Wydawca: Armoryka Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 107 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Chajjal. Powieść wschodnia - Karol May

Chajjal. Powieść wschodnia”, to wspaniała przygodowa opowieść znakomitego niemieckiego pisarza - Karola Maya, większości czytelników znanego głównie z powieści o tematyce indiańskiej. Już sam początek „Chajjala” zaczyna się intrygująco: „Zwycięska, El Káhira, lub Bauwaabe el bilad esz szark, t. j. Wrota Wschodu, tak brzmią określenia, którymi Egipcjanin nazywa stolicę swojego kraju. O ile pierwsza nazwa od dawna już nie odpowiada rzeczywistości, o tyle druga zupełnie jest słuszna. Kair bowiem istotnie można nazwać Wrotami Wschodu. Najbardziej z pośród miast wschodnich wystawiona na wpływy Zachodu, zwycięska niegdyś El Kahira tak z wiekami osłabła, że dziś naporowi tych wpływów wcale nie może się oprzeć. Z roku na rok Kair staje się miastem coraz bardziej frankońskim...” ale... ale mimo europeizacji Wschód nadal pozostaje sobą - dla nas tajemniczym, egzotycznym, zagadkowym, z fascynująca kulturą, zwyczajami, które są dla nas dziwne... Co się wydarzyło, jak wartko toczyła się akcja „Chajjala”  - tego wszystkiego dowie się czytelnik po przeczytaniu proponowanej przez nas książki. Zachęcamy do lektury!

Opinie o ebooku Chajjal. Powieść wschodnia - Karol May

Fragment ebooka Chajjal. Powieść wschodnia - Karol May

Karol May

CHAJJAL

powieść wschodnia

przekład anonimowy

Armoryka

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Jean-Léon Gérôme (1824–1904), Dispute d'Arabes (1871),

(licencja public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Gérôme_-_Dispute_d'Arabes,_1871.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Tekst wg edycji z roku 1927. Zachowano oryginalną pisownię

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

Chajjal

Zwycięska, El Káhira, lub Bauwaabe el bilad esz szark, t.j. Wrota Wschodu, tak brzmią określenia, któremi Egipcjanin nazywa stolicę swojego kraju. O ile pierwsza nazwa oddawna już nie odpowiada rzeczywistości, o tyle druga zupełnie jest słuszna. Kair bowiem istotnie można nazwać Wrotami Wschodu. Najbardziej z pośród miast wschodnich wystawiona na wpływy Zachodu, zwycięska niegdyś El Kahira tak z wiekami osłabła, że dziś naporowi tych wpływów wcale nie może się oprzeć. Z roku na rok Kair staje się miastem coraz bardziej frankońskiem i tam, gdzie dawniej na wysokiem nawet stanowisku Europejczyk mógł doznać pchnięcia nożem za zwrócenie tylko uwagi, że sułtan wchodzi w butach do Aja Sofia, tam dziś każdy może zwiedzić pięćset dwadzieścia i trzy meczety stolicy egipskiej, nie zdejmując obuwia.

Liczne hotele, jak np. Shephearda, Hotel nowy, Hotel d’Orient, Hotel du Nil, Hotel des ambassadeurs, jako też liczne pensjonaty, restauracje i kawiarnie zapewniają obcemu przybyszowi zupełne zaspokojenie potrzeb, do których przyzwyczaił się w ojczyźnie. Ale zato trzeba dobrze, bardzo dobrze zapłacić. A kto, jak ja, nie rozporządza dochodami lorda, niech się trzyma jak najdalej od owych zbiorowisk Krezusów europejskich.

Oczywiście, łatwiej jest dać taką radę, aniżeli stosować się do niej. Kto chce uniknąć tych domów, a jednak mieszkać w Kairze, musi ulokować się w domu prywatnym i codzień, ba, nawet co godzina, będzie ofiarą oszustwa i zdzierstwa ze strony krajowców, jeśli nie zna dokładnie miejscowych stosunków i jako tako języka arabskiego. Na uczciwość tłumaczów i służących liczyć niepodobna. Nawet taki służący, któremu można powierzyć majątek z tem przeświadczeniem, że z niego nic nie zginie, przy każdym zakupie oszuka swego pana na kilka para lub piastrów, co, rzecz prosta, z czasem tworzy wcale pokaźną sumę.

Z tłumaczami jest jeszcze gorzej. Ilekroć obcy przybysz pójdzie z dragomanem do bazaru, a sam nie zna języka, może być pewny, że dragoman zmówi się z każdym kupcem i, dopomógłszy mu obedrzeć swego klienta, zgłosi się potem po swój udział w zysku. To też każdy obeznany z krajem ofiarowuje zazwyczaj trzecią część ceny, której od niego za towar żądają. Dla sprawdzenia zasady ogólnie przyjętego tu względem przybyszów zdzierstwa, pewien Francuz, władający językiem arabskim, udając jednak, że go nie rozumie, wziął dragomana i poszedł z nim po zakupy. Zaledwie weszli do jednego z kupców, już handlarz, podając klientowi zwyczajową filiżankę kawy, odezwał się do tłumacza: – „No, bracie, trzeba tę świnię chrześcijańską oskrobać! Dam mu towar sheffieldzki, a niech płaci za damasceński.” – Usłyszawszy to, Francuz oświadczył handlarzowi najpiękniejszą arabszczyzną, że ani świnią nie jest, ani też nic nie kupi, i, ku wielkiemu zdziwieniu kupca i dragomana, wyszedł wzburzony ze sklepu.

Pewien słynny podróżnik pisze:

„Dawniej trzeba było tu samemu starać się o zaspokojenie swych potrzeb codziennych i, wziąwszy na siebie rolę kucharki, kupować na rynku ryż, groch, mięso wędzone, drób i inne wiktuały, wyliczane zazwyczaj w przewodnikach podróżnych. Od kilku lat ten kłopot bierze na siebie dragoman, który też załatwia wiele innych spraw. Należy tylko zawrzeć z nim umowę, mocą której obowiązany jest podać to a to na śniadanie, tyle a tyle potraw na obiad i tyle a tyle na kolację; oprócz tego zaś powinien dostarczyć światła, bielizny, usługi i środków lokomocji. Umowę taką sporządza się w konsulacie swego kraju. Sposób to doskonały, bo zabezpiecza obie strony od wyzysku nieświadomego przybysza. Chciwy przewodnik wie dobrze, że jeżeli swych zobowiązań nie spełni, może go zmusić konsul do zwrotu strat z nadwyżką, a nawet materjalnie zrujnować, bo usług jego już nikomu nie zaleci. Zdeklarowanych oszustów niema tu prawie wcale; zato przebiegli Arabowie starają się przy zawieraniu umów zdobyć sobie jak największe korzyści, a jednocześnie zrzucić ze swoich barków na podróżnego jak najwięcej kłopotliwych obowiązków; a czynią to z właściwą swej rasie zręcznością”.

Przyznając przebiegłość tym ludziom, stwierdzam to, com rzekł o nich wyżej. Mojem zdaniem zresztą, na jedno wychodzi, czy mnie okpią przy zawieraniu umowy, czy też w następstwie. W każdym razie, kto ma możność zawrzeć tego rodzaju umowę, jest godzien zazdrości, gdyż możność ta dowodzi, że rozporządza środkami, z jakich nie każdy podróżny korzystać może. – –

Zajechłem do Hotelu d’Orient i kazałem sobie dać pokój najtańszy, zamierzając korzystać z niego tylko przez dzień jeden. Następnie wyszedłem na miasto, aby wyszukać sobie mieszkanie prywatne. Hotel leży przy Esbekijeh, najpiękniejszym placu w całem mieście. Dawnemi czasy wezbrane wody Nilu zalewały ten plac. Rozciągała się tutaj kotlina, zanim Mehemed Ali kazał dla zabezpieczenia od wylewów nilowych otoczyć ją kanałem, a brzegi obsadzić drzewami. Później Ismail-basza przysypał ją ziemią, więc plac podniósł się do poziomu miasta. Pewną część tej przestrzeni zabudowano domami, a resztę zamieniono na piękny ogród z kawiarniami, teatrami i grotami. Po południu odbywają się tu często koncerty. Wschodnią część placu zdobią gmachy ministerstw spraw zewnętrznych, wewnętrznych i skarbu, a w południowej wznosi się teatr dramatyczny i opera. Ogród zajmuje 32000 m² obszaru. Patrząc na niezliczoną ilość znajdujących się przy tym placu restauracyj, piwiarń, kiosków z likierami i lodami, sal koncertowych wśród mnóstwa zdobnych latarń gazowych, zapomniećby można, że się człowiek znajduje u Wrót Wschodu, gdyby nie zieleniejące i kwitnące rośliny strefy południowej.

Zwróciłem się na południo-wschód, w stronę Muski. Jest to dawna frankońska dzielnica, w której za panowania Saladyna zamieszkali chrześcijanie, otrzymawszy po raz pierwszy pozwolenie na pobyt w Kairze. Tu można oglądać największe sklepy, należące do Europejczyków; ruch i tłok niezwykły znamionują tę część miasta. Ulica wprawdzie jest dość ciasna i duszna, jednakże, zanim powstały wspaniałe dzielnice Esbekijeh, Ismailia i południowy Abdin, była jedyną szerszą ulicą w Kairze. Tu wszystko ma już polor europejski; jedynie kilka starych arabskich płaskich dachów, prawdziwie egipski brud i panująca wszędzie woń ruin i spusztoszenie przypomina podróżnemu, gdzie się znajduje.

Kto jednak pragnie zobaczyć Wschód, niesfałszowany polorem europejskim, powinien się udać do jednej z dzielnic arabskich, niezbyt stąd odległych.

Przypomniałem sobie dawniejsze wędrówki po Kairze i skręciłem w wąską boczną uliczkę. Kiedy ją minąłem i wszedłem w sąsiednią, ujrzałem zdaleka na glinianym murze niskiego domu czterowierszowy napis:

Beer-house

Cabaret à bière

Birreria

Bira, ingliziji we nimsawiji.

Zetknęły się więc cztery języki: angielski, francuski, włoski i arabski; to też czwarty wiersz napisany był literami arabskiemi. Przystanąłem, aby się przyjrzeć temu domowi. Zewnętrzny jego wygląd nie był wcale ponętny, lecz pociągał mię wyraz „piwo”. W domu tym nie było drzwi, ani okień. Zamiast nich frontowa strona budynku zaopatrzona była w dziesięć mocno popękanych słupków drewnianych, dźwigających górną część ściany. Słupy owe stanowiły więc jedyną przegrodę pomiędzy mieszkaniem a ulicą. W głębi widać było kilku gości, siedzących na rogożach z sitowia, lub na drewnianych sprzętach, przypominających raczej inkwizyty do tortur, aniżeli stołki. Jeden z siedzących, jakiś spotniały grubas, spostrzegł moje wahanie i skinął na mnie obydwiema rękami, a potem, uśmiechnąwszy się nader uprzejmie, zawołał:

– Gel tszelebi, gel tszelebi! Arpa suju pek eji, pek eji! – Chodź pan, chodź pan! Piwo tu bardzo dobre, bardzo dobre!

Mówił po turecku, a więc domyśliłem się, że jest Osmanli. Widząc, żem niezbyt skwapliwy na jego wezwania, wyciągnął ku mnie flaszkę, trzymaną w lewej ręce, a prawą jął na mnie kiwać zachęcająco i tak zawzięcie, że trójnóg, służący mu za siedzenie, a podobny do stołka szewckiego, zachwiał się od tego ruchu i ciężkie beczkowate ciało grubasa z wielkim łoskotem zwaliło się na ziemię.

– O jarik, o gekim, o babalarim, o tenim, o azalarim, o bukalim! – O biada, o nieba, o ojcowie moi, o moje ciało, o moje kości, o flaszko! – stęknął, nie wypuszczając z ręki flaszki, lecz nie czyniąc też wysiłku w celu powstania.

Przyskoczyłem doń i narazie zdołałem stwierdzić, że tylko rozpaczliwy zwrot do flaszki był uzasadniony. Rozbiła się o jeden ze słupów i w ręku grubasa tkwiła zaledwie jej część górna – próżna szyjka; zawartość zaś cała wylała mu się na twarz i odzienie. Towarzysze grubasa patrzyli na wypadek z uśmiechem, ale żaden z nich nie próbował podejść ku niemu, ażeby kompanjonowi dopomóc w powstaniu.

– Zarar onlarinwar? – Czyś pan się nie zranił? – zapytałem, biorąc mu z ręki szyjkę od flaszki i ocierając go chustką.

– Azalarim dżimle kyrmsz! – Wszystkie kości mam połamane! – odpowiedział, leżąc wciąż na grzbiecie z podniesionemi wgórę nogami i rękami.

– Nie przypuszczam jednak – pocieszałem go. – Gdybyś pan nawet tylko się potłukł, nie mógłbyś długo pozostawać w tak trudnej pozycji. Spróbuj pan powstać.

Ująłem go za ręce i usiłowałem podnieść. Ciągnąłem go z całych sił, ale napróżno. Wtem nadszedł czarny młodzieniec, zapewne sufratszi czyli kelner, z miską w ręku, napełnioną węglami, prawdopodobnie do zapalania fajek. Chłopiec miał minę gotowego na wszelkie figle urwisa. Uchwycił szczypcami rozżarzony węgiel z miski i podsunął Turkowi pod nos tak blisko, że aż wąs mu zaskwierczał. W jednej chwili zerwał się grubas z ziemi i wymierzył czarnemu figlarzowi taki bakszysz poza uszy, że chłopiec upuścił miskę i z wrzaskiem wybiegł z lokalu.

– Sakalim, byjykym güzel! – Mój wąs, mój piękny wąs! – krzyczał grubas gniewnie, głaszcząc się po uszkodzonej ozdobie twarzy. – Jak śmiało takie czarne bydlę porywać się na moje wąsy! Niech je Allah na samem dnie piekła upraży!

Teraz dopiero mogłem się dokładnie przyjrzeć rozsrożonemu Turkowi. Nie był wysoki, tuszę zato miał potężną. Twarz jego nazbyt czerwona, nie świadczyła o zdrowiu, ale cechował ją wyraz uczciwości i, chociaż oczy iskrzyły się jeszcze gniewem, widać było, że w innych warunkach umiały patrzeć przychylniej. Był w wieku najwyżej lat trzydziestu pięciu. Ubraniem nie różnił się ode mnie: miał na sobie szerokie tureckie szalwar-szarawary, kamizelkę i krótki kubaran-bluzę ze stojącym kołnierzem, chustkę pod kołnierzem od koszuli, na głowie fez, szal na biodrach i był w lekkich trzewikach. Moja odzież miała barwę przeważnie szarą, jego natomiast była ciemnoniebieska, ozdobna złotemi galonami i sznurami. Wogóle wyglądał na człowieka, który nie potrzebuje liczyć się zbytnio z zawartością swojej sakiewki.

Obmacawszy się ztyłu i zprzodu, od góry i od dołu, i przekonawszy się, że przykry wypadek nie pozostawił po sobie śladu z wyjątkiem kilku osmalonych włosów w wąsie, wypogodził oblicze i, wyciągając do mnie rękę do uścisku, rzekł serdecznie:

– Allaha szüke, szagh im! Bu wakyt n’asl idiniz? – Dzięki Bogu, zdrów jestem! Co się z panem w ostatnich czasach działo?

– W ostatnich czasach? – zapytałem zdumiony. – Zna mnie pan, jak widzę...

– A pan mnie nie?

– Rzeczywiście, nie mogę sobie przypomnieć.

– Wierzę, gdyż nie mówiłeś pan ze mną wówczas. Usiądźmy! Pewnie się pan piwa napijesz. Zapraszałem pana; musisz pan być moim gościem.

Usiadł na pewniejszym stołku, zaś ja naprzeciw niego. Co za przypadek! Zaledwie w Kairze pył strzepnąłem z obuwia z Dżebel Abu Tartur, gdy oto spotykam człeka, który mnie znał i widocznie niezłe miał o mnie wyobrażenie. Wysoce mnie zaciekawiło, kim był Turek i gdzie mnie widział.

– Ja walad, dżib sziszaten! – Hej, chłopcze, przynieś-no dwa nargile! – zawołał poza siebie.

Wezwany murzynek zbliżył się bojaźliwie i postawił nargile, trzymając przytem głowę w takiej odległości, aby jej powtórnie ręka grubasa nie dosięgła. Ale spostrzegłszy, że Turek nie sroży się na jego widok, nabrał odwagi i śmielej już podał mu węgle. Fajki napełnione były tembekiem, silnym perskim tytoniem, którym można było się zaciągać tylko z nargilów.

– A’tina kizazaten