Old Surehand. Old Surehand. Tom I-III - Karol May - ebook

Old Surehand. Old Surehand. Tom I-III ebook

Karol May

4,8

Opis

Dwaj przyjaciele Old Shatterhand i Winnetou stają w obronie osady Bloody Foxa, zaatakowanej przez Komanczów. Gdy zmierzają na ratunek, poznają tajemniczego myśliwego – Old Surehanda. Okazuje się, że jemu także mogą pomóc w rozwikłaniu rodzinnej tajemnicy. Sprawa nie jest prosta, muszą zmierzyć się z niebezpiecznymi Indianami i jeszcze groźniejszymi niedźwiedziami grizzly.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Karol May

Old Surehand

Tom I–III

Warszawa 2017

Tom I

Rozdział 1

Old Wabble

W licznych moich podróżach i dalekich wędrówkach spotykałem często, szczególnie wśród dzikich lub na pół cywilizowanych plemion, ludzi, którzy zostawali moimi przyjaciółmi. Wiernie dochowuję im pamięci i z pewnością nie zapomnę ich aż do śmierci. Nikogo jednak nie kochałem tak bardzo, jak słynnego wodza Apaczów, Winnetou. Wszyscy moi czytelnicy znają tego szlachetnego Indianina i wiedzą, jak się z nim zapoznałem; wiedzą także, że przywiązanie moje do tego człowieka gnało mnie z dalekiej Afryki i Azji na prerie, w lasy i góry Ameryki Północnej. Nawet wówczas, kiedy nasze spotkanie nie było z góry umówione, umiałem zawsze odszukać przyjaciela. W takich wypadkach jechałem zwykle nad Rio Pecos do Meskalerów, szczepu Apaczów, do którego Winnetou należał, i tam mi mówiono, gdzie się wódz znajduje. Czasami dowiadywałem się o tym od myśliwców z Zachodu lub od Indian, których spotykałem po drodze.

Niekiedy jednak mogłem mu przed rozstaniem oznaczyć dokładnie miejsce i czas przyszłego spotkania. Stosowałem się wtedy do wyznaczonej daty, on także, i choć posługiwał się indiańską rachubą czasu, która wydawała mi się niezbyt pewna, przybywał zawsze na oznaczoną minutę. Nie zdarzyło się nigdy, żebym czekał na niego.

Tylko raz sądziłem, że nie był punktualny, ale okazało się, że nie miałem racji. Musieliśmy się rozstać wysoko na północy, a w cztery miesiące później mieliśmy się spotkać na południu, w Sierra Madre. Winnetou powiedział wówczas:

– Mój brat zna przecież strumień zwany Clear Brook? Polowaliśmy tam razem. Czy przypominasz sobie odwieczny dąb, pod którym rozłożyliśmy się na noc obozem?

– Oczywiście.

– A zatem nie możemy się minąć. Korona tego drzewa już dawno uschła. Gdy w południe cień dębu będzie miał pięciokrotną długość mojego brata, Winnetou nadejdzie. Howgh!

Musiałem, oczywiście, przetłumaczyć to na naszą rachubę czasu i zjawiłem się nad strumieniem w oznaczonym dniu. Nie było tam jednak ani śladu Winnetou, chociaż cień dębu był już odpowiednio długi. Czekałem kilka godzin, ale wódz się nie zjawił. Wiedziałem, że tylko coś bardzo ważnego mogło mu przeszkodzić w dotrzymaniu obietnicy, i zacząłem się niepokoić, kiedy przyszło mi na myśl, że Winnetou już tu był, lecz nie mógł czekać na mnie. W takim razie musiał zostawić jakiś znak. Zbadałem pień dębu i rzeczywiście na wysokości człowieka znalazłem małą gałązkę świerkową. Musiał ją tu ktoś wetknąć umyślnie, i to już dość dawno, gdyż była całkiem zeschnięta. Wyciągnąłem gałązkę. Jej koniec był owinięty kawałkiem papieru. Rozwinąłem kartkę i znalazłem na niej te słowa:

– Niechaj mój brat przybywa czym prędzej do Bloody’ego Foxa, na którego chcą napaść Komancze. Winnetou śpieszy, aby go ostrzec.

Ci z moich czytelników, którzy już znają Winnetou, wiedzą, że umiał on dobrze czytać i pisać i że zawsze miał papier przy sobie. Zaniepokoiłem się o przyjaciela, chociaż wiedziałem, że wychodzi zwycięsko z każdego niebezpieczeństwa. Martwiłem się także o Bloody’ego Foxa: będzie prawdopodobnie zgubiony, jeśli Winnetou nie zdoła dotrzeć do niego przed nadejściem Komanczów. Ja sam również nie czułem się bezpieczny. Bloody Fox mieszkał w jedynej oazie na pustyni Llano Estacado, a droga do jego siedziby wiodła przez terytorium Komanczów, z którymi ścieraliśmy się niejednokrotnie. Gdybym się dostał w ich ręce, nie uniknąłbym zapewne pala męczarni, zwłaszcza że plemię to wykopało topór wojenny i przedsięwzięło kilka wypraw rozbójniczych, zagarniając obfite łupy.

W tych warunkach ktoś inny pomyślałby przede wszystkim o własnym bezpieczeństwie i nie posłuchałby prawdopodobnie wezwania Winnetou, mnie to jednak ani przez myśl nie przeszło. Winnetou narażał się bez namysłu na wielkie niebezpieczeństwo. Czy miałem być mniej odważny niż on? Wtykając wiadomość w pień drzewa, był pewien, że go natychmiast posłucham. Czyż miałem zawieść jego zaufanie? Czy mógłbym kiedykolwiek spojrzeć mu śmiało w oczy, gdybym teraz uciekł tchórzliwie? Nigdy!

Byłem sam i zdany tylko na siebie, ale miałem dobrą broń i znakomitego konia, któremu mogłem zaufać. Znałem też dokładnie te okolice i wiedziałem, że doświadczonemu westmanowi łatwiej podróżować samemu aniżeli w towarzystwie ludzi, na których nie może całkowicie polegać. Gdybym miał prócz tego jeszcze jakieś wątpliwości, to musiałyby się rozwiać wobec świadomości, że Bloody Fox jest w niebezpieczeństwie i że trzeba go ratować. Wsiadłem zatem na konia i ruszyłem, tak jak sobie tego życzył mój przyjaciel i brat.

Dopóki znajdowałem się we właściwej Sferze, nie było specjalnych powodów do obaw; miałem się tutaj gdzie ukryć, czułem się więc dość bezpieczny. Dalej jednak ciągnął się nagi płaskowyż, gdzie jeździec był już z daleka widoczny. Przecinały go strome parowy i głębokie kaniony, porosłe z rzadka aloesami i kaktusami, za którymi nie sposób się ukryć. Gdybym w takim kanionie natknął się na Komanczów, ocalić mnie mogła jedynie natychmiastowa ucieczka oraz rączość i wytrwałość mego konia.

Najniebezpieczniejszym z tych wąwozów był tak zwany Mistake Canyon, ponieważ stanowił uczęszczaną drogę indiańską między górami a równiną. Nazwę swoją zawdzięczał tragicznej pomyłce: opowiadano, że pewien biały myśliwiec zastrzelił tutaj swego najlepszego przyjaciela Apacza zamiast wroga Komancza. Kim był ten biały i kim byli ci dwaj Indianie – wówczas jeszcze nie wiedziałem. Ten rzeczywiście niebezpieczny kanion omijano z daleka – zabobonni westmani twierdzili, że rzadko udaje się białemu przejść tędy bez szkody. Duch zabitego Apacza miał każdego przywodzić do zguby.

Ducha nie bardzo się obawiałem i byłem gotów się z nim spotkać. Znacznie gorzej wyglądałoby zetknięcie z żywymi wrogami. Zanim jednak dotarłem do miejsca wypadku, zauważyłem ślady większego oddziału konnych, którzy nadjechali z boku, a potem posuwali się w tym samym co ja kierunku. Nie mogły to być dzikie mustangi, gdyż nie było ich w tych stronach. Zsiadłszy z wierzchowca i zbadawszy trop, spostrzegłem ze zdumieniem i radością, że konie były podkute. Jeźdźcy nie należeli zatem do rasy czerwonej. Ale kim byli i czego tu chcieli?

Nieco dalej jeden z nich zsiadł z konia, prawdopodobnie aby poprawić popręg, a reszta pojechała dalej. Zbadałem dokładnie to miejsce i zauważyłem obok śladów lewej nogi kilka krótkich, wąskich wcięć, jakby od grzbietu noża. Skąd one pochodziły? Czyżby jeździec miał szablę? Czyżby wojsko wyruszyło przeciw Komanczom, by ich ukarać za rozbójnicze wyprawy? Zaciekawiony, ruszyłem cwałem za tropem. Im dalej jechałem, tym więcej znajdowałem śladów zbiegających się z różnych stron i wiodących potem w jednym kierunku. Nie było już wątpliwości, że przede mną przejechali żołnierze, a kiedy po pewnym czasie minąłem odnogę gęstego lasu kaktusowego, ujrzałem przed sobą obóz. Zauważyłem od pierwszego rzutu oka, że nie rozbito go na krótko. Pas kaktusów zabezpieczał oddział przed napadem z tyłu i z boków, a z przodu rozciągała się otwarta przestrzeń, tak że niespodziany napad był niemożliwy. Nie zauważono jednak, że zbliżam się od zachodu. Nawet w biały dzień należało postawić tutaj straż. Zaniechanie tej ostrożności było karygodnym niedbalstwem. Co by się stało, gdyby zamiast mnie nadciągnęła gromada Indian? Po przeciwnej stronie teren opadał ku kanionowi, gdzie musiało być pod dostatkiem wody. Konie leżały lub chodziły puszczone wolno. Dla osłony przed żarem słonecznym rozciągnięto nad kaktusami prześcieradła. Jeden wielki namiot był przeznaczony dla oficerów, a obok niego, w cieniu, przechowywano także zapasy żywności. W pobliżu leżało kilku cywilów, którzy widocznie chcieli przenocować pod opieką wojska, gdyż dzień miał się już ku końcowi. Postanowiłem zrobić to samo. Mogłem wprawdzie jechać dalej, lecz musiałbym potem obozować samotnie i czuwać całą noc ze względu na bezpieczeństwo. Tutaj mogłem znaleźć odpoczynek potrzebny mi do jutrzejszej jazdy.

Skoro tylko mnie spostrzeżono, wyszedł na moje spotkanie podoficer i zaprowadził do komendanta, który widząc ruch w obozie, wyszedł z oficerami z namiotu. Kiedy zsiadłem z konia, przypatrzył się uważnie mnie i mojemu wierzchowcowi, a potem spytał:

– Skąd jedziecie, sir?

– Z Sierry.

– A dokąd?

– Nad Rio Pecos.

– Mielibyście z tym wielkie trudności, gdybyśmy nie przepłoszyli tych łajdaków Komanczów. Czy znaleźliście gdzieś ich ślady?

– Nie.

– Hm! Zawrócili widocznie na południe. Siedzimy tu już prawie od dwu tygodni, a żaden nie pokazał nosa.

Ośle! – miałem ochotę mu powiedzieć. – Chcąc złapać czerwonoskórych, musiałbyś ich poszukać. Ani im się śni wpadać ci dobrowolnie w ręce.

Komendant nie mógł się zorientować, gdzie są Komancze, ale oni wiedzieli dokładnie, że wojsko tu się znajduje. Z całą pewnością podchodzili nocami pod obóz. Jak gdyby odgadłszy moje myśli, oficer dodał:

– Brak nam tęgiego zwiadowcy, któremu mógłbym zaufać i który by ich wytropił. Old Wabble nocował u nas i byłby odpowiedni do tej funkcji, lecz dopiero po jego odejściu dowiedzieliśmy się, że to był właśnie on. Ten szelma zwąchał pewnie pismo nosem i podał się za jakiegoś Cuttera. Przed tygodniem nasz patrol natknął się na Winnetou, który byłby jeszcze lepszy, lecz umknął czym prędzej. Mówią, że gdzie on się pokaże, tam i Old Shatterhand jest niedaleko. Chciałbym go mieć tutaj. Jak się nazywacie, sir?

– Charley.

Podałem mu swoje imię, które mogło uchodzić także za nazwisko. Ani mi się śniło informować go, że to ja właśnie jestem Old Shatterhandem. Nie miałem ani czasu, ani ochoty zostawać tutaj i wysługiwać się komendantowi jako szpieg. Jednocześnie przyjrzałem się leżącym na ziemi cywilom i uspokoiłem się, nie znalazłszy ani jednej znajomej twarzy. Mógł mnie tylko zdradzić wierzchowiec i broń. Wiedziano powszechnie, że Old Shatterhand ma rusznicę na niedźwiedzie i sztucer Henry’ego oraz jeździ na czarnym ogierze darowanym mu przez Winnetou. Szczęściem komendant był na tyle ograniczony, że nie wpadł na to. Wrócił do namiotu, nie pytając o nic więcej.

Ale to, czego nie domyślił się oficer, mógł odgadnąć któryś z cywilów będących niewątpliwie myśliwcami z Zachodu. Toteż wsunąłem nieznacznie sztucer do skórzanego futerału, żeby nie było widać jego osobliwego zamka. Rusznica mniej wpadała w oko. Rozsiedlałem ogiera i puściłem go wolno. Trawy tu wprawdzie nie było, ale pomiędzy wielkimi kaktusami rosło mnóstwo melokaktusów, dostatecznie soczystych i pożywnych. Mój karosz umiał te rośliny obierać z kolców, nie kalecząc się wcale.

Kiedy potem poprosiłem myśliwych, aby mi pozwolili przysiąść się do nich, jeden z nich powiedział:

– Siadajcie, sir, i zjedzcie coś z nami, jeśli łaska. Nazywam się Sam Parker, a gdy mam jeszcze kawałek mięsiwa, każdy uczciwy człowiek może się nim pożywić, dopóki zapasy się nie skończą. Jesteście przy apetycie?

– Zdaje mi się, że tak.

– To ukrójcie sobie, ile chcecie. Jesteście tu wśród samych westmanów, sir. A wy? Co robicie?

– Ja też tułam się czasami po tej stronie Missisipi, ale nie wiem, czy mógłbym się nazywać westmanem. Dużo potrzeba, aby nim zostać.

Parker odchrząknął z zadowoleniem i rzekł:

– Macie słuszność, sir, zupełną słuszność. Cieszy mnie, że spotykam człowieka skromnego, który będąc stróżem nocnym, nie uważa się zaraz za prezydenta Stanów Zjednoczonych. Mało teraz takich ludzi. Co robicie tu na Zachodzie? Myśliwiec? Nastawiacz sideł? Zbieracz miodu?

– Poszukiwacz grobów, mister Parker.

– Poszukiwacz grobów?! – zawołał zdumiony. – To znaczy, że wy... szukacie... grobów?

– Yes.

– Czy drwicie z nas, sir?

– Ani mi to przez myśl nie przeszło.

– Więc bądźcie tak dobrzy i wytłumaczcie się, jeśli nie mam wbić wam noża między żebra. Nie pozwolę z siebie wariata strugać.

– Well. Chcę zbadać, skąd pochodzą dzisiejsi Indianie. Słyszeliście już może o tym, że to, co się znajduje w grobach, oddaje pod tym względem wielkie usługi.

– Hm! Czytałem o tym rzeczywiście, że są ludzie, którzy rozkopują dawne groby, aby w ten sposób studiować historię czy coś podobnego. To wierutne głupstwo! I tym się właśnie zajmujecie? A więc jesteście uczonym?

– Yes.

– Niech was Bóg ma w swojej opiece, sir! Możecie łatwo wpaść nosem w grób i zostać tam na zawsze. Jeśli szukacie zwłok, to czyńcie to w takich okolicach, gdzie jesteście pewni swego życia. Tutaj kule i tomahawki świszczą w powietrzu. Komancze ruszyli ze swoich siedzib. Czy umiecie strzelać?

– Trochę.

– Hm, wyobrażam sobie! Mnie się także kiedyś zdawało, że umiem strzelać. Może wam to kiedyś opowiem. Jak widzę, macie starą rusznicę, którą można mury walić. To ma swoje znaczenie. A tam w tym futerale to pewnie taka fuzyjka na niedzielę?

– Może.

– Musi tak być! Powiadam wam, sir, że tu niebezpiecznie szukać trupów. Zabierajcie się stąd. Albo przyłączcie się do nas, zawsze to bezpieczniej aniżeli samemu.

– W jakim kierunku jedziecie?

– Także nad Pecos, tam gdzie i wy. Słyszeliśmy, żeście o tym mówili przed chwilą.

Obrzucił mnie na poły łaskawym, na poły ironicznym spojrzeniem i mówił dalej:

– Wyglądacie wcale nieźle, jak obłuskane jajo, ale to nie przyda się na nic w tych stronach, sir. Prawdziwy westman wygląda całkiem inaczej. Mimo to podobacie mi się i zapraszam was do naszej kompanii. Obronimy was, gdyż w pojedynkę nie zdołacie się przebić. Macie, zdaje się coś, co we wschodnich stanach nazwano by z pewnością koniem. Czy ten dyszlowy jest waszą własnością?

– Tak, oczywiście, Mr Parker – odrzekłem, ubawiony szczerze, że mego rasowego indiańskiego ogiera, z którym tylko karosz Winnetou mógł się równać, uważa za konia pociągowego.

Parker podobał mi się co najmniej w tym stopniu, co ja jemu. Gdybym się do niego przyłączył i gdyby dowiedział się później, kim jestem, należało się spodziewać scen bardzo komicznych. Poza tym towarzystwo to mogło mi się przydać jeśli nie później, to przynajmniej w czasie jazdy przez Mistake Canyon. Postanowiłem więc przyjąć propozycję westmana.

– Spodziewałem się tego – mówił Parker dalej. – Koń wygląda tak samo gracko jak wy. Widać po nim, że także szuka zwłok dawno zmarłych ludzi i nie ma nic innego do roboty. A więc jedziecie z nami? Wyruszamy jutro wczesnym rankiem.

– Przyjmuję z wdzięcznością waszą propozycję i proszę was o opiekę.

– Będziecie ją mieli i sądzę, że bardzo wam się przyda. Rad będę, gdy już stąd odjedziemy, bo komendant gotów któregoś z nas zatrzymać jako zwiadowcę. Nieprawdaż, Jozie?

Z pytaniem tym zwrócił się do starszego mężczyzny z sympatyczną twarzą o melancholijnym wyrazie, jak gdyby dręczyło go jakieś ukryte zmartwienie. Joz jest skrótem od Jozue. Jak się później dowiedziałem, człowiek ten nazywał się Jozue Hawley.

– Jestem tego samego zdania – odrzekł zapytany. – Tego jeszcze brakowało, żeby za tych wojaków wyciągać kasztany z ognia i poparzyć sobie przy tym przednie łapy. Gdyby chociaż zatrzymali Old Wabble’a! To był odpowiedni człowiek. Ale tak mnie nie dostaną. Będę szczęśliwy, kiedy się stąd wyniesiemy i przedostaniemy przez Mistake Canyon.

– Czemu? Czy obawiasz się ducha zabitego Indianina?

– Obawiać się? Nie, ale mi z myśli nie schodzi. Ten kanion to paskudne miejsce. Przeżyłem tu coś, co nie każdy codziennie przeżywa, i znalazłem przy tym złoto.

– Złoto? W Mistake Canyon? To nie może być! Nigdy tu nie było złota.

– A przecież musiało być, skorośmy je znaleźli.

– Naprawdę? Czy odkryliście je przypadkiem, Jozie?

– Nie. Drogę pokazał nam Indianin.

– Trudno w to uwierzyć. Czerwonoskóry nigdy takich rzeczy nie wyjawia białemu, jeśli nawet jest jego najlepszym przyjacielem.

– W takim razie był to wyjątkowy wypadek. Indianin był właśnie tym, którego później zastrzelono w kanionie. Opowiem wam może tę historię, gdy jutro pojedziemy tamtędy. Teraz wolę o tym zamilczeć. Daj no mi jeszcze mięsa, jestem głodny. To wprawdzie tylko antylopa, ale musi smakować, kiedy nie ma nic innego. Wolałbym kawał garbu bizona albo polędwicę z łosia.

– Z łosia? Ach, łoś, słusznie! – zawołał Parker, mlaskając językiem. – To najdelikatniejsza i najsoczystsza pieczeń. Ilekroć pomyślę o łosiu, przychodzi mi na myśl westman, który właściwie zrobił ze mnie myśliwca.

– Kto to był?

– Imię jego wymieniono przed chwilą. Mam na myśli Old Wabble’a.

– Co? Jak? Old Wabble’a? Tego dziwnego starca? Więc znałeś go?

– Czy go znałem? Co za pytanie! Pod jego okiem przeżyłem na Zachodzie moją pierwszą przygodę. Opowiem wam o tym, chociaż na pewno uśmiejecie się ze mnie porządnie. Szło mianowicie o mojego pierwszego łosia.

Parker wyprostował się, zrobił wielce obiecującą minę i zaczął opowiadać:

– Old Wabble nazywa się właściwie Fred Cutter, lecz z powodu chwiejnego kroku i wiszącego na chudym ciele ubrania przezwano go Old Wabble’em. Był dawniej w Teksasie kowbojem i tak przywykł do tamtejszego stroju, że później, na północy, nikt nie zdołał go namówić do zmiany ubrania.

Widzę go jeszcze, jak stoi przede mną, długi i strasznie chudy, z nogami w niezwykłych ciżmach i legginach. Na koszuli, o której barwie wolę nie wspominać, wisiała bluza – jedyną zaletą tej części garderoby była jej przewiewność. Pierś i szyja były niczym nieosłonięte, za to pod kapeluszem głowę jego zdobiła chusta, której końce zwisały na plecy. Za pasem miał długi nóż myśliwski. Uszy zdobiły srebrne kolczyki, a w wielkiej, brunatnej, kościstej ręce trzymał zawsze nieodłączne cygaro. Inaczej ubranego nikt go nigdy nie widział.

Miał bardzo charakterystyczną twarz, pomarszczoną, zawsze gładko wygoloną, z grubymi jak u Murzyna wargami, długim, spiczastym nosem i szarymi oczyma, którym nic ujść nie mogło, chociaż powieki były zawsze na pół przymknięte. Czy twarz ta była spokojna, czy też ożywiało ją jakieś uczucie, miała zawsze wyraz niezachwianej wyższości. Było to zupełnie uzasadnione, gdyż Old Wabble słynął nie tylko jako mistrz w konnej jeździe, strzelaniu i rzucaniu lassem, lecz nie brak mu było także żadnej z cech prawdziwego westmana. „It’s clear – to jasne”, zwykł był mawiać. Nawet najtrudniejsze rzeczy były dla niego zupełnie proste i zrozumiałe.

Ja byłem wtedy w Princeton czymś w rodzaju pisarza na budowach i zarobiłem wreszcie tyle, że mogłem się wybrać do Idaho na poszukiwanie złota.

Byłem greenhornem, zupełnym nowicjuszem i aby nie dzielić się z większą ilością wspólników zdobytymi skarbami, wziąłem ze sobą jednego tylko towarzysza, Bena Needlera, który tak samo znał Dziki Zachód jak ja.

Gdy w Eagle Rock wysiedliśmy z wozu, byliśmy wystrojeni jak eleganci, a obładowani jak juczne osły różnymi pięknymi przedmiotami, które niestety nie nadawały się do użytku. Kiedy zaś po tygodniu przybyliśmy nad Payette River, wyglądaliśmy jak prawdziwe włóczęgi; marliśmy z głodu i porzuciliśmy po drodze niepotrzebne rzeczy, to znaczy wszystko z wyjątkiem broni i amunicji. Przyznam się wam jednak otwarcie, że za kawał chleba z masłem byłbym oddał całe swoje uzbrojenie, a Ben Needler myślał pewnie tak samo.

Siedzieliśmy na skraju lasu, trzymaliśmy otarte do krwi stopy w wodzie i rozmawialiśmy o różnych delikatesach, o których nie myślelibyśmy nawet w innych warunkach, a więc o sarniej łopatce, o polędwicy z bizona, o łapach niedźwiedzich, o pieczeni z łosia. W tej okolicy widywano jakoby bizony i łosie.

– Do licha! Gdyby teraz to bydlę podeszło blisko, wpakowałbym mu z rozkoszą dwie kule pomiędzy rogi... – mówił Ben, mlaskając językiem.

– A potem byłoby po was! – zabrzmiał tuż za nami jakiś roześmiany głos. – Łoś zrobiłby z was marmoladę. Temu zwierzęciu nie strzela się między rogi. Wylali was chyba z jakiejś szkoły w Nowym Jorku?

Zerwaliśmy się i spojrzeliśmy za siebie. Z zarośli wyszedł Old Wabble, który podsłuchiwał naszą rozmowę, i stał przed nami taki, jakim go opisałem poprzednio. Jego twarz nie wyrażała nadmiernego szacunku. Mierzył nas pobłażliwym spojrzeniem na pół przymkniętych oczu. Pominę rozmowę, która potem nastąpiła. Przeegzaminował nas jak surowy nauczyciel i polecił pójść za sobą.

Mniej więcej o milę od rzeki stała na prerii otoczonej dookoła lasem chata zbudowana z grubych bali. Było to, jak mówił stary westman, jego ranczo. Za chatą znajdowało się kilka bud bez drzwi, przeznaczonych w razie niepogody dla koni, mułów i bydła, które teraz pasły się na nieogrodzonym polu. Już wtedy bowiem Old Wabble przedzierzgnął się z kowboja w samodzielnego hodowcę. Służba jego składała się z białego dozorcy Willa Littona i z kilku wiernych Indian z plemienia Wężów, których nazywał wakerami. Gdyśmy przybyli, ludzie ci pakowali na lekki wóz namiot i inne przedmioty.

– To jest coś dla was – rzekł stary westman. – Chcecie polować na łosie, a ja właśnie robię przygotowania do wyprawy myśliwskiej. Pójdziecie ze mną i zobaczę, co potraficie. Jeśli się okażecie zdatni do czegoś, to możecie zostać u mnie. Ale na razie wejdźcie do domu, gdyż, to jasne, głodny strzelec robi tylko dziury w niebie.

Bardzo nam to było na rękę. Zjedliśmy i zaspokoiliśmy pragnienie, po czym ruszyliśmy w drogę, ponieważ Old Wabble’owi ani się śniło odwlekać wyprawy z naszego powodu. Dostaliśmy od niego konie i pojechaliśmy najpierw nad rzekę. Znaleźliśmy bród, przez który należało przejść. Pochód prowadził stary westman; na jego prośbę jechałem obok niego. Za nim szedł luzem prowadzony za uzdę muł. Przeprawiwszy się przez rzekę, zobaczyliśmy resztę orszaku sunącą za nami: Ben Needler jechał na gniadym koniu, Will Litton na siwym, a za nimi toczył się wóz zaprzężony w cztery konie. Powoził nimi jeden z Indian, zwany Pak-muh, czyli Krwawa Ręka. W swoim europejskim ubraniu nie wyglądał co prawda wcale tak krwawo. Jego współplemieńcy, na których stary myśliwy mógł się zdać we wszystkim, pozostali na ranczu.

Przebywszy bród, jechaliśmy przez pewien czas rzadkim lasem. Następnie otwarła się przed nami zielona, bezdrzewna dolina wychodząca na trawiastą sawannę. Gdy po kilku godzinach dostaliśmy się na drugi jej koniec, gdzie teren zaczął się wznosić, rozłożyliśmy się obozem. Zdjęto z wozu pakunki, rozbito namiot, przywiązano konie i rozniecono ognisko. Tu mieliśmy się zatrzymać, aby zapolować na widłorogie antylopy albo na bizony, jeśli się na nie natkniemy. Poznaliśmy po rozrzuconych szkieletach, że zwierzyna przychodziła tutaj: tuż obok namiotu leżała zbielała od słońca czaszka. Po upływie paru dni, my, biali, zamierzaliśmy się udać na wyżej położone bagnisko, gdzie, jak twierdził Old Wabble, było mnóstwo łosi, w obozowisku zaś miał pozostać Krwawa Ręka.

Niestety, ani tego dnia, ani następnego nie pokazało się żadne zwierzę nadające się do ustrzelenia, co starego niezmiernie złościło. Mnie jednak było to na rękę, gdyż spodziewałem się ostrego osądu moich myśliwskich umiejętności. Umiałem na trzydzieści kroków trafić w wieżę kościelną, ale byłem zupełnie pewien, że zrobiłbym tylko wielką dziurę w niebie, gdybym musiał ustrzelić na sześćdziesiąt kroków szybkonogą antylopę.

– Sawanna – zbiorowisko roślin złożone głównie z wysokich traw oraz rzadko rozrzuconych drzew i krzewów.

Old Wabble wpadł tymczasem na niefortunny pomysł wypróbowania naszych zdolności i zażądał, abyśmy strzelali do sępów, które siedziały o jakieś siedemdziesiąt kroków od nas na szkielecie bizona. Ja miałem pierwszy popisać się swoją sztuką. No, powiadam wam, sępy musiały być ze mnie zupełnie zadowolone, gdyż stało się tak, jak przewidywałem. Wypaliłem czterokrotnie i nie trafiłem ani razu. Żadnemu ze ścierwożerców nie przyszło nawet na myśl uciekać po strzałach. Ptaki te wiedzą doskonale, że nikomu rozsądnemu nie przyjdzie do głowy, aby je prześladować. Strzał znęca je zamiast odstraszyć, ponieważ z ubitej zwierzyny zawsze zostają dla nich przynajmniej wnętrzności. Ben chybił dwa razy i dopiero trzecia kula trafiła jednego sępa, a resztę spłoszyła.

– Niezrównane! – śmiał się Old Wabble, potrząsając długimi, niezdarnymi rękami. – Moi panowie, to jasne, że jesteście jakby stworzeni dla Dzikiego Zachodu. Jestem o was zupełnie spokojny! Już teraz osiągnęliście szczyt doskonałości. Wyżej zajść nie możecie.

Ben przyjął ze spokojem ten wyrok, ja jednak wybuchnąłem gniewem, co oczywiście miało tylko ten skutek, że mi Old Wabble powiedział:

– Zamilczcie lepiej! Wasz kolega trafił przynajmniej za trzecim razem, można się więc po nim czegoś spodziewać, wy zaś jesteście dla Zachodu człowiekiem straconym. Nie mogę was zatrudnić i dam wam tylko dobrą radę, żebyście się czym prędzej z tych stron wynieśli.

Ubodło mnie to porządnie. Przecież nikt się nie rodzi mistrzem, a proch, który zużyłem do tej pory, nie ważył pewnie funta. Postanowiłem sobie w każdym razie zdobyć jakoś szacunek starego.

Nazajutrz rano wyruszyliśmy na bagna w górach nad Salmon River. Żywność, naczynia, koce i inne rzeczy wpakowano na muła, a wóz, którego nie można było użyć na górskich bezdrożach, został w obozie. Znacie ten kraj i nie będę wam opisywał naszej drogi. Była ona bardzo niebezpieczna, szczególnie tam gdzie Snakes Canyon tworzy kąt ostry i gdzie trzeba zjeżdżać stromą ścianą w głąb, aby się dostać po drugiej stronie na ścieżkę Wihinasht. Na prawo niebotyczna skala, na lewo czarna otchłań, a w środku przesmyk o szerokości zaledwie dwu łokci. Szczęściem nasze konie przywykły do takich dróg, a ja nie cierpiałem nigdy na zawroty głowy. Przedostaliśmy się szczęśliwie, lecz wkrótce pojawiło się nowe niebezpieczeństwo, z którego tylko ja jeden nie zdawałem sobie sprawy.

Gdy wjechaliśmy na ścieżkę Wihinasht, spotkaliśmy się z oddziałem złożonym z ośmiu konnych Indian. Czterech z nich zdobiły pióra wodzów. Najwidoczniej nie przestraszyli się wcale, ujrzawszy nas tak nagle, i przypatrywali się nam, przejeżdżając obok bezszelestnie, owym melancholijnym, obojętnym wzrokiem, właściwym czerwonej rasie. Pierwszy z wojowników, jadąc na bułanym koniu, trzymał w lewej ręce jakiś dziwaczny, podłużny przedmiot, ozdobiony frędzlami z piór. To milczące, posępne spotkanie z dawnymi panami tej krainy wzruszyło mnie do głębi. Nie wydali mi się bynajmniej niebezpieczni, zwłaszcza że nie mieli na sobie barw wojennych i nie byli, jak mi się zdawało, uzbrojeni. Zaledwie jednak objechaliśmy najbliższe wzgórze i zniknęliśmy im z oczu, Old Wabble zatrzymał się i rzekł, rzucając za siebie groźne spojrzenie:

– Do licha! Czego tu chcą te łotry? To są Panasztowie, skłóceni z plemieniem Wężów, do którego należą moi pasterze. Dokąd zmierzają? Droga ich musi prowadzić obok mego rancza. Co za pech, że mnie tam nie ma...

– Nie są przecież uzbrojeni – wtrąciłem. Old Wabble łypnął na mnie pogardliwie spod przymkniętych powiek i rzekł:

– Nic z naszego polowania na łosie, przynajmniej w tej chwili. Musimy wracać do obozu, a może nawet na ranczo, i koniecznie wyprzedzić tych zbójów. Na szczęście znam ścieżkę nieopodal, która prowadzi w dół, nie nadaje się ona dla jeźdźców, lecz tylko dla ludzi dobrze chodzących po górach. Naprzód, chłopcy! Wiem już, co zrobimy! Musimy wziąć Indian na muszkę – to jasne!

Wjechaliśmy cwałem pomiędzy skały na lewo i po pięciu minutach dostaliśmy się na małe plaskowzgórze pokryte bagnistą łąką. Na kamienistych jej brzegach rosły wysokie jodły, a środkiem płynął strumyczek.

Old Wabble zeskoczył z konia i powiedział:

– Tam, na końcu płaskowzgórza, schodzi w dół droga. Jeśli się pośpieszymy, będziemy w obozie przed Indianami. Jeden z nas musi tu zostać przy koniach, ten mianowicie, bez którego najłatwiej będzie się nam obejść. Jest nim nasz dzielny Sam, który chybił aż cztery razy. Trafiłby prędzej któregoś z nas niż czerwonoskórego.

Tym „dzielnym Samem” byłem oczywiście ja. Sam Parker, dawny pisarz na budowach w Princeton, Protestowałem gwałtownie, lecz musiałem w końcu ustąpić. Po czym moi trzej towarzysze popędzili przez łąkę, a ja na rozkaz starego miałem nie opuszczać doliny, dopóki nie powrócą.

Byłem wściekły. Tych biednych Indian chciano wystrzelać, chociaż nie wyglądali niebezpiecznie. Czy mogłem do tego dopuścić? Nie! Byli takimi samymi ludźmi, jak my, a przy tym... płonąłem żądzą zemsty za obrazę! Nie znałem Dzikiego Zachodu i wykonałem swój nierozsądny plan. Otóż przywiązałem muła i trzy konie do drzew, a sam zawróciłem i pognałem drogą, którą przybyliśmy tutaj. Chciałem wykonać polecone zadanie, lecz pierwej ostrzec Indian. Zjechałem, jak mogłem najszybciej, ścieżką Wihinasht i zapuściłem się w Snakes Canyon. Tu ujrzałem przed sobą czerwonoskórych, którzy usłyszawszy tętent kopyt, przystanęli. Parów był tu jeszcze dostatecznie szeroki. Osadziłem konia i zapytałem, czy któryś z nich umie po angielsku. Indianin jadący na bułanku z owym podłużnym przedmiotem w ręku odpowiedział:

– Jestem To-ok-uh, Szybka Strzała, wódz Panasztów. Czy biały brat powrócił, by przynieść mi wiadomość od starego męża, którego trzód pilnują Węże tam na dole?

– A więc go znasz? – spytałem. – On uważa was za wrogów i wyruszył piechotą, by was pozabijać. Jestem chrześcijaninem i uważam za swój obowiązek ostrzec was.

Spojrzenie ciemnych oczu wodza wpiło się dosłownie w moją twarz. Po chwili zapytał:

– Gdzie wasze konie?

– Stoją tam, po drugiej strome ścieżki Wihinasht, na bagnistej łące.

Naradzał się przez chwilę po cichu z towarzyszami, po czym zapytał mnie przyjaźnie:

– Czy mój brat od niedawna jest w tym kraju?

– Dopiero od wczoraj.

– Po co blade twarze jechały w góry?

– Chcieliśmy zapolować na łosie.

– Czy mój brat jest słynnym myśliwym?

– Nie, nie trafiam zwykle do celu.

Indianin rozpytywał mnie dalej z uśmiechem, dopóki nie dowiedział się wszystkiego. Musiałem mu nawet powiedzieć swoje nazwisko. Wreszcie powiedział:

– Samuel Parker... to trudno zapamiętać czerwonemu mężowi. Nazwiemy cię At-pui, Dobre Serce. Jeśli tu dłużej zabawisz, zrobisz się ostrożniejszy. Dobroć twoja mogła was zgubić. Ciesz się, że nie idziemy ścieżką wojenną! Przypatrz się temu wampumowi – dodał, pokazując mi tajemniczy, ozdobiony frędzlami przedmiot – zawiera orędzie pokoju do wodzów plemion Szoszonów. Jesteśmy bez broni i wieziemy go do rancza starego męża, a jego Indianie poniosą go dalej. Nie mamy zatem powodu do obaw, lecz wdzięczność nasza jest taka sama, jak gdybyś nas ocalił od śmierci. Jeśli będziesz potrzebował przyjaciół, przybądź do nas. At-pui będzie u nas zawsze mile widziany. Howgh!

Podał mi rękę i ruszył dalej ze swoimi ludźmi. Zawołałem jeszcze za nimi, żeby mnie nie zdradzili i wróciłem zadowolony z siebie, chociaż nie dałem dowodów wielkiej roztropności.

Przybywszy na płaskowzgórze, zdjąłem z muła pakunki i odwiązałem konie, żeby się popasły. Wolny czas poświęciłem ćwiczeniom w strzelaniu. Miałem pełen rożek prochu, a wśród naszych rzeczy była go jeszcze cała puszka. Wypróżniwszy rożek, mogłem sobie powiedzieć, że trafiłbym teraz w wieżę kościelną nawet z odległości dwustu kroków.

Pod wieczór nadszedł Old Wabble z Benem i Willem. Spotkali się z Indianami koło naszego obozu i opowiedzieli mi jako najświeższą nowinę, że wojownicy mieli całkiem pokojowe zamiary; oddali wampum Krwawej Ręce, aby poniósł go dalej, i zawrócili natychmiast. Oczywiście zataiłem przed towarzyszami to, co uczyniłem.

Przenocowaliśmy na łące, a nazajutrz pojechaliśmy nad pobliskie mokradła. Leżały one w obszernej dolinie. Pośrodku znajdowało się jeziorko o błotnistych brzegach, dalej chaszcze i las rosnący na bagiennym, zwodniczym gruncie. Dolinę otaczały zewsząd wysokie, nagie, rozkruszone masywy skalne. Miała ona ze dwie godziny drogi wzdłuż i wszerz.

Zdjąwszy z muła pakunki, rozbiliśmy obóz i zapaliliśmy ognisko, przy którym miałem pozostać, aby pilnować koni. Moi towarzysze udali się na poszukiwania. Aż do południa panowała cisza. Nagle usłyszałem huk kilku strzałów, a wkrótce potem wrócił Ben Needler. Strzelił za wcześnie do klępy i rozgniewany Old Wabble przepędził go. Stary nadszedł z Littonem dopiero o zmroku, zawiedziony i wściekły.

– Tropów było dość – zrzędził – i to nie tylko łosi, lecz i czerwonoskórych, którzy musieli się tu zjawić przed nami i przepłoszyli zwierzynę. To jasne! Natknęliśmy się tylko na jedną krowę, ale ten głupiec Needler palnął z obu luf równocześnie i uciekła. Oto są skutki zadawania się z greenhornami! Żal mi jednak odbytej drogi i zostanę tu jeszcze dzień, dwa albo i dłużej, dopóki nie położę jakiego tęgiego, starego łosia.

Do mnie i do Bena nie odezwał się ani słowem i tak samo zachowywał się nazajutrz rano. Wyruszając, oświadczył, że będzie polował tylko z Littonem, a greenhorny zostaną w obozie, żeby czego nie sknociły. Mógł robić, co mu się podoba, ale my przyznaliśmy sobie po cichu to samo prawo. Kiedy tamci dwaj odeszli, przystąpiliśmy do wykonania planu omówionego w nocy. Jeśli Indianie przepłoszyli łosie, to zwierząt nie było już w dolinie – musiały się znajdować poza jej obrębem i tam ich należało szukać. Ponieważ polowanie nasze mogło potrwać do wieczora, zabraliśmy ze sobą muła, aby niósł potrzebne nam rzeczy, a ewentualnie i zdobycz.

Powędrowaliśmy do sąsiedniej doliny. Nie było tu ani jeziora, ani bagna, ani łosi, ale gdzieś w pobliżu musieli być jacyś ludzie. Nie widzieliśmy ich wprawdzie, lecz w pewnym oddaleniu dostrzegliśmy wyraźnie ich osła, który bez uzdy i siodła zajadał ze smakiem trawę. Gdzie byli jego właściciele? Postanowiłem ich odszukać i kiedy Ben podchodził ostrożnie do osła, ruszyłem z naszym mułem dalej. Domniemany osioł pasł się spokojnie, dopóki Ben nie zbliżył się do niego na sto kroków. Wtedy, zwietrzywszy człowieka, podniósł głowę, odwrócił się błyskawicznie i pobiegł wielkimi susami ku mnie, jakby wiedziony sympatią dla stojącego obok mnie swego krewniaka. Ale po co? Dalibóg, nie był to osioł, lecz dzikie zwierzę! Poznałem się na tym, chociaż byłem greenhornem. Ukląkłem czym prędzej za mułem, złożyłem się, wymierzyłem i pociągnąłem za cyngiel. Nieznane mi stworzenie skoczyło raz, drugi, trzeci i padło. Pobiegłem ku niemu, a z drugiej strony nadszedł Ben. Kula trafiła zwierzę pod łopatkę. Doszliśmy do wniosku, że zabiłem łanię. Przywiązaliśmy ją do juków na mule i ruszyliśmy dalej. Dolinę, otoczoną z obu stron niebotycznymi ścianami, zamykało dość strome wzgórze, coś w rodzaju przełęczy, za którą musiała być druga dolina. Ponieważ nasz muł dobrze się wspinał na skały, postanowiliśmy pójść prosto.

Dostaliśmy się z pewnym wysiłkiem na górę i przekonaliśmy się, że nie popełniliśmy omyłki, gdyż przed nami teren znowu opadał w dół. Dochodził stamtąd zgiełk ludzkich głosów. Chcąc się dowiedzieć, co tam się dzieje, poszukaliśmy miejsca, z którego można by spojrzeć w dół. Po obu stronach przełęczy znajdowały się wysokie, ale dosyć dostępne wzniesienia. Wdrapaliśmy się na jedno z nich, po lewej stronie. Needler wychylił się, ponieważ jednak miał bardzo jasne ubranie i z łatwością mógł to ktoś zauważyć, odsunąłem go i sam spojrzałem w dół.

Nie mogłem dojrzeć, co się dzieje tuż pod nami, ponieważ nie stałem dostatecznie wysoko, ale nieco dalej ujrzałem siedmiu indiańskich jeźdźców, którzy pędzili tyralierą, krzycząc na całe gardło. Wrzaski te zbliżały się i wzmagały tak, że stojący na dole muł zaczął niespokojnie strzyc uszami i machać ogonem. Musiałem posłać Bena na dół, żeby go uspokoił.

Nagle, rzuciwszy okiem na przeciwległe wzniesienie, oddalone mniej więcej o pięćset kroków, ujrzałem ze zdumieniem siedzącego tam Indianina. Był to To-ok-uh, Szybka Strzała, który skinął na mnie i położył prawą rękę na ustach, co u Indian jest znakiem nakazującym milczenie. Skąd się tu wziął i dlaczego miałem milczeć. Poprzednio nie był uzbrojony, a teraz trzymał na kolanach strzelbę. Hałas stale się wzmagał. Nagle usłyszałem pod sobą łoskot spadających kamieni i spojrzałem w dół. O Boże! Cóż to za potwór z głośnym, gniewnym parskaniem wspina się z tamtej doliny na przełęcz? Do kłębów miał ze dwa metry wysokości, krótkie, niezgrabne cielsko, długie nogi, zwisającą górną wargę i zjeżoną brodę. Wdrapał się z iskrzącymi ślepiami na brzeg przełęczy i ujrzawszy tuż przed sobą muła i Bena Needlera, odrzucił szkaradny łeb z potężnymi, szerokimi łopatami rogów i ruszył przed siebie.

Needler, ujrzawszy potwora, który wyrósł jak spod ziemi, wrzasnął ze strachu, odrzucił strzelbę i pobiegł, a raczej stoczył się na łeb, na szyję w dolinę, z której przyszliśmy przed chwilą. Muł okazał się odważniejszy od swego pana: dał susa i zjechał – szczęściem na wszystkich czterech nogach – z przełęczy.

Nie miałem czasu sprawdzić, czy obydwaj szczęśliwie wylądowali na dole, bo zwierz zwrócił się w moją stronę, nie widząc, że ma już wolną drogę przed sobą. Pędził w górę, potężnymi susami, wprost na mnie. Przeraziłem się nie mniej niż Needler. Strzelba wypadła mi z ręki i zacząłem uciekać. Skakałem z kamienia na kamień po skalistym zboczu, a potwór za mną. Naraz rozwarła się przede mną szczelina w skalnej ścianie, więc wsunąłem się w nią dosłownie w ostatniej chwili, gdyż zwierz włożył do środka głowę, na ile mu tylko rogi pozwalały. Parskał jak diabeł i czułem na twarzy jego gorący oddech. Ale strach ściganego zwierzęcia był większy od jego gniewu – po chwili cofnął się i pobiegł dalej. Przy tym odwrócił się lewym bokiem do wodza siedzącego naprzeciw i czekającego z zimną krwią na odpowiedni moment do strzału. Indianin złożył się i wypalił. Zwierz runął na ziemię.

To-ok-uh wyskoczył ze swej kryjówki, a ja ostrożnie wysunąłem głowę. Wódz obejrzał olbrzymie zwierzę i zawołał do mnie ze śmiechem:

– Niech mój brat tu przyjdzie! Ten peere padł od jego kuli, więc jest jego własnością.

– Od mojej kuli? – zapytałem zdumiony, wyłażąc z dziury.

– Tak – rzekł Indianin z chytrym uśmieszkiem, skinąwszy głową. – Jesteś At-pui, Dobre Serce. Za to, że nas chciałeś ocalić, staniesz się teraz sławny wśród swoich. Wojownicy Panasztów oddali wampum i przybyli przed wami do doliny łosi, gdzie ukryli swoją broń. Nie mogliście tam znaleźć innej zwierzyny oprócz dziecka łosia, które widzę na grzbiecie muła. Powiedziałeś mi otwarcie, że nie umiesz trafić do celu, ale teraz nie mów o tym nikomu. Chcę, aby towarzysze szanowali cię tak, jak ja cię miłuję. Usiadłem tu na skale i kazałem pędzić na siebie tego wielkiego łosia, ale gdy zobaczyłem ciebie, postanowiłem natychmiast ci go podarować. Niech będzie tak, jak gdybyś ty go zabił. Ciesz się sławą, dopóki rzeczywiście nie nauczysz się strzelać. Twój brat nie widział mnie i teraz nie zobaczy, gdyż zaraz odejdę. Ale oczy moje chcą jeszcze kiedyś ujrzeć ciebie. Howgh!

Uścisnął mi rękę, pobiegł w dół i zniknął po drugiej stronie przełęczy.

Oto była wdzięczność tak zwanego dzikiego człowieka! Odstąpił mi własną sławę myśliwską. Czy miałem ten dar odtrącić? Nie, byłem na to za słaby, za młody i zbyt mocno bolały mnie drwiny Old Wabble’a. Kłamałem wprawdzie, przypisując sobie cudze zasługi, lecz tak bardzo pragnąłem, aby stary westman pozazdrościł mnie, greenhornowi!

Zszedłem w dolinę, gdzie spotkaliśmy rzekomego osła. Daleko, bardzo daleko stał obok muła Ben Needler, któremu na szczęście nic się nie stało.

Skinąłem na towarzysza i zaprowadziłem go do powalonego łosia. Wcześniej podniosłem, oczywiście, strzelbę, a że Ben nie widział Indianina, był przekonany, że to ja zabiłem olbrzymiego zwierza. Można sobie wyobrazić zdumienie i zazdrość mego kolegi.

Żal mi się go zrobiło. Na pociechę, a także, jak otwarcie przyznaję, dla ulżenia własnemu sumieniu, zaproponowałem mu, aby powiedział Old Wabble’owi, iż to on zabił „dziecko łosia”. Układ ten ucieszył go tak, że mnie uściskał.

Musiałem zostać przy moim lupie, aby strzec go przed drapieżnymi zwierzętami, a Needler ruszył z mułem na mokradła po Old Wabble’a i Littona. Dopiero po południu sprowadził obu myśliwych, którzy nie widzieli na bagnach nawet końca ogona łosia. Stary stał oniemiały nad moim łupem, a wreszcie przyznał, że rzadko się widuje tak wielkie okazy. Zazdrość przebijała spod jego pozornej obojętności. Zmierzył mnie groźnym spojrzeniem przymrużonych oczu i powiedział:

– Well, rozumiem wszystko, sir. Gdy wtedy cztery razy spudłowaliście, żartowaliście sobie po prostu. To jasne! Lecz mam nadzieję, że nie zdarzy się to już nigdy, jeśli mamy być nadal przyjaciółmi.

Zostaliśmy nadal przyjaciółmi i niejeden celny strzał padł w czasie naszych wspólnych polowań. Zdawało się, że dar wodza zapewnił mi od razu dobry wzrok i pewną rękę. Od owego dnia moje kule biły tak szczęśliwie, że staremu nigdy na myśl nie przyszło, że historia z łosiem była zwykłą blagą. Z Szybką Strzałą spotykałem się później bardzo często, a jego ludzie nazywają mnie do dziś At-pui. Wiernie strzegł naszej wspólnej tajemnicy i dziś dopiero po raz pierwszy ją zdradzam. Tak, panowie, przyznaję się wam z całą pokorą, na jaką stać myśliwego, że mój pierwszy łoś nie był moim pierwszym łosiem. Ale też nie był ostatnim. Howgh!

Parker zamilkł, a słuchacze zaczęli rozprawiać o jego przygodzie. Każdy westman musi kiedyś zaczynać, nikt nie rodzi się mistrzem. Ja miałem także nauczycieli: najpierw zabawnego, małego Sama Hawkensa, a potem Winnetou, niezrównanego mistrza we wszystkim, czego Dziki Zachód wymaga.

Co do Old Wabble’a, to słyszałem o nim wiele, bardzo wiele, choć nie widziałem go dotychczas. Istniał rzeczywiście, a jednocześnie żył w legendzie. Opowiadano sobie setki jego pomysłów, roztrząsano jego czyny dowodzące, że był oryginałem, jakich mało. Nie wiedziano nigdy dokładnie, gdzie się znajduje i co robi. Ilekroć pojawiał się nagle tu lub tam, równie szybko znikał, mimo to opowiadano znowu o jakimś jego śmiałym czynie lub osobliwej przygodzie.

W młodości był „królem kowbojów”, a teraz, gdy dobiegał lat dziewięćdziesięciu, miał być rześki jak młodzieniec i tylko białe jak śnieg włosy, powiewające za nim podczas jazdy niby grzywa, świadczyły, jak długie było to niezwykłe, burzliwe życie.

Podczas opowiadania Parkera zapadła noc, a ponieważ ze względu na Komanczów nie można było rozniecać ognisk, położyliśmy się spać. Kiedy nazajutrz rano mieliśmy już wyruszyć, okazało się, że obawy Parkera były uzasadnione: komendant chciał koniecznie zatrzymać jednego z myśliwców jako zwiadowcę. Spotkał się jednak ze zdecydowanym oporem i uznał w końcu, że lepiej się wyrzec tego zamiaru. Zatrzymany siłą zwiadowca przyniósłby mu więcej szkody niż pożytku. Wobec tego pozwoliłem sobie na żart i ofiarowałem mu swoje usługi. Odmówił mi, machnąwszy pogardliwie ręką.

– Jedźcie z Bogiem, Mr Charley! – powiedział. – Człowiek, którzy zajmuje się poszukiwaniem spróchniałych gnatów, nie potrafi robić tego, czego wymagam od zwiadowcy. Grzebcie sobie dalej w starych grobach; nie mam ochoty obarczać się wami.

Dowiedział się zatem widocznie, co mnie rzekomo przygnało na Zachód. Well, to rozstanie było mi bardzo na rękę. Aby mnie przypadkiem nie poznano, odjeżdżając wisiałem na koniu tak nieporadnie, jak tylko mogłem, i przez cały ten dzień zachowywałem się tak, aby towarzysze nie zmienili o mnie zdania.

Tych dziesięciu ludzi zebrało się przypadkowo, jadąc znad Platte River. Udawali się teraz do Teksasu, każdy w innym celu. Nie tworzyli więc wcale zwartej, połączonej wspólnymi planami grupy.

Od obozu wojskowego do Mistake Canyon mieliśmy konno cztery godziny drogi, które przeszły bez przeszkód. Jozuemu Hawleyowi przypomniano wczorajszą obietnicę, a on przyrzekł solennie, że jej dotrzyma.

Tych kilka słów, które usłyszałem wczoraj z jego ust, wystarczyło mi, aby się domyślić, że to on właśnie był owym białym, który przez pomyłkę zastrzelił przyjaciela. Sprawa ta nurtowała go dotychczas i stąd wyraz melancholii na jego twarzy.

Jechaliśmy początkowo skalistym płaskowzgórzem, opadającym z wolna w dół. Następnie zatrzymaliśmy się nad głęboką czeluścią, do której prowadziła stroma ścieżka. Wąwóz ciągnął się w nieskończoność ku wschodowi, między wyniosłymi ścianami, wysokimi na kilkaset stóp. Na dnie szemrała woda, która z góry wydawała się czarna Jak atrament. Tam, gdzie zatrzymaliśmy się, na krawędziach skał rosły z rzadka kaktusy. Był to Mistake Canyon, a raczej jego początek. Kto rzucił okiem w groźną czeluść, ten musiał doznać wrażenia, iż tam na dole czyha na niego nieuniknione nieszczęście. Widziałem już przedtem wiele kanionów, ale żaden nie wydal mi się tak przerażający.

Zjechaliśmy stromą ścieżką i dostaliśmy się na dno wąwozu, gdzie zaczęliśmy wędrować wzdłuż strumienia. Wyglądał teraz zupełnie inaczej niż z góry. Gdy dotarliśmy do wielkiego nadbrzeżnego głazu, na którym załamywał się nurt potoku, Joz zszedł z konia, usiadł na kamieniu i powiedział:

– Otóż i miejsce, na którym chcę dotrzymać obietnicy. Zsiądźcie, panowie, a dowiecie się, w jaki sposób powstała legenda o duchu tego kanionu.

– O duchu? Pshaw! – roześmiał się Sam Parker. – Tylko głupiec wierzy w widma i duchy. Po prostu biały myśliwiec zastrzelił tu przez pomyłkę przyjaciela Apacza zamiast wroga Komancza. Tyle że nikt nie wie, kto to był i jak to się stało.

– Ja to wiem, ja jeden – rzekł Joz, przesuwając ręką po oczach.

– Ty? A więc wiesz coś o tej nieszczęsnej historii?

– Czy ja coś wiem? Tu, z tego kamienia, na którym teraz siedzę, padł wówczas z mojej strzelby ten fatalny strzał. Miałem oczy o trzydzieści lat młodsze, nie były jednak dość bystre, by odróżnić przyjaciela od wroga. Miałem przyjaciela, wiernego przyjaciela. Był nim Apacz, który nazywał się Tklisz-lipa, to znaczy Grzechotnik. Uratowałem mu kiedyś życie, a on przyrzekł mi pokazać miejsce, gdzie, jak mówił, miało się znajdować mnóstwo nuggetu. Znalazłem więc czterech dzielnych chłopców, nadających się do takiego przedsięwzięcia. Musieliśmy się zachowywać bardzo ostrożnie, ponieważ miejsce to leżało na terytorium Komanczów. Toteż nie wzięliśmy ze sobą koni. Tylko Apacz nie chciał się rozstać ze swoim mustangiem. Aby uniknąć wstępów, powiem, że po długiej wędrówce przybyliśmy na miejsce, tu, do kanionu. Widzicie te kaktusy na krawędzi skał? Dawniej rósł tam cały las kaktusów, w którym zbudowaliśmy sobie chatę. Tu nad wodą była nasza kopalnia.

Tklisz-lipa nie skłamał – skarb wydawał się naprawdę ogromny. Pracować mogły tylko cztery osoby jednocześnie, bo jeden z nas stał na straży, a drugi polował i starał się o mięso. Musieliśmy postępować z największą rozwagą, gdyż Awat-kuts, Wielki Bizon, wódz tutejszych Komanczów, był nie tylko krwiożerczym wojownikiem, ale i mistrzem w tropieniu. To oczywiste, że każdy z nas oprócz motyki i łopaty miał zawsze broń przy sobie.

Byliśmy tu już ze trzy tygodnie, kiedy pewnego dnia Apacz został na straży przy chacie, a Długi Dinters uganiał się za zwierzyną. My pracowaliśmy raźno na dnie wąwozu, a czerwonoskóry nudził się na górze, siedząc w słonecznej spiekocie. Zdjął ubranie i zwyczajem indiańskim nacierał sobie ciało tłuszczem niedźwiedzim dla ochrony przed robactwem. Wtem usłyszał za sobą szelest, obejrzał się i zobaczył groźnego wodza Komanczów, który z rozmachem zamierzał się na niego kolbą. Zanim Apacz zdołał uskoczyć w bok, kolba spadła na jego głowę z taką siłą, że stracił przytomność. Cios nie roztrzaskał mu czaszki tylko dlatego, że nosił osobliwą czapkę, ozdobioną ogonami lisimi i skórami grzechotników.

Awat-kuts zostawił go na razie w spokoju i wszedł do chaty, by ją splądrować. Znalazłszy worki napełnione nuggetem, zawiesił je sobie u pasa, po czym wyszedł, zrzucił swoją starą opończę z koca i zamienił ją na nową, zdjętą przez Apacza. Wpadła mu w oko także czapka ogłuszonego przeciwnika i włożył ją sobie na głowę. Następnie przywołał gwizdem swego krępego konika, którego zostawił w kaktusach, lecz widząc mustanga Apacza, pasącego się w pobliżu, uznał, że jest o wiele więcej wart. Wreszcie Komancz przystąpił do oskalpowania wroga, i to żywcem. Stanął nad nim w rozkroku, chwycił lewą ręką za włosy, wziął nóż w prawą rękę, nadciął skórę nad uszami, w poprzek czoła i z tyłu głowy, i silnym szarpnięciem próbował oderwać skalp, co mu się jednak niezupełnie udało. Grzechotnik pod wpływem okropnego bólu odzyskał przytomność i chwycił Komancza za ręce. Zaczęli się mocować. Wielki Bizon musiał jednak wyjść zwycięsko z tej walki, gdyż przeciwnikowi krew zalewała oczy.

Tymczasem Dintersowi udało się polowanie i objuczony zdobyczą wraca do domu. Znajduje trop Komancza i przestraszony, idzie ostrożnie za nim. Wyszedłszy z kaktusowego lasu, widzi dwóch walczących Indian i bierze Komancza za Apacza z powodu nowej opończy i czapki, które miał na sobie Wielki Bizon. Składa się czym prędzej i strzela do ociekającego krwią przyjaciela, ale nie trafia go z tak dużej odległości. Komancz odwraca się na odgłos strzału i spostrzega nowego wroga. Zostawiwszy strzelbę na ziemi, wskakuje na mustanga i ucieka. Grzechotnik oszalały z bólu i wściekłości ociera krew z oczu i widzi umykającego przeciwnika, a także zostawionego przezeń konia. Natychmiast dosiada wierzchowca i pędzi za Komanczom, odwijając w biegu lasso, które opasywało mu biodra. Długi Dinters patrzy na to w osłupieniu, nie mogąc zrozumieć, co się dzieje.

Ponieważ biały zamykał drogę z prawej strony, a na lewo jeżył się pas kaktusów, Komancz popędził w stronę kanionu, wiedząc, że prostopadłą prawie ścianą prowadzi w głąb niebezpieczna co prawda, ale możliwa do przebycia ścieżka. Nie wiedział, że tam na dole znajdują się cztery blade twarze.

Widzicie tam za wodą półkę skalną, taką wąską, ciągnącą się daleko krawędź? To właśnie ta ścieżka. Uciążliwa dla piechura i niezwykle niebezpieczna dla jeźdźca.

Zdziwiliśmy się więc niemało, kiedy z góry doleciał nas tętent cwałujących koni. Ujrzeliśmy najpierw głowy obu jeźdźców, lecz im niżej się spuszczali, tym dokładniej widzieliśmy ich postacie. Przodem biegł mustang Apacza, a jeźdźca wzięliśmy z powodu nowej opończy i czapki za Grzechotnika. Za nim pędził na nieznanym koniu wojownik, któremu zwisała z głowy skrwawiona czupryna i który z powodu napierającej z boku ściany skalnej usiłował na próżno zarzucić ściganemu lasso na głowę. Słyszeliśmy głos Apacza, który powtarzał: „Zastrzelcie go, zastrzelcie go!”. Porwałem za strzelbę. W tej chwili pierwszy jeździec dotarł na dno parowu, tam za strumieniem, i pędził dalej. Zaraz za nim nadjechał drugi, a mogąc teraz swobodnie władać lassem, zamachnął się do rzutu. Wypaliłem, jeździec krzyknął i spadł na wznak z konia, który pognał dalej sam. W kilka sekund byliśmy przy leżącym Indianinie. Wyobraźcie sobie nasze przerażenie, gdy poznaliśmy czerwonoskórego przyjaciela! Moja kula trafiła aż nadto dobrze. Umierający wskazał przed siebie i rzekł słabym głosem: „Darteh linocze Awat-kuts!” – Ten pies to Wielki Bizon! W chwilę potem już nie żył.

Hawley przerwał opowiadanie i zapatrzył się ponuro w jeden punkt. Uszanowaliśmy jego uczucia i także milczeliśmy. Dopiero po dłuższej chwili Joz dodał:

– Tak to zapłacono mu kulą za darowane nam złoto. Nazwaliśmy ten wąwóz Mistake Canyon i nazwa ta przetrwała do dziś. Historię owej pomyłki opowiadano często w mojej obecności, ale nigdy nie wyjawiłem, że to ja jestem jej bohaterem. Próbowałem sam się uporać ze swym nieszczęściem. Dziś jednak, kiedy znalazłem się znowu na tym przeklętym miejscu, chciałem zrzucić ciężar z serca. Powiedzcie, czy można mnie nazwać mordercą? – Nie, nie! – zawołali wszyscy. – Jesteś zupełnie niewinny. Ale co się stało z Komanczem? Czy umknął?

– Nie. Znaleźliśmy go nieopodal w rumowisku skalnym, gdzie koń mu się potknął i zrzucił go na ziemię. Był martwy. Takie to już prawo Dzikiego Zachodu. Nie mówmy już o tym.

– A złoto? A nugget? Chcemy przecież wiedzieć, jakie to skarby zabraliście z kanionu.

– O wiele mniej, aniżeli można było przypuszczać po świetnym początku. Zdawało się, że anioł zemsty ukrył złoto w głębi ziemi. Złotego kruszcu było z każdym dniem mniej, aż w końcu całkiem go zabrakło. Kopaliśmy jeszcze przez całe tygodnie, ale na próżno. To, co zebraliśmy, nie wystarczyło na długo i wyczerpało się szybko przy grze i winie. Jedno mi tylko zostało i nie opuści mnie nigdy, a mianowicie wspomnienie chwili, kiedy moja kula strąciła z konia Apacza. Ten obraz mam ciągle przed oczami, a uszy rozdziera mi jego śmiertelny okrzyk. Jedźmy – rzekł. – Mam dreszcze. Nie chcę dłużej patrzeć na to miejsce.

Wstał powoli, ociężale i otrząsnął się, jak gdyby chciał się pozbyć ciężkiego brzemienia.

Dosiedliśmy koni i pojechaliśmy dalej. Kanion był tak długi, że dopiero po upływie godziny dotarliśmy do wylotu. Stało tam kilka olbrzymich kaktusów, obwieszonych owocami. Zaledwie Parker je spostrzegł, zatrzymał konia i wskazując na mnie, rzekł do towarzyszy:

– Przyznacie chyba, moi panowie, że warto wiedzieć, czy można liczyć na człowieka, z którym się podróżuje. Mr Charley przyłączył się do nas i pewnie nie opuści nas tak rychło. Możemy w każdej chwili spotkać się z Komanczami, co nas zmusi do chwycenia za strzelby. Czy nie sądzicie, że trzeba by zażądać od niego kilku strzałów na próbę?

– Tak, tak, niech strzela, niech pokaże, co umie! – wołano, przyznając rację Parkerowi. Tylko Joz Hawley milczał.

– Czy słyszeliście, sir? – rzekł Parker, zwracając się do mnie. – Mam nadzieję, że nie będziecie się wzbraniali dać nam dowodu swojej zręczności.

– Nie – odpowiedziałem. – Ale pod warunkiem, że nie tylko ja będę poddany próbie.

– No, a któż jeszcze?

– Oczywiście, że wy.

– Ja-a-a? – zapytał przeciągle.

– Wy i inni dżentelmeni, to chyba oczywiste.

– Oczywiste? A niby po co? Prawdopodobnie strzelacie tak jak ja wówczas, kiedy przybyłem do Old Wabble’a. Byłbym chętnie już wczoraj zrobił małą próbę, ale nie chciałem was zawstydzać przy żołnierzach. Teraz jesteśmy sami i nie mamy świadków, którzy by się z was śmieli.

– Well, do czego będziemy strzelać?

– Tam, może o sto pięćdziesiąt kroków, stoją kaktusy, a na nich wiszą owoce. Ciekaw jestem, czy strącicie któryś z nich.

– A wy to potraficie, Mr Parker?

– Do pioruna, co za pytanie! Czy wątpicie o tym? Nie jesteście widać westmanem, bo nie wiecie, że takie powątpiewanie jest obrazą.

Cała sprawa zaczynała mnie bawić. Old Shatterhand miał pokazać, że umie strzelać! Odpowiedziałem z uśmiechem:

– Więc i wy, jak mi się zdaje, nie jesteście westmanem.

– Ja? Nie jestem westmanem! Do wszystkich diabłów! Sam Parker nie jest westmanem! Skąd wam to przyszło do głowy?

– Ponieważ tak samo obrażacie mnie, żądając ode mnie próby.

– Pshaw. To całkiem co innego. Jeździcie na koniu pociągowym i szukacie starożytności. A my jesteśmy westmanami.

– Nie wiem, czy rzeczywiście nimi jesteście. Żądacie ode mnie próby strzelania, bo mnie nie znacie. Ja was także nie znam i mam tak samo prawo sprawdzić, jak umiecie się obchodzić z bronią. Będę strzelał, owszem, lecz tylko pod takim warunkiem, że wy mi pokażecie, czegoście się w życiu nauczyli.

Patrzył mi przez pewien czas prosto w oczy z niesłychanym zdumieniem, po czym wybuchnął śmiechem, a jego towarzysze zawtórowali mu.

– Czego się nauczyliśmy? – zawołał. – To nadzwyczajne! Nieprawdaż, moi panowie? Sam Parker ma pokazać, czego się nauczył! To nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy w życiu!

– Oho! – zaprzeczyłem. – Opowiadaliście wczoraj, że musieliście przed Old Wabble’em złożyć egzamin wtedy, kiedy na trzydzieści kroków umieliście trafić w wieżę kościelną, lecz nie w sępa.

– Tak, wtedy tak było! Ale teraz jest inaczej. Teraz Sam Parker nie potrzebuje zdawać egzaminów jak uczniak. Ale słyszeliście może, że żaden westman nie omija sposobności do dobrego strzału, dlatego zgadzam się na waszą propozycję, chociaż jest ona bardzo dziwaczna. Czy zgadzacie się, panowie?

Ponieważ wszyscy przystali na tę propozycję, zsiedliśmy z koni. Postanowiłem źle strzelać i pozwolić im się naśmiewać ze mnie do woli. Później ja mogłem ich wyśmiać. Nawet jeżeli tak dobrze grałem komedię, że brali mnie rzeczywiście za oryginała szukającego starych grobów, to, jako westmani, powinni mieć na tyle bystre oczy, żeby nie uważać mego karego ogiera za konia pociągowego.

Zaczęło się marnowanie prochu. Parker i Hawley nie strzelali po mistrzowsku, ale jednak dość dobrze, reszta zaledwie znośnie. Moje trzy kule chybiły i trafiły w skałę tak daleko od celu, że wzbudziło to ogólną wesołość, a Parker powiedział tonem nagany:

– Tak przypuszczałem! Kto miota kulami o dwadzieścia kroków w bok, ten nie powinien być taki pyskaty, aby kazać strzelać Samuelowi Parkerowi! Nie bierzcie mi tych słów za złe, sir, ale okropnie się zblamowaliście. Nie traficie nigdy ani do zwierzyny, ani do Indianina i bądźcie zadowoleni, że spotkaliście nas. Podobacie mi się mimo wszystko i nie mamy nic przeciw temu, żebyście zostali z nami, dopóki nie dojdziecie do okolic, gdzie będziecie mogli jechać bezpiecznie sami.

Dosiedliśmy koni i pojechaliśmy dalej. Ani mi przez myśl nie przeszło brać za złe staremu westmanowi, że nazwał mnie pyskatym. Może niezbyt delikatnie się wyraził, ale przecież w tej sytuacji niczego innego nie mogłem po nim oczekiwać.

Minęliśmy kilka płaskowzgórzy, a potem zjechaliśmy w dół ku Rio Pecos. W tym tempie mogliśmy tam dotrzeć nazajutrz wieczorem. Niebawem pokazały się tu i ówdzie miejsca pokryte trawą, potem zielenią liści rozmaitych jagód, a po południu przybyliśmy na podmokłe łąki, na których rosły zrazu rzadkie, a potem coraz gęściejsze krzaki. Wreszcie, kiedy słońce zaczęło się chylić ku zachodowi, dotarliśmy do rzeczki płynącej w dolinie, gdzie rosły już drzewa. Było tam pod dostatkiem paszy dla koni i kilka miejsc nadających się na nocleg.

Parker, odgrywający – choć nie ustaliliśmy tego – rolę dowódcy, wybrał polanę otoczoną krzakami, którą z jednej strony zamykał potok. Wybór był wcale niezły, zwłaszcza że obozowisko okazało się dostatecznie obszerne i mogło pomieścić również konie. Dzięki temu mogliśmy je mieć przez całą noc przy sobie i nie potrzebowaliśmy ich pilnować. Kiedy zsiedliśmy z siodeł i rozłożyliśmy się wygodnie, Parker i Hawley poszli na polowanie. Wrócili późnym wieczorem i przynieśli kilka dzikich indyków, które zaraz upieczono. Chrustu na ogień było pod dostatkiem. Zjadłem swoją porcję mięsa, po czym odszedłem na skraj zarośli, gdzie przywiązałem konia i położyłem się obok niego.

Tamci rozmawiali, jak to westmani, o swoich zwykłych sprawach, a że mnie one nie interesowały, wołałem być sam. Od chwili próby strzeleckiej trzymałem się stale na uboczu i tylko Joz podjeżdżał do mnie czasem, by chwilę porozmawiać. Teraz siedział cicho obok towarzyszy, wtrącając tylko krótkie uwagi do rozmowy. Po jakimś czasie wstał i podszedł powoli do mnie.

– Czy wolno mi przysiąść się do was, sir, czy też wolicie być sami?

– Siadajcie, Mr Hawley!

– Well! Jestem wam wdzięczny, że nie uważacie mnie za mordercę, i mam wrażenie, że was polubię. Nie jesteście wprawdzie geniuszem w sprawach Zachodu, ale macie w sobie coś, co mnie do was ciągnie, coś... coś... no, tak to jest, jakbym miał pragnienie i zobaczył nagle wodę. Taka czysta i jasna jest wasza twarz. Chętnie człowiek na nią patrzy. Toteż złościła mnie ta próba strzelania, oczywiście ze względu na was. Szkoda, że nie wypadła lepiej i żeście się tak ośmieszyli. Czy was to nie gryzie?

– Nie.

– Nie? To dziwne. To przecież nie zaszczyt tak chybiać.

– Ale także nie hańba.

– Owszem, do pewnego stopnia jest to hańba.

– Zdolności nie są równo między ludzi rozdzielone. Kto nie jest dobrym strzelcem, ten zwykle celuje w czymś innym.

– Może to i racja, ale czy to coś przyda się tu, na Zachodzie. Nie chciałem was jednak urazić, mówiąc o tym, przeciwnie, życzę wam wszystkiego dobrego sir i chciałbym się wam na coś przydać. Ale dajmy temu spokój. Nie lubię frazesów.

Położył się i wyciągnął wygodnie.

Tamci przy ognisku rozmawiali tak głośno, że kiedy indziej nie dopuściłbym do tego, ponieważ jednak nie wiedzieli, kim jestem, nie przyjęliby ode mnie rozkazów ani rad. Nie było wykluczone, że w pobliżu znajdują się Komancze. Moi towarzysze wiedzieli o tym, a ja, po otrzymaniu kartki od Winnetou, byłem tego pewien. Głośna rozmowa była takim samym dowodem nierozwagi jak rozniecenie ogniska. Blask ognia, widoczny przez zarośla, mógł nas zdradzić. A poza tym wprawny nos Indianina potrafił zwietrzyć woń dymu o kilkaset kroków. Postanowiłem więc mieć oczy i uszy otwarte, dopóki się ogień nie wypali.

Leżałem tak, by móc jednym uchem łowić wszelkie szmery, ze wzrokiem utkwionym ciągle w zarośla. Wtem zauważyłem, że mój koń przestał się paść i w znany mi, szczególny sposób przechylił na bok głowę. Wciągał powietrze, parskał z cicha, a potem odwrócił się do mnie. Ktoś zbliżał się z tej strony i tym kimś był na pewno biały. Gdyby kary wyczuł Indianina, nie byłby parskał. To wynikało z jego indiańskiej tresury.

– Isz hosz! – rzekłem półgłosem.

Kary zrozumiał rozkaz i położył się na ziemi. Ostrzegł mnie i nie okazywał już niepokoju. Człowiek, który się zbliżał, nie mógł wiedzieć, że zostałem uprzedzony o jego nadejściu.

Był najprawdopodobniej sam i nadchodził pieszo. Musiał poczuć dym i zostawił konia w ukryciu, aby nas podejść. Nie obawiałem się jednak, przeciwnie, każde spotkanie z białym powinno być dla nas korzystne. Należało przypuszczać, że wybada, kim jesteśmy, a potem wróci po konia i przyłączy się do nas.

Wiedziałem już, skąd się zbliża. Odwróciłem się więc w tym kierunku i przymknąłem oczy, aby spod opuszczonych powiek obserwować zarośla. Przybysz nie powinien był spostrzec, że go śledzę.

Blask ognia przezierał przez krzaki, oświetlając jasnym konturem gałęzie. Zauważyłem, że się nieznacznie poruszają. Ktoś pełzał powoli i bardzo ostrożnie. Nic nie było słychać, zwłaszcza że moi towarzysze wciąż rozmawiali głośno. Przybysz dostał się nareszcie na skraj zarośli, lecz że trudno mu było przebić wzrokiem listowie, musiał usunąć przynajmniej jedną gałązkę. Złamać jej nie mógł, gdyż trzask na pewno byśmy usłyszeli. Byłem pewien, że ją utnie. I rzeczywiście w pół minuty później zobaczyłem, że ubyło tam trochę liści.

Kiedy ze zdwojoną czujnością utkwiłem wzrok w tym miejscu, ujrzałem dwa fosforyzujące punkty. Były to oczy, co mógł rozpoznać tylko westman o wzroku zaprawionym przez długie ćwiczenia. Na zachodzie żyją setki myśliwców, którzy nigdy nie osiągną sztuki widzenia w ciemności oczu zwiadowcy. Samo ćwiczenie, choć konieczne, nie wystarcza tutaj – trzeba mieć pewne wrodzone zdolności.

Nad oczyma nieznajomego zwisało jasne pasmo, jak skrawek białego welonu. Musiał to być człowiek stary o śnieżnych włosach. Nagle krzyknął głośno, poderwał się i wyskoczył z krzaków.

– Parker! Tu jest Sam Parker! – wołał. – To stary znajomy i nie mam potrzeby się chować!

Siedzący przy ogniu zerwali się z przestrachem. Joz powstał także, tylko ja nie ruszyłem się z miejsca.

– Old Wabble! Old Wabble! – krzyknął Parker, lecz spostrzegłszy, że wymienił żartobliwe przezwisko, poprawił się natychmiast: – Fred Cutter! Wybaczcie, wymknęło mi się, Mr Cutter! Ale tak nas zaskoczyliście...

Był to zatem Old Wabble, którego od dawna chciałem poznać i o którym mówiliśmy wczoraj. Tak, stał tutaj w blasku ognia, zupełnie taki, jak mi go opisano. Był nadzwyczaj wysoki i chudy. Nosił ostrogi o ogromnych kółkach, a chude nogi tkwiły w legginach, mających co najmniej sto lat. Bardzo brudna koszula nie osłaniała szyi i piersi, a na niej zwisała w szerokich fałdach bluza o trudnej do określenia barwie. Stary kapelusz o bardzo szerokich kresach leżał mu prawie na karku, a spod niego wyglądała chusta, której końce opadały na plecy. W uszach połyskiwały duże, srebrne kolczyki. Za pasem tkwił stary nóż, a w kościstej ręce – strzelba, której marki nie mogłem na razie rozpoznać. Twarz miał zupełnie taką, jak ją nam Parker wczoraj odmalował. Najbardziej charakterystyczne były włosy króla kowbojów, wymykające się spod kapelusza i chusty jak srebrna grzywa, sięgające ramion.

Potoczył dookoła badawczym wzrokiem, machnął ręką z wyższością i rzekł łaskawie do Parkera:

– Shaw. Wiem, że mnie tak nazywają, i nic nie mam przeciwko temu, że i wy to czynicie. Jesteście diablo nieostrożni. Palicie ogień, który czuć na dwadzieścia mil, a krzyczycie tak, że słychać was jeszcze o dziesięć mil dalej! Gdyby na moim miejscu było pół tuzina czerwonoskórych, mogliby was w ciągu minuty pogasić. To jasne. Są ludzie, którzy nigdy w życiu nie zmądrzeją. Skąd wy właściwie jedziecie, chłopcy?

– Z Gila – odrzekł Parker.

– A dokąd zmierzacie?

– Nad Rio Pecos.

– To się dobrze składa. Mogę was tam potrzebować. Czy natknęliście się może na obóz wojskowy o kilka godzin drogi do Mistake Canyon?

– Nocowaliśmy tam.

– Czy żołnierze są tam jeszcze?

– Tak.

– To dobrze, to bardzo dobrze! Muszę do nich pojechać, chociaż już raz tam byłem.

– Słyszeliśmy o tym.

– Mam do nich gorącą prośbę, potrzeba mi ich pomocy. Opowiem wam o tym, ale najpierw pójdę po konia. Kiedy poczułem dym, zostawiłem go, aby łatwiej was podejść. Zaraz wrócę.

Przeskoczył przez potok i zniknął, a moi towarzysze stali osłupiali ze zdumienia. Kiedy nieco ochłonęli, zaczęli się rozpływać w zachwytach nad nim, ja zaś milczałem w dalszym ciągu. Koń mój leżał na ziemi, a że w tej pozycji nie mógł się paść, zawołałem: sziszi! Zerwał się natychmiast i zaczął skubać trawę.

Po jakimś czasie wrócił Old Wabble, prowadząc konia za uzdę. Przeskoczył z nim potok i puścił go wolno, a sam usiadł przy ognisku i rzekł:

– Ognisko jest właściwie za duże, ale ponieważ dopiero co przyszedłem i wiem, że okolica jest bezpieczna, może się na razie palić. Jak długo chcecie tu zostać?

– Tylko przez tę noc.

– Zostaniecie tu jeszcze jutro i na następną noc.

– Dlaczego?

– Zaraz wam powiem. Chciałbym jednak dowiedzieć się przedtem, kim wy wszyscy jesteście. Sama Parkera znam, bo zastrzelił ze mną pierwszego łosia.

Parker wymienił nazwiska, a potem wskazał na mnie i rzekł lekceważąco:

– A tamten to Mr Charley, uczony, poszukiwacz grobów indiańskich.

Leżałem nadal spokojnie. Old Wabble spojrzał na mnie i rzekł:

– Grobów indiańskich? To szczególne zajęcie! Ale także westman?

– Nie – ciągnął Parker. – Strzelał dzisiaj trzy razy na próbę i chybił na dwadzieścia kroków.

– Hm, znam to, widziałem takich badaczy, którzy przyjeżdżali na sawanny, by pisać książki o mowie i pochodzeniu tego lub owego plemienia. Bywałem ich przewodnikiem i chorowałem ze złości. Żaden z nich nie umiał wziąć do ręki noża ani strzelby. Na nic im te wszystkie mądrości, to jasne. A teraz zadam wam jedno pytanie, Parker. Czy chcielibyście zdobyć kilka tuzinów skalpów indiańskich?

– Czemu nie? O jaki szczep chodzi?

– O Komanczów.

– I owszem, Mr Cutter. Czy to łatwa sprawa?

– Nie bardzo. Można przy tym porządnie oberwać. Czy się boicie?

– Nie, lecz zwykłem grać w otwarte karty. Uważam, że powinniście nam powiedzieć, o co chodzi.

– Czy słyszeliście nazwisko Old Surehand? Wszyscy się zdumieli słysząc nazwisko słynnego westmana, a Parker zapytał prędko:

– Old Surehand? A więc o niego idzie?

– Yes. Czy go znacie?

– Oczywiście, wszyscy go znamy ze słyszenia. To najlepszy strzelec na całym Dzikim Zachodzie.

– No, to może przesada. Kula jego wprawdzie nigdy nie chybia, ale Winnetou i Old Shatterhand strzelają co najmniej tak samo pewnie. Poznałem Old Surehanda niedawno i mam dla niego wiele szacunku. Rozstaliśmy się, bo ja musiałem się udać w okolice fortu Santon, on zaś podążył nad Rio Pecos, aby odszukać tam Winnetou i poznać się z nim i z Old Shatterhandem. Wkrótce po naszym rozstaniu dowiedziałem się, że Komancze wykopali topór wojenny. Old Surehand nie wiedział o tym, a że droga jego prowadziła ich szlakiem, znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie. Zawróciłem czym prędzej, aby go ostrzec. Bez trudu go odnalazłem, gdyż wiedziałem, którędy zamierzał jechać. Niestety, mieliśmy diabelnego pecha. Rozmawialiśmy ze sobą nie dłużej niż kwadrans, kiedy zaskoczyła nas gromada Komanczów.

– Do stu piorunów! A dużo ich było?

– Przeszło stu.

– A was tylko dwóch? I mimo to zdołaliście umknąć?

– Ja tak, ale on nie zdążył – odrzekł Old Wabble i na jego twarzy pojawił się przebiegły uśmiech.

– Zostawiliście go samego?

– Yes.

– Do diabła! Czy to przyzwoicie z waszej strony?

Starzec wyprostował się i wyniosłym tonem zapytał:

– Czy macie zamiar mnie, Fredowi Cutterowi, zwanemu Old Wabble, czynić wyrzuty? No, no, nie dorośliście do tego, zapamiętajcie to sobie. Odrobina chytrości często warta więcej od tony prochu. Tak, wziąłem nogi za pas. Dlaczegóż by nie? Opór by się na nic nie zdał i Old Surehand poddał się dobrowolnie. Widziałem, że nie był ranny. Czy miałem się także poddać? Wtedy bylibyśmy obaj w niewoli, jeden nie mógłby pomóc drugiemu i nikt nie dowiedziałby się o naszym losie. Komancze zarżnęliby nas przy palu męczarni i dopiero po naszej śmierci rozeszłaby się wieść, że dostaliśmy się w ich ręce i że otrzymaliśmy od nich bilet do Wiecznych Ostępów. Nie, takich byków Old Wabble nie strzela. Wolałem uciec. Kule ich goniły mnie wprawdzie, lecz nie dogoniły. Teraz jestem wolny i mogę pomóc Old Surehandowi uwolnić się. Czy to nie lepsze, niż gdybym się dał pojmać z nim razem?

– Być może, Mr Cutter, lecz będą gadali, że Old Wabble ucieka przed Komanczami. Czy będzie wam to miłe, sir?

– Tylko głupiec może mi robić takie zarzuty. Rozumny i doświadczony westman wie, co o tym myśleć. Co trudniejsze: poddać się bez oporu, czy też utorować sobie drogę przez setki czerwonoskórych?

– Pewnie, że to drugie.

– A zatem czemu wygadujecie takie głupstwa? Na pewno odbiję Old Surehanda.

– Spodziewam się, ale jak sobie poradzicie? To trudne i niebezpieczne zadanie.

– Wiem o tym dobrze, ale czy mam zostawić na łasce losu dzielnego myśliwca? Przyszli mi od razu na myśl dragoni obozujący za Mistake Canyon i jadę, by ich sprowadzić na pomoc.

– Czy zechcą pójść?

– Myślę, że się będą wzbraniali, gdyż wojują z innym szczepem Komanczów, lecz dopóty będę prosił i groził, dopóki się nie zgodzą.

– A czy zdążycie?