Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Spisane dzieje ludzkości sięgają zaledwie pięciu tysięcy lat wstecz, a historia tego, co dopiero przed nami, może objąć jeszcze całe milenia… albo zakończyć się jutro. Od wyborów dokonanych przez nas zależy, czy nasze wnuki będą żyć w szczęściu i dobrobycie, a zasoby naszej planety nie wyczerpią się u kresu ich życia.
William MacAskill, oksfordzki filozof, którego myśl zawarta w niniejszej książce jest inspiracją dla najbardziej wpływowych osób na świecie, zapoznaje czytelników z longtermizmem – koncepcją, zgodnie z którą priorytetem moralnym naszych czasów powinno być działanie na rzecz jak najlepszej przyszłości ludzi.
Jednak jeśli chcemy, aby nasza cywilizacja przetrwała, nie wystarczy, że będziemy pracować nad cofnięciem zmian klimatycznych czy powstrzymaniem kolejnej pandemii. Wyzwania, jakie stoją przed nami, to także przygotowanie przyszłych pokoleń do życia na planecie, na której będzie królować inteligencja sztuczna, a nie biologiczna, koroną stworzenia zaś będą byty cyfrowe, a nie ludzie. Musimy mieć pewność, że nasza cywilizacja podniesie się po każdym upadku i zadbać o jej technologiczny i moralny rozwój, a w tym celu być gotowi na każde poświęcenie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 536
Data ważności licencji: 3/1/2028
CZĘŚĆ I
DŁUGOFALOWA PERSPEKTYWA
Przedmowa
Zadaniem tej książki jest ukazanie pewnego światopoglądu. Wychodzi ona od prostego założenia – że przyszłe pokolenia są ważne – a następnie analizuje, do czego to założenie prowadzi. Czy jesteśmy w stanie dokonać naprawdę trwałej zmiany, a jeśli tak, to w jaki sposób? Większość z nas zdaje sobie sprawę z długofalowych konsekwencji globalnego ocieplenia, ale czy są kwestie, które zaniedbujemy? Co jest ważniejsze: udoskonalanie trajektorii, po której będzie poruszała się przyszłość, czy dopilnowanie, by w ogóle jakaś przyszłość nas czekała?
Światopogląd przedstawiony w tej książce nazywam longtermizmem. Początkowo definiowałem ten termin jako przeświadczenie, że wywieranie pozytywnego, długofalowego wpływu stanowi jeden z moralnych priorytetów naszych czasów. Od czasu publikacji w Stanach Zjednoczonych pierwszego wydania niniejszej książki zacząłem jednak określać go jako przekonanie, że powinniśmy zrobić znacznie więcej, by chronić interesy przyszłych pokoleń. Wolę tę definicję, ponieważ podkreśla ona potrzebę działania, a abstrakcyjny „długofalowy wpływ” został w niej zastąpiony prawdziwym przedmiotem naszej troski – przyszłymi ludźmi.
Pojawienie się w Stanach Zjednoczonych Co jesteśmy winni przyszłości wywołało wiele reakcji. Niektórych czytelników książka ta zainspirowała do przeznaczania 10% rocznych dochodów na cele charytatywne, innych skłoniła do podążania ścieżką kariery o większym znaczeniu. Kolejni nie zgadzali się z moimi argumentami i odpowiadali na nie w przemyślany sposób. Byli też tacy, którzy źle mnie zrozumieli. W tej przedmowie chciałbym odnieść się do najczęstszych sceptycznych reakcji.
Wielu czytelników wyrażało obawy, że longtermizm za bardzo skupia się na wydumanych spekulacjach na temat odległych zagrożeń, odciągając naszą uwagę od ważniejszych, współczesnych problemów. Rozumiem, z czego wynika to przekonanie, ale uważam, że w dokonywanej w jego ramach interpretacji wyzwań, przed jakimi stoimy, tkwi fundamentalny błąd. Owszem, część działań, jakie proponuje longtermizm, przyniesie nam korzyści dopiero za wiele lat, ale w tym podejściu nie ma nic szalonego. Abolicjoniści i działacze feministyczni poświęcili kiedyś życie misji, która zakończyła się sukcesem dopiero całe dekady po ich śmierci – i jestem im za to głęboko wdzięczny.
Częściej jednak w longtermizmie chodzi o połączenie myślenia długofalowego i bieżącego działania. Wymienione przeze mnie zagrożenia technologiczne są palące już teraz, a wydarzenia, które nastąpiły po publikacji tej książki, tylko to potwierdziły. Weźmy choćby wojnę atomową. W Co jesteśmy winni przyszłości wskazuję, że ryzyko, że jeszcze za naszego życia wybuchnie III wojna światowa, jest bardzo realne. Niestety, gdy tylko ukończyłem pisać ten tekst, Władimir Putin, ku oburzeniu społeczności międzynarodowej, dokonał inwazji na Ukrainę i jednocześnie odmówił rezygnacji z użycia broni jądrowej.
Sądzę, że w 2022 roku byliśmy bliżej wybuchu wojny nuklearnej niż w jakimkolwiek innym roku mojego życia. Stosunki między wielkimi mocarstwami są nie najlepsze, a nadzieje, że w przyszłości mocarstwa te wykażą się większą chęcią współpracy, wydają się nikłe. W warunkach podwyższonego napięcia bardziej prawdopodobne jest, że wskutek przypadkowego zdarzenia, błędnej kalkulacji lub nieporozumienia wybuchnie niszczycielski konflikt.
Równie dużym zagrożeniem są sztucznie wywoływane pandemie. W nadchodzących dekadach dziesiątki milionów ludzi mogą umrzeć w wyniku zakażenia wirusem stworzonym w laboratorium, czy to wskutek wypadku, czy wyścigu zbrojeń. Jednak pomimo olbrzymich szkód wywołanych przez COVID-19 jedynie garstka krajów podjęła jakikolwiek znaczący wysiłek, by przygotować się na przyszłe pandemie.
Nawet ryzyko związane z zaawansowaną sztuczną inteligencją dotyczy już najbliższej przyszłości. Zaledwie trzy miesiące po publikacji Co jesteśmy winni przyszłości OpenAI wypuściła ChatGPT, rozbudowany model językowy zdolny do prowadzenia konwersacji, odpowiadania na pytania, kodowania i tworzenia poezji1. Po dwóch miesiącach od premiery miał on już 100 milionów użytkowników, stając się tym samym najprawdopodobniej najszybciej rozwijającą się aplikacją w historii2.
Pojawienie się programu ChatGPT było ostatnim dzwonkiem dla tych, którzy dotychczas lekceważyli zagrożenia ze strony zaawansowanej sztucznej inteligencji. Jakby dla uświadomienia nam dobitnie owych zagrożeń wkrótce potem Bing wypuścił swój czat – jeszcze potężniejszego i bardziej alarmującego bota, nazywającego niektórych użytkowników „wrogami” i wysuwającego pod ich adresem groźby. Przy tym wyjaśnił, jak mógłby włamać się do dowolnego systemu internetowego i za pomocą perswazji zdobyć kody dostępu do broni nuklearnej, gdyby go nie powstrzymano.
Moc AI gwałtownie rośnie, a zewsząd napływają fundusze. Pytanie brzmi nie tyle, czy AI przekształci społeczeństwa, ile raczej jaką formę przybiorą te zmiany i jak głębokie będą. Eksperci i analitycy przewidują, że w ciągu najbliższych dekad sztuczna inteligencja osiągnie ludzkie rozmiary – co jest jawnym celem działań OpenAI i innych wiodących laboratoriów w rodzaju DeepMind Alphabetu3. Czyli nastąpi to jeszcze za życia większości ludzi czytających tę książkę. Nie jest to więc problem, który możemy przerzucić na naszych dalekich potomków; musimy się z nim zmierzyć dzisiaj.
Ponieważ wspomniane zagrożenia pilnie domagają się naszej reakcji, zawęża się pole do kompromisu w kwestii stosowania rozwiązań krótko- i długoterminowych. Działania longtermistów przynoszą korzyści zarówno tym, którzy żyją dzisiaj, jak i przyszłym pokoleniom. Sztucznie wywołana pandemia, III wojna światowa czy spowodowany rozwojem AI kataklizm mogłyby przynieść współczesnym niewypowiedzianą ilość cierpienia i śmierci, jednocześnie zagrażając całej naszej przyszłości. Longtermizm może wpłynąć na to, jaka wagę przypisujemy każdemu z wyzwań stojących przed światem – biorąc pod uwagę, że dysponujemy jedynie ograniczonymi środkami i czasem – ale nie oznacza przy tym pogarszania sytuacji obecnego pokolenia w imię potomności.
Niektórzy czytelnicy byli zdania, że longtermizm opiera się na budzącym zastrzeżenia poglądzie etycznym, który mówi, że istnienie większej liczby ludzi jest dobre, o ile prowadzą oni szczęśliwe i spełnione życie. Według tego stanowiska zagłada ludzkości byłaby moralną katastrofą po części dlatego, że uniemożliwiłaby pojawienie się na świecie wielu przyszłych, dobrze prosperujących istnień. Z pewnością może wydawać się, że wnioski, do jakich doszedłem w rozdziale ósmym, przeczą intuicji. Nie stanowią one jednak podstaw longtermizmu per se. Całe rozdziały trzeci i czwarty traktują o różnych sposobach, w jakie można by poprawić odległą przyszłość bez wpływania na jej rozmiar czy długość trwania – a więc w ogóle nie dotykających etycznego zagadnienia, czy dobrze jest sprowadzać na świat szczęśliwych ludzi. Przekonanie, że powinniśmy, na przykład, przeciwstawiać się totalitaryzmowi czy promować większą troskę moralną o wszystkich ludzi, z etycznego punktu widzenia nie budzi żadnych wątpliwości. Longtermizm podkreśla tylko, jak bardzo jest to istotne, ponieważ zwraca uwagę, że wartości, które determinują funkcjonowanie współczesnego świata, mogą przyświecać społeczeństwu jeszcze bardzo długo.
Inni odbiorcy martwili się, że longtermizm może zostać wykorzystany w niewłaściwych celach, na przykład jako usprawiedliwienie dla egoistycznych czy niemoralnych zachowań. Na przestrzeni dziejów wielokrotnie zdarzało się, że źli ludzie wypaczali dobre idee, więc ta obawa nie jest mi obca. Wierzę, że powinniśmy podjąć próbę pozytywnego wpłynięcia na dobrostan przyszłych pokoleń, jednocześnie prowadząc ogólnie dobre życie: przejawiając pozytwne cechy charakteru, postępując w sposób uczciwy i rzetelny oraz szanując prawa innych. Wspominam o tym, co prawda, w ostatnim rozdziale książki, podkreślając, że „postrzegam longtermizm jako uzupełnienie zdroworozsądkowej moralności, nie zaś coś, co ma ją zastąpić”, żałuję jednak, że nie poruszyłem tego tematu we wcześniejszej części tekstu.
Ostatnie zastrzeżenie ma związek z tym, że znaczenie przypisywane ochronie przyszłych pokoleń stawia przed nami dzisiaj wymagania niemożliwe do spełnienia. Longtermizm nie żąda od nas jednak zubożenia nas samych. Jak już pisałem, większość longtermistycznych działań przynosi nam również wielkie, niemal natychmiastowe zyski. A nawet jeśli tak nie jest, twierdzę jedynie, że chronienie przyszłych pokoleń powinno być tylko jednym z priorytetów naszych czasów. Przyznaję, że mogłem to ująć bardziej precyzyjnie, więc jako metodę swoistej operacjonalizacji longtermizmu proponuję następujący cel: niech bogate kraje świata przeznaczą 1% swojego PKB na działania, które przyniosą wyraźne korzyści przyszłym pokoleniom, takie jak przygotowanie się na wypadek pandemii, bezpieczeństwo AI, opracowywanie prognoz czy budowę infrastruktury kryzysowej, która pomoże nam przetrwać wielkie katastrofy. Uważam, że to osiągalny cel – 1% PKB to znacznie mniej, niż większość krajów wydaje na zbrojenia4 – a stanowiłoby to wielki krok na drodze do zapewnienia ludziom dobrej przyszłości. Gdyby udało nam się do tego dojść jeszcze za mojego życia, umarłbym jako szczęśliwy człowiek.
Ogólnie rzecz biorąc, powinienem był zawrzeć w książce więcej konkretnych przykładów celów i działań. W trakcie lat spędzonych na rozmyślaniu i studiowaniu longtermizmu poznałem wielu inspirujących ludzi. Mogłem poświęcić znacznie więcej stron, by opowiedzieć ich historie.
Mogłem też zaprezentować działalność Clean Air Task Force, organizacji zajmującej się polityką dotyczącą zmian klimatu, którą bardzo szanuję. Dzięki finansowaniu z longtermistycznych źródeł ich zespół ds. strategii politycznych przyczynił się do tego, że w głównych ustawach klimatycznych przyjętych przez rząd USA w 2021 i 2022 roku uwzględniono wsparcie dla niedofinansowanych rozwiązań problemów klimatycznych, takich jak wychwytywanie dwutlenku węgla i redukcja metanu5. Efekty tych działań będą odczuwane przez pokolenia.
Mogłem wspomnieć o stale rozwijającej się dziedzinie badań nad interpretowalnością AI. Naukowcy pracujący w nowo powstałych ośrodkach takich jak Alignment Research Center czy Anthropic chcą poprawić bezpieczeństwo AI, starając się zrozumieć, dlaczego generują one takie, a nie inne wyniki6. To może pomóc nam utrzymać te narzędzia w ryzach, gdy zostaną wykorzystane w rzeczywistym świecie.
Mogłem także przedstawić dr. Davida J. Brennera, fizyka z Uniwersytetu Columbia, który bada formę światła zdolną sterylizować powietrze: zabija ona wirusy, nie robiąc przy tym krzywdy człowiekowi7. Gdyby udało nam się zadbać o bezpieczeństwo stosowania tej technologii i sprawić, że będzie tańsza, moglibyśmy ustawić urządzenia emitujące takie światło w biurach i przestrzeniach publicznych na całym świecie. Czyste powietrze znacznie zmniejszyłoby prawdopodobieństwo wybuchu przyszłych pandemii; stosowane powszechnie, urządzenia takie mogłyby nawet doprowadzić do wyeliminowania większości chorób układu oddechowego. Być może nigdy już nie złapalibyście przeziębienia.
Ci ludzie i organizacje czynią życie lepszym zarówno obecnie, jak i w przyszłości. Mam nadzieję, że książka ta stanie się dla was inspiracją, by do nich dołączyć. Wierzę, że dzięki ciężkiej pracy, pokorze i współpracy możemy poradzić sobie z obecnymi wyzwaniami, które stanowią zagrożenie dla przyszłości. Jestem o tym coraz silniej przekonany; naprawdę jesteśmy w stanie stworzyć przyszłość, za którą nasi potomkowie będą nam wdzięczni. Możemy być dobrymi przodkami, przekazującymi swoim wnukom, ich wnukom i wszystkim kolejnym pokoleniom świat pełen wolności, radości i piękna.
Wstęp
Wyobraźcie sobie, że przeżywacie – w kolejności narodzeń – życie każdego człowieka, jaki kiedykolwiek chodził po Ziemi8. Wasze pierwsze życie rozpoczyna się około trzystu tysięcy lat temu w Afryce9. Gdy się ono kończy, cofacie się w czasie i wstępujecie w ciało drugiej osoby, która pojawiła się na planecie, urodzona niedługo po pierwszej. Po śmierci tej drugiej odradzacie się jako trzecia, potem jako czwarta i tak dalej. Sto miliardów żywotów później10 stajecie się najmłodszym z żyjących współcześnie ludzi. Wasze „życie” składa się ze wszystkich tych egzystencji doświadczanych po kolei.
Sposób, w jaki przeżywacie dzieje, bardzo różni się od tego, co znamy z większości podręczników historii. Losy słynnych osobistości w rodzaju Kleopatry czy Napoleona mają jedynie niewielki udział w zbiorze waszych doświadczeń. Zasadniczą treścią waszego istnienia są codzienne czynności – jedzenie, praca i aktywności towarzyskie oraz związane z nimi śmiech, zmartwienia i modlitwa.
Wasze życie trwa od niemal czterech bilionów lat. Przez jedną dziesiątą tego czasu jesteście łowcami-zbieraczami, przez 60% – rolnikami11. Przez jedną piątą życia wychowujecie dzieci, tyle samo czasu poświęcacie uprawie roli, a prawie 2% życia pochłania wam udział w rytuałach religijnych. Przez 1% chorujecie na malarię albo czarną ospę. Przez półtora miliarda lat uprawiacie seks, a przez dwieście pięćdziesiąt milionów rodzicie. W międzyczasie wypijacie czterdzieści cztery biliony filiżanek kawy12.
Jesteście jednocześnie źródłem i adresatem zarówno okrucieństw, jak i aktów życzliwości. Jako kolonizatorzy zdobywacie nowe ziemie, jako kolonizowani cierpicie z powodu tego, że wam je odebrano. Czujecie wściekłość nękającego i ból nękanego. Przez około 10% życia posiadacie niewolników; mniej więcej tyle samo czasu to wy jesteście niewolnikami13.
Dzięki temu eksperymentowi na własnej skórze przekonacie się, w jak niezwykłych czasach obecnie żyjemy. Z powodu gwałtownego wzrostu liczebności populacji pełna jedna trzecia waszego życia przypadnie na okres po 1200 roku, ćwierć swojego żywota spędzicie zaś już po roku 1750. Od tego momentu technologia i społeczeństwo zaczną zmieniać się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Wynajdziecie silniki parowe, fabryki i elektryczność. Będziecie świadkami rewolucji w nauce, wojen zbierających najbardziej śmiertelne żniwo w historii14 i dramatycznego zniszczenia środowiska. Każde z pojedynczych żyć składających się na wasze istnienie będzie trwało coraz dłużej. Doświadczycie luksusów, które nie były wam dane nawet wtedy, gdy żyliście jako królowie i królowe. Spędzicie sto pięćdziesiąt lat w kosmosie i tydzień, chodząc po Księżycu. Piętnaście procent całego waszego doświadczenia stanowić będą przeżycia ludzi istniejących obecnie15.
Oto i całe wasze dotychczasowe życie – od narodzin Homo sapiens do dnia dzisiejszego. Spróbujcie sobie jednak wyobrazić, że przeżyjecie także wszystkie przyszłe życia. Wówczas okaże się, że wasze istnienie – miejmy nadzieję – tak naprawdę dopiero się rozpoczęło. Nawet gdyby ludzkość miała przetrwać jedynie tyle, ile żyje średnio jeden gatunek ssaków (około miliona lat), i nawet gdyby liczebność populacji spadła do jednej dziesiątej obecnej wielkości, wciąż mielibyście przed sobą około 99,5% życia16.
Przekładając to na skalę normalnego ludzkiego istnienia, bylibyście teraz zaledwie pięciomiesięcznym niemowlęciem. Gdyby natomiast ludzkość miała przetrwać dłużej niż przeciętny gatunek ssaka – przez setki milionów lat dzielących nas od czasu, gdy Ziemia stanie się kompletnie niezamieszkiwalna, lub dziesiątki bilionów liczonych do momentu wypalenia się ostatnich gwiazd – wasze cztery biliony lat życia byłyby jak pierwszych parę mrugnięć tuż po opuszczeniu macicy17. Przyszłość jest ogromna.
Gdybyście rzeczywiście mieli przeżyć wszystkie te przyszłe życia, co waszym zdaniem powininniśmy zrobić dzisiaj? Ile dwutlenku węgla powinniśmy wyemitować do atmosfery? Ile środków powinniśmy zainwestować w badania i edukację? Z jak wielką ostrożnością powinniśmy podchodzić do nowych technologii, które mogą zniszczyć naszą przyszłość lub na trwałe skierować ją na niewłaściwe tory? Ile uwagi powinniśmy poświęcić wpływowi naszych obecnych działań w perspektywie długoterminowej?
Przedstawiam ten eksperyment myślowy, ponieważ moralność oparta jest na umiejętności wczucia się w położenie drugiej osoby i potraktowania jej interesów tak, jak traktowalibyśmy nasze własne. Gdy robimy to w pełnej skali całego gatunku ludzkiego, przyszłość – w której żyją niemal wszyscy jego przedstawiciele i w której tkwi niemal cały potencjał ich radości i niedoli – wysuwa się na pierwszy plan.
Tematem tej książki jest longtermizm: pogląd głoszący, że pozytywny wpływ na długofalową przyszłość jest kluczowym priorytetem moralnym naszych czasów. W longtermizmie chodzi o poważne potraktowanie ogromu rozciągającej się przed nami przyszłości i o zdanie sobie sprawy, o jak wysoką stawkę gramy, kiedy ją kształtujemy. Nawet gdyby ludzkość miała przetrwać jedynie przez ułamek przeznaczonego sobie potencjalnie czasu, to bylibyśmy – choć może to wydawać się dziwne – starożytnymi: żyjemy na samym początku dziejów, w najdalszej przeszłości. To, co zrobimy, będzie miało wpływ na niezliczone rzesze ludzi, którzy nadejdą po nas. Musimy zatem działać roztropnie.
Mnie samemu przekonanie się do longtermizmu zajęło sporo czasu. Trudno, by abstrakcyjna idea ukierunkowana na ludzi, których nigdy nie będzie nam dane poznać, stanowiła dla nas równie dobre źródło motywacji jak inne, bardziej uderzające problemy. W szkole średniej działałem w organizacji, która zajmowała się pomocą osobom starszym i niepełnosprawnym. Jako student przejmujący się kwestią ubóstwa na świecie zgłosiłem się na ochotnika do pracy w etiopskim ośrodku rehabilitacji dla dzieci, które przeszły polio. Gdy przymierzałem się do magisterium, zacząłem zastanawiać się, jak sprawić, by ludzie pomagali sobie wzajemnie z większą efektywnością. Postanowiłem przeznaczać przynajmniej 10% moich dochodów na cele charytatywne i zostałem współzałożycielem Giving What We Can – organizacji, która zachęca innych, by robili to samo18.
Wszystkie te działania dawały konkretny efekt. W przeciwieństwie do nich myśl o poprawianiu jakości życia nieznanych ludzi z przyszłości początkowo nie wzbudzała we mnie żadnych emocji. Gdy jeden z kolegów przedstawił mi argumenty przemawiające za potraktowaniem poważnie kwestii przyszłości w długofalowej perspektywie, moją odruchową reakcją było odrzucenie tej idei. Na świecie istnieją prawdziwe problemy, takie jak skrajne ubóstwo, brak edukacji czy śmierć z powodu chorób – pomyślałem – z którymi mierzą się prawdziwi ludzie. Tym problemom można z łatwością zapobiec. Na nich powinniśmy się skupić. W zestawieniu z nimi spekulacje na temat tego, co może wpłynąć, a co nie wpłynie na przyszłość, wydawały się niepotrzebnym rozpraszaniem uwagi rodem z science fiction.
Niemniej jednak argumenty przemawiające za longtermizmem uporczywie dobijały się do mojego umysłu. Wszystkie opierały się na prostych założeniach: że obiektywnie rzecz biorąc, z moralnego punktu widzenia przyszli ludzie nie powinni liczyć się mniej niż pokolenia żyjące współcześnie; że w przyszłości ludzi może być bardzo dużo; że ich życie może być wyjątkowo wspaniałe albo niewyobrażalnie okropne oraz że naprawdę jesteśmy w stanie wpłynąć na świat, który będą zamieszkiwać.
Najważniejszy był dla mnie jednak problem natury praktycznej: nawet jeśli rzeczywiście powinniśmy przejmować się przyszłością, co właściwie możemy zrobić? Kiedy jednak dowiedziałem się więcej o wydarzeniach, które mogłyby nastąpić w niedalekiej przyszłości i zmienić bieg historii, z większą powagą potraktowałem sugestię, że być może zbliżamy się właśnie do krytycznego momentu w dziejach ludzkości. Rozwój technologiczny niesie ze sobą zarówno nowe szanse, jak i zagrożenia, kładąc na szali życie przyszłych pokoleń.
Obecnie uważam, że losy świata w dalszej perspektywie przynajmniej częściowo zależą od tego, jakich wyborów dokonamy za naszego życia. Przyszłość może być wspaniała: możemy stworzyć kwitnące i stabilne społeczeństwo, w którym wszyscy będą mieli się lepiej niż wybrańcy cieszący się największym powodzeniem współcześnie. Przyszłość może też być potworna: mogą zawładnąć nią autorytarni despoci, którzy wykorzystają systemy inwigilacji i sztuczną inteligencję, by na zawsze „zamrozić” swoją ideologię, lub nawet sama AI, która będzie zainteresowana raczej zdobywaniem władzy niż rozkwitem społeczeństwa. Przyszłości może też nie być wcale: możemy powybijać się za pomocą broni biologicznej lub rozpętać totalną wojnę nuklearną, po której cywilizacja upadnie i nigdy się nie podniesie.
Istnieją działania, które możemy podjąć, by skierować ludzkość na lepsze tory. Możemy zwiększyć szanse na cudowną przyszłość, udoskonalając wartości, które kierują społeczeństwem, i ostrożnie sterując rozwojem AI. Możemy dopilnować, by w ogóle mieć przed sobą jakąś przyszłość, zapobiegając opracowywaniu i używaniu broni masowej zagłady i utrzymując pokój między największymi światowymi mocarstwami. To wielkie wyzwania, ale sposób, w jaki do nich podejdziemy, może zmienić naprawdę wiele.
Wobec tego wszystkiego przedefiniowałem swoje priorytety. Wciąż będąc nie do końca przekonanym co do podstaw i konsekwencji longtermizmu, zmieniłem kierunek swoich badań i zostałem współzałożycielem dwóch instytucji, które miały zająć się dalszym analizowaniem tych kwestii: Global Priorities Institute na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz Forethought Foundation. Opierając się na zdobytej w ten sposób wiedzy, spróbowałem spisać argumenty na rzecz longtermizmu, które przekonałyby mnie dekadę wcześniej.
Do zilustrowania głównych postulatów zawartych w tej książce posługuję się trzema głównymi metaforami. W pierwszej przedstawiam ludzkość jako nierozsądnego nastolatka, który wciąż ma przed sobą większość życia i podejmuje decyzje mogące mieć na nie duży wpływ. Wybierając ścieżkę rozwoju zawodowego, zastanawiając się, ile czasu poświęcić na naukę, i szacując, które niebezpieczne zajęcia są zbyt niebezpieczne, powinien więc mieć na uwadze nie tylko dreszczyk emocji w odpowiedzi na bieżące doświadczenia, lecz także wszystkie czekające go jeszcze lata.
Druga metafora to opowieść o dmuchaniu szkła. Obecne społeczeństwo wciąż jeszcze zachowuje plastyczność – może przybrać rozmaite kształty. W pewnym momencie jednak stopiona masa szklana ostygnie, utwardzi się i dużo trudniej będzie ją zmienić. W zależności od tego, co z nią zrobimy, gdy jest jeszcze płynna, ostateczna forma, jaką przybierze, może być piękna lub zniekształcona – może też roztrzaskać się w drobny mak.
W trzeciej metaforze porównuję ścieżkę prowadzącą do długofalowego wpływu do ryzykownej ekspedycji w nieznane. Próbując pozytywnie wpłynąć na przyszłość, nie wiemy dokładnie, z jakimi zagrożeniami przyjdzie nam się mierzyć ani nawet dokąd chcemy dojść; mimo wszystko jednak możemy przygotować się na wyprawę. Możemy wybadać teren bezpośrednio przed nami, dopilnować, by ekspedycja była dobrze zaopatrzona i skoordynowana, a także – pomimo niepewności – zabezpieczyć się przed niebezpieczeństwami, które jesteśmy w stanie przewidzieć.
Niniejsza książka jest szeroko zakrojonym przedsięwzięciem; nie tylko przedstawiam w niej argumenty przemawiające za longtermizmem, lecz także usiłuję wyjaśnić, jakie może on pociągać za sobą konsekwencje. Ze względu na sporą rozpiętość poruszanych zagadnień, pisząc ją, w dużej mierze polegałem na wiedzy zespołu doradców i analityków. Gdy tylko wychodziłem poza obszar etyki, którą zajmuję się zawodowo, konsultowałem się ze specjalistami w danej dziedzinie. Dlatego też książka ta tak naprawdę nie jest „moja”, lecz jest wynikiem zbiorowego wysiłku, w sumie ponad dziesięciu lat pracy na pełen etat, z których niemal dwa lata poświęcono sprawdzaniu danych.
Ci, których pewne moje twierdzenia skłonią do dalszych poszukiwań, na stronie whatweowethefuture.com znajdą obszerne materiały uzupełniające, w tym wyniki analiz zleconych przeze mnie specjalnie na potrzeby tej książki. Pomimo ogromu pracy, którą już wykonaliśmy, jestem przekonany, że ledwie zarysowaliśmy kwestię longtermizmu i jego implikacji – wciąż musimy się jeszcze wiele nauczyć.
Jeśli mam rację, ciąży na nas wielka odpowiedzialność. W porównaniu z liczbą ludzi, którzy po nas nadejdą, jesteśmy ledwie maleńką mniejszością – za to mniejszością, w której rękach spoczywa przyszłość. Etyka, jaką kierujemy się na co dzień, rzadko dotyka spraw w takiej skali – musimy stworzyć światopogląd moralny, który potraktowałby poważnie stawkę, o jaką gramy.
Jeśli dokonamy mądrych wyborów, możemy odegrać kluczową rolę w skierowaniu ludzkości na właściwe tory. Jeśli tak się stanie, nasze prapraprawnuki pomyślą o nas z wdzięcznością i będą wyrażać przekonanie, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, by ofiarować im piękny i sprawiedliwy świat.
ROZDZIAŁ 1
Argumenty za longtermizmem
Przyszli ludzie się liczą. Może być ich mnóstwo. A my możemy sprawić, że będzie im się lepiej żyło.
Tak najkrócej można ująć argumenty przemawiające za słusznością longtermizmu. Jego założenia są proste i moim zdaniem niespecjalnie kontrowersyjne, ale potraktowanie ich poważnie oznacza rewolucję moralną – całkowicie zmieniającą sposób, w jaki aktywiści, naukowcy, decydenci polityczni, a tak naprawdę również my wszyscy, powinni myśleć i działać.
Przyszli ludzie się liczą, ale my rzadko liczymy się z nimi. Nie są w stanie głosować, lobbować ani ubiegać się o sprawowanie funkcji publicznych, politykom brakuje więc motywacji, by się za nimi wstawić. Nie mogą z nami handlować ani się targować, więc nie mają swoich przedstawicieli na rynku. W dodatku nie potrafią wyrazić swoich poglądów bezpośrednio: nie tweetują, nie piszą artykułów w gazetach, nie organizują marszów. Są całkowicie pozbawieni prawa głosu.
Wcześniejsze ruchy społeczne – jak choćby te walczące o prawa obywatelskie czy prawa wyborcze dla kobiet – często dążyły do zapewnienia większego uznania i wpływu marginalizowanym członkom społeczeństwa. Uważam, że longtermizm jest rozszerzeniem tej idei. Choć nie możemy rzeczywiście oddać władzy politycznej w ręce przyszłych ludzi, możemy przynajmniej wziąć ich pod uwagę. Wyrzekając się tyranii teraźniejszości nad przyszłością, możemy działać jak powiernicy – pomóc stworzyć kwitnący świat dla przyszłych pokoleń. Ma to kolosalne znaczenie. Zaraz wyjaśnię dlaczego.
Idea, że przyszli ludzie mają znaczenie, jest oparta na zdrowym rozsądku. Przyszli ludzie to mimo wszystko ludzie. Będą istnieć. Tak jak my wszyscy – będą mieli swoje nadzieje, radości, cierpienia i smutki. Po prostu jeszcze ich nie ma.
Żeby przekonać się, jak bardzo w gruncie rzeczy jest to intuicyjne, wyobraźcie sobie, że podczas wycieczki w góry roztrzaskuję na szlaku szklaną butelkę. Jeśli nie posprzątam odłamków, później pokaleczy się nimi dziecko19. Czy w podjęciu decyzji o tym, czy powinienem pozbierać szkło, ma jakiekolwiek znaczenie, kiedy dziecko się porani? Czy to będzie za tydzień, za dekadę, czy za sto lat? Nie. Krzywda jest krzywdą, niezależnie od tego, kiedy nastąpi.
Albo przypuśćmy, że na jakieś miasteczko spadnie zaraza i wybije tysiące ludzi. Możecie ją powstrzymać. Czy zanim ruszycie do działania, musicie wiedzieć, kiedy wybuchnie choroba? Czy to ma znaczenie samo w sobie? Nie. Potencjalnie związane z nią ból i śmierć i tak są warte wzięcia pod uwagę.
To samo dotyczy dobrych rzeczy. Pomyślcie o czymś, co kochacie w życiu – może to być muzyka lub sport. A teraz wyobraźcie sobie kogoś innego, kto tak samo kocha coś w swoim życiu. Czy wartość jego radości znika tylko dlatego, że żyje on w przyszłości? Przypuśćmy, że możecie dać temu komuś bilety na koncert jego ulubionego zespołu albo na mecz drużyny, której kibicuje. Czy aby podjąć decyzję o tym, czy mu je ofiarować, musicie wiedzieć, kiedy je otrzyma?
Wyobraźcie sobie, co przyszli ludzie będą myśleć o nas, zastanawiających się nad takimi pytaniami. Usłyszą, jak dyskutujemy nad tym, czy przyszli ludzie mają znaczenie, po czym spojrzą na swoje dłonie i rozejrzą się po swoim życiu. Czym ono się różni od naszego? Co jest w nim mniej rzeczywiste? Która strona debaty wyda im się trzeźwo myśląca i posiadająca racjonalne argumenty? A która będzie w ich oczach krótkowzroczna i ograniczona?
Odległość w czasie jest jak odległość w przestrzeni. Ludzie mają znaczenie, nawet jeśli mieszkają tysiące kilometrów od nas – i tak samo się liczą, nawet jeśli dzielą nas tysiące lat. W obu przypadkach łatwo pomylić dystans z nierealnością i uznać granice tego, co potrafimy dostrzec, za granice naszego świata. Ale tak samo jak świat nie kończy się na naszym progu czy na granicy naszego kraju, nie kończy się też wraz z naszym czy następnym pokoleniem.
To podejście zdroworozsądkowe. Ludowe przysłowie mówi: „Społeczeństwo się rozwija, gdy starzy ludzie sadzą drzewa, choć wiedzą, że nigdy nie usiądą w ich cieniu”20. Kiedy zabezpieczamy odpady radioaktywne, nie mówimy: „A kogo obchodzi, że za setki lat to zatruje ludzi?”. Podobnie jedynie nieliczni z tych, którzy przejmują się zmianami klimatu czy zanieczyszczeniem środowiska, robią to tylko dla dobra ludzi żyjących dzisiaj. Wznosimy muzea, parki i mosty; inwestujemy w szkoły i długoterminowe projekty badawcze; dbamy o zachowanie dzieł sztuki, tradycji i języków; chronimy piękne miejsca w nadziei, że przetrwają pokolenia. W wielu przypadkach nie wyznaczamy jasnej granicy między tym, co robimy dla teraźniejszości i dla przyszłości – troszczymy się o obie.
Wiele różnych tradycji intelektualnych traktuje troskę o los przyszłych pokoleń jako przejaw zdrowego rozsądku. W liczącej sobie setki lat, przekazywanej ustnie konstytucji Konfederacji Irokezów, zatytułowanej Gayanashagowa, zostało to wyrażone szczególnie jasno. Wymaga ona, by Wodzowie Konfederacji „zawsze mieli na uwadze nie tylko teraźniejszość, ale również kolejne pokolenia”21. Oren Lyons, strażnik wiary wchodzących w skład Konfederacji ludów Onondaga i Seneka, wyraża to w formie „zasady siódmego pokolenia”: „Chodzi o to, by każda decyzja, którą podejmujemy, miała na uwadze dobrostan i dobrobyt siódmego pokolenia, które nadejdzie po nas (…). Zastanawiamy się: czy to będzie dobre dla siódmego pokolenia?”22.
Nawet jednak jeśli przystaniemy na to, że przyszli ludzie się liczą, pozostaje pytanie, jaką wagę powinniśmy przykładać do dbania o ich interesy. Czy istnieją jakieś powody, by troszczyć się bardziej o ludzi żyjących współcześnie?
Do głowy przychodzą mi dwa. Pierwszym jest stronniczość. Często odczuwamy silniejszą, wyjątkową więź z osobami żyjącymi obecnie – z naszą rodziną, przyjaciółmi i współobywatelami – niż z tymi, którzy narodzą się w przyszłości. To rozsądne; możemy i powinniśmy szczególną uwagą obdarzać bliskich.
Drugim powodem jest wzajemność. O ile nie jesteście samotnikami żyjącymi w dziczy, działania ogromnej liczby ludzi – nauczycieli, sprzedawców, inżynierów i wszystkich płacących podatki – przez całe wasze życie przynosiły wam i nadal przynoszą bezpośrednie korzyści. Zazwyczaj czujemy, że jeśli ktoś zrobił dla nas coś dobrego, jest to powód, by odpłacić mu tym samym. Ludzie przyszłości jednak nie przynoszą nam korzyści w tym sensie, w jakim robią to inni członkowie naszego pokolenia23.
Więzi i wzajemność są ważne, ale nie zmieniają ostatecznej linii mojej argumentacji. Nie twierdzę, że interesy ludzi żyjących obecnie i tych żyjących w przyszłości zawsze i wszędzie należy traktować jednakowo. Twierdzę jedynie, że przyszli ludzie mają duże znaczenie. Tak jak większa troska o własne dzieci nie oznacza automatycznie całkowitego ignorowania potrzeb obcych, tak przywiązywanie większej wagi do współczesnych nie oznacza, że powinniśmy lekceważyć dobro naszych potomków.
Zilustrujmy to przykładem. Przypuśćmy, że któregoś dnia odkrywamy Atlantydę, olbrzymią cywilizację na dnie morza. Zdajemy sobie sprawę, że wiele naszych działań ma na nią wpływ: kiedy wyrzucamy odpady do oceanu, zatruwamy ich miasta; kiedy tonie nasz statek, odzyskują z niego kawałki metalu i inne części. Z mieszkańcami Atlantydy nie wiążą nas żadne specjalne więzi, nie jesteśmy też im nic winni za przysługi, jakie nam wyświadczyli. Mimo tego jednak powinniśmy brać pod uwagę, jak odbijają się na nich nasze czyny.
Przyszłość jest jak Atlantyda. To również ogromna, nieodkryta kraina24: to, czy kraj ten czeka rozkwit, czy upadek, w znacznej mierze zależy od tego, co zrobimy dzisiaj.
Przyszli ludzie się liczą – to zdroworozsądkowe podejście. Tak samo zdroworozsądkowy jest pogląd, że z moralnego punktu widzenia liczba ma znaczenie. Jeśli możecie ocalić z pożaru jedną osobę lub dziesięć, powinniście – o ile wszystkie pozostałe zmienne są identyczne – uratować dziesięć; jeśli możecie wyleczyć sto osób lub tysiąc, powinniście wyleczyć tysiąc. To istotne, ponieważ liczba przyszłych ludzi może być astronomiczna.
Żeby zrozumieć, dlaczego tak jest, przyjrzyjmy się historii ludzkości. Przedstawiciele rodzaju Homo chodzą po Ziemi od ponad dwóch i pół miliona lat25. Nasz gatunek, Homo sapiens, wyewoluował mniej więcej trzysta tysięcy lat temu. Rolnictwo narodziło się dopiero dwanaście tysięcy lat temu, pierwsze miasta powstały zaledwie przed sześcioma tysiącami lat, rewolucja przemysłowa zaczęła się dwieście pięćdziesiąt lat temu, a wszystkie zmiany, które zaszły od tamtej pory – przejście od wozów zaprzęganych w konie do podróży kosmicznych, od upuszczania krwi do przeszczepów serca i od kalkulatorów mechanicznych do superkomputerów – dokonały się w czasie trzech ludzkich żyć26.
Rysunek 1.1. Historia Homo sapiens
Jak długo przetrwa nasz gatunek? Tego oczywiście nie wiemy. Opierając się na dostępnych nam danych, możemy jednak dokonać szacunkowych obliczeń biorących pod uwagę naszą niepewność, w tym niepewność dotyczącą tego, czy przypadkiem to nie my sami staniemy się przyczyną własnej zguby.
Dla zilustrowania potencjalnej skali przyszłości załóżmy, że przetrwamy jedynie tyle, ile przeciętny gatunek ssaka – czyli około miliona lat27. Dodatkowo uznajmy, że liczebność populacji pozostanie na obecnym poziomie. W takim przypadku narodzi się jeszcze osiemdziesiąt bilionów ludzi – przyszli ludzie będą mieć nad nami przewagę dziesięć tysięcy do jednego.
Rysunek 1.2. Potencjalna przyszłość cywilizacji, jeśli ludzkość przetrwa tyle, ile przeciętny gatunek ssaka
Oczywiście przyszłość może potoczyć się na wiele różnych sposób i musimy wziąć je wszystkie pod uwagę. Jeśli sprowadzimy na siebie zagładę, możemy zniknąć z powierzchni ziemi znacznie szybciej niż inne gatunki ssaków. Ale możemy również zostać tu znacznie dłużej. W odróżnieniu od innych ssaków dysponujemy wyrafinowanymi narzędziami, które pomagają nam przystosować się do różnych środowisk, umiemy rozumować abstrakcyjnie, co pozwala nam tworzyć złożone, długofalowe plany w odpowiedzi na zmieniające się okoliczności, a dzięki łączącej nas kulturze potrafimy funkcjonować w grupach liczących sobie miliony osobników. To wszystko chroni nas przed zagrożeniem wyginięciem w sposób niedostępny innym przedstawicielom naszej gromady28.
Wpływ tych faktów na przewidywany czas przetrwania ludzkości jest asymetryczny. Kres cywilizacji może nastąpić bardzo szybko, za kilka stuleci. Jej historia może być jednak niezmiernie długa. Ziemia pozostanie możliwa do zamieszkania jeszcze przez kilkaset milionów lat. Gdybyśmy przetrwali tak długo, zachowując obecną liczebność populacji liczoną na stulecie, na każdą żyjącą dziś osobę przypadałby milion przyszłych ludzi. A gdyby ludzkość w końcu podbiła gwiazdy, zaczęlibyśmy operować w dosłownie astronomicznej skali czasowej. Słońce wypali się gdzieś za pięć miliardów lat, ostatnie przebiegające typowo narodziny gwiazd będą miały miejsce za ponad bilion lat, a dzięki niewielkiemu, lecz stabilnemu strumieniowi zderzeń między brązowymi karłami kilka gwiazd będzie świecić jeszcze za milion bilionów lat29.
Rzeczywista możliwość, że cywilizacja przetrwa do tego czasu, daje ludzkości niewiarygodną przewidywaną długość życia. Dziesięcioprocentowa szansa, że unikniemy wyginięcia do czasu, aż Ziemia przestanie być możliwa do zamieszkiwania, oznacza długość życia równą ponad pięćdziesiąt milionów lat – 1% prawdopodobieństwa przetrwania do czasu narodzin ostatnich konwencjonalnych gwiazd oznacza życie przez ponad dziesięć miliardów lat30.
Koniec końców powinniśmy troszczyć się nie tylko o szacowaną długość trwania ludzkości, ale również o liczbę ludzi, których życia się na nie złożą. Musimy więc zapytać: ilu ludzi będzie żyło w każdym danym momencie przyszłości?
Przyszłe populacje mogą być zarówno znacznie mniejsze, jak i znacznie większe niż dzisiejsza. Gdyby populacja miała się zmniejszyć, może to nastąpić co najwyżej o osiem miliardów – tyle, ilu ludzi żyje dzisiaj. Jej wzrost może być jednak znacznie większy. Dziś ludzi jest już ponad tysiąc razy więcej niż w epoce łowców-zbieraczy. Gdyby globalna gęstość zaludnienia zwiększyła się do poziomu osiąganego w dzisiejszej Holandii – eksportera netto płodów rolnych – w każdym momencie historii żyłoby siedemdziesiąt miliardów ludzi31. Może to wydawać się niedorzeczne, ale globalna populacja licząca sobie osiem miliardów ludzi musiała wydawać się niedorzeczna prehistorycznym łowcom-zbieraczom albo wczesnym rolnikom.
Rysunek 1.3. Potencjalna przyszłość cywilizacji, jeśli ludzkość przetrwa do czasu, aż Ziemia przestanie być możliwa do zamieszkania z powodu rosnącej jasności Słońca. Szacunki dotyczące długości trwania tego okna czasowego obarczone są znaczną niepewnością: wahają się od 500 milionów do 1,3 miliarda lat
Wielkość populacji może kolejny raz dramatycznie wzrosnąć, jeśli pewnego dnia ruszymy ku gwiazdom. Nasze Słońce wytwarza miliardy razy więcej światła, niż dociera do Ziemi, w naszej galaktyce znajdują się dziesiątki miliardów innych gwiazd, a w naszym zasięgu pozostają miliardy innych galaktyk32. W odległej przyszłości może żyć zatem niewyobrażalnie więcej ludzi niż dzisiaj.
Jak wielu? Dokładne szacunki nie są ani możliwe, ani konieczne. Każde rozsądne przybliżenie wskazuje jednak, że liczba ta jest olbrzymia.
Żeby to zrozumieć, spójrzcie na poniższy diagram. Każdy ludzik reprezentuje dziesięć miliardów osób. Do tej pory żyło nas mniej więcej sto miliardów. Dzisiejsze pokolenie składa się z niemal ośmiu miliardów ludzi – pozwolę sobie to zaokrąglić do dziesięciu i przedstawię jako jednego ludzika.
A teraz pokażmy przyszłość. Rozważmy tylko scenariusz, w którym liczebność populacji jest wciąż na obecnym poziomie, a ludzie pozostają na Ziemi przez pięćset milionów lat. Oto wszyscy przyszli ludzie:
Zwizualizowanie tego w ten sposób pozwala nam przynajmniej zacząć dostrzegać, o jak wiele istnień toczy się gra. Ale w rzeczywistości nieco przyciąłem tę ilustrację. Pełna wersja zajęłaby dwadzieścia tysięcy stron – ponad sto razy więcej, niż ma ta książka – przy czym nadal każdy ludzik symbolizowałby dziesięć miliardów istnień, z których każde mogłoby być wspaniałe lub godne pożałowania.
Wcześniej sugerowałem, że dzisiejsza ludzkość jest jak nierozsądny nastolatek: większość życia wciąż jest przed nami, a decyzje, które teraz podejmiemy, będą miały kolosalne znaczenie dla naszej przyszłości. Tak naprawdę jednak ta analogia nie oddaje w pełni tego, z czym mamy do czynienia. Nastolatek zdaje sobie sprawę, ile mniej więcej będzie jeszcze żył. Oczekiwana długość życia ludzkości nie jest nam jednak znana. Jesteśmy więc bardziej nastolatkiem, który wie tylko, że równie dobrze może przypadkiem doprowadzić do swojej śmierci za kilka miesięcy, jak i żyć przez tysiąc lat. Gdybyście znaleźli się w takim położeniu, myślelibyście poważnie o długim życiu, jakie potencjalnie możecie mieć przed sobą, czy byście je zignorowali?
Sam ogrom przyszłości może przyprawiać o zawrót głowy. Zwykle myślenie „długofalowe” obejmuje nadchodzące lata, co najwyżej dekady. Nawet jednak jeśli przyjmiemy niskie wartości szacunków dotyczących przewidywanego okresu życia ludzkości, takie podejście będzie oznaczać przekonanie, że długofalowe planowanie powinno dotyczyć jutra, ale już nie tego, co będzie pojutrze.
Choć rozważania o przyszłości mogą być przytłaczające, to jeśli naprawdę zależy nam na przyszłych pokoleniach – jeśli wierzymy, że to prawdziwi ludzie, tak jak my zdolni do cierpienia i radości – mamy obowiązek zastanowić się, w jaki sposób możemy wpłynąć na świat, który zamieszkają.
Przyszłość może być ogromna. Może być również bardzo dobra – albo bardzo zła. Aby zrozumieć, jak dobra, przyjrzyjmy się postępom, jakie ludzkość poczyniła przez parę ostatnich stuleci. Dwieście lat temu średnia przewidywana długość życia człowieka wynosiła poniżej trzydziestu lat, dziś jest to siedemdziesiąt trzy lata33. W tamtych czasach ponad 80% ludzi żyło w skrajnej biedzie, dziś to mniej niż 10%34. Obecnie ponad 85% dorosłych umie czytać, dwieście lat temu odsetek ten wynosił zaledwie około 10%35.
Wspólnym wysiłkiem jesteśmy w stanie zarówno rozwijać te pozytywne tendencje, jak i zmieniać te negatywne, takie jak choćby dramatyczny wzrost emisji dwutlenku węgla czy liczba zwierząt cierpiących na fermach przemysłowych. Możemy zbudować świat, w którym wszyscy będą żyli jak najszczęśliwsi mieszkańcy najzamożniejszych obecnie krajów, świat, w którym nikt nie doświadcza ubóstwa, nikomu nie brakuje opieki medycznej i – na tyle, na ile to możliwe – wszyscy żyją tak, jak chcą.
Ale możemy osiągnąć jeszcze więcej – znacznie więcej. Najlepsze, czego doświadczyliśmy do tej pory, jest słabym prognostykiem tego, co jest możliwe. Wyobraźmy sobie bogatego Brytyjczyka żyjącego w 1700 roku – mężczyznę, który ma dostęp do najlepszego jedzenia, opieki medycznej i luksusów, jakie były wówczas osiągalne. Mimo swojej uprzywilejowanej pozycji z łatwością może umrzeć na ospę, syfilis albo tyfus. Jeśli potrzebuje operacji albo boli go ząb, leczenie jest bolesną męczarnią i niesie ze sobą poważne ryzyko infekcji. Jeśli mieszkuje w Londynie, oznacza to, że oddycha powietrzem siedemnaście razy bardziej zanieczyszczonym niż dzisiaj36. Podróżowanie w granicach samej tylko Wielkiej Brytanii zajmuje mu całe tygodnie, a znaczna część reszty planety jest całkowicie poza jego zasięgiem. Gdyby nawet wyobraził sobie przyszłość, w której większość ludzi jest równie bogata jak on, nie umiałby przewidzieć wielu rzeczy, które ułatwiają nam życie, takich jak elektryczność, anestezjologia, antybiotyki czy współczesne podróżowanie.
Życie ludzi zmieniło się na lepsze nie tylko za sprawą technologii; przemiany w zakresie moralności także miały znaczenie. W 1700 roku kobiety nie mogły studiować na wyższych uczelniach, a ruchy feministyczne nie istniały37. Jeśli ten zamożny Brytyjczyk był gejem, nie mógł kochać otwarcie, stosunki homoseksualne były bowiem karane śmiercią38. W tamtych czasach znaczna część światowej populacji pozostawała zniewolona, dziś dotyczy to mniej niż jednego procenta ludzkości39. W 1700 roku nikt nie żył w demokracji, dziś ponad połowa świata mieszka w krajach demokratycznych40.
Znaczną część postępu, który poczyniliśmy od 1700 roku, żyjącym wówczas ludziom bardzo trudno byłoby przewidzieć. A to jedynie trzysta lat. Na samej Ziemi ludzkość może przetrwać miliony stuleci. Prowadząc rozważania w takiej skali, i jednocześnie trzymając się poglądów na potencjał ludzkości zakotwiczonych w ustalonej współczesnej wersji naszego obecnego świata, ryzykujemy dramatycznym niedoszacowaniem tego, jak wspaniała może być przyszłość.
Przypomnijcie sobie najlepsze momenty waszego życia – pełne radości, piękna i energii, takie jak zakochanie się, osiągnięcie życiowego celu albo jakieś kreatywne olśnienie. Takie chwile są dowodem na to, co jest możliwe: wiemy, że życie może być przynajmniej tak dobre, jak wtedy. Ale z drugiej strony pokazują nam kierunek, w którym możemy podążyć – wiodą nas gdzieś, gdzie jeszcze możemy dotrzeć. Skoro najlepsze dni w moim życiu mogą być setki razy lepsze niż moja zwykle przyjemna, ale monotonna codzienność, to być może najlepsze dni ludzi przyszłości mogą być jeszcze setki razy lepsze.
Nie twierdzę, że wspaniała przyszłość jest prawdopodobna. Etymologicznie „utopia” oznacza „nie-miejsce” – i rzeczywiście, droga od teraz do jakiegoś idealnego przyszłego państwa jest bardzo krucha. Ale cudowna przyszłość nie jest również czystą fantazją. Lepszy świat mógłby być „eutopią”, „dobrym miejscem” – czymś, do czego warto dążyć. To przyszłość, którą – przy odpowiedniej cierpliwości i roztropności – nasi potomkowie rzeczywiście mogliby zbudować, jeśli tylko my wprowadzimy ich na właściwą ścieżkę.
Przyszłość może być cudowna, ale może też być potworna. Żeby się o tym przekonać, wystarczy wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby niektóre prądy przeszłości zdominowały świat i stały się głównymi rządzącymi nim siłami. Pomyślcie o Francji i Anglii, które do końca XII wieku praktycznie pozbyły się niewolnictwa, a mimo tego w epoce kolonialnej handlowały niewolnikami na masową skalę41. Albo o reżimach totalitarnych w połowie XX wieku wyrastających nawet na demokratycznym podłożu. Albo o tym, jak wykorzystaliśmy postęp naukowy, by stworzyć broń jądrową i fermy przemysłowe.
Dystopia jest równie możliwa, co eutopia. Możemy żyć w przyszłości, gdzie światem włada jeden globalny reżim totalitarny, gdzie nasza dzisiejsza jakość życia pozostaje jedynie odległym wspomnieniem dawno minionego Złotego Wieku albo gdzie trzecia wojna światowa doprowadziła do całkowitej zagłady cywilizacji. To, czy przyszłość będzie cudowna, czy koszmarna, przynajmniej w jakiejś części zależy od nas.
Nawet jeśli przyjmiecie do wiadomości, że przyszłość jest wielka i ważna, wciąż możecie sceptycznie odnosić się do naszych możliwości pozytywnego wpłynięcia na nią. Zgadzam się, że analizowanie długofalowych skutków naszych dzisiejszych działań jest bardzo trudne. Trzeba wziąć pod uwagę wiele czynników, które dopiero zaczynamy rozumieć. Celem, jaki postawiłem sobie przy pisaniu tej książki, jest jednak nie tyle wyciągnięcie ostatecznych wniosków na temat tego, co powinniśmy zrobić, ile pobudzenie dalszych badań w tej dziedzinie. Przyszłość jest tak istotna, że musimy przynajmniej spróbować się zastanowić, jak skierować ją na właściwe tory. Poza tym co nieco już wiemy.
Gdy spojrzymy w przeszłość, okaże się, że choć ludzi świadomie stawiających sobie odległe cele nie było zbyt wielu, mimo wszystko jednak istnieli – i część z nich odniosła zaskakujący sukces. Poeci tworzą jedną z takich grup. W Sonecie 18. („Czy mam przyrównać cię do dnia letniego”) Shakespeare zdaje sobie sprawę, że dzięki swojemu kunsztowi jest w stanie na wieczność zachować młodego człowieka, którego podziwia42.
Twe wieczne lato, a twe piękno czyste . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Żyj tu, wpleciony w strofy wiekuiste. Póki ma ludzkość wzrok, a w piersi tchnienie, Będzie żył wiersz ten, a w nim twe istnienie43.
Choć sonet ten został napisany w latach dziewięćdziesiątych XVI wieku, tradycja, do której nawiązuje, jest znacznie starsza44. Już w 23 roku p.n.e. rzymski poeta Horacy tak rozpoczynał odę kończącą zbiór swoich pieśni:45
Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiży, Od królewskich piramid sięgający wyżej; Ani go deszcz trawiący, ani Aquilony Nie pożyją bezsilne, ni lat niezliczony Szereg, ni czas lecący w wieczności otchłanie. Nie wszystek umrę, wiele ze mnie tu zostanie Poza grobem. Potomną sławą zawsze młody (…)46
To bardzo górnolotne twierdzenia, by nie powiedzieć więcej. Mimo tego trzeba przyznać, że próby osiągnięcia nieśmiertelności podejmowane przez tych twórców najwyraźniej się powiodły. Pamięć o nich przetrwała setki lat – w istocie z upływem lat coraz bardziej rozkwitają: dziś Shakespeare ma więcej czytelników niż w swoich czasach; to samo prawdopodobnie tyczy się Horacego. Póki w przyszłych pokoleniach narodzą się ludzie gotowi ponieść niewielki koszt związany z zachowaniem i powieleniem tych wierszy w jakiejś formie, dzieła ich twórców będą trwać wiecznie.
Inni pisarze także z powodzeniem odcisnęli swoje piętno na bardzo odległej przyszłości. Tukidydes napisał swoją Wojnę peloponeską w piątym stuleciu przed naszą erą47. Wielu uważa go za pierwszego historyka w dziejach Zachodu, który próbował wiernie oddać przebieg wydarzeń i przeanalizować ich przyczyny48. Miał poczucie, że opisuje prawdy ogólne – celowo przedstawiał fakty tak, by mogły służyć przyszłym pokoleniom:
Jeśli chodzi o słuchaczy, to dzieło moje, pozbawione baśni, wyda im się może mniej interesujące, lecz wystarczy mi, jeśli uznają je za pożyteczne ci, którzy będą chcieli poznać dokładnie przeszłość i wyrobić sobie sąd o takich samych lub podobnych wydarzeniach, jakie zgodnie ze zwykłą koleją spraw ludzkich mogą zajść w przyszłości. Dzieło moje jest bowiem dorobkiem o nieprzemijającej wartości, a nie utworem dla chwilowego popisu49.
Dzieło Tukidydesa po dziś dzień nie straciło na swoim ogromnym znaczeniu: jest obowiązkową lekturą w akademiach wojskowych West Point i Annapolis oraz w US Naval War College50. Podtytuł wydanej w 2017 roku i szeroko komentowanej książki politologa Grahama Allisona Destined for War brzmiał: Czy Ameryka i Chiny są w stanie uciec przed pułapką Tukidydesa?. Allison bierze obserwacje Tukidydesa na temat relacji między starożytnymi Atenami i Spartą za wzór dla swojej analizy współczesnych stosunków między USA a Chinami. O ile mi wiadomo, Tukidydes jest pierwszą osobą w spisanych dziejach, która świadomie i z powodzeniem dążyła do wywarcia długofalowego wpływu na przyszłe pokolenia.
Przykładem bliższym nam historycznie są ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych. Konstytucja Stanów Zjednoczonych liczy sobie niemal dwieście pięćdziesiąt lat i przez większość tego czasu pozostawała niezmienna. Jej uchwalenie miało kolosalne długofalowe znaczenie i wielu spośród ojców założycieli było tego w pełni świadomych. John Adams, drugi prezydent USA, skomentował to następująco: „Instytucje, które teraz powstają w Ameryce, jeszcze przez tysiące lat nie znikną całkowicie. Jest zatem sprawą najwyższej wagi, by rozpoczęły swe działanie właściwie. Jeśli teraz obiorą zły kierunek, nie będą w stanie wrócić – chyba że przez przypadek – na właściwe tory”51.
Benjamin Franklin zyskał sobie opinię człowieka tak przekonanego o dobrej kondycji i długowieczności Stanów Zjednoczonych, że w 1784 roku pewien francuski matematyk uczynił z tego przedmiot przyjacielskiej satyry: zasugerował Franklinowi, że jeśli ten rzeczywiście do tego stopnia szczerze wierzy w powodzenie kraju, powinien zainwestować pieniądze tak, by dzięki korzyściom z procentu składanego można było nimi opłacić przyszłe projekty społeczne52. Franklin uznał, że to świetny pomysł, i w 1790 roku zainwestował po tysiąc funtów (około stu trzydziestu pięciu tysięcy dzisiejszych dolarów) na rzecz Bostonu i Filadelfii – trzy czwarte funduszy miało zostać wypłacone po stu latach, pozostała zaś część po dwustu. Do 1990 roku, gdy pieniądze te zostały ostatecznie rozdysponowane, jego darowizna urosła do niemal pięciu milionów dolarów dla Bostonu i dwóch milionów trzystu tysięcy dolarów dla Filadelfii53.
Wpływ na ojców założycieli miały idee zrodzone niemal dwa tysiące lat przed ich narodzeniem. Ich poglądy na temat podziału władzy nawiązywały do pism Locke’a i Monteskiusza, którzy z kolei czerpali z pochodzącej z drugiego stulecia przed naszą erą analizy rzymskich rządów pióra Polibiusza54. Wiemy także, że kilku ojców założycieli znało prace Polibiusza55.
Aby odcisnąć przewidywalny ślad na długofalowej przyszłości, nie musimy być dziś równie wpływowi jak Tukidydes czy Franklin. W rzeczywistości robimy to cały czas. Jeździmy samochodami i latamy samolotami, emitując w ten sposób gazy cieplarniane o szalenie długotrwałych skutkach: potrzeba setek tysięcy lat, by w wyniku procesów naturalnych stężenie dwutlenku węgla wróciło do poziomu z epoki preindustrialnej56. O tego rodzaju skali czasowej mówi się zwykle w przypadku odpadów radioaktywnych57. W przeciwieństwie jednak do odpadów z elektrowni jądrowych, które starannie przechowujemy i planowo zakopujemy, produkty uboczne produkcji energii z paliw kopalnych po prostu wypuszczamy w atmosferę58.
W niektórych przypadkach geofizyczny wpływ tego ocieplenia z czasem raczej narasta niż „się wypłukuje”59. Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (ang. Intergovernmental Panel on Climate Change, IPCC) przewiduje, że w scenariuszu średnich i niskich emisji, który dziś powszechnie uznaje się za najbardziej prawdopodobny, do końca stulecia poziom morza podniesie się o siedemdziesiąt pięć centymetrów60 i będzie się podnosił jeszcze długo po 2100 roku. Po dziesięciu tysiącach lat poziom morza będzie o dziesięć do dwudziestu metrów wyższy niż dziś61. Hanoi, Szanghaj, Kalkuta, Tokio i Nowy Jork najprawdopodobniej znajdą się pod wodą62.
Zmiany klimatu pokazują długofalowe konsekwencje dzisiejszych działań. Zarazem udowadniają jednak, że czyny zorientowane na daleką przyszłość nie muszą oznaczać ignorowania potrzeb tych, którzy żyją obecnie. Możemy zadbać o przyszłość, doskonaląc teraźniejszość.
Przejście na czystą energię będzie miało ogromny pozytywny wpływ na nasze dzisiejsze zdrowie. Spalanie paliw kopalnych powoduje zanieczyszczanie powietrza małymi cząsteczkami, które wywołują raka płuc, choroby serca i infekcje dróg oddechowych63, doprowadzając każdego roku do przedwczesnej śmierci około trzech milionów sześciuset tysięcy osób64. Nawet w Unii Europejskiej, która na tle świata jest stosunkowo mało zanieczyszczona, zanieczyszczenie powietrza związane ze spalaniem paliw kopalnych kosztuje każdego obywatela średnio rok życia65.
Dekarbonizacja – proces zastępowania paliw kopalnych czystszymi źródłami energii – niezależnie od długotrwałego pozytywnego wpływu na klimat przynosi zatem znaczne i natychmiastowe korzyści dla zdrowia. Gdy weźmiemy pod uwagę zanieczyszczenie powietrza, szybka dekarbonizacja światowej ekonomii okaże się uzasadniona już choćby z samych względów zdrowotnych66.
Rysunek 1.4. Liczba zgonów na terawatogodzinę wyprodukowanej energii pochodzącej z różnych źródeł; wykres obejmuje zarówno zgony spowodowane wypadkami, jak i zanieczyszczeniem powietrza, ale nie te związane ze zmianami klimatu. Wartości dotyczące energii jądrowej obejmują ofiary wypadków w Czarnobylu i Fukushimie; przedstawiony zakres wynika z różnych szacunków dotyczących długofalowych efektów ekspozycji na niskie promieniowanie – więcej szczegółów na whatweowethefuture.com/notes. Szacunki dotyczące innych źródeł energii opierają się na danych z Europy
Dekarbonizacja jest zatem opłacalna zarówno w długiej, jak i w krótkiej perspektywie. Tak naprawdę zaś promowanie innowacji w pozyskiwaniu czystej energii – słonecznej, wiatrowej, jądrowej nowej generacji czy z paliw alternatywnych – daje nam przewagę także na innych frontach. Obniżając koszty energii, innowacje takie podnoszą standardy życia w biedniejszych krajach. Jednocześnie przez zachowanie paliw kopalnych w ziemi zabezpieczają nas przed ryzykiem nieodwracalnej zapaści (będę o tym mówił w rozdziale szóstym), a stanowiąc bodziec do rozwoju technologicznego, zmniejszają niebezpieczeństwo długofalowej stagnacji (powiem o tym w rozdziale siódmym). Korzyści z każdej strony.
Dekarbonizacja to test dla longtermizmu. Innowacje dotyczące czystej energii są tak jednoznacznie dobre i jednocześnie pozostawiają tak wielkie pole do udoskonaleń, że uważam je za punkt odniesienia, z którym można porównywać wszelką inną działalność longtermistyczną. To wysoko zawieszona poprzeczka.
Nie jest to jednak jedyna metoda wywierania długofalowego wpływu. Pozostała część tej książki jest próbą systematycznego wyłożenia sposobów, w jakie możemy pozytywnie oddziaływać na odległą przyszłość – przemiany moralne, roztropne zarządzanie rozwojem sztucznej inteligencji, zapobieganie projektowanym epidemiom oraz odsuwanie w czasie technologicznej stagnacji są przynajmniej tak samo istotne, a często zdecydowanie bardziej zaniedbywane.
Pogląd, że mamy wpływ na odległą przyszłość i że stawka może być aż tak wysoka, może wydawać się zbyt szalony, by był prawdziwy. Początkowo tak właśnie sądziłem67.
Uważam jednak, że szaleństwo longtermizmu wywodzi się nie tyle z leżących u jego podstaw przesłanek moralnych, ile z wyjątkowości czasów, w jakich żyjemy68.
Dane nam jest żyć w czasach, w których jesteśmy świadkami niebywałej liczby zmian. Aby się o tym przekonać, zastanówmy się nad tempem globalnego wzrostu gospodarczego, które w ostatnich dekadach wyniosło średnio 3% w skali roku69. Z historycznego punktu widzenia to sytuacja bez precedensu. Przez pierwsze dwieście dziewięćdziesiąt tysięcy lat istnienia ludzkości wskaźnik ten oscylował wokół zera; w epoce agrarnej wzrósł do około 0,1% i przyspieszył po rewolucji przemysłowej. Dopiero w ostatnim stuleciu gospodarka światowa rosła w tempie ponad 2% rocznie. Ujmę to inaczej: począwszy od 10 000 roku p.n.e. potrzeba było wielu setek lat, by podwoić wielkość światowej gospodarki – ostatnie podwojenie zaś zajęło ich zaledwie dziewiętnaście70. Nie tylko zresztą wskaźniki wzrostu ekonomicznego są historycznie niezwykłe – to samo dotyczy zużycia energii, emisji dwutlenku węgla, zmian w sposobie użytkowania gruntów, postępu naukowego i prawdopodobnie również przemian moralnych71.
Rysunek 1.5. Światowa produkcja gospodarcza od 1 roku n.e.
Wiemy już, że w porównaniu z przeszłością epoka współczesna jest absolutnie niezwykła. Jest również jednak niezwykła w porównaniu z przyszłością. Tak wysokie wskaźniki wzrostu nie mogą trwać wiecznie, nawet jeśli uda nam się całkowicie oddzielić wzrost od emisji dwutlenku węgla i nawet jeśli wyruszymy do gwiazd. By się o tym przekonać, wyobraźmy sobie, że przyszły wzrost gospodarczy nieco zwolni – do około 2% rocznie72. W takim przypadku za dziesięć tysięcy lat gospodarka światowa byłaby 1086 razy większa niż dzisiaj – produkowalibyśmy sto bilionów bilionów bilionów bilionów bilionów bilionów bilionów razy więcej niż obecnie. W odległości dziesięciu tysięcy lat świetlnych od Ziemi jest jednak mniej niż 1067 atomów73. Gdyby więc obecne tempo wzrostu utrzymało się choćby przez dziesięć tysiącleci, nasza zdolność produkcyjna w porównaniu z dzisiejszą musiałaby wzrosnąć dziesięć milionów bilionów razy w zasadzie na każdy atom w naszym zasięgu. To po prostu wydaje się niemożliwe, choć oczywiście nie możemy tego wykluczyć74.
Ludzkość może przetrwać przez następne miliony, może nawet miliardy. Ale tempo zmian współczesnego świata nie utrzyma się dłużej niż tysiące lat. Oznacza to, że żyjemy w wyjątkowym rozdziale historii ludzkości. W porównaniu z przeszłością i przyszłością w każdej dekadzie naszego życia doświadczamy w najwyższym stopniu niezwykłej liczby gospodarczych i technologicznych przemian. Niektóre z tych zmian – jak choćby wynalezienie sposobów zasilania paliwami kopalnymi, broni jądrowej, modyfikowanych patogenów czy zaawansowanej sztucznej inteligencji – mogą mieć wpływ na cały dalszy bieg dziejów.
Nie tylko tempo zmian jest niebywałe. Utrzymujemy ze sobą także wyjątkowy kontakt75. Przez ponad pięćdziesiąt tysięcy lat byliśmy podzieleni na wiele różnych grup; najzwyczajniej w świecie nie było sposobu, by ludzie zamieszkujący Afrykę, Europę, Azję i Australię komunikowali się ze sobą76. Między 100 rokiem p.n.e. a 150 rokiem n.e. Cesarstwo Rzymskie i dynastia Han miały pod swoim panowaniem po około 30% światowej populacji każde, a mimo to niemal nic o sobie wzajemnie nie wiedziały77. Nawet w granicach jednego imperium jego obywatele mieli bardzo ograniczone możliwości porozumiewania się z kimś mieszkającym bardzo daleko.
W przyszłości, jeśli zasiedlimy gwiazdy, nastąpi podobne odseparowanie. Galaktyka przypomina archipelag, składający się z maleńkich punkcików ciepła rozsianych po olbrzymich przestrzeniach pustki. Gdyby Droga Mleczna była wielkości Ziemi, nasz system słoneczny miałby średnicę dziesięciu centymetrów, a od sąsiadów dzieliłyby go setki metrów. Najszybsza możliwa komunikacja między dwoma skrajnymi punktami galaktyki zajęłaby sto tysięcy lat – by porozmawiać z naszym najbliższym sąsiadem, potrzebowalibyśmy niemal dziewięciu78.
W istocie, jeśli ludzkość wystarczająco się rozprzestrzeni i przetrwa odpowiednio długo, w końcu jakakolwiek łączność między jednym odłamem cywilizacji a drugim stanie się niemożliwa. Wszechświat składa się z milionów grup galaktyk79 – naszą własną nazywamy po prostu Grupą Lokalną. Galaktyki zaliczane do danej grupy znajdują się wystarczająco blisko siebie, by siła grawitacji wiązała je ze sobą na wieczność80. Jednakże ponieważ wszechświat się rozszerza, ostatecznie grupy zostaną od siebie oderwane: za sto pięćdziesiąt miliardów lat nawet światło nie będzie w stanie między nimi podróżować81.
To, że nasz moment w dziejach jest tak niezwykły, daje nam ogromne możliwości, by coś zmienić. Bardzo niewielu ludzi, którzy kiedykolwiek żyli lub będą żyć na Ziemi, miało lub będzie mieć równie wielką szansę, by pozytywnie wpłynąć na przyszłość. Tak szybkie przemiany technologiczne, społeczne i środowiskowe dają nam więcej sposobności oddziaływania na to, jak i kiedy dojdzie do najistotniejszych z nich: dotyczy to między innymi możliwości kierowania postępem technologicznym, który mógłby utrwalić niewłaściwe wartości lub zagrozić naszemu przetrwaniu. Obecne zjednoczenie cywilizacji oznacza, że niewielkie grupy są w stanie oddziaływać na całość. Nowe idee nie ograniczają się do jednego kontynentu – mogą rozprzestrzenić się po całym świecie w ciągu kilku minut, a nie stuleci.
W dodatku z faktu, że wszystkie te zmiany zaszły tak niedawno, wynika także, że znajdujemy się w stanie nierównowagi: społeczeństwo nie przybrało jeszcze stabilnej formy i wciąż mamy szansę wpłynąć na to, w jakim kształcie ostatecznie zastygnie. Wyobraźcie sobie gigantyczną kulę toczącą się szybko po wyboistym terenie. Po jakimś czasie wytraci ona pęd i zwolni, osiadając na dnie jakiejś dolinki czy rozpadliny. Cywilizacja przypomina taką kulę: póki jeszcze jest w ruchu, nawet niewielkie popchnięcie może wpłynąć na to, w jakim kierunku się poturla i gdzie koniec końców się zatrzyma.
ROZDZIAŁ 2
Możecie kształtować bieg historii
Ludzie od dziesiątek tysięcy lat dokonują wyborów mających długofalowe skutki. Zastanówcie się: dlaczego Afryka jest domem dla znacznie większej liczby gatunków megafauny – wielkich zwierząt takich jak żyrafy czy słonie – niż reszta świata?82 Być może myślicie – tak jak ja, zanim zacząłem zgłębiać ten temat – że to musi mieć jakiś związek ze specyfiką tamtejszego środowiska naturalnego. Ale to nieprawda. Pięćdziesiąt tysięcy lat temu przedstawiciele bardzo różnorodnej megafauny przemierzali całą planetę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. OpenAI 2022. [wróć]
2. Hu 2023. [wróć]
3. Roser 2023. [wróć]
4. Dane z Stockholm International Peace Research Institute. [wróć]
5. Prywatna rozmowa z Clean Air Task Force (CATF); zob. również badania Founders Pledge na temat wpływu CATF (Halstead 2020). [wróć]
6. Rudner, Toner 2021. [wróć]
7. Welch i in. 2018. [wróć]
8. Ten eksperyment myślowy pochodzi z “Te Funnel of Human Experience” (lej ludzkiego doświadczenia) Georgii Ray (Ray 2018). Wielu komentatorów zwracało mi także uwagę na oparte na tych samych przesłankach opowiadanie The Egg Andy’ego Weira (2009). [wróć]
9. Idea „pierwszego człowieka” to oczywiście rodzaj licentia poetica: nie istnieje żadna sztywna granica oddzielająca Homo sapiens od naszych przodków. Co więcej, nie jest do końca jasne nawet to, czy „my” powinno obejmować wyłącznie Homo sapiens: wcześni ludzie mieszali się z neandertalczykami i denisowianami (L. Chen i in. 2020). Kwestie te jednak nie wpłynęłyby na wyniki tego eksperymentu. Choć czasem mówi się, że specjacja Homo sapiens miała miejsce dwieście tysięcy lat temu, to według obecnego konsensusu naukowego doszło to tego przed trzystu tysiącami lat (Galway-Witham, Stringer 2018; Hublin i in. 2017; Schlebusch i in. 2017; prywatna rozmowa z Marlize Lombard, Chrisem Stringerem i Mattiasem Jakobssonem, 26.04.2021). [wróć]
10. Najdokładniejsze oszacowania mówią o stu siedemnastu miliardach (Kaneda, Haub 2021). [wróć]
11. Te i podobne twierdzenia bazują na połączeniu szacunków dotyczących liczebności całej ludzkiej populacji (Kaneda, Haub 2021) oraz tych odnoszących się do długości życia w różnych okresach (Finch 2010; Galor, Moav 2005; H. Kaplan i in. 2000; Riley 2005; UN 2019c; WHO 2019, 2020). Należy traktować je w przybliżeniu. [wróć]
12. Liczby te, oparte na moich pobieżnych kalkulacjach, pełnią funkcje czysto ilustracyjne. Prawdziwe dane – gdybyśmy nimi dysponowali – prawdopodobnie nieco by się od nich różniły. Więcej na whatweowethefuture.com/notes. [wróć]
13. Niewolnictwo nie występuje wśród dzisiejszych społeczności, które w literaturze (błędnie) określa się mianem „prostych” – wysoce egalitarnych wspólnot łowiecko-zbierackich, które przypuszczalnie najbardziej przypominają społeczeństwa przedrolnicze (Kelly 2013, rozdział 9). Prawdopodobnie rozprzestrzeniło się ono dopiero po pojawieniu się osiadłych społeczności powstałych w wyniku rewolucji agrarnej. Począwszy od tego momentu, wszystkie szacunki dotyczące wielkości zniewolonego odsetka populacji z konieczności w pewnej mierze oparte są na domysłach. Dowody, którymi dysponujemy, wskazują jednak, że w wielu społecznościach rolniczych niewolnicy stanowili między 10% a 20% populacji. Przykładowo w II wieku w Korei odsetek ten sięgał nawet jednej trzeciej populacji, w niektórych rejonach Tajlandii i Birmy od XVII do XIX wieku i na przełomie XIX i XX wieku – między jedną czwartą a jedną trzecią. W czasach Cesarstwa Rzymskiego między 25% a 40% całkowitej populacji Wiecznego Miasta wiodło swoje życie w niewoli, podobnie jak około jednej trzeciej populacji starożytnych Aten. W 1790 roku niewolnicy stanowili około 18% populacji Ameryki (Bradley 2011; Campbell 2004, s. 163; Campbell 2010; D. B. Davis 2006, s. 44; Hallet 2007; Hunt 2010; Joly 2007; Patterson 1982, dodatek C; J. P. Rodriguez 1999, s. 16–17; Steckel 2012). Niewolnictwo zostało zniesione na świecie w XIX i XX wieku. Próba oszacowania odsetka populacji, który posiadał niewolników, w podobnej mierze opiera się na domniemaniach, ale rozsądne wydaje się założenie, że był on proporcjonalny do odsetka zniewolonych. Jeśli niewolnicy stanowili jedną czwartą danej populacji, można z dużą dozą pewności domniemywać, że ich posiadaczami była najbogatsza jedna czwarta społeczeństwa. Przykładowo, w latach trzydziestych XIX wieku na amerykańskim Południu było około dwóch milionów zniewolonych i – według jednego z badań – dwieście dwadzieścia cztery tysiące właścicieli niewolników. Dane te opierają się jednak na założeniu, że tylko jedna osoba w badanym gospodarstwie domowym powinna być uważana za posiadacza niewolników, podczas gdy zapewne powinniśmy wliczać w to wszystkich mieszkańców. Gdyby wziąć pod uwagę, że w skład takiego gospodarstwa przypuszczalnie wchodziło ponad pięć osób, na jednego właściciela przypadałoby około dwóch niewolników (R. Fry 2019; Lightner, Ragan 2005; O’Neill 2021b). Na amerykańskim Południu stosunek liczby właścicieli do liczby niewolników był przy tym prawdopodobnie wysoki z historycznego punktu widzenia. [wróć]
14. Zob. whatweowethefuture.com/notes. [wróć]
15. W tej wersji tego eksperymentu myślowego żylibyście do końca życia wszystkich obecnie żyjących ludzi, ale nie dłużej. Biorę tu przy tym pod uwagę obecną większą spodziewaną długość życia – gdybyśmy patrzyli jedynie na liczbę ludzi, nie przejmując się tym, jak długo żyją, żyjące dziś osoby stanowiłyby około 7% tych, którzy żyli przed nimi (Kaneda, Haub 2021). Gdybyśmy z kolei liczyli tylko do dnia dzisiejszego – zamiast do końca ich spodziewanego życia – liczba ta byłaby bliższa 6%, ponieważ wielu żyjących ludzi ma jeszcze sporo lat przed sobą. [wróć]
16. Zob. whatweowethefuture.com/notes. [wróć]
17. Gdybyśmy zdołali utrzymać liczebność populacji na obecnym poziomie do końca okresu zamieszkiwalności Ziemi, „sekundy” byłyby odpowiednią miarą czasu. Jeśli zaś zasiedlimy inne układy słoneczne lub w inny sposób ogromnie zwiększymy liczebność populacji albo długość istnienia cywilizacji, będziemy mówić raczej o maleńkich ułamkach sekund. Nie jest wykluczone, że doświadczenie wszystkich zmarłych i obecnie żyjących ludzi mogłoby odpowiadać odcinkowi czasu krótszemu nawet niż najkrótszy kiedykolwiek zmierzony – 2,47 zeptosekundy, czyli 2,47 × 10-19 sekundy (Grundmann i in. 2020), o wiele rzędów wielkości mniejszemu niż czas zajścia w waszych oczach reakcji chemicznej na światło inicjującej przesłanie sygnału szlakiem neuronalnym (Weiner 2009). Byłoby tak na przykład wówczas, gdyby przez setki bilionów lat (aż do końca epoki powstawania gwiazd) każda ze stu miliardów gwiazd (dolna granica typowych oszacowań liczby gwiazd w naszej galaktyce) dostarczała energii dziesięciu miliardom ludzi (w przybliżeniu obecna liczba ludzi na świecie). [wróć]
18. Zob. https://www.givingwhatwecan.org/. [wróć]
19. To zmodyfikowany przykład z Reasons and Persons (Parfit 1984, s. 315) (źródło w języku polskim: Parfit Derek, Racje i osoby, tł. K. Kumaniecki, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2013) [wróć]
20. Choć często podaje się, że to starożytne przysłowie chińskie lub greckie, jego prawdziwe pochodzenie jest nieznane. [wróć]
21.Constitution of the Iroquois Nations 1910. [wróć]
22. Lyons 1980, s. 173. [wróć]
23. Mimo wszystko warto zauważyć, że troska o przyszłe pokolenia może być również motywowana pewnego rodzaju wzajemnością. Choć działalność ludzi przyszłości nie przynosi nam zysków, czerpiemy ogromne korzyści z czynów naszych przodków: jemy owoce roślin, które uprawiali przez tysiąclecia, polegamy na wiedzy medycznej, którą rozwijali przez setki lat, żyjemy w systemach prawnych ukształtowanych przez niezliczone reformy, o które walczyli. Być może zatem mamy powody, by „spłacać nasz dług z góry” i przysłużyć się z kolei następnym pokoleniom. [wróć]
24. W słynnym solilokwium Hamleta „nieodkryta kraina” (ang. undiscovered country) odnosi się do życia po śmierci: „Obawa tego obcego nam kraju, / Skąd nikt nie wraca, nie wątliła woli / I nie kazała nam pędzić dni raczej / W złu już wiadomym niż uchodząc przed nim, / Popadać w inne, którego nie znamy” (W. Shakespeare, Hamlet, przeł. Józef Paszkowski, PIW, Warszawa 1976). Dostosowując (i naturalizując) tę metaforę, tak by odnosiła się do przyszłości, idę w ślady klingońskiego kanclerza Gorkona ze Star Trek VI: The Undiscovered Country (pol. Star Trek VI: Wojna o pokój). [wróć]
25. Powszechnie przyjęte szacunki mówią o okresie od 2,5 (Strait 2013, s. 42) do 2,8 miliona lat (DiMaggio i in. 2015). [wróć]
26. Özkan i in. 2002, s. 1797; Vigne 2011. Więcej informacji o pierwszych miastach online. [wróć]
27. Barnosky i in. 2011, s. 3; Lawton, May 1995, s. 5; Ord 2020, s. 83–85; Proença, Pereira 2013, s. 168. [wróć]
28. Nie twierdzę tu bynajmniej, że żadne zwierzę poza ludźmi nie jest zdolne do abstrakcyjnego rozumowania, długoterminowego planowania czy używania narzędzi. Istnieje wiele dowodów na to, że niektóre gatunki najwyraźniej są w stanie planować na godziny czy nawet dni do przodu (na przykład: Clayton i in. 2003; W. A. Roberts 2012), dobrze udokumentowane jest także wytwarzanie i używanie narzędzi przez małpy człekokształtne (Brauer, Call 2015; Mulcahy, Call 2006). Poznanie zwierzęce jest przedmiotem zarówno trwających badań empirycznych, jak i żywych filozoficznych sporów (zob. Andrews, Monsó 2021). [wróć]
29. Szacunki dotyczące tego, ile jeszcze będzie świecić Słońce, wahają się od czterech i pół miliarda lat (Bertulani 2013) do sześciu miliardów czterystu milionów lat (Sackmann i in. 1993), choć najczęstszym podawanym przybliżeniem jest pięć miliardów lat. Ściślej rzecz ujmując, liczby te wskazują czas, po którym cały wodór w jądrze Słońca ulegnie wypaleniu – wtedy nasza gwiazda przestanie być, mówiąc językiem astronomów, gwiazdą „ciągu głównego”. Nadal jedna będzie „świecić”, czyli generować energię z fuzji jądrowej wodoru w hel, przy czym będzie się to działo raczej w jej zewnętrznych warstwach niż w jądrze. Kiedy już na dwa do trzech miliardów lat zmieni się w czerwonego olbrzyma, fuzja jądrowa ponownie wróci do jądra – tym razem atomy helu będą łączyć się w węgiel i tlen – i dopiero po tym ostatecznym helowym rozbłysku, za mniej więcej osiem miliardów lat, Słońce zgaśnie całkowicie. Dane dotyczące typowych narodzin gwiazd pochodzą z: F. C. Adams, Laughlin 1997, s. 342 Dziękuję Toby’emu Ordowi za uświadomienie mi, jak długo będą świecić niektóre gwiazdy. W swojej najnowszej książce, która ma się niebawem ukazać, Grand Futures, Anders Sandberg zauważa, że nawet po tym, jak gwiazdy te zakończą życie, wciąż będą istnieć inne, bardziej egzotyczne źródła energii, które będzie można wykorzystać, jak choćby czarne dziury. To mogłoby przedłużyć czas trwania cywilizacji poza wskazywany tu milion bilionów lat. [wróć]
30. Wolf i Toon (2015, s. 5792) szacują, że „fizjologiczne ograniczenia ludzkiego ciała każą przypuszczać, że Ziemia przestanie być zamieszkiwalna dla człowieka za ~1,3 Gyr [1,3 miliarda lat]”; Bloh (2008, s. 597) przewiduje dla nas nieco krótsze okienko, twierdząc, że „życie złożonych organizmów wielokomórkowych i eukariotów zakończy się, odpowiednio, za około 0,8 Gyr i 1,3 Gyr”. Ja jestem zwolennikiem jeszcze bardziej zachowawczych oszacowań – daję ludzkości jakieś pięćset milionów lat z powodu znacznej niepewności dotyczącej momentu i stopnia prawdopodobieństwa zajścia pewnych kluczowych zdarzeń – takich jak śmierć z powodu niedoboru dwutlenku węgla czy „niekontrolowanego efektu cieplarnianego prowadzącego do wyparowania oceanów – oraz faktu, że kwestia, na ile ograniczyłyby one zamieszkiwalność Ziemi, pozostaje otwarta (analiza tego, jak różne czynniki wpływają na zamieszkiwalność różnych typów planet, zob. Heath, Doyle [2009]). Więcej na whatweowethefuture.com/notes. [wróć]
31. Zob. whatweowethefuture.com/notes. [wróć]
32. W naszej galaktyce, Drodze Mlecznej, jest od stu miliardów do czterystu miliardów gwiazd. Liczba tych pozostających w naszym zasięgu według Armstronga i Sandberga (2013, s. 9) wynosi cztery miliardy trzysta milionów, Ord (2017, s. 21) twierdzi zaś, że „na dostępny wszechświat składa się około 20 miliardów galaktyk, czyli w sumie między 1021 a 1023 gwiazd (o średniej masie wynoszącej połowę masy Słońca)”. [wróć]
33. Cytowane tu liczby dotyczą oczekiwanej długości życia przy urodzeniu (Roser 2018). Ponieważ na początku XIX wieku około 43% dzieci na świecie umierało przed piątymi urodzinami (Rosner 2019), ktoś, kto dożył takiego wieku, mógł się spodziewać, że dożyje około pięćdziesięciu lat. Weźcie także pod uwagę, że te siedemdziesiąt trzy lata niekoniecznie są najlepszą prognozą długości życia kogoś urodzonego dzisiaj: liczby, które przytaczam, dotyczą tak zwanej „długości życia przy urodzeniu”, która z definicji nie bierze pod uwagę przyszłych trendów. Jeśli na przykład w medycynie i publicznej opiece zdrowotnej nastąpi dalszy postęp, człowiek urodzony dzisiaj powinien w rzeczywistości spodziewać się, że będzie żył dłużej niż te siedemdziesiąt trzy lata; z drugiej strony, jeśli w międzyczasie pojawi się nowa śmiertelna choroba albo znaczny odsetek populacji zostanie zmieciony z powierzchni ziemi przez jakąś wielkoskalową katastrofę, dzisiejszy noworodek będzie prawdopodobnie żył krócej, niż wynosi jego oczekiwana długość życia przy urodzeniu. [wróć]
34. Szacuje się, że w 1820 roku około 83,9% światowej populacji utrzymywało się za dzienny dochód mający mniejszą siłę nabywczą – po uwzględnieniu inflacji i różnic w cenach między krajami – niż jeden dolar amerykański z 1985 roku (Bourguignon, Morrisson 2002, tabela 1, s. 731, 733). W 2002 roku, kiedy to Bourguignon i Morrisson opublikowali swój przełomowy artykuł na temat historii światowego rozkładu dochodów, tyle wynosił międzynarodowy próg ubóstwa szacowany przez Bank Światowy, zwykle wykorzystywany do definiowania skrajnej biedy. Od tamtego czasu Bank Światowy zaktualizował swoje wskazania – dziś próg ubóstwa to dzienny dochód odpowiadający 1,9 dolara amerykańskiego z 2011 roku. Według tej nowej definicji w 2016 roku z powodu skrajnego ubóstwa cierpiało mniej niż 10% światowej populacji; choć pandemia COVID-19 w tragiczny sposób załamała wieloletni, coroczny trend spadkowy, odsetek ten nadal nie przekroczył jednak 10% (World Bank 2020). Mimo że zakres, w jakim stare i nowe granice ubóstwa się pokrywają, jest często przedmiotem debaty, moim zdaniem fakt, że odsetek światowej populacji dotknięty skrajnym ubóstwem drastycznie zmalał, nie podlega dyskusji. W żaden sposób nie zmienia to faktu, że przed nami wciąż długa droga do wyeliminowania biedy; przykładowo, nadal ponad 40% ludzkości żyje za mniej niż 5,5 dolara na dzień (znów w porównaniu z dolarem amerykańskim z 2011 roku, po uwzględnieniu inflacji i różnic cenowych). [wróć]
35. Roser, Ortiz-Ospina 2016. [wróć]
36. Our World in Data 2017a. Więcej na whatweowethefuture.com/notes. [wróć]
37. Istnieje kilka anegdotycznych doniesień o kobietach, które otrzymały stopnie naukowe lub wykładały na uniwersytetach przed 1700 rokiem, ale ich życie jest zwykle słabo udokumentowane. Więcej na whatweowethefuture.com/notes. [wróć]
38.
