Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Baśń roślinna, która wymyka się prostemu podziałowi na literaturę „dla dzieci” i „dla dorosłych”. Bylinki opowiadają o dojrzewaniu, wspólnocie i uczeniu się własnej sprawczości w świecie, który bywa piękny, ale też nieprzewidywalny i groźny. Historia Szarotki i Lilijki – istot na wpół ludzkich, na wpół roślinnych – rozpoczyna się w momencie zakwitnięcia, gdy bohaterki wchodzą do społeczności zamieszkującej górską krainę. Katastrofalna burza staje się dla nich doświadczeniem granicznym: uczy, że nie wszystko da się naprawić, a prawdziwa siła tkwi w relacjach, trosce i uważności wobec innych istnień. To książka niespieszna i zmysłowa, traktująca czytelniczki i czytelników poważnie, bez uproszczeń i moralizowania. Wielogłosowa narracja oddaje głos nie tylko bohaterkom, lecz także wodzie, światłu, mchom i kamieniom, budując świat poprzez rytm, obraz i doświadczenie natury jako żywego, współodczuwającego organizmu. Dopełnieniem opowieści są ilustracje Julii Koźmin, które współtworzą sens, zamiast jedynie towarzyszyć fabule.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 109
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Na grzbiecie jaskółki mknęła w chłodnym powietrzu przedświtu mała zielona istotka. Przenikliwy wiatr kąsał ją w policzki i szarpał za długie miedziane włosy. Obiema zielonymi dłońmi trzymała się połyskliwych piór na karku ptaka. Wolała nie spadać z takiej wysokości.
Jaskółka wykonała nagły zwrot i skierowała się ku trawiastej grani poniżej. Istotka przytuliła się mocniej do grzbietu ptaka. Przymknęła zielone powieki i wciągnęła rześkie powietrze głęboko w nozdrza. Zapach przybierał na sile.
Słodka nuta przebijała się wyraźnie ponad wonie stężałego od chłodu wapienia i zziębniętej murawy. Lecąca postać wtuliła twarz w miękki kark jaskółki.
– Niżej – szepnęła do ptasiego ucha.
Jaskółka zniżyła lot. Teraz mknęły tuż nad łagodnymi zboczami, które wybrzuszały się co jakiś czas mlecznobiałą skałą albo opadały w przepaść spękaną bladą ścianą. Zapach stawał się tak słodki, że aż drażniący.
– Tutaj – rzuciła zdecydowanie. Podniosła głowę i otworzyła oczy. Szarozielona tkanina płaszcza zafurkotała na wietrze.
Jaskółka dała nura w stronę porytej szczelinami skalnej półki. Pęd powietrza wycisnął z oczu zielonej istotki chłodne łzy. Tuż nad skałą ptak wyhamował rozpostartymi skrzydłami, wyciągnął przed siebie nóżki i wylądował miękko. Pasażerka zwinnie zeskoczyła z jego grzbietu. Rozejrzała się po występie skalnym, pogrążonym jeszcze w ziarnistym półmroku.
Z początku niewiele widziała, bo oczy wciąż miała zasnute łzami. Zamrugała i zrobiła kilka kroków naprzód, ostrożnie stąpając bosymi stopami po zmarzniętej skale. Występ był nieduży, od zachodu wciskał się pod trawiasty nawis, a od wschodu otwierał na przepastny krajobraz. Poniżej bory bukowo-jodłowe falowały głębokim cieniem aż po horyzont, na którym właśnie zaczynało świtać. Jeszcze chwila i zza spiętrzonych wzgórz wystrzelą pierwsze promienie słońca.
Zielona istotka ponownie wciągnęła powietrze. Zapach był nie do odparcia.
Im więcej światła padało na miejsce, w którym stała, tym wyraźniej dostrzegała kępki traw wyrastające ze szczelin, okruchy ziemi zgromadzone w zagłębieniach, szarawe plechy porostów przylepione do skały, a kawałek dalej...
Podbiegła w stronę przepaści. Przyklękła przy niewielkiej rozecie podłużnych liści pokrytych drobnym meszkiem. Przyłożyła dłoń do miejsca, z którego wyrastały, i poczuła ledwo uchwytne pulsowanie. Podniosła wzrok i rozejrzała się ponownie. Nieopodal dostrzegła skupisko podobnych rozet, a między nimi srebrzystobiałe kwiaty. Powędrowała spojrzeniem dalej. Szukała czegoś więcej.
W tym momencie zza falistej linii horyzontu trysnęły promienie słońca. Wszystko utonęło w świetle, które odbijało się od bladej skały, spływało po źdźbłach traw i wsiąkało w szczeliny.
Na tle całego tego blasku odcinała się maleńka postać siedząca na samej krawędzi przepaści.
Gdy pojawił się pierwszy promień słońca, kropelka rosy przytulona do szerokiego źdźbła trawy zadrżała całą sobą. Światło błysnęło na jej powierzchni i wpadło do środka. Kropla poruszyła się w sobie, rozparła od wzbierającej energii. Jeszcze chwila, jeszcze trochę i będzie mogła wyparować, ulecieć w świat ruchliwymi cząsteczkami.
W tym momencie źdźbło, trącone zieloną stopą, zadygotało potężnie. Poruszona kropla spłynęła na sam czubek. Przytrzymała się jeszcze resztkami napięcia, ale zaraz uległa własnemu ciężarowi. Wydłużyła się, a potem już kształtną kulką runęła w cienistą przepaść.
Lecąc, spłaszczyła się od spodu, wklęsła w przejrzysty grzybek. Zaczęła przelewać się raźno z boku na bok. Wreszcie, z całego tego rozpędu i przelewania, rozprysła się na dwie mniejsze kropelki.
Uwolniona od ciężaru drugiej połówki zwolniła nieco. Jednak w następnej chwili porwał ją wartki strumień powietrza i uniósł z powrotem w górę, ku promieniom słońca. Więcej nie było jej trzeba. Gdy tylko wleciała w snop światła, zaczerpnęła z niego i oboma kulistymi ciałkami w jednej chwili wyparowała.
Szarotko – rozległ się szemrzący głos.
Drgnęła. Coś się w niej poruszyło. Gdzieś głęboko, u samych korzeni swojej istoty poczuła, że to do niej, choć słyszała to słowo po raz pierwszy. Po raz pierwszy słyszała jakiekolwiek słowo.
Podrapała się w zielone przedramię pokryte srebrzystym meszkiem. Zostało jej go trochę za paznokciami. Miała ochotę zdrapać go w całości, wszystko zaczynało ją swędzieć. Ale tylko zacisnęła pięść i objęła ramionami zgięte kolana. Poruszyła stopą. Z szerokiego źdźbła trawy skapnęła w przepaść migocząca kropelka rosy.
– Szarotko – znowu ten głos.
Nie poruszyła się. Nie odwróciła głowy. Wpatrywała się uparcie w oślepiające promienie wschodzącego słońca. Pod jego wpływem z jej ciałem zaczynało dziać się coś dziwnego. Najpierw to swędzenie, potem schodzący meszek, a teraz delikatne pulsowanie, od którego jej skóra zrobiła się nieco cieplejsza i jakby bardziej napięta. Pojawiło się też uczucie ssącej pustki, którą miała ogromną ochotę czymś wypełnić. Tylko zupełnie nie wiedziała czym.
– Na pewno bardzo chce ci się pić.
Szarotka usłyszała za sobą szelest kroków. Obok niej stanęła wysoka postać w sięgającym do ziemi płaszczu. Jej zieloną twarz okalała burza miedzianych loków.
Nieznajoma przez moment patrzyła w przestrzeń. Przymknęła zielone powieki, odetchnęła z wyraźną przyjemnością. W następnej chwili sięgnęła do klamry pod szyją i sprawnym ruchem zrzuciła z ramion okrycie. Tkanina opadła miękko na skałę i upodobniła się do poduchy mchu, a Szarotce zawirowało przed oczami.
Miedzianowłosa miała na sobie soczyście purpurowe spodnie, zwiewne niczym płatki kwiatów, i luźną bluzkę w tym samym kolorze. Szarotka powędrowała spojrzeniem w górę. Drgnęła, gdy spostrzegła, że nieznajoma patrzy prosto na nią.
– Jestem Wierzbówka – przedstawiła się z uśmiechem. W jej oczach błysnęło słońce. Szarotka pomyślała sobie, że nigdy nie widziała nikogo piękniejszego. Odruchowo podrapała się w łydkę.
– Swędzi? – domyśliła się Wierzbówka. Usiadła na skale i od niechcenia zwiesiła nogi w przepaść. Purpurowe spodnie zmarszczyły się pod wpływem łagodnego podmuchu.
Szarotka miała wielką ochotę odpowiedzieć, ale nie wiedziała jak. Odkąd zbudziła się tu przed świtem, ani razu nie wydobyła z siebie głosu. Przed przybyciem Wierzbówki nie wiedziała, że to w ogóle możliwe. Nadal nie była pewna, czy to możliwe dla niej.
Wierzbówka zerknęła na nią z ukosa. Zamajtała zielonymi stopami nad przepaścią.
– Mogę? – spytała, wyciągając ostrożnie dłoń.
Szarotka znowu drgnęła. Miała ochotę się odsunąć, ale zwalczyła ten odruch. Ogarniała ją coraz większa ciekawość, a w jej tkankach kotłowały się uczucia i doznania, których nie potrafiła nazwać, a co dopiero zrozumieć.
Wierzbówka dotknęła jej srebrzystozielonej szyi, docisnęła lekko i zniżyła dłoń. Pociągnęła delikatnie za skórę. Szarotka poczuła wibrujący dreszcz. Przeszedł ją od czubka głowy aż po palce u stóp. I wtedy coś otworzyło się w niej na oścież.
– Aaach... – westchnęła mimowolnie.
Wierzbówka uśmiechnęła się lekko i zabrała dłoń. Zapatrzyła się z powrotem w przestrzeń. A potem zaczęła mówić głosem szemrzącym jak potok.
– Do życia potrzeba nam trzech rzeczy: wody, światła i powietrza. Powietrze masz zawsze i wszędzie wokół siebie. Światło przychodzi i odchodzi, wystarczy, że poczekasz. Ale wody musisz poszukać sama.
Szarotka zmarszczyła czoło. Miała niejasne wrażenie, że wiąże się to w jakiś sposób ze ssącą pustką, którą coraz dotkliwiej w sobie odczuwała.
– Jeśli się zgodzisz, zabiorę cię do Siedliska. Tam nauczymy cię wszystkiego, co potrzebne do życia. I jeszcze paru rzeczy, które może nie są niezbędne, ale bywają przyjemne. Później sama zdecydujesz, czy chcesz zostać z nami, czy pójść własną drogą.
– Z nami? – spytała Szarotka, wypróbowując głos, tak jakby puszczała liść na rwący potok i patrzyła, dokąd dopłynie.
– Jest nas więcej, takich jak ty i ja – wyjaśniła Wierzbówka. – Naturalnie różnimy się od siebie, ale pod pewnymi względami jesteśmy bardzo podobne. Dlatego gromadzimy się w Siedlisku. Każda z nas mogłaby żyć sama, ale razem bywa łatwiej, a często nawet ciekawiej. Jeśli chcesz, zabiorę cię tam, żebyś mogła się przekonać.
Szarotka milczała przez chwilę. Wsłuchała się w podmuchy wiatru, który coraz intensywniej szeptał w trawie i poświstywał w szczelinach. Pomyślała, że gdyby teraz otworzyła usta, zaświstałby też w niej. Na niebie, które zbladło do błękitu, dostrzegła kilka rozcapierzonych smug.
– Niebo się zmienia, idzie deszcz – rzuciła Wierzbówka. Szarotka nie słyszała w jej głosie ponaglenia, a mimo to poczuła, że nie ma wyjścia. Musi się zgodzić i dać się zabrać do tego Siedliska. Miała wrażenie, jakby rozciągała się przed nią wąska wydeptana ścieżka, a wszystko wokół ginęło w ciemnej gęstwinie. Mogła tylko pójść naprzód albo dać się zarosnąć.
– Dobrze, zabierz mnie tam – powiedziała. Zaczynała coraz pewniej posługiwać się własnym głosem. I słowami, które przychodziły same, choć nie potrafiłaby powiedzieć skąd.
– Doskonale – oświadczyła Wierzbówka, tak jakby i ona wiedziała, że innego wyjścia nie było. Wstała i wyciągnęła rękę do Szarotki. – Chodź, po drodze mamy jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
Strzeliło, błysnęło, pomknęło. Napotkało zieleń i wsiąkło. Potem już przemienione rozeszło się pomału po zielonych tkankach, zwiniętych jeszcze w ciasną kulkę, ściśle otuloną białymi, niemal przejrzystymi płatkami, miękkimi niczym mgła.
Co to jest? – spytała Szarotka na widok lśniącego przedmiotu, który Wierzbówka wyciągnęła z przepastnej kieszeni.
– Esencja – odparła Wierzbówka, tak jakby to cokolwiek wyjaśniało.
Obróciła w dłoni tajemniczy przedmiot podobny do kropli. W ściance, przejrzystej niczym płynny miód, błysnęło słońce. Otworzyła naczynko z cichym mlaśnięciem, podetknęła sobie pod zielony nos i mocno wciągnęła powietrze. Potem przymknęła oczy i stanęła bez ruchu. Tylko jej purpurowe spodnie marszczyły się w podmuchach wiatru.
Szarotka zaczynała się niecierpliwić, a w tym zniecierpliwieniu drapać. W końcu zdrapała sobie meszek z całej lewej dłoni. Spojrzała na nią lekko zdziwiona i wystawiła do słońca. Spod puszystej warstwy wychodziła całkowicie gładka skóra. I już nie swędziała. Szarotka pomyślała, że może jeśli zdrapie wszystko, pozbędzie się wreszcie tego okropnego uczucia, i już miała rzucić się z paznokciami na przedramię, gdy usłyszała głos Wierzbówki.
– Masz, powąchaj.
Podniosła wzrok, zaskoczona. Wierzbówka wyciągała do niej miodową kroplę.
– Co to jest? – powtórzyła nieufnie.
– Esencja. Skoncentrowany zapach, zamknięty w fiolce z żywicy. – Te słowa też niewiele jej wyjaśniły, ale tym razem miedzianowłosa to dostrzegła. – Każda z nas pachnie. Mniej lub bardziej intensywnie. W Siedlisku sporządzamy wyciągi z odpowiednich roślin, zamykamy je w takich żywicznych buteleczkach i kiedy wyruszamy na poszukiwanie młodej bylinki, takiej jak ty, esencja pomaga nam ją odnaleźć. Twoją mam tutaj. – Wierzbówka sięgnęła do drugiej kieszeni. Wyjęła na moment podobną fiolkę i czym prędzej schowała. – Później ci pokażę. Teraz nie chcę mieszać zapachów, bo mamy do znalezienia kogoś jeszcze. Proszę, powąchaj. Pomożesz mi.
Szarotka zmierzyła buteleczkę podejrzliwym wzrokiem. Nachyliła się ostrożnie.
– Musisz wciągnąć powietrze głęboko przez nos. Najlepiej kilka razy, aż zapach wypełni cię od środka – poradziła Wierzbówka.
Szarotka zerknęła na nią spode łba. Niuchnęła nieufnie.
– Głęboko – przynagliła Wierzbówka. – Inaczej to nic nie da.
W tym momencie wiatr przywiał z trawiastej skarpy maleńki pyłek, który połaskotał Szarotkę w nos. Kichnęła po raz pierwszy w życiu, co ją bardzo zdziwiło, a nawet lekko wystraszyło. Odruchowo wzięła głęboki oddech. Naraz wypełniła ją lekka, świetlista słodycz, jak blask słońca zza krzewu obsypanego białymi kwiatami.
– A teraz spróbuj przez nos. – Głos Wierzbówki dobiegł do niej jakby z oddali. Szarotce zdawało się, że wpadła w zapach jak w wodę. I miała ochotę zanurzyć się jeszcze głębiej. Zamknęła usta, a potem już bez oporów wciągnęła powietrze nosem.
Tym razem słodycz oblepiła ją od środka jak nektar. Stała się odurzająco duszna, rozkoszna. Szarotka odetchnęła po raz trzeci. Zapach wypełnił ją aż po brzegi, po same koniuszki palców, a na wydechu pozostawił gorzką nutę, która przełamała kleistą słodycz.
– Dość. – Głos Wierzbówki przebił się przez odmęty zapachu i wydobył Szarotkę na powierzchnię. Młoda bylinka otworzyła oczy.
– Co teraz? – spytała, jakby przed chwilą zbudziła się ze snu.
Wierzbówka uśmiechnęła się psotnie i zarzuciła na ramiona burozielony płaszcz. Klamra pod szyją zamknęła się z suchym trzaskiem.
– Teraz... – W jej oczach błysnęły słoneczne iskierki. – Teraz lecimy.
Włożyła na głowę kaptur, który natychmiast zgasił wszystkie jej kolory. Gdyby stanęła bez ruchu, byłaby zupełnie niewidoczna. Ona jednak obróciła się na pięcie i pomaszerowała w głąb półki skalnej.
Dopiero teraz Szarotka spostrzegła przycupniętego na kamieniu ptaka.
Jako pierwsze poczuła ciepło. Rozlewało się po niej powoli, kreśląc mapę ciała, wyznaczając granice istnienia. Była tam, gdzie ciepło. Wszystko poza nie było nią.
Potem poczuła dotyk, na samych obrzeżach siebie. Zaraz po nim przyszedł ból, gdzieś u korzeni jej istoty. Poczuła się nieodwracalnie wyrwana, choć nie wiedziała skąd. Wtedy dotyk otulił ją całą, ogarnął zewsząd i stłumił ból.
Następny był ruch. To on zapoczątkował nawałnicę dźwięków, zapachów i doznań. Straciła orientację, zgubiła się w sobie na moment. Albo na znacznie dłużej. Wszystko wirowało, huczało, zawodziło i szumiało. Nieustępliwie, bezlitośnie, nieprzerwanie. Aż nagle ustało.
Wtedy otworzyła oczy i zobaczyła siebie. A dalej – niekończącą się zieleń.
Szarotka niewiele zapamiętała z lotu. Gdy tylko ptak wzbił się w powietrze, cały świat zawirował jej przed oczami i rozmazał się od łez. Tak źle jej jeszcze w życiu nie było. I to uczucie okazało się na tyle dojmujące, że nie potrafiła się z niego otrząsnąć nawet podczas krótkiej przerwy w locie – gdy ptak przysiadł na jakimś innym występie skalnym, w jakimś innym zakątku gór, a Wierzbówka zeskoczyła z jego grzbietu i zaraz wróciła, chowając pod połę płaszcza zielonkawe zawiniątko. Potem znowu były łzy, huk wiatru i wirowanie przestrzeni. Bezlitosne smaganie, bez nadziei na koniec. I naraz się skończyło.
