Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 437 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Białe noce - Adam Przechrzta

Śmierć to dla nas rutyna

Dżuma, płk Specnazu

To opowieść o ciszy, w której grzęźnie szelest stóp w szturmowych butach. Chwycie, który więzi gardło, tchnieniu noża godzącego w nerkę, syku strzału ujarzmionego tłumikiem. Jedyny dźwięk jaki tu usłyszysz to huk gwoździ wbijanych w wieko trumny!

Drapieżnik! Pan Białych Nocy!

Wszedł do rezydencji warownej niczym twierdza, zmielił na bity jej system alarmowy, a potem wymordował ochronę. Twardych chłopaków ze Specnazu. Chłodno, metodycznie, wytłukł ich niczym ślepe kocięta. A potem powyrywał im serca.

Odszedł niczym duch, unosząc w mrok ofiarę - córkę człowieka, z którym liczył się sam Władimir Władimirowicz Putin.

Tylko człowiek, który nosi w sercu dotyk Michała Archanioła, tylko Depozytariusz Chorągwi, relikwii Specnazu pochwyci jego trop. Może...

Opinie o ebooku Białe noce - Adam Przechrzta

Cytaty z ebooka Białe noce - Adam Przechrzta

„Armia Czerwona”, zespół Krasnaja Plesień (Czerwona Pleśń) Znajet Kitajec, znajet Jewriej – krasnaja armia wsiech silniej. Pomnit Bierlin, kak od krasnoj zwiezdy on połucził w sorok piatom pizdy. Grozno idut kirzaczi i piłotki, pływut podo ldami podwodnyje łodki. Pochuj, czto puszek i topliwa mało. Łopatoj my dadim wrogu po jebało!
Wie o tym Chińczyk, rozumie Żyd – że Armii Czerwonej nie zwycięży nikt. Pamięta Berlin, jak od czerwonej gwiazdy dostał w czterdziestym piątym pizdy. Groźnie prą naprzód kamasze i pilotki, płyną pod lodem podwodne łódki. I chuj, że brakuje armat, pocisków. Wroga walniemy łopatą po pysku!
Rewut samolioty i tanki dymiat, kombat, jo, batiania, batiania kombat! Ot siewiernych gor i do jużnych moriej dogonim i włupim wrogu pizdjulej. Rewut samolioty i tanki dymiat, kombat, jo, batiania, batiania kombat! Ot siewiernych gor i do jużnych moriej krasnaja armija wsiech silniej!
Ryczą samoloty i czołgi mkną jak wiatr, kombat, ech, ojczulek, ojczulek kombat! Od północnych gór do południowych toni wpierdolimy wrogowi, niech się kutas goni. Ryczą samoloty i czołgi mkną jak wiatr, kombat, ech, ojczulek, ojczulek kombat! Od północnych gór do południowych toni Armia Czerwona wszystkich pogoni!
Cztoby bojalis’ wrogi-pidorasy, w niebie lietajut liotcziki-asy. Chuli Amierika, chuli to NATO? Drużno połuczat pizdy od strojbata! No jesli że wrog dojebiotsa do nas, za dieło wozmiotsa russkij specnaz. Proszczajtie togda wiertalioty i tanki, ostanutsja tolko gamno i portianki.
Aby się bali wrogowie-pedały, asy lotnictwa w niebo wzleciały, Jebać Amerykę, na chuj nam NATO? Razem obskoczą wpierdol od strojbatu. A jeśli wróg dojebie się do nas, do akcji wejdzie rosyjski Specnaz. Żegnajcie wtedy, czołgi i śmigłowce, zostaną tylko zasrane gumowce.
Rewut samolioty i tanki dymiat, kombat, jo, batiania, batiania kombat! Ot siewiernych gor i do jużnych moriej dogonim i włupim wrogu pizdjulej. Rewut samolioty i tanki dymiat, kombat, jo, batiania, batiania kombat! Ot siewiernych gor i do jużnych moriej krasnaja armija wsiech silniej!
Ryczą samoloty i czołgi mkną jak wiatr, kombat, ech, ojczulek, ojczulek kombat! Od północnych gór do południowych toni wpierdolimy wrogowi, niech się kutas goni. Ryczą samoloty i czołgi mkną jak wiatr, kombat, ech, ojczulek, ojczulek kombat! Od północnych gór do południowych toni Armia Czerwona wszystkich pogoni!

Fragment ebooka Białe noce - Adam Przechrzta

Spis cyklu

Chorągiew Michała ArchaniołaBiałe noce

Rozdział pierwszy

Aspirant Nowicki spojrzał na mnie ze złością i po raz kolejny zażądał wyjaśnień, dlaczego stawiałem opór policji. Nie odpowiedziałem, byłem zajęty: końcem języka dotknąłem obluzowanych zębów – przynajmniej trzy chwiały się solidnie. Czy da się je ocalić? Trudno powiedzieć. No, to akurat nie problem, za parę godzin poinformuje mnie o tym dentysta... Usiłowałem zatamować krwawienie z poharatanej butami antyterrorystów głowy, ale szło mi kiepsko – miałem do dyspozycji jedynie papierowe ręczniki. Starałem się oddychać przeponą, żebra nie chciały współpracować, ani chybi trzasnęło przynajmniej jedno. Obmacałem nos – nie najgorzej, chrząstka była co najwyżej pęknięta.

– Jeśli nie chce pan mówić... – Rozłożył ręce z delikatnym, sugerującym anielską cierpliwość uśmiechem.

Musiał coś zobaczyć w moich oczach, bo chrząknął nerwowo i cofnął się bliżej drzwi. Wiedziałem, że wystarczy mu krzyknąć, za cienką ścianą czaiło się przynajmniej kilku mężczyzn. Być może ta sama ekipa, która przywiozła mnie na komendę.

– Za dwadzieścia minut – poinformowałem, spoglądając na ścienny zegar.

– Dlaczego nie za dziesięć czy piętnaście? – spytał ironicznie. – Tak pan to sobie precyzyjnie wyliczył?

Spróbowałem się uśmiechnąć, nie dałem jednak rady – rozbite wargi rwały paskudnie, a nawracające, coraz silniejsze zawroty głowy i mdłości sugerowały wstrząs mózgu. Nie miałem siły przekomarzać się z ociekającym pewnością siebie gliniarzem. Zobaczymy, czy za godzinę będziesz dalej taki zadowolony, skurwysynu, pomyślałem mściwie. Łowiłem ciche szmery zza ściany – najwyraźniej dzielni komandosi nie potrafili wytrzymać nawet dwóch minut bez drapania się po dupie. Albo facet się bał, albo chcieli mnie sprowokować i dodać parę siniaków do i tak już imponującej kolekcji. No, ale tutaj, w obecności protokolantki, nie będzie to takie łatwe.

Poczułem, jak kobieta wciska mi w dłoń kolejny kłąb ręczników. Zużyte, całkiem przesiąknięte krwią, wyrzuciłem do podsuniętego kosza. W sumie nic poważnego – rany głowy zawsze krwawią obficie, skóra jest mocno unaczyniona, jednak o ile nie ma jakichś wewnętrznych obrażeń, do wesela się zagoi. Bylebym tylko się nie porzygał, bo jeśli potraktują to jako pretekst do kolejnego lania...

– Gdzie ten lekarz? – mruknąłem.

– Och, myślę, że już jedzie. – Nowicki machnął beztrosko ręką. – Sam pan wie, jak to jest z naszą służbą zdrowia.

– Ale wezwaliście go? – upewniłem się, starając wyraźnie artykułować słowa.

– Oczywiście! – wykrzyknął z udanym oburzeniem.

Zerknąłem na zegar – jeszcze siedem minut.

– Przecież macie tu jakąś apteczkę!

– Gdyby odpowiedział pan na moje pytania...

Zachwiałem się i o mało nie spadłem z krzesła, być może straciłem na moment przytomność. Podtrzymała mnie ciepła, kobieca dłoń – protokolantka.

– Wie pani, pani Basiu – wycedził policjant – tyle się teraz słyszy o AIDS, ta cała krew...

Słyszałem powolne tykanie ściennego zegara. Podniosłem wzrok w górę – trzy minuty. Niezgrabnym ruchem wyłowiłem z marynarki komórkę.

– Wujku? – spytałem.

– Trzymaj się – odpowiedział Maks. – Będę za pięć minut, Margarita jest u mnie razem z...

Nowicki gwałtownym ruchem wyrwał mi telefon.

– Myślisz, że jesteś sprytny, gnoju? – wysyczał.

– Dostatecznie sprytny, żeby załatwić paru skorumpowanych gliniarzy – wymamrotałem. – Czas minął. Chciał pan wyjaśnień? Proszę bardzo. Słyszał pan o pasywnych systemach antywłamaniowych? To ukryte kamery plus oprzyrządowanie. Proszę sobie wyobrazić, że mam coś takiego w przedpokoju. Włączyły się, kiedy ci wasi mołojcy wywalili drzwi. Nie robiłem z chałupy Fortu Knox, więc kamery nie przekazywały nigdzie obrazu, tylko nagrywały, wolałem, żeby przedwcześnie nikt od was tam nie grzebał, stąd moje milczenie. Zawiadomiłem wujka, żeby przyjechał, wyjął film i zaopiekował się żoną. Zdążyłem do niego zadzwonić i zostawiłem włączoną komórkę. Jak to się panu podoba? Nie muszę chyba dodawać, że także nasza urocza rozmowa została nagrana?

Milczał, zagryzając usta. Chyba nie był zachwycony.

– Pytał pan o stawianie oporu policji, więc wyjaśniam: nie stawiałem oporu. W momencie kiedy wasza ekipa wpadła do mieszkania, leżałem na podłodze, moja żona także. No, ale chłopcy chcieli się zabawić...

– Nic o tym nie wiem! – zapewnił szybko.

– O, zaczyna mi pan wierzyć! – stwierdziłem słodko.

Jednak zdołałem się uśmiechnąć, poczułem, jak pęka ledwo przyschnięty strup, a po brodzie spływa strużka krwi. Zabolało, jednak chyba było warto – pan aspirant nie miał już miny zdobywcy świata. No i ból odwracał uwagę od tych cholernych mdłości. Nie porzygam się. Być może.

– Podsumujmy – kontynuowałem. – Leżałem sobie grzecznie, lecz widocznie coś w mojej pozie mimo wszystko nie spodobało się pańskim ludziom...

– To nie są moi ludzie! – krzyknął, nerwowo przełykając ślinę.

– Spokojnie, wszystko się wyjaśni – mruknąłem dobrodusznie. – Prędzej czy później.

Usłyszałem, że protokolantka wzywa przez telefon lekarza – mądra dziewczyna, lepiej, żeby jeszcze nie wychodziła z pokoju... Nowicki milczał, oddychając szybko jak zaszczute zwierzę; no proszę, a jeszcze nie minęła godzina.

Znowu wahnąłem się w przód, umysł nie kontrolował już mięśni, a może sfiksował błędnik? W sumie nic dziwnego. Protokolantka podtrzymała mnie po raz kolejny. Na nagim przedramieniu poczułem dotyk jej dłoni: dwa, nie – trzy pierścionki. Doszedł mnie zapach jakichś perfum – zmysły rozpaczliwie czepiały się rzeczywistości, walczyłem, aby nie odpłynąć w mrok. Kojący, ciepły, obiecujący zapomnienie. Nowicki przerwał ciszę, ale nie rozumiałem, co mówi – dźwięki dochodziły do mnie niewyraźnie, niczym odfiltrowane przez grubą watę, oparłem się o coś miękkiego, drobny, twardy przedmiot zadrapał mi czoło, guziki? Cholera, wyświnię jej całą bluzkę. Zaszumiała woda w rurach, ten dźwięk przyniósł pociechę całej naszej trójce, przerwał słowotok aspiranta. Z korytarza dobiegły kroki, lecz te niosły dobrą wieść tylko dla mnie. Dla mnie. Załomotało przewrócone krzesło – policjant chciał wybiec z pokoju, nie zdążył. W progu stanął Maks w towarzystwie dwóch nieznanych mi mężczyzn. Prawnik i...?

Nowicki rozwiał moje wątpliwości, stanął na baczność.

– Za godzinę u komendanta – polecił tamten drugi ochrypłym, zdartym głosem.

Pijak? Nie, raczej palacz. Taki, co to wypala przynajmniej dwie paczki dziennie. Na oko pod sześćdziesiątkę. Za młodu pewnie go nie informowali o szkodliwości palenia...

– Możemy już iść? – spytał Maks.

– Oczywiście.

– Zajmij się dziewczyną – wymamrotałem, schodząc powoli po stopniach. – Wiesz, protokolantką. Te chujki ostro pogrywają.

Wujek podtrzymywał mnie pod łokieć, drugą ręką czepiałem się poręczy. Pewnie karetka czekała przed komendą, ale pozwolił mi zachować odrobinę kontroli, wiedział, jak bardzo tego potrzebuję, nie zawołał sanitariuszy z noszami.

– Spokojnie, dopilnuję wszystkiego – obiecał. – Ci trzej jeszcze dzisiaj zostaną zawieszeni. Nie wiem, co zrobi z Nowickim komendant, ale pewnie go nie pogłaszcze.

– Było ich pięciu! – warknąłem.

– Nie, tylko trzech – sprostował. – Dwóch pozostałych cię uratowało, nie pozwolili tamtym dalej bić. To znaczy po tym, jak powiedziałeś, co sądzisz o mamusi dowódcy grupy...

– Nie miałem wyjścia, uderzył Margaritę. Co z nią?

– A co ma być? – Maks wzruszył ramionami. – Boi się o ciebie.

– Pytałem, czy nic jej nie jest!

– Dostała tylko po buzi, przeżyje.

– Spieprzyłem sprawę, powinienem...

– Opowiesz mi o tym później – uciął. – Teraz mamy ważniejsze sprawy, na przykład zbadać, w jakim jesteś stanie.

Strumień powietrza wpadający przez otwarte okno przyjemnie chłodził twarz, uspokajająco szumiały opony. Po trwających dwie godziny badaniach lekarz, znajomy Maksa, wypisał mnie ze szpitala na moją prośbę. Nie było źle – lekki wstrząs mózgu, pęknięte żebro, musiano mi założyć kilka szwów na głowie.

– Bydlaki! – wycedziła z pasją Wika, docisnęła pedał gazu, przyspieszając łagodnie.

Prowadziła wyjątkowo ostrożnie, a przeważnie pani prokurator jeździła jak rajdowiec. Poznaliśmy się dawno temu w rodzinie zastępczej. Przez długi czas nie utrzymywaliśmy ze sobą żadnych kontaktów, i ja, i moje „rodzeństwo” – miałem jeszcze trzy „siostry” i „brata” – chcieliśmy jak najszybciej zapomnieć o Siwym, naszym opiekunie, a znajome twarze przywoływały na jawie sceny, które i tak powracały do nas w koszmarach. Siwy lubił małe dziewczynki i nie znosił, kiedy ktoś przeszkadzał mu w jego drobnych przyjemnościach. Byłem najstarszy, więc próbowałem. Skończyłem w szpitalu, a Siwemu odebrano opiekę nad nami, później pojawił się Maks.

– Nie zasypiaj! – odezwała się ostro Wika, widząc, że przymykam oczy.

– Gap się przed siebie, a nie w lusterko – burknąłem.

– Ale jak zaśniesz...

– To nic mu się nie stanie – Maks wszedł jej w słowo. – Lekarz pozwolił.

Syknąłem, kiedy wóz podskoczył na wyboju. Skręciliśmy w leśną drogę.

– Jak... – zawahałem się przez moment – sytuacja?

– Wszystko pod kontrolą – odparł spokojnie Maks. – Jak już mówiłem, ci gliniarze zostaną jeszcze dzisiaj zawieszeni, na wszelki wypadek i tak będą pod obserwacją. Domu pilnują chłopcy Marka. A cała sprawa wyjaśni się jutro lub pojutrze.

– Myślisz, że to...

– Zobaczymy – uciął.

Westchnąłem, z Maksa trudno było cokolwiek wyciągnąć, a ja nie miałem nastroju, aby naciskać, nie ta kondycja. Chciałem się tylko upewnić, czy Małgorzata jest bezpieczna, i spać. Znużenie sączyło się z każdej komórki mojego ciała, po takim laniu to normalna reakcja – organizm chce się zregenerować psychicznie i fizycznie.

– Ale Centralna Grupa Realizacyjna ma zwalczać terrorystów, a nie...

– CGR chroni świadków koronnych, ma to w programie. Po prostu potrenują sobie. – Wzruszył ramionami.

Wika zaparkowała tuż przy wejściu, zanim zdążyłem rozpiąć pas, do samochodu podbiegła Małgorzata, pomogła mi wygramolić się z auta.

– Kochany... – Wtuliła się w moje ramiona, poczułem, że drży od wstrzymywanego łkania.

– Już wszystko w porządku – wyszeptałem bezradnie. – Wszystko w porządku.

W domu mignęły mi zatroskane twarze „sióstr” i Marka, ale żadne z nich nie podeszło, żeby się nade mną poużalać, widać Maks kazał dać mi spokój. No i dzięki Bogu! Inna sprawa, że pewnie jutro skończy się okres ochronny.

– Przepraszam – wymamrotałem, siadając ciężko na łóżku. – Margarita, ja...

Położyła mi palec na ustach, rozebrała delikatnie.

– Śpij – powiedziała. – Posiedzę przy tobie.

Zasnąłem.

Obudził mnie warkot ruszającego sprzed domu samochodu, powoli, niechętnie podniosłem opuchnięte powieki, wpadające przez okno promienie słońca malowały jedną ze ścian w wesołe, jasne plamy. Zerknąłem na zegarek – dochodziło południe. Ostrożnie skręciłem głowę w lewo, potem w prawo, ból był mniejszy, niż się spodziewałem. Napinałem i rozluźniałem mięśnie, zaczynając od największych, odpuściłem sobie klatkę piersiową – lepiej na razie uważać na żebra. Wreszcie usiadłem, podkładając pod plecy kilka poduszek.

Małgorzata spała w fotelu. Jej policzek zakrywała fala kasztanowych włosów, słońce zapalało w nich błyski o barwie ciemnego złota. Odgarnąłem ciężkie sploty, dotknąłem opuszkami palców rozcięcia w kąciku ust i po raz kolejny obiecałem sobie, że skurwysyn, który uderzył moją żonę, drogo za to zapłaci.

– Wiem, że się obudziłeś – rzuciła groźnie.

– Przyznaję się do winy – odparłem z lekkim uśmiechem.

Opuchlizna z warg trochę sklęsła, mogłem sobie na to pozwolić.

– Jak się czujesz, kochanie? – spytała niespokojnie.

– Nie jest źle – zapewniłem. – Żadnych obrażeń wewnętrznych, nawet to żebro już mniej boli.

– Pomóc ci się umyć?

– Dam sobie radę – mruknąłem. – Jakby co, to cię zawołam.

Z ciężkim westchnieniem podniosłem się z łóżka, ruszyłem do łazienki. Nie było mowy o prysznicu czy kąpieli w wannie, pewnie się sporo nagimnastykuję, ale wolałem, żeby Małgorzata nie oglądała moich siniaków. Jeszcze nie teraz. Sprawdziłem językiem zęby – nadal się ruszały, choć jakby nieco mniej. Przepłukałem usta i natarłem dziąsła jakimś żelem, dentysta poinformował mnie, że nie mogę gryźć twardych rzeczy i że trzeba czekać. Też mi diagnoza... Zrzuciłem piżamę i obejrzałem się w lustrze. No ładnie... Wyglądałem jak ofiara zderzenia z ciężarówką: posiniaczona twarz przecięta wąską, ładnie zagojoną, ale teraz wyraźnie widoczną blizną – prezent od pewnej Hinduski – szwy na głowie i owinięte bandażem żebra, napuchnięte, sine przedramiona.

Trzasnęły drzwi, do środka weszła Małgorzata.

– Odwróć się – poprosiła.

– Nie wołałem cię! – warknąłem.

– Sama się zawołałam, jestem twoją żoną – przypomniała. – Nie jest tak źle, jak się obawiałam. No i robisz się marudny, widać wracasz do zdrowia – dodała kwaśno. – Siadaj. – Popchnęła mnie lekko, poczekała, aż usadowię się na brzegu wanny.

Przymknąłem oczy, poddając się pieszczocie mokrego ręcznika, po chwili Małgorzata wytarła mnie dokładnie, ucałowała największe siniaki.

– Może by tak dokładkę? – zaproponowałem, obejmując ją w talii.

– Nic z tego! – odburknęła, odskakując zwinnie. – Musisz się oszczędzać.

Przez moment poczułem przypływ nadziei, może jej choroba nie jest aż tak poważna? Zacisnąłem zęby, nie było sensu dywagować, jeszcze tydzień, dwa i badania wszystko wykażą.

– Chodźmy do jadalni, pewnie już wszyscy czekają – powiedziała.

Wsunąłem kapcie na bose stopy i, narzuciwszy szlafrok, poczłapałem do drzwi. Jak trzeba, to trzeba. I tak nie uniknę rozmowy z „rodziną”.

Stanąwszy w progu, jęknąłem. Byli tu wszyscy: Maks z żoną, Davidoff, dziewczyny i Marek. Komplet.

Przysiadłem przy stole z naburmuszoną miną, westchnąłem cierpiętniczo.

– Jak się czujesz? – spytała Anita.

Jak zwykle wyglądała znakomicie – biała sukienka eksponowała smukłe nogi, podkreślała opaleniznę. No i nic dziwnego, Anita była modelką. Podobnie jak dwie inne moje „siostry”.

– Porozmawiamy o tym później – zdecydował Maks. – Widać, że żyje i ma się nieźle. Opowiedz, co się stało – zwrócił się do mnie. – Z detalami.

Zerknąłem na Małgorzatę, wolałbym nie mówić o jej chorobie, ale jeśli mam wszystko wyjaśnić... Odpowiedziała mi spokojnym spojrzeniem, w tym momencie twarz mojej żony mogłaby służyć jako ilustracja z podręcznika pokera dla zaawansowanych. Niech to szlag...

– Margarita jest chora – zacząłem nieswoim, zgrzytliwym głosem. – Nie za bardzo wiadomo, co to jest, trwają badania. Dlatego nic nie mówiliśmy. Objawy są... niepokojące. Nagłe drżenie rąk, osłabienie, utrata wagi. Nie będę wchodził w szczegóły, ale te symptomy są dość charakterystyczne. Istnieje kilka, może kilkanaście jednostek chorobowych, do których mogą pasować, niestety, najbardziej pasują do choroby Lou Gehriga. U nas nazywa się to stwardnieniem zanikowym bocznym albo ALS. Ale nie... nazwa jest ważna – wydusiłem z trudem. – Choroba Lou Gehriga jest nieuleczalna, absolutnie nieuleczalna, śmierć następuje po paru latach. W najlepszym wypadku, bo zależy, na jakim etapie zostaje zdiagnozowana. Oczywiście jest kilka innych opcji. – Powstrzymałem gestem otwierającą usta Wikę. – Zobaczymy. Tyle że wydają się dużo mniej prawdopodobne niż ALS: tarczyca, zatrucie metalami ciężkimi. Ale... – Nie dokończyłem, zacisnąłem pięści.

Wziąłem głęboki oddech, wypuściłem ze świstem powietrze.

– Mniejsza z tym – mruknąłem. – Wielecka dowiedziała się skądś o chorobie Małgorzaty i zaczepiła mnie wczoraj w dziekanacie. Wyraziła nadzieję, że nie jest to nic poważnego, na przykład choroba Lou Gehriga... Wszystko to z uśmieszkiem obleśnej satysfakcji. Dla postronnych mogło to wyglądać, i pewnie wyglądało, na troskę o zdrowie mojej żony. No więc nie wytrzymałem i strzeliłem ją w pysk. Publicznie.

– To wszystko? – zdziwił się Maks. – Chyba trochę za mało, żeby wysłać oddział antyterrorystyczny.

– Nie wszystko. – Spuściłem wzrok. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem taki wściekły, zupełnie przestałem się kontrolować. Pojechałem... Pojechałem do jej domu, Wielecka mieszka za miastem. Wziąłem ze sobą sprzęt.

– To znaczy? – spytał z niepokojem Davidoff.

– Piłę mechaniczną.

– Gospodi pomiłuj... – wymamrotał, blednąc.

– Spokojnie, nie jestem wariatem! A przynajmniej nie do końca – mruknąłem. – Wyciąłem tylko drzewka wokół domu. Chwaliła się kiedyś, że to jakieś specjalne, wyjątkowo drogie. Niestety...

– Tak? – Maks uniósł brwi.

– Dopiero po fakcie zauważyłem kamery.

Maks z roztargnieniem postukał w poręcz fotela, Davidoff otarł pot z czoła.

– Jednak ten rajd antyterrorystów... – pokręciła głową Wika.

– Nie, nie, teraz wszystko jest jasne – zapewnił ją Maks. – Naciągnęli przepisy do granic możliwości, ale mieli pretekst. Sfilmowanego maniaka z piłą mechaniczną. Biorąc pod uwagę udział Janusza w akcji w Nikołajewsku...

– Mimo wszystko to dziwne – stwierdził Davidoff. – Normalnie nie można się doczekać na reakcję policji, a tutaj byli szybsi niż błyskawica.

– To rykoszet zupełnie innej sprawy – odparł Maks. – Zadzwoń do Dżumy – polecił mi szorstko.

Zmartwiałem. Oleg Dubrow, nazywany przez wrogów „Dżumą”, był pułkownikiem Specnazu i bratem kobiety, którą kiedyś kochałem. Nie sądziłem, że mógłby stanąć przeciwko mnie. Być może jednak zabrakło mi wyobraźni...

– Jest w to w jakiś sposób zamieszany, ale chyba nie tak jak myślisz – mruknął Maks. – Nie miałem czasu długo z nim gadać.

Wielka mi pociecha... Z drugiej strony rzeczywiście nie wyglądało to na robotę Dżumy: cała akcja spaliła na panewce, a cel – jakikolwiek by był – nie został osiągnięty. Oleg Dubrow nie popełniał takich błędów.

Podniosłem się ze stęknięciem z krzesła i ruszyłem do pokoju, machnięciem ręki dałem do zrozumienia, że chcę być sam. Nie posłuchała mnie tylko Małgorzata.

– Nie przewrócę się – zapewniłem ją ponuro.

– Świetnie, ale dopóki nie porozmawiamy, nie mam zamiaru spuścić cię z oczu.

Zamknęła za mną drzwi i wymownym gestem podała telefon.

– Dzwoń – rozkazała.

Przez chwilę wpatrywałem się w komórkę, jakby mogła mnie ukąsić. Nie ma co ukrywać – bałem się. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak wielką wagę przywiązywałem do przyjaźni okazywanej mi przez brata Anny.

Zacisnąwszy zęby, wprowadziłem znany na pamięć numer, podniosłem telefon do ucha. Odebrał niemal natychmiast.

– Podobno możesz mnie oświecić, co się dzieje – rzuciłem bez ogródek.

– Za chwilę – odparł. – Jak się czujesz? Co z Margaritą?

Poinformowałem go krótko o swoich obrażeniach.

– Margarita?

– Oberwała tylko po buzi – powiedziałem. – Nic jej nie jest.

W kilku zdaniach zrelacjonowałem, co się stało.

– Wot suki! – warknął. – Mam ochotę...

– Ani się waż! – poleciłem stanowczo.

Ulżyło mi, reakcja Olega wskazywała, że nie miał nic wspólnego z zajściem, ale ostatnie, czego mi było trzeba, to interwencja Dżumy. Oleg Dubrow nie uznawał półśrodków, a w Polsce obowiązywały nieco inne standardy niż na wschód od Bugu. Tam parę trupów nie robiło na nikim wrażenia.

– Może przejdźmy do rzeczy? – zaproponowałem.

– W porządku, pamiętasz tę ofertę sprzed miesiąca? Zaproponowano ci pracę.

– Rzeczywiście, przypominam sobie. Jakiś zwariowany Rusek kazał mi podpisać papiery o zachowaniu tajemnicy, robił dziwaczne aluzje...

– Pogoniłeś go – Dżuma wszedł mi w słowo.

– Pogoniłem.

– To był asystent, jeden z asystentów, Michaiła Biełowa. Powiedział ci, kogo reprezentuje?

– Chyba tak – przyznałem z wahaniem. – Nie zwróciłem na to uwagi.

– Kretyn.

– Ten facet?

– Nie, ty – doprecyzował. – Biełow to najbogatszy biznesmen w Rosji.

– To ma mną wstrząsnąć?

Przez chwilę słyszałem tylko spokojny oddech Dżumy.

– Półtora miesiąca temu porwano córkę Biełowa. Okoliczności były... niezwyczajne. Do tej pory nikt się nie odezwał, nie zażądał okupu. Wszystkie służby i wynajęci przez Biełowa ludzie zrobili, co mogli, ale rzecz nadal pozostaje niewyjaśniona. On jest dość... zdesperowany. Na tym etapie to nie jest sprawa dla służb specjalnych, choć oczywiście trwają pewne czynności. Niemniej jednak wątpię, żeby przyniosły efekt. W dodatku nie ulega wątpliwości, że z terrorystami musiał współpracować ktoś z najbliższego otoczenia Biełowa. Facet nie wie już, komu ufać. No i tu wypłynęła twoja kandydatura. Jako Chorąży jesteś poza wszelkim podejrzeniem, a ponieważ posiadasz pewne umiejętności...

– Były Chorąży – uściśliłem.

Nie jestem specjalnie religijny, jednak fakt, że przez krótki czas dysponowałem artefaktem zwanym chorągwią Michała Archanioła, odcisnął na mnie wyraźne piętno, nie wiedzieć czemu skłaniał do pokory.

– Co się stało?

– Zabili kilka osób, dziewczyna miała ochronę – wyjaśnił. – To byli ludzie z najwyższej półki. Znałem ich osobiście.

– To nie moja liga, nie jestem...

– Przestań marudzić! – Dżuma wszedł mi bezceremonialnie w słowo. – Nie potrzebujemy twoich umiejętności operacyjnych. Jak obaj wiemy, nie są one oszałamiające – dodał złośliwie. – To porwanie wiąże się z pewną sprawą sprzed ponad pół wieku, trzeba przeszukać archiwa, być może popracować... koncepcyjnie. Do tego się nadasz. Co więcej, kiedy się za to weźmiesz, Biełow przestanie nam skakać po głowach.

– Nam?

– Specnazowi i służbom specjalnym. Obecnie nasza robota jest pozbawiona sensu, bo nie znamy celu. Inwigilujemy podejrzanych, podsłuchujemy ich rozmowy, przeglądamy komputery, jednak chyba nie tędy droga. Jeśli zaliczyli choć podstawowe przeszkolenie, niczym się nie zdradzą. A trupy, jakie za sobą zostawili, i fakt, że porwali córkę Biełowa, sugerują, że są dobrzy. Więcej niż dobrzy. Potrzebujemy kogoś, kto spojrzy na to z innej strony, potrafi poruszać się w archiwach, korzystać z dokumentów. No i z grubsza zna procedury...

– Mówisz o Biełowie, jakby ten facet był nie wiadomo kim.

– Ujmijmy to tak... – Dżuma zawiesił na moment głos. – Gdyby poprosił o eskadrę bombowców, armia spytałaby go tylko, czy nie potrzebuje do kompletu paru myśliwców.

– Ale przepisy...

– This is Russia!

Zamilkłem.

– Naprawdę jest taki mocny? – podjąłem po chwili.

– Naprawdę.

– Miał coś wspólnego z tą akcją policji?

– Kazał asystentowi załatwić sprawę, zachęcić cię, a ten nieźle namieszał. Postanowił cię przycisnąć. Ta twoja była flama... jak jej tam? Wielecka?

– Niebyła – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

– Aha, znaczy słucha nas Margarita? – domyślił się mój rozmówca. – Przekaż jej pozdrowienia... Więc Wielecka była kochanką dowódcy oddziału, który po ciebie wysłano. Umyślili sobie, że przy okazji... jak to się u was mówi? Upieką własną pieczeń. No i się porobiło.

– Mam rozumieć, że jeśli nie przyjmę oferty, następnym razem podpalą mi dom? – spytałem ponuro.

– Nie sądzę. Wyjaśniłem Biełowowi... niuanse. Jesteś ostatnim człowiekiem, którego chciałby wkurzyć, lecz pamiętaj, że nie rozumuje logicznie. Porwano mu dziecko.

– Jeśli z nim gadałeś...

– Nie jestem Panem Bogiem wszechmogącym – odparł ze złością Dżuma. – A Biełow jest przyzwyczajony, że dostaje, czego chce. Wywalił na zbity pysk tego asystenta i raczej porzuci tego typu perswazję, ale pewności nie mam.

– Mam pracować dla człowieka, który zorganizował napad na mój dom?! Który...

– Przestań marudzić! A co będziesz robił? Wrócisz jakby nigdy nic na uczelnię? Jak się zdaje, nie masz tam chwilowo najlepszych notowań i nie wiadomo, czym ta cała awantura się skończy. Zachowujesz się jak czterolatek. Chciałbyś mieć, bo ja wiem, sto kilogramów złota w sztabkach?

– Pewnie, kto by nie chciał? A co? Tyle płaci?

– Nie, nie aż tyle, chociaż z pewnością nie będziesz stratny finansowo. Miałem na myśli co innego: jeśli mu pomożesz, będzie ci winien przysługę. Facet oczywiście nie jest dziewicą, jak i inni biznesmeni działający na takim poziomie, jednak dotrzymuje słowa i spłaca swoje długi.

Odchrząknąłem niepewnie.

– Niewykluczone, że jest w Rosji kilka osób, które mogą więcej od Biełowa, ale ja znam tylko jedną, rozumiesz, nie zajmuję się polityką – kontynuował.

– Któż jest ową gwiazdą?

– Władimir Władimirowicz Putin.

Otworzyłem usta, aby mu zwrócić uwagę, że to nie pora na głupie dowcipy, lecz dopiero teraz dotarł do mnie ton głosu Dżumy. Oleg nie żartował.

– Zastanowię się – obiecałem.

Pożegnaliśmy się krótko, odłożyłem telefon i podszedłszy do okna, zapatrzyłem w podchodzące niemal pod sam dom drzewa. Odetchnąłem głęboko, starając się nie forsować uszkodzonego żebra. Dżuma dał mi do myślenia – rzeczywiście moja obecna sytuacja na uczelni nie wyglądała różowo. Groziło mi zwolnienie z pracy.

– Chyba najlepiej będzie, jak sam złożę wymówienie – powiedziałem w przestrzeń.

– Musimy o tym porozmawiać, o paru innych sprawach też – stwierdziła stanowczo Małgorzata.

– W takim razie chodźmy na spacer.

– W twoim stanie...

– Nic mi nie będzie – uciąłem. – A tutaj nie da się spokojnie pogadać.

– Dlaczego? – Zmarszczyła brwi.

– Dlatego. – Otworzyłem gwałtownie drzwi i wskazałem plecy uciekającej Wiki.

– Myślisz, że one...

– Nie myślę, wiem.

Narzuciłem na siebie jakieś ciuchy, wyszliśmy na zewnątrz. Mimo października było ciepło, liście na drzewach przyciągały wzrok żywymi, nasyconymi barwami, pojedyncze opadały na ziemię, tworząc osnowę jesiennego, szeleszczącego pod nogami kobierca. Zza naszych pleców, przez uchylone okno dochodził cichy świergot radia, grali „Tango Jalousie”. Rozpoznałem stare nagranie Leo Reismana. Niespodziewanie Małgorzata przytuliła się do mnie, położyła dłoń na ramieniu, zakołysaliśmy się w tańcu. Na chwilę weszliśmy we własny, intymny świat, porzuciliśmy rzeczywistość. Czułem ciepło ciała i zapach włosów Małgorzaty, zapomniałem o zmartwieniach. Na chwilę.

Zatrzymaliśmy się jednocześnie, delikatnie musnąłem jej ramię, odsunąłem na krok.

– Margarita, ja... – urwałem, niepewny, co powiedzieć.

– Mam do ciebie prośbę – szepnęła.

– Zrobię wszystko, co zechcesz – zapewniłem.

– Słowo?

– Słowo.

– W zasadzie dwie prośby – doprecyzowała, spoglądając na mnie kokieteryjnie spod opuszczonych rzęs.

Wyglądało na to, że nie ma zamiaru winić mnie za całe zamieszanie. Najwyraźniej wyrozumiałość Małgorzaty dorównywała mojej głupocie.

– Tak?

– Chcę, żebyś pojechał do Rosji, zgodził się na propozycję tego Biełowa, a co do uczelni przekażę po prostu twoje zwolnienie lekarskie.

– Co takiego?! Mam cię zostawić, gdy jesteś chora?! Gdy...

Stłumiła moje słowa, kładąc mi palce na ustach.

– Nie mam ALS – powiedziała twardo. – To tylko twój strach. Nie, nie przerywaj mi! – poprosiła. – Wiem, że czujesz się winny, ale ja jestem więcej niż zadowolona z tego, co się stało.

Osłupiałem.

– Cieszysz się, że banda kretynów rozwaliła drzwi i nas poturbowała?! – spytałem z niedowierzaniem.

– Cieszę się, że poznałam cię bliżej, twoje... – zastanowiła się przez moment – uczucia. Nie gniewaj się, kochanie, ale ty nie potrafisz o nich rozmawiać, byłam już w rozpaczy, myślałam, że mnie nie kochasz.

– Ale przecież naraziłem cię...

– Popełniłeś błąd – przyznała. – Dałeś się podpuścić tej dziwce. Jednak trudno, żebym się martwiła tym, że ci na mnie zależy na tyle, żeby zlekceważyć wszelkie konwenanse i zaryzykować utratę pracy. Nie mówiąc już o sprowokowaniu tego policjanta, który mnie uderzył. Szczerze mówiąc, jestem szczęśliwa jak nigdy dotąd.

– Chyba potrzeba mi chwili, żeby się otrząsnąć z zaskoczenia – wymamrotałem, siadając pod rozłożystym bukiem. – A może i dwóch chwil...

Małgorzata zachichotała i usadowiła się tuż obok. Spojrzałem jej w oczy – rzeczywiście promieniała.

– Mam zwolnienie tylko na dwa tygodnie – zacząłem od najmniej ważnej sprawy. – Później i tak będę musiał zameldować się na uczelni.

– Wątpię, żebyś tak szybko rozwiązał ten... problem w Rosji, musisz mieć zwolnienie na miesiąc albo dwa – odezwała się z namysłem.

– Więc?

– Znam lekarza, który je przedłuży – wyjaśniła. – Nie, żadnych wykładów na temat wystawiania lewych papierów! – ostrzegła. – To jest sytuacja nadzwyczajna, a ty musisz nauczyć się pokory – oznajmiła, łagodząc swoje słowa pocałunkiem.

– Pokory?!

– Jesteś strasznie arogancki – wyjaśniła. – Uważasz, że takie sztuczki są poniżej twojej godności, ale tym razem je zastosujesz. No i przyjmiesz pomoc od żony.

– Jaką pomoc?! Zwolnienie to drobiazg, lecz nie pozwolę, żebyś uwikłała się w walkę z Wielecką. Tym bardziej że wszelkie atuty są po jej stronie.

– Tak ci się tylko wydaje – odparła.

Mówiła niemal szeptem, jednak w jej głosie zadźwięczała stal, wyglądała na zdeterminowaną. No proszę, gdzie się podziała łagodna żoneczka? A może moje wyobrażenia na temat Małgorzaty niekoniecznie odpowiadały prawdzie?

Podniosłem się ze stęknięciem, skinąłem w stronę domu.

– Wracajmy – zaproponowałem. – Czas coś zjeść.

Z ponurą miną wypiłem jakiś mętny płyn – efekt fascynacji Maksa wschodnią medycyną – poprawiłem pięćdziesiątką alchemicznej wódki. Jeśli nie pomoże, to raczej nie zaszkodzi. Cały czas czułem na sobie rozbawiony wzrok wujka. Dokończył cygaro i odłożywszy niedopałek na popielniczkę, mruknął zachęcająco.

– O czym chcesz pogadać? – zapytał wreszcie, gdy nie doczekał się odpowiedzi.

Oderwałem wzrok od jedwabnej, secesyjnej tapety – Maks miał luksusowe upodobania i dość pieniędzy, aby spełniać nawet najbardziej ekstrawaganckie zachcianki – wzruszyłem ciężko ramionami.

– Margarita chce, żebym wyjechał do Rosji i pozwolił jej rozprawić się z Wielecką.

– W czym problem?

– Nie chcę, żeby narażała swoją karierę, no i nie mogę jej opuścić, kiedy jest chora, to chyba jasne? – burknąłem.

– Jeżeli to ALS, to fakt, czy przy niej będziesz, czy nie, nie ma najmniejszego znaczenia. Mówię o tygodniu albo dwóch – zastrzegł od razu.

– A co potem?

– Przyjedzie do ciebie. Jeśli to coś innego, nie ma w ogóle o czym mówić.

– Może mieć atak, może...

– Na razie tylko drżą jej ręce i jest osłabiona, to wszystko – przerwał mi Maks. – Wika z nią zamieszka. Już się zgodziła, będzie ją nawet wozić do pracy.

– A Wielecka? Znam ją, to suka. Małgorzata nie ma z nią żadnych szans.

– Kim jest Margarita? – odpowiedział pytaniem.

– Nie rozumiem?

– Napisała pracę habilitacyjną w wieku dwudziestu siedmiu lat, została profesorem nadzwyczajnym, mając dwadzieścia dziewięć. Ubiegają się o nią największe, najbardziej znane uczelnie w Europie i Stanach. W swojej branży uchodzi za geniusza. Naprawdę myślisz, że Wielecka może jej zaszkodzić? – Parsknął zdegustowany. – Jeśli Margarita tupnie nogą, uczelniane władze nie tylko darują ci ten ostatni wybryk, ale i pozwolą, abyś na wykłady przyjeżdżał nago i na wrotkach... A ona najwyraźniej ma ochotę tupnąć. Pozwól jej to zrobić.

Przysunął sobie pudełko cygar, wybrał jedno i przyciąwszy, wcisnął mi w dłoń, podał ogień. Przez chwilę gapiłem się bezmyślnie na płonącą zapałkę w silnych palcach Maksa, w końcu zapaliłem cygaro. Wujek doskonale wiedział, że nie palę, gdy jestem zdenerwowany – sam mnie tego nauczył – stąd miałem wrażenie, że to kolejna lekcja. Wyglądało, że moje otoczenie uwzięło się, aby mnie w przyspieszonym tempie edukować. Najpierw Małgorzata, teraz Maks...

– Rozumiem, że to sytuacja nadzwyczajna, wyjątek od reguły? – spytałem, wykonując nieokreślony gest.

– Chodzi ci o zamiary Małgorzaty czy o cygaro? – Uniósł brwi z udanym zdziwieniem.

Spojrzawszy na moją naburmuszoną minę, parsknął śmiechem.

– Chcesz rady?

– Proszę, nie krępuj się – mruknąłem.

– Przegrałeś, Margarita i tak postawi na swoim, doprowadzi do starcia z Wielecką. Poddaj się z wdziękiem i wyciągnij z tego wszelkie możliwe korzyści.

– Korzyści?!

– Zgadzając się na jej prośbę, możesz postawić pewne warunki...

– Jeśli pozwolę jej zrobić, co chce, wyjadę, a ona nie powie mi prawdy na temat wyników badań...

– Na pewno cię nie oszuka, nie ma mowy! – Maks pokręcił głową. – Mogłaby coś pominąć z troski o ciebie, ale nigdy nie okłamie cię wprost. Nigdy – zapewnił. – Jesteś dla niej zbyt ważny. Bałaby się, że straci bezpowrotnie twoje zaufanie.

Siedzieliśmy w milczeniu dłuższy czas, musiałem przemyśleć wszystkie opcje, a wujek nigdy nie był zbyt gadatliwy. Rozparł się w fotelu i z zadowoleniem delektował kolejnym cygarem, tak jakby nic innego go nie rozpraszało, jak gdyby liczyła się tylko chwila obecna, tu i teraz. Zacisnąłem zęby – jeśli nie zapanuję nad swoim lękiem o żonę, nie przysłużę się nikomu, również Małgorzacie. Ostatnie, czego jej trzeba, to trzęsący się nad nią facet. Nawet jeśli to ALS. A może szczególnie wtedy. Gdybym był śmiertelnie chory, wolałbym przeżyć kres dni intensywnie, bez taryfy ulgowej, realizując tyle marzeń, ile bym zdołał. Problem w tym, że nie chodziło o mnie... No dobrze, a jeśli to nie jest choroba Lou Gehriga? Co będzie, jeśli Małgorzata poczuje się dotknięta tym, że w nią nie wierzę? Jak będą wyglądały nasze następne lata? Czy dam radę kiedykolwiek to naprawić? Zabębniłem palcami o stół – Maks miał rację, tak naprawdę nie miałem wyjścia, musiałem schować swój strach tak głęboko, aby nikt go nie spostrzegł. Nikt poza mną. Ja będę nosił go w sobie cały czas, niczym ciężką, kolczastą kulę gdzieś w głębi trzewi. No, to akurat nic nowego, dam radę...

– Wiesz – odezwał się znienacka wujek – ten policjant, dowódca grupy, ma trzeci dan w karate.

Poczułem, jak bez udziału woli moje usta rozszerzają się w ponurym, bezradosnym uśmiechu, znowu pękły jakieś strupy, ale nawet nie poczułem bólu. Nadnercza pompowały do krwi adrenalinę, dużo adrenaliny.

– Wstrząsające – stwierdziłem.

– Traktujesz kobiety w sposób anachroniczny. To moja wina, jestem taki sam i tak cię wychowałem – przyznał. – Margarita to nowe pokolenie, nie zgodzi się na stosowanie podwójnych standardów. Jeśli zdecydujesz się na załatwienie sprawy z tym gliniarzem, no, teraz właściwie już byłym gliniarzem, a zabronisz jej rozprawić się z Wielecką... – urwał wymownie.

– Pozwolę jej pokotłować się z Wielecką, a sam wyjadę do Rosji – odparłem ze znużeniem. – Jutro pogadam z tym Biełowem.

– Nareszcie rozsądna decyzja!

– Musisz mi przyrzec, że będziesz kontrolował sytuację i w razie czego natychmiast zadzwonisz – zażądałem.

– Chodzi ci o bezpieczeństwo Margarity czy wyniki badań?

– Raczej to drugie, pierwszą kwestią sam się zajmę.

– Nie ufasz jej?

– Ufam, ale muszę mieć pewność, absolutną pewność, że o wszystkim zostanę poinformowany dokładnie i na czas. Nie chcę się zastanawiać, czy moja żona nie postanowiła oszczędzić mi zmartwień i o czymś nie powiedziała.

– W porządku, zrobię to – obiecał.

Noc nie przyniosła odpoczynku – przez większość czasu rozmawiałem z Małgorzatą, później leżałem, gapiąc się w ciemność, krok po kroku planowałem, co zrobię przed wyjazdem. W chwilach największego stresu nie można reagować odruchowo – to błąd, chyba że chodzi o fizyczne starcie, wtedy posługujemy się wypalonymi w podświadomości kodami, nie ma czasu na zastanowienie. Jednak nawet choreografia walki układana jest na bazie wcześniejszych przemyśleń i doświadczeń; każdy ruch powinien być celowy, ascetycznie oszczędny i maksymalnie skuteczny. Nie miałem zbyt wielu rzeczy do załatwienia: musiałem zatroszczyć się o bezpieczeństwo Małgorzaty i upewnić, że Biełow nie oczekuje ode mnie cudu. Przeważnie porywacze kontaktują się z rodziną w ciągu dwudziestu czterech godzin, to standard. Każda godzina powyżej doby redukuje szanse porwanego na przeżycie. Oznacza, że coś poszło nie tak, bardzo nie tak... Także poszukiwania mają swój rytm – liczy się kilka pierwszych dni, później prawdopodobieństwo znalezienia żywej ofiary spada w postępie geometrycznym. Według wszelkich danych córka Biełowa była od dawna martwa – minęło półtora miesiąca. Zapewne rosyjskie służby specjalne nie szukały już ofiary, a sprawców – tych nadal można odnaleźć. Jeśli porwanie miało jakiś związek z wydarzeniami sprzed lat, jeżeli pozostawiły one ślady w archiwach, mogłem im pomóc. Kiedy znajdę porywaczy, zajmą się nimi chłopcy Dżumy. Po swojemu. Rosja nie jest specjalnie bogatym krajem, nie może sobie pozwolić na taką ochronę obywateli jak chociażby USA, Francja czy Anglia, a jednak rzadko się słyszy o porwaniach Rosjan. Każdy zawodowiec na świecie wie, że rzecz się po prostu nie opłaca. Okupu nie będzie, nie wypuszczą kumpli z więzienia, natomiast prędzej czy później porywacze zostaną wytropieni i eksterminowani jak wściekłe psy, bywa, że wraz z rodzinami. Bez wahania, bez litości, skutecznie. Gwarancję daje firma Specnaz & Co. Wieloletnia praktyka w branży i liczne referencje od zadowolonych klientów...

Słyszałem spokojny oddech śpiącej obok Małgorzaty, ale mimo wysiłków nie mogłem się odprężyć, ogarniało mnie coraz większe zniecierpliwienie, buzujące adrenaliną mięśnie domagały się działania. Wyślizgnąłem się z łóżka i narzuciwszy szlafrok, wyszedłem na werandę. Myślałem, że zastanę tam Maksa – podobnie jak ja budził się nad ranem – lecz najwyraźniej małżeństwo mu służyło i pokonał bezsenność, być może z pomocą żony. Zerknąłem na zegarek – piąta trzydzieści. Trochę za wcześnie, żeby dzwonić do Biełowa. Z drugiej strony rozmowa o niecodziennej porze mogła mi sporo powiedzieć o Rosjaninie. Odczekałem pół godziny, po czym wybrałem zapisany wcześniej numer. Odebrał po kilku sygnałach.

– Biełow – odezwał się szorstko.

– Korpacki – przedstawiłem się równie zwięźle.

– Nie może pan spać? – zapytał jakby nigdy nic.

– Nie mogę – przyznałem. – Dzwonię w sprawie pańskiej propozycji.

Nie przeprosiłem za telefon o szóstej rano, jednak mój rozmówca nie wydawał się urażony.

– Pańskie warunki?

– Rozumiem, że został pan poinformowany o sytuacji? Mam na myśli działania pańskiego asystenta.

– Zostałem. I przepraszam. Powinienem kontrolować jego poczynania, ale byłem nieco... zdekoncentrowany.

Pominąłem milczeniem to wyjaśnienie i stłumiłem w sobie falę współczucia dla Rosjanina – porwano i prawdopodobnie zamordowano mu dziecko, lecz musiałem zatroszczyć się o swoje interesy.

– Ci policjanci i doktor Wielecka zostali opłaceni, prawda? – spytałem.

– Tak.

– Proszę odebrać im te pieniądze.

– Oczywiście. Zrobię więcej: ich konta zostaną wyczyszczone.

– To możliwe?

– Jest bardzo niewiele rzeczy, które są dla mnie nieosiągalne – odparł posępnie. – Ta sprawa to drobiazg.

– Nie chcę też, żeby stanowili zagrożenie dla mojej rodziny, kiedy stąd wyjadę. Moi bliscy muszą być całkowicie bezpieczni.

– Załatwione – obiecał. – I niech pan mi wierzy, będą.

Mówił bez specjalnego nacisku, ze znużeniem, jednak wypowiadane przez niego słowa miały ponury pogłos kawałków ołowiu wypluwanych na stalową blachę. Uwierzyłem mu. Ktoś, kto, tak jak on, prowadził interesy na wielką skalę, musiał mieć różne... kontakty, nie tylko w sferach rządowych. Tak jest na całym świecie, tyle że w Rosji widać to szczególnie wyraźnie, tam biznesmeni i politycy nie kryją nawet specjalnie swoich powiązań ze światem zorganizowanej przestępczości, nie muszą.

– Druga, równie ważna sprawa – podjąłem po chwili.

– Tak?

– Nie mogę obiecać, że znajdę pańską córkę, to niemal niemożliwe. Szanse są minimalne. Być może będę w stanie wyjaśnić niektóre niuanse porwania, dotrzeć bliżej sprawców, to wszystko.

– Dlaczego pan mi to mówi?

– Po pierwsze, chcę mieć pewność, że mam do czynienia z kimś, kto... nie stracił kontaktu z rzeczywistością. Po drugie, nie zamierzam pana oszukiwać, robić nadziei.

Odpowiedziała mi cisza, przez moment myślałem, że Biełow się rozłączył. Po chwili zdałem sobie sprawę, że po prostu odsunął słuchawkę – może nie chciał, żebym słyszał, jak oddycha? Częstotliwość oddechu może nam dużo powiedzieć o rozmówcy, o jego emocjach, widać Rosjanin nie chciał do tego dopuścić. Nie dziwiłem mu się – w świecie, w którym żył, każda słabość mogła być wykorzystana przez wrogów. Nawet uczucie do własnego dziecka. Kto wie? Może właśnie tak się stało? Facet musiał obracać nie milionami, a miliardami. Rzecz jasna euro. Przy takich kwotach wartość ludzkiego życia była iluzoryczna. Mocno iluzoryczna.

– Analiza? – rzucił wreszcie.

– Słucham?

– Proszę zanalizować sytuację, ja też chcę wiedzieć, czy mam do czynienia z kimś poważnym, kto zna się na rzeczy. Bo rekomendacja Olega Iwanowicza była dość... szczególna.

Olega Iwanowicza? No tak, Biełow użył patronimiku, ojciec Dubrowa miał na imię Iwan. Większość Rosjan zwraca się do siebie, wykorzystując otczestwo, świadczy to o pewnej zażyłości. Przeważnie. Możliwe, że obaj panowie znają się bliżej, a może to celowa zmyłka. Witamy w realnym świecie...

– Niech pan nie zwraca uwagi na tego matołka – mruknąłem.

– Chodzi o...

– Mam na myśli Dżumę – doprecyzowałem. – Wydaje mu się, że jest dowcipny.

– To poproszę o tę analizę.

Być może w głosie Biełowa przewinął się cień uśmiechu przez mgnienie krótkie jak uderzenie motylich skrzydeł. Być może. Odetchnąłem głębiej – wiedziałem, że zaboli, niezależnie od tego, ile razy mój rozmówca słyszał już to samo od innych.

– Mam tylko podstawowe dane – zacząłem – jednak wydaje się...

– Tak?

– W wypadku porwania dla okupu rodzina ofiary otrzymuje żądania natychmiast po tym, jak porywacze znajdą się w bezpiecznej kryjówce. Przeważnie trwa to od kilku do kilkunastu godzin. Może się przedłużyć, jeżeli organizatorzy są wysokiej klasy profesjonalistami i wynajmują... podwykonawców. Wtedy procedura trwa dłużej, bo pomiędzy ekipą, która dokonuje samego porwania, a grupą zapewniającą przetrzymywanie ofiary mogą występować bufory, pośrednicy. Tak czy owak, oczekiwanie na pierwszy telefon nie powinno trwać dłużej niż dobę, w wyjątkowych sytuacjach dwie, trzy. Jeśli w tym terminie nie pojawia się żądanie okupu, przeważnie można wykluczyć ten motyw porwania... Teoretycznie mogą czegoś takiego dokonać amatorzy, tacy są najbardziej niebezpieczni, bo nie kontrolują swoich emocji i popełniają błędy, wtedy cała akcja może się przedłużyć w nieskończoność. Tyle że oni nie daliby rady profesjonalnej ochronie...

Odchrząknąłem, aby rozluźnić ściśnięte nagle gardło.

– Innym motywem jest zemsta. Ten scenariusz zakłada z góry, że porwany zostanie zabity w męczarniach, scena śmierci nagrana, film wysłany do adresata... Jak rozumiem, nic takiego nie miało miejsca?

– Nie!

Odpowiedź brzmiała niczym warknięcie rannego zwierzęcia.

– Trzeci możliwy cel to dezorientacja – kontynuowałem. – Tu ofiara także ginie, ale nie jest torturowana, nikt jej nie nienawidzi. To tylko biznes... Chodzi o to, aby wybić z rytmu, zdenerwować kogoś z jej bliskich. Wtedy nie ma żadnych żądań, porywacze wiedzą, że najbardziej stresujący jest brak wiadomości. Zwłoki likwiduje się tak, żeby nie został ślad zbrodni, wykonawcy nie mają zamiaru ryzykować. To podstawowe motywy porwania, które mają odniesienie do tej konkretnej sytuacji. Inne są ich wariacjami.

Oczywiście istniało wiele innych możliwości: porwanie przez maniaka seksualnego, z powodów politycznych czy religijnych, jednak nie pasowały one do okoliczności. Wiedzieliśmy o tym obaj, nie było sensu nawet ich rozpatrywać.

– Co do tej... dezorientacji, istnieje przecież wiele innych możliwości, nie tylko morderstwo. Sabotaż, groźby, szantaż...

W głosie Biełowa usłyszałem przemieszaną z nadzieją rozpacz, urwał zdanie, jakby zabrakło mu sił, by dokończyć.

– To nie tak – odparłem cicho. – Rozpatrując rzecz z punktu widzenia cybernetyki, a na tym opieram swoją analizę, istnieją oczywiście rozmaite motywacje ludzkich działań: poznawcze, ideologiczne, etyczne, ekonomiczne... Oznacza to, że występują grupy ludzi szczególnie podatnych na bodźce konkretnego typu, na przykład kary i nagrody finansowe czy też argumentację o podłożu moralno-etycznym. Jednak jeżeli chcemy oddziaływać na kogoś ze stuprocentową pewnością, że nasze zamierzenie się powiedzie, musimy użyć motywacji witalnych, te są wspólne dla wszystkich, bo każdy, no, niemal każdy, posiada instynkt samozachowawczy i chce chronić rodzinę. Tak więc uniwersalnym w rozumieniu cybernetyki społecznej oddziaływaniem pozostają represje fizyczne. Trzeba zaatakować „cel” lub kogoś z jego bliskich. To najbardziej skuteczny sposób. Ponieważ nie pan stał się bezpośrednio obiektem ataku, wypada wysnuć wniosek, że pańska śmierć byłaby nie na rękę inicjatorom porwania. Pan miał żyć i działać, aczkolwiek w sposób zaburzony. Nie wiem, z kim ani jakie interesy pan wówczas prowadził, ale najwidoczniej komuś zależało, żeby nie był pan... w formie.

Cisza miała kolor woskowej bieli, niczym twarz prowadzonego na rozstrzelanie więźnia, pachniała krwią, ziemią i prochem. Przerwał ją chrapliwy, wysilony oddech Biełowa.

– Jaki okres wchodzi w grę? Licząc od chwili zniknięcia mojej córki? – spytał.

– Nie sposób tego określić. W przypadku śmierci kogoś z bliskich dezorientacja może być długotrwała. Niewykluczone, że jeszcze nie wszedł pan w kontakt biznesowy z inicjatorem porwania.

– Angażuję pana – stwierdził krótko.

Uzyskawszy moją zgodę, zaczął wyjaśniać detale. Tym razem jego słowa brzmiały niczym szelest piasku – sypały się suche i pozbawione wszelkich emocji, jakby wcześniejszy wybuch uczuć nigdy nie miał miejsca.

Wróciłem do pokoju przeniknięty chłodem niemającym nic wspólnego z panującą na zewnątrz temperaturą, rozmowa z Rosjaninem mnie rozstroiła. Co bym zrobił, gdyby zamordowano mi córkę? Co widziałbym w twarzach współpracowników i znajomych, wiedząc, że ktoś z nich zdradził, a inny wydał rozkaz?

Małgorzata usiadła na łóżku, zaalarmowana skrzypnięciem drzwi.

– Pomóż mi – poprosiłem, całując jej szyję.

Czułem pod wargami pulsującą w coraz szybszym tempie tętnicę, twardniejące, pobudzone pieszczotą piersi. Chciała coś powiedzieć, więc położyłem palce na ustach Margarity, dałem sygnał – nie teraz, później! Odrzuciłem kołdrę, by sycić się widokiem jej wrażliwego, emanującego dojrzałą zmysłowością ciała. Brzoskwiniowy odcień smukłych ud, łuk biodra, wysokie podbicie drobnej stopy... Po chwili nie myślałem już o Biełowie, nie czułem w sobie zimna.

Leżeliśmy długo, obejmując się nie jak kochankowie, a zalęknione dzieci, utwierdzając się w przekonaniu, że wszystko w porządku, bo przecież ta najbliższa, najważniejsza osoba jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Mój oddech poruszał włosy Margarity, pod dłonią czułem pulsowanie jej serca. Biło równo, spokojnie i coraz wolniej. Jak moje. Zasnąłem.

Rozdział drugi

Na lotnisku Pułkowo wylądowałem około piętnastej. Czas przelotu spędziłem, podrzemując w klasie biznesowej, normalnie nie pozwalam sobie na takie luksusy, ale skoro Biełow płacił... Zgodnie z instrukcją wyszedłem z hali przylotów i zatrzymałem się niedaleko wejścia. Nie musiałem długo czekać – trudno przeoczyć wysokiego, chudego faceta z blizną na twarzy. Już po chwili podeszło do mnie dwóch mężczyzn, jeden zajął się moim bagażem, drugi wymownym gestem wskazał parkujące opodal BMW. Z wyglądu opancerzone. Jak widać mój gospodarz nie narzekał na brak pieniędzy – takie auta kosztują obłędnie – no i dbał o gości. Plusik dla pana Biełowa.

– Gdzie jedziemy? – spytałem.

– Do „Europy” – odparł zwięźle kierowca.

Jego kompan, ciemnowłosy mężczyzna o latynoskiej urodzie, wdusił jakiś przycisk, odsłaniając maskowany przez instalację radiową schowek na broń. Wyciągnął dwa MP5 ze składaną kolbą, zamocował jeden z nich w specjalnym uchwycie w zasięgu ręki kierowcy, drugi położył sobie na kolanach. To spodobało mi się znacznie mniej, mogło świadczyć już nie o ostrożności, a konkretnym zagrożeniu. Moi towarzysze nie wyglądali na ekscytujących się militariami małolatów, jeśli sięgnęli po broń, musieli mieć powody. Ruszyliśmy.

„Europa” istnieje już sto trzydzieści lat, bywałem wcześniej w Petersburgu, ale nie stać mnie było na nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu. Po trwającej chyba nieco dłużej niż normalnie jeździe – miałem wrażenie, że kierowca wykonał kilka manewrów mających zgubić ewentualny ogon – stanęliśmy przed imponującym, zajmującym całą lewą stronę ulicy Michajłowskiej gmachem. W holu oczekiwał nas dystyngowany starszy pan, jak się okazało, dyrektor hotelu.

– Wszyscy przyjaciele pana Biełowa są naszymi szczególnymi gośćmi – oznajmił z ukłonem.

Otrzymałem apartament numer 119 nazwany imieniem Strawińskiego. Jeden z dziesięciu najbardziej luksusowych, jakimi dysponował „Grand Hotel Europe” w Sankt Petersburgu.

– No, no... – powiedziałem do lustra, rozbierając się w wyłożonej zielonym i białym marmurem łazience. – Chyba polubię pana Biełowa...

Napuściłem wody do ogromnej wanny, po raz pierwszy od czasu pobicia wziąłem prawdziwą kąpiel. Włączyłem funkcję hydromasażu i pogrążyłem się w odprężającej drzemce.

Lekki posiłek, który dostarczono mi do pokoju, popiłem kieliszkiem alchemicznej wódki, wcześniej okleiłem bolący bok plastrem nasączonym tybetańskimi ziołami. Kolejna metoda lecznicza z arsenału Maksa. Postanowiłem skorzystać z jego sugestii, zależało mi, by jak najszybciej dojść do siebie. Z różnych powodów.

Telefon zadzwonił równo o siódmej.

– Czekam na dole – poinformował krótko jeden z poznanych dzisiaj pracowników Biełowa.

No cóż, czas przywitać się z szefem...

I znowu przemierzaliśmy ulice tego obcego, a jednak w jakiś sposób bliskiego mi miasta. Trudno powiedzieć, na czym to polegało, bo w Petersburgu byłem raptem ze trzy razy. Może pomogły mi w tym lektury, pamiętniki z czasów blokady? Może zdjęcia zabytków, na podobnej zasadzie jak ballady Okudżawy i powieść „Mistrz i Małgorzata” uczyniły moskiewski Arbat po części moim? Nie wiedziałem, a i czas był nie po temu, żeby snuć oderwane od rzeczywistości rozważania. Moi towarzysze znowu trzymali broń w pogotowiu, zrobiło się chłodno – samochodowy termometr wskazywał pięć stopni, grube na kilka centymetrów szyby chroniły nie tylko przed zimnem, ale też przed kulami. Wszystko to przypominało natrętnie, że nie przyjechałem tu na wakacje, gdzieś w tle cały czas kotłowały się myśli o chorobie Margarity. Niech to szlag...

Zatrzymaliśmy się u wejścia strzelającego w niebo biurowca, moi opiekunowie błyskawicznie wsadzili mnie do windy, kierowca wcisnął guzik z napisem „dach”.

– Pan Biełow ma posiadłość niedaleko Krasnoj Gorki, pod miastem – poinformował.

– To jakaś wioska? – upewniłem się.

– Coś w tym rodzaju – odburknął.

Wyraźnie nie miał ochoty na pogaduszki. Śmigłowiec, jedna z wersji Mi-34, mielił już łopatami wilgotne, jesienne powietrze. Usadowiłem się w fotelu, założyłem hełm, torbę z podręcznym bagażem umieściłem w specjalnej wnęce.

– Po koniam, riebiata, po koniam! – rzucił niecierpliwie pilot.

Nakazał gestem zamknąć drzwi, ruszyliśmy. Zawyły silniki, maszyna skoczyła w górę jak wystrzelona z katapulty, w chwilę później runęła naprzód i w dół. W słuchawkach usłyszałem, jak klnie jeden z ochroniarzy, z trudem przełknąłem podchodzącą do gardła żółć.

– Gdzie się uczyłeś latać, matole?! – wycharczałem, piorunując spojrzeniem pilota.

– W Afganie – odparł wesoło. – Nie martw się – dodał, błędnie interpretując wyraz mojej twarzy – nie mamy co prawda działka i rakiet, ale jesteśmy bezpieczni.

– Nie wątpię – warknąłem, kiedy zakolebał nami podmuch wiatru.

– Adros rabotajet. – Poklepał uspokajającym gestem naszpikowany rozmaitymi wskaźnikami pulpit.

Też mi pociecha... Machnąłem ręką, skupiłem się na oddychaniu. Nie lubię latać małymi samolotami, to samo dotyczy śmigłowców. Trudno mi opanować mdłości, a zarzyganie niewielkiej przeważnie kabiny raczej nie uchodzi za najlepszy sposób autoprezentacji. Latałem już wcześniej, bywało, że w gorszych warunkach, tyle że bez entuzjazmu, delikatnie rzecz ujmując. Ostatnie, czym bym się przejmował w takiej chwili, to elektroniczne systemy obronne śmigłowca. Adros to rewelacyjna ponoć konstrukcja, którą zaczęto od niedawna zastępować przestarzałą rosyjską Ispankę. Pewnie powinienem się cieszyć, że w razie odpalenia Stingera czy innej Strieły szanse na przeżycie wynoszą nie trzydzieści jak dawniej, a siedemdziesiąt procent...

– Specnaz, prawda? – podjął ponownie rozmowę, zerknąwszy na mnie przelotnie. – Naprawdę nie wiem, chłopaki, dlaczego nie chce wam się nigdy gęby otworzyć, pogadać. Zawsze to samo: i w Afganie, i teraz.

Śmigłowiec zadrżał uderzony nagłym podmuchem – pogoda musiała gwałtownie się pogorszyć, jednak mój rozmówca nie wyglądał na zmartwionego. Usłyszałem, jak pogwizduje beztrosko. Mogłem mu powiedzieć, że nie dziwię się specjalnie małomówności wożonych przez niego żołnierzy, o ile robił to z podobną jak teraz maestrią, mogłem wyjaśnić, że nie jestem z oddziałów specjalnych. Po namyśle postanowiłem milczeć, bałem się, że jeśli otworzę usta, obrzygam sobie buty.

Przed wyjazdem przejrzałem satelitarną mapę Petersburga i okolic, Krasnaja Gorka znajdowała się niedaleko od granic miasta, miałem nadzieję, że nasza podróż skończy się niebawem. A najlepiej jeszcze szybciej...

Kiedy pojawił się pod nami otoczony starannie przystrzyżonymi krzewami pałacyk, o szyby uderzyły pierwsze krople deszczu, zagrzmiało. Z pełnego ulgi pomruku w słuchawkach wywnioskowałem, że jesteśmy u celu. Pilot, o dziwo, sprowadził maszynę w dół jak po sznurku, bez żadnych akrobacji, lądował z zegarmistrzowską precyzją na betonowym placu, niedaleko parkingu.

– Udaczi! – pożegnał się z nami lakonicznie.

Wyskoczyłem na zewnątrz, nadstawiłem twarz pod pieszczotę deszczu, odetchnąłem pachnącym lasem powietrzem.

– Pan Biełow czeka w salonie – oznajmił mężczyzna w liberii, który podbiegł z parasolem.

Mimo luźnego, stylizowanego na dziewiętnasty wiek fraka zauważyłem wypukłość pod lewą pachą faceta. Znaczy, nie tylko fagas, ale i ochroniarz... Ciekawe, czy to normalne środki bezpieczeństwa, czy też wprowadzono je dopiero po porwaniu? Odpowiedź na to pytanie mogłaby rzucić światło na samo zdarzenie. Nie znałem co prawda szczegółów, ale jeżeli córka Biełowa była na co dzień chroniona tak jak ja dzisiaj, to ludzie, którzy dokonali ataku, musieli być naprawdę mocni...

Nigdy nie widziałem Biełowa – poszukiwania jego podobizny w Internecie zakończyły się fiaskiem – lecz od razu wiedziałem, że to on. Siedział w fotelu przy kominku, zapatrzony w ogień, głaskając z roztargnieniem największego mastifa, jakiego widziałem w życiu. Nie był specjalnie przystojny – jego twarz znaczyły głębokie, dodające lat bruzdy, ani wykwintnie ubrany – miał na sobie dżinsy i luźną, wygodną marynarkę, narzuconą na szarą koszulę. Bez wybrzuszenia w okolicach lewej pachy... Jednak otaczała go aura władzy, coś, czego nie sposób nie zauważyć. Mimo że znajdował się w rogu pomieszczenia, stanowił jego centrum przez sam fakt swojej obecności. Widać było, że jest przyzwyczajony do wydawania rozkazów. I do tego, że te są natychmiast wykonywane. Kiedy wstał, aby mnie powitać, psisko wydało gniewny pomruk, nie wiadomo, czy protestując przeciwko temu, że jego pan skierował uwagę gdzie indziej, czy też wyrażając zwięźle opinię na mój temat.

Dłoń Biełowa była twarda i sucha, pod opuszkami palców wyczułem wyraźne zgrubienie – ani chybi blizna. Z rodzaju tych, jakich można się dorobić, rozbrajając nożownika. Brawo, panie Biełow! – taka sztuczka to nie byle co, większość osób, które jej próbowały, wącha kwiatki od spodu. Ogólnoświatowy rejestr najbardziej-głupich-rzeczy-jakie-można-zrobić otwierają techniki samoobrony przed nożem...

– Chodźmy do gabinetu. – Wskazał mi oszczędnym gestem drogę.

Przeszliśmy. Ręcznie malowane tapety, adamaszkowe zasłony, puszysty bucharski dywan i inkrustowane cennymi gatunkami drzewa sprzęty stwarzały wrażenie luksusu, ale niemal nie zwróciłem na to uwagi. Patrzyłem na stojącego przy oknie mężczyznę: średniego wzrostu i budowy, ubrany z niedbałą elegancją, na pierwszy rzut oka wyglądał dość zwyczajnie. Na drugi już nie: Dżuma, brat Anny, żywa legenda Specnazu.

Zatrzymałem się w pół kroku, nie wiedząc, co robić, bardziej skrępowany niż przed chwilą, kiedy witałem się z Biełowem.

– Nieźle wyglądasz, myślałem, że będzie gorzej – mruknął, obdarzając mnie powściągliwym uściskiem.

– Nie wiedziałem, że znacie się bliżej – uniósł brwi Biełow, kiedy umościliśmy się już w wygodnych, obitych skórą fotelach.

Podtekst pytania był oczywisty – na ile może ufać przybyszowi z Polski? Wzruszyłem ramionami, cedując odpowiedź na Olega Dubrowa.

– Znamy – odparł lakonicznie Dżuma, najwyraźniej nie mając zamiaru udzielać obszerniejszych wyjaśnień.

– No dobrze – westchnął nasz gospodarz. – Przejdźmy do rzeczy.

Oleg podszedł do królującego na biurku laptopa i, odwróciwszy go w moją stronę, odtworzył film. Całość trwała może trzydzieści sekund, może mniej. Kamera pokazała szerokie plecy zbliżającego się do wysokiego ogrodzenia mężczyzny, na chwilę uchwyciła tył jego głowy i kark. Gdzieś z brzegu kadru mignął niesiony przez nieznajomego ni to worek, ni to plecak.

– To wszystko, co mamy – poinformował Dżuma. – Ta kamera w zasadzie nie powinna działać, jednak jakimś cudem włączyła się na chwilę. Nie będę wdawał się w detale, i tak się na tym nie znasz, ale mówiąc krótko: facet, którego widziałeś na filmie, unieszkodliwił wszystkie systemy obronne, rozwalił całą, no, prawie całą elektronikę, zabił trzech ludzi i porwał Ludę. Ludmiłę Biełową – wyjaśnił, widząc mój pytający wzrok. – Miała... ma dwadzieścia trzy lata.

– Gdzie to się stało?

– Tutaj, na terenie rezydencji.

– I ochrona niczego nie zauważyła? Przecież ktoś musiał śledzić obraz z kamer, jeśli ten się urwał...

– Nie urwał się. Gość zmontował nagrania z paru ostatnich tygodni i przekazał je do centrali monitoringu jako aktualne. Do dziś nie wiemy, w jaki sposób, bo to jedna z bardziej znanych sztuczek w tej branży, system ma zabezpieczenia przeciwko takim numerom. Tyle że ten gnojek je pokonał.

– A ci ludzie? – spytałem. – Na ile byli dobrzy?

Dżuma wydął wargi, postukał palcami w stół – pierwsza oznaka zdenerwowania, jaką u niego widziałem.

– Ujmę to tak – powiedział. – Jeśli spróbowałbym ich zabić, dałbym radę tylko dlatego, że oni mnie znali. Miałbym przewagę zaskoczenia, byłem jedyną osobą, której ufali na tyle, że pozwoliliby mi się zbliżyć z bronią, ale prawie na pewno zostałbym ranny. Cały czas mam na myśli dwóch obstawiających z zewnątrz budynek, w którym znajdowała się Luda. Ten w środku był równie dobry. Musiał dostać sygnał, że sytuacja jest podbramkowa, a mimo to dał się zaskoczyć i zabić.

– Dlaczego od razu zaskoczyć?

– Bo zabito go jednym strzałem w podbródek, z przyłożenia. Prawdopodobnie doszło do walki wręcz. A przecież te chipy... – urwał, zagryzając wargi.

– Tak?

– Każdy z ochroniarzy ma mikrochip informujący o aktualnej pozycji, dane są na bieżąco nanoszone na mapę, i monitorujący funkcje ciała. W przypadku zatrzymania akcji serca następuje natychmiastowy alarm. To zadziałało, odebraliśmy sygnał w centrali, nie ma mowy, żeby ochroniarz wewnątrz budynku przeoczył coś takiego. On co prawda nie był na służbie, pewnie nawinął się Ludzie i poprosiła go o pomoc w pakowaniu albo wyniesieniu bagaży, ale odebrałby sygnał alarmu na pager.

– Chwileczkę, czyli on nie miał aktywnego chipa?

– Nie. Sygnał ma zasięg kilkunastu kilometrów, nie prowadzimy monitoringu poza pracą, ludzie mają prawo do prywatności.

– I co się stało, kiedy odebraliście sygnał?

– Wszystko działo się według opracowanej wcześniej procedury: zamknięto bramy, rozpoczęto kontrolę systemów alarmowych i przeszukiwanie terenu posiadłości, a do domku, w którym przebywała Luda, ruszył oddział alarmowy – odpowiedział Biełow. – Niestety, przybyli za późno...

Pokręciłem z niedowierzaniem głową.

– Trudno w to uwierzyć – mruknąłem. – To jakiś Batman. Albo ktoś, kogo wasi ludzie znali...

– Wątpię – odparł Dżuma. – Najprawdopodobniej ktoś z wewnątrz zdradził, ale zabójstwo tamtych trzech to inna rzecz... Wykluczone – dodał po zastanowieniu.

– Dlaczego tak myślisz?

– To nie byli emeryci. Cały czas pracowali... w branży. Michaił Juriewicz – skinął w stronę Biełowa – zatrudniał ich okresowo. Oni nie stropiliby się tym, że ktoś z ich znajomych wyciągnął broń, nie zastanawialiby się, co robić. Ja jestem wyjątkiem, byłem ich dowódcą. Widząc kogokolwiek innego, nawet kogoś, kogo uważali za przyjaciela, po prostu zareagowaliby tak, jak ich wyszkolono. Nie tracąc ułamka sekundy. Oni nie żyli w normalnym rytmie, odparcie niespodziewanego ataku było dla nich rutyną, tak samo jak dla przeciętnego człowieka, bo ja wiem, naciśnięcie klamki, żeby otworzyć drzwi. Nie zastanawiasz się przecież nad kształtem klamki czy materiałem, z jakiego została wykonana, wiesz, co musisz zrobić, żeby wejść do pokoju. Naciskasz ją i tyle. – Wzruszył ramionami.

– Czyli jednak Batman?

– Na to wygląda – przytaknął posępnie Dżuma.

– Jak udało mu się uciec?

– To akurat żadna tajemnica. Domek, w którym mieszkała Luda, miał nie tylko wzmocnione ściany i kuloodporne okna, w piwnicy pod budynkiem znajduje się wejście do prowadzącego poza teren posiadłości tunelu. Z zewnątrz nie można się do niego dostać. – Uprzedził moje pytanie. – Chyba żeby zastosować materiały wybuchowe, a tego nikt nie zrobił. Natomiast od wewnątrz... To droga ewakuacji. Napastnik wszedł do budynku, w jakiś sposób musiał poradzić sobie z elektroniką, zabił ochroniarza, porwał Ludę i wydostał się tunelem. To najbardziej prawdopodobna wersja – dodał po namyśle.

– Trzech ludzi do ochrony pańskiej córki wewnątrz posiadłości to normalne? – zwróciłem się do Biełowa.

– Nie. Zakładamy... zakładaliśmy, że jest tu bezpiecznie. Luda miała lecieć do Moskwy, stąd eskorta. Dwóch czekało przy samochodzie, a Łarin wewnątrz.

Westchnąłem – sprawa wyglądała nieciekawie. Być może istniało jakieś oczywiste rozwiązanie, ale jak na razie nic nie przychodziło mi na myśl. Napastnicy, kimkolwiek by byli, dysponowali możliwościami, jakimi nie powinni dysponować; zaskoczyli i pokonali profesjonalną ochronę, to było jasne. Tylko dlaczego Dżuma wspominał wcześniej o archiwach?

– Do czego wam jestem potrzebny? – spytałem.

– Liczymy na niezależną opinię, może ta twoja cybernetyka pozwoli spojrzeć na fakty pod nieco innym kątem, ale jest też druga sprawa. Ochroniarze... kiedy ich znaleźliśmy, nie mieli serc. Ktoś wyciął je nożem. Dokładnie rzecz biorąc, okaleczeni zostali ci na zewnątrz, ochroniarz, który był z Ludą, nie. W materiałach miejscowej milicji jest odsyłacz do dokumentów dotyczących podobnej zbrodni, ponoć w czasie wojny grasowała tu sekta kanibali. W czasie blokady Leningradu – wyjaśnił Oleg Dubrow. – Ich znakiem firmowym była ta sztuczka z sercami. Akta, o ile się zachowały, będą w którymś z archiwów. Na pewno nie są wprowadzone do komputera ani zmikrofilmowane. Tam jest straszny burdel, potrzebujemy fachowca.

– To ma jakiś związek z porwaniem?

– Skąd mam wiedzieć? – odburknął. – Szczerze mówiąc, chwytamy się brzytwy. Z drugiej strony rytualne zabójstwa to rzadkość.

– Może to zmyłka? – powiedziałem niepewnie. – I dlaczego rytualne? Przecież porywacz i tak musiał zabić ochronę.

– Wycięcie serca to nie byle co – stwierdził Dżuma. – Trzeba otworzyć klatkę piersiową, podważyć...

– Może bez szczegółów technicznych – poprosiłem, krzywiąc się lekko.

– No więc, to zajmuje trochę czasu. Jeżeli facet jest takim geniuszem, musiał wiedzieć, że czas leci. Każda zmarnowana sekunda to ryzyko. Nawet Batman skrzyżowany z Kapitanem Ameryką nie ryzykowałby bez powodu wymiany ognia z dwoma plutonami Specnazu. Dlatego sądzę, że te serca były dla niego ważne, bardzo ważne.

– To się nie trzyma kupy – oznajmiłem zniechęcony. – Jeśli to zawodowiec, to nie może być jednocześnie sekciarzem-kanibalem. Albo chciał porwać Ludę, albo polował na serca. Jedno z dwóch.

Zapadło milczenie, po chwili Biełow podniósł słuchawkę telefonu i zamówił kolację do gabinetu. Podano jesiotra z rusztu, kilka rodzajów sałatek, wreszcie jajecznicę z dodatkiem trufli i kawioru. Do tego chablis i na moje życzenie zieloną herbatę – nie miałem ochoty na alkohol. Dżuma poczekał, aż ostatni kelner zamknie za sobą drzwi, frasobliwie zakołysał kieliszkiem wina.

– Masz rację – westchnął. – To jest całkiem popierdolone. Co prawda napastników mogło być więcej, teoretycznie, bo obrażenia zwłok ochroniarzy wskazują, że zostali zabici przez jedną osobę, ale nawet wtedy taka ekipa powinna mieć ten sam cel.

– Obrażenia?

– Ta sama broń, dziewięć milimetrów, dublety w głowę – odpowiedział zwięźle. – Ten w budynku zarobił z własnej spluwy. Jednym pociskiem.

Skrzywiłem się bezwiednie, dublety... Idea podwójnych strzałów powstała w czasach, kiedy powszechnie używano rewolwerów – pistolety zbyt często się zacinały względnie te w miarę bezawaryjne zawierały mniej niż dziesięć pocisków w magazynku. Z jednej strony trzeba było oszczędzać amunicję, z drugiej – mieć pewność, że trafiony przeciwnik już się nie podniesie. Dzisiaj w starciu przy użyciu broni krótkiej strzela się rytmicznie, bez liczenia pocisków, do obalenia celu. Pozwalają na to pojemne, kilkunastonabojowe magazynki. Ktoś, kto strzela dubletami, musi być naprawdę dobry. No, ale to akurat żadna nowina.

– Hammer?

– Wiesz, trudno to stwierdzić po zwłokach – wycedził Oleg.

Westchnąłem. Hammer to technika, w której mierzony jest tylko pierwszy strzał, drugi następuje natychmiast po nim, bez korzystania z przyrządów celowniczych po to, by zwiększyć prawdopodobieństwo porażenia wroga. Przy starciu z więcej niż jednym przeciwnikiem w zasadzie nie używa się innej techniki.

– Trafienia były bardzo precyzyjne – stwierdził. – Tak jakby celował za każdym razem.

– Kontrolowana para?! W sytuacji kiedy walczył z dwoma zawodowcami?

Dżuma rozłożył bezradnie ręce.

– Tak to wyglądało – powiedział. – Tamci mieli broń w ręku, zdążyli wystrzelić.

– Ile razy?

– Dwa i jeden.

– Trafili go?

– Nie znaleziono żadnych śladów. Walka toczyła się na dystansie około dziesięciu metrów, ustaliliśmy to dokładnie, bo zostały łuski – dodał.

– Nie trafili go z dziesięciu metrów? – spytałem z niedowierzaniem. – Obaj?!

Oleg nie odpowiedział, potarł tylko znużonym gestem skronie. Nie było o czym mówić: pieprzony Batman...

– Jest pan na pewno zmęczony – odezwał się Biełow, zerkając na zegar. – Dochodzi jedenasta. W zasadzie poruszyliśmy najważniejsze kwestie, detale wyjaśni panu Oleg Iwanowicz.

Życzyliśmy sobie dobrej nocy i Dżuma poprowadził mnie do mojego pokoju. Na terenie posiadłości znajdowały się domki dla gości, ale po ostatnich wydarzeniach wszystkich upchnięto w pałacyku. Po drodze minęliśmy kilku mężczyzn uzbrojonych w pistolety maszynowe, Oleg poinformował mnie, że takie patrole to efekt uszczelnienia systemu bezpieczeństwa. Jego mina mówiła wyraźnie, że nie jest tym zachwycony. Rozumiałem go – wbrew filmowym stereotypom dobra ochrona nie bazuje na konfrontacji, starcie to ostateczność, a często wynik błędu. Dużo ważniejszy jest wywiad i zapobieganie niebezpieczeństwu. Tylko że trudno czemukolwiek zapobiec, nie wiedząc, kto i dlaczego zagraża rodzinie Biełowa...

– Umieścili cię naprzeciwko Mariny, młodszej z córek naszego gospodarza. To nie najlepsza lokalizacja, bo smarkula jest rozpaskudzona, ale Biełow się boi. Pewnie myśli, że twoja obecność ją ochroni. Rozumiesz, na płaszczyźnie mistycznej. W końcu byłeś Chorążym – powiedział, przewracając oczyma. – Aha, pamiętaj, że ona zna nieźle polski, jej babka była Polką, więc nie próbuj przy niej konspirować w tym języku.

– Co masz na myśli, mówiąc: rozpaskudzona? – Zmarszczyłem brwi. – I dlaczego miałoby to mnie obchodzić?

– Co mam na myśli? Sam zobaczysz – odparł ponuro. – Bo przecież będziesz musiał ją przesłuchać.

– Niby tak – mruknąłem.

Jeśli miałem na coś się przydać, musiałem pewne sprawy zbadać samodzielnie, nie korzystając z wcześniejszych ustaleń. Chyba rzeczywiście będę musiał porozmawiać z panienką Mariną...

Gdy minęliśmy załom korytarza, runęła na nas rozrywająca bębenki muzyka. Najwyraźniej nie wszystkim było znane pojęcie „cisza nocna”. Jakiś męski głos do wtóru gitar i perkusji wywrzaskiwał swoje opinie na temat rosyjskiej armii:

Znajet Kitajec, znajet Jewriej – krasnaja armia wsiech silniej. Pomnit Bierlin, kak od krasnoj zwiezdy on połucził w sorok piatom pizdy. Grozno idut kirzaczi i piłotki, pływut podo ldami podwodnyje łodki. Pochuj, czto puszek i topliwa mało. Łopatoj my dadim wrogu po jebało!

– To jeden z ulubionych zespołów Mariny – poinformował z kwaśnym uśmiechem Dżuma. – Czerwona Pleśń.

– Gdzie? – Rozejrzałem się zdezorientowany.

– Ta grupa nazywa się Czerwona Pleśń – wyjaśnił, przekrzykując muzykę.

Cztoby bojalis’ wrogi-pidorasy, w niebie lietajut liotcziki-asy. Chuli Amierika, chuli to NATO? Drużno połuczat pizdy od strojbata! No jesli że wrog dojebiotsa do nas, za dieło wozmiotsa russkij Specnaz. Proszczajtie togda wiertalioty i tanki, ostanutsja tolko gamno i portianki.

Kiedy dotarła do mnie treść piosenki, ryknąłem śmiechem. Oleg wyglądał, jakby chciał mi przyłożyć – tekst był oczywistą parodią, wyśmiewał typowe rosyjskie kompleksy i fobie. Zapukał i nie czekając na zaproszenie, wszedł do pokoju Mariny, po chwili wahania podążyłem za nim. Wysoka, chuda dziewczyna odwróciła się do nas, gniewnie wydymając wargi, wyłączyła muzykę.

– O co chodzi?! – warknęła.

Miała szesnaście, może siedemnaście lat. Twarz o regularnych, niemal klasycznych rysach i wyrazistych kościach policzkowych zastygła w grymasie arogancji, ale gdzieś w głębi zielonych oczu krył się strach. Nie dziwiłem się – pewnie dziewuszka była przyzwyczajona do tego, że pozycja jej ojca jest niepodważalna. Teraz ujrzała, że ktoś nie tylko rzucił mu wyzwanie, ale i pobił w najbardziej bolesny sposób – udowodnił, że nie jest w stanie ochronić nawet własnej rodziny. Założyłbym się, że zastanawiała się, kto będzie następny...

– Czas spać – poinformował ją Dżuma, wyjmując płytę z odtwarzacza.