Było i nie było - Ryszard Marian Mrozek - ebook
Opis

Dwóch dzieciaków budujących prawdziwy samolot, powojenna tułaczka po terenach ZSRR, skaner w ciągu chwili posyłający ludzi na drugą półkulę, czyli zbiór kilkunastu opowiadań o najróżniejszym charakterze. W tym swoistym silva rerum czytelnik znajdzie między innymi:

• historię trzyletniej tułaczki komendanta partyzantów Armii Krajowej,
• napisaną z przymrużeniem oka dokładną historię ucieczki Józefa i Maryi do Egiptu z malutkim Jezusem,
• krótki tekst o Słowackim,
• opowiadania zawierające dyskusje i sądy polityczne oraz filozoficzne.

Książka idealna dla osób lubiących krótkie, ciekawe formy, przy lekturze których można miło spędzić czas, a jednocześnie wzbogacić wiedzę.

Wczesnym rankiem ktoś zastukał do jego drzwi. Był to żołnierz sowiecki, który powiedział Wiktorowi, że u nich jest pewien oficer, z zawodu nauczyciel, który chciałby z nim porozmawiać. Poszedł z mundurowym do sąsiedniego domu, a tam przy stole zamiast nauczyciela siedziało dwóch oficerów NKWD. Znaleźli na liście jego nazwisko i pytają:
– Wy oficer?
– Tak.
– Wy komandir partizantów?
– Byłem nim.
– Wam nada iść z armią Polszy!
(…)
Następnego dnia podjechał samochód i zabrał go, ale nie do polskiego wojska, a na razie do Majdanka, na teren byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Czekała go długa droga nie na wojnę, a do obozów w ZSRR.


Ryszard Marian Mrozek urodził się w 1930 roku w Jakubowie, gdzie skończył pierwszą klasę szkoły powszechnej. Przez resztę dzieciństwa i lata młodzieńcze mieszkał w Cegłowie. Ukończył szkołę średnią o profilu ogólnym. Był długoletnim pracownikiem poligrafii w resorcie Ministerstwa Obrony Narodowej. Jego zamiłowania to książki i turystyka, głównie górska. Autor książek: Historia jednego życia, Rama Singh, Trzydzieści srebrników, Źdźbło w garażu, Intro ligare, Niewidka i inne opowiadania oraz tomiku poezji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Znaki czasu

Możemy sobie wyobrazić, że przez życie człowieka płynie rzeka czasu, która oddziela przeszłość od teraźniejszości i młodość od starości. My stoimy na jednym jej brzegu, a na drugim, we mgle oddalenia, majaczą obrazy naszych wspomnień.

Czasem przechodzimy przez most pamięci na drugi brzeg i błądzimy wśród cieni, próbując rozpoznać i ożywić znane niegdyś kształty. Dlaczego to robimy? Może dlatego, że mamy świadomość, iż nie wzięliśmy się znikąd?

Wspomnienia nie wrócą minionego czasu, ale przypominają, co nam dało życie i jak ten dar wykorzystaliśmy. Biedny jest ten, który nie ma czego wspominać. Jego życie jest jak księga, w której znajdziemy treść bez początku.

Przez most pamięci przechodzę na brzeg przeszłości.

Pierwsze wspomnienia

W głębi duszy majaczą mi jeszcze i drżą

Cienie wspomnień, na Lety snujące się fali

I budzą śpiące pieśni na drzemiących strunach,

Rozbłyskują znienacka zimnych ogni skrą,

Karuzelą się kręcą i znikają w dali,

Unoszone galopem konia na biegunach.

 

Wiele lat minęło od czasu, gdy opuściłem Jakubów, w którym się urodziłem, ale niektóre wspomnienia kilkuletniego dziecka żywo zapisały się w pamięci. Chciałbym je przywołać i ożywić. Czy to mi się uda?

Niespełna trzyletni brzdąc. Co taki może pamiętać? Więc na początek to, co o mnie opowiadała Mama.

 

Stoję w sieni i dobijam się do drzwi, bo jeszcze nie mogę dosięgnąć klamki.

– Kto tam? – pyta Mama.

– Ja!

– Co za „ja”?

– Ysio!

– Jaki tam znowu Rysio? Co za Rysio? Nie znam żadnego Rysia!

Mama otwiera, a ja poważnie zapewniam, że na pewno jestem Rysio.

Inny obrazek. Siedzę w kuchni na podłodze, mam przed sobą czarny futerał od skrzypiec Tatusia, w jednej garści kredę, w drugiej szmatę i rysuję. Dwa łuki przecinające się na jednym końcu to ogon, na drugim duża kropka. Oko.

– Mama, to yba!

– O, jaka piękna ryba! To pewnie wieloryb?

– Tak! Lololyp!

Ruch szmatą, kreda idzie w ruch i znowu:

– Mama, yba!

Jeszcze nic innego nie umiałem rysować.

Później różne historie mi się przytrafiały, ledwo stanąłem na nogach, wszędzie było mnie pełno, bo miałem dużo inicjatywy. Niekiedy nawet aż za dużo.

Pewnego razu zaginęły klucze od szafy, kredensu i szuflad, wszystkie razem były zawieszone na drucianym kółku. Obszukaliśmy całe mieszkanie i nigdzie ich nie było, ja też pomagałem szukać. Mama powiedziała, że zginęły jak wrzucone w wodę. Poszedłem więc na podwórko zajrzeć do koryta z wodą przy studni, gdzie się poiło krowy, jednak tam też ich nie było. Ale w końcu same się znalazły, jak mama z popielnika spod kuchni wybierała popiół. Wtedy pogroziła palcem, patrząc na mnie surowo, jakby sobie pomyślała, że pewnie to ja te klucze tam wsadziłem.

A raz, jak mi opowiadała Mama, to ja sam się zgubiłem. Nigdzie mnie nie można było znaleźć, bo gdzie taki maluch mógł zawędrować? Szukali w domu, w stodole, w chlewiku i oborze, pytali sąsiadów, a mnie ciągle nie było. Wreszcie komuś przyszło do głowy, żeby zajrzeć do psiej budy. Spałem tam przytulony do futra podwórzowego psa Morusa, który hojnie podzielił się ze mną swoimi pchłami.

Inna historia: Kiedyś, gdy byłem już nieco starszy, zostałem sam w mieszkaniu, nudziło mi się, więc szukałem, czym by się tu zająć. W torebce Mamy znalazłem szminkę i sam nie wiem, jak to się stało, że na kapeluszu Tatusia pojawił się piękny, duży, czerwony krzyż. Jak on to zobaczył, bardzo się złościł i krzyczał, że nie wiadomo czym to się teraz wyczyści. Za to mama się nie gniewała, tylko się okropnie śmiała i powiedziała, że Tatuś teraz będzie miał w czym iść na procesję, bo w tym kapeluszu będzie wyglądał jak biskup. Tyle wiem z opowiadań mojej Mamy, a resztę, co jest poniżej, gdy już byłem nieco starszy, wygrzebuję z własnej pamięci.

 

Dni szczęśliwe! Gdy zachwyt dziecka chciwych rąk

Chwytał życie, jak pyłek ze skrzydeł motyli,

Gdy przeszłość się zdawała błyskiem jednej chwili

A przyszłość miała barwy wszystkich kwietnych łąk!

 

Niewiele miałem zabawek. Szmaciana lalka Kaśka wypchana trocinami, klocki, piłka, kółko na kiju, drewniany koń na biegunach… Co do Kaśki, to zdarzyła się dziwna historia: zapodziała się gdzieś i długo nie można jej było znaleźć. Dopiero Tatuś po prawie pół roku znalazł ją, jak sienniki napełniał świeżą słomą; była w łóżku rodziców, schowana pod siennikiem. Kiedy wszyscy się zastanawiali, jak się tam znalazła, powiedziałem, że pewnie sama się schowała, bo usłyszała, jak nasza gospodyni, pani Gójska, mówiła, że Rysio to nie dziewczyna, żeby się bawić lalkami.

A jak dostałem rowerek na trzech kółkach, dzieciaki zbiegały się, żeby zobaczyć to cudo i żebym dał się przejechać.

Rozrywek mi nie brakowało, jak to na wsi. Zaraz za stodołą była łąka, a tam, w rowie z wodą, można było zobaczyć żabę albo kijanki, w trawie skakały koniki polne i pasły się krowy i cielątka. A jak na młockarni młócono zboże, można było się przejechać na drągu od kieratu, czasem włazić na bróg z sianem, zajrzeć do chlewika, gdzie pokwikiwały takie śmieszne, małe prosiątka… Wieś to nie miasto, gdzie dziecku nie zawsze samemu pozwolą wyjść na dwór. Można powiedzieć, że moim przedszkolem była cała wieś, to, co się w niej znajdowało. I to ona miała spory udział w moim wychowaniu, bo ledwo nauczyłem się chodzić, łaziłem, gdzie mnie nie posiali.

Latem, jak były żniwa, dumnie jechałem na wozie wysoko naładowanym górą snopków, a w czasie sianokosów na sianie. A kiedy nasza gospodyni, pani Gójska, co mieszkała po drugiej stronie sieni, w piecu chlebowym piekła chleb, prosiłem, żeby z wyskrobków ciasta z dzieży upiekła mi taki mały chlebek, co się nazywał wyskrobek.

U niej w kuchni stała centryfuga, taka maszyna do oddzielania mleka od śmietany. Do baniastego pojemnika na wierzchu wlewało się mleko. A jak się kręciło korbą, to za każdym jej obrotem coś dzwoniło i z jednej rurki do wiadra leciało mleko, a z drugiej do innego, mniejszego naczynia ciurkała śmietana.

Jak się przy tej maszynie zbierały sąsiadki, żeby z niej po kolei korzystać, można się było nasłuchać różnych ciekawych rzeczy. Pewnego razu jedna z nich opowiedziała straszną historię:

– Wiecie, co żem słyszała? W Mińsku zrobili elektryczny pociąg do Warszawy! A w nim drzwi same się zamykają; tak się zasuwają – tu pokazała rękami, jak. – I żem słyszała, że raz, jak się zamykały, to jedna kobieta z dzieckiem nie zdążyła wejść i te drzwi przecięły ją na wpół, razem z dzieckiem! A ten pociąg to jeździ na elektrycznym drucie!

– A niech nas Pan Bóg broni przed takimi nowościami!

Kiedyś wcześniej już jechałem z Mamą pociągiem, co prawda nie elektrycznym, ale ten drut dał mi do myślenia. Jak to pociąg jeździ po tym drucie zamiast po szynach? Jaki jest ten drut i dlaczego on jest elektryczny; czy to widać, że jest elektryczny? U nas wysoko nad podwórkiem był przyczepiony taki długi drut, przez pół podwórka, do drutu był przyczepiony łańcuch z kółkiem, a z drugiej strony do tego łańcucha był przyczepiony Morus, co na tym drucie mógł sobie latać po podwórku, jak mu się znudziło siedzieć w budzie. Ale pociąg, to jak on mógł latać po drucie? A jakby ten drut od Morusa był elektryczny, to co by było?

 

Na jesieni była robota ze lnem, a to też było ciekawe. Najpierw międlenie, potem czesanie, a później kądziel mocowało się na kiju u kołowrotka i baby przędły z niej długie nitki. Można było przy tym z tej kądzieli ściągnąć trochę kłaków i zrobić sobie wąsy. A jak się te wąsy przylepiało pod nosem? No, im kto się lepiej usmarkał i miał lepsze gluty, to tym te wąsy się lepiej trzymały.

A w zimie to pani Gójska w swojej kuchni rozstawiała wielki warsztat tkacki do robienia płótna, co przez cały rok był rozebrany i gdzieś schowany. Najpierw na wałku nawijało się i naciągało dużo nitek, co już były uprzędzone, i to była osnowa, a później takie czółenko ze szpulką z nitkami latało z jednej strony na drugą i tak się robiło płótno. A jak się u pani Gójskiej robiło masło, to ja też pomagałem ubijać śmietanę w maselnicy, aż chlupało!

 

Moimi najlepszymi przyjaciółmi byli Stefcio Kowalik i Jasio Ślusarczyk. Mieszkaliśmy dość daleko od siebie, ale wszędzie chodziliśmy razem. Kiedyś usłyszeliśmy, jak nasz gospodarz, pan Gójski, powiedział, że z nas już urosły stare chłopy, więc pewnego razu zachciało się nam udawać starych chłopów.

Czapki założyliśmy mocno na bakier, na jedno ucho, (podpatrzone u Wróbla, parobka pana Gójskiego), objęliśmy się za ramiona i tak idąc drogą wzdłuż płotów, śpiewaliśmy głośno (też podsłuchane u parobka): „Umówiłem się z niom nadziewiunte, nadziewiunte, tak samo jak i dziś!”. Co prawda nie wiedzieliśmy, z kim się umówiliśmy i co to jest „nadziewiunte”, ale dobrze się nam śpiewało i sprawiało to niemałą uciechę i nam, i tym, co wyjrzeli na drogę, żeby zobaczyć, kto się tak popisuje i zobaczyli nas tak maszerujących.

Opowiem jeszcze inną historyjkę. Tatuś nauczył mnie piosenki, a ja nauczyłem ją Stefcia:

 

W murowanej piwnicy

tańcowali zbójnicy,

kazali se piknie grać

i na nóżki spozirać,

a ja krzywe nogi mom,

co podskoczę, to się gnom!

 

Śpiewając to, skakaliśmy, wyobrażając sobie, że jesteśmy prawdziwymi zbójnikami na krzywych nogach. Ale śpiewać mogliśmy tylko w jednym miejscu, u Stefcia. Dlaczego u niego? Ano dlatego, że koło jego domu za płotem była wielka, sklepiona murowana piwnica na kartofle i inne rzeczy. Gdybyśmy wtedy znali znaczenie słowa profanacja, z pewnością uznalibyśmy za profanację śpiewanie tego w miejscu innym niż w murowanej piwnicy, skoro w piosence jest mowa o takiej właśnie.

Ale to się skończyło, gdy pewnego razu pochwaliłem się Stefciowi, że ja jestem prawdziwy zbójnik, bo słyszałem, jak Mamusia komuś mówiła, że mam krzywe nogi. Stefcio zaraz pobiegł do swojej mamy zapytać, czy i on ma krzywe nogi. Dowiedział się, że ma proste, więc trochę się na mnie obraził, że ja mam krzywe nogi, a on nie i te nasze wokalne popisy się skończyły. Bo co z niego za zbójnik, skoro nie ma krzywych nóg?

 

W całej wsi, wszędzie i w każdym domu, czułem się u siebie. Łaziłem, gdzie chciałem, nie myśląc, żeby powiedzieć, dokąd idę, i rodzice często chodzili po sąsiadach i pytali, czy ktoś widział Rysia. Ale we wsi wszyscy się znali i zawsze ktoś wiedział, gdzie jestem.

Jeden z gospodarzy lubił się ze mną przekomarzać. Pewnego razu pokazał mi „placek” zrobiony przez krowę i zapytał, czy wiem, co to jest.

Wiedziałem, ale wstydziłem się powiedzieć, więc pokazałem i wyjaśniłem, że to jest to. Ale on koniecznie chciał żebym powiedział, jak się to nazywa, a ja w kółko: to jest to, to, to, zobacz, o to! I tak gorliwie pokazywałem „to” aż sobie „tym” pobrudziłem palec i z płaczem pobiegłem do Mamy, a on się tylko zaśmiewał.

 

Mężczyzna w wieku pięciu lat skłonny jest uwierzyć w wiele rzeczy, jeśli mówi mu je ktoś starszy. Od Świętego Mikołaja dostałem piękne, lśniące łyżwy. Jak mi Tatuś przykręcił je do butów, zaraz poleciałem na pobliską sadzawkę, gdzie ślizgały się dzieciaki. Myślałem, że to łatwe, bo widziałem, jak się wszyscy ślizgają, ale ledwo postawiłem nogi na lodzie, wyłożyłem się jak długi. Wszyscy zaraz mnie otoczyli, a jeden starszy chłopak powiedział pogardliwie:

– Te, to masz nowe łyżwy? Twoje?

Odpowiedziałem, że moje.

– Przewracasz się, bo one som nowe i się świecom. Zobacz, moje som lepsze, bo stare, zardzewiałe, wyjeżdżone i nauczone do ślizgania. Chcesz się zamienić? To byś się nie przewracał.

Powiedziałem, że chcę.

– Jak dasz złotówkę, to się zamienimy!

Widziałem, że chłopaki mają stare łyżwy, jeśli je w ogóle któryś miał, a niektórzy mieli drewniane, takie swojej roboty, z grubym drutem pod spodem, przywiązane do butów sznurkiem. Więc poszedłem do domu, żeby Tatuś dał mi tę złotówkę, bo chcę się zamienić na łyżwy. Jak się Tatuś dowiedział, o co chodzi, skrzyczał mnie i zaraz poszedł powiedzieć temu chłopakowi, co o nim myśli. Ale jego już tam nie było.

 

Dostałem w prezencie od kogoś motyczkę do grzebania w ziemi. Kilku starszych chłopaków podeszło do mnie, widząc, jak paraduję z nią na ramieniu.

– Fajna motyka, twoja?

– Moja!

– A już ją oblewałeś? Jak się ma co nowego, musowo to oblać!

Słyszałem kiedyś, jak pan Gójski mówił, że razem z sąsiadami oblewali nową obórkę, co ją ktoś postawił, ale o oblewaniu motyki nie słyszałem.

– No to jak, oblewamy? – zapytał chłopak. – Bo jak nie, to ci ją ukradną.

Nie chciałem, żeby ją ukradli, więc się zgodziłem.

Wtedy te chłopaki, a było ich czterech, kazali mi tę motykę położyć, stanęli kołem i sięgnęli do rozporków, co widząc, ja też… Potem się pochwaliłem Tatusiowi, że motykę już mam oblaną, a jak powiedziałem, jak ją oblewaliśmy, to on bardzo się z tego śmiał.

Innym razem zaczepiło mnie paru starszych chłopaków. Powiedzieli, że organista się żeni i da mi cukierków, jak mu powiem taki wierszyk:

 

Winszuję, winszuję, a nie przestanę,

aż od pana organisty cukierków dostanę.

 

Zaprowadzili mnie tam, gdzie mieszkał organista, i dopilnowali, żebym wszedł. Poszedłem i powiedziałem ten wierszyk, jak mnie nauczyli. Pan organista się zdziwił i zapytał, kto mnie tego nauczył, więc przez okno pokazałem tych chłopaków. Jak wyszedłem już czekali, żeby się ze mnie wyśmiewać, ale pokazałem, że w kieszonce fartuszka naprawdę mam trochę cukierków. Ale im nie dałem – jak chcą, niech sami pójdą powiedzieć ten wierszyk, to też dostaną; jednak nie poszli. Pan organista później powiedział o tym mojemu Tatusiowi, co był nauczycielem w szkole, i obaj się uśmiali.

 

Latem chodziliśmy się kąpać. Niedaleko kościoła, po lewej stronie drogi wiodącej na cmentarz, był wielki staw. Z perspektywy naszego pięcioletniego wzrostu wydawał się ogromny jak jezioro. Chodziliśmy się kąpać na drugi brzeg, ten dalszy od drogi, bo tam było płytko. Siedząc na trawie, rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach, między innymi o tym, że kąpać się można dopiero po Świętym Janie, bo on jest Chrzciciel i jak pokropi wodę święconą wodą, to się człowiek nie utopi.

Jasio dodał, że wtedy tą wodą trzeba się jeszcze przeżegnać, bo to odpędza utopców, co za nogi wciągają pod wodę. Więc czekaliśmy na dzień Świętego Jana i wcześniej się nie kąpaliśmy. A to nasze kąpanie i pływanie polegało na tym, że na płytkiej wodzie łaziło się rękami po dnie i chlapało nogami.

Zapytałem Tatusia, czy to prawda, że po Świętym Janie człowiek się nie utopi, jak się kąpie. Tatuś powiedział, że to prawda, ale przede wszystkim wtedy, jak ten człowiek umie pływać, jest płytko i kąpie się blisko brzegu. I przy tym powiedział do Mamy coś, czego nie zrozumiałem; że czasem jeden człowiek umiałby drugiego nawet w łyżce wody utopić.

Więc mogłem powołać się na autorytet Tatusia, potwierdzając że to o Świętym Janie, to jest prawda. I o tej łyżce wody też powiedziałem i zastanawialiśmy się, jak to może być. Jasio powiedział, że to chyba jest tak, że jak się wodę pije łyżką, to można się udławić tą wodą, co w niej jest, jak w gardle poleci do nie tej dziurki i tak się utopić. Zgodziliśmy się z tym.

Czasem do zabawy dołączały się dziewczyny; zapamiętałem z nich tylko trzy: Halinę i Gabrysię (nazwisk nie pamiętam) oraz Irkę Zawadzką, córkę kierownika szkoły, który potem zginął w Katyniu. Na Irkę czasem mówiliśmy Ićka-Cićka. Niekiedy dołączały się inne dziewczyny, a ponieważ niektóre dzieci miały rodzeństwo, to bywało, że zbierała się nas spora gromadka i było wesoło.

Były jednak zabawy (czy może rodzaje sportu?), w przypadku których uważaliśmy, że dziewczyny są do niczego. Było to rzucanie kamieniem, kto dalej i celniej rzuci, mocowanie się, kto mocniejszy i położy drugiego, kto wyżej i dalej siknie, kto dalej i wyżej skoczy. No i dziewczyny bały się myszy, żab i kijanek. A jak taką nastraszyć i do ucha krzyknąć „mysza!” – to dopiero było! A raz, kiedy jednej takiej wpuściliśmy za kołnierz chrabąszcza, to chłopcy pękali ze śmiechu…

Bieganie po murowanym parkanie otaczającym kościół to już była poważniejsza sprawa. Parkan, chociaż dosyć szeroki, murowany, miał skośny wierzch pokryty czerwonymi dachówkami, więc bieganie po nim „kto prędko od jednej furtki do drugiej i nie zleci” było trochę ryzykowne. W razie utraty równowagi trzeba było umieć z niego tak zeskoczyć, żeby się nie potłuc. Po jakimś czasie nabraliśmy w tym wprawy.

Czasem bawiliśmy się w strażaków, bo mieli ładne świecące hełmy, a w remizie sikawkę do pompowania wody w czasie pożaru. Wtedy każdy z chłopaków był jednocześnie i strażakiem, i koniem. Lecieliśmy przez wieś, każdy sam się poganiał patykiem po tyłku i wrzeszczał: „Do ognia, do ognia, do ognia!”. A ja byłem koniem od Wociala, bo słyszałem, jak kiedyś nasz gospodarz mówił, że Wocial ma najlepsze konie we wsi, bo je karmi owsem. Jak to powiedziałem chłopakom, każdy chciał być koniem od Wociala.

A jak się bawiliśmy w strażaków, to żeby być jak prawdziwe konie, też próbowaliśmy jeść owies, żeby prędzej lecieć do pożaru, ale nie dało się go pogryźć. Słyszałem kiedyś, jak ktoś mówił o jakiejś dziewczynie, że ma końskie zęby. Zapytałem Mamę, czemu ja też nie mam końskich zębów, ale Mama się skrzywiła i powiedziała, że ja to mam pomysły. No pewno, że mam, każdy ma…

 

Było jednak coś, co my trzej – ja, Stefcio i Jasio – trzymaliśmy w tajemnicy, nikogo w to nie wtajemniczając, nawet naszych rodziców. Zapewne dopiero ja pierwszy, grubo po pół wieku, wyjawiam tę tajemnicę. Chodzi o… wchodzenie na kościelną wieżę. Tak, to nie jest żart!

Kościół miał wysoką wieżę, a my już jako sześciolatki, kiedy jeszcze nie chodziliśmy do szkoły, naprawdę tam właziliśmy, i to nawet niejeden raz, aż do belek, na których wisi dzwon (a może dzwony, nie pamiętam), uważając to za świetną, godną prawdziwego mężczyzny, wyprawę. Nie pamiętam, kto z nas pierwszy na to wpadł, pewnie jak zwykle ja, a jak to się stało, opowiem.

Za pierwszym razem to był przypadek. Wałęsając się po wsi, nudząc się i nie mając pomysłu, co robić, przypadkiem zajrzeliśmy do kościoła, który akurat był otwarty i nikogo w nim nie było.

Drzwiczki na chór, zwykle zamknięte na kluczyk, też były otwarte. Więc prędziutko, krętymi schodkami na górę… Jaki chłopak by tego nie zrobił, skoro tam były różne ciekawe rzeczy, jak organy, a za nimi pomieszczenie, gdzie się kalikowało, czyli za pomocą dźwigni pompowało skórzane miechy organów, kiedy organista grał w czasie nabożeństwa?

Zajrzeliśmy więc na zaplecze organów, a tam akurat stała drabina, której przedtem nie było, przystawiona do jakiegoś otworu na górze. Drabiny są do włażenia, więc kto by na nią nie wlazł, skoro można było wleźć, żeby zobaczyć, co jest w tej dziurze?

Nie pamiętam, czy wyżej była jeszcze jedna drabina, czy dalej leźliśmy po belkach, a mieliśmy już wprawę w łażeniu po płotach, aż dotarliśmy do takich wielkich, łukowatych u góry okien z poprzecznymi deseczkami, a tuż blisko prawie mogliśmy się dotknąć do dzwonu. Przez te deseczki przeciskaliśmy czapki tak, żeby upadły przed wejściem do kościoła, a później szybciutko na dół, żeby je sprzątnąć, zanim ktoś inny by je znalazł.

Te wycieczki powtarzaliśmy kilka razy, jak tylko się nadarzała okazja, ale wreszcie sposobności się skończyły. Oto bowiem pewnego razu, jak byliśmy tam na górze, zawędrowaliśmy aż na strych nad sklepieniem kościoła, a ten strych miał taką wypukłą podłogę, i tam, na środku tej podłogi tego strychu, Stefcio wypatrzył jakąś okrągłą pokrywę i zawołał mnie i Jasia. Odsunęliśmy tę pokrywę i w tej dziurze hen, tak głęboko, że się aż w głowie zakręciło, zobaczyliśmy podłogę i ławki. Pewnie przestraszyliśmy się, że tam wpadniemy, bo czym prędzej uciekliśmy i już więcej na wieżę nie wchodziliśmy, jakoś nam się odechciało. I całe szczęście, bo takie wycieczki mogłyby się wreszcie źle skończyć.

 

Jeszcze coś mi się przypomniało.

Kiedyś nasza gospodyni, pani Gójska, jechała wozem do wsi Czarnej, gdzie miała kogoś z rodziny, i za zgodą moich rodziców wzięła mnie ze sobą. Zapamiętałem to i jakiś czas później zaproponowałem chłopakom, żebyśmy się wybrali do tej Czarnej.

– To niedaleko – mówiłem – to tylko cztery kilometry.

Jakoś nikt z nas nie pomyślał, po co mielibyśmy tam iść i co tam zobaczyć. O kilometrach mieliśmy jeszcze nader mgliste pojęcie, bo to było jakieś takie „stąd do tamtąd”, a ponieważ cztery palce to niedużo, jak się na nie popatrzyło i po jednym policzyło do czterech, to i w kilometrach nie powinno być daleko.

Wobec tego umówiliśmy się następnego dnia rano; dołączyły się do nas jeszcze dwie dziewczyny: Irka Zawadzka i jeszcze jedna, której imienia nie pamiętam, może Halina. Stefcio powiedział, że słyszał, że na wycieczkę trzeba zabrać ze sobą czosnek. A dlatego, że diabeł nie lubi czosnku, trzeba go zjeść, żeby po drodze nic nam złego nie zrobił.

Następnego dnia okazało się, że o czosnku pamiętałem tylko ja, więc Jasio, jako dumny posiadacz kozika w drewnianych okładkach, ten mój malutki ząbek czosnku podzielił mniej więcej sprawiedliwie na pięć części, które niezwłocznie spożyliśmy, i już byliśmy gotowi na zdobywanie świata.

Idziemy drogą i idziemy, i wypatrujemy tej Czarnej, już nas nogi rozbolały, a jej ciągle nie widać. Stefcio powiedział, że może ta wieś już była, i tylko jej po drodze nie zauważyliśmy, ale on chce odpocząć i już wracać do domu. Jak doszliśmy do jakiegoś strumyka czy rowu z wodą, usiedliśmy, zdjęliśmy sandałki i nogi wsadziliśmy do wody. Siedzimy i siedzimy, i smętnie myślimy, że do Czarnej pewnie jeszcze daleko i już nie warto do niej iść.

A jak pomyśleliśmy, że do domu też daleko, to wcale nie chciało nam się wstawać i dalej siedzimy, czekając nie wiadomo na co.

Jakaś starsza kobieta z pobliskiej chaty zobaczyła, że tak siedzimy i siedzimy, przyszła i zapytała, cośmy za jedni i co tu robimy.

Jak się dowiedziała, że wybraliśmy się z Jakubowa do Czarnej i nie możemy do niej dojść, bo nogi nas bolą, a dwoje z nas jest dziećmi nauczycieli, zabrała nas do chałupy, dała chleba i mleka, a później kazała chłopakowi zaprząc konia do wozu i zawieźć nas do Jakubowa. I jeszcze powiedziała, że tą drogą to byśmy nie doszli do Czarnej, bo ona jest w innej stronie.

Jak wreszcie przed wieczorem dojechaliśmy do Jakubowa, tam już był sądny dzień! Cała wieś nas szukała! Długo i boleśnie pamiętaliśmy tę naszą wycieczkę…

Jak się wydało, że z wycieczką to był mój pomysł, Tatuś zapytał, co mi przyszło do głowy, żeby iść do Czarnej, ale sam tego nie wiedziałem. Może pomyślałem, że jak się gdzieś idzie, to trzeba wiedzieć gdzie, a skoro na myśl przyszła mi akurat Czarna, to czemu by nie tam?

 

Młodości moja! a czy ty pamiętasz,

Gdym po raz pierwszy próg szkoły przekroczył?

Gdym pierwszy raz otworzył elementarz

I w atramencie stalówkę umoczył?

Inaczej wtedy zaczął płynąć czas…

Lecz po cóż pytać, czy jeszcze pamiętasz?

Wszak się pamięta każdy pierwszy raz…

 

Płynęły lata, my dorastaliśmy i nastał czas, kiedy wezwała nas szkoła, w której mój Tatuś był nauczycielem, ale uczył w innej klasie. Pomijam opowieści o zeszytach pełnych kleksów spływających ze stalówki i łzach, kiedy nie mogłem się doliczyć, ile mi pozostanie orzeszków, jeśli miałem trzydzieści sześć, a wiewiórka zabrała siedemnaście.

Od czasu, gdy pierwszy raz zająłem miejsce w czteroosobowej ławce z pochyłym pulpitem, półką na książki pod spodem i dwiema dziurami na kałamarze z atramentem na wierzchu – minęła jesień, potem zima. Pewnego wiosennego dnia po drodze do szkoły przypomniałem sobie, że zapomniałem odrobić lekcje. Niewiele myśląc, usiadłem pod płotkiem pomnika stojącego w pobliżu szkoły, wyciągnąłem zeszyt i ołówek i zacząłem pospiesznie pisać, zeszyt łzami skrapiając. Można się domyślić, co to było za pisanie.

Jakaś „dobra dusza” musiała o tym donieść, bo to mnie pierwszego nasza pani Jadwiga zaczęła przepytywać. Jak zobaczyła te moje „lekcje”, słowem się nie odezwała. Myślałem, że już mi się upiekło, ale potem, jak wszyscy już pakowali zeszyty, powiedziała surowym głosem, że Rysio, żeby na przyszłość pamiętał o swoich obowiązkach, po lekcjach posiedzi sobie przez dwie godziny w kozie, zamknięty na klucz!

Kiedy wszyscy wyszli i już mnie zamknęli, jak pomyślałem, co powiem w domu, dlaczego nie przyszedłem na obiad, trochę sobie popłakałem, ale niedługo byłem sam. Szkoła znajdowała się w chałupie, okna miała nisko i ktoś zastukał w szybę. To był Stefcio Kowalik – chciał, żebym otworzył okno.

Jak wlazł do środka, nieco sobie pogadaliśmy, potem pokazał, że na drodze znalazł kawałek szkła i jak się zastanawialiśmy, na co nam się to przyda, powiedziałem, żeby wyskrobać z ławki tego kleksa z atramentu, co się na niej zrobił.

Gdy go mocno wyskrobaliśmy, to miejsce po kleksie zrobiło się za białe, nie pasowało do reszty, więc skrobaliśmy dalej, żeby wyrównać. Obrobiliśmy tak swoją połowę ławki. Dalej Stefcio nie chciał.

– My naszą połowę mamy ładną – powiedział – a Rogucha-Klucha i Strzelec-Widelec, jak chcą, to swoją niech sami sobie poskrobią.

Wszędzie było pełno wiórów z tej ławki, ale powiedziałem, że jutro rano woźny je pozamiata. Porozmawialiśmy jeszcze trochę i nawet było nam wesoło, ale wreszcie Stefcio powiedział, że już musi iść i wylazł oknem, tak jak przyszedł.

Jeśli myślicie, że ktoś był nam za to czyszczenie ławki wdzięczny, to jesteście w grubym błędzie, bo zostałem dobitnie (i to nie tylko w przenośni, ale dosłownie „dobitnie”!) przez Tatusia przekonany, że nie powinienem był tego robić. Stefciowi nic nie było, bo nikt go tam nie widział, a ja go nie wydałem.

Jak już dorosłem i kiedyś wspomniałem to zdarzenie Tatusiowi, on mi zdradził, że ta koza była jego pomysłem, dla przykładu, że wszystkie dzieci są traktowane jednakowo, bez różnicy, czy chodzi o dziecko nauczyciela, czy o jakieś inne.

Po wielu latach odwiedziliśmy z siostrą moją nauczycielkę z pierwszej klasy, panią Jadwigę Czyżewską. Mieszkała w Warszawie na Grochowie, przy ulicy Paca, była już niedołężna i schorowana, nie wstawała z łóżka. Jej mąż zginął w powstaniu, była pod opieką kogoś z rodziny. Jak powspominaliśmy o dawnych czasach, przypomniałem też, jak wsadziła mnie do kozy. Zrobiło jej się przykro, bo myślała, że jej to wypominam, ale powiedziałem, że tamto zdarzenie traktuję z humorem jako coś w rodzaju pasowania na rycerza i wyróżnienie.

 

I jeszcze coś: Pewnego razu jednemu chłopakowi, jak ciął sieczkę, obcięło palec czy palce. Teraz mieliśmy poważny temat do rozważania: czy to bardzo boli, jak się utnie palec, czy wtedy bardzo leci krew, ile wtedy jej wyleci i czy od tego można umrzeć. Następnego dnia Jasio powiedział, iż słyszał, że to nie boli, tylko rwie. Więc nowy temat do dyskusji. Jak się utnie palec, to co jest lepsze: żeby bolało czy żeby rwało? I jak to jest z tym rwaniem? Czy to tak boli, jakby się tych palców nie obcinało, tylko wyrywało z ręki jak marchew albo pietruszkę? Zapytałem Tatusia, co jest lepsze, bolenie czy rwanie, ale on na mnie nakrzyczał, że jak będę się bawił sieczkarnią w stodole, to sam się przekonam, co lepsze.

Po ukończeniu przeze mnie pierwszej klasy z Jakubowa przeprowadziliśmy się do Cegłowa, a wkrótce zaczęła się wojna, która w moim życiu zaczęła zapisywać inne historie.

Młodzi wynalazcy

Do jakiego morza płynie tamta rzeka?

Na jaką dolinę spogląda tamten szczyt?

Dokąd nas zawiedzie ta droga daleka?

Jak wysoko na niebie rozpala się świt?

Ciekawość niby demon gna po świecie człeka

I sprawia, że on nigdy wiedzy nie jest syt (…)

 

Można zaryzykować twierdzenie, że w owym czasie – w czterdziestych latach XX wieku – w Cegłowie, w tym niby-miasteczku, niby-wsi, który po upadku powstania styczniowego w 1863 r. w ramach carskiej represji utracił prawa miejskie, niewielu było chłopców w wieku dziewięciu, dziesięciu lat tak interesujących się techniką, jak dwaj przyjaciele: Rysio i Sławek.

Rysio był synem nauczyciela, a Sławek – kowala, nieraz więc mieli okazję zaglądać do kuźni i przyglądać się pracy przy kowadle. Nieobcy był im widok kucia podkowy i podkuwania konia, nakładania na drewniane koło do wozu gorącej żelaznej obręczy; czasem podymali miechem albo próbowali sił, współzawodnicząc ze sobą, kto więcej razy jedną ręką podniesie nad głowę najcięższy młot kowalski. Sławek miał siostrzeńca Lutka, w podobnym wieku jak on sam. Siostrzeńca, czyli, że on był jego wujkiem. Czasem koledzy żartowali sobie z nich: „Lutek, wujek cię woła!”.

Lutek, mieszkający pod lasem, w pobliżu swego podwórka miał atrakcję: niewielki stawek, w którym czasem w letni dzień dzieciaki pływały, jeśli ktoś umiał albo udawał, że umie, bo woda sięgała im najwyżej do piersi.

 

W tej chwili Rysio i Sławek siedzą oparci o drewnianą ścianę domu, grzejąc bose nogi na słońcu, i oglądają małe dynamko od roweru, kombinując, co by można z tym zrobić. Obaj nie bardzo wiedzą, co to jest prąd, tyle tylko, że płynie po drucie, ale go nie widać i sprawia, że żaróweczka się świeci. Cóż, Cegłów jeszcze tkwi w epoce lamp naftowych i miną lata, zanim elektryczność w ich domach stanie się czymś powszednim.