97,99 zł
1111 lat i jeden dzień historii burgundzkich Niderlandów. Oto epoka pełna bitewnego zgiełku, zdrad, luksusów i obłędu.
Na pograniczu Francji i Niemiec ośmielili się stworzyć władztwo, którego blask rozświetlił mroki średniowiecza. Do wykształconego w ich rezydencjach ceremoniału równać chcieli monarchowie Europy. Bez trwogi ruszyli na krucjatę przeciwko Turkom. Chcieli na swoją korzyść rozstrzygnąć losy wojny zwanej później stuletnią. Czy poddani widzieli w nich dobrych władców? Czy zgubiła ich zuchwałość w dążeniu po królewską koronę? Kim byli książęta Burgundii?
Bart Van Loo tka swoją opowieść gęstym splotem meandrów wielkiej polityki, atmosferą nieprzyzwoicie bogacących się miast, dworskich intryg i upadających rycerskich ideałów. Nasze dzisiejsze wyobrażenie średniowiecza i jego kultury zawdzięczamy książętom Burgundii.
Okazała książkowa uczta.
The Times, Książki Roku
Ekscytująca opowieść o brutalnym, bajecznie bogatym i szalenie ambitnym księstwie.
Simon Sebag Montefiore
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 774
Data ważności licencji: 7/5/2029
Tytuł oryginału
De Bourgondiërs. Aartsvaders van de Lage Landen
Copyright © 2019 Bart Van Loo. Originally published with De Bezige Bij Publishers, Amsterdam. Published by agreement with Uitgeverij De Bezige Bij b.v. c/o Booklab Literary Agency.
Projekt okładki
Sebastian Komorowski
Opieka redakcyjna
Rafał Szmytka
Menadżer projektu
Marianna Starzyk
Opieka promocyjna
Maciej Pietrzyk
Adiustacja
Kinga Kosiba
Korekta
Małgorzata Matykiewicz-Kołodziej
Joanna Kłos
Indeks
Tomasz Babnis
Opracowanie map
Bart de Neve
Marcin Słociński/ monikaimarcin.com
Niniejsza książka ukazała się przy wsparciu finansowym Flanders Literature
(flandersliterature.be)
Copyright © for the translation by Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Sp. z o.o., 2023
Copyright © for this edition by Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Sp. z o.o.
978-83-240-8985-7
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, 2024
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla mojej burgundzkiej żony, która powróciła do domu we Flandrii
Na napisanie tej książki autor otrzymał grant Vlaams Fonds voor de Letteren
Nie pojawia się strach
Na poważnych obliczach rycerzy,
Stanowczo i dostojnie,
Nieugięcie i spokojnie
Patrzą sobie w oczy.
Paul van Ostaijen, Ridderstijd (Czas rycerza) z tomu Music-Hall, 1916
Niebo pełne krwawej czerwieni,
ciężkie i rozszalałe groźną ołowianą szarością,
pełne fałszywego miedzianego połysku.
Johan Huizinga, Herfsttij der middeleeuwen(Jesień średniowiecza), 1919
Wypełniony nieuleczalną tęsknotą
zobaczenia króla, dla którego chciałem walczyć, idę na śmierć
i ten, kto chciał zostać wojownikiem
w najbardziej namiętnym ze wszystkich czasów,
musi teraz w spóźnionych, żywiołowych słowach
opłakiwać stulecia, które pociemniały w mroczne
i ogniste opowieści – o krucjatach
i katedrach.
Hendrik Marsman, Heimwee (Nostalgia) z tomu Paradise regained (Raj odzyskany), 1927
W drodze na haniebny turniej,
wbity w żelazną zbroję,
słychać, jak cicho śpiewa
o nieistotności rzeczy,
w tym sobie na pierwszym miejscu,
wtłoczonym w chodzący pancerz.
Hugo Claus, Ridder (Rycerz) z tomu Almanak (Almanach), 1982
Ten biały obrus ze śladami bekonu, nieskazitelny
Adamaszek, a plamy Burgundii się lepią
Do palców i rozwijają powoli
Między dwiema strofami.
Leonard Nolens, Een dichter in Antwerpen en andere gedichten(Poeta w Antwerpii i inne wiersze), 2005
Jean-Léon Huens, obrazek nr 182: Nancy z ‘s Lands Glorie (1949–1961) (Chwała ojczyzny). Spadkobiercy Jeana-Léona Huensa & Musée Royal de Mariemont.
Nie wyglądały zbyt atrakcyjnie. Bladozielone płócienne okładki emanowały ponurą nudą. Po otwarciu książki wkraczało się jednak świat pełen niezwykłych wrażeń i przygód. W wieku czternastu lat pochłonąłem wszystkie sześć tomów ’s Lands glorie (Chwała ojczyzny), albumów z lat 1949–1961. W 1987 roku stały się one dla mnie, wraz ze słynną trylogią Thei Beckman o wojnie stuletniej, bramą do wielkiej historii. Zadziałały jak hasło: „Sezamie, otwórz się!”.
’s Lands glorie była pierwszą publikacją Towarzystwa „Historia”. By ją zdobyć, należało wycinać kupony drukowane na opakowaniach żywności – otrzymywało się za nie obrazki, na których odwrocie znajdował się krótki komentarz do przedstawionej sceny. Jeśli jadło się odpowiednie produkty, można było zdobywać wiedzę. Ilustracje wklejało się do zielonych albumów dołączonych do produktów spożywczych. Te albumy stały nie tylko u nas. Wychowały się na nich dwa lub trzy pokolenia Belgów. Nie można przecenić ich wpływu na tamte pokolenia.
Profesor Jean Schoonjans w zwięzłych opisach nie stronił od banałów. Mówił o „porządnych i dzielnych żołnierzach”*1, nazwał damę przebraną za zakonnicę „bystrą monarchinią”2 i krytykował „strasznego księcia Albę”3. Nałożył na przeszłość romantyczny filtr. I namawiał nas na nieco dumy. Słowo glorie (chwała) nie znalazło się w tytule bez powodu. Nad stronami albumów unosił się duch XIX wieku.
Na skutek uporczywie belgijskiej narracji historycznej Schoonjansa wydawało się, że nasz kraj istnieje od zawsze, a jego mieszkańcy już dwa tysiące lat temu byli świadomi swojej tożsamości. Czyż nie czytałem w jego książce, że „Belgowie” w 57 roku p.n.e. byli „szczęśliwym narodem4”? Niestety potem przyszli Rzymianie. Ta informacja, napisana na dziewiątej stronie, zafascynowała mnie. Niewiele dalej profesor stwierdził, że „Belgowie” odegrali „decydującą rolę w zdobyciu Jerozolimy”5. Byłem pod takim wrażeniem, że odłożyłem na bok nawet trylogię Thei Beckman. Fakt, że zdradziłem ją na rzecz szkolnych tekstów Schoonjansa, wydaje się niewytłumaczalny. Ale ’s Lands glorie miała inny atut.
Rzeczą, która czyniła tę serię nie tylko atrakcyjną, lecz także niezapomnianą, były ilustracje Jeana-Léona Huensa. Często czerpał on inspiracje z obrazów starych mistrzów – to jego oczami pierwszy raz zobaczyłem dzieło Jana van Eycka czy Rogiera van der Weydena – ale równie łatwo szedł własną drogą. Wypróbowywał nieoczekiwaną perspektywę i zaskakujące kadry, malował twarze umierających ludzi. Jego realistyczny styl zakotwiczył się w mojej pamięci. Kiedy ktoś mówi o Karolu Młocie, Gotfrydzie z Bouillon czy Wilhelmie III Orańskim, pojawiają się oni w mojej głowie w postaci, w jakiej Huens ich kiedyś przedstawił.
Szczyt jego umiejętności znajdował się na piętnastej stronie trzeciego tomu, pod nagłówkiem numer sto osiemdziesiąt dwa: Nancy. Zwykle Huens serwował wymowny portret, przejmującą scenę lub szczegół jakiejś bitwy, ale tym razem jego ilustracja wyróżniała się pozorną pustką.
Za każdym razem, kiedy widzę ten obrazek, mam znowu czternaście lat. Patrzę na zimowy krajobraz – drzewo, zaśnieżoną równinę, dwóch uzbrojonych mężczyzn nadchodzących z oddali – tak, jak go wtedy widziałem. Zdumiony pustką tej ilustracji, w większości śnieżnobiałej. Drzewo i mężczyźni byli tylko dodatkami. Z ciekawością przeczytałem komentarz Schoonjansa: „W 1477 roku Karol Zuchwały oblegał miasto Nancy. Zginął w walce, której okoliczności pozostają niejasne. Jego zwłoki, na wpół pożarte przez wilki, zostały odnalezione pod śniegiem”6. Spojrzałem ponownie na obrazek i dopiero wtedy zobaczyłem ciemną plamę na śniegu, w cieniu drzewa. Można w niej dostrzec kontury martwego ciała.
Moje oczy musiały przeskakiwać z tekstu na obrazek i z powrotem. Ciągle pojawiały się te same pytania. Kim był Karol Zuchwały? Dlaczego tak go nazywano? Co, u licha, stało się z nim w Nancy? A co z tymi wilkami? Bez względu na to, jak bardzo reszta historii mnie pochłonęła, wciąż wracałem do tej ilustracji. Do wilków, do śniegu, do zwłok… do tajemnicy z Nancy.
Dopiero po trzydziestu latach udało mi się ją całkowicie rozwikłać. Tragiczny upadek Karola Zuchwałego, księcia Burgundii, jest ważnym elementem tej książki, w której szukam nie tylko faktów związanych z tą historią, lecz także tego, do czego Huens i Schoonjans w ’s Lands glorie próbowali się na swój sposób dokopać: rodowodu naszych ziem. I nie mam tu na myśli Belgii, bo – mimo dobrych chęci Schoonjansa – najpierw pojawiły się Niderlandy, a dopiero potem Belgia i Holandia7.
W końcu w 1987 roku zacząłem czytać kolejne powieści Thei Beckman. Po Geef me de ruimte! (Daj mi miejsce, 1976) połknąłem Triomf van de verschroeide aarde (Triumf spalonej ziemi, 1977) i Het rad van fortuin (Koło fortuny, 1978). Niezliczeni Belgowie – a tym razem także Holendrzy – pochłaniali przygody Marije alias Marie-Claire i jej syna Matthisa. Ich przygody w czasie wojny stuletniej uważam za moje pierwsze wielkie doświadczenie czytelnicze. To było prawdziwe życie: czytanie grubych książek, które tchnęły nowe życie w wydarzenia z dawnych wieków, wchodzenie w czyjąś skórę, drżenie z emocji i napięcia. A na dodatek można się było wiele nauczyć.
Beckman osadziła swoją trylogię w latach 1346–1369. Wprowadziła postacie, które będą mnie prześladować przez wiele lat, takie jak Bertrand du Guesclin, Jan II Dobry, Karol V, Étienne Marcel. Nie mówiąc już o scenerii: bitwy pod Crécy i pod Poitiers, czternastowieczne Paryż i Brugia. Wszystko to pojawia się w książce, którą trzymacie w rękach. Okres od lat, w których rozgrywa się trylogia, do śmierci Karola Zuchwałego stanowi główną treść tej książki.
Niektóre doświadczenia czytelnicze są tak silne, że fermentują przez dziesięciolecia, by w pewnej chwili wyskoczyć z pudełka jak mały diabełek. Któregoś dnia nie mogłem oprzeć się pokusie i zanurzyłem się w otchłań, którą w mojej wyobraźni stworzyły trylogia Beckman i ilustracja numer sto osiemdziesiąt dwa Huensa. Jesteśmy owocami przeszłości – tak jak świat wokół nas.
*
Przez wiele lat spoglądałem przez mur. Mój wzrok niezmiennie kierował się na południe – w stronę Francji. To dzięki wchłonięciu jej kultury stałem się tym, kim jestem. Dopiero znacznie później uświadomiłem sobie, że przez cały ten czas moje stopy stały tutaj – najpierw na piaszczystym podłożu w regionie Kempen, potem na ulicach Antwerpii, wreszcie w glinie Flandrii Zachodniej, a dzięki moim coraz częstszym podróżom na północ także na holenderskich polderach. Wzrok porzucił nagle południowy horyzont i skierował się na grunt pod nogami. Zaczął mnie on intrygować. Jak mogłem przez te wszystkie lata tak bardzo zaniedbać swoje korzenie?
Nasza historiografia pełna jest dzieł wyjaśniających, jak doszło do rozpadu Niderlandów pod koniec XVI wieku. Tak wiele uwagi poświęca się temu bolesnemu podziałowi, że rzadko zadajemy sobie pytanie, co było wcześniej. Jakbyśmy zawsze byli razem.
Zacząłem czytać i odbyłem podróże w czasie do Dijon, Paryża, Lille, Brugii, Gandawy, Brukseli, Mechelen, Delftu, Goudy, Nijmegen i ’s-Hertogenbosch. Widziałem rozkwitające miasta, budzący się indywidualizm i zamierające ideały rycerskie. Schizofrenicznych królów, odważnych książąt i genialnych artystów. Płonące stosy i bankiety, dżumę i turnieje, Joannę d’Arc, Filipa III Dobrego i złote runo. Długie poszukiwania doprowadziły mnie do początków Niderlandów w XV wieku. I co się okazało? Niderlandy to wynalazek Burgundczyków.
Oczywiście z perspektywy geograficznej od niezliczonych lat istniały lagen landen bi de zee (niziny przy morzu)8 – jak to ujął kiedyś anonimowy mnich – ale mieszkańcy tych księstw żyli w dużej mierze niezależnie od siebie. Feudalnie podlegały one albo królestwu francuskiemu, albo Świętemu Cesarstwu Rzymskiemu. W późnym średniowieczu niektóre z tych włości zostały jednak połączone i powstała nowa jedność, leżąca między dwoma wielkimi mocarstwami. Książęta burgundzcy – Filip II Śmiały, Jan bez Trwogi, Filip III Dobry i Karol Zuchwały, który zginął pod Nancy – odegrali w tym procesie wiodącą rolę i stali się patriarchami zjednoczonych Niderlandów. Filip II Śmiały położył fundamenty, jego potomkowie rozbudowali dziedzictwo, a wnuk Filip III Dobry miał po raz pierwszy nadać wymiar polityczny krajom wzdłuż dolnego biegu Renu, Mozy i Skaldy, zjednoczonym pod jego władzą.
Wszystko zaczęło się od ślubu Filipa II Śmiałego, księcia Burgundii, z Małgorzatą III Flandryjską, córką flamandzkiego hrabiego. Ich uroczystość weselna, która odbyła się 19 czerwca 1369 roku w Gandawie, wydawała się idealnym początkiem tej książki. Ale już po trzech stronach, by nie komplikować niepotrzebnie tekstu, potrzebowałem piętnastu przypisów wyjaśniających, kim był Ludwik II de Male lub co oznacza pojęcie feudalizmu. Krótko mówiąc, musiałem się rozpędzić, bo inaczej historia zawaliłaby się pod wpływem informacji, które nie każdy czytelnik przecież zna.
A może wystarczyłoby zacząć pół wieku wcześniej? Okazało się, że nie. A więc sto lat? W końcu zarzuciłem wędkę jakieś tysiąc lat wcześniej. A gdyby tak, pomyślałem, tytułem wstępu spróbować opowiedzieć wielką historię średniowiecza z punktu widzenia starożytnych Burgundów – germańskiego ludu, królewskich poprzedników książąt z XIV i XV wieku, którzy po raz pierwszy pojawili się w naszej historii w 406 roku? Ożywienie w alternatywny sposób tej epoki, w dużej mierze mglistej, było dużym wyzwaniem, lecz wysiłek się opłacił. Starzy wojowie nie tylko wskazali drogę do wielu kluczowych momentów historii, lecz także rozwiązali mój problem – czytelnik miał wyruszyć w burgundzką podróż z odpowiednim bagażem.
Pierwsza część księgi obejmuje prawie tysiąc lat (406–1369), następna – jedno stulecie (1369–1467). W części trzeciej omawiam dekadę (1467–1477). Części czwarta i piąta opisują tylko odpowiednio jeden rok (1482) i jeden dzień (20 października 1496 roku).
Książka ma kształt odwróconej piramidy. Szeroko rozpościera skrzydła, początkowo szybko przelatuje wysoko nad średniowieczem, następnie poświęca nieco czasu na dokładniejszą obserwację wydarzeń i w miarę, jak obraz staje się coraz ostrzejszy, powoli, ale nieubłaganie zmierza do uprzednio wybranego punktu końcowego – zapomnianego dnia w Lier, małym miasteczku w dawnym księstwie Brabancji, miejscu, gdzie właśnie 20 października 1496 roku nastąpił zwrot w historii Zachodu.
*
Jak gdyby w podziękowaniu za oddane przysługi, dziesięć lat temu Francja postawiła na mojej drodze życia Francuzkę – żadna Legia Honorowa nie może z tym konkurować. Okazało się ponadto, że moja wybranka pochodzi z burgundzkiej rodziny i spędziła młodość w starym księstwie. Nasze flamandzko-burgundzkie wesele odbyło się sześćset czterdzieści siedem lat po ślubie Filipa II Śmiałego z Małgorzatą III Flandryjską. Posag był mniej okazały, a bankiet nie dorównywał gigantycznym ucztom burgundzkich książąt, ale decyzja o ślubie zapadła mniej więcej w tym samym czasie co zamiar utrwalenia historycznego związku Burgundii z Niderlandami. Moja świeżo upieczona małżonka musiała przyznać, że mimo swego pochodzenia wie niewiele lub nic nie wie o książętach, nie mówiąc już o ich związkach z naszymi regionami. W historii Francji Burgundia była zawsze tylko ubogim krewnym. Ci, którzy znają tę historię, rozumieją dlaczego.
Nasza maleńka córeczka bacznie śledziła cały proces. Od samego początku mówi po niderlandzku i po francusku. Dziś, choć nie zdaje sobie z tego sprawy, kilkadziesiąt razy dziennie przekracza granicę językową. Parę razy w roku podróżuje na południe, a dokładniej – do ojczystej Burgundii. Postanowiłem opowiedzieć córce o mojej nowej książce. Może napisałem ją właśnie dla niej? Czy nie jest pół Francuzką, a pół Belgijką? Flamandką i Burgundką? Krótko mówiąc – idealną czytelniczką powstającej książki?
Kiedy pisałem moją poprzednią książkę, świetnie recytowała bitwy Napoleona, teraz także zadziwia zwiedzających pinakotekę. Zabrałem ją do Muzeum Sztuk Pięknych w Dijon, by zobaczyła portret mężczyzny ubranego na czarno, z wyrazistym spojrzeniem, czarnym chaperonem na głowie i łańcuchem złotego runa na szyi. Zapytałem ją wprost, czy wie, kim jest ten pan. Niespełna czteroletnia dziewczynka odpowiedziała rezolutnie i bez namysłu: „Filip Dobry!”.
Przynajmniej jedna osoba, która rozpozna człowieka z okładki mojej książki, pomyślałem. To najpiękniej zachowany portret rzeczywistego protoplasty Niderlandów, wzorowany na zaginionym oryginale Rogiera van der Weydena. Książęta scalali rozdrobnione Niderlandy poprzez bitwy, małżeństwa i reformy, ale byli również mecenasami sztuki, zleceniodawcami niezapomnianych dzieł Clausa Slutera, Jana van Eycka, Rogiera van der Weydena i Hugona van der Goesa. Opowiadanie historii Burgundczyków jest jak otwieranie skarbca pełnego arcydzieł.
Po napisaniu poprzednich książek miałem ogromną chęć zanurzyć się w końcu w historii Niderlandów. W trakcie pracy zauważyłem jednak, że nie mam innego wyjścia, jak tylko włączyć do swojej opowieści dużą część historii Francji. Przecież Filip II Śmiały, pierwszy z czterech książąt burgundzkich, był najmłodszym synem Jana II Dobrego, króla Francji, bratem Karola V Mądrego i regentem młodego Karola VI Szalonego. Napięcia między Francją a Burgundią (a później Niderlandami Burgundzkimi) były nie do uniknięcia.
Musiałem przyznać, że nie wyszło to tak, jak się spodziewałem. Jeśli chciałem właściwie opowiedzieć historię Niderlandów, musiałem zacząć od tego, czego chciałem uniknąć – od spojrzenia przez mur. Wzrok znów powędrował na południe. Oczy skierowały się na Francję. Dopiero z czasem moja historia ruszyła na północ. Krok po kroku. Kawałek po kawałku. Proces ten doskonale odzwierciedlał moją ewolucję.
Korzenie naszych regionów skrycie biegną na południe. Do tej pory nie mogłem sobie tego wyobrazić, ale moje spojrzenie na południe i moje północne korzenie były skazane na to, żeby kiedyś się ze sobą spotkać.
Bart van Loo
Druy-Parigny (Burgundia), lato 2015
Moorsele (Flandria), jesień 2018
Uznałem za konieczne umieszczenie na końcu książki nie tylko drzew genealogicznych, lecz także serii miniatur, portretów i fragmentów omawianych dzieł sztuki, uporządkowanej chronologicznie. Lista najważniejszych postaci występujących w książce, z których każda opatrzona jest krótkim biogramem, liczne mapy oraz oś czasu z najważniejszymi wydarzeniami historycznymi uzupełniają posłowie. Może ono okazać się przydatne podczas lektury książki, ponieważ przewija się w niej duża liczba postaci i wydarzeń.
Prawią nam stare pieśni o przeszłości cudach:
O bohaterach słynnych, o znojach, o trudach,
O godach i rozkoszy, o łzach i boleści,
O bojach i zapasach – słuchajcie powieści!
autor nieznany, Pieśń o Nibelungach, przeł. Ludomił German, ok. 1200
Albo o tym, jak opowiedzieć o pierwszym tysiącleciu średniowiecza z punktu widzenia Burgundów, i o tym, jak się okazuje, że ten zromanizowany lud germański był bohaterem wszystkich najważniejszych wydarzeń, takich jak wędrówka ludów, upadek cesarstwa zachodniorzymskiego, powstanie chrześcijaństwa, najazdy barbarzyńców z północy i heretyków z południa. Krótko mówiąc, na długo zanim Burgundczycy – dzięki Filipowi II Śmiałemu, Janowi II bez Trwogi i Filipowi III Dobremu – wyłonili się jako protoplaści Niderlandów, Burgundowie odcisnęli już swoje piętno na kluczowych wydarzeniach w historii Europy.
Albo o tym, jak we mgle wczesnego średniowiecza Rzymianie, Hunowie, plemiona germańskie, Maurowie i wikingowie przepychali się nawzajem na drodze ku niepewnej przyszłości, i o tym, jak pośród tych nieprawdopodobnych wydarzeń narodziła się Burgundia.
W ostatnim miesiącu roku Pańskiego 406 temperatura spadła znacznie poniżej zera. Było tak zimno, że podczas świąt Bożego Narodzenia Ren zamarzł w okolicach Moguncji. Ta pozornie niemożliwa do pokonania rzeka, pilnie strzeżona granica między Galią rządzoną przez Rzymian a nieznaną Germanią, gdzie liczne plemiona zabijały się nawzajem, zamieniła się w jeden wielki most, który zapraszał do przejścia. Wandalowie, Swebowie i Alanowie nie wahali się ani chwili i zalali Galię.
Obraz szczelnej granicy to oczywiście nonsens. Opór był skazany na niepowodzenie. Niezależnie od tego, jak bardzo w pierwszych wiekach naszej ery Rzymianie strzegli Renu, Dunaju i ufortyfikowanego muru między nimi, ruch graniczny był zawsze intensywny, a limes służył głównie do kontrolowania licznych przejść. Niektóre plemiona germańskie otrzymały nawet od Rzymu oficjalne pozwolenie na osiedlanie się w regionie przygranicznym jako ludzka strefa buforowa. W ten sposób Frankowie saliccy rozproszyli się między rzekami Mozą a Skaldą i władali znaczną częścią dzisiejszych Holandii i Flandrii.
W ciągu wieków presja migracyjna rosła. Dobrobyt po drugiej stronie granicy oraz wzrost liczby ludności sprawiły, że ludy germańskie na północnym wschodzie i Goci na wschodzie byli coraz bardziej skłonni do przeprowadzki. W II i III wieku sporo drobnych fal emigrantów przelało się przez granicę, ale na przełomie IV i V wieku nie dało się już powstrzymać tsunami. Hunowie pędzili jak burza po stepach Azji Środkowej i przegnali ze swego terytorium plemiona germańskie, a następnie – wciąż walcząc – zepchnęli je na zachód. To pokazuje, że kryzys szalejący tysiące kilometrów od domu może zapoczątkować migrację ludności sięgającą naszych własnych drzwi. Rzymianie odmówili udzielenia azylu temu kłębowisku, lecz zanim się zorientowali, porwał ich wir ludów skupionych w tym tyglu. Pod koniec 406 roku Germanie zostali zmuszeni do przełamania granic. Rzymianie, zalani tłumem, szarpali się z nim przez kolejne siedemdziesiąt lat – aż w końcu nadszedł ich kres.
W tej epickiej i złożonej historii wielkiej wędrówki ludów Burgundowie są często pomijani, a w najlepszym razie wspominani przelotnie, o ile nie schowani w przypisie. Każdy zna ich słynnych rówieśników – Chlodwiga I i Attylę, Franków i Hunów – ale czy ktoś kiedykolwiek słyszał o nich samych w tym kontekście? A jednak ten zapomniany lud germański także przekroczył Ren w latach 406-407 i niczym małe koło zębate pomógł wprawić w ruch gigantyczną machinę czasu oraz przechylić starożytność ku średniowieczu.
Kiedy po przeprawie Burgundowie osiedlili się w okolicach Wormacji, wędrowali już od wieków. Jeśli będziemy podróżować w przeciwnym kierunku, coraz dalej na wschód, dotrzemy do kraju ich pochodzenia. Przed Wormacją mieszkali w rejonie Moguncji, sto lat wcześniej zasiedlali środkowy bieg Łaby, dokąd trafili po pobycie nad Odrą, a jeszcze wcześniej – w I wieku n.e. – zamieszkiwali brzegi Wisły w dzisiejszej Polsce. Rzeki opowiadają historie narodów.
Wisła wpada do Bałtyku i wskazuje drogę do pierwszej ojczyzny Burgundów – niewielkiej wyspy Bornholm, leżącej na Morzu Bałtyckim, między Polską a Szwecją, sto pięćdziesiąt kilometrów na wschód od Danii, której częścią jest do dziś. Starzy Norwegowie nazywali wyspę Burgundarholm, co znalazło odzwierciedlenie w nazwie, którą Burgundowie sobie przywłaszczyli i którą następnie przemycali przez Europę Wisłą, Odrą, Łabą i wreszcie Renem. Dzielnie parli do przodu, lecz nie wyszli z tej długiej podróży bez szwanku. W bitwach – ledwo odnotowanych – wielokrotnie przegrywali, zwłaszcza z Alamanami. Doprowadziło to do przetrzebienia populacji.
W latach 406–407 król Gundahar (Gunther) poprowadził około osiemdziesięciu tysięcy Burgundów w okolice Wormacji. Nie jest jasne, czy zabrał ze sobą tylko żołnierzy, czy też całą ludność. W zamian za pilnowanie granicy Rzymianie pozwolili mu zbudować państwo wzdłuż Renu – ale ambitnemu władcy to nie wystarczyło. By powiększyć swoje terytorium, w 435 roku przeniósł się na zachód, do regionu Gallia Belgica, leżącego między Nadrenią a Sekwaną, który później miał dać nazwę Belgii. Gundahara drogo kosztowała jego zbytnia pewność siebie. Najemna armia Hunów, dowodzona przez niejakiego Attylę, z rzymskim głównodowodzącym Flawiuszem Aecjuszem na czele, rozgromiła Burgundów w 436 roku.
Prawie cała rodzina Gundahara zginęła, uciec udało się jedynie jego synowi Gunderykowi. Poprowadził on resztki swego ludu na południe i uratował dom królewski. Masakra musiała być imponująca, ponieważ zainspirowała burgundzkich poetów do stworzenia epickich opowieści, które były przekazywane i upiększane przez wiele pokoleń. W ciągu wieków połączyły się one w epopeję Pieśń o Nibelungach, w której Gundahar występuje jako Gunther. Imię króla Etzel może być ukłonem w stronę rzymskiego Aecjusza, ale być może odnosi się do Attyli. Tak czy inaczej, Richard Wagner zawdzięcza swoje opus magnum miażdżącej klęsce Burgundów w V wieku, a dokładniej ich fatalnej chęci podbicia późniejszej Belgii.
Jeszcze w 436 roku Attyla chętnie dał się opłacić Rzymianom, by zdyscyplinować Burgundów, ale już w 447 roku zerwał lukratywny sojusz i podpalił Galię Belgijską. Chociaż należy wątpić, czy to prawda, że trawa nie rosła w miejscach, w których jego koń zostawiał ślady, to okrutne plądrowanie tych terenów przez władcę Hunów zainspirowało Rzymian do ostatniego spektakularnego przedsięwzięcia militarnego w Europie Zachodniej. Gdyby nie powstrzymali oni Attyli, Galia należałaby do ogromnego imperium barbarzyńców, które rozciągało się od Renu po Kaukaz i początkowo było zarządzane z dzisiejszych Węgier.
Dwie barwne armie skrzyżowały miecze 20 czerwca 451 roku na Polach Katalaunijskich w pobliżu Troyes, w dzisiejszej północno-wschodniej Francji. Po jednej stronie stali Hunowie ze wszystkimi ludami, które zgarnęli podczas swojej niszczycielskiej wędrówki, po drugiej Rzymianie tworzący blok z siłami galijskimi i germańskimi – groźna horda z Azji Środkowej przeciwko zachodnim sojusznikom, Bicz Boży ze Wschodu przeciwko najważniejszemu człowiekowi cesarstwa zachodniorzymskiego, Attyla kontra Aecjusz.
Skład armii wiele mówi o rozdrobnieniu, które w całej Europie spowodowała wędrówka ludów. Sami Hunowie byli tylko częścią armii Attyli, składającej się również z Ostrogotów, Gepidów, Turyngów i Rugianów. Po drugiej stronie, obok Rzymian i Burgundów, walczyli także Wizygoci, Alanowie i Frankowie saliccy. Praktycznie wszystkie ludy mieszkające między Oceanem Atlantyckim a Wołgą były obecne i gotowe do zdruzgotania przeciwnika podczas najważniejszej bitwy późnej starożytności. Zdaniem kronikarzy były to setki tysięcy bojowników, choć współczesne szacunki mówią o około sześćdziesięciu tysiącach ludzi, rozłożonych mniej więcej po równo na dwa obozy.
Dla Burgundów przybycie Attyli do Galii było sygnałem do zemsty. Podsycani wspomnieniem dobrych czasów pod Wormacją i koszmarem gorzkiej porażki, smarowali oni broń i siodłali konie. Starsi wojownicy uczestniczyli w klęsce piętnaście lat wcześniej, młodsi żołnierze odtwarzali tę bitwę przez całą swoją młodość. Teraz otrzymali jak na tacy szansę wymierzenia sprawiedliwości. Burgundom nie przeszkadzał fakt, że o udział w walce prosił ich Aecjusz – dowódca, który kiedyś wysłał na nich Hunów.
Po kilku potyczkach Aecjusz zdobył wzgórze i mógł spojrzeć na Pola Katalaunijskie. Attyla pospiesznie nakazał swoim kapłanom i jasnowidzom przepowiedzieć wynik bitwy. Z łopatek owiec ofiarnych wyczytali oni, że sytuacja nie wygląda różowo. Wódz Hunów widział tylko jedno wyjście – atak jako najlepszą formę obrony. „Ja sam pierwszy włócznię rzucę, a nieszczęśnik, który za przykładem swego wodza nie pójdzie, niechybnie na śmierć skazany zostanie”9.
Łucznicy strzelali przez chwilę z obu stron, aż nagle pojawiła się przerażająca kawaleria Hunów. Jeźdźcy potrafili obrócić się na galopującym koniu i zaatakować prześladowców strzałami z łuków. Zrobili wyłom pośrodku armii Aecjusza. W tym chaosie Teoderyk I, król Wizygotów, poległ i został stratowany przez własne wojska. Kiedy zamęt zagroził odwrotem, Toryzmund, syn Teoderyka, dobył miecza, włożył na głowę koronę ojca i przepędził Hunów. Frankowie, Burgundowie i Rzymianie przyszli mu z pomocą, a Attyla musiał okopać się w zaimprowizowanej fortecy z siodeł i wozów. Zmrok spowolnił natarcie aliantów.
Attyla nie mógł sobie wyobrazić, że wyjdzie z tej bitwy żywy. Kazał podpalić zaporę obronną z siodeł i broni, po czym spokojnie przygotowywał się na śmierć. W razie ostatecznego natarcia aliantów planował rzucić się w morze płomieni jak męczennik i w ten sposób uniknąć upokorzenia niewoli. Z tą myślą udał się na spoczynek.
Atak, którego się obawiał, nie nastąpił. Głównodowodzący Aecjusz rzucił na szalę całą siłę swojej perswazji i przekonał żołnierzy, żeby pozwolili Hunom uciec. Jako mistrz rozgrywek taktycznych mógł mieć poparcie wszystkich plemion, lecz wkrótce będzie musiał się z nimi spierać o zarządzanie Galią. Zewnętrzne zagrożenie ze strony Hunów mogło mu w tych sporach pomóc. Cierniem w oku Aecjusza była szczególnie potęga Wizygotów. Posiadali oni nie tylko południowo-zachodnią Galię, lecz także znaczną część Półwyspu Iberyjskiego, dlatego cieszył się, że udało mu się podstępem odesłać Toryzmunda do domu. Wmówił mu, że po śmierci Teoderyka jego bracia objęli tron w stolicy, Tuluzie. Po odejściu Wizygotów wielka armia została pozbawiona serca, a zagrożenie było zbyt małe, by zadać Hunom ostateczny cios. Dzięki swoim taktycznym podstępom Aecjusz odmówił Burgundom zemsty za wszystkie doznane cierpienia – wkrótce jednak sowicie im to wynagrodzi.
O świcie, ku zdumieniu Attyli, jego oczom ukazała się prawie pusta równina. Zdziwiony wódz zmienił swoje bohaterskie zamiary i uciekł za Ren. W ramach zemsty zwrócił uwagę na Rzym, lecz i ta kampania zakończyła się niepowodzeniem, choć miała ważne konsekwencje. Na wieść o nadejściu Attyli mieszkańcy północno-wschodnich Włoch wpadli w panikę i ukryli się na wyspach adriatyckiej laguny. To niepewne schronienie miało z czasem stać się Wenecją – obok Paryża największą metropolią nowej ery.
Attyla nie był krwiożerczym tyranem, jak przedstawiano go w legendach – był na to zbyt sprytnym dyplomatą. Nie był też genialnym wojownikiem, jak opisywano go w licznych książkach – bilans jego zachodnich podbojów prezentował się na to zbyt skromnie. Okazał się wyjątkowym przywódcą, który potrafił połączyć chaotyczną różnorodność plemion Hunów w jedno wielkie imperium i zmusić ówczesne potęgi do stworzenia silnego sojuszu i stawienia mu czoła. Lecz przede wszystkim stał się symbolem barbarzyńcy swoich czasów, i to w okresie, w którym trudno było policzyć nacierających barbarzyńców. Przerażająca aureola, z jaką przedstawia się go w kronikach, zapewniła mu najważniejszy pośmiertny podbój: przesiąknięte krwią miejsce w naszej zbiorowej pamięci. Według przekazu Attyla – mały, ale solidnie zbudowany – zginął w nieheroiczny sposób podczas uczty weselnej w 453 roku. Jeden z kronikarzy podawał, że pijany władca udusił się krwią w wyniku obfitego krwotoku z nosa; inny przedstawiał Ildiko, jego nową żonę, jako niespodziewaną morderczynię.
Legenda głosząca, że 20 czerwca 451 roku losy cywilizacji zachodniej wisiały na włosku, to romantyczna bufonada. Koniec cesarstwa zachodniorzymskiego już od jakiegoś czasu był zapisany w gwiazdach. Na Polach Katalaunijskich Rzymianie doprowadzili jedynie do tego, że to nie Hunowie, lecz plemiona germańskie będą walczyć między sobą o zostanie nową siłą napędową Zachodu. Frankowie, Wizygoci czy zaskakujący Burgundowie?
W połowie V wieku zagrożenie ze strony Hunów zostało definitywnie zażegnane, choć ćwierć wieku później duch Attyli nawiedził miasto po raz ostatni. W 475 roku Orestes, polityk odnoszący sukcesy, wmanewrował na tron rzymski swojego syna, co było podstępem: w istocie sam stał się silnym człowiekiem stolicy. Kiedy w 476 roku germański Odoaker zgładził przebiegłego Orestesa i obalił słabego Romulusa Augustulusa – dosłownie cesarzątko – nastąpił koniec cesarstwa zachodniorzymskiego, i tak upadającego.
Bicz Boży musiał się cieszyć w swoim pogańskim życiu pozagrobowym. Ostatnim cesarzem został syn jego dawnego sekretarza, a resztka rzymskiej władzy znajdowała się w rękach Orestesa, jego starego poplecznika. Attyla mógł ze spokojem pogrążyć się w wieczności.
A teraz pozwól, drogi czytelniku, by opadł kurz po burzliwym V wieku. Skierujmy nasz wzrok na Burgundów. Po zwycięstwie nad Hunami Aecjusz przypieczętował to, co było już faktem – dzisiejsza francuska Sabaudia (z przedgórzami północnym i południowym) została oficjalnie przydzielona Burgundom. Po przetrwaniu setek lat i przebyciu tysięcy kilometrów znaleźli się oni u kresu swej wspaniałej przygody, o rzut kamieniem od regionu Francji, który do dziś nosi ich imię. Burgundowie byli już prawie w domu.
W minionych wiekach tak często mieszali się z innymi ludami i przystosowywali się do coraz to nowszych warunków klimatycznych i geograficznych, że należy wątpić, czy cokolwiek pozostało z ich skandynawskich genów i zwyczajów. Ostatnie badania nad rodowodem człowieka przeprowadzone przez naukowców specjalizujących się w genografii udowadniają, że haplogrupa Q – pewna grupa osobników genetycznie spokrewnionych – występuje częściej (więcej niż cztery procent) w niektórych regionach Skandynawii, w tym na Bornholmie, a także we francuskiej dolinie Rodanu i Saony, z łagodnymi odgałęzieniami na północ, w kierunku Wormacji. Co znamienne, te dane pokrywają się z datami początku i końca wędrówki Burgundów10. Podobne badania dowodzą jednak, że Wandalowie, Swebowie, Frankowie i Burgundowie podczas długiej drogi do Galii wymienili – oprócz licznych ciosów mieczem – co najmniej tyle samo chromosomów. Plemiona germańskie, które w V wieku przekroczyły Ren, miały głównie cechy genetyczne nabyte przypadkowo po drodze, choć wydaje się, że w naszych genach nadal można odczytać część historii tych migracji.
Czy mamy jakiekolwiek pojęcie, jak wyglądali starzy Burgundowie? Sydoniusz Apolinary, późniejszy biskup Clermont, spotkał ich po raz pierwszy w 466 roku i opisał jako „długowłosych olbrzymów o wzroście ponad dwa metry, bełkoczących w niezrozumiałym języku”. Do tego Burgundowie „smarują włosy zjełczałym masłem […], a ich potrawy cuchną nadmiarem cebuli i czosnku”11. To barwny opis, lecz w gruncie rzeczy pełen frazesów – wyrafinowani Galorzymianie przypisywali te cechy i zachowania wszelkim barbarzyńcom. Krótko mówiąc, mówią one tyle samo o obserwatorze, ile o obserwowanym.
Król Gundobad, syn Gunderyka, skorzystał na upadku cesarstwa zachodniorzymskiego. Stopniowo powiększał swoje królestwo, aż na początku VI wieku rozciągało się ono od Nevers do Bazylei, a na południu – nawet do Awinionu. Wciąż było to jednak małe piwo w porównaniu z tym, co robili jego germańscy konkurenci w Europie, a około 500 roku wszystko wskazywało na to, że imperium Gundobada zostanie zmiażdżone. Znalazło się między młotem a kowadłem. Wszechpotężni Wizygoci i coraz agresywniej nacierający Frankowie byli gotowi pożreć Burgundów w całości. Gundobad stanął przed niemałym wyzwaniem, lecz okazało się, że jest urodzonym wodzem. Nie dość że udało mu się wzmocnić pozycję międzynarodową, to jeszcze pod jego skrzydłami powstała jednocześnie burgundzka tożsamość. Szczególnie to ostatnie było sporym wyczynem, ponieważ Burgundczycy jako lud germański stanowili zdecydowaną mniejszość w swoim królestwie, zamieszkiwanym głównie przez Galorzymian.
Galię od dawna zasiedlali Celtowie – w oczach Rzymian dość porywczy lud macho, szyderczo nazywany przez nich Galli (kogutami). W 52 roku p.n.e., podczas oblężenia Alezji, Juliusz Cezar położył kres oporowi Galów. Po sześciu tygodniach miasto poddało się, a wódz Wercyngetoryks złożył pokłon rzymskiemu dowódcy. Po jego zwycięstwie na podbitych terenach rozwinęła się mieszana kultura galloromańska, a triumf dał Cezarowi pewność siebie, niezbędną, by dążyć do objęcia najwyższej władzy w Rzymie. Oficjalny początek romanizacji późniejszej Francji – wyraz jego pychy – miał miejsce nie byle gdzie. Alezja leżała w regionie, który wkrótce miał zostać nazwany Burgundią.
Burgundowie (a wraz z nimi inne napływowe plemiona germańskie) – podobnie jak Celtowie podbici przez Cezara – mieli zostać odurzeni rzymską kulturą, doprawić łacińskimi ziołami nie tylko swój wygląd i upodobania gastronomiczne, lecz także język i obyczaje. Lex Burgundionum (502), kodeks króla Gundobada, jest tego dobrym przykładem. Zbiór przepisów prawnych miał zapewnić Burgundom ugodę z Galorzymianami, przeważającymi liczebnie. Każdy proces mieli prowadzić Burgund i Gal, od tej pory oba narody mogły też zawierać między sobą małżeństwa. Coraz częściej zamiennie używano nazw germańskich i romańskich, powstał również nowy rodzaj arystokracji, która łączyła wielkie posiadłości ziemskie Galorzymian z militaryzmem Burgundów – był to początek systemu feudalnego. Uderzające jest to, że włączanie germańskich zwyczajów plemiennych do istniejącego prawa rzymskiego odbywało się w języku łacińskim. Burgundowie mieszkali na terenach zromanizowanych prawie sześćdziesiąt lat wcześniej i większość z nich mówiła zarówno w języku wschodniogermańskim, jak i w Latinitas serior – późnej łacinie. Dzięki Lex Burgundionum Galorzymianie nieco się zniemczyli, lecz kodeks pokazał przede wszystkim, że germański lud w oficjalnych dokumentach porzucił własny język i wybrał całkowitą romanizację.
Już w okresie germańskim Burgundczycy lubowali się w napoju alkoholowym, który w następnym tysiącleciu przyniósł im światową sławę: „Jeśli ktoś wejdzie do winnicy w nocy lub podczas zbiorów i zostanie zabity przez stróża, rodzina ofiary nie ma prawa się skarżyć”12 – głosił nowy kodeks. Rzymianie wprowadzili uprawę winorośli i okazało się, że na zboczach tzw. Złotego Wzgórza (Côte d’Or) rośnie ona znakomicie.
Germańskie wyroki musiały czasami zaskakiwać miejscową ludność. Przykładowo mężczyzna, który ukradł psa myśliwskiego, musiał publicznie pocałować zwierzę w zadek. Za kradzież sokoła na głowę lub pierś złodzieja kładziono mięso, którym drapieżny ptak mógł swobodnie zaspokoić swój głód. Pokazuje to nie tylko, że teksty prawne i dowcip nie wykluczają się wzajemnie, lecz także że Burgundowie przywiązywali wielką wagę do zwierząt, zwłaszcza jeśli używano ich do polowań – to kolejny zwyczaj, który miał oprzeć się upływowi czasu.
Zawsze istniała też możliwość wyjścia z tarapatów dzięki określonej sumie pieniędzy. Na początek trzeba było zapłacić kwotę, jaką zwierzę lub ofiara byli warci, a do tego karę finansową za samo wykroczenie. Lex Burgundionum zawiera starannie opracowaną listę opłat. Kilka przykładów: zabicie psa – 1 solid (rzymska moneta, od której pochodzi słowo solder oznaczające żołnierza, ponieważ wypłacano nią żołd); zgwałcenie kobiety – 12 solidów; obcięcie kobiecie włosów bez powodu – 12 solidów; zamordowanie niewolnika – 30 solidów; zamordowanie stolarza – 40 solidów; zamordowanie kowala – 50 solidów; zamordowanie srebrnika – 100 solidów; zamordowanie złotnika – 200 solidów.
Honor rodziny był najważniejszym elementem kultury, ale Burgundowie wymyślili genialny system zapobiegania niekończącym się waśniom klanowym. Nadszarpnięty honor bez trudu można było odkupić. Jeśli jednak winna rodzina odmawiała zapłaty, istniało tylko jedno wyjście – i była nim faihitha, czyli krwawa wendeta. Zemsta, w którą rodzina królewska uwikłała się w VI wieku, tak wymknęła się spod kontroli, że doprowadziła do upadku państwa.
Dokładnie sto lat po germańskiej przeprawie przez Ren, 25 grudnia 506 roku13, czterdziestoletni król Franków przeszedł przez święconą wodę. Kiedy Chlodwig znalazł się po drugiej stronie wielkiej chrzcielnicy w katedrze w Reims, spojrzał za siebie i pokornie skinął głową. Był to znak dla trzech tysięcy frankijskich wojowników, by poszli w jego ślady. Plusk świętej wody wywołał fale, które unosiły się przez wieki. Wraz z chrztem Chlodwiga koło czasu przesunęło się o kolejny ząb – ale jaki! Królestwo Franków, które dało nazwę la douce France, stało się „najstarszą córą Kościoła” i zdecydowanie wsparło Rzym w podboju Zachodu. Do tego kluczowego zdarzenia historycznego nie doszłoby oczywiście, gdyby nie ambicja samego króla Franków, ale było równie niewyobrażalne bez siły perswazji burgundzkiej księżniczki.
Niewiele jednak wskazywało na to, że pewnego dnia Chlodwig usidli katoliczkę, Klotyldę. Meroweusz, jego dziadek, od którego imienia pochodzi nazwa frankijskiej dynastii Merowingów, walczył podobno u boku Burgundów przeciwko Hunom, lecz z tego braterstwa pozostało niewiele. Frankowie saliccy już ponad sto lat wcześniej otrzymali pozwolenie na zamieszkanie terenów dzisiejszej Belgii, pod warunkiem że będą pomagać w obronie granic przed najeźdźcami. Niewielkie królestwo w północnej Galii nie zaspokajało jednak ambicji Chlodwiga, który w Tournai, swojej stolicy, czuł, że południe jest na wyciągnięcie ręki. W 500 roku ruszył do Dijon w Burgundii, gdzie oczekiwali go król Gundobad i jego brat Godegisel.
Bitwa ledwo się rozpoczęła, gdy Godegisel zdradził sprawę Burgundów i przeszedł na stronę Franków. Przerażony Gundobad uciekł do Awinionu. W chwili, gdy oddziały wroga miały go dogonić, zawróciły i pospiesznie ruszyły na północ. Usłyszeli, że Wizygoci, którzy zdominowali całą południowo-zachodnią Galię, zagrażają ich krajowi. Gundobad wykorzystał nieobecność Chlodwiga, by własnoręcznie zabić swojego brata Godegisela, utopić bratową w Rodanie, a następnie ściąć głowy synów i wrzucić ich ciała do głębokiej studni. Oszczędził tylko dwóch wnuków, ponieważ byli oni jeszcze zbyt młodzi – ludzki odruch, który miał fatalne skutki. By zagwarantować bezpieczeństwo królestwa, zawarł przymierze z Chlodwigiem. W negocjacjach uznał, że najlepiej będzie wydać za króla Franków Klotyldę – katolicką córkę brata, którego zamordował.
W ten sposób dwa narody, które dopiero co rzuciły się sobie do gardeł, zostały w 501 roku połączone błogosławieństwem małżeństwa. Choć pobożna żona bardzo się starała, pogański Chlodwig początkowo nie chciał słyszeć o chrześcijaństwie. Mimo to Klotylda ochrzciła pierwsze dziecko bez zgody męża. Kiedy umarło w szatach do chrztu, Chlodwig wyrzucał żonie, że to wina tej dziwnej religii. Jego gniew wzrósł, gdy drugie dziecko również zachorowało po tym sakramencie. W chłodną, rześką noc Bożego Narodzenia 506 roku zanurzył jednak w święconej wodzie swoje długie, falujące loki – frankijski znak siły i królewskiej godności. Skoro hugenot Henryk IV nawrócił się pod koniec XVI wieku z myślą: „Paryż wart jest mszy”, to Chlodwig musiał pomyśleć: „Dla Galii jestem gotów wziąć lodowatą kąpiel”. Żądny władzy wódz zrozumiał, że rosnącą popularność Kościoła katolickiego może wykorzystać do swoich celów.
„Szedł więc nowy Konstantyn do kąpieli chrzcielnej, by w świeżej wodzie obmyć chorobę starego trądu i oczyścić się z brudnej zmazy pochodzącej z przeszłości”14 – napisał Grzegorz z Tours. Choć jego Historia Francorum (Historia Franków) pochodzi z końca VI wieku, opisał on to wydarzenie tak, jakby był przy nim obecny. Zauważył na przykład, że Chlodwig obiecał biskupowi nawrócić tych Franków, którzy nie chcą wyrzec się swoich bogów. Nie ulega wątpliwości, że Grzegorz włożył cały swój talent retoryczny w walkę o włączenie Chlodwiga – a tym samym całego królestwa Franków – do historii Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Nawiązanie do Konstantyna nie było czczym ozdobnikiem. Kiedy w 312 roku rzymski dowódca armii zobaczył w wizji Krzyż Święty, nakazał przymocować krzyż Chrystusa do tarcz wszystkich żołnierzy. Konstantyn wygrał bitwę u bram Rzymu i nie tylko został nowym cesarzem, lecz także otworzył drzwi do chrystianizacji Rzymian.
Doświadczenie Chlodwiga było uderzająco podobne. Kilka miesięcy przed chrztem walczył na równinie Tolbiac w pobliżu Kolonii z Alamanami – germańskim plemieniem, które kontrolowało południową część dzisiejszych Niemiec i posuwało się na zachód. Wojska frankijskie zostały rozgromione, a kiedy nie pomogły wołania do Wodana, w rozpaczy Chlodwig miał zawołać do Boga swojej żony: „Jeżeli udzielisz mi zwycięstwa nad tymi wrogami i jeżeli doświadczę tej mocy, którą o Tobie rozgłasza lud oddany Twemu imieniu, że jej doznał, uwierzę Tobie i w imię Twoje dam się ochrzcić”15. Bóg jego burgundzkiej małżonki musiał wyczuć swoją szansę i zrobił to, o co go proszono. Losy bitwy odwróciły się, Chlodwig wygrał w ostatniej chwili. By okazać swą wdzięczność dobrotliwemu chrześcijańskiemu Bogu, uroczyście przysiągł, że przyjmie chrzest.
Oczywiście nawrócenie Chlodwiga było przede wszystkim świetnym przykładem Realpolitik, ale w narodowej narracji Francji ta bajka o wnikliwości i skrusze, historia chrześcijańskiego oczyszczenia i boskiej interwencji, brzmiała znacznie lepiej. Nic więc dziwnego, że burgundzką Klotyldę niemal natychmiast po śmierci włączono do rosnącego grona świętych i odtąd przywołuje się ją w modlitwach w intencji nawrócenia niewierzących małżonków. Jeśli mogła poradzić sobie z upartym Chlodwigiem, musiała być niezwykłej wiary. Co znamienne, z biegiem czasu stała się również patronką notariuszy, chromych i lotnictwa lekkiego, przy czym to ostatnie najprawdopodobniej wynika z tego, że król Franków rozgromił Alamanów pod Tolbiac – według Grzegorza z Tours – dzięki ogniowi z nieba.
Legenda głosi, że kiedy biskup Remigiusz (którego doczesne szczątki do dziś spoczywają w poświęconym mu klasztorze w Reims) w noc Bożego Narodzenia 506 roku odkrył, że zapomniał przygotować krzyżmo, natychmiast zjawiła się gołębica z butelką olejku. W ten sposób mógł nakreślić nim krzyż na czole frankijskiego wodza i pobłogosławić go w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. W tekście Grzegorza czytamy, że „Król, wyznawszy przeto Boga wszechmogącego w Trójcy, został ochrzczony”16. Za tymi pozornie niewinnymi słowami krył się ważny średniowieczny pojedynek: bratobójcza walka chrześcijan o różnych poglądach, klasycznych katolików z ich przeciwnikami w oczach kościoła, czyli wyznawcami arianizmu. To próba sił, w której znowu ważną rolę odegrali Burgundowie.
Utarło się sądzić, że przybyli barbarzyńcy robili wszystko, by odróżnić się od miejscowej ludności, ale doświadczenia samych Burgundów są dobrym przykładem czegoś zupełnie przeciwnego – i można je odnieść do całej Europy Zachodniej. Gundobad robił wszystko, co w jego mocy, by wyeliminować napięcie religijne między ariańskimi Burgundami (głównie arystokratami i żołnierzami) a katolickimi Galorzymianami (stanowiącymi większość ludności).
Prawdziwy rozkwit chrześcijaństwa nastąpił dopiero w 313 roku, gdy cesarz Konstantyn oficjalnie zaczął tolerować nauki Jezusa i prześladowania chrześcijan stopniowo ustały. Pod koniec IV wieku cesarz Teodozjusz posunął się jeszcze dalej i zakazał innych wyznań, a chrześcijaństwo stało się de facto religią państwową. Od tego momentu sprawy potoczyły się szybko i na początku V wieku chrześcijanie stanowili już połowę ludności Rzymu. Ten wzrost liczby wyznawców stymulowały nie tylko energiczne wysiłki cesarza i biskupa Rzymu (papieża), lecz także rosnące bogactwo Kościoła. Władze duchowne z otwartymi ramionami przyjmowały datki od zamożnych arystokratów i obywateli, którzy liczyli, że w ten sposób zapewnią sobie zbawienie. Wiara rosła na glebie rozpaczy chłopów pańszczyźnianych i bogactwa arystokracji, tak jak pokrzywy i róże rosną na kupie gnoju.
Wyznawcy Chrystusa zdecydowanie wybrali łacinę na język swojego kultu, a ich diecezje przyjęły późnoantyczny podział administracyjny, co ułatwiło rozprzestrzenianie się i organizację młodego chrześcijaństwa. Zakotwiczanie się w lokalnych społecznościach przebiegało gładko, ponieważ Kościół był na tyle mądry, by zachować pogańskie sanktuaria i przekształcić je w chrześcijańskie miejsca kultu. Tu i ówdzie powstawały klasztory – to zjawisko pojawiło się, gdy pierwsi ascetyczni pustelnicy postanowili porzucić samotność i żyć razem. Mnisi poprzez nauczanie i kopiowanie utrzymywali przy życiu starożytną kulturę. W chaosie migracji kultura łacińska mogła zostać prawie doszczętnie zniszczona, ale po części właśnie dzięki Kościołowi wpływ cywilizacji rzymskiej jeszcze przez wieki będzie widoczny w języku administracji, liturgii, edukacji i sztukach plastycznych. Zalążek wielkiego odrodzenia okresu antyku powstał we wczesnym średniowieczu.
Dzięki zakorzenieniu się w potężnych jeszcze strukturach Imperium Rzymskiego, czerpaniu duchowej inspiracji od takich Ojców Kościoła jak Augustyn, systematycznemu zwyciężaniu barbarzyńców, a także sumiennej kulturze spotkań na synodach i soborach chrześcijanom udało się stworzyć inspirującą jedność administracyjną. Być może najgroźniejszym problemem, przed którym Kościół stanął w tamtym wczesnym okresie, byli heretycy, zwolennicy takiej czy innej błędnej doktryny chrześcijańskiej. Jedną z najważniejszych był arianizm – doktryna Ariusza, egipskiego kapłana z III wieku. Sprzeciwiał się on idei, że chrześcijański Bóg, jedyny w swoim rodzaju, miał trzy równorzędne manifestacje: Ojca (Boga), Syna (Chrystusa) i Ducha Świętego, przy czym Jezus jako jedyny posiadał zarówno boską, jak i ludzką naturę. Ariusz twierdził, że Jezus był podporządkowany Stwórcy i dlatego nie mógł mieć boskiej natury, podczas gdy inni utrzymywali równość wobec Boga Ojca. Debata omal nie spowodowała rozłamu w Kościele. Kto miał rację: katoliccy trynitarze (Trójca Święta) czy przekonani arianie (Bóg najwyższy)? Na soborze nicejskim I w 325 roku kościelni urzędnicy nie tylko raz na zawsze ustalili, na który dzień przypada Wielkanoc, lecz także przecięli węzeł gordyjski i uznali zwolenników Ariusza za heretyków. Musiało upłynąć trochę czasu, by ta wiadomość dotarła do każdego zakątka chrześcijańskiego świata. Zanim do tego doszło, ariański biskup Wulfila nawrócił Gotów i doktryna zyskała więcej zwolenników. Przypuszczalnie za pośrednictwem Gotów arianizm rozprzestrzenił się na innych barbarzyńców ze wschodu. Burgundowie nawrócili się już w okresie wormackim i dlatego gdy wylądowali w dolinie Rodanu i Saony, byli z definicji heretykami.
By pomyślnie zintegrować się z Galią, Frankowie i Burgundowie nie mieli innego wyboru, jak tylko przyłączyć się do chrześcijaństwa Galorzymian. Sam Gundobad przez wiele lat miał wątpliwości co do swojego nawrócenia i pozostał arianinem. Opowiadał się za polityką tolerancji i stopniowym przechodzeniem od jednej religii do drugiej. Jego żona Karetena była – podobnie jak Klotylda – katoliczką i otrzymała pozwolenie na budowę dużego kościoła w Lyonie. Król zgodził się nawet, by biskup Awit z Vienne zadedykował mu szczerze krytyczny traktat na temat arianizmu. Na kilka miesięcy przed chrztem Chlodwiga w 506 roku Awitowi udało się do konwersji przekonać Zygmunta, syna Gundobada. Był on już chrześcijaninem, ale niewłaściwego wyznania, więc oszczędzono mu, w przeciwieństwie do wodza Franków, kąpieli w lodowatej wodzie – wystarczyło zwykłe nałożenie rąk. Mało kto wie, ale to właśnie król Burgundii był pierwszym germańskim przywódcą, który został członkiem Kościoła katolickiego. Prawdopodobnie to wydarzenie przyspieszyło religijne nawrócenie Chlodwiga.
Tuż po nawróceniu Chlodwig i Zygmunt wyruszyli na wspólną wojnę przeciwko Wizygotom, którzy władali ogromnym imperium rozciągającym się od Loary po Andaluzję. „Bardzo mnie to trapi, że ci arianie mają pod swoją władzą część Galii. Wyruszymy, z Bożą pomocą zwyciężymy ich, a ziemię zdobędziemy pod nasze panowanie”17 – wołał pobożnie Chlodwig, świeżo upieczony katolik i były poganin. Francusko-burgundzka krucjata przeciwko heretyckim arianom była niezwykłym przedsięwzięciem, ponieważ ojciec Zygmunta nadal pozostawał wyznawcą tej doktryny. Kolejny – i nie ostatni – raz religia wydawała się pretekstem do zdobycia władzy, bogactwa i terytoriów.
W pobliżu Poitiers – a dokładnie w miejscowości Vouillé – siły burgundzko-frankijskie starły się z armią Alaryka II, króla Wizygotów. Bitwa trwała już około doby, gdy nagle Chlodwig zobaczył wrogiego władcę i bez wahania rzucił się na niego z toporem. Właśnie w tym momencie na króla Franków skoczyło dwóch wyrośniętych Gotów. Chlodwig schował się za tarczą i uciekł, mocno szarpiąc lejce konia, tymczasem martwy Alaryk spadł ze swojego siwka. Po śmierci wodza Wizygoci uciekli na Półwysep Iberyjski, gdzie ich imperium przetrwało jeszcze dwa wieki – aż do ostatecznego zniszczenia przez Maurów. Fakt, że Chlodwig podczas bitwy osobiście zabił przywódcę potężnego ludu barbarzyńców, wprawił w osłupienie pół kontynentu i dodał blasku zwycięstwu Franków. Wiosną 507 roku Chlodwig posiadał prawie całą Galię – z wyjątkiem Burgundii i Prowansji. Zrozumiałe zatem, że pod koniec XX wieku mieszkańcy Vouillé odsłonili tablicę pamiątkową z nieco napuszonymi, ale nie całkiem nieprawdziwymi, słowami: „Tu zaczyna się historia Francji”.
W łacińskich tekstach Chlodwig występował jako Clodovicus. Niemcy nazywają go Chlodwig (Ludwig, Louis), a Francuzi – podobnie jak Holendrzy i Belgowie – mówią o nim jako o Clovisie (rdzeń imienia Ludwik). Imię Chlodwig składa się z germańskich słów hlod (sławny) i wig (bitwa), a więc oznacza „znakomitego w bitwach”. Imię nie tylko podsumowuje jego karierę, lecz także toruje drogę francuskiej rodzinie królewskiej, pełnej Ludwików. Jego francuska gwiazda zaczęła naprawdę błyszczeć dopiero pod koniec jego życia, gdy frankijski wódz opuścił starą stolicę, Tournai, i obrał Paryż na centrum swojego królestwa. Zachęcony przez żonę Klotyldę, kazał wybudować tam duży kościół, dzięki czemu jego życie – naznaczone rozlewem krwi – zakończyło się w pozornie spokojnej pobożności. W 511 i 545 roku pochowano w tym kościele króla i jego żonę. Dziś w tym samym miejscu wznosi się Panteon, w którym Francja uroczyście chowa swoich bohaterów narodowych. Francuska wielkość dosłownie zakorzeniła się na francusko-burgundzkiej ziemi.
Przypadkowo lub nie, nazwa Burgundia pojawiła się po raz pierwszy w 506 roku, w którym Zygmunt zmienił wyznanie na katolicyzm. Kiedy sami mieszkańcy zaczęli jej używać, miejscowi dziejopisarze rozpoczęli poszukiwania historycznego podłoża. W tak zwanym cyklu burgundzkim lokalni uczeni próbowali połączyć starożytnych świętych, którzy trzysta lub czterysta lat wcześniej w nienazwanej jeszcze Burgundii ponieśli męczeńską śmierć za katolicyzm, w rodzaj mitu narodowotwórczego. Tak narodził się obraz Burgundii jako ziemi wybranej, z takimi budującymi bohaterami chrześcijaństwa jak Benigny z Dijon i Symforian z Autun. Nagle okazało się, że królestwo, które rozpoczęło swoją historię zaledwie sto lat wcześniej, istniało od wieków.
W 516 roku Gundobad wyzionął ducha, co otworzyło Zygmuntowi drogę do włączenia swoich poddanych do grona narodów katolickich. Nowy władca natychmiast wybudował katedrę w Genewie i zażądał od papieża licznych relikwii. Papież bez mrugnięcia płacił okiem za ekspansję Kościoła katolickiego i rozdawał coraz drobniejsze kawałki świętych relikwii. Niewyczerpane zasoby chrześcijańskich kości i resztek nadawały nowym kościołom blask świętości.
Wydawało się, że wszystko układa się po myśli Zygmunta: Alamanowie zostali pokonani, Wizygoci – wyparci, a z Frankami połączyła Burgundów bliska więź. Solidne burgundzkie imperium wkrótce rozpadło się jednak jak domek z kart.
Po śmierci żony, Ostrogoty (która, jak wskazuje imię, była córką Teodoryka Wielkiego, króla Ostrogotów) Zygmunt, ku utrapieniu ich syna Sigeryka, ożenił się z atrakcyjną służącą królowej. Pewnego dnia Sigeryk zobaczył macochę przechadzającą się korytarzami pałacu w szatach zmarłej matki. To wystarczyło, by rozpalić frustrację nastolatka. „Pokojówka nie ma prawa nosić ubrań swojej pani”18 – krzyknął z gniewem. Nowa wybranka króla poczuła się urażona i poskarżyła się Zygmuntowi. Całą historię przedstawiła jako teorię spiskową: syn planował go zdetronizować. Takiego zagrożenia król tolerować nie mógł, kazał więc zabić Sigeryka podczas popołudniowej drzemki. „Śpiącemu założono chustę wokół szyi, zawiązano pod brodą, a dwóch służebnych ciągnęło ją do siebie, każdy w swoją stronę. I tak go uduszono”19 – melduje Grzegorz z Tours, jak na niego bardzo rzeczowo.
Jeszcze tego samego wieczoru nastrój Zygmunta zmienił się i zaczęły go dręczyć wyrzuty sumienia. Załamany monarcha szukał ukojenia w opactwie św. Maurycego, które założył w 515 roku, gdzie dziewięć zespołów zdeterminowanych mnichów dzień i noc śpiewało na przemian psalmy i kantyki. Była to wschodnia tradycja monastyczna, która pojawiła się na zachodzie starej Burgundii. Mnisi utrzymali tę niezwykłą formę gorliwej wiary aż do początku IX wieku i poświęcili prawie dwa i pół miliona godzin na pobożne śpiewanie.
Głęboki smutek Zygmunta, szybkie wyrzuty sumienia i przywiązanie do wiary katolickiej przyniosły mu później aurę świętego. Religijni przestępcy czcili nieszczęsnego monarchę jako patrona skruszonych morderców. Jego czaszka i topór powędrowały w 1365 roku do Pragi na prośbę chorego Karola IV, po czym cesarz rzymski szybko wyzdrowiał, a Zygmunt z Burgundii stał się patronem Czech.
Triumf był pośmiertny, bo w 522 roku sytuacja Zygmunta była dość niepokojąca. Burgundia z obawą patrzyła na ostrogockie Włochy, gdzie Teodoryk Wielki był gotów do wymarszu i pomszczenia śmierci swego wnuka. Tymczasem Chlodomer, syn Chlodwiga, zaskoczył przyjaciół i wrogów. Frankoński przywódca dał się podmówić burgundzkiej żonie Gunteusze, wnuczce Godegisela, który został ścięty dwadzieścia dwa lata wcześniej. Wybiła godzina jej zemsty. Germańskie kobiety były tradycyjnie strażniczkami honoru rodzinnego, a Gunteucha zażądała odszkodowania za zamordowanie rodziców i dziadków przez króla Gundobada. Sam sprawca już nie żył, ale jego syn, osłabiony ostatnimi wydarzeniami, był idealną ofiarą, dzięki której mogła zaspokoić żądzę zemsty. W 523 roku armia Franków rozgromiła burgundzkich wojowników Zygmunta, niezmotywowanych do walki, a jemu samemu ledwo udało się uciec. Władca zmierzał do klasztoru, lecz został zatrzymany, choć widział już bramy kompleksu. Zgodnie z zasadami germańskiej faihithy Chlodomer zabił go wraz z jego bliskimi w taki sam sposób, w jaki Gundobad zamordował kiedyś Godegisela i jego zwolenników: najpierw ściął im głowę, a potem wrzucił ciała do głębokiej studni.
Gdy świetność Gundobada wydawała się skazana na zagładę, Burgundowie pospiesznie koronowali na nowego króla Gundomara, brata Zygmunta. Rok później niespodziewanie rozgromił on Franków. Głowa Chlodomera wylądowała na palu, a Burgundia odżyła. Okazało się, że był to ostatni zryw domu królewskiego – w 534 roku Merowingowie definitywnie rozgromili burgundzką armię, choć Gundomar zdołał w porę uciec. Książę przez wiele lat udawał zwykłego człowieka i żył w swojej Burgundii, która – choć pod flagą frankijską – zachowała odrębność.
Frankowie żyli w stanie niemal permanentnej wojny. Wszyscy męscy potomkowie mieli równe prawo do dóbr głowy rodu, więc rodziny książęce walczyły o każdy skrawek ziemi. Krewni nieodżałowanego Chlodomera zabili jego synów, by nie musieli oddawać żadnego terytorium gałęzi frankijsko-burgundzkiej. Próba oczyszczenia frankijskiej rodziny królewskiej z burgundzkiej krwi była od początku skazana na niepowodzenie – musieliby zabić prawie wszystkich, w tym samych siebie. By to zrozumieć, wystarczy zajrzeć do drzewa genealogicznego Chlodwiga. Trzeba mieć trochę cierpliwości, ale w pewnym momencie przychodzi małe objawienie. Pomocne może okazać się przeczytanie na głos poniższego akapitu, który wydaje się wzięty wprost z merowińskiej sztuki bulwarowej.
Chlodwig ożenił się z Klotyldą, siostrzenicą Gundobada, a ich syn Chlodomer miał dzieci z Gunteuchą, wnuczką Godegisela. Gunteucha po śmierci Chlodomera została przekazana niesławnemu Chlotarowi I, trzeciemu synowi Chlodwiga. Oprócz Teuderyka, najstarszego syna Chlodwiga, który – podobnie jak jego ojciec – na drugą żonę wybrał burgundzką księżniczkę, niejaką Suavagothę, córkę Zygmunta; oprócz Teodeberta, najstarszego syna Teuderyka, dziecka z pierwszego małżeństwa, w żyłach wszystkich potomków Chlodwiga płynie krew burgundzka. Gałąź Teodeberta liczyła tylko jednego syna i jednego bezdzietnego wnuka, więc linia nieburgundzka szybko wygasła, a genealogiczne zawiłości wskazują na niepodważalną prawdę historyczną: potomkowie Chlodwiga byli w takim samym stopniu Burgundami co Frankami.
To może wyjaśniać, dlaczego Lex Burgundionum obowiązywało aż do IX wieku i dlaczego – poza rzadkimi przypadkami Franków – większość biskupów, wielkich właścicieli ziemskich oraz arystokratów mogła przez długi czas szczycić się swoim burgundzkim pochodzeniem. Słynny kodeks prawny zapoczątkował skuteczną politykę integracyjną, która z kolei sprawiła, że ludność nadal uważała się za Burgundów. Mityczne królestwo mogło rozpłynąć się we mgle czasu, ale nazwa „Burgundia” przetrwała przez wieki.
Imperium Merowingów wkrótce rozpadło się na trzy duże części: Austrazję (ze stolicą w Reims, potem w Metz), Neustrię (ze stolicą w Soissons) i Burgundię (ze stolicą w Chalon-sur-Saône). Po dwóch lub trzech wiekach Merowingowie stracili faktyczną władzę. Zgnuśniali królowie pogrążyli się w pustce, a tymczasem ich majordomowie, którzy zajmowali się praktyczną organizacją państwa, stopniowo przeobrażali się w prawdziwych przywódców Franków. Pod rządami słabowitych potomków Chlodwiga historia Burgundii toczyła się leniwie, dopóki obce najazdy nie pchnęły niemrawego koła zębatego historii.
Około 700 roku Maurowie podbili prawie całą Afrykę Północną i z powodzeniem zapuszczali się na północ, w kierunku Hiszpanii. W 711 roku zmietli z mapy Wizygotów, a osiem lat później Arabowie przeprowadzili inwazję po drugiej stronie Pirenejów, gdzie natychmiast zajęli Narbonę. Abd ar-Rahman, przywódca najeźdźców, nie potrafił się powtrzymać i splądrował cały region. Napływ nowych cudzoziemców groził pochłonięciem twierdz poprzednich emigrantów, jedna po drugiej.
Majordom z regionu Mozy miał powstrzymać inwazję. Przedstawienia tego wczesnośredniowiecznego bohatera są dość podobne. Frankijski wódz patrzy przed siebie nieustraszonym wzrokiem, nosi opaskę na długich włosach, ma poszarpany wąs morsa pod pokaźnym nosem, jest odziany w kolczugę, a u jego stóp leży tarcza. Najbardziej uderzający jest zakrwawiony topór, który mężczyzna trzyma w prawej ręce. Ów władca, Karol Młot, występuje zawsze jako najbardziej heroiczny wojownik swojej epoki.
Młot chciał wykorzystać inwazję Maurów do przejęcia rozdrobnionej władzy nad Merowingami. W październiku 732 roku pomaszerował ze swoimi siłami do doliny Clain, na północ od dzisiejszego Poitiers. Po raz pierwszy od przybycia na europejskie ziemie Arabowie spotkali się ze zdyscyplinowaną armią uzbrojoną po zęby. Jeźdźcy islamu kontra chrześcijańskie oddziały szturmowe, Abd ar-Rahman kontra Karol Młot. Podobnie jak za czasów Aecjusza i Attyli, Burgundowie stanowili ważną część sprzymierzonych sił.
Elitarni wojownicy Franków przez długi czas trzymali się w tyle. Pozwolili piechotom stoczyć pierwszą bitwę. Rozczłonkowane lub bezgłowe ciała piechurów pokrywały bagnisty grunt. Bitwa została rozstrzygnięta na tym makabrycznym podłożu. Karol Młot (fr. Martel) szalał i wymachiwał toporem niczym młotem (łac. martellus). Z szoku dwóch zderzających się cywilizacji jego imię wystrzeliło jak iskra, która oświetli epokę Karolingów, nazwaną tak od jego imienia.
Alianci nabrali odwagi. Maurowie ustąpili. Ich armia była przygotowana raczej na najazdy rabunkowe na dużą skalę niż na klasyczne starcie. Kiedy Abd ar-Rahman zginął, jego ludzie uciekli w popłochu. W relacji z bitwy kronikarz dokonał niezwykłego podwójnego wyczynu – nie tylko wzbogacił kroniki swoim niezapomnianym imieniem Notker Balbulus (Jąkała), lecz także określił bezładną koalicję wojsk chrześcijańskich jako Europenses. Po raz pierwszy spod pióra kronikarza wyszło słowo „Europejczycy”.
W okresie Karolingów Burgundia została niemal niezauważalnie wchłonięta przez imperium Karola Wielkiego, wnuka Młota, a starej nazwie groziło zapomnienie. Dopiero w 843 roku, po podziale dziedzictwa na mocy traktatu w Verdun, termin „Burgundia” ponownie pojawił się w pismach.
Ogromne imperium wielkiego Karola zostało podzielone na trzy części. Jedną z nich było państwo zachodniofrankijskie (region, który wkrótce miał stać się Francją), drugim – państwo wschodniofrankijskie (obszar, który miał przekształcić się w Niemcy). Katolickie królestwo leżało obok przynajmniej tak samo katolickiego imperium. Pomiędzy nimi przez kilka dziesięcioleci znajdowało się państwo środkowofrankijskie, rozciągające się od Fryzji aż po Włochy, ale wkrótce stało się ono częścią państwa wschodniofrankijskiego. Podczas podziału imperium Karola stara Burgundia została przecięta na dwie części. Część wschodnia wkrótce oderwała się od państwa wschodniofrankijskiego i nazwała się Wolnym Hrabstwem Burgundii. Wyraźne odniesienie do starego królestwa stopniowo zanikało i z czasem region nazwano po prostu Franche-Comté – tak jest do dzisiaj. Potem Burgundią zaczęto określać tylko zachodnią część ziem, należącą do państwa zachodniofrankijskiego, czyli mniej więcej obszar pomiędzy Nevers, Dijon i Mâcon20.
*
Zaciekłe walki o podział imperium karolińskiego doprowadziły do rozlewu krwi – po germańskich i arabskich najeźdźcach Europę zaatakowali także skandynawscy wojownicy. Pod koniec IX wieku wikingowie przemieszczali się wzdłuż meandrów Sekwany, Loary, Yonne i Aube w głąb Burgundii i plądrowali bogate klasztory tego regionu. Hrabia Autun, niejaki Ryszard, podjął wyzwanie obrony zagrożonego regionu. Wyrzucił Normanów z Burgundii z taką siłą, że wkrótce nazwano go Ryszardem I Sprawiedliwym. Na wieść o tym wielu mnichów opuściło północno-wschodnią część królestwa i przeniosło swoje relikwie do względnie bezpiecznej Burgundii, gdzie jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nowe klasztory.
Ryszard zepchnął wikingów z powrotem do doliny Sekwany, ale Skandynawowie nie zaprzestali ataków. To eufemizm twierdzić, że wódz Rolf i jego wojska zagrażały bezpieczeństwu państwa zachodniofrankijskiego. W 911 roku skierował on swój wzrok na Chartres. Podczas oblężenia miasto nie miało żadnych szans, ale niespodziewanie zdarzył się cud. Biskup Chartres, niejaki Gantelme, zjawił się w ornacie zdobionym diamentami. Wiedział, że to jego moment, i nie wahał się ani chwili. Opuścił laskę, napiął pierś, zerwał okrycie wierzchnie niczym średniowieczny Hulk i wyciągnął kawałek materiału, który natychmiast oświetlił promień słońca. Krzyknął w ekstazie: „Oto szata Dziewicy Pańskiej!”. Według przekazu Maryja miała ją na sobie przy narodzinach Jezusa. Widać musiało to zadziałać jak rodzaj militarnego afrodyzjaku, ponieważ Rolf, normański poganin, został bezlitośnie pobity i na mocy traktatu wygnany do regionu, który z tego powodu wkrótce nazwano Normandią. Tam pokonany wódz miał pozostać, przyjąć chrzest i bronić Francji przed najazdami innych Normanów. Sto pięćdziesiąt lat później jego prapraprawnuk miał stamtąd podbić Anglię. Był to niejaki Wilhelm, który szybko kazał nazywać się Zdobywcą.
Legenda o klęsce Rolfa jest przyjemną lekturą, a szata dziewicy Maryi nadal jest przechowywana w katedrze w Chartres – choć rzeczywistość była o wiele bardziej prozaiczna. Gantelme niewątpliwie wykazał się pewną teatralnością, lecz to przede wszystkim Ryszard I Sprawiedliwy, który po raz kolejny przybył w samą porę, sprawił, że wikingowie przegrali. W lipcu, po oblężeniu trwającym sto dni, Burgundowie wyzwolili miasto. Wniosek jest równie krótki, co ważny: bez Burgundii nie byłoby Normandii.
Człowiek, któremu udało się pomyślnie rozstrzygnąć tyle zmagań zbrojnych, otrzymał od króla Francji pozwolenie na nazywanie się księciem. Na stolicę swojego księstwa Ryszard wybrał Dijon, będące tylko skromną częścią legendarnego królestwa Gundobada. Historyczne znaczenie tych ziem nie jest przez to jednak mniejsze. Dzięki zwycięstwu nad skandynawskimi najeźdźcami na początku X wieku powstały zalążki słynnego księstwa Burgundii.
Albo o tym, jak powstanie systemu feudalnego wpłynęło na ewolucję księstwa burgundzkiego, jak Kościół w XI i XII wieku był rządzony w równym stopniu z Burgundii, co z Rzymu, ale także o tym, jak zaraza i wojna stuletnia sprawiły, że w 1369 roku Flandria i Burgundia się połączyły.
Ziemie imperium karolińskiego były tak wiele razy dzielone między wszystkich synów królów, że rozpadły się na niezliczoną liczbę kawałków. Na dłuższą metę prawie nie było już czego parcelować. Kiedy Ludwik V Leniwy w 987 roku spadł z konia, wielcy władcy królestwa musieli w pośpiechu wybrać następcę króla. W swoim legendarnym upodobaniu do słodkiego nieróbstwa zmarły monarcha nie zadbał o potomków. Przeszedł do historii jako ostatni Karoling.
Hrabiowie i książęta zwrócili uwagę na mało znaczącego Hugona Kapeta, który wydawał im się atrakcyjny właśnie z powodu słabości. Im bardziej niepozorny król, tym więcej swobody dla możnych. Dobra Kapeta obejmowały zaledwie obszar między Senlis a Orleanem, czyli okolice Paryża. Nie prowadził on zbyt ambitnej polityki, choć był na tyle sprytny, by swoje ziemie w całości przekazać najstarszemu synowi. Prosty, ale genialny pomysł na zagwarantowanie następcy tronu był zalążkiem jego pośmiertnego sukcesu. Nikt nie mógł przypuszczać, że ten kruchy król będzie pierwszym z serii trzydziestu sześciu władców. Kapetyngowie systematycznie powiększali swoje włości i zdołali zająć tron francuski na osiemset lat. Od 987 roku przyjęło się mówić o Francji, a nie o państwie zachodniofrankijskim.
Z początkowo skromnego rodowodu wyrosła silna gałąź, która z czasem rozrosła się aż po Dijon i przez wieki rzucała cień na Burgundię. Robert, wnuk Kapeta, marzył o obaleniu z francuskiego tronu Henryka I, swojego starszego brata, ale w 1032 roku musiał się w końcu zadowolić Burgundią. Następnie przez trzysta lat księstwo zgrabnie przechodziło z ojca na syna. Książę Robert był protoplastą burgundzkich Kapetyngów. W XI wieku nawiązała się więc ścisła więź między koroną a regionem wokół Dijon. Książę burgundzki stał się – zaraz po królu – jednym z najważniejszych autorytetów w królestwie. Podczas gdy francuscy Kapetyngowie mozolnie kształtowali królestwo, burgundzka linia rodu po cichu modelowała księstwo. Powoli, ale pewnie przygotowywała się do spektakularnego awansu.
Na szczycie średniowiecznej struktury feudalnej znajdował się król. Podlegali mu wasale, którzy zarządzali lennem w imieniu swojego władcy, a w zamian przysięgali lojalność i wsparcie wojskowe. Wasalom podporządkowani byli panowie o niższej rangi – i tak kaskada władzy ciągnęła się aż do samego dołu, gdzie chłopi pracowali dla pana w zamian za ochronę przed zewnętrznymi zagrożeniami. Ponieważ ręka Hugona Kapeta nie sięgała daleko, faktyczna władza we wczesnej Francji należała do książąt i hrabiów Akwitanii, Bretanii, Normandii, Tuluzy, Gaskonii, Anjou, Flandrii i Burgundii. Brak zrównoważonej władzy centralnej w tych regionach doprowadził jednak do rozdrobnienia władzy na coraz mniejsze jednostki.
Podczas najazdów Maurów i Normanów lokalni władcy zazwyczaj sami bronili swoich wiosek, dlatego wszędzie wyrastały twierdze obronne. W tych mrocznych bastionach wiejska arystokracja odtwarzała w miniaturze dom królewski. Chłopi byli traktowani jak zwierzęta i często aby przeżyć, sprzedawali wszystko – nawet samych siebie – miejscowemu baronowi, który bogacił się na plecach swoich spracowanych chłopów pańszczyźnianych. By utrzymać ich w ryzach, szlachta rekrutowała ciężko uzbrojonych jeźdźców – to z nich powstała kasta rycerska. Później Anglicy nazwali tych wojaków odzianych w kolczugi knights, co jest awansem, którego holenderskie słowo knecht (pomocnik, służący, młodzieniec) nigdy nie odzwierciedlało. Słowem chevalier Francuzi podkreślali fakt, że rycerze byli jeźdźcami. Podobnie było z niderlandzkim określeniem ridder (od słowa rijder – jeździec), oznaczającym rycerza.
Ten niesprawiedliwy podział był częścią porządku tak niewzruszonego, że żadnemu człowiekowi średniowiecza nie przyszłoby do głowy go podważać: bellatores (ci, którzy prowadzą wojnę), oratores (ci, którzy się modlą) i laboratores (ci, którzy pracują) tworzyli strukturę społeczną, która przetrwała aż do rewolucji francuskiej. Pierwsi walczyli za wszystkich, drudzy starali się o zbawienie duszy dla wszystkich, a trzeci pracowali dla modlących się i walczących. Nie tylko system, lecz także codzienna rzeczywistość były bardzo przewidywalne. Głód, wojny i choroby stanowiły refreny życia przeciętnego średniowiecznego człowieka. Mężczyźni na ogół nie dożywali trzydziestki. Średnia długość życia była tak niska z powodu wysokiej śmiertelności niemowląt, braku dobrej jakości pożywienia i niedoskonałości medycyny. Kobiety żyły przeważnie ledwo dwadzieścia lat, bo rodziły dzieci od czternastego roku życia i często umierały przy porodzie. A jednak żyło sporo starszych ludzi. Jeśli przekroczyło się dwudziestkę, miało się duże szanse na osiągnięcie szacownego wieku.
Prestiż modlących się ciągle rósł i na początku XI wieku oratores odważyli się ograniczyć brutalną władzę arystokracji i zaczęli wtykać nos w sprawy administracyjne. Kościół za pomocą Pokoju i Rozejmu Bożego (łac. Pax et Treuga Dei) próbował zbudować tamę przeciwko falom przemocy wywoływanym przez panów feudalnych i wojowników. Podczas ceremonii publicznych, w których brało udział wielu ludzi, rycerze musieli przysięgać, że zostawią w spokoju kobiety i dzieci, wiernych i pielgrzymów, podróżnych i kupców – czyli wszystkich, którzy nie brali udziału w wojnach i bitwach. Biskupi wznosili swoje zakrzywione pastorały, a las rąk natychmiast szedł ich śladem. Monumentalny gest w stronę nieba. „Pokój! Pokój! Pokój!” – brzmiał jednym głosem zebrany chór. Nawet najgorsi władcy byli pod wrażeniem ludowych zgromadzeń i ze strachu przed ekskomuniką – która była równoznaczna z biletem do piekła – dosłownie padali na kolana. Nie wszędzie jednak podobne wysiłki przynosiły owoce. Pod koniec XI wieku Kościół uznał za dobry pomysł przeniesienie agresywnych ekscesów feudalizmu na Bliski Wschód. Czy heretycy nie uprzykrzali tam życia braciom? Czyż nie bezcześcili grobu Chrystusa? Czy nie odmawiali chrześcijanom wstępu do miasta?
Panowie i rycerze mieli sprawiedliwie strzec przed zagrożeniami fizycznymi, a rosnąca armia mnichów – dbać o zbawienie świata. Król namaszczony przez katolików zawiódł i w tej dziedzinie, musieli więc wziąć na siebie zadanie uśmierzenia gniewu Boga i błagania go o miłosierdzie. Liczni synowie człowieczy odwracali się od świata i prowadzili egzystencję bez żądz i bogactwa. Jałmużna spływała szerokim strumieniem. Nie tylko biedni nieszczęśnicy, ale także właściciele zamków chcieli zapewnić sobie wieczny odpoczynek w jak najbardziej komfortowych warunkach. Przez długi czas klasztory pozostawały duchową rozrywką regionalnej szlachty, lecz wielki ruch reformatorski położył temu kres. Niemal nieskończony ciąg opactw rozwinął się w najważniejszy ośrodek władzy w XI wieku.
