bliż­sza 6%, ponie­waż wielu żyją­cych ludzi ma jesz­cze sporo lat przed sobą. [wróć]

16. Zob. wha­twe­owe­the­fu­ture.com/notes. [wróć]

17. Gdy­by­śmy zdo­łali utrzy­mać liczeb­ność popu­la­cji na obec­nym pozio­mie do końca okresu zamiesz­ki­wal­no­ści Ziemi, „sekundy” byłyby odpo­wied­nią miarą czasu. Jeśli zaś zasie­dlimy inne układy sło­neczne lub w inny spo­sób ogrom­nie zwięk­szymy liczeb­ność popu­la­cji albo dłu­gość ist­nie­nia cywi­li­za­cji, będziemy mówić raczej o maleń­kich ułam­kach sekund. Nie jest wyklu­czone, że doświad­cze­nie wszyst­kich zmar­łych i obec­nie żyją­cych ludzi mogłoby odpo­wia­dać odcin­kowi czasu krót­szemu nawet niż naj­krót­szy kie­dy­kol­wiek zmie­rzony – 2,47 zepto­se­kundy, czyli 2,47 × 10-19 sekundy (Grund­mann i in. 2020), o wiele rzę­dów wiel­ko­ści mniej­szemu niż czas zaj­ścia w waszych oczach reak­cji che­micz­nej na świa­tło ini­cju­ją­cej prze­sła­nie sygnału szla­kiem neu­ro­nal­nym (Weiner 2009). Byłoby tak na przy­kład wów­czas, gdyby przez setki bilio­nów lat (aż do końca epoki powsta­wa­nia gwiazd) każda ze stu miliar­dów gwiazd (dolna gra­nica typo­wych osza­co­wań liczby gwiazd w naszej galak­tyce) dostar­czała ener­gii dzie­się­ciu miliar­dom ludzi (w przy­bli­że­niu obecna liczba ludzi na świe­cie). [wróć]

18. Zob. https://www.givin­gwha­twe­can.org/. [wróć]

19. To zmo­dy­fi­ko­wany przy­kład z Reasons and Per­sons (Par­fit 1984, s. 315) (źró­dło w języku pol­skim: Par­fit Derek, Racje i osoby, tł. K. Kuma­niecki, Wydaw­nic­two Naukowe PWN, War­szawa 2013) [wróć]

20. Choć czę­sto podaje się, że to sta­ro­żytne przy­sło­wie chiń­skie lub grec­kie, jego praw­dziwe pocho­dze­nie jest nie­znane. [wróć]

21.Con­sti­tu­tion of the Iro­qu­ois Nations 1910. [wróć]

22. Lyons 1980, s. 173. [wróć]

23. Mimo wszystko warto zauwa­żyć, że tro­ska o przy­szłe poko­le­nia może być rów­nież moty­wo­wana pew­nego rodzaju wza­jem­no­ścią. Choć dzia­łal­ność ludzi przy­szło­ści nie przy­nosi nam zysków, czer­piemy ogromne korzy­ści z czy­nów naszych przod­ków: jemy owoce roślin, które upra­wiali przez tysiąc­le­cia, pole­gamy na wie­dzy medycz­nej, którą roz­wi­jali przez setki lat, żyjemy w sys­te­mach praw­nych ukształ­to­wa­nych przez nie­zli­czone reformy, o które wal­czyli. Być może zatem mamy powody, by „spła­cać nasz dług z góry” i przy­słu­żyć się z kolei następ­nym poko­le­niom. [wróć]

24. W słyn­nym soli­lo­kwium Ham­leta „nie­od­kryta kra­ina” (ang. undi­sco­ve­red coun­try) odnosi się do życia po śmierci: „Obawa tego obcego nam kraju, / Skąd nikt nie wraca, nie wątliła woli / I nie kazała nam pędzić dni raczej / W złu już wia­do­mym niż ucho­dząc przed nim, / Popa­dać w inne, któ­rego nie znamy” (W. Sha­ke­spe­are, Ham­let, przeł. Józef Pasz­kow­ski, PIW, War­szawa 1976). Dosto­so­wu­jąc (i natu­ra­li­zu­jąc) tę meta­forę, tak by odno­siła się do przy­szło­ści, idę w ślady klin­goń­skiego kanc­le­rza Gor­kona ze Star Trek VI: The Undi­sco­ve­red Coun­try (pol. Star Trek VI: Wojna o pokój). [wróć]

25. Powszech­nie przy­jęte sza­cunki mówią o okre­sie od 2,5 (Strait 2013, s. 42) do 2,8 miliona lat (DiMag­gio i in. 2015). [wróć]

26. Özkan i in. 2002, s. 1797; Vigne 2011. Wię­cej infor­ma­cji o pierw­szych mia­stach online. [wróć]

27. Bar­no­sky i in. 2011, s. 3; Law­ton, May 1995, s. 5; Ord 2020, s. 83–85; Proença, Pere­ira 2013, s. 168. [wróć]

28. Nie twier­dzę tu by­naj­mniej, że żadne zwie­rzę poza ludźmi nie jest zdolne do abs­trak­cyj­nego rozu­mo­wa­nia, dłu­go­ter­mi­no­wego pla­no­wa­nia czy uży­wa­nia narzę­dzi. Ist­nieje wiele dowo­dów na to, że nie­które gatunki naj­wy­raź­niej są w sta­nie pla­no­wać na godziny czy nawet dni do przodu (na przy­kład: Clay­ton i in. 2003; W. A. Roberts 2012), dobrze udo­ku­men­to­wane jest także wytwa­rza­nie i uży­wa­nie narzę­dzi przez małpy człe­ko­kształtne (Brauer, Call 2015; Mul­cahy, Call 2006). Pozna­nie zwie­rzęce jest przed­mio­tem zarówno trwa­ją­cych badań empi­rycz­nych, jak i żywych filo­zo­ficz­nych spo­rów (zob. Andrews, Monsó 2021). [wróć]

29. Sza­cunki doty­czące tego, ile jesz­cze będzie świe­cić Słońce, wahają się od czte­rech i pół miliarda lat (Ber­tu­lani 2013) do sze­ściu miliar­dów czte­ry­stu milio­nów lat (Sack­mann i in. 1993), choć naj­częst­szym poda­wa­nym przy­bli­że­niem jest pięć miliar­dów lat. Ści­ślej rzecz ujmu­jąc, liczby te wska­zują czas, po któ­rym cały wodór w jądrze Słońca ule­gnie wypa­le­niu – wtedy nasza gwiazda prze­sta­nie być, mówiąc języ­kiem astro­no­mów, gwiazdą „ciągu głów­nego”. Na­dal jedna będzie „świe­cić”, czyli gene­ro­wać ener­gię z fuzji jądro­wej wodoru w hel, przy czym będzie się to działo raczej w jej zewnętrz­nych war­stwach niż w jądrze. Kiedy już na dwa do trzech miliar­dów lat zmieni się w czer­wo­nego olbrzyma, fuzja jądrowa ponow­nie wróci do jądra – tym razem atomy helu będą łączyć się w węgiel i tlen – i dopiero po tym osta­tecz­nym helo­wym roz­bły­sku, za mniej wię­cej osiem miliar­dów lat, Słońce zga­śnie cał­ko­wi­cie. Dane doty­czące typo­wych naro­dzin gwiazd pocho­dzą z: F. C. Adams, Lau­gh­lin 1997, s. 342 Dzię­kuję Toby’emu Ordowi za uświa­do­mie­nie mi, jak długo będą świe­cić nie­które gwiazdy. W swo­jej naj­now­szej książce, która ma się nie­ba­wem uka­zać, Grand Futu­res, Anders Sand­berg zauważa, że nawet po tym, jak gwiazdy te zakoń­czą życie, wciąż będą ist­nieć inne, bar­dziej egzo­tyczne źró­dła ener­gii, które będzie można wyko­rzy­stać, jak choćby czarne dziury. To mogłoby prze­dłu­żyć czas trwa­nia cywi­li­za­cji poza wska­zy­wany tu milion bilio­nów lat. [wróć]

30. Wolf i Toon (2015, s. 5792) sza­cują, że „fizjo­lo­giczne ogra­ni­cze­nia ludz­kiego ciała każą przy­pusz­czać, że Zie­mia prze­sta­nie być zamiesz­ki­walna dla czło­wieka za ~1,3 Gyr [1,3 miliarda lat]”; Bloh (2008, s. 597) prze­wi­duje dla nas nieco krót­sze okienko, twier­dząc, że „życie zło­żo­nych orga­ni­zmów wie­lo­ko­mór­ko­wych i euka­rio­tów zakoń­czy się, odpo­wied­nio, za około 0,8 Gyr i 1,3 Gyr”. Ja jestem zwo­len­ni­kiem jesz­cze bar­dziej zacho­waw­czych osza­co­wań – daję ludz­ko­ści jakieś pięć­set milio­nów lat z powodu znacz­nej nie­pew­no­ści doty­czą­cej momentu i stop­nia praw­do­po­do­bień­stwa zaj­ścia pew­nych klu­czo­wych zda­rzeń – takich jak śmierć z powodu nie­do­boru dwu­tlenku węgla czy „nie­kon­tro­lo­wa­nego efektu cie­plar­nia­nego pro­wa­dzą­cego do wypa­ro­wa­nia oce­anów – oraz faktu, że kwe­stia, na ile ogra­ni­czy­łyby one zamiesz­ki­wal­ność Ziemi, pozo­staje otwarta (ana­liza tego, jak różne czyn­niki wpły­wają na zamiesz­ki­wal­ność róż­nych typów pla­net, zob. Heath, Doyle [2009]). Wię­cej na wha­twe­owe­the­fu­ture.com/notes. [wróć]

31. Zob. wha­twe­owe­the­fu­ture.com/notes. [wróć]

32. W naszej galak­tyce, Dro­dze Mlecz­nej, jest od stu miliar­dów do czte­ry­stu miliar­dów gwiazd. Liczba tych pozo­sta­ją­cych w naszym zasięgu według Arm­stronga i Sand­berga (2013, s. 9) wynosi cztery miliardy trzy­sta milio­nów, Ord (2017, s. 21) twier­dzi zaś, że „na dostępny wszech­świat składa się około 20 miliar­dów galak­tyk, czyli w sumie mię­dzy 1021 a 1023 gwiazd (o śred­niej masie wyno­szą­cej połowę masy Słońca)”. [wróć]

33. Cyto­wane tu liczby doty­czą ocze­ki­wa­nej dłu­go­ści życia przy uro­dze­niu (Roser 2018). Ponie­waż na początku XIX wieku około 43% dzieci na świe­cie umie­rało przed pią­tymi uro­dzi­nami (Rosner 2019), ktoś, kto dożył takiego wieku, mógł się spo­dzie­wać, że dożyje około pięć­dzie­się­ciu lat. Weź­cie także pod uwagę, że te sie­dem­dzie­siąt trzy lata nie­ko­niecz­nie są naj­lep­szą pro­gnozą dłu­go­ści życia kogoś uro­dzo­nego dzi­siaj: liczby, które przy­ta­czam, doty­czą tak zwa­nej „dłu­go­ści życia przy uro­dze­niu”, która z defi­ni­cji nie bie­rze pod uwagę przy­szłych tren­dów. Jeśli na przy­kład w medy­cy­nie i publicz­nej opiece zdro­wot­nej nastąpi dal­szy postęp, czło­wiek uro­dzony dzi­siaj powi­nien w rze­czy­wi­sto­ści spo­dzie­wać się, że będzie żył dłu­żej niż te sie­dem­dzie­siąt trzy lata; z dru­giej strony, jeśli w mię­dzy­cza­sie pojawi się nowa śmier­telna cho­roba albo znaczny odse­tek popu­la­cji zosta­nie zmie­ciony z powierzchni ziemi przez jakąś wiel­ko­ska­lową kata­strofę, dzi­siej­szy nowo­ro­dek będzie praw­do­po­dob­nie żył kró­cej, niż wynosi jego ocze­ki­wana dłu­gość życia przy uro­dze­niu. [wróć]

34. Sza­cuje się, że w 1820 roku około 83,9% świa­to­wej popu­la­cji utrzy­my­wało się za dzienny dochód mający mniej­szą siłę nabyw­czą – po uwzględ­nie­niu infla­cji i róż­nic w cenach mię­dzy kra­jami – niż jeden dolar ame­ry­kań­ski z 1985 roku (Bour­gu­ignon, Mor­ris­son 2002, tabela 1, s. 731, 733). W 2002 roku, kiedy to Bour­gu­ignon i Mor­ris­son opu­bli­ko­wali swój prze­ło­mowy arty­kuł na temat histo­rii świa­to­wego roz­kładu docho­dów, tyle wyno­sił mię­dzynarodowy próg ubó­stwa sza­co­wany przez Bank Świa­towy, zwy­kle wyko­rzy­sty­wany do defi­nio­wa­nia skraj­nej biedy. Od tam­tego czasu Bank Świa­towy zak­tu­ali­zo­wał swoje wska­za­nia – dziś próg ubó­stwa to dzienny dochód odpo­wia­da­jący 1,9 dolara ame­ry­kań­skiego z 2011 roku. Według tej nowej defi­ni­cji w 2016 roku z powodu skraj­nego ubó­stwa cier­piało mniej niż 10% świa­to­wej popu­la­cji; choć pan­de­mia COVID-19 w tra­giczny spo­sób zała­mała wie­lo­letni, coroczny trend spad­kowy, odse­tek ten na­dal nie prze­kro­czył jed­nak 10% (World Bank 2020). Mimo że zakres, w jakim stare i nowe gra­nice ubó­stwa się pokry­wają, jest czę­sto przed­mio­tem debaty, moim zda­niem fakt, że odse­tek świa­to­wej popu­la­cji dotknięty skraj­nym ubó­stwem dra­stycz­nie zma­lał, nie pod­lega dys­ku­sji. W żaden spo­sób nie zmie­nia to faktu, że przed nami wciąż długa droga do wyeli­mi­no­wa­nia biedy; przy­kła­dowo, na­dal ponad 40% ludz­ko­ści żyje za mniej niż 5,5 dolara na dzień (znów w porów­na­niu z dola­rem ame­ry­kań­skim z 2011 roku, po uwzględ­nie­niu infla­cji i róż­nic ceno­wych). [wróć]

35. Roser, Ortiz-Ospina 2016. [wróć]

36. Our World in Data 2017a. Wię­cej na wha­twe­owe­the­fu­ture.com/notes. [wróć]

37. Ist­nieje kilka aneg­do­tycz­nych donie­sień o kobie­tach, które otrzy­mały stop­nie naukowe lub wykła­dały na uni­wer­sy­te­tach przed 1700 rokiem, ale ich życie jest zwy­kle słabo udo­ku­men­to­wane. Wię­cej na wha­twe­owe­the­fu­ture.com/notes. [wróć]

38.