52,99 zł
BARBARZYŃSTWO FRONTU WSCHODNIEGO OCZAMI NIEMIECKIEGO LEKARZA
Armia III Rzeszy ma podbić świat, a nie jest w stanie zapewnić opieki medycznej swoim żołnierzom. Na froncie wschodnim nawet o konie dba się lepiej niż o rannych i chorych.
Przeciwnikami groźniejszymi od Rosjan okazują się mróz i błoto. Bezradni, pozbawieni zaopatrzenia medycy uciekają się do przerażających, niemal średniowiecznych metod leczenia: rutynowo wypalają rany, ignorują oznaki zakażeń, a złamania leczą na oślep. Wycieńczeni, rękami drżącymi z zimna operują w zrujnowanych budynkach i przy akompaniamencie ryczących bombowców.
Przeciwko temu buntuje się Hans Killian. Jako chirurg konsultant niemieckiej armii ryzykuje życiem, by docierać do szpitali w oblężonych miastach. Walczy nie tylko na salach operacyjnych, ale też otwarcie potępia okrutne praktyki niemieckiej armii i konfrontuje się z przełożonymi, dla których ideologia jest ważniejsza niż ludzkie życie.
Jego wspomnienia są czymś więcej niż świadectwem rozwoju medycyny wojskowej. To wstrząsająca opowieść o granicach ludzkiej wytrzymałości, lojalności i odpowiedzialności w świecie, gdzie życie i śmierć dzieli często tylko kilka sekund.
Rozkazy padają daleko, a rany krwawią tu i teraz.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 416
Data ważności licencji: 4/1/2031
Tytuł oryginałuIm Schatten der Siege
Copyright © 1964 by Ehrenwirth in der Bastei Lübbe AG, Köln Książkę wydano w roku 2003 pod tytułem Wojna i medycyna
Projekt okładki Tomasz Majewski
Redaktorka inicjująca Natalia Hońca
Redaktorka prowadząca Urszula Ilnicka-Gębarowska
Redaktorka językowa Agnieszka Mąka
Koordynatorka procesu wydawniczego Agata Błasiak
Opieka promocyjna Klaudia Kusy
Adiustacja Małgorzata Matykiewicz-Kołodziej
Korekta Paweł Denkowski Joanna Kłos
Konsultacja militarna Michał Ilnicki
Wybór zdjęć Urszula Ilnicka-Gębarowska
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026 Copyright © for the translation by SIW Znak sp. z o.o.
ISBN 978-83-8427-525-2
Znak Horyzont www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I (II), Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Homo homini lupus est. (Człowiek człowiekowi wilkiem). Plaut
Wchodzę po schodach do budynku szkoły i długo błądzę szarymi korytarzami ponurego gmachu, nim wreszcie udaje mi się znaleźć siedzibę oddziału IVb głównego kwatermistrza 16 Armii. Na korytarzach panuje ożywiona krzątanina – oficerowie, podoficerowie, pisarze wojskowi, a także cywile wbiegają i zbiegają po schodach, w pośpiechu trzaskają drzwiami. Pokryty pyłem kurier ciężko stąpa korytarzem, pyta o coś kapitana służby sanitarnej i podąża we wskazanym przez niego kierunku. Oficer sanitarny odwraca się i spostrzega mnie. Mam szczęście – mimo że wygląda bardzo młodo, jest adiutantem lekarza armijnego.
– Proszę mnie zameldować lekarzowi naczelnemu. Zostałem skierowany do sztabu armii w charakterze chirurga konsultanta.
Wygląda na to, że wie, kim jestem, bo szybko odchodzi. Mam trochę czasu, aby przygotować się na pierwsze spotkanie z moim nowym zwierzchnikiem.
Nie muszę długo czekać. Adiutant wraca niebawem i zaprasza mnie do wielkiego gabinetu. Lekarz naczelny siedzi za długim stołem zarzuconym mapami i meldunkami, pogrążony w lekturze. Dopiero po chwili wstaje, powoli, z godnością, do jakiej zdolny jest niski, korpulentny człowiek. Jego galowy mundur generalski ze złotymi wyłogami i szerokimi czerwonymi lampasami wygląda imponująco. Wysłuchuje mojego krótkiego meldunku i mówi z niejakim zdziwieniem:
– Już pan jest, profesorze? Spodziewaliśmy się pana dopiero za kilka dni.
Nie podejrzewa, jak przykrym zaskoczeniem jest dla mnie jego uwaga. „Skoro na froncie wcale cię tak pilnie nie potrzebują – przemyka mi przez głowę – nie musiałeś się tak spieszyć. Mogłeś zostać z żoną te trzy godziny dłużej i doczekać narodzin waszego pierwszego dziecka. Zdążyłbyś choć raz wziąć na ręce małą istotę”.
Lekarz naczelny chyba jednak wyczuwa moje rozgoryczenie. Milczy, a ja na chwilę wracam myślami do wydarzeń ostatnich dni.
Zaledwie przed trzema tygodniami inspektor sanitarny wojsk lądowych odwiedził nasz szpital, tak jak za czasów pokoju, i wypytywał o różne sprawy związane z chirurgią. Kiedy odprowadzałem go do samochodu, powiedział:
– Niech pan nie myśli, profesorze, że my w Berlinie zapomnimy o panu. W odpowiednim czasie postaram się spełnić pańską prośbę o skierowanie na front.
Już sześć dni później otrzymałem nominację na chirurga konsultanta, a wraz z nią rozkaz stawienia się u lekarza armijnego w Kownie. Nadgorliwy dowódca oddziału sanitarnego w Strasburgu, nerwowy psychiatra, kazał mi natychmiast ruszać w drogę – długą, męczącą podróż w piekielnym skwarze, z wieloma przesiadkami, w chaosie i rozgardiaszu – do stolicy Litwy, Kowna, niedawno zajętego przez nasze wojska.
Wyraźna powściągliwość mojego nowego zwierzchnika nie pasuje do jego niemal dobrodusznego wyglądu typowego dla pyknika: okrągłych policzków, miękkich rysów twarzy i bladoniebieskich oczu. Rozbieżność między charakterem a zachowaniem jest w jego przypadku uderzająca. Przez pewien czas przygląda mi się badawczo, aby wyrobić sobie opinię. Ja również próbuję ocenić, z jakim człowiekiem mam do czynienia. Kiedy spotyka się dwóch obcych sobie lekarzy i próbuje zdiagnozować się wzajemnie, jest to zawsze emocjonujące wydarzenie.
Przełożony zwraca się do mnie beznamiętnym tonem:
– Na froncie nie powinien pan oczekiwać wygód właściwych klinice uniwersyteckiej, panie kapitanie. Tu są warunki spartańskie. Musimy radzić sobie prymitywnymi środkami. Zaraz każę pana zaprowadzić do oddziału sanitarnego armii, bo jemu będzie pan podlegał.
Najwyraźniej spieszno mu mnie pożegnać. Podaje mi rękę i życzy wszystkiego dobrego.
Czekając na przewodnika, zastanawiam się nad ostatnimi słowami lekarza naczelnego. Powiedział, że trafię do oddziału sanitarnego armii. Jestem zdziwiony, bo w czasie I wojny światowej chirurg konsultant należał do ścisłego sztabu armii.
W tym betonowym gmaszysku nie widzę też nikogo z dowództwa wojskowego, żadnego sztabowca z oddziału operacyjnego. Podobno znajdują się w przodzie, blisko frontu, a więc daleko od sztabu głównego kwatermistrza. To dla mnie drugie zaskoczenie: również pod tym względem dawniej było inaczej.
Melduje się kapral ze służby sanitarnej. Wychodzimy z budynku. Idziemy przez miasto – które nie jest zniszczone, ale wygląda brzydko – do znajdującej się nieopodal siedziby oddziału sanitarnego. Akurat trwa pakowanie, bo jutro rano przewidziana jest zmiana pozycji w kierunku Dyneburga. Dowódca, lekarz policyjny przywrócony do służby czynnej, wita mnie uprzejmie i zaraz zaprasza do zaimprowizowanego kasyna.
Na nasz widok od rozmawiającej z ożywieniem grupki oficerów odłącza się wysoki człowiek – major służby sanitarnej – i podchodzi do mnie.
– Wiegand – przedstawia się. – Rolf Wiegand. Jestem drugim chirurgiem konsultantem tej armii. Jest więc nas dwóch.
Spotykaliśmy się wcześniej na kongresach chirurgów, dotąd jednak nie mieliśmy okazji zawrzeć znajomości.
– Zapraszam do swojego stołu, mam panu wiele do opowiedzenia.
Nazwisko Wiegand znam dobrze z rozpraw naukowych. Można się było spodziewać, że jako długoletni lekarz naczelny kliniki uniwersyteckiej i uczeń wybitnego chirurga otrzyma profesurę zwyczajną. Nominacja jednak go ominęła. Musiał to być dla niego ogromny zawód, bo jeszcze dziś wyczuwa się w jego zachowaniu pewne rozgoryczenie.
Profesor Wiegand towarzyszył już naszej armii w czasie kampanii francuskiej. Na jego mundurze widać baretkę Żelaznego Krzyża II Klasy. Bardzo szybko wdajemy się w interesującą rozmowę na temat zagadnień chirurgii wojskowej, zwłaszcza złamań postrzałowych, które należą do jego specjalności. Stalowoniebieskie oczy profesora jaśnieją wyraźnym podnieceniem. Wygląda na typowego piechociarza, jest surowy, ale serdeczny, bywa jednak porywczy, a nawet agresywny. Czapkę nosi na bakier niczym chwacki młody oficer, ale jego wiek i stan zdrowia zadają kłam temu wrażeniu. Usta mają fioletowy odcień, rysy twarzy zdradzają przedwczesne wyczerpanie, cera jest niezdrowa. Przypuszczam, że cierpi na zaawansowaną miażdżycę.
Jako starszy i obyty z polem walki Wiegand rezerwuje sobie przewodnią rolę, mnie przyznając funkcję pomocnika, niejako drugiego chirurga armii. Godzę się na to w milczeniu. Mam wrażenie, że moje pojawienie się jest mu nie na rękę. Nasza rozmowa przeciąga się do późnej nocy. Wiegand nie kryje swoich konserwatywnych zapatrywań na chirurgię, jest sceptyczny wobec wszelkich nowinek. Czy mógłbym wziąć to pod uwagę? Pełen obaw o przyszłość udaję się z moim towarzyszem na kwaterę.
Mieszkańcy Kowna opowiadają, że przed swoim odwrotem Rosjanie dopuścili się straszliwych zbrodni. Nasi żołnierze znaleźli ciała więźniów, których Rosjanie spędzili na dziedzińce miejscowych więzień i rozstrzelali.
Wczesnym rankiem 4 lipca 1941 roku pojazdy naszego oddziału sanitarnego, załadowane w nocy, formują kolumnę. Jedziemy do Dyneburga, który nasi żołnierze mają zająć szturmem. Każdemu konsultantowi przydzielono samochód osobowy z kierowcą. Za kierownicą mojego wozu siedzi chłopak o krzepkich rękach i chytrych, niebieskich oczkach. Jest kapralem, pochodzi z Alp i nazywa się Gustl. Od razu zawiązuje się między nami nić sympatii. Gustl to porządny chłop.
Wstaje słońce, dzień wlecze się w męczącym upale. Kolumna jedzie żółwim tempem ciągnącymi się po horyzont drogami. Spowijają nas kłęby pyłu, od którego zasycha w gardle i pieką oczy. Szlak wiedzie na północny wschód przez Wiłkomierz: raz przez pagórkowate, urocze okolice, to znów całymi godzinami przez niski las albo monotonne, wypalone pola. Wszędzie ślady walk, spalone dwory, leje po pociskach, zwalone, wyrwane z ziemi drzewa i pierwsze przydrożne krzyże. Z wielu spalonych drewnianych domostw pozostały tylko kamienne kominy, które sterczą ku niebu niczym greckie kolumny. Symbol zniszczenia.
Stajemy – zatrzymuje nas żandarmeria polowa. Silniki zmniejszają obroty, potem gasną. Ciszę przerywa dobiegający z oddali huk kanonady artyleryjskiej.
Podobno z przodu sytuacja się skomplikowała, opór Rosjan znacznie stężał. Dyneburg został zajęty dopiero po całym szeregu manewrów oskrzydlających. Trzeba czekać. Wysiadamy, rozprostowujemy zesztywniałe nogi, jemy co nieco i wylegujemy się w suchej trawie na palącym słońcu. Po kilku godzinach ruszamy dalej. Samochody wpadają w dziury po pociskach i wypłukane przez wodę poprzeczne bruzdy.
Na szczęście wielki most na Dźwinie jest cały. Nasza kolumna przejeżdża po nim powoli, trwa to bez końca. Krętą drogą jedziemy w dół i możemy teraz przyjrzeć się miastu, na którym wojna odcisnęła głębokie ślady. Przez kłęby dymu i wciąż jeszcze gorzejące płomienie widać w oddali białe barokowe wieże kościoła garnizonowego. Wreszcie przychodzi nasza kolej na przejazd przez rzekę. Most trzęsie się pod ciężarem pojazdów. Wjazd do miasta, które przypomina obóz wojskowy, reguluje żandarm.
Na tymczasową kwaterę naszego oddziału sanitarnego zarekwirowano jeden z zachowanych budynków. Urządzamy się prowizorycznie. O zachodzie słońca męczący upał ustaje. W powietrzu unosi się straszny, słodkawy fetor. Na brzegu Dźwiny, niedaleko naszego lokum, runął ze skarpy rosyjski czołg trafiony przez nasze działo przeciwpancerne. W jego wraku tkwią jeszcze zwłoki rosyjskiego dowódcy.
W zapadającym zmierzchu idę nad Dźwinę i po raz pierwszy widzę jej niesamowite rdzawobrunatne wody, które najwyraźniej zawierają jakiś barwnik lub sole żelaza. Żołnierze szukający ochłody chlapią się w rzece, krzycząc i śmiejąc się jak dzieci. Pokój w czasie wojny!
Idę brzegiem Dźwiny, a potem skręcam w stronę miasta i nagle staję wśród ruin rosyjskiej cerkwi o potężnych kopułach. Niebieskie sklepienie wznosi się wysoko nad gmatwaniną niskich, częściowo zburzonych drewnianych i murowanych domów. Wrażenie nierealności, widok iście bajkowy. Bolszewicy chyba zerwali pozłacaną blachę i pomalowali wielkie kopuły jaskrawoniebieską farbą, mieszaniną kobaltu i ultramaryny.
„Skąd ten jadowity błękit?” – pytam się w duchu. Ludzie, którzy żyją wśród monotonnych pól pokrytych śniegiem albo wśród jednostajnych piasków pustyni czują nieodpartą potrzebę jaskrawych, czystych kolorów. W tropikach oko jest nasycone barwami, ich paleta jest niezwykle szeroka.
W czasie I wojny światowej oficerowie tureccy mieli zwyczaj nosić w plecakach jaskrawo pomalowane kafle, które kładli na pustyni przed namiotami. Uważano to za niedorzeczną manię. Jednakże okazała się ona zaraźliwa, bo kilka tygodni później również niemieccy oficerowie zaczęli nosić ze sobą kolorowe kafle i kłaść je przed swoimi namiotami. Oko łaknie kolorów.
Wciąż rzuca mi się w oczy, że w północnej Rosji domy, chaty i cerkwie mają tylko dwa kolory: intensywnego zimnego błękitu i ciepłej zieleni oliwkowej. Nigdzie nie widać ani ochrowej żółci, ani soczystej czerwieni. Panuje kolor niebieski.
Naprzeciw naszej kwatery stoi zaciemniony budynek szpitala polowego. Karetki sanitarne nieprzerwanie przywożą rannych żołnierzy z pola bitwy pancernej na północ od Dyneburga.
Ogarnia mnie dziwny niepokój, idę na przechadzkę. Niesamowite, z jaką wprawą nasi doświadczeni sanitariusze wyładowują rannych i rejestrują ich według kolorowych karteczek przyczepionych do mundurów. W przedsionku szpitala ranni zostaną zbadani przez lekarza, a potem skierowani na różne oddziały. Tych, którzy wymagają niezwłocznej operacji, oddziela się i przygotowuje do zabiegu.
Lekarz naczelny szpitala wojskowego, major rezerwy, mały sympatyczny człowieczek, prowadzi mnie do swojego chirurga, doktora Heinricha, jasnowłosego Szwarcwaldczyka. Jak się okazuje, jego ciemnowłosy asystent, doktor Bauer, pochodzi z Ulm. We trzech idziemy przez sale szpitalne, aby obejrzeć najpoważniejsze przypadki. Mimo prymitywnych warunków polowych już na pierwszy rzut oka widać dobrą organizację i ofiarność personelu. Podchodzimy do grupy pacjentów z ranami postrzałowymi płuc. Leżą spokojnie w łóżkach i, z jednym wyjątkiem, są w zadziwiająco dobrej kondycji. Pytam doktora Heinricha o jego doświadczenia związane z tego typu obrażeniami.
– Rany te przeważnie goją się dobrze – odpowiada pochłonięty własnymi myślami i ciągnie mnie dalej, aby pokazać pacjenta, którego stan budzi jego poważne obawy. Między łóżkami przechodzimy do małego pokoju, gdzie na stole operacyjnym leży śmiertelnie blady żołnierz. Jak wyjaśnia doktor Heinrich, ma on na plecach ogromną, ropiejącą ranę od odłamka pocisku przeciwpancernego. Ma też wysoką gorączkę. Wykres gorączki, który podaje mi doktor, nie pozostawia żadnej wątpliwości co do jego bardzo ciężkiego stanu. Diagnoza brzmi: sepsa uogólniona.
– Czy mógłbym obejrzeć ranę?
Pacjent leży na brzuchu, gaza okrywa ranę na plecach. Doktor Bauer ostrożnie ujmuje muślin pincetą i podnosi go. Straszny widok! Odłamek zerwał skórę z mniej więcej jednej trzeciej powierzchni pleców. Rana ma dziwną barwę, jest o wiele za sucha, jej podłoże zaś maziste, a krawędzie obrzmiałe. Pacjent jest odwodniony. Skórę ma pomarszczoną, a oczy zapadnięte i podkrążone. Patrzy gdzieś w dal.
– Co tu można jeszcze zrobić, profesorze? – pyta cicho, z wahaniem, doktor Heinrich. – Czy mamy jeszcze raz otworzyć ranę?
– Nie, to nic nie da, tylko pogorszy stan chorego. Pacjent potrzebuje płynów. Poza intensywnymi infuzjami nic nie mogę panu zaproponować.
Nagle do głowy przychodzi mi pewna myśl:
– To znaczy, doktorze, jakąś szansę dałyby może sulfonamidy.
– Sulfonamidy, sulfonamidy? Nie mamy na froncie niczego takiego. We Francji zasypywaliśmy rany białym proszkiem sulfamidowym. Nazywał się Septoplix, ale teraz go nie ma. Nie wiem dlaczego. – Doktor Heinrich macha z rezygnacją ręką. – Dobrze, że mi pan to mówi. Zbadam sprawę.
Gdy tak rozmawiamy o leczeniu ran sulfonamidami, nadchodzi – a właściwie nadbiega – kapral służby sanitarnej i woła podnieconym głosem:
– Panie doktorze, przywieziono właśnie ciężko rannego. Postrzał w szyję. Pacjent z trudem oddycha.
Idziemy za nim.
Na noszach leży młody jasnowłosy chłopak. Jest przywiązany rzemieniami, tak aby nie spadł z noszy. Zauważam, że jego ręce leżą po obu stronach ciała, pod skórzanymi pasami, a nie nad nimi. Górna część ciała jest lekko uniesiona, głowę podpierają dwie poduszki. Doktor Heinrich bierze do ręki kartkę z danymi rannego. Nie mówi ani słowa, na jego twarzy nie drga ani jeden mięsień. W milczeniu podaje mi poplamiony krwią papier. Czytam: „Franz Muhlbach, dwadzieścia lat, grenadier pancerny, raniony rankiem… itd. Rana postrzałowa odcinka szyjnego kręgosłupa”.
Przyglądam się zapadniętej, bladej twarzy rannego. W jego szeroko otwartych oczach czai się strach. Oddech ma urywany, brakuje mu powietrza. Być może uciska go gruby, przesiąknięty krwią opatrunek. Jest jednak przytomny.
Krzyczę do niego:
– Co ci jest, kolego?!
Z najwyższym wysiłkiem odpowiada ochrypłym głosem:
– Nie mogę się… ru-szyć… panie kapitanie…
– Spokojnie, Franz, tylko spokojnie. Oddychaj głęboko. Zaraz zobaczymy.
Dwaj sanitariusze zdejmują go szybko z noszy i kładą na stole do badań.
– Tlen – woła doktor Heinrich.
Ktoś przynosi butlę i podaje rannemu tlen. Tymczasem badamy władzę w kończynach. Gdy podnosimy rękę pacjenta, opada bezwładnie. Podnosimy nogę – to samo. Jedynie głowę Franz potrafi z bolesnym wysiłkiem przekręcić nieco w jedną i w drugą stronę. Ściągam mu koszulę i badam klatkę piersiową. Nie porusza się przy oddychaniu. Mięśnie międzyżebrowe muszą być całkowicie sparaliżowane, pracuje tylko przepona. Przy każdym wdechu dolne żebra zapadają się.
Dyskretnie zwracam się do Heinricha:
– Czy widział pan to?
Przytakuje głową, obaj myślimy o tym samym. Uszkodzenie rdzenia kręgowego na wysokości piątego lub szóstego kręgu. Porażenie wszystkich czterech kończyn, mięśni brzucha i klatki piersiowej, a więc także porażenie mięśni pęcherza i odbytu.
Doktor Bauer szczypie skórę pacjenta w kilku miejscach, sprawdzając, czy Franz czuje jakiś ból. Żadnej reakcji! Ranny stracił czucie w całym ciele od szyi w dół. Stoimy wokół noszy, ale nikt nie śmie się odezwać.
– Proszę rozciąć opatrunek – przerywam w końcu milczenie.
Sanitariusze robią to bardzo ostrożnie, potem przewracają Franza na bok, aby można było obejrzeć kark. W dolnej części szyi widać dwie rany postrzałowe – wlotową i wylotową. Z otworów sączy się niewiele krwi. Przesuwam dłoń wzdłuż kręgosłupa szyjnego, palce wskazujący i środkowy dotykają wyrostków kolczystych. „A to co?” – dziwię się. Piąty lub szósty wyrostek kolczysty, dokładnie nie potrafię ustalić, rusza się, lekko trzeszczy, jego podstawa musi być przestrzelona, a więc złamana.
– Niech pan sam zobaczy, doktorze, a potem szybko do sali operacyjnej. Proszę otworzyć i oczyścić ranę.
Doktor Heinrich obchodzi nosze i patrzy mi prosto w oczy.
– Uważa pan, że powinienem operować, panie profesorze? Że powinienem przeprowadzić w warunkach polowych laminektomię, otworzyć kanał kręgowy?
– To nasza jedyna szansa, doktorze. Proszę pomyśleć: piąty krąg jest najwyraźniej strzaskany, rdzeń kręgowy zgnieciony, a może nawet przebity. Jeśli paraliż posunie się w górę i obejmie czwarty krąg, pacjent jest zgubiony. Wie pan przecież, że leczenie zachowawcze ani transport, nawet samolotowy, nie wchodzą w rachubę. Musimy działać szybko.
Doktor Heinrich ma jednak wątpliwości co do słuszności mojej decyzji. Uspokaja się wprawdzie, ale nie chce sam operować. Prosi, żebym to ja pokierował zabiegiem, jest to przypadek specjalny, w sam raz dla konsultanta. On i doktor Bauer będą mi asystować.
– Jeśli naprawdę takie jest panów życzenie, jestem gotów przeprowadzić tę laminektomię. Przedtem jednak chciałbym mieć zdjęcia rentgenowskie kręgosłupa szyjnego w dwóch płaszczyznach.
Obaj lekarze patrzą na mnie bezradnie.
– Nie możemy spełnić pańskiej prośby. Nie mamy aparatu rentgenowskiego, nie mamy też agregatu prądotwórczego.
– Co proszę?! Nie macie urządzenia rentgenowskiego?! Jak więc zdobywacie informacje o złamaniu postrzałowym, polu zranienia, położeniu i głębokości odłamków?! Jak nastawiacie złamania?! – pytam wzburzony.
Moi rozmówcy odpowiadają, że bardzo niewiele jednostek sanitarnych dysponuje aparaturą rentgenowską; ze względu na wymagania Blitzkriegu przed rozpoczęciem ofensywy wszelkie cięższe urządzenia, w tym aparaty rentgenowskie, nakazano zostawić na tyłach. Tymczasem nowe szpitale dla zwierząt wyposażone są we wszystko: agregaty prądotwórcze, aparaty rentgenowskie i sprzęt operacyjny, chodzi wszak o zdrowie koni.
Przykre zaskoczenie. Przecież wcześniej chwalono się, że nasi ranni mają zapewniony dostęp do najlepszego wyposażenia. Heinrich i Bauer stoją przede mną przybici i milczą.
– Będziemy więc operować bez zdjęć rentgenowskich. Proszę przygotować wszystko. Spotykamy się tutaj za kwadrans.
Wychodzę, aby przynieść swoje narzędzia: zakrzywione kleszcze Mayo, dłuta Lexera, wygięte szczypce Luera, uchwyt na igły, komplet narzędzi do chirurgii naczyniowej – wszystko wykonane na specjalne zamówienie. Ten zestaw wożę ze sobą wszędzie, narzędzi takich zwykle brakuje w instrumentarium szpitali. Uwielbiam narzędzia o pięknym kształcie i dobrze leżące w ręku.
Czeka mnie pierwsza poważna operacja w warunkach polowych, ryzykowny zabieg ostatniej szansy.
Pod drzwiami szpitala stoją pokryte pyłem karetki. Sanitariusze wynoszą z nich żołnierzy, których bandaże są przesiąknięte krwią; niektórzy ranni wysiadają o własnych siłach. Słychać jęki, czasami krzyki. Ruchoma taśma ludzkiego cierpienia przesuwa się bez przerwy. Rzut oka na rozgwieżdżone niebo – zawieszone nad rozrywaną pociskami ziemią, nieskończenie wysokie i przejrzyste, obojętne na całe to bezimienne nieszczęście, jakie na tej ziemi sprowadza człowiek na drugiego człowieka. Homo homini lupus est.
Z daleka widzę Gustla stojącego przy jednej z sanitarek. Przybiega na moje wołanie.
– Gustl, przynieś mi szybko torbę z narzędziami, stoi przy moim plecaku na kwaterze. Pospiesz się, czekam tu na ciebie.
Rusza biegiem. Po dwóch minutach jest z powrotem z torbą.
– Coś jeszcze, panie kapitanie?
– Dziękuję, Gustl. Trzymaj za mnie kciuki, będzie ciężko.
Rzuca mi krótkie spojrzenie swoich jasnych oczu myśliwego.
Zrozumiał w lot, o co idzie gra.
Z narzędziami w ręku biegnę do sali operacyjnej i oddaję je sierżantowi do wygotowania.
Musimy operować Franza w pozycji leżącej na brzuchu, z poduszkami pod klatką piersiową, z głową nieco opuszczoną. Chcę dopilnować właściwego ułożenia pacjenta. W sali operacyjnej spotykam doktorów Heinricha i Bauera.
– Co z oświetleniem? Macie przynajmniej jakąś przyzwoitą lampę bezcieniową?
Heinrich wzrusza ramionami. Na ile mu wiadomo, tylko niektóre nowe jednostki sanitarne wyposażono w przenośne lampy bezcieniowe. Do trudnych zabiegów dotychczas wypożyczano używany przy budowie mostów reflektor saperski na trójnogu.
– A więc dobrze, w takim razie i teraz z niego skorzystamy.
Ssaka, który bardzo ułatwiłby operację, naturalnie również nie ma. Powoli uświadamiam sobie, w jakich warunkach muszą operować nasi chirurdzy frontowi.
– Jeszcze jakieś pytania?
Doktor Bauer chce wiedzieć, jaką zastosujemy narkozę.
– Żadnej! Jeśli ktoś ma przerwany rdzeń kręgowy na wysokości piątego kręgu, to aż do połowy szyi nie czuje żadnego bólu. W górnej części pola operacyjnego wystarczy miejscowe znieczulenie; dokonam go sam. W trakcie operacji Franzowi trzeba będzie podawać tlen, ma to ogromne znaczenie. Jeszcze jakieś wątpliwości? Nie? Dobrze. Może uśmiechnie się do nas szczęście.
Pół godziny później wszystko jest gotowe do operacji. Sanitariusze zrobili, co było w ich mocy. Franz leży na stole operacyjnym. Na sterylnych chustach spoczywają wyjałowione narzędzia chirurgiczne, wśród nich i moje. Uspokaja mnie to. Ale nie ma czasu do stracenia. Myjemy ręce, nikt się nie odzywa, każdy jest już myślami przy zabiegu.
Przyglądam się Franzowi przez chwilę i mam wrażenie, że jego przepona porusza się coraz wolniej. Jeśli chcemy wygrać wyścig ze śmiercią, musimy się pospieszyć.
Nagle świta mi pewna myśli, mówię więc do doktora Heinricha, który obok myje ręce w miednicy:
– Oczyszczając ranę, musimy zachować najdalej posuniętą ostrożność, może być bowiem tak, że odłamek kości przebił opony rdzeniowe, a nawet uszkodził sam rdzeń kręgowy.
Rzut oka na Franza. Tył głowy ma starannie wygolony, ale jej ułożenie mi się nie podoba. Brakuje wyściełanego siodełka, na którym pacjent mógłby wygodnie położyć głowę. Staramy się nadrobić ten brak za pomocą małych woreczków z piaskiem.
Całe ciało Franza jest okryte z wyjątkiem małego prostokąta w rejonie karku – pola operacyjnego. Wlot i wylot rany uszczelnione są gazą. Wreszcie przygotowania skończone. Ktoś podaje mi strzykawkę z jednoprocentowym roztworem nowokainy. Szybko dokonuję miejscowego znieczulenia. Jednocześnie Franz dostaje kroplówkę z soli fizjologicznej i glukozy. Roztwór kapie powoli, równomiernie jak w bezszelestnej klepsydrze.
Nagle rozbłyskuje saperski reflektor, wypełniając salę operacyjną oślepiającym światłem. Główny snop kieruje się co prawda na kark pacjenta, ale światło jest zbyt rozproszone. Bardzo mi to przeszkadza, oczy muszą przywyknąć. Prymitywnie urządzone pomieszczenie wygląda upiornie. Po ścianach błądzą cienie osób biorących udział w operacji. Jeden z sanitariuszy dostał polecenie odganiania obrzydliwych much plujek.
W mojej dłoni ląduje wielki skalpel, wykonuję cięcie od potylicy, dokładnie pośrodku między przyczepami mięśniowymi, poprzez więzadło karkowe aż do wyrostka kolczystego siódmego kręgu szyjnego. Skalpel jest bardzo ostry. Jego ostrze przecina skórę aż do kości wyrostków kolczystych, które odsłaniam szybkimi ruchami. Rana otwarta.
– Szerokie dłuto Lexera, proszę!
Sierżant służby sanitarnej reaguje natychmiast. Znakomity, godny zaufania instrumentariusz. Bacznie śledzi każdy mój ruch. Doświadczona pielęgniarka nie spisałaby się lepiej.
Szybko odcinam mięśnie po lewej stronie, od wyrostków kolczystych aż do łuków kręgowych. Jak zwykle przy tej czynności występuje dość obfite krwawienie. Heinrich osusza tamponami dno rany. To samo powtarzamy po prawej stronie, ostrożnie, żeby niczego nie uszkodzić.
Nadchodzi czas na ustalenie, co przytrafiło się Franzowi. Wszyscy czekają w napięciu. W sali panuje zupełna cisza. Badam po kolei każdy wyrostek kolczysty. Zaczynam od góry. Drugi, trzeci i czwarty siedzą mocno. Czwarty jest lekko uszkodzony u podstawy. Teraz piąty wyrostek. Dotykam go, rusza się, nie ma oparcia. Tak jak przypuszczaliśmy, jego podstawa musi być strzaskana. Tutaj zatem znajduje się uraz. Powstaje pytanie, czy również szósty krąg jest naruszony. Szczypcami chwytam szósty wyrostek kolczysty. Nie poddaje się naciskowi, nie jest złamany. W ten sposób obszar urazu został dokładnie określony.
– Doktorze Bauer, proszę otworzyć ranę jak najszerzej. Muszę usunąć wyrostki kolczyste.
Znowu zaczynam pracę od góry. Nie pada ani jedno słowo. Spiłowuję trzeci, potem czwarty wyrostek aż po łuk kręgu.
– Teraz spokojnie, Franz, nie ruszaj się! – ostrzegam, wszak pacjent jest przytomny.
– Tak jest, panie kapitanie – spod chusty dobiega słaby głos. I rzeczywiście, chłopak ani drgnie, kiedy z największą ostrożnością wydobywam z rany pogruchotany piąty wyrostek kolczysty. Trzyma się tylko na kilku strzępach tkanki. Wycieram ranę, potem zaglądam do środka. Piąty krąg jest strzaskany, brakuje tylnej części łuku, widzę to bardzo dobrze, ale gdzie ona jest? Macam. W końcu dostrzegam coś jasnego w kanale kręgowym – to musi być ukruszony fragment. Tkwi głęboko i uciska rdzeń kręgowy – co do tego nie ma wątpliwości. Doktor Heinrich nachyla się i w napięciu zagląda w głąb rany.
– Czy widzi pan w głębi odłamek kostny, doktorze? – pytam go cicho, aby Franz nie usłyszał.
– Tak jest.
Heinrich patrzy na mnie. Pozwalamy zajrzeć do rany Bauerowi, widzi to samo co my. Wiadomo, co trzeba zrobić, ale czy uda mi się wyciągnąć fragment z wąskiego otworu? Starannie wybieram spośród moich narzędzi drobne szponiaste szczypce. Heinrich ociera ranę, chwytam szczypcami kostny odłamek, ale ten ani drgnie – jest zaklinowany.
Nic nie pomaga, musimy zrobić więcej miejsca, usunąć sąsiednie łuki kręgowe, inaczej nie obluzuję fatalnego fragmentu i nie wyciągnę go z kanału.
Ta delikatna robota odbywa się w zupełnej ciszy, ale pod presją upływającego czasu, a więc w największym możliwym pośpiechu. Utrudnia ją wciąż pogarszająca się widoczność, w ranie bowiem przez cały czas zbiera się krew.
Doktor Heinrich próbuje odessać krew strzykawką, ale i to nie wystarcza. Musimy zadowolić się żmudnym osuszaniem rany wacikami. Wszyscy trzej wiemy dobrze, że każda minuta może decydować o życiu.
Przydałby się sterylny wosk do uszczelnienia krwawiącego kanału Haversa, ale on również pozostaje na froncie w sferze marzeń.
Ludzie skupieni wokół stołu operacyjnego zorientowali się już, że stawką operacji jest życie Franza. W sali, gdzie zrobiło się bardzo duszno, panuje śmiertelna cisza.
W końcu otwór w kanale kręgowym wydaje się dostatecznie duży. Ponownie chwytam szczypcami kostny odłamek. Pracujemy w bezpośrednim sąsiedztwie rdzenia kręgowego. Ząbkowany fragment ma około dwóch centymetrów długości. Kręcąc szczypcami, bardzo ostrożnie obluzowuję go, wyciągam z rany i unoszę wysoko do góry, aby wszyscy zobaczyli.
Przez salę przebiega szmer: udało się odbarczyć rdzeń kręgowy. Ogromne napięcie opada.
W głębi rany połyskuje opona twarda rdzenia, dura mater.Badam ją dokładnie i nie stwierdzam żadnych obrażeń.
Co teraz? Mój wzrok na chwilę wędruje ku oknom. Są zaciemnione, nie widać nieba, światło księżyca nie wpada do środka. Wszyscy czekają w napięciu na moją decyzję. „A więc tylko zgniecenie, dura nietknięta” – mówię cicho do siebie. „Nie nastąpiło też ani przerwanie, ani przebicie rdzenia – stosunkowo pomyślna sytuacja. Musimy zadowolić się usunięciem odłamka”.
– Gotowe, proszę zamknąć ranę!
Bauer reaguje natychmiast. Wyjmuje z rany haczyki, wskutek czego mięśnie szyi ponownie się schodzą. Kilka szwów, aby zatrzymać je w tej pozycji. We wnęce rany umieszczamy rurkę gumową, potem zaszywamy skórę. Wszystko to odbywa się bardzo szybko.
Jesteśmy upojeni sukcesem operacji. Liczymy, że usunięcie obcego ciała z kanału kręgowego wystarczy, aby Franz wrócił do zdrowia. Twarze sanitariuszy promienieją.
Zakładamy opatrunek, a potem ostrożnie odwracamy Franza na plecy. Sanitariusze przekładają go na nosze i okrywają kocami. Klękam przy nim i chcę zamienić kilka słów, ale pacjent nie odpowiada! Jest półprzytomny, ale dlaczego? Mimo tlenu wciąż jest siny, jego oddech jest o wiele za płytki.
Ogarnia mnie lęk. Odrzucam koce, odsłaniam klatkę piersiową i widzę, że przepona porusza się nieregularnie, słabo. Heinrich i Bauer zauważyli, że coś jest nie w porządku. Podchodzą przerażeni. Sanitariusze obstępują nosze.
Wszyscy przeczuwają straszną prawdę: mimo usunięcia odłamka porażenie postąpiło wyżej. Zdenerwowany szukam pulsu, jest przyspieszony, ledwie wyczuwalny, ciśnienie krwi nieoznaczalne. Franz jest w stanie zapaści krążeniowej. Otwiera oczy, patrzy na mnie, jego źrenice rozszerzają się, chce mi coś powiedzieć, ale nie może wydobyć słowa. Nagle oddech ustaje, Franz zaczyna się dusić. Natychmiast rozpoczynamy sztuczną wentylację.
Rozpaczliwie walczymy o życie Franza. Gdy nie mam już sił, Heinrich zmienia mnie przy sztucznym oddychaniu, potem Bauer albo sanitariusz, i tak pracujemy na zmianę, godzina za godziną. O północy dajemy za wygraną, serce pacjenta nie chce bić. Franz nie żyje.
Zrozpaczeni stoimy w milczeniu wokół noszy.
Dlaczego Franz musiał odejść? Przecież udało się nam usunąć obce ciało z kanału rdzeniowego. Wiemy, że umarł z powodu postępującego porażenia rdzenia kręgowego, ale dlaczego, dlaczego? Moja pierwsza poważna operacja chirurgiczna na froncie zakończyła się niepowodzeniem. „Czy to moja wina? Czy nie za dużo ryzykowałem?” Dręczą mnie wątpliwości.
Dziękuję kolegom za pomoc; przygnębiony i zmordowany wracam do naszej kwatery.
A więc tak to wygląda na froncie. Jest duszna noc, nie mogę zasnąć, przewracam się z boku na bok na zapluskwionym łóżku. Wtedy przychodzi mi na myśl profesor Schmidt, nasz patolog konsultant. Musi mi pomóc wyjaśnić zagadkę. Z samego rana idę do jego laboratorium polowego.
Profesor Schmidt, postawny mężczyzna o siwych włosach i jasnoniebieskich oczach, zachował niezależność umysłu i nie uległ takim akademickim słabościom jak pycha i obłuda. Jest serdecznym człowiekiem, zawsze skorym do pomocy, a podobne zainteresowania i sposób myślenia zbliżyły nas od pierwszej chwili. Słyszał już o naszej laminektomii. Relacjonuję mu wszystko ze szczegółami i proszę o przeprowadzenie sekcji zwłok, abyśmy mogli się dowiedzieć, co spowodowało śmierć pacjenta.
Schmidt zjawia się punktualnie. Stoimy przy stole sekcyjnym i przyglądamy się, jak przeprowadza autopsję. Pracuje z niesamowitą wprawą. Bada każdy organ, a na koniec w całości wyjmuje uszkodzony rdzeń kręgowy. W milczeniu ogląda preparat i pokazuje go nam. Komentarz jest zbędny, po ciemnym zabarwieniu i silnym obrzęku widać wyraźnie, że ułamany fragment piątego łuku kręgowego uszkodził rdzeń kręgowy dokładnie na wysokości piątego kręgu. Tkanka jest tu obrzmiała i przekrwiona, dlatego doszło do blokady wszystkich włókien nerwowych, porażenia czterech kończyn.
– Czy może nam pan powiedzieć, dlaczego pomimo oczyszczenia kanału kręgowego porażenie postąpiło w kierunku głowy, poza piąty zgnieciony krąg?
– Nie – odpowiada Schmidt z wahaniem. – Jeszcze nie.
Kiedy próbuje wyciąć rdzeń kręgowy, ten rozpada się. Schmidt postanawia więc utwardzić go przed wycięciem. Długo, całe osiem dni, przyjdzie mi czekać w dręczącej niepewności.
Schmidt wyczuwa moją niecierpliwość, moje poczucie winy.
– Nie powinien pan sobie robić żadnych wyrzutów – pociesza mnie. – Na pańskim miejscu też postawiłbym wszystko na jedną kartę.
– To nie takie proste. Chodzi nie tyle o to, czy popełniłem jakiś błąd, ile o zasadnicze pytanie, czy w przyszłości przy postępującym porażeniu w następstwie urazów odcinka szyjnego kręgosłupa musimy zrezygnować z natychmiastowego oczyszczenia rany, czy też powinniśmy podejmować ryzyko operacji mimo groźby, że pacjent umrze nam na stole.
– Rozumiem pana – mówi Schmidt – ale musi pan się uzbroić w cierpliwość. Wojna, drogi przyjacielu – dodaje ponuro – potrwa jeszcze długo.
Dziękuję Schmidtowi za pomoc i ściskam mu dłoń na pożegnanie. „Co on powiedział?” – myślę po powrocie na kwaterę. „Wojna potrwa jeszcze długo, takie były jego słowa. A więc on też. Żaden z nas, konsultantów, nie ma złudzeń co do czasu trwania tej strasznej wojny ani jej prawdopodobnego wyniku”.
Czekamy osiem dni. Czas ten wypełnia nam wytężona praca, wojna bez przerwy rzuca nam pod drzwi swoje ofiary. Potem nadchodzi rozstrzygnięcie.
– Proszę przyjść, czas upłynął – mówi profesor Schmidt. Idziemy do jego małego laboratorium. Schmidt każe starszemu szeregowemu podać sobie szklany słój i spośród pływających w formalinie tkanek wyławia rdzeń kręgowy naszego pacjenta. Rozcina go.
– Widzi pan, tu jest rozwiązanie zagadki: ciężki przypadek hematomielii, krwawienia do rdzenia kręgowego. Jedno z naczyń zaopatrujących rdzeń kręgowy w krew zostało przerwane w wyniku zgniecenia! Stąd pochodzi krwawienie do tkanki nerwowej ponad drugim kręgiem. Nie było praktycznie szans na uratowanie tego człowieka. Nie ponosi pan żadnej winy za ten tragiczny koniec i nie powinien pan mieć sobie nic do zarzucenia.
Z wdzięcznością przyjmuję jego słowa.
– Ale jak powinniśmy postępować w podobnych przypadkach? – pytam go. – Operować czy rezygnować?
– Nie jestem chirurgiem – odpowiada Schmidt. – Ale skoro pan mnie pyta, to mogę tylko powiedzieć, że operowałbym, mimo wszystko operowałbym.
Zgadza się to z moim przekonaniem. Zawsze będę się starał wykorzystać choćby cień szansy, żeby uratować rannemu życie.
Nasz pobyt w Dyneburgu to nieznośny upał i duchota, plaga pluskiew w nocy, nieprzeliczone chmary much za dnia. Utrapienie dla nas, prawdziwa udręka dla bezradnych rannych i chorych. Roje much pokrywają każdą odsłoniętą część ciała, twarz, kąciki oczu, nos. Obsiadają jedzenie.
Mimo wszelkich środków ostrożności nie da się uniknąć fatalnych konsekwencji. Nie mija wiele czasu i pojawia się biegunka, której towarzyszy gorączka. Choroba szybko przeradza się w epidemię chronicznej krwawej dyzenterii. Wielu żołnierzy na nią zapada.
Tak więc już w Dyneburgu zaczyna się ów rosyjski syndrom – napady bolesnej kolki jelitowej z wymiotami i utratą krwi, które bardzo szybko prowadzą do wycieńczenia organizmu. Dolegliwość nie omija prawie nikogo. Nas, chirurgów, ataki choroby potrafią dopadać w trakcie operacji. Jest to udręka wprost nie do zniesienia. Nie pozostaje nam nic innego, jak tuż obok sali operacyjnej wybudować latrynę, gdzie można się schronić, gdy zaczyna się odczuwać bóle brzucha i skurcze jelit. Każda wizyta w latrynie zagraża jednak aseptyczności sali operacyjnej.
Za sprawą powikłań czerwonki po raz pierwszy nawiązuję kontakt z naszym internistą konsultantem, profesorem Forsterem, znakomitym diagnostą i niestrudzonym kpiarzem. Znam jego oryginalne i krytyczne prace dotyczące gruźlicy. Swego czasu wzbudziły sporą sensację. Forster wie o tym i pewnego razu oświadczył uroczyście ze swoim bawarskim akcentem: „Tak, mój drogi, kiedy wy wszyscy dawno zginiecie w mrokach zapomnienia, o Bernhardzie Forsterze nadal będzie się mówić!”.
Z naszego grona konsultantów Forster jest najbardziej krytycznie nastawiony, bezkompromisowy i pozbawiony złudzeń. Nie ufa żadnym doniesieniom politycznym i z całej duszy nienawidzi Führera Tysiącletniej Rzeszy ze wszystkimi jego współpracownikami.
– Halo! – woła do mnie wesoło pewnego ranka. – Internista potrzebuje pomocy chirurga. – Potem jednak ciągnie już poważnie: – W szpitalu polowym leży chłopak z ciężkim przypadkiem czerwonki, mocno wykrwawiony, stan ogólny ciężki. W prawym podbrzuszu czuje stały ból, brzuch ma napięty. Moja diagnoza: ostre zapalenie wyrostka robaczkowego w związku z czerwonką albo perforacja jelita grubego. Pacjent gorączkuje. Czy zechciałby go pan obejrzeć?
Oczywiście zgadzam się. Idziemy na oddział wewnętrzny niedawno zorganizowanego szpitala polowego, gdzie leży chory. Ostrożnie obmacuję mu brzuch, stwierdzam napięcie skóry brzucha i stwardnienie podbrzusza; od razu więc potwierdzam diagnozę Forstera.
– Konieczna jest natychmiastowa operacja.
Forster przygląda się zabiegowi z zainteresowaniem. Okazuje się, że ropień okołowyrostkowy jest już przebity. Usuwam wyrostek, drenuję ropień. Wszystko idzie dobrze. Mimo ciężkiej czerwonki, na którą cierpi pacjent, szwy nie puszczają. Podobnie jak Wiegand, również Forster od początku wojny jest przydzielony do naszej armii. Spędzam przemiłe godziny z tym impulsywnym, dowcipnym człowiekiem, choć jego cięte żarty potrafią czasem ranić. Kiedy ich przedmiotem staje się Wiegand, lecą iskry, które wręcz przebijają okulary Forstera, a Wiegandowi z gniewu wychodzą na wierzch żyły. Czasami mamy kłopoty z rozdzieleniem obu zacietrzewionych kogutów i uspokojeniem wzburzonych emocji.
Profesor Wiegand wraca do sztabu oddziału sanitarnego armii z kilkudniowej podróży na front. Korzystam z okazji, aby porozmawiać z nim o leczeniu rannych sulfonamidami.
– Dlaczego właściwie – pytam wprost – nie stosujemy tu na froncie sulfonamidów?
– Ach, ma pan na myśli tę białą substancję, ten rzekomy cudowny proszek, Septoplix. We Francji zdobyliśmy wielkie jego ilości w małych celuloidowych woreczkach.
– Ale są też i inne sulfonamidy. Moim zdaniem powinniśmy choć raz, na próbę, zastosować je do zwalczania infekcji ran.
Wiegand zdecydowanie odrzuca ten pomysł. Mówi wręcz z gniewem:
– Kiedy zaczniemy używać tej substancji, cała chirurgia pójdzie w kąt. Młodzi lekarze będą odtąd zasypywać rany proszkiem i przestaną się troszczyć o trwałe wyleczenie rany. Uzależnią się całkowicie od tego przeklętego proszku i kiedy coś pójdzie nie tak, umyją ręce. Nie! Nigdy! Beze mnie!
Próbuję jeszcze raz z innej beczki:
– Nie mogę się z panem zgodzić. Pan i ja jesteśmy konsultantami. Od naszych wskazówek zależy, czy klasyczne reguły chirurgii zostaną naruszone. Jeśli oświadczymy, że sulfonamidy mają być tylko dodatkowym środkiem, i wyraźnie zapowiemy, że w metodyce leczenia ran, jaka obowiązuje w chirurgii wojskowej, nie wolno niczego zmieniać, nic złego moim zdaniem nie może się stać. Proszę wziąć pod uwagę, kolego, że sulfonamidy dają szansę złagodzenia infekcji rany, wydłużenia okresu inkubacji bakterii, a może nawet zapobiegnięcia zgorzeli gazowej, której tak się boimy. Czy chce pan z tego zrezygnować? Ja nie.
Wiegand wprawdzie zastanawia się przez chwilę nad tym, co powiedziałem, ale jeszcze raz stanowczo odrzuca moją propozycję. Głos łamie mu się z pasji.
– Ten diabelski wynalazek nie będzie u mnie stosowany. Nie chcę nic wiedzieć o tych sulfidach… sulfonamidach, czy jak się tam one nazywają. Proszę łaskawie to sobie zapamiętać!
„Szkoda gadać” – myślę i milknę. Nie da się nakłonić Wieganda do współpracy.
Nie brakuje innych trosk i zmartwień. W wizytowanych przeze mnie szpitalach wojskowych z powodu zniszczeń wojennych brakuje wody i prądu. Moi koledzy, przeważnie spokojni, doświadczeni chirurdzy rezerwy sanitarnej, skarżą się głośno na braki sprzętu i materiałów, które są u nich podobno jeszcze większe niż w szpitalach polowych. Trzeba im pomóc.
Gorące dni lata mijają na codziennych obchodach, operacjach, rozmowach. Nawet burza nie przynosi większego ochłodzenia.
Niespodziewanie natykam się na grupę żołnierzy z ciężkimi ranami postrzałowymi podudzia i uda. Sanitariusze przywieźli ich właśnie z frontu i wyładowali przed jednym ze szpitali polowych. Ranni są w bardzo złym stanie. Złamania jedynie im usztywniono, ale prawie żaden z młodych chirurgów frontowych nie zadał sobie trudu, aby po ustaniu pierwotnego wstrząsu pourazowego je nastawić. Tylko niewielu rannych nosi opatrunki gipsowe. Widok jest wstrząsający. Jak to możliwe? Czyżby Rosjanom udało się przeciwnatarcie? Czy żołnierzy tych musiano jak najszybciej ewakuować na tyły?
Wdaję się w rozmowę z jednym ze starszych kolegów po fachu.
– Czy mógłby mi pan wyjaśnić, dlaczego tych żołnierzy ze złamaniami postrzałowymi odsyła się, nie nastawiając złamań, a jedynie zakładając prowizoryczny opatrunek?
– Mogę, panie profesorze – odpowiada ponuro. – Na froncie nie da się nastawiać złamań. Wierteł mamy w bród, ale żadnych drutów Kirschnera. Nie mamy też żadnych śrub, żadnych wyciągów bloczkowych. Do tego brak bandaży gipsowych. Na ile się da, posiłkujemy się zdobycznym rosyjskim gipsem.
Nie wierzę własnym uszom.
– Co takiego? Nie macie drutów Kirschnera i nie możecie nastawiać złamań?
– Tak jest.
– W takim razie leczycie złamania postrzałowe średniowiecznymi metodami.
– Niestety tak.
– Przecież to katastrofa – nie posiadam się z oburzenia. Okazuje się, że brakuje wszystkiego, co pozwalałoby jako tako leczyć złamania postrzałowe. I to w roku 1941. Wiele można zaimprowizować, ale jednego nie: drutu Kirschnera, koniecznego do założenia wyciągu. Bez niego nie można się obejść, musimy go mieć za wszelką cenę.
Na każdym kroku braki. Podczas codziennych obchodów w szpitalach polowych rozmowa z chirurgami wygląda zazwyczaj następująco:
– Czy ma pan aparat prądowtórczy?
– Nie.
– Czy ma pan aparat rentgenowski?
– Nie.
Często powtarza się odpowiedź:
– Tak, ale na tyłach z bagażami.
– Czy ma pan lampę bezcieniową?
– Nie.
– Zestawy do drenażu opłucnowego przy ranach postrzałowych klatki piersiowej?
– Nie.
– Sulfonamidy?
– Miałem, ale już się skończyły.
– Drut Kirschnera?
– Nie.
– Jak pan stoi z bandażami gipsowymi?
– Kiepsko. Ta niewielka ilość, którą mam, jest twarda jak kamień.
– Czy ma pan stabilizator miednicy i urządzenie do naciągania, wyciąg bloczkowy albo wyciąg powolny?
– Nie.
– W jaki więc sposób leczy pan złamania postrzałowe?
– Niech pan sam zobaczy.
Tak to u nas wygląda. Czy lekarz armijny wie o tym? Czy to miał na myśli, kiedy mi mówił: „Niech pan nie spodziewa się na froncie luksusów, warunki są tu prymitywne”?
Lekarz armijny urzęduje ze swoim sztabem w małej miejscowości pod Dyneburgiem. Gustl zawozi mnie tam samochodem. Jedziemy wzdłuż Dźwiny, mijając dyneburską twierdzę. Lekarze naczelni, lekarze korpuśni, dywizyjni i lekarz grupy pancernej odbywają naradę. Zaraz po jej zakończeniu melduję się.
– Chciał pan ze mną mówić, profesorze?
– Tak jest, panie generale. Proszę o wysłuchanie.
– Skoro nie ma innego wyjścia… – Lekarz armijny waha się, wygląda na zdenerwowanego.
– Nie ma, panie generale! – nalegam.
Jako znany kunktator generał nie lubi podejmować decyzji.
– O cóż więc chodzi?
– O braki, panie generale, o rażące braki. W ostatnich ośmiu dniach rozejrzałem się po tutejszych szpitalach, przeprowadziłem też operacje i zebrałem wiele gorzkich doświadczeń.
– Gorzkich doświadczeń? No tak źle to chyba nie jest – mówi generał z powątpiewaniem.
– Znacznie gorzej – odpowiadam z uporem, zdecydowany przyprzeć go do muru.
– Świetnie, świetnie. Skoro tak, to niech pan opowiada. Może cygaro?
Podsuwa mi pudełko z cygarami. Dziękuję, ale odmawiam. On sam zapala jedno i wyraźnie delektuje się dymem.
– Punkt pierwszy, panie generale – zaczynam. – W szpitalach polowych nie ma ani jednego aparatu rentgenowskiego, ani jednego agregatu prądotwórczego.
– Wiem, profesorze, dobrze o tym wiem. – Macha ręką i wyjaśnia: – Przed rozpoczęciem ofensywy nasze wojska otrzymały ścisły rozkaz, aby wszelkie cięższe rzeczy, a więc także aparaty rentgenowskie, zostawić na granicy. Jednostki sanitarne muszą po prostu nadążać za walczącymi oddziałami. Blitzkrieg, rozumie pan.
– Niekoniecznie!
– Co proszę?
– Niekoniecznie, panie generale, jeśli się zważy, że od agregatu prądotwórczego i aparatu rentgenowskiego mogą zależeć wyniki pracy chirurgów – odpowiadam. – Tylko za pomocą takiego agregatu – wyjaśniam – można uruchomić elektryczną pompę ssącą, wiertarkę elektryczną, lekki lub ciężki aparat rentgenowski, nie mówiąc o elektrycznym oświetleniu szpitala i sal operacyjnych. Tymczasem nowe szpitale weterynaryjne są wyposażone w agregaty i urządzenia rentgenowskie, w oświetlenie elektryczne, wiertarki elektryczne i inne nowoczesne urządzenia, o czym mogłem się przekonać. O konie dba się lepiej niż o naszych rannych i chorych.
Czekam w napięciu na reakcję. Lekarz armijny mruczy coś pod nosem. Wygląda na to, że zasadniczo przyznaje mi rację.
Odkłada ledwo co zapalone cygaro do popielniczki i pozwala mu zgasnąć, widocznie przestało mu smakować. Potem wstaje z krzesła, chodzi drobnymi kroczkami tam i z powrotem milczący, zamyślony, w końcu staje przed oknem i przez chwilę wygląda na zewnątrz. Wreszcie mówi:
– Może ma pan i rację, ale proszę wziąć pod uwagę, że żądania inspekcji sanitarnej nigdy nie są uwzględniane w dostatecznym stopniu z powodu wielkiego tempa zbrojeń, tworzenia licznych nowych formacji. Na górze myślą przede wszystkim o czołgach, samolotach, pociskach, a ponieważ przemysł nie nadąża z zamówieniami, służba sanitarna nie otrzymuje potrzebnych rzeczy. Naturalnie również nasze życzenia zostaną kiedyś spełnione, na razie jednak jesteśmy w wąskim gardle. Mam nadzieję, że rozumie pan teraz, skąd tyle braków.
Odwraca się powoli w moją stronę i patrzy mi w oczy. Wytrzymuję jego spojrzenie i nie ustępuję.
– Rozumiem doskonale te trudności, panie generale. Jednak w interesie naszych rannych i chorych konieczne jest przezwyciężenie tych dotkliwych braków.
– Ale cóż ja panu na to poradzę? – mówi ze złością.
– Panie generale, proszę polecić, aby przysłano niezwłocznie na front przynajmniej wszystkie aparaty rentgenowskie, jakimi dysponujemy.
Wstaję, jestem również podenerwowany:
– Proszę pomyśleć, jakie skutki będzie miał brak aparatów rentgenowskich na froncie. Katastrofalne skutki, panie generale. Sam widziałem, że przy leczeniu złamań postrzałowych chirurdzy muszą się uciekać do średniowiecznych metod!
– Średniowiecznych metod? Czy to nie przesada, panie kapitanie?
– Bynajmniej, panie generale. Bez zdjęcia rentgenowskiego nikt nie potrafi rozpoznać dokładnego charakteru złamania, rozmieszczenia odłamów kostnych. Żaden chirurg nie może powiedzieć, w jakim położeniu znajdują się złamane fragmenty. Żaden nie wie, czy w obszarze złamania nie pozostały kawałki metalu. Przy ślepym postrzale nie wiadomo, w jakim kierunku pocisk lub pociski wniknęły w głąb ciała. Skutki są straszne. Niedoświadczony młody chirurg rozcina tkanki na chybił trafił, nie wiedząc, gdzie tkwi odłamek, i powoduje ciężkie uszkodzenia ciała. To niedopuszczalne. Panie generale, musimy mieć na froncie aparaty rentgenowskie!
Generał przymyka oczy. Kiwa głową, wyraźnie speszony, i odpowiada:
– Bóg mi świadkiem, profesorze, nie miałem pojęcia, że warunki pracy chirurgów są tak fatalne. Oczywiście zastanowimy się zaraz, co można zrobić. Czy ma pan jeszcze jakieś inne życzenia, panie kapitanie? – Dorzuca po chwili: – Jakieś inne braki?
– Tak jest, panie generale, inne braki! Ustaliłem, że w wielu szpitalach chirurdzy nie są w stanie w zgodzie z regułami sztuki nastawić złamań postrzałowych ani podjąć leczenia. Wynika to z braku drutów Kirschnera. Wierteł stalowych jest co prawda mnóstwo, ale na co one komu, skoro i tak nie ma z czego zrobić wyciągu? Chirurdzy są zrozpaczeni i wściekli. Muszą nastawiać złamania ręcznie jak w dawnych wiekach, a więc gipsować złamanie z ukośnie ułożonymi fragmentami kości i w tym stanie odsyłać rannych do kraju. Nie wie pan, panie generale, czy w którymś z naszych magazynów sanitarnych znajdują się druty Kirschnera?
Lekarz armijny nie wie. Wzywa więc do siebie aptekarza i pyta go, czy w którymś z magazynów sanitarnych nie ma drutów Kirschnera. Pan aptekarz udziela wymijającej odpowiedzi, z której nic nie wynika.
– Panie generale – pytam dalej – czy w Dyneburgu jest jakiś rosyjski magazyn sanitarny, który moglibyśmy przeszukać?
– Nie ma meldunków o zdobyciu składu materiałów sanitarnych.
– W takim razie proszę o zgodę na zbadanie tej sprawy.
– Skoro obiecuje pan sobie coś po tym, dobrze. Coś jeszcze? – Lekarz armijny robi gest zniecierpliwienia, ale nie daję się zniechęcić i ciągnę uparcie.
– Powinniśmy odważyć się na próbę leczenia rannych sulfonamidami, panie generale.
– Co proszę? – Patrzy na mnie zupełnie zaskoczony. – Domaga się pan zastosowania sulfonamidów na froncie? Czyżby pan nie wiedział, że profesor Wiegand nie chce słyszeć o leczeniu sulfonamidami, że kategorycznie się temu sprzeciwia?
– Wiem, panie generale, ale uważam, że nie ma racji.
– Mieliśmy dużą ilość sulfonamidów z zapasów francuskich – wyjaśnia – ale profesor Wiegand poradził mi je odesłać z powrotem.
– O tym nie wiedziałem – odpowiadam przerażony.
Na tym tle może dojść do poważnego konfliktu między mną a moim kolegą. Wszystko jedno, tu nie chodzi o nas, ale o rannych, dlatego też dodaję z naciskiem:
– Nie mogę zaakceptować stanowiska profesora Wieganda. Jego argumenty wydają mi się nietrafne, a jego obawy – nieuzasadnione. W żadnym razie nie powinniśmy rezygnować z szansy wydłużenia okresu inkubacji bakterii, złagodzenia infekcji albo wręcz zapobiegnięcia jej. Panie generale, proszę polecić, żeby przysłano na front Septoplix albo Eleudron w proszku, tak byśmy mogli zastosować go przynajmniej w niektórych dywizjach z mojego rewiru.
Generał waha się, wciąż nie jest zdecydowany na spełnienie mojej prośby. I wówczas otrzymuję nieoczekiwane wsparcie.
Ktoś puka do drzwi. Lekarz armijny, zadowolony, że chwila podjęcia decyzji odwlecze się, woła:
– Proszę!
Wchodzi profesor Hagen, nasz higienista konsultant, jeden z najsłynniejszych bakteriologów niemieckich. Witamy się serdecznie, znamy się od dawna. Kiedy Hagen dowiaduje się, o czym rozmawiamy, gorąco popiera moją propozycję. Dopiero wtedy lekarz armijny ulega i w naszej obecności pisze telefonogram do inspekcji sanitarnej z prośbą, aby zaopatrzyć naszą armię w Eleudron.
Siedem dni po tej rozmowie szpital wojskowy w Dyneburgu otrzymuje pierwszy aparat rentgenowski. Chirurdzy oddychają z ulgą.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
