Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Chorągiew Michała Archanioła ebook

Adam Przechrzta

4.88888888888889 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 392 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chorągiew Michała Archanioła - Adam Przechrzta

Wojna polsko-ruska pod flagą archanielską.

Tajne operacje sił specjalnych. Afgańcy. Terroryści. Rosyjska mafia. Walka na śmierć i życie. Braterstwo broni. Miłość, chemia... alchemia. I bezcenna relikwia. Krótko mówiąc, metafizyka łamana przez akcje Specnazu.

Naprawdę byłem gotowy zabijać. Jeśli przeżyjesz piekło, stajesz się twardszy, mądrzejszy, bardziej cyniczny. Ale nigdy, przenigdy nie stajesz się lepszy. Coraz więcej bestii, coraz mniej człowieka... - mówi Janusz Korpacki, naukowiec zajmujący się historią i cybernetyką społeczną. Jednocześnie ekspert walki nożem z nietypową dla mola książkowego umiejętnością otwierania wszelkiego typu zamków. Na prośbę przełożonego podejmuje się prywatnego śledztwa w sprawie śmierci jednego ze studentów. Nawet nie przeczuwa, że z woli sił wyższych przyjdzie mu przewodzić wcale nie anielskim zastępom...

Opinie o ebooku Chorągiew Michała Archanioła - Adam Przechrzta

Fragment ebooka Chorągiew Michała Archanioła - Adam Przechrzta

Spis cyklu

Chorągiew Michała ArchaniołaBiałe noce

Rozdział pierwszy

Wbiłem nóż w wątrobę Huberta – nie zareagował. Zmieniłem uchwyt i pchnąłem w arteria subclavia. Zadrżał lekko. Wreszcie uderzyłem kolanem. Teraz zapiszczał. To znak, że cios, który trafił go w klatkę piersiową, został zadany z prędkością większą niż pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. W realnym starciu umarłby trzykrotnie. Hubert był manekinem, dość szczególnym manekinem. Dostałem go od wujka Maksa na urodziny. Tylko on o nich pamiętał. Tak naprawdę nie był moim krewnym, a jego talent wynalazcy-majsterkowicza przewyższały jedynie predyspozycje do zupełnie innej pracy. Była to profesja z gatunku tych, o których raczej nie mówi się w towarzystwie... No cóż, rodziny się nie wybiera, nawet przyszywanej.

Zdecydowałem, że na dzisiaj wystarczy. Otarłem pot z czoła, schowałem Huberta do szafy i przeszedłem do łazienki. Stojąc pod strugami gorącej wody, rytmicznie napinałem i rozluźniałem mięśnie, rozkoszując się przyjemnym, potreningowym zmęczeniem. Lubię to uczucie pojawiające się, kiedy nasz organizm da z siebie wszystko, kiedy wiemy, że jest sprawny, silny i giętki. Kiedy słucha naszych rozkazów.

Po kąpieli wyciągnąłem się na kanapie w starym, sfatygowanym, ale za to wygodnym szlafroku.

Telefon zadzwonił, przerywając mi podziwianie kolekcji dziewiętnastowiecznych fotografii. Dość specyficznej kolekcji. Półnagie kobiety pozowały do zdjęć ze szpadą. Mało kto wie, że pod koniec dziewiętnastego wieku pojedynki wśród płci pięknej były dość popularną rozrywką. Oczywiście nie chodziło o prawdziwą walkę, a o sam ceremoniał. Dziś do rozkładówek pism typu „Playboy” nie rozbierają się chyba tylko zakonnice, dawniej sytuacja wyglądała nieco inaczej. Każda kobieta, która odważyłaby się publicznie ukazać swoje wdzięki, zostałaby natychmiast sklasyfikowana jako dziwka. Chyba żeby pozowała przed pojedynkiem... Skromność skromnością, ale ówczesne przepisy pojedynkowe nakazywały walczyć półnago, żeby wykluczyć ewentualność, że któryś z adwersarzy skorzysta z niedozwolonej ochrony torsu. Czasem tuż przed walką bandażowano brzuch, aby ograniczyć możliwość głębokich pchnięć. Moje wojownicze nimfy fotografowały się bez żadnych osłon. Trudno mi było cokolwiek powiedzieć o ich umiejętnościach szermierczych czy wyniku pojedynków (o ile w ogóle się odbyły), jednak nie ulegało wątpliwości, że jako kobiety nie miały się czego wstydzić.

Podniosłem niechętnie słuchawkę, studiując detale zdjęcia utrzymanego w stylu wiedeńskiego Kamera Klubu. Młoda, zgrabna blondynka uśmiechała się figlarnie do obiektywu, demonstrując imponujący biust i trzymaną całkiem fachowo szpadę. Całą kompozycję cechowała typowa dla wiedeńczyków wykwintna swoboda. Jestem historykiem i moje zainteresowanie miało wyłącznie naukowy charakter.

– Tak? – rzuciłem sucho.

– Pan doktor Janusz Korpacki?

Głos był głęboki i spokojny. Wyczuwało się, że mój rozmówca nie musi krzyczeć, aby postawić na swoim.

– We własnej osobie – mruknąłem.

– Dzwonię z polecenia profesora Davidoffa...

Westchnąłem i odłożyłem zdjęcie. Profesor Davidoff był europejskiej sławy uczonym, specjalistą w zakresie cybernetyki społecznej, człowiekiem, który jako pierwszy na świecie zastosował aparat pojęciowy cybernetyki do opisu zjawisk historycznych. Był także moim nauczycielem, promotorem i toutes proportions gardées – przyjacielem.

– Słucham – powiedziałem dużo cieplejszym tonem.

Byłem winien profesorowi niejedną przysługę i nie miałem nic przeciwko, aby spłacić choć część długu.

– Nazywam się Karol Wirde. Chciałbym...

– Ten Wirde od Commerz Bundes Banku?

Zapadła nieprzyjemna cisza. Najwyraźniej pan Wirde nie docenił mojej szczerości.

– Tak – powiedział wreszcie. – Jestem jednym z ważniejszych udziałowców tej... instytucji. Może to dobrze, że pan zapytał, w ten sposób wyjaśniliśmy sprawę mojej wypłacalności.

– Chodzi panu o badania historyczne, a może genealogiczne? W zasadzie nie zajmuję się tym na zlecenie osób prywatnych, jednak dla profesora...

– Nie – teraz on mi przerwał.

Wyszło mu to całkiem nieźle, widać było, że ma wprawę.

– Chodzi mi o kwestie kryminalne, mające prawdopodobnie związek z pana specjalnością jako historyka.

– Którą? – zapytałem odruchowo.

– Myślę o polskich służbach specjalnych z okresu międzywojennego.

– Tak?

– Mój dziadek był współpracownikiem kontrwywiadu w tym okresie. Rozpracowywał nielegalne organizacje terrorystyczne, głównie komunistów. Mój syn zainteresował się pewnymi dokumentami dotyczącymi kilku prowadzonych przez niego śledztw. Robił notatki, z których wynika, że część tych dokumentów nagle zniknęła z jednego z warszawskich archiwów. Dwa dni później został zamordowany.

Milczałem przez chwilę. Nie miałem najmniejszej ochoty wdawać się w coś takiego. Niektóre sprawy rzucały długi cień.

– W jaki sposób zginął? – spytałem wreszcie.

– Wpadł pod pociąg.

– Został zepchnięty na tory?

– Nie. Świadkowie twierdzą, że stanął naprzeciwko pociągu pospiesznego, dokładnie pośrodku torów, i dał się przejechać... Po prostu stał i patrzył na zbliżającą się lokomotywę. Maszynista próbował hamować, ale nie miał szans... Policja podejrzewała, że syn był pod wpływem narkotyków, lecz specjalistyczne badania nie wykryły żadnych śladów po tego typu środkach.

– Dlaczego pan twierdzi, że to było morderstwo?

– Mój syn nigdy nie brał narkotyków, świadkowie widzieli jakiegoś mężczyznę, który z nim rozmawiał na chwilę przed tym... zdarzeniem, podobno uczynił gest w stronę torów, jakby mu nakazywał iść w tym kierunku, wreszcie zginęły te dokumenty...

– Co to za dokumenty?

– Fotografie kilku komunistycznych szpiegów, krótkie charakterystyki sporządzone przez przedwojenny kontrwywiad i parę luźnych stron.

– Są prawdopodobnie bez znaczenia – stwierdziłem.

– Dlaczego?

Głos Wirdego nadal brzmiał spokojnie, jednak czuło się w nim teraz podskórne pęknięcie, skazę.

– To codzienność w naszych archiwach. Przeważnie fotki i dane komunistycznych agentów trzymane są w wielkich albumach. Nikt nie jest w stanie sprawdzić, czy nic nie zginęło, kiedy korzystający z dokumentów oddają je pod koniec dnia. Kiedyś przez tydzień siedziałem w takim archiwum...

– A konkretnie?

– Czy to ważne? Co drugi, co trzeci dzień ginęły jakieś notatki i zdjęcia. A to komuś nie pasowało, że dziadziuś jest wymieniany jako komunistyczny szpieg czy dywersant, inni z kolei sądzili, że znajdą haka na konkurenta z lewicy, jeśli rzucą prasie garść faktów o tym, że jego przodek sprzedał się Sowietom... Rozumie pan, że nawet brukowiec wymagałby potwierdzenia takich rewelacji, stąd popyt na tego typu dokumenty.

– Sugeruje pan, że to lewicowi politycy...

Po raz pierwszy wyczułem gniew w jego głosie.

– Niczego nie sugeruję – uciąłem. – To tylko luźne dywagacje. Osobiście jest mi obojętne, czy te akta przemeblował jakiś przemalowany na różowo były komuch, czy oszołom z prawicy. Mówię tylko, że takie rzeczy to normalka i najprawdopodobniej nie mają żadnego związku ze sprawą, a pański syn mógł mieć sto różnych powodów, żeby popełnić samobójstwo bez żadnych narkotyków, albo wziął takie, których nie wykryto...

– Jednak chcę, aby się pan tym zajął. Nie za darmo.

Wymieniona przez mojego rozmówcę suma była oszałamiająca. Wystarczyłaby mi na parę lat spokojnego życia i coroczne wakacje na wyspach Bahama. Dla kilku osób.

– Nie będę wykorzystywał pańskiej sytuacji – rzuciłem szorstko. – Nie jestem w stanie...

– Mógłbym zasugerować, aby podjął pan decyzję jutro?

– To niczego nie...

– Proszę. Profesor Davidoff powiedział, że jest pan prawym i uczciwym człowiekiem. Dostatecznie twardym i zorientowanym w temacie, aby udzielić mi pomocy.

Stwierdzenie, że opadła mi szczęka, byłoby eufemizmem. Żaden z uczniów profesora, nawet najzdolniejszy, nie otrzymał nigdy wyższego stopnia niż „cztery z minusem”. Davidoff był maniakalnym perfekcjonistą. W kwestii zasad moralnych okazał się jeszcze gorszy. W naukowym światku żartowano, że z zespołu Davidoffa można wylecieć za jazdę tramwajem na gapę. Twierdzenie to nie odbiegało wiele od stanu faktycznego.

– Mówimy o tym samym człowieku? – spytałem z niedowierzaniem.

– Tak. – Wirde roześmiał się krótko. – Wiem, że on jest dość oszczędny w pochwałach. Takiej laurki z jego ust, jak żyję, nie słyszałem. Dlatego tak mi zależy na pańskiej pomocy...

– Zadzwonię jutro – zgodziłem się niechętnie.

– Ma pan mój numer czy podyktować?

Sapnąłem. Niewiele osób wiedziało, że mam podłączone do telefonu urządzenie identyfikujące rozmówcę, nawet takiego, który nie chce być zidentyfikowany. To gadżet związany z moją pracą. Czasem udzielam konsultacji odnoszących się do teraźniejszości. Cybernetyka to dość pożyteczne narzędzie, a ja uchodzę za następcę Davidoffa w tej dziedzinie.

– Mam.

– A więc czekam.

Pan Wirde powiedział, co chciał, i odłożył słuchawkę. Trochę mnie to wkurzyło, ale nie na tyle, aby czepiać się faceta, który niedawno stracił syna. Wobec bólu wszys­cy są równi.

Przyszykowałem sobie drinka i zapaliłem cygaro. Wyłożyłem się wygodnie w potężnym, obitym prawdziwą skórą fotelu, oparłem stopy na jednej z półek mojej biblioteczki. Mam trzypokojowe mieszkanie, ale jest ciasno, ponieważ wzdłuż wszystkich ścian stoją regały z książkami. Wydmuchnąłem w zamyśleniu dym w kierunku sufitu. Mimo rozważenia rozmaitych opcji, jedno nie ulegało wątpliwości – telefon do Davidoffa był niezbędny. Jako członek zespołu miałem zastrzeżony numer profesora, pod którym mogłem go zastać o każdej porze dnia i nocy. Istniał jednak pewien problem – Davidoff cenił sobie spokój i prywatność, a każdy, kto nadużył udzielonych mu przywilejów, narażał się na jego gniew. Nie jestem mięczakiem, ale wierzcie mi – nie chcielibyś­cie wkurzyć Davidoffa. Naprawdę nie chcielibyście...

Odetchnąłem głęboko i wystukałem numer profesora.

– Davidoff – usłyszałem.

– Dzień dobry, panie profesorze...

– O, Jasiu! – ucieszył się do słuchawki.

Nie było źle. Davidoff miał zwyczaj poufałego, niemal familiarnego traktowania osób, które lubił. Nielubiane lub takie, które mu się czymś naraziły, traktował z zimną, mrożącą krew w żyłach kurtuazją.

– Dzwonił do mnie pan Wirde... – zacząłem.

– Tak, tak... To tragiczna historia. Pomożesz mu oczywiście?

– Kiedy to nie moja dziedzina, panie profesorze...

– Służby specjalne z okresu Drugiej Rzeczypospolitej?

– Zniknięcie tych dokumentów nie miało raczej nic wspólnego z całą sprawą – odparłem z wahaniem.

– Miało – powiedział stanowczo Davidoff. – Zobaczy pan sam, panie Janku, po zapoznaniu się z konkretami. Ma to związek z czerwoną teczką.

Zamilkłem. Najwyraźniej traciłem punkty. Davidoff świetnie mówił po polsku, jednak nigdy nie rozróżniał zbyt dobrze takich imion jak „Janusz” czy „Jan”. Niemniej jednak sprawa była jasna – nie podobała mu się moja postawa, co zasygnalizował przejściem na „pan”. Kiedy przygotowywałem swój doktorat do publikacji, odłożyliśmy do osobnej teczki materiały, których ujawnienie mogłoby skrzywdzić żyjących jeszcze ludzi bądź stanowiło zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Czy miało to sens w przypadku archiwaliów sprzed dziesiątków lat? Nawet tych opatrzonych gryfem ŚCIŚLE TAJNE? Jak mówiłem, niektóre sprawy rzucają długi cień. Wszystkie te dokumenty umieściliśmy w czerwonej kartonowej teczce.

– Hm...

– Chodzi o sprawę Alchemika – powiedział ostrożnie Davidoff.

Kryptonimem „Alchemik” oznaczono w aktach osobę, która wniosła wyjątkowy wkład w działalność polskich służb specjalnych. Znajdowane tu i ówdzie aluzje pozwalały domniemywać, że to właśnie pomoc Alchemika zadecydowała w dużej mierze o zwycięstwie w wywiadowczej walce ze wschodnim sąsiadem.

– Mówi pan profesor, że to... wypłynęło teraz? – wyjąkałem.

– Tak.

– Wydaje mi się, że trzeba by zawiadomić ABW, albo...

Usłyszałem wyraźne zgrzytnięcie zębów.

– Szanowny panie doktorze, gdybym sądził, że jakaś instytucja może rozwiązać ten problem, nigdy nie wysyłałbym ojca ofiary do pana. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że...

– Chwileczkę, panie profesorze, muszę pomyśleć...

W słuchawce zapadła cisza.

– Nawet gdybym się tego podjął i udźwignął ciężar tej sprawy w aspekcie historycznym czy archiwistycznym, to pozostaje jeszcze sfera kryminalna... – zacząłem.

– Był pan przecież w wojsku.

– Tak, w kwatermistrzostwie. Specjalność: MPS.

– Co to takiego? – zapytał z autentyczną ciekawością Davidoff.

– Materiały Pędne i Smary. Gdyby pan profesor był zainteresowany, ile ropy spala czołg w warunkach bojowych, albo chciał go zatankować, to trafił pan na właściwego człowieka, jednak...

– Zawsze podziwiałem twoją skromność, Jasiu – stwierdził ponownie życzliwym tonem mój rozmówca. – Słyszałem coś mimochodem o twoim... ekhm... harcerskim epizodzie.

Najwyraźniej teraz ja zgrzytnąłem zębami, bo usłyszałem w słuchawce śmiech. Davidoff miał nadnaturalny wręcz talent do gromadzenia wszelkiego typu ploteczek. Teraz chciał mi dać do zrozumienia, że słyszał, jakobym przeszedł także szkolenie o niezupełnie kwatermistrzowskim profilu.

– Ci analitycy nie mogli się ciebie nachwalić. Pamiętasz, o kogo mi chodzi?

Pamiętałem. To było dwóch milczących, posępnych facetów, którzy przyjechali do Krakowa wraz z delegacją rosyjskich naukowców. Zajmowali się cybernetyką społeczną i nie tylko... Najpierw o mało się nie pobiliśmy, kiedy okazało się, że walczyli w Czeczenii. Byli w Specnazie czy innym Omonie. Mnie nie podobało się to, co wyprawiało rosyjskie wojsko w Groznym, a im, że mówiłem o tym bez osłonek i oskarżałem armię en ­masse. Potem puścili mi amatorski film z akcji w Biesłanie, gdzie widziałem, jak rosyjscy komandosi padają pod ogniem terrorystów, osłaniając własnymi ciałami uciekające dzieci. W efekcie popiliśmy się tak, że na samo wspomnienie dostaję migreny.

– Co oni nagadali panu profesorowi?

– Nie pamiętasz, o czym dyskutowaliście? – zapytał z udanym współczuciem Davidoff. – Nic dziwnego. Podobno któryś z was szczekał na pudla rektora i chciał go zjeść...

– Profesorze! – jęknąłem.

– Sforsowałeś prawie trzymetrowy mur wokół domu rektora, unieszkodliwiłeś jeden z lepszych systemów alarmowych i otworzyłeś bramę tym dwom. Kiedy weszli, z wdzięczności wysikali twoje nazwisko na śniegu.

– Niemożliwe! Gdyby tak było, już bym nie żył!

– Było, było... Na szczęście gosposia rektora, która zadzwoniła na policję, nie zna rosyjskiego, a napis był wykonany cyrylicą. Potem ktoś go zmazał.

– Kto?!

– Koleżanka tych dwóch. Też mi wyglądała na... harcerkę.

– Nie wiem, czy to coś da, ale jeśli pan profesor sobie życzy, zajmę się sprawą pana Wirde – wymamrotałem.

– Nie śmiałbym nalegać, panie doktorze...

– Już dobrze, zrobię to, zrobię.

– Miłego popołudnia, Jasiu – zachichotał Davidoff, odkładając słuchawkę.

Następnego dnia poinformowałem Wirdego, że przyjmuję jego propozycję, i umówiliśmy się w Europejskiej. Miał przekazać mi notatki syna. Mimo iż przyszedłem pięć minut przed czasem, bankier już czekał przy okrąg­łym stoliku z butelką Hennessy Paradis i skrzynką cygar Bolivar. Najwyraźniej Davidoff poinformował go o moich upodobaniach. Kiedyś muszę zapytać profesora o jego znajomość z Wirdem. Generalnie Davidoff nie przepada za finansistami, ale wyglądało na to, że mój klient jest wyjątkiem od tej reguły.

Wirde wstał na mój widok i przywitał się uściskiem dłoni. Wyglądał na pięćdziesiąt lat z okładem: wytwornie ubrany, szpakowaty, otoczony był aurą dyskretnej elegancji. Jego twarz o wyrazistych, regularnych rysach robiła wrażenie zmęczonej, w oczach widziałem ból, może desperację. Bez słowa podał mi cienką plastikową teczkę i nalał koniaku. Zachęcony uprzejmym gestem poczęstowałem się cygarem. Obracając je w palcach, zabrałem się za studiowanie akt. Po chwili zakląłem wściekle, Davidoff miał rację – to wszystko wiązało się ze sprawą Alchemika! Przejrzałem na wszelki wypadek resztę dokumentów, tak jak się spodziewałem, nie znalazłem niczego podejrzanego. Jednym haustem wychyliłem trunek o delikatnym pieprzowym zapachu. Zmarnowałem dobry alkohol, ale nie byłem w nastroju do kontemplacji. Przyciąłem cygaro i odetchnąłem głęboko, starając się uspokoić. Podziękowałem skinieniem głowy kelnerowi, który podał mi ogień, potem przez kilka minut paliłem w milczeniu, usiłując uporządkować to wszystko w myślach. Wirde siedział z kamienną twarzą naprzeciwko mnie. Czekał.

– Może pan mieć rację – powiedziałem wreszcie.

– W jakiej kwestii? – spytał zimno.

– Być może ktoś faktycznie zabił pańskiego syna...

– Czy posiada pan jakieś informacje, które można by przekazać policji?

Pokręciłem głową.

– Raczej nie.

– To skąd ten wniosek? – Wirde pochylił się nad stolikiem i wpatrzył we mnie w napięciu.

– Co pan wie o alchemii?

– Spotkałem się z kryptonimem „Alchemik” w notatkach syna – odparł, wskazując leżącą na stole teczkę. – Nie wiem, jaki ma to związek z alchemią jako taką. Nigdy mnie takie sprawy nie interesowały. – Wzruszył ramionami.

– Alchemia uchodzi za poprzedniczkę chemii, za naukę, której adepci trwonili czas i pieniądze, chcąc opracować metodę zamiany ołowiu w złoto lub wytworzyć kamień filozoficzny dający nieśmiertelność i leczący wszelkie choroby – wyjaśniłem krótko.

– Uchodzi? – Wirde uniósł brwi.

– To nie jest takie proste. Koncepcje alchemiczne są jedyne w swoim rodzaju i nie mają nic wspólnego z zasadami chemii. Niektóre z nich sprawdziły się w praktyce.

– Niech zgadnę, pewnie nie chodzi o to przekształcanie ołowiu w złoto – westchnął bankier. – To by było zbyt piękne.

– Są rzeczy cenniejsze od złota – zauważyłem.

– Mianowicie?

– Alchemia jest uprawiana do dzisiaj, tak było też w okresie międzywojennym. Niektórzy adepci osiągnęli obiecujące rezultaty.

– A konkretnie?

– We Francji niejaki Barbault opracował recepturę „roślinnego złota”. Substancja ta leczy uremię, syfilis i stwardnienie rozsiane.

– Leczy?!

– Tak, niektórzy lekarze stosują ten preparat. To tylko jeden z przykładów. Nie ma się czym zachwycać, bo „roślinne złoto” okazało się koszmarnie drogie w produkcji i raczej nie zanosi się, aby wyparło klasyczne leki. Chodzi mi tylko o fakt, że niekoniecznie wszystkie koncepcje alchemiczne to bajka...

– Rozumiem, że ów wymieniony w dokumentach Alchemik nie zajmował się raczej leczeniem syfilisu – stwierdził Wirde, zapalając cygaro.

– Nie. Opracował substancję, która całkowicie neutralizowała naturalny zapach człowieka, zastępując go wonią lasu. To wiadomo na pewno. Rozumie pan, jakie to miało znaczenie przy nielegalnym przekraczaniu granicy z Rosją? Szanse naszych agentów wzrastały o kilkadziesiąt procent. Oczywiście znano już wtedy sztuczki, które potrafiły pozbawić węchu psa tropiącego; znaczono trop naftą, drobno zmielonym pieprzem... Jednak zorganizowany pościg, mający do dyspozycji kilka psów, nie dał się powstrzymać za pomocą takich prymitywnych metod. Co innego, kiedy zwierzęta po prostu nie czuły zapachu człowieka.

– No tak, ale dzisiaj...

Przerwałem mu stanowczym gestem.

– Nawet dzisiaj byłaby to bardzo użyteczna substancja. Niestety, sekret jej wytwarzania zaginął. Jak powiedziałem: tyle wiemy na pewno. Jednak są jeszcze inne pogłoski...

– Tak?

– Polskie służby specjalne wielokrotnie były oskarżane przez komunistów o stosowanie tortur w śledztwie, lecz badania naukowe raczej to wykluczyły. Nie ulega jednak wątpliwości, że w wielu przypadkach twardzi, przeszkoleni w ZSRR agenci mówili wszystko, co wiedzą, w ciągu dosłownie minut, góra godzin. Istnieją pewne wzmianki, że Alchemik kontynuował swoje zapachowe eksperymenty... Ponoć wynalazł preparat, który zamieniał przesłuchiwanego w bezwolną, podobną do zombie istotę wykonującą wszelkie polecenia śledczego. Także kilka innych miało ciekawe działanie.

– Jakie?

Machnąłem ręką.

– To tylko plotki. Jeden z nich miał wywoływać seksualną ekscytację... Nie wiem, czy wykorzystywano go w działaniach agenturalnych, ale nie jest to wyklu­czone.

– Uważa pan, że mojemu synowi zaaplikowano środek, który uczynił go podatnym na wszelkie sugestie?

– To możliwe.

– Ale dlaczego?!

– Pod koniec lat trzydziestych Stalin rozczarował się do cywilnych specsłużb i włączył do akcji wojskowe. Te rozpracowały i zabiły Alchemika. W zamachu zginął także jego łącznik z polskim wywiadem. Gdzieś tu, w Krakowie, pozostała pracownia zawierająca zapewne próbki preparatów, być może receptury... Z notatek wynika, że pański syn ustalił też adres mieszkania Alchemika i zawęził obszar, w którym może się znajdować pracownia.

– Ale przecież po tylu latach...

– Skrytka, zamaskowany sejf... Coś takiego mogło pozostać niezauważone, chyba że przeprowadzono generalny remont.

– Gdzie on mieszkał?

– Z notatek wynika, że przy dzisiejszej ulicy Garncarskiej.

Wirde zmienił się na twarzy.

– Widziałem w pokoju syna plan miasta z zakreśloną Garncarską! Jednak w tych notatkach są tylko jakieś znaczki i skróty.

– To stenografia. Potrafię to odczytać – uspokoiłem go.

– Co teraz? – zapytał bankier, zaciskając zęby.

– Teraz trzeba będzie ustalić, kto zainteresował się badaniami pańskiego syna, ale to już moje zadanie.

Z przestudiowanych w kawiarni notatek wynikało, że mieszkanie Alchemika znajdowało się na trzecim piętrze wybudowanej w 1910 roku kamienicy. Nie było żadnego problemu z lokalizacją – porównując pochodzący z 1925 roku plan Krakowa ze współczesnym, potwierdziłem prawidłowość ustaleń młodego Wirdego. Pozostawała natomiast inna kwestia – musiałem się jakoś tam dostać i nadać pozory legalności przeszukaniu mieszkania. Postanowiłem pojechać na uczelnię i złapać Davidoffa, zanim skończy zajęcia. Być może jego kontakty były nieco skromniejsze od tych, jakimi dysponował Don Corleone, ale nie sądziłem, aby różnica była zbyt wielka. Po drodze wstąpiłem do dziekanatu upewnić się, czy Davidoff ma dziś wykłady.

Rektor wraz z grupką kilku profesorów wymieniali żarty z sekretarką dziekana, posągowych kształtów brunetką pod czterdziestkę.

– Pani Marysiu, profesor Davidoff jest na uczelni? – spytałem, przekrzykując gwar.

– Jest. Sam-Pan-Wie-Kto też jest – odparła ze złośliwym uśmieszkiem. – Szukała pana.

W geście udanego przerażenia chwyciłem się za głowę. Sekretarce chodziło o wyjątkowo głupią i namolną studentkę, która koniecznie chciała odegrać rolę mojej femme fatale. Nie popierałem tego planu. Wspominałem, że na dodatek była jeszcze brzydka?

– Tylko nie to! – jęknąłem boleśnie. – Może by ją tak przenieść do innej grupy?

– Natychmiast – zgodził się rektor.

Wybałuszyłem oczy. Prosiłem go o to kilkakrotnie, jak dotąd bez rezultatu. Podejrzewam, że profesura nieźle się bawiła, obserwując, jak przemykam po uczelni plecami do ściany, wypatrując mojego fatum. Dopiero teraz zauważyłem, że w dziekanacie zapadła cisza i wszys­cy patrzą na widoczny spod mojej marynarki, umieszczony w specjalnej pochwie nóż. Nawet noszony w pozycji bojowej, rękojeścią do dołu, mój Walther Tactical wyglądał dość złowrogo.

– Mnie nic nie grozi – stwierdził głośno jeden z profesorów. – Klaskałem na obronie jego doktoratu.

– Panowie... – Przewróciłem wymownie oczyma i zapiąłem marynarkę.

– Biedny Davidoff – zauważył inny. – Mam dziwne wrażenie, że pan doktor chce z nim przedyskutować postępy w swoich badaniach. Ja tam bym się z nim nie kłócił...

– Nie martwcie się o Davidoffa, poradzi sobie – powiedział rektor. – Czy ma pan jakieś problemy? – zapytał po chwili zupełnie innym tonem.

Lubiłem tego faceta, to nie był zwykły biurokrata.

– Nie, skąd. – Skrzywiłem się demonstracyjnie. – Być może odwiedzę dzisiaj takie archiwum na peryferiach, a sam pan wie, profesorze, jaki jest stan bezpieczeństwa na naszych ulicach...

– Wiem, wiem – ożywił się. – Uwierzy pan, że jakiś czas temu kilku pijanych chuliganów włamało się na moją posesję? Śmiertelnie wystraszyli gospodynię i doprowadzili do nerwicy mojego psa. Podobno jeden z tych zwyrodnialców chciał go ugryźć!

Pokiwałem współczująco głową i wymknąłem się na korytarz. Wolałem nie zgłębiać tego tematu... Wbiegłem na drugie piętro i zacząłem przedzierać się przez tłum studentów czekających na wykład Davidoffa. Większość z nich stanowiły kobiety. Bardzo ładne kobiety. Niektórzy mają szczęście... Wszedłem do gabinetu profesora i rozsiadłem się bez zaproszenia w wygodnym fotelu. Davidoff był zwolennikiem swobodnej atmosfery w kontaktach międzyludzkich. No, może nie do końca, najpierw trzeba było zasłużyć na jego uznanie. Profesor siedział za biurkiem i notował coś na komputerze. Muskularny mimo sześćdziesiątki na karku, o pociągłej, arystokratycznej twarzy, pisał z szybkością karabinu maszynowego. Jego wielkie, niemal toporne dłonie unosiły się nad klawiaturą z wdziękiem pary motyli.

– Jakiś problem? – spytał, nie odrywając wzroku od monitora.

– Zlokalizowałem mieszkanie Alchemika, muszę je przeszukać – zameldowałem zwięźle.

Davidoff przerwał pracę i spojrzał na mnie z namysłem.

– Czego ci potrzeba?

– Jakiejś podkładki na to przeszukanie.

– Chyba nie tylko – mruknął po chwili.

Zapalił cygaro i hojnym gestem podsunął mi pudełko. Cohiba Esplendidos. Z przyjemnością poczęstowałem się i przez jakiś czas paliliśmy w zgodnym milczeniu. Esplendidos po hiszpańsku oznacza „wspaniałe”, co jest adekwatnym określeniem dla cygar tej klasy.

– Potrzeba ci wsparcia – powiedział wreszcie Davidoff. – Nie chcę stracić drugiego ucznia. A z ciebie jest zawadiaka, najpierw działasz, potem myślisz. – Pogroził mi palcem.

Gwizdnąłem w duchu. Jeśli Wirde junior był studentem profesora, obiecującym studentem, bo tylko takich Davidoff nazywał uczniami, wyjaśniało to zainteresowanie profesora tą sprawą. Takie kwestie traktował bardzo osobiście.

– Pomogą ci analitycy.

– Analitycy? – Nie skojarzyłem w pierwszej chwili.

– No wiesz, ta trójka Rosjan. Ci dwaj, z którymi piłeś, i ich koleżanka.

– Chyba pan żartuje, profesorze. Mam dowodzić grupą szturmową Specnazu?! – warknąłem.

– Jakiego tam Specnazu – zaprotestował słabo. – Zresztą ona jest chyba z GRU...

– Chodzi mi o nadanie tej akcji pozorów legalności – wyjaśniłem cierpliwie. – Trójka ruskich szpiegów raczej mi w tym nie pomoże.

– A wiesz, że kilku panów z ABW miało pewne wątpliwości odnośnie do mojej osoby? – zapytał.

Westchnąłem ciężko.

– Może powróćmy do tematu? – zaproponowałem. – Bo rozumiem, że pana profesora pozytywnie zweryfikowano?

– Nigdy nic nie wiadomo – roześmiał się, gasząc niedopałek cygara. – Ci Rosjanie współpracują z ABW – wyjaśnił. – Terroryzm mafijny i takie tam... Mają odpowiednie dokumenty i uprawnienia.

– Uprawnienia do działań na terenie Polski? – spytałem z niedowierzaniem.

Davidoff wykonał nieokreślony gest.

– Coś w tym rodzaju. Mógłbym to załatwić inaczej, ale co do nich mam pewność, że sprawdzą się w sytuacji... kryzysowej. Polubili cię.

– Dzięki wielkie – odparłem ponuro. – Jeśli wpadniemy, ich obecność spowoduje, że nie będzie potrzebny żaden proces, po prostu tłum mnie zlinczuje.

– Marudzisz, Jasiu. – Machnął ręką Davidoff. – Umówię cię z nimi na jutro, spotkacie się na parkingu i od razu pojedziecie przeszukać to mieszkanie. Pogadałbym z tobą dłużej, ale ci studenci... To zadziwiające, ilu ich ostatnio przychodzi na moje wykłady. Chyba udoskonaliłem swój kunszt dydaktyczny – stwierdził z zadowoleniem.

– Raczej zwierzęcy magnetyzm – burknąłem pod nosem.

– Proszę?

– Nic, nic. W takim razie już pójdę.

– Jak skończycie, zadzwoń do mnie koniecznie.

Skinąłem głową i wyszedłem z gabinetu wraz z Davidoffem. Pożegnaliśmy się i pojechałem do domu.

Na parking przyszedłem piechotą. Nie miałem zamiaru używać swojego samochodu w akcji, której legalność była dyskusyjna. „Analitycy” już na mnie czekali. Dwóch potężnie zbudowanych, krótko ostrzyżonych facetów o kamiennych twarzach oraz trzydziestoletnia na oko kobieta. Jeden z mężczyzn miał niewielką bliznę na policzku. Wślizgnąłem się między zaparkowane samochody, ale zanim podszedłem do Rosjan, usłyszałem pieszczotliwy szczebiot i owionął mnie zapach tanich perfum.

– Panie doktorze! – zawołała moja ulubiona studentka. – Biegnę za panem, biegnę, a pan mi ucieka...

Jęknąłem z rozpaczą. Rosjanin z blizną zerknął na mnie i wyjął pistolet – paskudnie wyglądającą broń z zamontowanym laserowym celownikiem typu „Red Dot”. Po chwili na mojej marynarce pojawiła się czerwona plamka. Dziewczyna zamilkła i pobielała na nieładnej buzi. Mężczyzna podszedł do mnie bez pośpiechu, niemal przytknął lufę do skroni.

– Pozdrowienia od Siergieja Chińczyka – powiedział po polsku, acz z wyraźnym rosyjskim akcentem. – Chyba cię zabierzemy na małą przejażdżkę...

– Może wziąć też tę małą dziwkę? – odezwała się kobieta. – Wydają się dość zaprzyjaźnieni.

Miała niski, zmysłowy głos, ale nie sądziłem, aby moja studentka doceniła ten fakt. Wyglądała na obłęd­nie przerażoną. Nagle odwróciła się i pobiegła w stronę dziekanatu, wykonując przedziwne zygzaki.

– Co ona robi? – zainteresował się ten z pistoletem.

Już nie miał rosyjskiego akcentu.

– Kluczy pod ogniem nieprzyjaciela – wyjaśniłem łagodnie.

– Do wozu! – Zaprosił mnie gestem uzbrojonej ręki.

Kobieta usiadła za kierownicą, mnie przypadło miejsce tuż obok. Pozostała dwójka rozlokowała się z tyłu.

– Sasza – przypomniał mi się Rosjanin z blizną na twarzy.

Broń schował już wcześniej. Ruszyliśmy.

– Sasza, przyjacielu! – Przechyliłem się przez oparcie i ucałowałem go serdecznie. Równie wylewnie przywitałem się z drugim mężczyzną imieniem Anton. Ucałowałem też kierującą samochodem kobietę. Nie protestowała. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

– Jak masz na imię? – spytałem. – Nazwę tak swoją córkę – obiecałem.

Cała trójka parsknęła śmiechem.

– Anna – odparła poważnie, choć w jej oczach nadal tańczyły wesołe iskierki.

– Teraz ta zołza powinna dać mi spokój – stwierdziłem z ulgą.

– Powinna – zgodził się Anton. – Wszyscy boją się ruskiej mafii...

Uniosłem lekko brwi, ale nie skomentowałem.

– Czasem udajemy Polaków – wyjaśnił Sasza.

Najwyraźniej dostrzegł mój grymas w lusterku.

– Mówimy wtedy po polsku i myślimy po polsku.

Skierowałem wzrok na Annę. Opięte spodnie i dopasowany do figury żakiet podkreślały szczupłe, sprężyste ciało. Miała jasną, świetlistą cerę, zielone oczy i regularne rysy twarzy. Nie taką ją zapamiętałem. Najwyraźniej w czasie naszego ostatniego spotkania użyła specjalnego, dodającego lat makijażu. Prowadziła spokojnie, na granicy dozwolonej prędkości. Biorąc pod uwagę ograniczenia miejskiej komunikacji, dość szybko dotarliśmy na Garncarską.

– To tutaj – powiedziałem.

– Idziemy? – zapytał Anton.

– Jeszcze chwila – poprosiłem.

– Tak? – Anna zmarszczyła brwi.

– Jako jedyny Polak w bandzie ruskich szpiegów proponuję ustalić... hm... hierarchię dowodzenia, zanim weźmiemy się do rzeczy.

– Znaczy ty dowodzić, my słuchać? – doprecyzował Sasza ochrypłym, przesadnie akcentowanym głosem rosyjskiego żula.

– Mniej więcej. Nie przewiduję, abyśmy musieli wdać się w jakąś walkę, natomiast jeśli natrafimy na preparaty Alchemika, to lepiej będzie, jak zrobicie, co każę...

– A nagroda?

– Jaka nagroda?!

Anna westchnęła ciężko.

– Chodzi im o to, co dostaną, jak będą grzeczni?

Zastanowiłem się przez chwilę.

– Tyle Stolicznej, ile będziecie w stanie wypić, i pokażę wam kolekcję dziewiętnastowiecznych wojowniczek topless.

– Topless? – Anton podrapał się po głowie.

– To znaczy półnagich – uściśliłem. – To będzie dla was przełomowe doświadczenie erotyczne po kozach i owcach Afganistanu – zachęcałem.

– Nie biłem się w Afganistanie, za młody jestem – stwierdził obrażonym tonem Anton.

Sasza stuknął mnie w głowę.

– Anna? – spytał.

– Może być. Chętnie obejrzę te wojowniczki – stwierdziła z uśmiechem. – Ale co z właścicielami mieszkania?

– Jest tylko jeden, pracuje w dyplomacji, teraz powinien być w Rydze. Kłopoty możemy mieć jedynie z sąsiadami – poinformowałem.

Wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy w bramę secesyjnej, zdobionej roślinnymi ornamentami kamienicy. Po chwili wspinaliśmy się po schodach. Wbrew moim obawom chłopcy nie wyciągnęli broni, choć przepchnęli się naprzód i poruszali w szyku zwanym „element”, tak aby w razie konfrontacji mogli obydwaj strzelać w kierunku na wprost. Zapewne Anna zabezpieczała tyły. Tylko ja psułem te ustawienia, wolałem, żeby nie wczuwali się za bardzo w role. Na trzecim piętrze były tylko dwa mieszkania, ich drzwi znajdowały się naprzeciwko siebie, w żadnych nie zamontowano wizjera. Te prowadzące do apartamentów Alchemika zabezpieczały trzy nowoczesne zamki. Anton i Sasza demonstracyjnie odwrócili się do nich plecami, Anna pokręciła głową.

– Nie moja branża – stwierdziła.

Wolałem się nie dopytywać, co jest jej specjalnością. Najgorsze są rozwiane złudzenia... Wyjąłem z kieszeni zestaw narzędzi i przystąpiłem do pracy. Po minucie drzwi stanęły otworem. Mam smykałkę do... ślusarstwa, a wujek Maks i kilku innych dżentelmenów dopilnowało, abym ją rozwijał. Wszedłem pierwszy, za mną wślizgnęła się Anna, chłopcy tym razem zamykali tyły. Mieszkanie składało się z czterech pokojów, kuchni i łazienki. Rozproszyliśmy się po różnych pomieszczeniach. Śladów po Alchemiku nie musieliśmy długo szukać. Zerwane klepki podłogowe i rozbebeszony sejf w jednej z sypialni świadczyły wymownie, że ktoś nas uprzedził.

– Sejf w podłodze? – zdziwiła się Anna.

– To było wówczas popularne – powiedziałem z roztargnieniem.

Usiadłem przy stole i w zamyśleniu rozejrzałem się po pokoju. Wyglądało na to, że obecny użytkownik mieszkania miał sporo pieniędzy i dobry gust. Większość znajdujących się w doskonałym stanie mebli pochodziła z początków dwudziestego wieku, na ścianach zauważyłem obrazy Fałata i Boznańskiej.

– To co? Po sprawie? – zapytał Sasza.

– Może tak, może nie – mruknąłem. – Właściciel utrzymał wystrój wnętrz z początków zeszłego wieku, a ponieważ nie widać żadnych przeróbek, możliwe, że jego poprzednicy z takich czy innych powodów nie remontowali mieszkania na większą skalę. Być może jest tu coś jeszcze.

– Niby dlaczego? – Wzruszył ramionami Anton.

– Alchemik przeszedł przeszkolenie w polskich służbach specjalnych, wtedy to była światowa elita. Znam z grubsza założenia i program tego szkolenia. Uczono ich zarówno sztuki przeszukiwania pomieszczeń, jak i ukrywania cennych rzeczy w taki sposób, aby nie znaleziono ich w czasie rewizji. Oni musieli się wczuwać w sposób myślenia przeciwnika. Zastanówcie się: w jaki sposób można zwieść zawodowców, którzy wiedzą, że coś schowaliście w mieszkaniu? Żadna skrytka nie będzie zbyt pewna, bo profesjonaliści prędzej czy później ją znajdą. To po prostu kwestia czasu. Chyba że przekonamy ich, że już znaleźli to, czego szukali...

– Uważasz, że tu może być jeszcze jeden schowek? – domyśliła się Anna.

– Owszem, ale za jasną cholerę nie wiem, jak go znajdziemy. Przecież nie będziemy kuć ścian...

Anton uniósł pytająco brwi i popatrzył na Annę.

– Nie widziałeś tego – powiedziała, wyjmując z torebki niewielki, podobny do walkmana gadżet.

– Co to jest?

– Rodzaj miniaturowego georadaru, wykrywa pustki w ścianach ceglanych i konstrukcjach betonowych, może też lokalizować kable elektryczne.

Założyła na uszy słuchawki i rozpoczęła obchód wzdłuż ścian. Co jakiś czas zatrzymywała się w miejscu i sprawdzała coś na ekranie urządzenia. Kiedy wyszła z pokoju, Sasza i Anton poszli za nią, ja podszedłem do biblioteczki, nerwowo zaciskając pięści. Regał ozdobiono ornamentami przedstawiającymi dwa ziejące ogniem smoki. Mógł należeć do Alchemika. Takie ozdoby były charakterystyczne dla rzemieślników tworzących w okresie secesji. Podszedłem do miejsca, gdzie zerwano klepki, odsłaniając niewielki, płaski sejf. Pokrywa sejfu została rozpruta palnikiem, o ile mogłem stwierdzić, w dość fachowy sposób. Ten, kto to zrobił, musiał znać się na rzeczy. Nie kombinował, wybrał metodę z pierwszego poziomu drzewa ataku. Zresztą w tym przypadku upływ czasu uniemożliwiał w dużym stopniu korzystanie z innych sposobów. Mimo to miałem niejasne wrażenie, że ten, kto nas wyprzedził, jest zawodowcem. Pierwszą rzeczą, jakiej uczy się agentów operacyjnych w służbach specjalnych, jest sporządzanie wykresu zwanego drzewem ataku. Minęły już czasy romantycznych, improwizowanych akcji. W przypadku sejfu „pień drzewa” to określenie celu, czyli otwarcie schowka. „Gałęzie” przedstawiają sposoby, jakimi można tego dokonać. Pierwszy poziom to przykładowo: wyłamanie zam­ka, zdobycie szyfru i rozcięcie sejfu. Wyższy poziom precyzuje sposoby realizacji, na przykład szyfr zdobyć można groźbą, szantażem, za pomocą przekupstwa, podsłuchując właściciela... Do tego dochodzi stopień ryzyka i koszty. Po sporządzeniu wykresu profesjonalista wybiera taką metodę osiągnięcia celu, jaka najbardziej pasuje do sytuacji, zapewnia największe szanse powodzenia, niesie ze sobą najmniejsze ryzyko i minimalne koszty finansowe. Przyjrzałem się drzwiczkom sejfu. Prawdopodobnie dałoby się wyłamać zamek, ale nie stwierdziłem żadnych śladów po takich próbach, najwyraźniej ten, kto otworzył skrytkę, od razu użył palnika. To było zastanawiające. Przeciętny człowiek, nawet taki, który potrafiłby się posłużyć specjalistycznym sprzętem, raczej spróbowałby najpierw wyłamać zamek, idąc po linii najmniejszego oporu. Dlaczego tajemniczy nieznajomy tego nie zrobił? Odpowiedzi mogło być kilka, w tym taka, że uczono go, iż wyłamanie zamka jest niemożliwe, co jest prawdą w odniesieniu do nowoczesnych konstrukcji, ale niekoniecznie tych, jakie stosowano kilkadziesiąt lat temu i dawniej.

– Janusz! – zawołał Anton, zaglądając do pokoju. – Chodź szybko, chyba coś znaleźliśmy.

W sąsiednim pomieszczeniu Sasza, krzywiąc się niemiłosiernie, odbijał tynk rękojeścią swojego wiernego noża. Wykonany z jednego kawałka stali płaski Wampir był bronią do podrzynania gardeł, a nie do prac budowlanych. Byłem wzruszony poświęceniem mojego rosyjskiego przyjaciela i powiedziałem mu o tym. Zarobiłem dwa niechętne warknięcia oraz lekkiego kopniaka w tyłek od Anny. Uczuciowi ci Rosjanie! A jacy przywiązani do sprzętu... W końcu Sasza odstąpił na bok, sprawdzając troskliwie, czy aby nie zapaprał tynkiem linki oplatającej rękojeść noża, i mogłem przystąpić do oględzin.

W ścianę wmurowana była niewielka skrytka, zabezpieczona drzwiczkami z grubej blachy. Nie było widać niczego, co uniemożliwiałoby otwarcie schowka. Sięgnąłem pod marynarkę i użyłem swojego Walthera, aby podważyć krawędź drzwiczek. Odchyliłem je bez trudu i zakląłem paskudnie – wewnątrz znajdował się sejf z mechanicznym zamkiem szyfrowym.

– Semtex? – zapytał Anton.

– Odwal się, prostaku! – warknąłem. – A teraz jazda stąd! Wyjdźcie do tamtego pokoju, a jakby się okazało, że są tu jakieś niespodzianki, to poczekajcie chwilę, zanim się władujecie z ekspedycją ratunkową.

Podszedłem do okna i otworzyłem je na całą szerokość. Nie sądziłem, aby odrobina świeżego powietrza pomogła mi wiele w przypadku jednego z zapachowych preparatów Alchemika, ale zawsze to coś... W zasadzie mogłem pojechać po jakąś maskę ochronną z filtrem gazowym, lecz byłem zbyt podekscytowany. Prawda, że miałem asa w rękawie – znałem kod Alchemika. To znaczy tak mi się wydawało... Była to odręczna notatka na marginesie jednego z meldunków omawiających nową partię preparatu neutralizującego zapach człowieka. Ciąg pozornie bezsensownych cyfr i liter wyglądał na szyfr do sejfu. Meldunek został napisany dwa miesiące przed śmiercią Alchemika, więc prawdopodobieństwo, że jest aktualny, było spore. Pozostawało tylko spróbować...

Dotleniłem się za pomocą kilku forsownych wdechów i powstrzymując powietrze w płucach, wykręciłem odpowiednią kombinację. Rozległ się delikatny szczęk, po czym sejf stanął otworem. Nie założono żadnej pułapki. W środku, na dwóch półkach, ustawiono kilkanaście niewielkich fiolek, każda z nich była oklejona wąskim paskiem papieru i opisana wyblakłym z upływu czasu atramentem. Skinąłem dłonią na resztę ekipy i odsunąłem się od skrytki, aby i oni mogli się ponapawać sukcesem.

– Lepiej tego nie dotykajcie – powiedziałem, widząc, że Sasza sięga w głąb sejfu.

Rosjanin gwałtownie cofnął rękę.

– Trzeba by to jakoś przenieść. Macie może coś miękkiego, w co można by zawinąć te ampułki? Watę, chusteczki higieniczne?

Po chwili wahania Anna sięgnęła do torebki i czerwieniąc się lekko, podała mi paczkę podpasek.

– To jest to! – sapnąłem z zadowoleniem.

Ostrożnie rozprułem wzdłuż kilka z nich, a dwie następne pociąłem na niewielkie kawałki. Fiolki owinąłem włókniną i włożyłem do wnętrza rozciętych podpasek. Całość okleiłem taśmą izolacyjną, którą wygrzebał skądś Anton. Pakunek wyglądał na dość bezpieczny.

– Możemy wracać – zarządziłem.

Wyszliśmy na korytarz i starannie zamknąłem drzwi. Co prawda właściciel i tak się trochę zdziwi, gdy wróci, ale to już nie mój problem.

– To żenujące – drażnił się z Anną Sasza – narażać nas, niewinnych chłopców, na widok tak intymnych... akcesoriów.

– Trochę wdzięczności – zastopowałem go z uśmiechem. – Żeby nie te podpaski, wykorzystalibyśmy twoje barchanowe gacie.

– Barchanowe?! – zawołał z pretensją w głosie.

– Nie przejmuj się, jestem pewien, że to szczyt mody w rosyjskich kręgach militarnych.

Wsiedliśmy do samochodu.

– Pamiętacie, gdzie mieszkam? – spytałem.

Anna bez słowa skinęła głową.

– Teraz Stoliczna – powiedział z ożywieniem Anton. – Dużo Stolicznej.

– Eee... – marudził Sasza. – Oni nie mają dobrych zakąsek. Lachy przeklęte.

– Słonina marynowana według rosyjskiego przepisu sprzed stu lat, ciemny chleb na zakwasie, kiszone ogóreczki, marynowane podgrzybki wielkości paznokcia kciuka... – rzuciłem w przestrzeń.

– Skąd niby ten chleb?! – warknął nieufnie. – Nie jadłem takiego z pół roku.

– Sam go wczoraj upiekłem.

– Anno – odezwał się z troską w głosie Anton – dodaj gazu...

Obudziłem się we własnym łóżku, tuląc w objęciach ogromnego misia – maskotkę, którą dostałem jakiś czas temu w prezencie od studentów. Ktoś zdjął mi buty i przykrył kocem. Zwlokłem się z posłania, czując lekki zawrót głowy. Smaku w ustach wolałem nie analizować. Wszedłem pod prysznic. Zimna i gorąca woda, stosowane w dwuminutowych dawkach, postawiły mnie z grubsza na nogi. Poszedłem do kuchni i krzywiąc się, wyciągnąłem z lodówki uniwersalny specyfik na kaca doktora Korpackiego. Kiedyś hinduscy wojownicy używali tego preparatu, żeby poprawić swoje możliwości fizyczne. Jak widać zawód historyka ma też dobre strony. Czasem w starych księgach i źródłach można trafić na pożyteczne informacje. Wyraźnie potrzebowałem podniesienia parametrów fizycznych. Łyknąłem żółtawego, mętnego płynu. Lepiej, żebyście nie znali jego składu. Ja sam wiele bym dał, żeby go nie znać...

Usiadłem ciężko na taborecie i kiedy kilka minut później przejaśniało mi się w głowie, zacząłem ubierać się pospiesznie. Byłem umówiony z Davidoffem i kimś z ABW, całe szczęście, że zadzwoniłem do profesora przed popijawą. Mimochodem zauważyłem, że moje lokum nie nosi żadnych śladów wczorajszej imprezy. Zapewne zatroszczyła się o to Anna, która wypiła tylko symboliczny kieliszek wódki. Tamtych dwóch nie byłoby w stanie zatroszczyć się o cokolwiek, podobnie jak ja pod koniec balangi... Rozpakowałem fiolki z sejfu Alchemika i wstydząc się trochę swojej podejrzliwości, sprawdziłem, czy na etykietkach buteleczek są niemal niezauważalne znaczki, jakie porobiłem wczoraj paznokciem. Wszystko się zgadzało. Zapakowałem co trzeba w wyłożoną watą kasetkę i wyszedłem z mieszkania. Na uczelnię pojechałem taksówką. Wnioskując z przestraszonej miny taksówkarza, zerkającego co chwila na moje zmaltretowane oblicze, była to rozsądna decyzja. Lepiej, żebym nie prowadził w takim stanie.

Po wejściu do gabinetu profesora przywitałem się skinieniem głowy i zwaliłem bezwładnie na fotel. Davidoff przerwał rozmowę z facetem z ABW.

– Ma pan to? – zapytał od razu.

Bez słowa podsunąłem mu kasetkę.

– Co tam jest? – chciał wiedzieć nieznajomy mężczyzna. Miał zimne, niebieskie oczy i ogorzałą cerę. Wyglądał na kogoś, komu niezdrowo jest wchodzić w drogę.

– O ile się nie pomyliłem w interpretacji napisów, sześć fiolek zawiera ten preparat na psy, a trzy opatrzone są łacińskim napisem „Veritas”. Do tego jedna ampułka opisana jako „Nuda Veritas” – powiedziałem ostrożnie.

– Pańska interpretacja?

– Nie jestem chemikiem ani... – zacząłem.

– Jasiu – przywołał mnie do porządku Davidoff.

– „Veritas” może być specyfikiem, który znosi opór przesłuchiwanego, proszę na to uważać, bo prawdopodobnie preparat był podawany drogą wziewną. Wystarczy rozbić fiolkę i już... „Nuda Veritas” to po łacinie „naga prawda”, być może to silniejsza wersja tego środka. Radzę oddać kasetkę od razu do laboratorium.

– Mogę ją zatrzymać?

– Oczywiście.

Mężczyzna pożegnał się z nami uściskiem dłoni i wyszedł z gabinetu. Davidoff wystawił na biurko koniak, dołożył paczkę cygar, podnosząc pytająco brwi.

– Nie i nie – określiłem się stanowczo. – Od dzisiaj piję tylko wodę i podobne rzeczy czyste – powiedziałem słabym głosem.

Profesor stłumił śmiech, zaczął przycinać sobie cygaro.

– Mogę? – zapytał. – Nie zapaskudzisz mi gabinetu?

– Postaram się – mruknąłem posępnie.

– I co dalej z tym... śledztwem?

– Trzeba po prostu sprawdzić, kto przeglądał te same dokumenty, co młody Wirde. To banalnie proste, wystarczy przejść się po archiwach i sprawdzić wpisy, jednak mogą być inne problemy...

– Tak? – Davidoff z lubością zaciągnął się cygarem.

– To pewnie ktoś z uczelni, stawiałbym na kadrę naukową.

– Dlaczego wykluczasz z góry studentów?

– Niech pan będzie poważny, profesorze... Ilu z nich może mieć nie tylko potrzebną wiedzę, ale i umiejętności? Mam na myśli umiejętności operacyjne. Rozprucie sejfu, inwigilacja młodego Wirdego, dokonanie zabójstwa... To wskazuje na pewne przeszkolenie.

– Jakiś kapuś z SB?

– Wątpię. Żeby kablować na kumpli czy studentów, nie trzeba specjalnego przeszkolenia. Myślałem raczej o agencie operacyjnym. Stasi albo coś w tym stylu.

– Hm...

Davidoff w zamyśleniu wydmuchnął dym, formując go w kilka eleganckich kółeczek. Mimo pozorów niefrasobliwości wyostrzyły mu się rysy twarzy, zwęziły oczy.

– Masz carte blanche – powiedział wreszcie. – W pełnym znaczeniu tego słowa. Gdyby wyniknęły z tego jakieś... perturbacje, zajmę się tym – obiecał. – Niemniej jednak sugeruję, żebyś znowu skorzystał z pomocy analityków i postarał się zachować dyskrecję.

Skinąłem posłusznie głową.

– À propos, ile fiolek sobie zatrzymałeś?

– Profesorze! – zawołałem z oburzeniem.

– Jasiu, Jasiu...

– No dobrze – burknąłem niechętnie. – Kilka.

– Jakich?

– Dwie z łacińskim napisem „Komunia ciał”, dwie opisane jako „Życie wieczne” i jedną z niemal zatartą etykietką.

– Na pewno nie podjąłeś żadnych prób odczytania?

– Być może, powtarzam: być może, napis brzmi „Ars amandi”...

Davidoff zarechotał basem.

– Rozumiem, że nie oddałeś ich, aby jakiś nieetycznie nastawiony osobnik nie użył ich w złym celu?

– Mniej więcej – odparłem z godnością.

– A „Życie wieczne”?

– To może być bzdura albo nawet substancja niebezpieczna. Z drugiej strony, gdyby działała w tym kierunku, jak sugeruje opis, miałbym zapewnić może nie życie wieczne, ale choćby długowieczność członkom rządu czy posłom na Sejm?!

– Byłaby to dość drastyczna decyzja – przyznał Davidoff. – Świadomość, że niektórzy z obecnych polityków pozostaną aktywni przez najbliższe sto lat, wywołałaby powszechną traumę... Co z tym zrobisz? – zapytał poważnie.

Usiadłem sztywno w fotelu, żarty się skończyły.

– Jeśli to nie bzdura...

– Tak?

– Chyba wiem, co to może być. Alchemik interesował się eksperymentami niejakiego Cockrena. Archibald Cockren był angielskim alchemikiem, który miał uzyskać pewną ilość substancji nazwanej przez siebie „kamieniem filozoficznym”. To oczywiście brednie, ale nie ulega wątpliwości, że trafił on na pewien trop. Osoby zażywające ten preparat należały do wyjątkowo długowiecznych i dożyły swoich dni we względnym zdrowiu. Problem w tym, że Cockren zginął w czasie bombardowania Londynu i zabrał swój sekret do grobu. Jednak Alchemik koncentrował się raczej na produkcji substancji lotnych lub gazowych – kontynuowałem. – Dużo wcześniej, jeszcze w latach trzydziestych, Cockren uzyskał coś w rodzaju gazu, którego woń usuwała wszelkie zmęczenie i wiele dolegliwości. Jeden z jego przyjaciół, znany literat, opisał ten zapach jako „woń suchej ziemi w czerwcowy poranek, tchnienie wiatru znad wrzosowiska, aromat kwiatów i świeży oddech deszczu”. – Skrzywiłem się ironicznie. – Wynalazca zbagatelizował swoje odkrycie i ujawnił sekret produkcji kilku kolegom po fachu. Myślę, że Alchemik ruszył tą drogą. Znam kogoś, kto jest chemikiem z wykształcenia, a alchemikiem z zamiłowania, chcę, żeby zbadał te preparaty. Liczę też na to, że w pracowni Alchemika znajdziemy jakieś notatki.

Davidoff mruknął coś niewyraźnie i wstał z fotela, sygnalizując koniec rozmowy.

– Tylko ostrożnie, Jasiu, ostrożnie...

– Postaram się – obiecałem.

Rozdział drugi

Nie przepadam za nawiązywaniem bliższych kontaktów z ludźmi. Mam wielu znajomych, niemal wcale przyjaciół i dobrze mi z tym. Miałem dość specyficzne dzieciństwo, a system wychowawczy wujka Maksa także nie należał do zwyczajnych. Przyjaciele są zagrożeniem dla spokoju ducha, a ja bardzo sobie cenię chłodny dystans do świata. Tak jest najlepiej. Niestety, ostatnio parę osób naruszyło barierę, którą odgradzam „obcych” od „swoich”. Tylko patrzeć, jak zaczną się mnożyć niczym króliki i panoszyć w moim prywatnym świecie.

Davidoff miał w nim od dawna szczególną pozycję, niemniej jednak przez całe lata oszukiwałem się, myśląc, że z profesorem łączą mnie jedynie naturalne w stosunkach nauczyciel – uczeń lojalność i sympatia. Przebudzenie było jak zawsze w takich sprawach niespodziewane i brutalne.

Właśnie szedłem do samochodu, kiedy usłyszałem za sobą zduszony okrzyk i odgłosy szamotaniny. Parking oświetlało kilka lamp, jednak umieszczone na ­chybił trafił pozostawiały w wieczornej szarówce spore połacie mroku. Byłem zmęczony, przyjechałem na uczelnię przed ósmą rano, teraz dochodziła dwudziesta.

Niezdecydowanie obróciłem w dłoniach kluczyki, wkładając na palec pierścień suntetsu. Suntetsu to niewielki metalowy pręt z doczepionym kółkiem. Przy kluczach wyglądał jak brelok. W rzeczywistości jest to jedna z „tajnych broni” używanych w starych, japońskich szkołach walki. Niepozorna, niemal niezauważalna i śmiertelnie niebezpieczna. Odpowiednio użyta mogła paraliżować centra nerwowe, kruszyć stawy lub druzgotać kości.

Zdarzało się czasem, że co bardziej krewcy studenci „rozliczali się” w okolicach parkingu. Nie miałem zamiaru wdawać się w jakieś gówniarskie porachunki, jednak trzy miesiące temu znaleziono tutaj nieprzytomną studentkę. Miała pociętą nożem twarz i potężną lukę w pamięci. Właśnie przechodziła kolejną operację pla­styczną.

Cicho, miękkim krokiem wszedłem między zaparkowane pojazdy, kierując się w stronę największej plamy cienia. Usłyszałem odgłos otwieranych drzwi od samochodu, napastnik, kimkolwiek był – także musiał go usłyszeć. Poruszył się gwałtownie, odsunął kilkanaście metrów na lewo. Dobiegł mnie łoskot padającego na beton ciała. Tuż za niezidentyfikowanym, ubranym w skórzaną kurtkę mężczyzną wyrosła jakaś masywna postać. Davidoff. Błysnęło ostrze noża, kiedy napastnik odwrócił się w kierunku zagrożenia. Widać było, że nie ma najmniejszego zamiaru uciekać, że jest pewien, iż sobie poradzi. Wykonał zagarniający ruch lewą dłonią, usiłując zasłonić się przed ciosem, sprężył się do pchnięcia drugą ręką.

Zmartwiałem – uczestniczyłem w dostatecznej ilości bójek, by wiedzieć, że za chwilę zada śmiertelny cios. A ja nie zdążę dobiec, żeby obronić człowieka, który – dopiero teraz sobie to uświadomiłem – stał mi się bliski niczym ktoś z rodziny. Rodziny, której nigdy nie miałem... Z gardłowym okrzykiem rzuciłem się naprzód, przedzierając się przez zastygłe w pękniętym czasie sekundy. Pędziłem, modląc się o cud. I cud się wydarzył.

– Na pomoc! – krzyczał profesor, łamiąc łyżką do opon uzbrojoną w nóż rękę napastnika. O ułamek sekundy wcześniej, nim trafiło go połyskujące matowo ostrze. – Ratunku! Ratunku! – jodłował, uderzając z rozmachem w tułów nożownika.

Po chwili, nadal wzywając pomocy, trzasnął przeciwnika w goleń. Dobiegłem do Davidoffa, pociągnąłem gwałtownie za rękę.

– Wystarczy, profesorze! – warknąłem. – Jeśli mu pan złamie kręgosłup w trzech miejscach, nikt nie uwierzy, że to była samoobrona...

Szarpnął się wściekle, spróbował wyrwać. Uderzyłem go suntetsu w biceps, paraliżując ramię. Łyżka do opon upadła na ziemię z metalicznym brzękiem. Od strony uniwersytetu zaczęli nadbiegać zwabieni hałasem ludzie.

– Niech pan ich tu zawoła – syknąłem. – Ja zajmę się dziewczyną.

Pomogłem wstać podnoszącej się nieporadnie kobiecie. Miała poszarpaną bluzkę, siniaki na szyi i małą rankę pod uchem. Za moimi plecami Davidoff wydawał polecenia pracownikom ochrony, którzy zjawili się na parkingu. Najwyraźniej ochłonął. Ja nie. Kiedy upewniłem się, że dziewczynie nic nie jest, posadziłem ją na masce najbliższego samochodu. Zajęli się nią inni, a ja podszedłem do Davidoffa i odwołałem go dyskretnie na bok.

– Jutro wpadnę do pana po dziesiątej – poinformowałem zimno. – Termin panu odpowiada?

Bez słowa skinął głową, mierząc mnie zdumionym spojrzeniem. Bezwiednie rozcierał ramię. Odszedłem bez pożegnania, starając się opanować drżenie rąk. „Dystans i jeszcze raz dystans” – jak mawiał wujek Maks. Oto czego mi trzeba. Niestety, wyglądało na to, że jest nieco za późno.

Nie zdziwiłem się specjalnie, widząc rektora w gabinecie Davidoffa. Wiedziałem, że są przyjaciółmi. Jednak kiedy się przywitałem, rektor skierował rozmowę na temat zajścia na parkingu. Ni mniej, ni więcej, a zaczął mi dziękować za uratowanie Davidoffa i studentki...

– Ależ panie profesorze – zaprotestowałem słabo. – Ja tylko...

– Mogę pana zapewnić, że wszystko, czego się dowiedziałem, zostanie między nami – przerwał mi z wyraźnym wzruszeniem. – Nie przewiduję też żadnych kłopotów... prawnych. Co prawda ten bandzior ma klatkę piersiową wgniecioną jak karton po margarynie, ale kto by go tam żałował. Działał pan ewidentnie w obronie studentki i swojego promotora.

Zgrzytnąłem zębami i spojrzałem wściekle na Davidoffa. Ten siedział za biurkiem z niewinną miną i obracał w palcach cygaro. Powody, dla których zrobił ze mnie supermana, były oczywiste. Zadzwoniłem do szpitala, gdzie wylądował nasz miły chłoptaś z nożem. Facet był w takim stanie, jakby przejechał po nim buldożer. Kilka razy. Obrażeń było trochę za dużo jak na spanikowanego starszego pana działającego w obronie własnej. Podzielone przez dwa wyglądały już dużo lepiej.

– Doktor Korpacki nie jest ze mnie zadowolony – westchnął Davidoff obłudnie. – Nic dziwnego, mówiąc o pewnych sprawach, zbliżyłem się do granicy, której nie wolno mi przekroczyć.

– Tak? – zaniepokoił się rektor.

– Janek wykazał wyjątkową powściągliwość, zostawiając przy życiu tego bandytę. Jakby to powiedzieć... – udał namysł. – Pan doktor jest konsultantem pewnych... służb w zakresie fizycznej likwidacji terrorystów.

Rektor spojrzał na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa. Zatkało go. Mnie także. Davidoff łgał bezwstydnie. Technicznie rzecz biorąc, nie minął się z prawdą ani o jotę, jednak zapomniał dodać, że owe konsultacje miały charakter ściśle cybernetyczny i dotyczyły szkolenia w zakresie diagnozowania poszczególnych typów charakterów. Inaczej niż na przykład psychologia, cybernetyka nie zajmuje się szczegółami. Zajmuje się sednem problemu, to znaczy tym, w jaki sposób osoba reprezentująca daną fazę charakteru zareaguje na bodźce zewnętrzne.

Cybernetyka dzieli ludzkie charaktery na pięć klas, którym odpowiada zmieniający się poziom energii danego człowieka traktowanego jako układ samodzielny. Aktualna faza zależy od wieku, kondycji fizycznej, pozycji społecznej i wielu innych czynników, jednak wynikające z diagnozy konkluzje są proste. Przykładowo, ktoś znajdujący się w fazie statycznej, kiedy ilość energii otrzymywanej równa się mniej więcej wydatkowanej, będzie trzymał się wcześniej ustalonych zasad i bardzo niechętnie je naruszy, nawet jeśli reguły gry zmienią się kompletnie. Generalnie ten typ reprezentują ludzie w kwiecie wieku. Tacy, którzy zdobyli już pewną pozycję i chcą ją utrzymać.

Inni, w fazie endodynamicznej, gdy ich moc fizjologiczna i dyspozycyjna gwałtownie maleje, zrobią wszystko, aby wymusić na otoczeniu pożądane przez siebie reakcje, nie przejmując się żadnymi zasadami. Dla nich liczy się tylko wynik.

Kiedy do akcji wchodzą operatorzy, wiedza, czy zakładników na muszce trzyma statyk, czy endodynamik, bardzo im się przydaje. Pozwala w ułamku sekundy podjąć decyzję: strzelać lub negocjować. Właściwą decyzję. Tego właśnie uczę, ale z oczywistych względów nie mog­łem udzielić bliższych wyjaśnień. Te sprawy faktycznie były tajemnicą.

– Myślałem, że ten nóż nosi pan ot, tak sobie... – wymamrotał rektor.

– Broń palna nie jest panu doktorowi potrzebna – wyjaśnił jakby od niechcenia Davidoff, oglądając sobie paznokcie.

– Ro... rozumiem.

Otarłem pot z czoła. Jeszcze chwila i okaże się, że James Bond to przy mnie pikuś...

– Powróćmy może do tego wypadku – zaproponowałem. – Mało brakowało, a oberwałby pan – zwróciłem się do Davidoffa.

– Oberwał? Miałem wrażenie, że to pan się narażał – odparł ze zdziwieniem rektor.

– Pierwszy był profesor Davidoff z łyżką do opon – poinformowałem szefa ze złośliwym uśmiechem. – Wydawało mu się zapewne, że powróciły młodzieńcze dni, kiedy szlifował bruki w Kijowie.

– Za pozwoleniem, w Odessie – sprostował profesor.

Wyglądał na ubawionego.

– Pańskie dni jako zabijaki minęły, profesorze – zaznaczyłem z naciskiem. – Czasy Beni Krika nie wrócą. Ten nożownik działał jak zawodowiec.

– Tak? – Davidoff uniósł sceptycznie brwi. – Beni Krika... Też coś! Nie jestem aż taki stary...

– Zaszedł go pan od tyłu, od prawej strony, i od razu uderzył w rękę z nożem. Dobry ruch. Pomijam pański refleks, a raczej brak refleksu.

– Zdążyłem!

– Ledwo, ledwo. On już się obracał. W lewo, tak aby zasłonić się wolną ręką, a prawą mieć swobodną. Ułamek sekundy i dźgnąłby pana. To prawdopodobnie ten sam, który pociął tę studentkę.

– Jest pan pewien? – zapytał rektor.

– Niemal całkowicie. Rozmawiałem z tą dziewczyną. Niczego nie widziała, bo kiedy się odwróciła w stronę napastnika, ten przeciągnął jej ostrzem po czole. To dość unaczynione miejsce i krew momentalnie zalała jej oczy. Takie techniki znają tylko zawodowcy. Albo facet przeszedł jakieś przeszkolenie, albo siedział w więzieniu i tam go wyedukowali. Dziewczyna miała rankę tuż pod uchem, gdzie trzymał czubek noża. Kilka milimetrów nad tętnicą...

– Chyba was zostawię – powiedział słabym głosem rektor. – Mam kilka spraw do załatwienia. Ale jeśli chodzi o strofowanie swego promotora, to ma pan w tej kwestii moje całkowite poparcie, doktorze – zakończył niespodziewanie.

Po chwili zostaliśmy w gabinecie sami. Davidoff rozlał po lampce koniaku i podsunął mi moją porcję z niewyraźnym pomrukiem. Nie zapytał, czy życzę sobie alkoholu. Najwyraźniej także uznał, że przekroczyliśmy pewne granice.

– Możemy porozmawiać o twoim problemie – zaproponował.

– Moim problemie?! To pan mało nie zarobił kosą pod żebro!

– O twoim problemem związanym z niemal całkowitym brakiem empatii – ciągnął niewzruszonym głosem. – Niedostatkach inteligencji emocjonalnej i...

Przerwałem profesorowi gwałtownym gestem.

– O czym pan, do licha, mówi?! Ja tylko chciałem, aby trzymał się pan z daleka od takich sytuacji jak na tym parkingu.

– A niby z jakiej racji miałbym słuchać twoich sugestii? Może chcę zrobić wrażenie na dziewczętach? – W oczach Rosjanina pojawiły się wesołe błyski.

– Nie jest pan aż tak głupi! – warknąłem.

Twarz mojego rozmówcy stężała, stała się chłodna.

– Może mniej protekcjonalnie, Jasiu? – zaproponował.

Zagryzłem wargi – takim tonem, jak mój przed chwilą, nie odważył się odzywać do Davidoffa nawet rektor. Mimo wszystko nie usłyszałem zdawałoby się nieuniknionego „panie doktorze”. Tak jakbym uzyskał nowy status, status upoważniający mnie do dużo większej niż wynikałoby to z oficjalnych układów bezceremonialno­ści.

– Mam rozumieć, że troszczysz się o mnie? Bo spec­jalnie tego po tobie nie widać. Ciskasz się tylko i warczysz niczym nastolatek niemogący sobie poradzić z trudnym dzieciństwem – dodał nieco łagodniejszym tonem.

Nie miałem pewności, czy Davidoff mnie podpuszcza, czy mówi poważnie, wiedziałem, że wśród profesorów jest niewielu naiwnych, bardzo niewielu... Jednak zdarzenie na parkingu uświadomiło mi rolę profesora w moim życiu, przełamało barierę, która nie pozwala mi zwierzać się obcym. Rzeczywiście miałem braki w dziedzinie wyrażania emocji i nie wzięły się one znikąd. Zacząłem mówić o sprawach, o których nie rozmawiałem z nikim z wyjątkiem wujka Maksa.

To, co z siebie wyrzuciłem na temat swojego dzieciństwa, nie bardzo nadawało się na wieczorek wspomnień. Rodzice osierocili mnie, kiedy miałem cztery lata. Wypadek samochodowy. Potem pamiętam już tylko kolejne domy dziecka i ostatni przystanek – Siwego. Mojego zastępczego tatusia. Siwy miał układy ze wszystkimi, nie wiem do dziś, na czym to polegało. Przygarnął sześcioro dzieci, w tym mnie. Miałem wtedy dwanaście lat. Odkrycie, że facet jest zboczeńcem lubiącym małe dziewczynki, nie zajęło mi dużo czasu. Tak jak jemu wyjaśnienie, że nie znosi, kiedy przeszkadza mu się w jego małych przyjemnościach. Mimo to – próbowałem. Poza ostatnim razem, kiedy to stchórzyłem, zadrżała mi ręka i w efekcie wylądowałem w szpitalu. Tam znalazł się jakiś lekarz spoza sitwy Siwego. Całą sprawę zatuszowano, ale przynajmniej odebrano mu dzieci. W szpitalu odszukał mnie wujek Maks, zabrał do siebie i wychował.

Opowiedziałem to wszystko Davidoffowi. No, prawie wszystko. Nie wchodziłem w detale, nie snułem domysłów. Wysłuchał mnie w posępnym milczeniu.

– Nie jestem pewien, czy dobrze zrozumiałem – rzucił wreszcie. – Mając dwanaście lat, próbowałeś przeciwstawić się dorosłemu facetowi, który kilka razy pobił cię do nieprzytomności, ale uważasz, że zawiodłeś?

– Wtedy...

– No tak, wtedy – przerwał mi ostro. – Chodzi o to, że nie potrafiłeś go zabić, nie uderzyłeś w serce, tak jak według ciebie powinieneś? Tym zardzewiałym gwoździem, który ostrzyłeś przez tydzień?

– Nie rozumie pan, profesorze. Ja byłem ich jedyną szansą i zawiodłem.

– Broniłeś tych dziewcząt.

– Nieskutecznie.

Davidoff sapnął ze zniecierpliwieniem, a potem nagle zmienił temat.

– To kto tam był oprócz ciebie?

– Cztery dziewczynki, miały mniej więcej po dziesięć lat. No i jakiś maluch, sześciolatek. Nie do końca chyba rozumiał, co się wokół działo. Na szczęście...

– Musisz ich odszukać – stwierdził stanowczo.

– Nie odważę się...

– Musisz – powtórzył Davidoff. – Prędzej czy później trzeba to będzie wyjaśnić. Aha, a co z tym tatusiem? – zapytał z pozorną niedbałością, ale jego oczy błysnęły złowrogo.

Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem.

Spojrzał na mnie ze złością.

– To znaczy, nie wiem dokładnie. Ale myślę, że wujek Maks...

– Tak?

– No... on to chyba załatwił.

– Co to znaczy: załatwił?! Poprosił gościa, żeby nie krzywdził więcej dzieci?

Wywróciłem oczyma.

– Wujek Maks wykonywał dość specyficzny zawód – wyjaśniłem. – Zrezygnował z tego, ale pozostała mu pewna... bezkompromisowość. Wątpię, aby zostawił tę sprawę niedokończoną.

– Nie spytałeś? Przez tyle lat?

– Nie zna pan wujka Maksa – mruknąłem. – Jeśli wujek mówi, że nie ma się czym martwić, to znaczy, że faktycznie szkoda na to czasu. Wujek... jak by to powiedzieć... nie uznawał półśrodków.

– Gdzie on pracował? – zapytał niespodziewanie Davidoff.

– Nie wiem dokładnie... Nauczył mnie tego wszystkiego. – Machnąłem niezdecydowanie ręką.

– Otwierania zamków i użycia noża?

– Między innymi.

– Ach, tak...

Rosjanin z zadowoleniem zapalił cygaro. Na twarz powrócił mu lekki uśmiech. Przez chwilę milczał, najwyraźniej zastanawiając się nad czymś. Podsunął mi paczkę Hoyo de Monterrey Churchills. Odmówiłem gestem. Nie lubię palić, kiedy jestem zdenerwowany.

– No dobrze, wrócimy do tego jeszcze, na razie musisz skoncentrować się na sprawie Wirdego.

Skinąłem posłusznie głową i wyszedłem z gabinetu. Tym razem pominąłem nieco krępujące pożegnalne rewerencje. Wiedziałem, że Davidoff się na mnie nie obrazi.

Kiedy wróciłem do domu, usiadłem wygodnie w fotelu i włączyłem muzykę – Kwartety Pruskie Mozarta. Zastanawiałem się nad tym, co powiedział mi Davidoff. Trudno było zaprzeczyć, że w związku ze sprawą Siwego miałem uczucie niespełnienia. Tak, jakbym nie dokończył czegoś ważnego. Z drugiej strony osiągnąłem pewne wyciszenie, panowałem nad emocjami. Czy opłacało się odgrzebywać to, o czym nie chciałem pamiętać? Jaką zapłacę za to cenę? Jednak... chciałem jeszcze choć raz zobaczyć dziewczęta. Nawet jeśli miałyby mi wykrzyczeć w twarz swoją nienawiść. No i ten sześciolatek, któremu opowiadałem bajki... Kim został? Czy mnie pamiętał?

Zagryzłem wargi – Davidoff miał rację. Muszę ich odszukać bez względu na konsekwencje. Inaczej nigdy nie pozbędę się tego koszmaru, będzie we mnie tkwił do końca moich dni. Postanowiłem, że tak zrobię. Później. Teraz musiałem zakończyć to, co zacząłem. Powróciłem myślami do śmierci młodego Wirdego. Sen przyszedł niespodziewanie i mimo że nie spałem we własnym łóżku, przyniósł mi ulgę. Następnego dnia zacząłem przeszukiwać archiwa.

Rozdział trzeci

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział czwarty

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział piąty

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział szósty

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział siódmy

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział ósmy

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziewiąty

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dziesiąty

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział jedenasty

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

Rozdział dwunasty

Rozdział dostępny w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT© BYAdam PrzechrztaCOPYRIGHT © BYFabryka Słów sp. z o.o.,LUBLIN 2009

WYDANIE II

ISBN978-83-7574-546-7

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT ORAZ GRAFIKA NA OKŁADCEPiotr Cieśliński

ILUSTRACJEJarosław Musiał

REDAKCJAKarolina Kacprzak

KOREKTABarbara Caban, Ewa Hartman

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl