Ciało w procesie psychoterapii Gestalt - James Kepner - ebook

Ciało w procesie psychoterapii Gestalt ebook

James Kepner

0,0

Opis

Po latach wraca jedna z najważniejszych książek poświęconych relacji między ciałem a psychoterapią.

„Ciało w procesie psychoterapii” Jamesa Kepnera to ceniona publikacja, która pokazuje, że doświadczenia emocjonalne, traumy i sposoby budowania relacji zapisują się nie tylko w psychice, lecz także w ciele. Autor, łącząc praktykę terapeutyczną z podejściem gestalt, prowadzi czytelnika przez fascynujący świat cielesnego wymiaru terapii. Wyjaśnia, jak napięcia, postawa, oddech i ruch mogą stać się kluczem do głębszego rozumienia siebie oraz skuteczniejszej pracy terapeutycznej.

Nowe wydanie to okazja, by na nowo odkryć książkę, która zainspirowała pokolenia psychoterapeutów, studentów i wszystkich zainteresowanych związkiem między ciałem a emocjami.
To lektura aktualna bardziej niż kiedykolwiek – w czasach rosnącej świadomości znaczenia uważności, regulacji emocji i pracy z doświadczeniem zapisanym w ciele.
Klasyka psychoterapii somatycznej powraca – by przypomnieć, że ciało nie tylko odzwierciedla nasze przeżycia, ale także może stać się drogą do zmiany i uzdrowienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 444

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Originally published as: BODY PROCESS. WORKING WITH THE BODY IN PSYCHOTHERAPY

Copyright © 1999 Gestalt Institute of Cleveland Press/GestaltPress;

Copyright © for this edition by Oficyna Związek Otwarty 2026

Copyright © for the Polish translation 1991 by Elżbieta Knoll

Redakcja: Aleksandra Małek

Korekta: Joanna Wysłowska

Opieka redakcyjna: Anna Bal

Projekt okładki, skład i łamanie tekstu: Paweł Sky

Wydanie I

ISBN 978-83-978541-6-1

Warszawa 2026

Oficyna Związek Otwarty

www.oficynazwiazekotwarty.pl

[email protected]

WSTĘP DO WYDANIA POLSKIEGO

Ciało w procesie psychoterapii Jamesa Kepnera to książka, która towarzyszy mi od początku mojej drogi zawodowej. Była jedną z pierwszych, z których poznawałam podstawy modalności Gestalt – pamiętam, jak robiłam staranne notatki i uważnie analizowałam opisy sesji psychoterapeutycznych. Zachwycały mnie podane interwencje, fenomenologiczne opisy doświadczenia, świadomość „tu i teraz”, która przenika każdą stronę.

Dziś, po wielu latach pracy, wiem, że niektóre publikacje czytamy, by zdobyć wiedzę, a inne towarzyszą nam w procesie stawania się psychoterapeutą, superwizorem, nauczycielem – a przede wszystkim Człowiekiem. Do takich wracamy, by odkrywać głęboki sens tego, co dzieje się w kontakcie, w relacji, w ciele i świadomości. Nie tyle dla konkretnych narzędzi – choć one też są cenne – ile po to, by przypominały, że psychoterapia to Spotkanie żywego organizmu z Drugim organizmem, na granicy kontaktu.

Chyba nikt inny w tak przejrzysty i przystępny sposób nie wyjaśnia tematów, takich jak: figura i tło, samoregulacja, zjawisko oporu, twórcze przystosowanie, biegunowość czy style kontaktu.

Warto zauważyć różnicę pomiędzy pierwszym a wznowionym wydaniem.

Okładka. Kiedy dowiedziałam się o pomyśle na lustrzaną okładkę, poczułam dreszcz i wzruszenie. Trudno było mi ubrać w słowa, jak bardzo ten pomysł jest spójny z duchem i treścią tej książki. Bo przecież spotkanie z nią jest także spotkaniem z samym sobą – z ciałem, ze spojrzeniem sobie w oczy, które są zwierciadłem naszej duszy, w których to my sami, jak nikt inny na świecie, możemy odkryć swoją Prawdę.

Czasem mniej słów znaczy więcej – i mam poczucie, że tutaj właśnie tak jest. Ta okładka staje się metaforą, w której każdy czytelnik odnajdzie swój sens i znaczenie.

Zmiana tytułu w tym wydaniu – czyli usunięcie bezpośredniego odniesienia do Gestalt – wcale nie oznacza odejścia od tej tradycji. Wręcz przeciwnie: Kepner pokazuje, że praca przez ciało jest fundamentem współczesnej psychoterapii i że jej znaczenie wykracza poza granice poszczególnych nurtów. Każdy terapeuta, niezależnie od stosowanej modalności, znajdzie tu inspirację, by lepiej zrozumieć, jak ciało uczestniczy w procesie kontaktowania, jak integrować ten często wyparty aspekt „ja”.

Książka jest uniwersalna – może służyć wszystkim psychoterapeutom, którzy chcą docenić rolę ciała w kontekście całego człowieka, a nie traktować go w oderwaniu od jego doświadczenia.

Moje osobiste przekonanie jest takie, że przyszłością psychoterapii, zarówno w Polsce, jak i na świecie, jest terapia przez ciało. Może pojawić się tu pytanie o semantykę specyficzną dla języka polskiego. Spotykamy bowiem terminy: „praca z ciałem”, „praca przez ciało”, „terapia ciała”, „trening pracy z ciałem”. Według mnie, terapia Gestalt zawiera w sobie aspekt ciała z samej już definicji. Tak naprawdę nie potrzebujemy zaznaczać pracy przez ciało jako jakiejś wąskiej specjalizacji danego gestaltysty. Nasza egzystencja realizuje się w ciele i doświadczony gestaltysta wie, że człowiek dąży do integracji myśli, uczuć i zachowań, ale wszystkie te aspekty człowieka nieustannie realizują się w ciele. Ciało pamięta, ciało wie pierwsze, ciało zna odpowiedź. Mam wrażenie, że Kepner przypomina nam o tym na swych kartach w sposób niezwykle klarowny.

Wzrost zainteresowania zjawiskami cielesnymi w psychoterapii obecnie jest bardzo duży. Kultura fizyczna jest wszechobecna (joga, bieganie, tai-chi, pilates crossfit itp.), terapeuci poszukują dla siebie co rusz to nowszych metod i narzędzi do pracy z klientem (TRE, Somatic Experiencing, rolfing, feldenkrais, Alexander Technique, terapia kranio-krzyżowa, Movement Medicine, NARM itp.), jednocześnie pragnę zauważyć, że żyjemy w świecie, w którym desensytyzacja jest najbardziej dominującym stylem kontaktowania się wielu z nas. Używamy smartwatchy, które mówią nam, kiedy wstać z krzesła, bo za długo tkwimy w bezruchu, kiedy się położyć, czy jesteśmy wyspani; używamy butelek z podziałką godzinową, aby to zewnętrzne źródło podpowiadało nam, kiedy doświadczamy pragnienia; mamy dostęp do kuchni z całego świata, na jedno kliknięcie kciukiem, a tak naprawdę nie umiemy odpowiedzieć na proste pytanie, czego ja naprawdę teraz potrzebuję, na co ja naprawdę teraz mam ochotę do zjedzenia, czy i czego jestem teraz głodna/-y.

Książka podzielona jest na dwie części. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pojawia się tu subtelna analogia do pierwszego i drugiego tomu PHG (Perls, Goodman, Hefferline Terapia Gestalt tom I i II). Także i u Kepnera w pierwszej części przebijamy się przez meandry teorii, analizujemy zależności i złożoności merytoryczne po to, by w drugiej oddać się doświadczeniu i praktyce. Mam takie wyobrażenie, że Kepner puszcza oko do ojców założycieli i czytelnika.

Pierwsza część, Ciało w procesie psychoterapii, opisuje zależności między procesem ciała i „Ja”, podkreślając holistyczne podejście do osoby. Omawia adaptacyjną strukturę ciała – jej naturę i sposób powstawania.

Autor pokazuje swoje rozumienie człowieka z wielką czułością i delikatnością. Krok po kroku odsłania istotę swojej myśli: ciało bywa źródłem naszego cierpienia – zapisuje historię traumy, bólu i nadużyć. Często traktujemy „ja” i ciało jak osobne części. Redukujemy ciało do objawów, które można diagnozować lub leczyć (farmakologicznie), podczas gdy naszą uwagę skupiamy głównie na konfliktach umysłowych i problemach poznawczych, jakby istniały w oderwaniu od całego organizmu.

Co szczególnie poruszające, autor z odwagą podaje, że wielu z nas podejmuje się prowadzenia terapii, pozostając w podobnym jak nasi pacjenci stanie wewnętrznego rozszczepienia. To dla mnie, jako terapeutki i nauczycielki prowadzącej podyplomowe studium pracy przez ciało, główny punkt wyjścia na pierwszych zajęciach ze studentami.

James Kepner pisze: jesteśmy produktem systemów edukacyjnych, programów treningowych, gdzie intelekt uważany jest za jedyne właściwe narzędzie służące człowiekowi. […] dalej widać to w sposobie pracy terapeuty, który godzinami siedzi bez ruchu w fotelu, ledwo oddycha, słucha i reaguje na pacjenta jedynie w sferze intelektualnej”.

Dopóki my, terapeuci, nie ożywimy naszych ciał, oczu, stóp i nóg, rąk, miednicy, gardła i głowy jako części ciała, a nie tylko nośnika naszego intelektu, nie uświadomimy sobie naszego „nieodczuwania”, nie zaczynajmy pracy z ciałami naszych klientów.

Autor kładzie nacisk na świadomość jako źródło zdrowia. Porównuje człowieka do lądu, czyli JA, i wody, czyli nieświadomych części. Potrzebna jest zdrowa proporcja lądu do wody, a także umiejętność czerpania pożywienia z wody, to znaczy włączania nieświadomych aspektów JA do naszego życia. Jednak w procesie zaburzenia swojej żywotności i kontaktu ze sobą sprawiliśmy, że stajemy się małymi wyspami oblanymi wodą i te małe wyspy nauczyliśmy się dość brawurowo nazywać JA, a jednak sama możliwość czerpania pożywienia z morza bywa dla nas przerażająca.

Dopóki nie zrozumiemy, że wspieranie tej dychotomii prowadzi nas na manowce, będziemy – często nieświadomie – utrwalać rozszczepienie, zamiast je integrować.

Oddzielenie od ciała jest wynikiem adaptacji do trudnych zdarzeń życiowych doświadczanych także fizycznie. Warto zauważyć, że dzięki pracy nad świadomością tu i teraz nasz układ mięśniowo-szkieletowy i postawa, nie tylko ta fizyczna, ale i psychologiczna, życiowa, będą się zmieniały.

Kepner wprowadza pojęcia biegunowości i holistycznego podejścia do osoby. Człowiek to coś więcej niż suma jego części składowych. „Całość nie jest jedynie wynikiem połączenia ze sobą fragmentów. To tak jak słowo obok słowa nie tworzy zdania, nabiera ono znaczenia dzięki swojej specyficznej strukturze, a nie sumie liter czy wyrazów”.

I tu płynnie przechodzimy do kolejnego zjawiska, na które Kepner zwraca naszą uwagę: język jako sposób komunikowania i kontaktowania się ze światem. Dla mnie, jako dziennikarki i psychoterapeutki, szczególnie ważne jest to, że Kepner zwraca uwagę na funkcjonowanie naszego języka i słów w procesie psychoterapii. Według mnie praca przez ciało zaczyna się od języka. Można znać miliony słów, ale jeśli nie są one ucieleśnione – jeśli nie pochodzą z żywego, świadomego ciała – brzmią sucho, mechanicznie, a nawet obco, jak te wyprodukowane przez AI. Wprawny czytelnik od razu wyczuje, że słowa nie są zakotwiczone w realnym doświadczeniu osoby, lecz pozostają intelektualnym konstruktem (jak w przypadku defleksji czy egotyzmu). W terapii liczy się, by język był nośnikiem życia, obecności i świadomości ciała, a nie jedynie suchym opisem rzeczywistości.

Autor mówi o tym, jak sposób, w jaki mówimy o sobie i świecie, wpływa na nasze poczucie sprawczości i kontaktu z ciałem i otoczeniem. Jednym z przykładów może być mówienie o sobie w trzeciej osobie lub np. stosując uogólnienia „ludzie przecież tak mają...”, „człowiek zawsze tak ma….”, może to umniejszać nasze JA, uprzedmiotawiać ciało i osłabiać odpowiedzialność za własne doświadczenia.

Czytając całą publikację, odczuwam silny wpływ egzystencjalizmu i jego głównych założeń, takich jak: odpowiedzialność, świadomość, wybór, wiara, szacunek do człowieka, wolność czy samotność.

Niezwykle poruszający jest dla mnie szacunek autora dla człowieka, przebijający się niemal w każdym rozdziale. Na przykład pisząc o integracji jako procesie rozwoju, Kepner podkreśla, że nie możemy zmuszać klienta do integracji w celu osiągnięcia naszego sukcesu – byłby to błąd. Proces ten musi zaczynać się od solidnej bazy: wystarczającej świadomości ciała i sygnałów, które z niego płyną, warto podkreślić, że zarówno naszego ciała, jak i klienta. Praca nad integracją ma sens dopiero wtedy, gdy klient potrafi lepiej odczuwać siebie i odróżniać się od innych. Bez wyraźnego wczucia się w swoje JA nie ma możliwości uświadomienia sobie istnienia własnego JA cielesnego.

Autor cały czas przypomina nam, że zmiana w strukturze charakteru nie bierze się z charyzmy terapeuty ani z jego dyrektyw instruujących, jak oddychać, stać czy chodzić. Takie podejście uczy pokory i ustawia terapeutę na właściwej pozycji w relacji terapeutycznej – ramię w ramię, a jednocześnie pół kroku w tle, za klientem. Zmiana staje się możliwa dzięki własnej świadomości klienta, poddanej eksperymentowaniu tu i teraz. Takie podejście zaprasza nas również do refleksji nad odpowiedzialnością w procesie psychoterapii.

Ważną część książki autor poświęca zjawisku oporu. Nie traktuje go jako przeszkody, którą należy usunąć, albo jako mechanizmu czy narzędzia per se, ale jako ekspresję „ja”, która została kiedyś wyparta i która dziś domaga się zauważenia, uznania i ponownej integracji.

Opór uważany jest za samo „ja”, zarówno obrona, jak i broniący należą do „ja”. Dla terapeuty Gestalt zniszczenie lub wyeliminowanie oporu byłoby tożsame z wyeliminowaniem samego „ja”. Opór jest po prostu ekspresją „ja”, jest wyrazem siły życiowej, twórczym przystosowaniem, kreacją osoby.

To podejście jest mi szczególnie bliskie – widzę w nim coś niezwykle twórczego i żywego. Opór przestaje być problemem, a zaczyna być drogą. Drogą, która – jeśli tylko pozwolimy jej się ujawnić w świadomości – może prowadzić do większej wolności i realnej zmiany.

Dla mnie osobiście i czytelnika, zorientowanego w swojej praktyce na ciało, ważny jest rozdział o dotyku w procesie psychoterapii.

Myślę, że nie będzie on tak użyteczny dla psychoterapeuty reprezentującego klasyczne podejście psychoanalityczne, ale dla humanistycznego egzystencjalisty jest, śmiem twierdzić, jednym z nielicznych, jak nie jedynym, źródłem wiedzy.

Praca przez ciało i dotyk w procesie psychoterapii Gestalt ma dla mnie znaczenie także z punktu widzenia etyki zawodowej. Jesteśmy przedstawicielami zawodu zaufania publicznego, to na nas spoczywa ogromna odpowiedzialność, za profesjonalizm i etyczną pracę. Zapewne wielu z was zgodzi się z tymi zdaniami, jednak co to oznacza w praktyce? Moją uwagę zajmuje każdy rodzaj dotyku w pracy psychoterapeutki. Choćby podanie ręki na przywitanie nowego klienta jest w moim poczuciu znaczącą interwencją psychoterapeutyczną i nie można zostawić jej bez omówienia, mentalizacji i osadzenia w procesie diagnozowania. Zgadzam się z Kepnerem, że udział dotyku w terapeutycznej pracy nie zawsze jest niezbędny, a nawet pożądany. Można naprawdę bardzo wiele zrobić w pracy przez ciało, nie stosując dotyku, a jedynie kierując werbalnie uwagę klienta na jego wrażenia.

Zasadne jest wielopoziomowe podejście do tematu dotyku – filozoficzne, religijne, kulturowe… Autor odważnie i wprost, bez pozostawiania miejsca na spekulacje, niedopowiedzenia czy uwodzenie mówi o tym, że jesteśmy seksualni i że seksualność pojawia się w gabinecie. Dzięki temu, że robi to tak klarownie, nie ma żadnych dwuznaczności ani nieporozumień, a my uczymy się etyki pracy i szacunku wobec siebie i drugiego człowieka.

W tym rozdziale Kepner ponownie zachęca nas, terapeutów, do autopoznania i zrozumienia własnych przekonań oraz nastawienia do dotyku. Zrozumienie swojego „ja” i źródeł swoich introjektów jest podstawowym warunkiem każdego oddziaływania terapeutycznego, a zwłaszcza tak intymnego i bezpośredniego jak kontakt z ciałem drugiego człowieka.

Kepner w niezwykle obrazowy sposób, czerpiąc ze swojego doświadczenia, podaje przykłady i opisuje różne formy dotyku. To prawdziwa kopalnia wiedzy, zarówno dla młodego, początkującego terapeuty, jak i dla doświadczonego praktyka.

Żałuję jednak, że twórca nie rozwinął tego wątku o to, jak płeć i tożsamość terapeuty oraz klienta wpływają na jakość kontaktu i znaczenie dotyku w relacji terapeutycznej.

W pierwszej części książki znajdujemy także niejako wstęp do podstaw teoretycznych Gestalt. Kepner opisuje system kontaktowania się i relacji ze środowiskiem, który u zdrowej osoby jest elastyczny i zmienia się w zależności od wymagań organizmu i kontekstu. „Ja” pojawia się tutaj jako system funkcji kontaktu. Parafrazując Frederica Perlsa: system pobudzenia, orientacji, manipulacji, kontaktu i wycofania się sprawia, że sami organizujemy siebie tak, by przygotować się do zaspokojenia potrzeb. W relacji ze światem manipulujemy, czyli działamy w kierunku własnych potrzeb, a poprzez identyfikację włączamy je do naszego doświadczenia, tworząc „Ja”. Jednocześnie, dzięki procesowi alienacji, odrzucamy to, co obce naszej naturze i nie powinno być przyswojone.

Kiedy mamy pełny dostęp do wrażeń płynących z ciała, naprawdę wykorzystujemy cały swój potencjał i kontaktujemy się ze światem w sposób satysfakcjonujący. Ale kiedy nasze funkcje kontaktu pozostają poza świadomością, pojawiają się fragmenty nas samych (wyspy zalane wodą), z którymi nie umiemy się spotkać ani zidentyfikować. To tak jakbyśmy, parafrazując autora, mieli cały dom, ale nie używali jednego pokoju. A przecież on w nas jest, nie możemy go usunąć! Przez to, że zabijemy go deskami, zasłonimy zasłoną i przystawimy szafą, nie zniknie. Jest integralną częścią nas samych. Nie możemy udawać bez końca, że nie ma naszej emocjonalności, naszego seksualnego, witalnego ciała, naszej ekspresji, spontanicznych ruchów; nie możemy zabić deskami naszych potrzeb i pragnień. Jaki jest koszt utrzymywania w izolacji naszych części, skoro one i tak są!

Im bardziej zaburzone i ograniczone są nasze możliwości w kontakcie, tym bardziej nasze doświadczenie siebie i otoczenia staje się fragmentaryczne, chaotyczne i podatne na powstanie oporu. To jest właśnie ten przepiękny moment, kiedy cykl samoregulacji potrzeb staje się czytelny – widać, jak ciało i wrażenia z niego płynące są źródłem naszej równowagi i spokojnego zdrowia.

Zajmując się pracą przez ciało w ujęciu Gestalt, nie sposób sięgnąć do naszych źródeł.

Osobiście jestem wielką miłośniczką prac Wilhelma Reicha i Aleksandra Lowena. Od lat zastanawiam się, jak – i czy w ogóle – można integrować te podejścia z psychoterapią Gestalt. Jestem świadoma zarówno różnic, choćby w podejściu do relacji czy oporu, jak i wspólnych korzeni. Czy integrowanie wiedzy o strukturach charakteru, typach zawieszenia, zbroi mięśniowej, taśmach napięciowych z podstawowymi założeniami Gestalt, dotyczącymi koncepcji zaburzeń człowieka, to już eklektyzm, czy może raczej poszanowanie źródeł i korzeni naszego nurtu? Kepner tłumaczy to w następujący sposób: „Struktura ciała człowieka jest sumą jego organizmicznych adaptacji życiowych. Nasze ciała adoptują się do emocjonalnych i cielesnych urazów, do chorób, operacji i innych zranień […] i przechodzą w usztywnienia, kiedy zranienia trwają zbyt długo”.

Ten sposób myślenia dobrze osadza się w szerszym kontekście podejść pracy z ciałem. Wilhelm Reich – który, co warto przypomnieć, był psychoanalitykiem Fredericka Perlsa i niewątpliwie wywarł wpływ na jego myślenie – wprowadził rozumienie ciała jako nośnika doświadczenia i napięcia. Perls wielokrotnie odnosił się w Głód, ego i agresja do prac Freuda i Reicha, w tym także do jego publikacji wybitnej książki Mordercy Chrystusa.

Kepner uchwycił sedno podobieństw i różnic obu podejść. To od Reicha pochodzi samo sformułowanie metody somatycznej, rozumianej jako praca z ciałem – dziś częściej nazywanej pracą przez ciało. Jednocześnie Kepner odnosi się do dorobku Alexandra Lowena i jego publikacji z lat 1965–1983, wpisując je w szerszy kontekst rozumienia ciała w psychoterapii.

Główna różnica polega jednak na tym, że sam Perls rozumiał ekspresję fizyczną i powstrzymywanie się od niej zawsze w kontekście kontaktu ze środowiskiem i zaspokajania potrzeb organizmicznych. Reich natomiast ujmował je przede wszystkim w odniesieniu do konfliktów wewnętrznych.

Cała praca psychoterapeutyczna polega na tym, aby wspierać zmianę usztywnionych lub zautomatyzowanych struktur w aktywne procesy organizmu i ułatwiać integrację Ja. Celem nie jest usunięcie struktury, lecz jej przekształcenie, zaciekawienie się historią, która się pod nią kryje, oraz zintegrowanie tego, co kiedyś zostało odrzucone i wyparte. Dzięki temu nasze „małe wyspy” mogą powiększyć się, stając się trwałym, stabilnym lądem.

Niemniej cenna jest druga część.

Samoregulacja i cykl doświadczania to jeden z tych modeli, które wyrastają z klasycznych założeń Gestalt – z myśli Perlsa, Goodmana i Hefferline’a – a później były rozwijane i opisywane przez kolejnych terapeutów, między innymi Josepha Zinkera.

Dowiadujemy się tutaj o relacji pomiędzy figurą a tłem, o jej cielesnym podłożu, o tym, jak doświadczenie wyłania się z organizmu i jak bywa przerywane. I właśnie te zakłócenia cyklu – te momenty zatrzymania, zawieszenia, utraty kontaktu, próby ominięcia, zamrożenia, zrobienia bypassu – stają się podłożem trudności i zaburzeń emocjonalnych.

Niesamowitą wartość edukacyjną ma odnoszenie się do stylów kontaktowania się projekcji, introjekcji czy retrofleksji w połączeniu z poszczególnymi etapami cyklu.

Dla mnie osobiście patrzenie na siebie i klienta podczas sesji terapeutycznej w taki sposób porządkuje bardzo wiele. To, co wcześniej wydawało się chaotyczne, niezrozumiałe, bardziej intuicyjne niż ustrukturyzowane, ma swoją dynamikę, swój rytm, swój początek i swoje możliwe domknięcie. Cykl doświadczania czy cykl samoregulacji potrzeb jest według mnie podstawowym „narzędziem” diagnostycznym w procesie psychoterapii Gestalt. Oczywiście, korzystając z perspektywy teorii pola, przejdzie on raczej do tła niż stanie się figurą.

W kolejnych podrozdziałach uutor poświęca dużo wnikliwej uwagi na przeanalizowanie każdego elementu cyklu. Dowiadujemy się, że odzyskiwanie cielesności i wrażliwości to długotrwały proces – proces przywracania człowiekowi poczucia rzeczywistości i świadomości istnienia. Kolejne karty to nie tylko teoria, ale przede wszystkim zaproszenie do eksperymentu i doświadczania. Przerwy w cyklu, opór, przykłady sesji – a wszystko to osadzone w procesie ciała – staje się żywym, podstawowym i niezbędnym narzędziem każdego psychoterapeuty Gestalt.

Wisienką na torcie jest opis przypadku Kevina, gdzie możemy niemal na żywym organizmie zobaczyć teorię w praktyce – z przypisami autora, z metapoziomowymi didaskaliami, z dialogiem, który toczy się „tu i teraz” i odsłania się przed nami krok po kroku.

W podsumowaniu posłużę się myślą Fritza Perlsa, która jak widzę, towarzyszyła Kepnerowi w jego dziele. „Pierwszą rzeczą, od której należy rozpocząć terapię, jest badanie możliwości odbierania wrażeń przez pacjenta i przywracanie wrażliwości jego ciała, a dopiero później – usuwanie tłumienia mięśniowego […]. Naszym celem jest skoncentrowanie się na funkcjach ego i ich odtworzenie oraz pozbycie się sztywności ciała i rozpuszczenia charakteru, będącego skamieniałą postacią ego […]. Poprzez pełny kontakt z objawem neurotycznym zyskacie możliwość jego usunięcia”.

W książce nie znajdziemy pełnej teorii ani konceptualizacji Gestalt. Czytelnikom, studentom szkół psychoterapii Gestalt i innych modalności zalecam uzupełnienie wiedzy literaturą dodatkową, choćby tą cytowaną w publikacji i wymienioną w obszernej bibliografii. Praca ta jest rozwinięciem terapii Gestalt i esencją jej podejścia, ale nie wyczerpuje całej teorii. Cennym uzupełnieniem będzie studiowanie m.in. takich zagadnień, jak: teoria self, style kontaktu, teoria pola, paradoksalna teoria zmiany czy koncepcja zaburzeń człowieka.

Nieocenionym zasobem tej książki są fragmenty doświadczeń, eksperymentów i procesów terapeutycznych, którymi James Kepner tak hojnie dzieli się z nami. Pomagają nie tylko poszerzyć naszą świadomość i przywrócić kontakt z naszym ciałem, ale mogą stać się prawdziwą inspiracją w pracy gabinetowej. Czytając je, przypominam sobie, że psychoterapia to żmudny, powolny proces, jak koronkowa robota – cierpliwa, wymagająca precyzji, a jednocześnie pełna możliwości zachwytu. Każdy fragment można odbierać jak małą lekcję sztuki kontaktu – odkrywając, jak tworzyć prawdziwą jakość spotkania z drugim człowiekiem, krok po kroku, tu i teraz. I za każdym razem, gdy do tego wracam, rodzi się we mnie fascynacja tym, jak subtelne gesty, oddech czy obecność mogą zmieniać jakość całego procesu terapeutycznego.

W podziękowaniach Kepner pisze: „…i to najważniejsze: dziękuję mojej żonie Mary Ann za jej miłość i troskę podczas wzlotów i upadków pisania. Ona zawsze dbała o to, abym podążał ścieżką serca”. Obecność autora wyczuwalna jest nie tylko w słowach, ale również w tempie i sposobie odsłaniania kolejnych fragmentów. Nienachalnie, z empatią wobec czytelnika – jakby w cichym dialogu z nim.

Mam nadzieję, że i Ty, Czytelniku – podobnie jak ja – odnajdziesz w tej książce serce i głęboki namysł. To publikacja, która ma nie tylko wymiar edukacyjny i merytoryczny, ale także konfrontuje nas z nieznanymi dotąd obszarami nas samych, nieświadomymi wysepkami w oceanie nieświadomości.

Jestem niezmiernie wdzięczna Wydawnictwu Oficyna Związek Otwarty, Ani i Kasi, że zdecydowały się wznowić wydanie tej książki. To publikacja, która uczy pokory, przypomina o znaczeniu świadomości ciała, oporu i eksperymentu w pracy psychoterapeutycznej – i pozostaje źródłem inspiracji dla tych, którzy chcą rozwijać siebie i swoje umiejętności, stając się coraz bardziej obecni w kontakcie ze sobą i innymi.

Marta Wołowska psychoterapeutka, superwizorka, założycielka Szkoły Psychoterapeutów Gestalt i podyplomowej szkoły pracy z ciałem w ujęciu GestaltDom Psychoterapii i Edukacji Gestaltwww.domgestalt.pl

PROLOG

Od momentu pierwszej publikacji tej książki w 1987 roku, w specjalistycznej serii niewielkiego wydawnictwa psychologicznego, miałem przyjemność obserwować, jak z czasem zaczęto ją uważać za pozycję podstawową w tej dziedzinie. Trzeba przyznać, że wciąż istnieje zaskakująco niewiele książek obejmujących pogłębioną wiedzę praktyczną. Dlatego cieszy mnie, że zarówno profesjonaliści, jak i osoby spoza środowiska dostrzegli znaczenie i siłę podejścia zorientowanego na ciało w psychoterapii – w szczególności w ujęciu przedstawionym w książce Ciało w procesie psychoterapii Gestalt.

Oczywiście ogromnie raduje mnie tak pozytywny odbiór. Sądzę jednak, że recepcja tej książki wynika tylko częściowo z jej merytorycznego wkładu. Wydaje mi się, że dzieje się tu coś więcej – coś związanego z siłą tej często nieuznawanej strony naszego istnienia: ludzkiego doświadczenia jako istot ucieleśnionych. Ten sam nurt niegdyś skłonił mnie do zgłębiania życia i natury fizycznego „ja”.

Ciało w procesie psychoterapii Gestalt (Body Process) dołącza do tradycji, która próbuje skierować światło w mrok zaprzeczenia i nieświadomości, ku czemuś fundamentalnemu dla naszej natury – czemuś tak istotnemu dla naszego funkcjonowania, że aż zdumiewa, iż pomijaliśmy to w tak wielu próbach zrozumienia samych siebie. Chodzi o nasze życie jako istot ucieleśnionych.

Nasza cielesna natura pozostawała „w ciemności” tak długo, ponieważ wywodzimy się z kultury, która rozdzieliła ludzkie doświadczenie, a w konsekwencji wszelkie badania i wyjaśnienia dotyczące człowieka również uległy temu podziałowi. Rozszczepienie ludzkiego doświadczenia i funkcjonowania na „umysł” i „ciało”, wraz z innymi sztucznymi podziałami zakorzenionymi w naszym dziedzictwie kulturowym, jak podział na „człowieka” i „naturę”, pozostawia nas bez dostępu do całej sfery naszego istnienia, która została dziś zredukowana do poziomu czystego mechanizmu.

A przecież z dziedzictwa Zygmunta Freuda dobrze wiemy, że gdy coś tak fundamentalnego zostaje zignorowane lub wyparte, wcale nie znika. Przeciwnie – jeszcze silniej wzywa nas z ciemności, często w sposób jedynie intuicyjnie odczuwany, pośrednio dostrzegalny, a czasem wyrażany w formach zniekształconych i wypaczonych przez naszą wewnętrzną desperację. To, co jest wpisane w naszą naturę, może zostać zignorowane, stłumione lub ukryte, lecz nie może zostać zniszczone – bo oznaczałoby to zniszczenie nas samych.

Potrzeba uznania całościowej natury problemów „psychicznych” i „emocjonalnych” jest dziś pilniejsza niż kiedykolwiek. Wreszcie jako kultura jesteśmy w stanie przyjąć i wesprzeć pierwotną intuicję Freuda, której – jak zauważa Judith Herman – nie był on w stanie utrzymać pod presją realiów swojej epoki: że zaburzenia psychiczne mają związek z realnym urazem, którego źródło nie może zostać rozpoznane (Herman, 1992). Uraz ten bywa często seksualny lub fizyczny, lecz w szerszym sensie także emocjonalny. Na realny uraz reaguje realna osoba – dziecko, które kształtuje wokół niego swoje ciało, umysł i emocje. Jako terapeuci musimy umieć nie tylko stawić czoło rzeczywistej naturze tych zranień, lecz także zobaczyć w osobach, które do nas przychodzą, kogoś, kto użył całego zasobu swoich dziecięcych możliwości, by poradzić sobie z doświadczeniem urazu: swojego ciała, umysłu i duszy.

Drugie pilne wezwanie do dalszego badania, rozumienia i integrowania wizji człowieka jako istoty ucieleśnionej płynie z rosnącej świadomości, że zdrowie i choroba są w subtelny, lecz fundamentalny sposób zależne od naszych postaw, napięć, oddechu i uczuć. Coraz trudniej utrzymywać pogląd, że człowiek jest czymś innym niż integralną całością. Myśli i postawy są zjawiskami cielesnymi i mięśniowymi – wpływają na wydzieliny naszych organów, rytm komórek oraz nasze nastroje.

Na tym tle widać wyraźnie inne trendy w psychoterapii. Współcześnie dominujące podejście kładzie nacisk na podejścia mentalne i werbalne, takie jak: terapia poznawcza, psychoanaliza relacji z obiektem, krótkoterminowe terapie strategiczne i zorientowane na problem czy terapia systemowa. Medykalizacja psychoterapii oraz rosnąca presja ekonomiczna na standaryzację i technologizację leczenia sprawiają, że pole to staje się coraz bardziej konwencjonalne – a więc coraz bardziej poznawcze w orientacji. Być może jednak to tylko naturalne wahnięcie wahadła. Tendencja do dzielenia i rozszczepiania człowieka jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze – podobnie jak w naszej organizacji psychicznej i fizycznej.

Aczkolwiek w historii psychoterapii można dostrzec wczesne uznanie znaczenia życia cielesnego w związku z problemami „psychicznymi”. Wilhelm Reich, wczesny uczeń Freuda, badał mechanizmy obronne charakteru przejawiające się w postawie i napięciach mięśniowych. Jego prace uznaje się za klasyczne w psychoanalizie, mimo późniejszego zerwania z nurtem oraz tragicznego końca jego życia. Nacisk Reicha na znaczenie oddechu, postawy, „pancerza mięśniowego” i energii życiowej w adaptacji emocjonalnej podtrzymywał świadomość, że emocje, ruch i ekspresja cielesna mają wpływ na zdrowie psychiczne, nawet gdy psychoanaliza stawała się coraz bardziej zdystansowana, intelektualna i mentalistyczna.

To właśnie ta mentalistyczna tendencja stworzyła warunki do pojawienia się w latach 60. podejść kładących nacisk na ruch, ekspresję emocjonalną i świadomość ciała w ramach psychologii humanistycznej. Alexander Lowen oraz Fritz Perls, obaj uczniowie Reicha, włączyli wyraźny akcent cielesny odpowiednio do bioenergetyki i terapii Gestalt.

W tym samym czasie pojawiło się silne zainteresowanie terapią tańcem, rolfingiem, masażem, komunikacją niewerbalną, świadomością sensoryczną, tai-chi i innymi sztukami pracy z ciałem jako wsparciem procesu wzrostu i zdrowienia. Choć część tej fali była buntem wobec konformizmu lat 50., odzwierciedlała ona także głębszą potrzebę – dążenie do jedności ciała, umysłu i „ja”, znanej intuicyjnie, lecz trudnej do uchwycenia z powodu ograniczeń kulturowych.

Jak przy każdej dychotomii, gdy nie potrafimy zintegrować aspektów całości, ulegają one polaryzacji. Terapia zorientowana na ciało bywała postrzegana jako chwilowa moda lub spychana na margines jako „terapia alternatywna”. A jednak nasze cielesne istnienie nie przestaje domagać się miejsca w rozumieniu ludzkiego doświadczenia. Mimo dominujących tendencji mentalistycznych, „wezwanie” płynące z naszej natury fizycznej znajduje drogę wyrazu w psychoterapii.

Nadszedł czas na poważniejszą pracę nad integracją. Książka Ciało w procesie psychoterapii Gestalt jest jedną z takich prób. Co ciekawe, również nurty jungowski (Mindell) i psychoanalityczny (McDougall) coraz częściej uznają fundamentalną rolę cielesności w życiu człowieka.

Podejście opisane w tej książce, oparte na doświadczeniu i procesie, nie zamyka klienta w typologii ciała ani nie narzuca interpretacyjnych schematów. Terapeuta pozostaje otwarty na sposób bycia klienta, na nowe możliwości i na twórcze rozwiązania pojawiające się w spontaniczności procesu.

Szczególnie istotnym obszarem zastosowania tej pracy stała się w ostatnich latach terapia dorosłych osób, które doświadczyły przemocy w dzieciństwie. Wiele z tego, co jest „pamiętane” z tych doświadczeń, przechowywane jest w pamięci ciała: w napięciach, doznaniach, objawach somatycznych i wzorcach ruchu. Praca z procesem cielesnym pomaga rozjaśniać te obszary i wspierać zdrowienie z urazu zapisanego w ciele.

Inny ważny obszar stanowi praca z osobami wychodzącymi z uzależnień, gdzie uzależnienie stanowi formę nadużycia wobec własnego ciała, próbę regulowania doznań i uczuć poprzez substancję. Powrót do ciała jest niezbędny do dalszej integracji.

Nowym polem eksploracji jest także zastosowanie tej pracy w chorobach przewlekłych, w kontekście rodzącej się psychoneuroimmunologii. Coraz wyraźniej dostrzegamy, że doświadczenie ciała może wpływać na przebieg choroby.

Witam więc nowych i dawnych czytelników tego wydania Ciało w procesie psychoterapii Gestalt.Zapraszam do przygody integracji, do szerszej wizji ludzkiego funkcjonowania i do tradycji, która przypomina, że nasze cielesne istnienie nie może zostać zapomniane.

Cleveland, OhioJames I. KepnerMaj 1993

PRZEDMOWAMyślenie syntetyczneJopseph C. Zinker

Żyjemy w czasach, w których terapie uległy daleko idącej specjalizacji. Na pierwszy plan wysuwają się indywidualna kreatywność i innowacyjność, a może nawet improwizacja. Z wysiłków praktyków pragnących pogodzić własną potrzebę przetrwania w gabinecie z wolą reagowania na potrzeby klientów rodzi się coś w rodzaju oddolnego eklektyzmu. Stąd mamy więc terapie „poznawcze”, terapie „uwrażliwiające”, warunkujące, psychoanalityczne, transakcyjne, terapie zorientowane na pary i rodziny, grupowe. Są zwolennicy Reicha, neoreichianie, rolferzy, wyznawcy poglądów Alexandra i Feldenkraisa oraz hipnotyzerzy. Są egzystencjaliści, przedstawiciele szkoły rogeriańskiej, reprezentanci analizy transakcyjnej, behawioryści, a także nowe generacje błyskotliwych ekspertów oferujących zmianę za cenę krótkiej wycieczki przez czyjś neurolingwistyczny software; tutaj jednostka może zupełnie pominąć świadomość i odnaleźć chwilową ulgę od codziennego stresu. Wszyscy oni tu są, dobrze prosperujący i wychodzący naprzeciw ludzkim potrzebom jasności, ekspresji uczuć, odprężenia, ruchu i przywrócenia swobody napiętym mięśniom.

W książce tej, opierając się na teorii Gestalt i korzystając z doświadczeń własnej praktyki, Jim Kepner stawia przed sobą ogromne zadanie – zobaczenia pacjenta i przedstawienia go jako tworzącej jedność istoty ludzkiej. To właśnie terapia Gestalt, tkwiąca swymi korzeniami w teorii pola Lewina i kładąca nacisk na jedność układu figura/tło, wydaje się kierunkiem, który może sobie najlepiej poradzić ze zbudowaniem poszerzonej, zintegrowanej wizji całego człowieka.

Interwencja w proces

Co ja, jako terapeuta Gestalt, robię, siedząc naprzeciw drugiej osoby? Jakich przemyśleń dokonuję? Jaki model konstruuję wewnątrz siebie, aby przeprowadzić znaczącą interwencję?

Przede wszystkim patrzę. Widzę mężczyznę siedzącego przede mną, pochylonego do przodu, mówiącego z pasją. Patrzę, jak ten ciemnooki, delikatnie zbudowany mężczyzna próbuje, najlepiej jak tylko potrafi, nadać sens swojemu doświadczeniu. Mogę także słuchać: odbieram jego zachrypnięty od papierosów głos – napięty i z trudem wydobywający się z zaciśniętego gardła. Słyszę także, jak oddycha i jak ciężko pracuje jego klatka piersiowa. Jeśli zechcę, mogę skupić swoją uwagę na jego zapachu lub dotknąć go.

Jestem świadom jego języka, jego chłopięco-dziecięcych fantazji i nerwowej tendencji do powtarzania ulubionych słów. Wiem, że przynajmniej w tym momencie w pełni zainwestował w to, by być ze mną właśnie tutaj. Zdaję sobie sprawę, że jest nas tu dwóch, z całą armią innych postaci „stojących” za każdym z nas (nasi rodzice, wujowie, ciotki, nauczyciele, przyjaciele), poganiających nas, krytykujących, wypowiadających uwagi i żądania, chwalących, zadających pytania itd.

Mogę skupić się, jeśli chcę, na jego „chorobie”, jego bólu i dyskomforcie, lub też na jego pomysłowości, kompetencji i miłym wyglądzie. Mogę także mieć na uwadze to wszystko razem. Cała ta ogromna liczba danych, z jakimi się konfrontuję, jeśli jednocześnie widzę, słyszę, wącham, dotykam, analizuję i próbuję zrozumieć daną osobę – jest oszałamiająca. Dzięki Bogu, mój klient lubi dochodzić do własnych wniosków. Może przyłączę się w tym do niego. Jasne myślenie jest tym, co ja mogę mu oferować.

Ale w chwili gdy odpowiadam na same jego słowa, nie widzę go tak wyraźnie: moja wizja (jego) jest filtrowana przez jego koncepcję siebie lub moje diagnostyczne rozważania na jego temat. To tak, jakbyśmy stawali się dwiema małymi czarnymi skrzynkami przymocowanymi do aparatów głosowych. Jego oczy rozbłysły wglądem. Włączam się w lingwistyczną perspektywę pacjenta, podążam tym samym torem, którym pędzi jego pociąg, zaprzęgam się jak koń do wozu jego percepcji. A co w tym czasie dzieje się z jego klatką piersiową? Co porabiają matka i ojciec „stojący” za nim w tyle? Co dzieje się z „nami” w pokoju? Jak możemy sobie z tym wszystkim poradzić, nie rozpraszając się i nie popadając w konfuzję?

Mogę skonstruować obraz jego osoby, który będzie zawierał wszystko, co o nim mogę w tej chwili powiedzieć. Zaczynam zadawać sobie pytanie: Jaki jest jego temat (którym zajmiemy się w toku terapii – przyp. tłum.)? Jaka historia jego życia? Jakie dane mogą okazać się użyteczne do zbudowania sobie znaczącego wyobrażenia obecności tego mężczyzny w moim gabinecie?

I kiedy tak integruję w jedną całość rozmaite elementy: historię jego życia, głos, język, widok jego naprężonej szyi, sposób, w jaki się ku mnie nachyla i desperacko wpatruje we mnie, tym, co mnie przede wszystkim uderza, jest jakby błaganie skierowane ku mnie i prośba o wsparcie. Podążając za tym tematem, spoglądam na niego ponownie i zaczynam znacznie wyraźniej dostrzegać te rzeczy, które przed chwilą zauważyłem zaledwie wyrywkowo: jego ramiona wyciągnięte ku mnie, głos, który o coś prosi, głowę, która na cienkiej szyi nachyla się w moją stronę. Oczyma wyobraźni widzę pisklę z otwartym dziobem, błagające matkę o robaka. Gdzie jest mama? Jeśli istnieje żebrak, to gdzież są te osoby, które miały tak wiele, a nic mu nie dały?

Metafora

Opowiada, jak prosi swego szefa o to, by „mógł tu przychodzić raz w tygodniu na trzecią”. Mówię mu więc: „Ron, gdy ciebie słucham, mam wrażenie, że żebrzesz o coś” i nagle udaje mi się scalić tysiące pozornie niezwiązanych ze sobą informacji. Na moją wypowiedź reaguje wspomnieniem matki błagającej ojca, by nie wyjeżdżał tak często. Milknie nagle i pyta o coś. Przestaje mówić. Sprawia wrażenie smutnego. Oczy ma wilgotne. Zauważam to wszystko i po pewnych zabiegach przygotowawczych proszę go, aby przyjął teraz w tym pokoju taką pozę, jakby był prawdziwym żebrakiem. Zastanawia się przez chwilę i postanawia spróbować.

Gdy podnosi się z krzesła, uginają mu się kolana i porusza się sztywno jak osiemdziesięcioletni staruszek. „Może rzeczywiście jest we mnie coś z żebraka, choć zwykle zachowuję się dumnie – przypomina mi to wujka Melvina. Wujek Melvin sprawia wrażenie, jakby zawsze był starcem. Teraz trochę ja sam się tak czuję. Wiem, że nie mam, nigdy nie będę miał i że nawet jeśli coś otrzymam, to nie będę na to zasługiwał… skazany jestem, by zawsze żebrać i nigdy nie czuć, że coś mi się należy!”.

Po kilku próbach odgrywania wujka Melvina przerywa. Siedzi na podłodze i zaczyna cichutko płakać. „Straciłem swoją dumę” – szepce. Brzuch kurczy mu się od szlochu i głębokiego zawodzenia. Siadam przy nim, podczas gdy on przeżywa żałobę po utraconej części własnego Ja. O wiele później, w następnej sesji, znów mi opowiada o tym, jak jego ciało czuje się żebrakiem. Ja z kolei zastanawiam się głośno, jak wyglądałby on w roli tego „dumnego”, który przechodzi obok, nie troszcząc się o to, by rzucić sobie choćby marny grosik. Co wtedy zmieniłoby się w kształcie jego ramion, piersi, kolan czy miednicy?

Jakim obrazem możemy się posłużyć, by ogarnąć całokształt drugiego człowieka? Jest to obraz procesu. Jest to wizja metafor, które nam przychodzą do głowy w związku z tym człowiekiem, których on sam nie dostrzega, ponieważ jest mocno zaangażowany we własną wersję swojej historii.

W jaki sposób dochodzimy do właściwej interwencji w proces? Musimy odsunąć się od pacjenta, oderwać od tego, co on widzi, a jednocześnie być z nim. Musimy zanurzyć się we własnej twardości, tam, gdzie nie jest on w stanie do nas dotrzeć, by móc stworzyć bez kompromisów nowy obraz jego osoby.

„Odwracając się” chwilowo od naszego pacjenta, stwarzamy dogodne warunki do tego, by połączyć się z nim w samym jego „zarodku”, w jego „jądrze”, do którego jeszcze nie dotarł własną świadomością. Tym razem łączymy się z nim za pomocą metafory.

Skąd pochodzi metafora żebraka? Czy on cały nim jest? Oczywiście, że nie: jest on żebrakiem, którego widziałem na ulicy starej dzielnicy Jerozolimy; jest żebrakiem, o którym czytałem w pewnej powieści; jest tym, który pochodzi z mojego dzieciństwa, gdy w czasie wojny odważyłem się podejść do kogoś i prosić o kilka kromek spleśniałego chleba. Mówię mu o jego żebraku, sam będąc ekspertem w tej dziedzinie, człowiekiem, którego klatka piersiowa wciąż chciałaby się zapaść, którego ramiona kulą się, by uchronić serce, a kolana zginają się w pozie starca z Jerozolimy.

Na poziomie egzystencjalnym obaj jesteśmy teraz w tej samej roli. Ja, „starszy żebrak”, witający nowego przybysza w naszym bractwie. On, „młodszy”, który – jak się zdawało – chwilowo uniknął swego żałosnego losu, lokując siebie w świecie w roli początkującego menedżera korporacji.

Jeżeli stworzymy sobie jego „procesualny” obraz, na który składać się będą wypowiadane przez niego słowa, brzmienie głosu, ruchy ciała oraz smętne wejrzenie, wtedy obraz ten, to nasze wyobrażenie czy metafora przyczyni się do zobaczenia części jego całości. Metafora w tym wypadku zorganizuje jego doświadczenie w otwierający oczy wgląd, który będzie się różnił od jego własnego, małego, spójnego z ego poglądu na świat. Zostanie on wtedy wepchnięty w przestrzeń wewnętrzną, w której niegdyś przebywał i gdzie całe jego ciało i cała dusza były żywe. Dla przykładu – pacjent przypomina sobie scenę z dzieciństwa, kiedy to błagał swego ojca, by wziął go ze sobą do pracy, i wizualizuje ojca, jak w ciemnym zimowym płaszczu odwraca się od niego i samotnie odchodzi w zimny rosyjski poranek.

Zdarzenie, które opisuje, jest dla niego bardzo starą historią. Jeżeli ukierunkujesz tam jego uwagę – dokładnie tam, w jego żyjącą przeszłość, wtedy dołączysz do kolekcji występujących w niej osób. Jeżeli staniesz obok i spojrzysz na niego raz, drugi i dziesiąty, ze świeżym zdumieniem dziecka, być może ujrzysz żebraka, mordercę, mądrego starca, hultaja czy też małe dziecko proszące o cukierek. Linia twojej własnej historii, czerpiąca zarówno z twoich wewnętrznych doświadczeń, jak i z żywych wspomnień twojego pacjenta, pozwoli zainscenizować sztukę, która spowoduje reorientację w jego sposobie widzenia siebie.

Budowanie Ja

Nie ma możliwości prawidłowego stosowania terapii Gestalt i „naprawiania” procesów ciała bez stworzenia sobie bogatego i wielostronnego obrazu własnego życia. Tego typu pracą może zajmować się tylko terapeuta, który jest świadomy swojego procesu.

Dawno temu Carl Rogers skonstruował model świadomości procesu ciała, gdzie jednym z głównych pojęć była zgodność pomiędzy tym, co jest wyrażane, a tym, co doświadczane wewnętrznie, pomiędzy działaniem, a tym, jakim się jest. Zgodność pomiędzy odczuwaniem a myśleniem.

Własna terapia psychoterapeuty wymaga od niego życia w sposób pełny. Dobry terapeuta jest nauczycielem, który umie żyć. Całą tę umiejętność, to swoje bogactwo przynosi on do gabinetu terapeutycznego i tam praca polega już na odnajdywaniu zgodności pomiędzy tym, co było wcześniej doświadczane, a tym, co jest odczuwane aktualnie.

A zatem metafory i to, co staje się tematem dla drugiej osoby, nie bierze się z powietrza. Wszystko to pochodzi z bogatego wnętrza jednostki, z jej wewnętrznego zmysłu poezji, bogactwa wyobraźni, żywego kontaktowania się ze światem, czystej ciekawości i odwagi, aby odbierając wypowiedzi rozmówcy, z rzeczy prostej uczynić coś niezwykłego lub uprościć coś, co jest pozornie złożone. Metafora płynie więc z samych trzewi, z wiedzy, która jest ostatecznie na tyle dojrzała, że może zostać sformułowana w postaci słów, wypowiedzianych wyraźnie, prosto i śmiało – bez udawania i pompatyczności.

Na temat tego rodzaju wiedzy1 Rilke powiedział:

Poezje nie są bowiem, jak ludzie sądzą, uczuciami (uczucia miewa się dość wcześnie) – są doświadczeniami. Gwoli jednej strofy trzeba wiele miast zobaczyć, ludzi i rzeczy, trzeba znać zwierzęta, trzeba czuć, jak latają ptaki, i znać gest, z jakim małe kwiaty otwierają się o świcie. Trzeba umieć myśleć wstecz o drogach w nieznajomych stronach, o niespodzianych spotkaniach i rozstaniach, których nadejście widziało się dawno – o dniach dzieciństwa jeszcze nie wyjaśnionych, o rodzicach, których się martwić musiało, skoro dziecku radość nieśli, a dziecko jej nie rozumiało (była to radość dla kogoś innego), o dziecięcych chorobach, co poczynają się tak dziwnie w tylu ciężkich i głębokich przemianach, o dniach w cichych, bezszmernych izbach i o rankach nad morzem, o morzu w ogóle, o morzach, o nocach podróżniczych, co w dal szumiały hen w górze i z wszystkimi gnały gwiazdami – a to jeszcze nie dosyć, jeżeli komuś wolno myśleć o tym wszystkim! Trzeba mieć wspomnienia wielu nocy miłosnych, z których żadna nie była równa drugiej, krzyku rodzących i wspomnienia lekkich, białych, śpiących położnic, które się zamykają. Ale i przy konających trzeba było spędzać czas, przy zmarłych trzeba było siedzieć w izbie z otwartym oknem i miarowymi szmerami. A nie wystarcza i to jeszcze, że się ma wspomnienia. Trzeba je umieć zapomnieć, jeśli jest ich wiele, i trzeba mieć tę wielką cierpliwość czekania, póki nie wrócą. Bo wspomnienia same to jeszcze nie to. Dopiero kiedy krwią się staną w nas, spojrzeniem i gestem, czymś bezimiennym i nie dającym się odróżnić od nas samych, dopiero wtenczas zdarzyć się może, iż w jakiejś bardzo odosobnionej godzinie pierwsze słowo poezji wstanie pośrodku nich i z nich wyjdzie2.

Działając z tego poziomu, mamy szansę poruszyć pacjenta, dotknąć go, przeniknąć w głąb jego umysłu i serca. Aby w końcu poczuł i doświadczył siebie w swoich kościach, stawach, mięśniach i ścięgnach, gałkach ocznych i kanalikach łzowych, ustach i ślinie. Jest to ten rodzaj interwencji, w którym, jak to świetnie opisuje Jim Kepner, następuje tak dokładne organizowanie naszej świadomości wokół wszystkich okoliczności, że uruchamia to zintegrowany proces.

Porównując pracę Perlsa z podejściem Reicha, Jacobsona i Alexandra, Kepner pokazuje, jak terapia Gestalt wychodzi naprzeciw uczuciom i świadomości jednostki nie na drodze pomijania oporu, ale poprzez włączanie doświadczeń pracy z ciałem w świadomość pacjenta i w obszar jego wyborów.

Praca Kepnera, podobnie jak klasyczna terapia Gestalt, bazuje na świadomości. Fenomenologia jego sesji terapeutycznej wygląda następująco: pacjent rozpoczyna pracę, mając jakąś własną świadomość siebie, włącznie z doświadczeniem sensorycznym wpisanym w jego fizyczne Ja. W czasie terapii zmienia się strona fizyczna i w tym samym czasie zmienia się świadomość: „Gdy rozszerzam klatkę piersiową, czuję się potężnym, twardym człowiekiem”. Pacjent, jeśli zechce, może wypuścić powietrze z klatki piersiowej i doświadczyć pewnego rodzaju „ustępliwości” i podatności na zranienie lub też ją nadąć i doświadczyć dumy i siły. Układ mięśniowo-szkieletowy i postawa zmieniają się wraz z rosnącą świadomością i poczuciem własnej złożoności, bogactwa i możliwości wyboru. Są to zmiany całościowe, obejmujące cały organizm i wydają się trwałe przez wiele lat.

Zmiana w strukturze charakteru nie bierze się z charyzmy terapeuty i z jego instrukcji, jak oddychać, stać czy chodzić, ale z poddanej eksperymentowaniu własnej świadomości pacjenta. W wyniku mojej własnej terapii z autorem, jak i po przeczytaniu niniejszego treściwego tomu, jestem głęboko przekonany, że Kepner odnosi się z ogromnym szacunkiem zarówno do tego, co dzieje się na bieżąco z pacjentem, jak i do jego integralności i niezawisłości jako odrębnej istoty ludzkiej. Terapeuta i pacjent są zespołem pracującym wspólnie, starającym się w toku terapii odkrywać i rozumieć dawne, zapomniane doświadczenia pacjenta oraz z nimi eksperymentować.

Doktor Kepner przypisuje szczególne znaczenie oporowi, będącemu według niego integralną częścią Ja i stanowiącemu „głos somatyczny”, pozwalający pacjentowi nauczyć się czegoś niezmiernie ważnego. Traktuje on opór jako ekspresję Ja, które ma prawo wyłonić się świadomie, zgodnie z własnym wyborem, w sposób przemyślany. Opór jest postrzegany jako wyparta część Ja cielesnego, które musi zostać wprowadzone do świadomości i zintegrowane z funkcjonowaniem jednostki, dając jej pełnię. Już samo podejście do zagadnienia oporu, sposób jego rozumienia i traktowania wystarcza, by uznać, że dzieło autora stanowi niezwykle istotny wkład w rozwój psychoterapii, a w szczególności terapii Gestalt.

Książka ta jest pierwszym znaczącym wysiłkiem w kierunku zintegrowania tzw. poznawczo-świadomościowych terapii z rozmaitymi kierunkami zajmującymi się procesem ciała i manipulującymi ciałem. Autor prezentuje terapię Gestalt w jej najszerszym wymiarze: przedstawia holistyczne podejście do organizmu i opisuje relację pomiędzy terapeutą a pacjentem, która realizuje się poprzez kierowanie, dotykanie i eksperymentowanie w atmosferze intymnego kontaktu.

Szeroko ujmująca temat, a jednocześnie zwięźle napisana, książka ta nie obiecuje niczego więcej ponad to, co może zaoferować. Bez dramatu, przesady czy fanfar Kepner zamieszcza w niej szczegółowe kliniczne przykłady stosowania wszystkich omawianych zasad i technik. Mimo że nie posługuje się często nadużywanym słowem „twórczy”, demonstruje prawdziwie kreatywne podejście do życia i spraw drugiego człowieka.

Instytut Gestalt w Cleveland i jego grono profesorskie mają przyjemność z dumą zaprezentować czytelnikowi tę pięknie napisaną książkę.

Dr Joseph C. Zinker

Mikroskopijne formy krwotoków sercowych bardzo się w naszych czasach rozpowszechniły. Nie wszystkie są śmiertelne. Niektórzy wyżywają. Jest to choroba najnowszych czasów. Myślę, że przyczyny jej są moralnej natury. Od większości nas wymaga się ciągłej obłudy, podniesionej do rangi systemu. Bez szkody dla zdrowia nie można co dzień wyrażać uczuć będących odwrotnością tych, jakich się doznaje, bronić tego czego się nie lubi, i cieszyć się z tego, co przynosi nieszczęście. Nasz system nerwowy nie jest czczym wymysłem, ale fizycznym ciałem złożonym z włókien. Dusza mieści się w nas jak zęby w jamie ustnej. Nie można bezkarnie gwałcić jej w nieskończoność. Ciężko mi było słuchać tego opowiadania o zsyłce, Innokentij, o tym jak ty w tej zsyłce wyrosłeś i przeszkoliłeś się. Wyglądało to tak, jak gdyby koń opowiadał jak sam się ujeździł w maneżu.

Boris Pasternak, Doktor Żiwago

tłum. Paweł Hostowiec, Instytut Literacki, Paryż 19673.

PODZIĘKOWANIA

Wśród osób, którym chciałbym wyrazić szczególne podziękowanie za pomoc udzieloną mi w tworzeniu tej książki, znajdują się:

Joseph Zinker, którego rady, terapia, namowy, łzy i serdeczność, którą stale mnie obdarzał, pozwoliły mi rozpoznać moje możliwości i ocenić ograniczenia. Jego wiara w wartość mojej wizji pomogła zachować tę wiarę i mnie.

Grono profesorskie, personel i studenci Instytutu Gestalt w Cleveland, którzy stanowili forum dla rozwoju mych idei i popierali moje badania.

Robert Hall, Richard Heckler, Allysa Hall i Catherine Flaxman z Lomi School, którzy stworzyli warunki niezbędne do powstania mego dzieła.

Ansel Woldt i Kent State University za przyznanie mi stypendium uniwersyteckiego, które umożliwiło mi rozbudowanie pierwotnego rękopisu do postaci książki.

Moi koledzy: Tom Cutolo, Jody Telfair-Richards, Jeffrey Schaler, Rene Royak-Schaler i Warren Grossman, za ich szczególną zachętę i przyjaźń.

Moi rodzice i rodzina za ich stałe zainteresowanie i wspieranie mych dążeń literackich.

Shirley Loffer, za wspaniałą pomoc edytorską, rady z zakresu sztuki pisania, stałe poprawianie mojej pisowni i pomoc w przekształceniu chropawego rękopisu w zwarty tekst.

Wreszcie, i to najważniejsze, dziękuję mojej żonie, Mary Ann Kraus, za jej miłość i troskę podczas pisarskich wzlotów i upadków. Ona zawsze dbała o to, abym postępował „ścieżką serca”.

O AUTORZE

James I. Kepner jest psychologiem prowadzącym prywatną praktykę, jest również członkiem zespołu profesjonalnego Gestalt Institute of Cleveland. Pełni funkcję przewodniczącego programu szkoleniowego Working with Physical Process w tym instytucie.

Uzyskał tytuł licencjata psychologii (B.A., 1976, magna cum laude) oraz magistra psychologii kliniczno-środowiskowej (M.A., 1978) na Cleveland State University, a stopień doktora psychologii poradnictwa (Ph.D., 1982) na Kent State University.

Zainteresowania zawodowe Kepnera obejmują nauczanie terapii Gestalt oraz szkolenie psychoterapeutów w metodach zorientowanych na ciało. Szczególną uwagę poświęca pracy z dorosłymi osobami, które doświadczyły przemocy w dzieciństwie, a także zastosowaniu terapii zorientowanej na ciało w leczeniu stanów chorób przewlekłych. Jest również autorem książki Healing Tasks, opartej na jego modelu terapii osób po doświadczeniach nadużyć.

WSTĘPProces ciała a psychoterapia

Główne kierunki psychoterapeutyczne zwykle definiują proces terapeutyczny jako pracę nad problemami psychicznymi i ich uwarunkowaniami. Wszystkie one kładą nacisk na „psychiczny” aspekt terapii – na werbalizacje, myśli, idee, sny itp. Nawet emocje są postrzegane jako zjawisko umysłowe. Niezależnie od tego, czy cel ujmowany jest jako „zredukowanie konfliktu emocjonalnego”, „poprawienie obrazu siebie” czy „rekonstrukcja percepcji”, nasze teorie i metody psychoterapeutyczne tradycyjnie przywiązują małą wagę do zjawisk zachodzących w ciele. Taki sposób widzenia człowieka jest odbiciem ogólnych nastawień charakterystycznych dla naszej kultury, a mianowicie znacznego przeceniania roli intelektu i rozumu. Psychoterapia jest przecież częścią składową danej kultury i pogląd na nią jest limitowany aktualnie panującymi tendencjami w tej dziedzinie.

Ten jednostronny nacisk na poznawczą stronę natury ludzkiej, chociaż w tej sytuacji zrozumiały (z wymienionych wyżej powodów), zawsze mnie dziwił, zważywszy na głównie cielesną naturę tego całego bagażu, który ludzie przynoszą do nas, rozpoczynając terapię. Takie problemy, jak: otyłość, dolegliwości psychosomatyczne, emocjonalne tłumienie, chroniczne napięcie, brak ekspresji emocjonalnej, bóle głowy, problemy seksualne i uszkodzenia ciała wskutek przemocy fizycznej i seksualnej – wszystko to świadczy o podstawowym fakcie, że nasza egzystencja realizuje się w ciele. To, co przydarza się nam jako ludziom, dotyczy zarówno naszej fizycznej, jak i psychologicznej natury. To, że żyjemy, przejawia się nie tylko w tym, że myślimy i wyobrażamy sobie, ale także w tym, że poruszamy się, przyjmujemy jakąś postawę ciała, czujemy i wyrażamy siebie. Jak możemy więc ignorować coś tak fundamentalnego jak fizyczna natura człowieka, w zawodzie, którego celem jest leczenie Ja4, a więc całej osoby?

A jednak zmiany zachodzą. Coraz częściej zwolennicy głównych kierunków psychoterapeutycznych, ludzie różnych profesji i o różnym przygotowaniu teoretycznym zaczynają traktować zjawiska zachodzące w ciele jako istotne informacje w procesie terapii, nawet jeśli nie dysponują żadnym spójnym podejściem, które by je wyjaśniało. Zmianę tę dostrzegłem także, prowadząc od wielu lat warsztaty treningowe, na których uczę terapeutów, jak rozumieć i jak wykorzystywać procesy ciała w terapii. Kiedyś musiałem długo przekonywać moich studentów, że postawa pacjenta, jego sposób poruszania się i doznania cielesne to ważna sprawa w terapii. Obecnie uważają to za całkiem racjonalne i uzasadnione.

Wydaje się, że wzrost zainteresowania zjawiskami cielesnymi w psychoterapii w ostatnich latach nastąpił pod wpływem dwóch nowych czynników. Jednym z nich jest rozwijanie metod terapeutycznych ukierunkowanych na ciało i różnych dyscyplin cielesnych przez takie kierunki jak psychologia humanistyczna i ruchy rozwoju potencjału człowieka.

Możemy tu wymienić: przywracanie życia organizmowi w metodach terapeutycznych typu reichiańskiego, ukierunkowanie na ciało w terapii Gestalt, a także hatha-jogę, wschodnie sztuki walki, techniki Alexandra i Feldenkraisa oraz rolfing (integrację strukturalną). Drugim czynnikiem jest docenianie roli, jaką niewerbalne zachowanie odgrywa w komunikowaniu się. To rzekomo nowe podejście5 wykorzystują takie metody psychoterapeutyczne jak hipnoza Eriksona i nowoczesne psychoterapeutyczne szkoły komunikowania się (np. trening porozumiewania się w związkach).

Ta fala wzmożonego zainteresowania zjawiskami ciała nie jest jednorodna. Wśród zwolenników nowych metod obserwujemy duże zróżnicowanie, jeśli chodzi o sposób rozumienia procesu ciała w kontekście psychoterapii. Różnice te reprezentowane są przez 4 różne podejścia:

1.metody terapeutyczne, takie jak psychoanaliza i terapia poznawcza, które mało uwagi poświęcają zjawiskom cielesnym z wyjątkiem tych, które są objawami jakichś problemów psychicznych leżących u ich podłoża;

2.metody rozwijające dyscypliny cielesne (wyżej wymienione), które zajmują się wyłącznie procesami fizycznymi – podobnie jak psychoanaliza zajmuje się wyłącznie procesami psychicznymi;

3.behawioralne szkoły komunikowania się, postrzegające zjawiska z poziomu ciała głównie jako zestaw sygnałów, które można kontrolować, lub jako pewne sposoby zachowania się, które można modyfikować;

4.metody terapeutyczne głębi ciała, takie jak szkoła Gestalt i reichiańska, które traktują ciało jako istotny aspekt Ja, a człowieka jako całość.

Celem mojej książki jest przedstawienie i omówienie pewnego szczególnie „głębokiego” podejścia do zjawisk cielesnych. Wyjaśnia ono istotę tych zjawisk i informuje, jak nad nimi pracować w procesie terapeutycznym. Chciałbym podać ogólny zarys tego podejścia, tak aby zwolennicy różnych metod terapeutycznych mogli lepiej docenić znaczenie procesów ciała w kontekście funkcjonowania całego człowieka, a nie w oderwaniu od niego. Spróbuję opisać, jak się to dzieje, że ciało z samej swojej istoty jest częścią Ja, a co za tym idzie, jest w sposób znaczący związane z naszym życiem emocjonalnym, z naszymi stałymi lejtmotywami życiowymi i stanowi fizyczny fundament naszej egzystencji w świecie.

Tym terapeutom, którzy w swojej pracy interesują się przede wszystkim psychiką pacjenta, chciałbym udowodnić, że zajęcie się procesem ciała, a więc doznaniami cielesnymi, świadomością, ekspresją i ruchem, może uczynić ich pracę terapeutyczną nad emocjami i myśleniem znacznie skuteczniejszą. Mam nadzieję, że praktycy zajmujący się różnymi dyscyplinami cielesnymi po przeczytaniu tej książki docenią, jak dużą rolę odgrywa postawa ciała i jego doznania w funkcjonowaniu emocjonalnym i psychologicznym. Terapeutom, których specjalnością jest komunikowanie się, spróbuję wykazać, że znaczenie procesu ciała polega nie tylko na przekazywaniu informacji, lecz także na jego podstawowej, egzystencjalnej ekspresji Ja. I wreszcie liczę na to, że terapeuci, którzy znają już pracę zorientowaną na głębię ciała, otrzymają w tej książce pewien spójny pogląd na człowieka, uzasadniający konieczność jednoczesnego oddziaływania zarówno na ciało, jak i na świadomość pacjenta i jego zdolność do odczuwania własnego Ja.

Do powstania tej książki przyczyniły się moje własne frustracje, a materiał w niej zawarty jest wynikiem integracji różnych kierunków zorientowanych na ciało oraz moich doświadczeń terapeutycznych. Uzasadnienie teoretyczne pochodzi z terapii Gestalt, szczególnie z publikacji Perlsa (1947/1969), Perlsa i in. (1951/2022) oraz z tego, czego nauczyłem się w Instytucie Gestalt w Cleveland, gdzie byłem zarówno studentem, jak i pracownikiem. Chociaż główny nacisk w książce położyłem na sprawy związane z ciałem, nie starając się podać pełnego opisu terapii Gestalt, to jednak czytelnicy, którzy nie znają tego podejścia, znajdą w niej wystarczające wprowadzenie w jej zasady. Ci, którzy pragnęliby dowiedzieć się nieco więcej o istocie terapii Gestalt, powinni zapoznać się z literaturą cytowaną w książce. Pracę tę uważam za rozwinięcie terapii Gestalt, a nie za „nową” szkołę terapii.

Autorzy piszący na temat psychoterapii mają podwójne zadanie do wykonania: podać jasny i szczegółowy opis przypadków ilustrujących zastosowanie teorii w praktyce i jednocześnie chronić prywatność pacjentów i ich prawo do pozostawiania ich tajemnic nieujawnionymi. Starałem się respektować jedno i drugie, zmieniając w sposób istotny szczegóły tak, aby nie można było poznać, o kogo chodzi, nie fałszując równocześnie obrazu klinicznego. W wielu miejscach przedstawiając jakiś dialog, tworzyłem go z fragmentów wypowiedzi różnych pacjentów.

ROZDZIAŁ 1Ja i utożsamianie się z ciałem

Wielu ludzi dziwi stwierdzenie, że zajmowanie się doświadczeniami z poziomu ciała, czy to własnego, czy innych ludzi, może być ważnym czynnikiem w rozwiązywaniu problemów dnia codziennego, radzenia sobie z napięciem, układania wzajemnych kontaktów z innymi, rozumienia uczuć. Jeszcze bardziej może dziwić sugestia, że doznania cielesne mają swoje odniesienie do znacznie głębszych problemów Ja, takich jak: zaburzenia tożsamości, konflikty emocjonalne lub poczucie wewnętrznej fragmentacji. Normalnie uważamy, że „ciało” to coś innego niż Ja, a więc coś, co nie ma nic wspólnego z nami, którzy borykamy się na co dzień z prawdziwymi problemami życia.

Ludzie, którzy odczuwają pewien rodzaj niezadowolenia czy cierpienia skłaniający ich do szukania pomocy, często chcą uwolnić się od jakichś niewygodnych dla siebie doznań cielesnych. Pragną, aby wyleczono ich z palpitacji serca i przyspieszonego oddechu, które towarzyszą niepokojom. Chcieliby, aby znikły napady złości i doznania związane z lękiem. Chcą, aby uwolnić ich od napięcia w mięśniach czy nieustannych bólów głowy. Ale cierpią nie tylko z powodu dolegliwości i różnych objawów cielesnych. Często także w ogóle nie akceptują swojej fizycznej natury, uważają, że są brzydcy i niedostosowani. Mogą też dojść do wniosku, że zajmowanie się swoimi doznaniami cielesnymi jest zbyt seksualne i zwierzęce. Skupianie uwagi na ciele może być u nich tak skojarzone z bólem, chorobą lub przemocą, że wolą tego unikać. Dlatego też, początkowo, zachęcanie do zainteresowania się tym właśnie aspektem siebie może się wydawać sprzeczne z pragnieniem wyleczenia z problemów, z którymi zgłosili się do terapii.

Większość z nas podejmuje się prowadzenia terapii, będąc w podobnym jak pacjenci stanie rozszczepienia wewnętrznego, choć z nieco innych powodów. Teorie i metody, których nas nauczono, oferują możliwość dokonywania zmian głównie poprzez pracę nad konstruktami umysłu, zajmowanie się konfliktami, problemami poznawczymi, trudnościami w kontaktach z innymi ludźmi, obrazem świata i własnej osoby. Zgodnie z nimi zjawiska cielesne to tylko objawy, które można diagnozować, sposoby zachowania, które się modyfikuje, i sposoby komunikowania się, które można próbować zrozumieć lub które uważa się za symbole procesów poznawczych leżących u ich podłoża.

Do tego dochodzą trudności, jakie każdy z terapeutów może mieć w kontaktowaniu się ze swoim ciałem. My, terapeuci, mamy często takie same kłopoty z doznaniami cielesnymi jak nasi pacjenci. Jesteśmy produktem systemów edukacyjnych i programów treningowych, gdzie intelekt jest uważany za jedyne właściwe narzędzie służące człowiekowi do radzenia sobie z problemami. Widać to w sposobie pracy terapeuty, który godzinami siedzi bez ruchu, ledwo oddycha oraz słucha i reaguje na pacjenta tylko w sferze intelektualnej.

Ale styl pracy terapeutycznej to nie jedyny czynnik naruszający jedność ciała i Ja. Podobnie funkcjonuje nasz język. Nie istnieje przecież żadne pojedyncze słowo, które odnosiłoby się do pojęcia „Ja-ciało”. Najczęściej mówimy „moje ciało”, tak samo jak „mój wóz”, dając tym do zrozumienia, że uważamy je za swoją własność, a nie za siebie. Nasz język utwierdza nas w tym, że ciało jest tylko obiektem.

Zważywszy na powszechność tego zjawiska, trudno się dziwić, że sugestie, aby traktować ciało i jego doznania jako doświadczenie siebie, wywołują zakłopotanie. Co właściwie mam na myśli, mówiąc coś takiego?

Doświadczanie ciała jako doświadczanie Ja

Zaproponuję ci teraz pewien eksperyment. Twoim zadaniem będzie skupienie całej uwagi na doznaniach płynących z ciała. Następnie postaraj się uświadomić sobie, czy istnieje spójność pomiędzy odczuwaniem siebie a odbieraniem sygnałów z ciała.

Tak jak teraz siedzisz, nie zmieniając świadomie pozycji, którą przyjąłeś, zacznij siebie obserwować. Jakie są twoje fizyczne odczucia? Czy odczuwasz jakieś napięcia mięśni? Gdzie? Jak oddychasz: szybko, wolno, głęboko? Jaką pozycję przyjęło twoje ciało? Czy „trzymasz” je wyprostowane, czy pozwalasz mu oprzeć się o krzesło? Czy sposób siedzenia jest niedbały, swobodny, wyprostowany czy sztywny? Jak to wpływa na oddech?

W ten sposób zacząłeś uczestniczyć w doświadczaniu swojego ciała. Wielu ludzi mówi mi, że w takiej sytuacji niczego nie czują. Jeśli tak jest z tobą, to ten brak odczuwania jest już sam w sobie ważną wskazówką na temat twojej świadomości siebie. Większość osób odbiera jednak pewne wrażenia związane z procesami ciała; jeżeli będziesz cierpliwy, z czasem odbiór ten stanie się bogatszy i pełniejszy.

Jeśli masz ochotę kontynuować eksperyment, wypowiadaj głośno lub po cichu zdanie typu: „Stwierdzam, że w tym momencie mój oddech jest płytki i powierzchowny” lub „W tej chwili zdaję sobie sprawę z ciepła w moim brzuchu”. Nie spiesz się. Pozwól, aby te wypowiedzi pomogły ci skupić uwagę na doznaniach płynących z ciała w tym właśnie momencie.

Być może zauważysz, że pewne wrażenia są silniejsze niż inne. Możesz być na przykład bardziej świadomy swojego oddechu albo postawy ciała, napięcia w szyi lub w nogach. Zgodnie z terminologią Gestalt te właśnie wrażenia stanowią figurę, która wyłania się z ogólnego tła, jakim jest doświadczanie swojego ciała. Wokół tej figury, jeśli jest ona ważna dla Ja, zacznie skupiać się twoja uwaga i gromadzić energia.

A teraz spróbuj zmienić w poprzednio wypowiadanych zdaniach słowa „stwierdzam…” itp. na „jestem…”, tak aby dokonać połączenia pomiędzy Ja a doznaniami w ciele. Na przykład zamiast: „Stwierdzam napięcie w barkach”, powiedz: „Napinam barki” lub zamiast: „Widzę, że moje ramiona są słabe” – „Jestem słaby w ramionach”. Kontynuuj to na kilku (5–6) przykładach.

Co się dzieje, gdy zaczynasz używać terminu „Ja” w odniesieniu do doznań cielesnych? Niektórzy ludzie protestują przeciwko takiemu stawianiu sprawy: „To nie ja napinam moje barki, one już takie są”. Jeśli poczułeś taką chęć protestu, wówczas mógłbym zapytać: „Któż więc napina twoje barki, jeśli nie ty sam?”. Napięcie jest czymś, co sami sobie robimy w odpowiedzi na coś. Ale być może nie odbierasz jeszcze swojego napięcia na tyle wyraźnie, aby poczuć, że to właśnie ty je tworzysz. Wróćmy więc do eksperymentu, aby przekonać się, czy możemy nieco silniej odczuć swoje Ja w procesach ciała.

Skup swoją uwagę na 2 lub 3 miejscach w ciele, gdzie napięcia odczuwasz wyraźniej. Zastanów się nad każdym z osobna i spróbuj opisać ich charakter. Które z nich odczuwasz jako uciskanie? Napinanie? Związywanie? Ściskanie? To pomoże ci świadomie wyolbrzymić każde z nich, a tym samym wyraźniej poczuć ich charakter.

Zaproponuję ci teraz dodatkowy eksperyment i poproszę, abyś wykorzystał w nim te słowa, którymi określiłeś swoje napięcia. Na użytek eksperymentu przyjmij, że twoje ciało jest twoim Ja. Jeśli na przykład jedno z napięć określiłeś jako „uciskanie”, użyj tego słowa do stworzenia dwuczłonowego stwierdzenia na swój temat: „Uciskam siebie i w taki sposób istnieję”.

Powtórz te zdania parę razy, aby w pełni ocenić, jakie mają one dla ciebie znaczenie. Poczuj, że zajmując się stanem ciała, jednocześnie określasz stan egzystencjalny.

Jeśli naprawdę uczestniczyłeś w eksperymencie, a nie tylko czytałeś o nim, to 2 lub 3 wybrane przez ciebie stwierdzenia mogą okazać się dla ciebie niezwykle istotne. Mogło ci się udać wyrazić bezpośrednio coś takiego, co przedtem odczuwałeś niejasno i niewyraźnie. Mogłeś też nagle uchwycić jakieś przyczynowe powiązania pomiędzy twoim doznaniem fizycznym a obecną lub przeszłą sytuacją życiową.

A jeśli zmęczyłeś się, usiłując znaleźć cośkolwiek istotnego w ciele i przerwałeś eksperyment w połowie? Albo „nie zauważyłeś niczego” lub miałeś tylko „nic nieznaczące” odczucia? Wtedy poprosiłbym cię, abyś utworzył zdania mówiące o tych trudnościach i abyś zrobił to w taki sam sposób jak poprzednio, gdy wypowiadałeś stwierdzenia na temat doznań cielesnych:

Nie czuję się dobrze w sytuacji, w której zajmuję się swoim ciałem i w taki sposób istnieję.

Niezbyt dobrze odczuwam siebie i w taki sposób istnieję.

Moje ciało nic dla mnie nie znaczy i w taki sposób istnieję.

Zdania, które wypowiadałeś, mówiące o twoim oporze, złym samopoczuciu czy niedocenianiu siebie, a także inne podobne, są stwierdzeniami świadczącymi o twej postawie wobec cielesnego Ja.

Ucieleśnienie

Powyższy eksperyment pozwala lepiej zrozumieć podstawowe założenia terapii Gestalt – że Ja jest w równym stopniu Ja cielesnym, co Ja myślącym. Istniejemy, badamy, pracujemy i wychodzimy naprzeciw naszym stale zmieniającym się potrzebom poprzez naszą naturę fizyczną i za pomocą interakcji ze światem. Doznawanie naszego ciała w równym stopniu jak myśli, wyobrażenia i idee jest częścią nas.

Jeśli mówiąc o wrażeniach cielesnych, zamiast pierwszej osoby (ja) używamy trzeciej osoby, to znaczy że „umniejszamy” siebie. W ten sposób siebie osłabiamy. Im bardziej usuwamy naszą tożsamość z naszego ciała, tym więcej spraw nam się „przydarza”. Czujemy, że nie kontrolujemy tego, co się z nami dzieje, że jesteśmy wewnętrznie rozszczepieni i podzieleni na części. Tracimy kontakt z tym, co stanowi absolutną podstawę doświadczeń ludzkich – z naszą cielesną realnością. Jest to oczywiście banalny opis trudności, które my, terapeuci, powinniśmy leczyć. Ale nie różni się on zbytnio od ogólnego stanu naszego społeczeństwa: jesteśmy wewnętrznie rozbici na części, odcięci od naszych uczuć, pozbawieni umiejętności odbierania wrażeń cielesnych i kontroli nad sobą. Czy nie jest przypadkiem tak, że to społeczne zjawisko ma swoje korzenie w naszym stosunku do własnych ciał?

W kolejnych rozdziałach mojej książki spróbuję wyjaśnić, jak to się dzieje, że nasza natura cielesna odgrywa tak ważną rolę w naszym stosunku do świata i jest podstawą naszego kontaktu ze środowiskiem – nie tylko fizycznym, ale przede wszystkim ludzkim – umożliwiając realizację naszych potrzeb i przyczyniając się do naszego wzrostu. Praca z ludźmi nad ich coraz lepszą identyfikacją z ciałem pomaga nam, terapeutom, urealnić nasze abstrakcyjne pojęcie Ja, egzystencji i istnienia i utwierdza nas w słuszności naszego postrzegania człowieka jako całości.

Integracyjna rola Ja

Ponieważ w tekście będę często używał terminu Ja (self), postaram się opisać bardziej szczegółowo, co rozumiem pod tym pojęciem. Koncepcja Ja w literaturze dotyczącej terapii Gestalt jest dość złożona i wieloznaczna, ale dla nas istotna. Złożoność tego pojęcia wynika z jego statusu nieuchwytnej i efemerycznej części organizmu, a jego niejednoznaczność spowodowana jest używaniem tego terminu na wiele różnych sposobów. Terapia Gestalt uznaje Ja nie za rzecz ani nie za strukturę statyczną, ale za płynny proces. Ja nie jest utrwalonym zestawem charakterystycznych właściwości („Jestem taki i tylko taki”). Możliwości i jakości Ja u zdrowej osoby są elastyczne i zmieniają się w zależności od wymagań organizmu i środowiska. Ja samo w sobie nie ma jakiejś określonej natury, a przyjmuje ją, nawiązując kontakt lub wzajemną relację ze środowiskiem. Określano je jako system kontaktowania się i relacji ze środowiskiem. W tym sensie Ja może być uważane za czynnik integrujący nowe doświadczenia.