Buick 8 - Stephen King - ebook + audiobook + książka

Buick 8 ebook i audiobook

Stephen King

3,7
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ojciec Neda Wilcoxa zginął gwałtowną śmiercią. Ned podejmuje pracę w jego macierzystej Jednostce D, by jeszcze przez jakiś czas obcować chociaż ze wspomnieniami o nim. Wśród funkcjonariuszy policji stanowej panują stosunki jak w rodzinie. Ale, jak wiadomo, każda rodzina ma swoje tajemnice, niekoniecznie przyjemne. Także Jednostka D od lat pilnie strzeże tajemnicy, która może mieć coś wspólnego z makabryczną śmiercią ojca Neda. Tajemnicy nieludzkiej i nigdy niewyjaśnionej, a przez to jeszcze bardziej fascynującej.

Czy Ned zdoła rozwiązać zagadkę Buicka Roadmastera 8, stojącego od dwudziestu lat w Baraku B?

Stephen King (ur. 1947) nazywany jest Królem Horroru. Sławę i awans z pracownika pralni na najbogatszego pisarza Ameryki przyniosła mu „Carrie” (1974). To od niej zaczęło się pasmo prawdziwych bestsellerów – wśród nich znalazły się chociażby kultowe „Miasteczko Salem” (1975), „Lśnienie” (1977), „Bastion” (1978), cykl „Mroczna Wieża” (1982–2012), „Cmętarz Zwiężąt” (1983), „To” (1986), „Misery” (1987), „Zielona mila” (1996), „Dallas ’63” (2011), a także najnowsze powieści – „Billy Summers” (2021), „Holly” (2023) i „Nie wymiękaj” (2025). Dzieła Kinga, łączące gatunki takie jak horror, science fiction, sensacja, thriller i fantasy, rozeszły się w setkach milionów egzemplarzy i zostały przetłumaczone na kilkadziesiąt języków. Były też wielokrotnie ekranizowane. Stephen King i jego żona Tabitha mają córkę i dwóch synów – pisarzy Owena Kinga („Śpiące królewny”) i Joego Hilla („Locke & Key”).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 450

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 34 min

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
3,7 (150 ocen)
47
37
45
15
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Diana_Kupiak

Dobrze spędzony czas

Całkiem niezły King, który powraca do motywu auta, które ma za sobą jakąś historię, tylko że zakręca w całkowicie innym kierunku niż taka Christine. Dużo obyczajówki, troszkę fantasy i sporo rozmów. Jak ktoś lubi Kinga, który przeciąga wątki w sobie magiczny sposób, pozycja jak znalazł.
10
MichalP2021

Nie polecam

Zaczęło się ciekawie, myślałem że się rozkręci ale nic takiego nie nastąpiło. Szkoda czasu, nudy, flaki z olejem
00
Aaaad

Nie oderwiesz się od lektury

fabuła może nie zachwyca, ale opisy postaci, sytuacji prawdziwe, z drobnymi smaczkami, klasyka Kinga, który jak nikt potrafi wciągnąć czytelnika w swoj odległy swiat
00
Efendi_10

Nie oderwiesz się od lektury

Fajne, ale trochę bez końca...
00
Danutastrona394

Całkiem niezła

Witajcie moi kochani Lubicie powieści fantastyczno-obyczajowe? Jeżeli tak mam dla Was ciekawą propozycję. Tytuł: Buick 8 Autor: Stephen King Wydawnictwo: Prószyński I S-ka Historia opowiada o Nedzie Wilcoxie, który w tragicznych okolicznościach traci ojca (policjanta) i w związku z tym zatrudnia się w jego Jednostce D. Chłopak nie może pogodzić się ze stratą dlatego stara się jak najczęściej wspominać tatę wraz z jego przyjaciółmi. Po czasie odkrywa nie tylko wspomnienia, ale również i sekrety ściśle strzeżone przez członków Jednostki D. Ponadto poznaje historię Baraku B oraz tego co kryje jego wnętrze, co więcej czegoś co może mieć ścisły związek z niewyjaśnioną śmiercią ojca. Zdecydowanie jest to powieść lekka, mimo wątku śmierci, oraz niezobowiązująca. Historia utrzymana jest w klimacie fantastycznym oraz obyczajowym z dodatkiem dramaturgii. Choć wątek fantastyczny do mnie niestety nie przemawia. Tajemnica, którą skrywa Barak B nie jest w moim guście. Tak w aspekcie wątku obycz...
00



Tytuł oryginału

FROM A BUICK EIGHT

Copyright © 2006 by Stephen King

All rights reserved

Projekt okładki oraz ilustracja na okładce

Dark Crayon

Przygotowanie okładki do druku

Ewa Wójcik

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Jacek Ring

Korekta

Lidia Sadowska

ISBN 978-83-8444-609-6

Warszawa 2026

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Dla Surendry i Geety Patelów

Dziś: Sandy

Rok po śmierci Curta Wilcoxa jego syn zaczął bardzo często przychodzić do baraków, ale to naprawdę bardzo, lecz nikt mu nie kazał spadać ani nie spytał, czego tu znowu, do cholery, szuka. Rozumieliśmy, o co mu chodzi – chciał mieć kontakt ze wspomnieniami o ojcu. Gliny się dobrze znają na psychologii żałoby; większość nas poznała temat lepiej, niżby chciała.

Był to ostatni rok Neda Wilcoxa w szkole w Statler. Musiał zrezygnować z gry w drużynie futbolowej; kiedy nadeszła pora wyboru, zdecydował się na Jednostkę D. Ciężko pojąć, że chłopak to zrobił, że przedłożył harówę za darmo nad piątkowe mecze i sobotnie imprezy, ale tak właśnie się stało. Chyba nikt z nas z nim o tym nie rozmawiał, ale szanowaliśmy go za to. Uznał, że pora skończyć z zabawą i tyle. Decyzja często ponad siły dorosłych facetów. A Ned ją podjął, nie mogąc jeszcze legalnie kupić sobie drinka ani paczki fajek. Ojciec byłby chyba z niego dumny. Nie chyba, na pewno.

Zważywszy na to, jak często się plątał po okolicy, w końcu chyba musiał się dowiedzieć, co jest w Baraku B i spytać kogoś, co to i co tam robi. Prawdopodobnie padłoby na mnie, ponieważ byłem najbliższym przyjacielem jego ojca. Przynajmniej wśród chłopaków z policji stanowej. Może nawet czekałem, aż tak się stanie. Co cię nie zabije, to cię wyleczy, jak to kiedyś mówili. Niech ten kot dostanie solidną dawkę satysfakcji.

To, co spotkało Curtisa Wilcoxa, było całkiem zwyczajne. Odebrał mu życie zasłużony miejscowy pijak, którego Curt dobrze znał i którego aresztował z sześć czy osiem razy. Ten pijak, Bradley Roach, nie chciał nikomu zrobić krzywdy; pijacy rzadko tego chcą. Co, oczywiście, nie przeszkadza, że ma się ochotę dać im takiego kopa w tę zalaną dupę, żeby dolecieli na drugą wieś.

Pod koniec pewnego upalnego lipcowego popołudnia roku zero jeden Curtis zatrzymał się przy jednej z tych wielkich ciężarówek na osiemnastu kołach, która zjechała z czteropasmówki, bo jej kierowca zamarzył o domowym żarełku, zamiast udać się do kolejnego Burger Kinga czy Taco Bell. Curt zaparkował na asfalcie przed opuszczoną stacją Jenny przy skrzyżowaniu drogi stanowej 32 z szosą Humboldta – innymi słowy, w tym samym miejscu, w którym w naszej części wszechświata przed laty pojawił się ten cholerny stary buick roadmaster. Możecie to nazwać zbiegiem okoliczności, ale ja jestem gliną i nie wierzę w zbiegi okoliczności, tylko w łańcuchy wydarzeń, które robią się coraz dłuższe i słabsze, aż przerwie je pech lub zwykła ludzka podłość.

Ojciec Neda ruszył za tą ciężarówką, bo miała oderwaną łatę. Przejeżdżając, zauważył, że za tylną oponą furkocze pasmo gumy jak wielka czarna wstążka. Mnóstwo niezależnych kierowców jeździ na łatanych oponach, bo ceny nowych są takie, że po prostu inaczej się nie da, i czasami łaty się odklejają. Ciągle się je widzi porozrzucane na całej autostradzie, na asfalcie albo zepchnięte na pobocze jak wylinki gigantycznych czarnych węży. Niebezpiecznie jest jechać za takim z odklejającą się łatą, zwłaszcza na dwupasmówce w rodzaju SR 32, ładnej, lecz zaniedbanej szosie pomiędzy Rocksburg i Statler. Taka łata jest na tyle duża, że może rozbić przednią szybę jakiemuś nieszczęsnemu gościowi. A nawet jeśli nie wybije, może wystraszyć kierowcę tak, że wpadnie do rowu, na drzewo albo do strumienia Redfern, który biegnie równiutko wzdłuż szosy prawie przez dwanaście kilometrów.

Curt włączył koguta i kierowca grzecznie zjechał na pobocze. Curt zatrzymał się tuż za nim, najpierw połączywszy się z dyspozytornią. Wyjaśnił przyczyny postoju i zaczekał, aż Shirley potwierdzi, że przyjęła meldunek. Następnie wysiadł i poszedł do ciężarówki.

Gdyby podszedł dokładnie pod okno, z którego wychylał się kierowca, nadal chodziłby po naszej planecie. Ale on zatrzymał się, żeby popatrzeć na łatę na tylnym zewnętrznym kole, a nawet mocno za nią szarpnął, żeby sprawdzić, czy da się oderwać. Kierowca widział to, co później zeznał. To, że Curt się zatrzymał przy oponie, było przedostatnim ogniwem w łańcuchu, który zaprowadził jego syna do Jednostki D i włączył w nasze szeregi. Ostatnim ogniwem był według mnie Bradley Roach, który się pochylił, żeby wyjąć kolejny browar z sześciopaka na podłodze jego starego buicka regala (nie tego buicka, tylko innego – tak, zabawne, że kiedy się wspomina wypadki i romanse, wszystkie wydarzenia układają się jak planety na astrologicznym wykresie). Nie minęła minuta, a Nedowi Wilcoxowi i jego siostrom zabrakło tatusia, a Michelle Wilcox – męża.

Niezbyt długo po pogrzebie chłopak Curta zaczął się pokazywać w Jednostce D. Tamtej jesieni przychodziłem na zmianę od trzeciej do jedenastej (albo tylko po to, żeby sprawdzić, co się dzieje; jak się już jest w tym kieracie, trudno się z niego wyrwać) i na ogół pierwszą osobą, którą widziałem, był ten mały. Jego koledzy byli na boisku im. Floyda B. Clouse’a za szkołą, grali, atakowali ćwiczebne manekiny i przybijali sobie piątki, a Ned tymczasem sterczał samotnie na trawniku przed barakami, opatulony w zielono-złotą szkolną marynarkę, i grabił suche liście na wielkie sterty. Machał do mnie ręką, a ja do niego – jak się masz, synu. Czasami, gdy zaparkowałem, przychodziłem do niego i gawędziliśmy. On opowiadał mi na przykład, co mądrego zrobiły ostatnio jego siostry, i śmieliśmy się, ale nawet kiedy się śmiał, można było poznać, jak je kocha. Czasami wchodziłem tylnymi drzwiami i pytałem Shirley, co słychać. Bez Shirley Pasternak wszyscy policjanci w zachodniej Pensylwanii błąkaliby się jak dzieci we mgle – i nie ma w tym żadnej przesady.

Jak przyszła zima, Ned uwijał się z odśnieżarką na parkingu, gdzie funkcjonariusze zatrzymywali swoje prywatne samochody. Za nasz parking odpowiadają bracia Dadier, dwa miejscowe cwaniaczki, ale Jednostka D znajduje się w krainie amiszów, na skraju Short Hills, i kiedy jest burza, wiatr nawiewa śnieg na parking niemal natychmiast po przejeździe pługu. Ten nawiany śnieg wygląda według mnie jak ogromne białe żebra. W każdym razie Ned się nim zajmował. Zjawiał się – nawet jeśli było minus trzynaście, a od wzgórz nadal wiał wiatr – ubrany w kombinezon z zielono-złotą marynarką, w przydziałowych policyjnych rękawicach ze skórzaną lamówką i w goglach. Machałem do niego, a on odmachiwał i dalej wciągał smugi śniegu w odśnieżarkę. Później wpadał na kawę albo kubek gorącej czekolady. Ludzie zaglądali i zagadywali go, pytali o szkołę i czy trzyma bliźniaczki w ryzach (w zimie roku zero jeden dziewczynki miały jakieś dziesięć lat). Pytali, czy jego mamie czegoś nie potrzeba. Czasami nawet ja się włączałem, jeśli nikt mi nie siedział na głowie i jeśli nie miałem za dużo papierkowej roboty. Nikt nie mówił o jego ojcu; wszyscy o nim mówili. Rozumiecie.

Tak naprawdę grabienie liści i dbanie o to, żeby śnieg nie zasypał parkingu, należało do Arky’ego Arkaniana. Arky był stróżem. Ale był także jednym z nas i nigdy się nie wściekał, kiedy ktoś wchodził na jego teren. Jeśli chodzi o odśnieżanie, rękę dam sobie uciąć, że Arky na kolanach dziękował Bogu za Neda. Stuknęła mu wtedy sześćdziesiątka, na pewno, i dni świetności miał już za sobą. Podobnie jak dni, gdy mógł spędzić na dworze półtorej godziny przy temperaturze minus dziesięć (minus dwadzieścia pięć, jeśli doliczyć wiatr) i prawie tego nie poczuć.

A potem mały przykleił się do Shirley, czyli formalnie funkcjonariusz łącznościowej Pasternak. Zanim nadeszła wiosna, Ned zaczął coraz częściej przesiadywać w jej małej klitce z telefonami, TDD (urządzeniami telefonicznymi dla głuchych), tablicą lokalizacji (znaną też jako D-mapa) oraz komputerową konsoletą, która jest samym środkiem tego małego światka pod wysokim napięciem. Shirley pokazała mu telefony (najważniejszy jest czerwony, nasz odpowiednik 911). Wyjaśniła, że sprzęt namierzający trzeba sprawdzać raz w tygodniu i jak się to robi, i że trzeba codziennie potwierdzać grafik przydziałów, żeby wiedzieć, kto patroluje szosy Statler, Lassburga i Pugus City, kto ma dyżur w sądzie lub jest wolny.

– Śni mi się w koszmarach, że straciłam funkcjonariusza i wcale o tym nie wiem – podsłuchałem raz, jak mówi Nedowi.

– Czy to się kiedyś stało? – spytał Ned. – Zgubiliście kogoś?

– Raz. Zanim tu zaczęłam pracować. Patrz, zrobiłam ci odbitkę kodów wezwań. Teraz nie musimy ich już używać, ale wszyscy to robią. Jeśli chcesz pracować w dyspozytorni, musisz je poznać.

Potem wróciła do czterech głównych czynności, jeszcze raz wymieniając je od początku: potwierdzić lokalizację, potwierdzić rodzaj wypadku, potwierdzić rodzaj obrażeń, jeśli istnieją, i potwierdzić miejsce pobytu najbliższego wolnego funkcjonariusza. Lokalizacja, wypadek, obrażenia, funkcjonariusz, oto jej mantra.

Pomyślałem: niedługo będzie tu pracować. Shirley chce go przyuczyć. Nie przejmuje się, że pułkownik Teague albo ktoś ze Scranton może tu wejść i przyłapać go, jak wykonuje za nią pracę, Shirley chce go przyuczyć.

I co powiecie, nie minął tydzień, a mały zasiadał przy biurku funkcjonariusz łącznościowej Pasternak w dyspozytorni, najpierw tylko wtedy, gdy Shirley leciała do łazienki, ale potem zostawał tam na coraz dłużej, a Shirley robiła kawę, a nawet wychodziła zapalić.

Kiedy mały po raz pierwszy zobaczył, że widzę, jak siedzi tam zupełnie sam, podskoczył i wyszczerzył się w fałszywym uśmiechu, jak chłopak, którego matka weszła niespodziewanie do pokoju, kiedy on nie zdążył wyjąć ręki spod bluzki dziewczyny. Skinąłem mu głową i poleciałem przed siebie zajęty swoimi sprawami, udając, że nic mnie to nie obchodzi. Shirley oddała zarządzanie dyspozytornią chłopakowi, który musiał się golić najwyżej trzy razy w tygodniu, po drugiej stronie tego ustrojstwa był prawie tuzin facetów, ale ja nawet nie zwolniłem kroku. Nadal rozmawialiśmy o jego ojcu – Shirley i Arky, no i ja, i pozostali, z którymi Curtis Wilcox służył ponad dwadzieścia lat. Nie zawsze mówi się ustami. Czasami to, co pada z twoich ust, w ogóle nie ma znaczenia. Trzeba się uwiarygodnić.

Ale kiedy zszedłem mu z oczu, zatrzymałem się. Stanąłem. Zacząłem nasłuchiwać. Shirley Pasternak stała z parującym styropianowym kubkiem po przeciwnej stronie pokoju, koło okien wychodzących na autostradę, i patrzyła na mnie. Obok niej stał Phil Candleton, który właśnie się odmeldował i już się przebrał w cywilne łachy. On także patrzył w moim kierunku.

W dyspozytorni zatrzeszczało radio.

– Statler, tu dwunastka – powiedział głos. Radio zniekształca, ale i tak potrafię rozpoznać moich ludzi. To był Eddie Jacubois.

– Tu Statler, mów – odpowiedział Ned. Idealnie spokojny. Jeśli się bał, że da ciała, nie było tego słychać.

– Statler, mam tu volkswagena jettę, numer rejestracyjny 14-0-7-3-9 Fokstrot, P-A, zatrzymał się na szosie 99. Potrzebuję 10-28, odbiór.

Shirley ruszyła do dyspozytorni bardzo szybkim krokiem. Trochę kawy wychlupnęło jej z kubka. Wziąłem ją za łokieć, zatrzymałem. Eddie Jacubois był w terenie, właśnie zatrzymał jettę za jakieś wykroczenie – logika podpowiadała, że za przekroczenie prędkości – i chciał wiedzieć, czy samochód lub jego właściciel figurują w policyjnych rejestrach. Chciał to wiedzieć, bo zamierzał wysiąść i zbliżyć się do jetty. Chciał to wiedzieć, bo miał zawlec swój tyłek na linię ognia, tak jak każdego dnia. Czy jetta została skradziona? Czy w ciągu ostatnich sześciu miesięcy była zamieszana w jakiś wypadek? Czy jej właściciel stanął przed sądem oskarżony o przemoc względem współmałżonka? Czy do kogoś strzelił? Czy kogoś okradł lub zgwałcił? Czy nie płacił za parkowanie?

Eddie miał prawo dowiedzieć się tych rzeczy, jeśli znajdowały się w bazie danych. Ale Eddie miał także prawo się dowiedzieć, dlaczego uczeń liceum powiedział do niego: „Tu Statler, mów”. Pomyślałem, że to zależy od Eddiego. Gdyby spytał: „Gdzie, do cholery, jest Shirley”, puściłbym jej łokieć. Ale gdyby mu to zwisało, chciałem sprawdzić, co zrobi mały. Jak to zrobi.

– Dwunastka, czekaj na odpowiedź. – Jeśli Ned spocił się z wrażenia, nie było tego słychać w jego głosie. Odwrócił się do monitora komputera i wpisał Uniscope, wyszukiwarkę używaną przez pensylwańską policję. Uderzał w klawisze gwałtownie, lecz bez pomyłek, potem wcisnął enter.

Nastąpiła chwila ciszy, w której Shirley i ja staliśmy ramię w ramię, milcząc i modląc się w doskonałym unisono. Modliliśmy się, żeby dzieciaka nie sparaliżowało, żeby nagle nie zerwał się z krzesła i nie rzucił do drzwi, żeby wysłał właściwy kod do właściwego miejsca. To była długa chwila. Pamiętam, że z zewnątrz dobiegał krzyk ptaka i z bardzo daleka pomruk samolotu. Był to czas, w którym można pomyśleć o tych łańcuchach wypadków, jakie niektórzy uparcie nazywają zbiegami okoliczności. Jeden z tych łańcuchów przerwał się, gdy ojciec Neda umarł na szosie 32; teraz mieliśmy drugi, dopiero się formujący. Eddie Jacubois – nigdy nie był z niego orzeł – połączył się z Nedem Wilcoxem. Za nim, o jedno ogniwo dalej w nowym łańcuchu, znajdował się volkswagen jetta. I ktoś, kto go prowadził.

A potem:

– Dwunastka, tu Statler.

– Dwunastka.

– Jetta jest zarejestrowana na nazwisko William Kirk Frady z Pittsburgha. Dotychczas... eee... zaczekaj...

Zrobił pauzę po raz pierwszy; słyszałem gwałtowny szelest papieru, gdy szukał kartki, którą dała mu Shirley, tej z kodami. Znalazł ją, odczytał, odrzucił z cichym pomrukiem zniecierpliwienia. Eddie przeczekał to cierpliwie w radiowozie oddalonym o dwadzieścia kilometrów. Mógł patrzeć na bryczki amiszów lub wiejski dom, w którym zasłona we frontowym oknie była powieszona ukośnie na znak, że w domu znajduje się córka na wydaniu – albo ponad zamglonymi wzgórzami Ohio. Ale tak naprawdę nie widział nic z tych rzeczy. Widział jedynie – i to wyraźnie – ciemną sylwetkę za kierownicą. Kim był kierowca? Bogaczem? Biedakiem? Żebrakiem? Złodziejem?

Wreszcie Ned to powiedział, co było strzałem w dziesiątkę.

– Dwunastka, Frady trzykrotnie prowadził w stanie wskazującym.

Pijak, oto kim był kierowca jetty. Może nie był w tej chwili pijany, ale jeśli przekroczył prędkość, prawdopodobieństwo było duże.

– Rozumiem. – Idealne opanowanie. – Jak ważność?

Chciał wiedzieć, czy kierowca miał ważne prawo jazdy.

– Eee... – Ned wpatrzył się gorączkowo w białe literki na błękitnym ekranie. Przed tobą, mały, przed tobą, nie widzisz? Wstrzymałem oddech.

A potem:

– Potwierdzam, dwunastka, oddali mu je trzy miesiące temu.

Wypuściłem wstrzymywane powietrze. Shirley zrobiła to samo. Eddie też miał powody odetchnąć. Frady nie złamał prawa, a to znaczyło, że raczej nie będzie świrował. Przynajmniej tak jest w większości sytuacji.

– Dwunastka przystępuje do czynności – nadał Eddie. – Jak mnie słyszysz?

– Słyszę cię dobrze, dwunastka przystępuje do czynności, czekam – odpowiedział Ned. Usłyszałem kliknięcie i głośne, drżące westchnienie. Skinąłem głową Shirley, która ruszyła do dyspozytorni. Potem podniosłem rękę i otarłem czoło. Wcale się nie zdziwiłem, że było mokre od potu.

– Jak leci? – spytała Shirley głosem równym i zwyczajnym, dając do zrozumienia, że według niej na wszystkich frontach panuje spokój.

– Zgłosił się Eddie Jacubois – powiedział Ned. – Jest 10-27. – W normalnym języku oznaczało do zameldowanie się dyspozytorowi. Jeśli jesteś z policji stanowej, to wiesz, że oznacza to także zwrócenie się do dyspozytora w sprawie jakiegoś wykroczenia, w dziewięciu przypadkach na dziesięć. Teraz głos Neda nie był aż tak spokojny, ale co z tego? Pora była akurat odpowiednia na odrobinę dygotu.

– Ma jakiegoś faceta w jetcie na autostradzie 99. Poradziłem sobie.

– Opowiedz, jak to było. Wszystko, co powiedziałeś. Krok po kroku. I jak najszybciej.

Poszedłem w swoją stronę. Phil Candleton zatrzymał mnie przy drzwiach mojego gabinetu. Skinął głową w stronę dyspozytorni.

– Jak mały sobie poradził?

– Nieźle – odparłem i minąłem go. Nie zdawałem sobie sprawy, że nogi mi omdlały, dopóki nie usiadłem i nie poczułem, że dygoczą.

Jego siostry, Joan i Janet, były identycznymi bliźniaczkami. Miały siebie, a ich matka miała w nich odrobinę swojego zmarłego mężczyzny: niebieskie, nieco skośne oczy Curtisa, jego jasne włosy, pełne usta (w klasowej kronice pod nazwiskiem Curta widniała ksywka „Elvis”). Michelle miała też swojego mężczyznę w synu, gdzie podobieństwo było jeszcze bardziej uderzające. Wystarczyłoby dodać kurze łapki wokół oczu i Ned mógłby uchodzić za własnego ojca, kiedy po raz pierwszy przyszedł do Jednostki D.

To miały one. A Ned miał nas.

Pewnego kwietniowego dnia przyszedł do baraków z wielkim promiennym uśmiechem. Wyglądał z nim młodziej i wręcz rozbrajająco. Ale pamiętam, jak pomyślałem, że wszyscy robimy się młodsi i rozbrajający, kiedy uśmiechamy się tak naprawdę – uśmiechem, który się pojawia, gdy jesteśmy szczerze szczęśliwi, a nie tylko wtedy, gdy usiłujemy grać w jakąś głupią towarzyską grę. Tamtego dnia mnie to uderzyło, ponieważ Ned nie uśmiechał się często. A już na pewno nie aż tak. Nie sądzę, żebym wcześniej to dostrzegł, bo był uprzejmy, kontaktowy i dowcipny. Innymi słowy, miło go było mieć przy sobie. Tę jego śmiertelną powagę zauważało się dopiero w tych rzadkich chwilach, gdy widziało się jego promienny uśmiech.

Stanął na środku pokoju i od razu wszystkie rozmowy ucichły. Trzymał w ręku jakąś kartkę. U góry miała skomplikowany złoty znak.

– Pitt! – powiedział, trzymając kartkę w obu rękach jak puchar olimpijski. – Dostałem się do Pitt, chłopaki! I dali mi stypendium! Prawie pełne!

Wszyscy zaczęli klaskać. Shirley pocałowała go głośno w usta, a dzieciak zaczerwienił się aż po szyję. Huddie Royer tego dnia miał wolne, kręcił się po posterunku i jęczał o jakiejś sprawie, w której musiał zeznawać, ale wyszedł i wrócił z torbą ciastek L’il Debbie. Arky otworzył automat z napojami i zaczęła się impreza. Trwała tak z pół godziny, nie więcej, ale była fajna do ostatniej chwili. Wszyscy ściskali Nedowi rękę, pismo z Pitt wędrowało wokół pokoju (zrobiło chyba ze dwie rundy), a paru chłopaków, którzy byli w domu, wpadło do nas tylko po to, żeby pogadać z małym i mu pogratulować.

Po czym, oczywiście, prawdziwy świat znowu dał o sobie znać. W zachodniej Pensylwanii panuje spokój, ale nie martwy. W Pogus City wybuchł pożar (Pogus City to mniej więcej takie miasto, jak ja jestem arcyksiążę Ferdynand), a na autostradzie 20 wywróciła się bryczka amiszów. Amisze trzymają głównie ze sobą, ale w takich sprawach chętnie przyjmują pomoc z zewnątrz. Koń nie ucierpiał, co było sensacją. Najgorsze numery z bryczkami wydarzają się w piątkowe i sobotnie noce, kiedy młodziaki w czerni mają tendencję do upijania się za stodołą. Czasami proszą „osobę światową”, żeby kupiła im butelkę albo skrzynkę piwa Iron City, a czasami piją własne wynalazki, dosłownie morderczy bimber z kukurydzy, którym nie poczęstowałbym najgorszego wroga. To tylko część krajobrazu; tak wygląda nasz świat i na ogół nam się podoba, łącznie z amiszami, ich wielkimi schludnymi farmami i pomarańczowymi trójkątami na tyłach małych schludnych bryczek.

I zawsze jest jakaś papierowa robótka, jak zwykle sterty podwójnych i potrójnych egzemplarzy. Z każdym rokiem robi się coraz gorzej. Teraz w ogóle już nie rozumiem, po jaką cholerę było mi to dowódcze stanowisko. Kiedy Tony Schoondist mi je zaproponował, poddałem się testowi, który zrobił ze mnie sierżanta, więc przypuszczam, że o coś mi chodziło, ale ostatnio jakoś mi trudno to sobie przypomnieć.

Około szóstej wyszedłem na zaplecze, żeby zapalić. Mamy tam ławkę z widokiem na parking. Za parkingiem rozciąga się bardzo ładny teren. Ned Wilcox siedział na ławce z pismem z Pitt, a po twarzy płynęły mu łzy. Spojrzał na mnie i odwrócił głowę, ocierając oczy ręką.

Usiadłem obok, pomyślałem, czyby nie położyć mu dłoni na ramieniu, ale nie położyłem. Kiedy się myśli o czymś takim, zwykle wydaje się sztuczne. Tak mi się zdaje. Nie ożeniłem się, a to, co wiem o dzieciach, można zapisać na łebku od szpilki i jeszcze zostanie miejsce na Ojcze Nasz. Zapaliłem papierosa i paliłem go przez jakiś czas.

– Wszystko w porządku, Ned – powiedziałem w końcu. Tylko to mi przyszło do głowy; nie miałem pojęcia, co chcę przez to powiedzieć.

– Wiem – odparł natychmiast zdławionym głosem oznaczającym „nie będę płakać” i zaraz, niemal jakby był to ciąg dalszy zdania, nastąpiła kontynuacja: – Wcale, że nie.

Kiedy usłyszałem te słowa, dopiero do mnie dotarło, jak bardzo cierpi. Coś go zżerało od środka. Był to zwrot, którego już dawno się oduczył, żeby nikt go nie brał za buraka z okręgu Statler, wieśniaka jeżdżącego furgonetką i mieszkającego w jakimś Patchin czy Pogus City. Nawet jego siostry, młodsze o osiem lat, pewnie już nie mówiły „wcale, że nie”, i mniej więcej z tego samego powodu.

Paliłem w milczeniu. Na przeciwległym krańcu parkingu koło sterty soli do posypywania szosy stało kilka drewnianych budynków, które należało albo wyremontować, albo zburzyć. Kiedyś znajdowało się tu pogotowie drogowe. Dziesięć lat temu władze okręgu przeniosły pługi, buldożery i walce drogowe jakieś dwa kilometry dalej do nowego budynku z cegły, który wyglądał jak więzienie. Została tutaj tylko jedna wielka sterta soli (którą po troszku zużywaliśmy, garstka po garstce – dawno, dawno temu ta sterta wyglądała jak góra) i kilka rozchwianych drewnianych chałup. Jedną z nich był Barak B. Czarne litery nad drzwiami – takimi szerokimi garażowymi drzwiami, które podnoszą się na prowadnicach – spłowiały, lecz nadal dawały się odczytać. Czy myślałem o buicku roadmasterze, który znajdował się w środku, kiedy tak siedziałem obok płaczącego chłopca, chciałem go objąć i nie potrafiłem? Nie wiem. Możliwe, ale chyba nie wiemy, o ilu rzeczach tak naprawdę myślimy. Freud mógł nawciskać ludziom masę ciemnoty, ale nie w tym wypadku. Nie znam się na podświadomości, ale człowiekowi w głowie coś pulsuje, tak jak w piersiach, i ten puls niesie nieukształtowane myśli w nieistniejącym języku, których przeważnie nie potrafimy nawet odczytać, a które zwykle są bardzo ważne.

Ned potrząsnął listem.

– Jemu najbardziej chciałbym to pokazać. To on chciał pójść do Pitt, kiedy był mały, ale nie było go stać. To dla niego w ogóle złożyłem tam papiery, rany boskie. – Po chwili szepnął: – Sandy, ale to pokręcone.

– Co powiedziała twoja matka, kiedy jej pokazałeś?

Wywołałem śmiech, łzawy, ale szczery.

– Nic. Zaczęła piszczeć, jakby wygrała wycieczkę na Bermudy albo jakiś teleturniej. Potem się rozpłakała. – Odwrócił się do mnie. Łzy przestały już płynąć, ale oczy miał czerwone i opuchnięte. Wcale nie wyglądał na osiemnaście lat. Słodki uśmiech znów przez chwilę wypłynął na powierzchnię. – W zasadzie zachowała się na medal. Nawet Małe Jotki były na medal. Tak jak wy. Shirley mnie pocałowała... rany, ciarki mnie przeszły.

Roześmiałem się, myśląc, że Shirley też mogła poczuć jakieś ciarki. Podobał się jej, przystojny był z niego chłopiec i może przeszło jej przez myśl, że mogłaby się zabawić w panią Robinson. Może nie, ale niewykluczone. Jej mąż zniknął z horyzontu jakieś dwadzieścia lat temu.

Uśmiech Neda zbladł.

– Wiedziałem, że mnie przyjęli, gdy tylko wyjąłem to ze skrzynki. – Znowu potrząsnął pismem. – Po prostu jakoś to poczułem. I znowu zacząłem za nim tęsknić. Ale tak strasznie.

– Wiem – odparłem, choć oczywiście nie miałem pojęcia. Mój ojciec nadal żył, żywotny i sympatycznie cyniczny siedemdziesięcioczterolatek. Moja siedemdziesięcioletnia matka była podobna do niego i w dodatku słodka.

Ned westchnął i spojrzał na wzgórza.

– To jego odejście jest takie głupie – rzekł. – Nie będę mógł nawet powiedzieć moim dzieciom, jeśli w ogóle będę je miał, że dziadziuś zginął w strzelaninie z bandytami okradającymi bank albo z kolesiami, którzy usiłowali podłożyć bombę w sądzie. Nic z tych rzeczy.

– Nie – zgodziłem się. – Nic z tych rzeczy.

– Nie mogę nawet powiedzieć, że zginął przez własną beztroskę. Był po prostu... po prostu trafił na pijaka i po prostu...

Pochylił się, zaczął rzęzić jak staruszek, którego złapał skurcz, i tym razem przynajmniej położyłem mu rękę na plecach. Tak bardzo się starał nie płakać, i to mnie ruszyło. Tak bardzo się starał być mężczyzną, cokolwiek to znaczy dla osiemnastolatka.

– Ned. Wszystko w porządku.

Potrząsnął zapalczywie głową.

– Gdyby istniał Bóg, byłaby jakaś przyczyna – powiedział. Patrzył w ziemię. Moja ręka nadal spoczywała na jego plecach, które poruszały się gwałtownie, jakby właśnie skończył wyścig. – Gdyby istniał Bóg, przez to wszystko biegłaby jakaś nić. Ale nie biegnie. Przynajmniej jej nie widzę.

– Jeśli będziesz miał dzieci, powiedz im, że dziadek zginął na posterunku. Przyprowadź je tutaj i pokaż jego nazwisko na tablicy, pomiędzy innymi.

Jakby mnie nie słyszał.

– Miałem taki sen... To koszmar. – Zamilkł, zastanawiając się, jak to opowiedzieć, potem po prostu zaczął mówić. – Śniło mi się, że tamto to tylko był sen. Rozumiesz, co mówię?

Przytaknąłem.

– Budzę się z płaczem, rozglądam po pokoju i świeci słońce. Śpiewają ptaki. Jest rano. Czuję dobiegający z parteru zapach kawę i myślę: „Nic mu nie jest. O Jezu, dziękuję Ci, Boże, mojemu staremu nic się nie stało”. Nie słyszę jego głosu ani nic, ale po prostu wiem. I myślę, że to był głupi pomysł, że mógłby iść do jakiegoś gościa, żeby powiedzieć o odklejonej łacie, i że go rozjechał jakiś pijak, że coś takiego może się najwyżej przyśnić w głupim koszmarze, gdzie wszystko wydaje się takie prawdziwe... i zaczynam wstawać... czasami widzę, że wsuwam kostki w plamę światła... nawet czuję ciepło... i wtedy budzę się naprawdę i jest ciemno, jestem okryty kocami, ale i tak mi zimno, drżę i jest mi zimno, i wiem, że to tamten sen był snem.

– Okropne – przyznałem, pamiętając, że kiedy byłem mały, miałem własny odpowiednik tego snu. Chodziło o mojego psa. Chciałem mu o tym powiedzieć, ale jednak nie zrobiłem tego. Rozpacz rozpaczą, ale co pies, to nie ojciec.

– Nie byłoby tak źle, gdyby to mi się śniło co noc. Wtedy chybabym wiedział, że kawa wcale nie pachnie, że nie jest nawet rano. Ale on nie nadchodzi... nie nadchodzi... a potem znowu jest i znowu daję się nabrać. Jestem taki szczęśliwy, czuję taką ulgę, nawet zastanawiam się, czym by mu sprawić przyjemność, na przykład, żeby mu kupić na urodziny te hantle, co mu się tak podobały... i wtedy się budzę. Znowu dałem się nabrać.

Może to z powodu myśli o urodzinach ojca, których w tym roku nie obchodzili i nigdy już nie będą obchodzić, po jego policzkach popłynęły nowe łzy.

– To okropne, że tak się daję nabierać. Jest tak jak wtedy, kiedy pan Jones przyszedł i wywołał mnie z lekcji historii, żeby mi powiedzieć, ale jeszcze gorzej. Bo kiedy się budzę w ciemnościach, jestem sam. Pan Grenville... to szkolny psycholog... mówi, że czas goi wszystkie rany, ale to już prawie rok, a ten sen ciągle wraca.

Pokiwałem głową. Pamiętałem, jak Pięćkilek, zastrzelony pewnego listopadowego dnia przez myśliwego, sztywniał w kałuży własnej krwi pod białym niebem, gdy go znalazłem. Białe niebo, zapowiedź zimowego śniegu. W moim śnie, kiedy zbliżałem się na tyle, żeby widzieć, to był zawsze jakiś inny pies, nie Pięćkilek, i czułem tę samą ulgę, dopóki się nie obudziłem. A wspomnienie o Pięćkilku przypomniało mi przelotnie o naszej barakowej maskotce z dawnych lat. Pan Dillon, tak go nazywaliśmy, na część szeryfa z telewizji granego przez Jamesa Arnessa. Dobry piesek.

– Znam to uczucie.

– Tak? – Spojrzał na mnie z nadzieją.

– Tak. Będzie lepiej. Wierz mi, będzie. Ale to był twój tata, nie szkolny kolega albo sąsiad z naprzeciwka. Ten sen może się powtarzać jeszcze przez rok. Albo nawet przez dziesięć lat.

– To koszmar.

– Nie. To pamięć.

– Gdyby był jakiś powód... – Patrzył na mnie żarliwie. – Cholerny powód. Rozumiesz?

– Jasne.

– Jak myślisz, jest?

Chciałem mu powiedzieć, że nic nie wiem o powodach, tylko o łańcuchach – jak się tworzą, ogniwo po ogniwie, z niczego; jak wplatają się w świat. Czasami można taki łańcuszek chwycić i wyciągnąć się z czarnej dziury. Ale na ogół się w nie wplątujesz. Tylko wplątujesz, jeśli masz szczęście. Albo się nimi dusisz, jeśli ci go brak.

Znowu przyłapałem się na tym, że spoglądam na Barak B. Spoglądając na niego, myślałem, że gdybym potrafił się pogodzić z tym, co stało w jego mrocznym wnętrzu, Ned Wilcox mógłby się pogodzić z życiem bez ojca. Ludzie mogą się pogodzić niemal ze wszystkim. To chyba najlepsze, co nas może spotkać. Oczywiście to także najgorsze.

– Sandy? Jak myślisz?

– Myślę, że pytasz nie tego faceta, co trzeba. Znam się na robocie i nadziei, i odkładaniu na ZDE.

Uśmiechnął się. W Jednostce D wszyscy bardzo poważnie mówili o ZDE, jakby był to jakiś supertajny pododdział policji. Tak naprawdę chodziło o Złote Dni Emerytury. To chyba Huddie Royer pierwszy zaczął o tym mówić.

– Znam się też na zabezpieczaniu dowodów, dzięki czemu żaden cwany obrońca nie podetnie ci nóg w sądzie, żebyś wyglądał jak idiota. Poza tym jestem tylko kolejnym pogubionym amerykańskim facetem.

– Przynajmniej mówisz prawdę.

Ale czy rzeczywiście? Wtedy nie czułem się jakoś szczególnie prawdomówny; czułem się jak mężczyzna, który nie umie pływać i spogląda na tonącego w głębinie chłopca. Jeszcze raz mój wzrok spoczął na Baraku B. Czy tu jest zimno? – spytał ojciec tego chłopca, dawno, dawno temu, w zupełnie innych czasach. – Czy tu jest zimno, czy tylko mi się wydaje?

Nie, nie wydawało mu się.

– O czym myślisz?

– Szkoda gadać – odparłem. – Co będziesz robił latem?

– Hm?

– Jak spędzisz lato?

Na pewno nie będzie grać w golfa w Maine ani pływać łódką po jeziorze Tahoe; stypendium czy nie, potrzebował każdego grosza.

– Pewnie znowu Centrum Rekreacji – rzekł bez entuzjazmu. – Pracowałem tam w zeszłe wakacje, zanim... wiesz.

Zanim jego ojciec... Kiwnąłem głową.

– W zeszłym tygodniu dostałem list od Toma McClannahana, że trzyma dla mnie miejsce. Coś wspomniał o trenowaniu Małej Ligi, ale to chyba tak na wabia. Głównie będzie chodzić o machanie łopatą i rozstawianie zraszaczy, jak w zeszłym roku. Mogę machać łopatą i nie boję się ubrudzić rąk. Ale Tom...

Wzruszył ramionami i nie skończył. Był zbyt dyskretny, żeby to powiedzieć. Są dwa rodzaje dobrze funkcjonujących w pracy alkoholików: zbyt wredni, żeby upaść, albo tak kochani, że inni chronią ich aż do granic szaleństwa. Tom należał do tych wrednych, ostatnia gałązka drzewa genealogicznego pełnego wypasionych pracowników okręgu aż po dziewiętnaste stulecie. McClannahanowie wyprodukowali jednego senatora, dwóch członków Izby Reprezentantów, pół tuzina reprezentantów Pensylwanii i niezliczone rzesze wieprzy, które się dorwały do okręgowego koryta. Tom był niezaprzeczalnie podłym szefem i nie miał żadnych ambicji, by wspiąć się na polityczne szczyty. Lubił komenderować takimi chłopakami jak Ned, których można było wyuczyć szacunku i posłuszeństwa. I oczywiście nigdy nie był zadowolony.

– Nie odpowiadaj jeszcze na ten list – poradziłem. – Chciałbym przedtem zadzwonić w jedno miejsce.

Myślałem, że będzie się dziwić, ale tylko skinął głową. Patrzyłem, jak siedzi, trzymając ten list na kolanach, i pomyślałem, że wygląda jak chłopak, któremu odmówiono miejsca w wymarzonym college’u, a nie taki, który dostał tłuściutkie stypendium.

Potem zmieniłem zdanie. Może nie chodziło o odmowę miejsca na uczelni, ale w ogóle w życiu. To nie była prawda – to pismo z Pitt tylko to potwierdzało – ale nie wątpiłem, że wtedy właśnie tak uważał. Nie wiem, dlaczego sukces przygnębia nas bardziej niż klęska, ale tak jest. I pamiętajcie, że miał dopiero osiemnaście lat – wiek Hamleta, jeśli Hamlet w ogóle istniał.

Znowu spojrzałem na Barak B, zastanawiając się nad tym czymś, co się w nim znajdowało. Nikt z nas nie wiedział co to.

Następnego dnia rano zadzwoniłem do pułkownika Teague’a w Butler, gdzie znajduje się nasza okręgowa kwatera główna. Wyjaśniłem sytuację i zaczekałem, aż on z kolei zadzwoni wyżej, pewnie do Scranton, gdzie znajduje się piaskownica ważnych chłopców. Nie potrwało długo, a Teague oddzwonił z dobrymi wieściami. Wówczas pogadałem z Shirley, choć była to właściwie formalność: ojca dość lubiła, za synem po prostu szalała.

Kiedy Ned przyszedł do nas po szkole, spytałem, czy nie wolałby spędzić lata na uczeniu się pracy w dyspozytorni – w dodatku za pieniądze – zamiast na słuchaniu jęków i wrzasków Toma McClannahana. Przez chwilę był jakby oszołomiony... nawet ogłuszony. Potem nagle uśmiechnął się od ucha do ucha z zachwytem. Myślałem, że mnie uściska. Gdybym tamtego wieczora naprawdę go objął, zamiast o tym tylko myśleć, pewnie by to zrobił. A tak tylko zacisnął pięści i syknął:

– Ssssuper!

– Shirley zgodziła się przyjąć cię na praktykanta, a z Butler masz oficjalną zgodę. Oczywiście to nie to samo, co machanie łopatą dla McClannahana, ale...

Tym razem jednak mnie uścisnął, śmiejąc się, i całkiem mi się to spodobało. Mógłbym do czegoś takiego przywyknąć.

Gdy się odwrócił, zobaczył Shirley z dwoma funkcjonariuszami po obu stronach: Huddie Royerem i George’em Stankowskim. Wszyscy wyglądali w tych szarych mundurach poważnie jak atak serca. Huddie i George mieli kapelusze, od czego wydawało się, że mają po dwa metry.

– Mogę? – spytał Ned. – Naprawdę?

– Nauczę cię wszystkiego, co umiem – odparła Shirley.

– Tak? – odezwał się Huddie. – To czym się zajmie po tym pierwszym tygodniu?

Shirley szturchnęła go łokciem; trafiła dokładnie nad kolbą beretty. Huddie stęknął przesadnie i zachwiał się.

– Mam coś dla ciebie, mały – powiedział George. Mówił cicho i mierzył Neda spojrzeniem typu „jechałeś setką w strefie szpitala”. Jedną rękę trzymał za plecami.

– Co? – spytał Ned, trochę nerwowo pomimo wyraźnej radości. Za George’em, Shirley i Huddiem zgromadzili się inni.

– Tylko żebyś nie zgubił – dodał Huddie. Także cicho i poważnie.

– No co, co? – dopytywał się bardziej niespokojnie niż kiedykolwiek.

George wyjął zza pleców małe białe pudełko. Podał je chłopcu. Ned spojrzał na nie, potoczył wzrokiem po wszystkich wokół i otworzył je. W środku znajdowała się duża plastikowa gwiazda z napisem ZASTĘPCA SZERYFA.

– Witaj w Jednostce D – powiedział George. Usiłował zachować powagę i nie mógł. Zaczął się krztusić i wkrótce wszyscy się już śmiali i tłoczyli, żeby uścisnąć Nedowi rękę.

– Bardzo śmieszne, chłopaki – mamrotał mały. – Można pęknąć. – Uśmiechał się, ale wydawało mi się, że znowu jest bliski łez. Nic nie dawał po sobie poznać, ale to się czuło. Myślę, że Shirley Pasternak też to wyczuła. A kiedy mały nas przeprosił i poszedł do wc, odgadłem, że chce tam się uspokoić albo upewnić, że to nie sen, albo jedno i drugie. Czasami, gdy źle się nam dzieje, otrzymujemy pomoc, na jaką nie liczyliśmy. Ale zdarza się, że i to jest za mało.

Fajnie było tego lata pracować z Nedem. Wszyscy go lubili, a on lubił z nami przebywać. A już szczególnie lubił te godziny spędzone w dyspozytorni razem z Shirley. Czasami wkuwali kody, ale głównie uczyli się właściwych reakcji i zachowania w czasie jednoczesnych zgłoszeń. Mały szybko załapał, o co chodzi, i strzelał potrzebnymi informacjami jak z karabinu maszynowego, walił w klawisze komputera jak pianista w saloonie i w razie potrzeby łączył się z innymi funkcjonariuszami, jak na przykład po serii gwałtownych burz z piorunami, które pod koniec czerwca przeszły przez zachodnią Pensylwanię. Nie było tornada, dzięki Bogu, za to był cholerny wiatr, gradobicie i pioruny.

Tylko raz omal nie spanikował, chyba dwa dni później, kiedy jeden facet, który stanął przed magistratem okręgu Statler, nagle sfiksował i zaczął biegać w kółko, ściągając ciuchy i wrzeszcząc o Jezusie Penisie. Tak go nazywał, mam to gdzieś w aktach. Zgłosiło się ze czterech różnych funkcjonariuszy policji stanowej, dwóch z miejsca zajścia, i dwóch, którzy przylecieli tam na złamanie karku. Kiedy Ned usiłował się połapać, co z tym zrobić, zgłosił się jeden funkcjonariusz z Butler i powiedział, że jest na autostradzie 99 i goni za... trzask! Połączenie się zerwało. Ned przypuszczał, że facet skasował mu radiowóz i dobrze się domyślał (ten idiota z Butler, żółtodziób, wyszedł z tego cało, ale jego wóz można było oddać na złom, a podejrzany, którego gonił, znikł bez śladu). Ned zaczął wołać Shirley, odskoczywszy od komputera, telefonów i mikrofonu, jakby nagle zaczęły go parzyć. Shirley szybko zapanowała nad sytuacją, ale zdążyła jeszcze go uścisnąć i pocałować w policzek, zanim zajęła fotel, który opuścił. Nikt nie zginął ani nawet bardzo nie ucierpiał, a pan Jezus Penis powędrował do szpitala na obserwację. Był to jedyny wypadek, kiedy Ned stracił głowę, ale szybko się otrząsnął. I wyciągnął z tego naukę.

Ogólnie byłem dla niego pełen podziwu.

Shirley też uwielbiała go uczyć. Wcale mnie to nie dziwi, wcześniej i tak zaryzykowała utratę pracy, robiąc to bez oficjalnego zezwolenia. Wiedziała – jak my wszyscy – że Ned nie ma zamiaru zostać policjantem, nigdy o tym nie wspominał, ale nie sprawiało jej to różnicy. A on lubił do nas przychodzić. O tym też wiedzieliśmy. Lubił to napięcie i ciśnienie, żył tym. Tak, raz mu się przydarzyła wpadka, ale nawet się z tego ucieszyłem. Dobrze było wiedzieć, że nie traktował tego jak jakiejś gry komputerowej. Rozumiał, że manipuluje żywymi ludźmi na tej swojej elektronicznej szachownicy. A gdyby z Pitt nie wypaliło, to kto wie? Już teraz był lepszy od Matta Babickiego, poprzednika Shirley.

Był początek lipca – o ile się orientuję, od czasu śmierci jego ojca minął rok – kiedy mały zapytał mnie o Barak B. Ktoś zapukał we framugę drzwi, które zwykle zostawiam otwarte, a kiedy podniosłem głowę, mały stał tam w bezrękawniku Steelersów i starych niebieskich dżinsach, ze szmatą zwisającą z obu tylnych kieszeni. Od razu wiedziałem, o co chodzi. Może to przez te szmaty, a może miał coś w oczach.

– Myślałem, że dziś masz wolne.

– Aha – przytaknął i wzruszył ramionami. – Chciałem tu załatwić parę spraw. I... eee... kiedy wyjdziesz na papierosa, chciałbym cię o coś zapytać. – Sądząc z głosu, był bardzo podekscytowany.

– Najlepiej to zrobić od razu.

– Na pewno? Bo jeśli jesteś zajęty...

– Nie jestem – przerwałem, chociaż byłem. – Chodźmy.

Było wczesne popołudnie dnia, który dość często się zdarza w lecie w krainie amiszów: chmurny i upalny, przy czym upał wydaje się jeszcze większy z powodu lepkiej wilgoci zasnuwającej horyzont mgiełką i sprawiającej, że nasza część świata, która zwykle wydaje mi się wielka i żyzna, staje się mała i spłowiała jak stare zdjęcie, z którego kolor prawie zupełnie wypełzł. Koło kolacji mogła się pojawić kolejna burza – od połowy czerwca zdarzały się trzy razy w tygodniu – ale na razie był tylko ten upał i wilgoć, która wyciska z ciebie pot, jak tylko przekroczysz próg klimatyzowanego pomieszczenia.

Przed drzwiami Baraku B stały dwa gumowe wiadra, kubełek z mydlinami i wodą do zmywania. Z jednego kubełka wystawał trzonek wycieraczki do okien. Syn Curta pracował porządnie. Na ławeczce dla palaczy siedział akurat Phil Candleton; rzucił mi znaczące spojrzenie, kiedy go minęliśmy i poszliśmy przez parking.

– Myłem okna w barakach – wyjaśniał mi Ned – i kiedy skończyłem, zaniosłem tam wiadro, żeby z niego wylać. – Wskazał nieużytek pomiędzy Barakiem B i C, gdzie rdzewiało parę bron, leżały jakieś stare opony od traktora i rosło mnóstwo chwastów. – I pomyślałem, że co tam, przetrę też okna tej szopy, zanim wyleję wodę. Te w Baraku C były zaświnione, ale tutaj, w B, nawet dość czyste.

To mnie nie zdziwiło. Przez małe okienka wzdłuż frontu Baraku B zaglądały dwa (możne nawet trzy) pokolenia policjantów, od Jackiego O’ Hary po Eddiego Jacubois. Pamiętam, że faceci stali przy tych podnoszonych drzwiach jak dzieci przed gabinetem strachów. Shirley też tam była, i jej poprzednik Matt Babicki; chodźcie, skarby, zobaczcie żywego krokodyla. Spójrzcie na jego zęby, jak lśnią.

Ojciec Neda kiedyś wszedł tam, przewiązany w pasie sznurem. Ja też tam byłem. Oczywiście Huddie i Tony Schoondist, dawny dowódca. Tony, którego nazwiska nikt nie potrafił wymówić, tak dziwnie brzmiało (Szejn-dinks), od czterech lat przebywał w domu spokojnej starości. Mnóstwo z nas było w Baraku B. Nie dlatego, że chcieliśmy, ale ponieważ od czasu do czasu było trzeba. Curtis Wilcox i Tony Schoondist zostali naukowcami (specjalizowali się w buicku) i to Curt zawiesił ten okrągły termometr z wielkimi cyframi, które można było odczytać z zewnątrz. Wystarczyło tylko przyłożyć czoło do szyby biegnącej wzdłuż podnoszonych drzwi na wysokości mniej więcej metra siedemdziesięciu. Do pojawienia się syna Curta czyściliśmy je tylko w ten sposób; polerowanie twarzami tych, którzy przybyli zobaczyć żywego krokodyla, albo, żeby być całkiem dosłownym, osłonięty kształt czegoś, co wyglądało niemal jak ośmiocylindrowy buick. Był osłonięty dlatego, że zarzuciliśmy na niego brezent, jak całun na zwłoki. Od czasu do czasu brezent się zsuwał. Nie było ku temu powodów, ale się zsuwał. To wcale nie był trup.

– Patrzpatrzpatrz! – powiedział Ned, kiedy doszliśmy na miejsce. Wypowiedział to jednym tchem, jak rozentuzjazmowany dzieciak. – Jaki świetny stary samochód, nie? Nawet lepszy niż bel aire mojego ojca! To buick, poznaję po tych okrągłych otworach i atrapie. Chyba z połowy lat pięćdziesiątych, tak?

Dokładnie był to rocznik ’54, jak twierdzili Tony Schoondist, Curtis Wilcox i Ennis Rafferty. Mniej więcej. Bo kiedy się człowiek dobrze przyjrzał, to wcale nie był rocznik ’54. Ani buick. Ani w ogóle samochód. To było coś, jak mawialiśmy w czasach mojej zaprzepaszczonej młodości.

Tymczasem Ned mówił dalej, niemal bełkocząc.

– Ale jest w fantastycznym stanie, widać nawet stąd. Ależ to było dziwne, Sandy! Spojrzałem do środka i najpierw zobaczyłem tylko ten kształt. Bo był przykryty brezentem. Zacząłem myć okna... i usłyszałem dźwięk, dwa dźwięki, takie łiszszszsz, a potem stuk. Kiedy myłem okna, brezent się ześliznął! Jakby samochód chciał mi się pokazać albo coś w tym rodzaju? No dziwne, nie? No nie dziwne?

– Owszem, dość dziwne – zgodziłem się. Oparłem czoło o szybę (jak wiele razy wcześniej) i osłoniłem oczy z obu stron rękami, eliminując wszelkie refleksy światła, jakie mogły się pojawić w tym ponurym dniu. Tak, wyglądał jak stary buick, a i owszem, stary, ale w świetnym stanie, tak jak powiedział mały. Ta charakterystyczna atrapa buicka z lat pięćdziesiątych, według mnie prawie jak zęby chromowanego krokodyla. Białe opony. Chlapacze z tyłu; jak kiedyś mówiliśmy, śliczny jak ciasteczko z dziurką. Kiedy się mu przyglądało w mroku Baraku B, można by pomyśleć, że jest czarny. Tak naprawdę był ciemnogranatowy.

Fabryka buicka naprawdę wytwarzała roadmastery w kolorze granatu nocnego nieba – Schoondist to sprawdził – ale nigdy w tym konkretnym rodzaju. Lakier miał dziwną płatkowatą strukturę, jak jakiś wypieszczony i podrasowany stary wóz.

Żyjemy w strefie trzęsień ziemi, powiedział Wilcox.

Odskoczyłem. Od roku leżał już w ziemi, ale przemówił prosto do mojego lewego ucha. On lub coś innego.

– Co się stało? – spytał Ned. – Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.

Prawie powiedziałem: usłyszałem. Ale wydusiłem tylko:

– Nic.

– Na pewno? Podskoczyłeś.

– Przeszedł mnie dreszcz. Nic się nie stało.

– Więc co to za samochód? Czyj on jest?

Co za pytanie.

– Nie wiem.

– No to dlaczego stoi w ciemnościach? Rany, gdybym miał takie stylowe cacuszko, na pewno nie trzymałbym go w brudnej starej szopie. – Potem coś przyszło mu do głowy. – To samochód jakiegoś przestępcy? Dowód w sprawie?

– Powiedzmy, że odzyskane mienie. Kradzież towaru. – Tak my to nazywaliśmy. Nic takiego, ale jak powiedział niegdyś Curtis, trzeba tylko jednego gwoździa, żeby powiesić kapelusz.

– Jakiego towaru?

– Benzyny za siedem dolarów. – Nie potrafiłem mu powiedzieć, kto ją nalał.

– Siedem dolarów? Tylko tyle?

– Hm. Trzeba tylko jednego gwoździa, żeby powiesić kapelusz.

Spojrzał na mnie zdziwiony. Stałem i nic nie mówiłem.

– Możemy tam wejść? – spytał wreszcie. – Przyjrzeć się mu z bliska?

Oparłem czoło o szkło i odczytałem temperaturę na zwisającym z belki termometrze, okrągłym i bladym jak tarcza księżyca. Tony Schoondist kupił go w Statler, płacąc z własnej kieszeni zamiast ze świecącej pustkami kasy Jednostki D. A ojciec Neda powiesił go na gwoździu wbitym w belkę, jak kapelusz.

Choć tu, gdzie staliśmy, temperatura musiała wynosić co najmniej plus trzydzieści, a wszyscy wiedzą, że w dusznych szopach i stodołach jest jeszcze goręcej, wielka czerwona strzałka termometru stała twardo pomiędzy jedynką a dwójką w liczbie 12.

– Nie teraz – powiedziałem.

– Dlaczego? – A potem, jakby sobie zdał sprawę, że zabrzmiało to niegrzecznie, może nawet bezczelnie: – Co się stało?

– Teraz nie jest bezpiecznie.

Przyglądał mi się przez kilka sekund. Zainteresowanie i wesoła ciekawość powoli się ulatniały, i znowu stał się chłopcem, którego tak często widywałem, odkąd zaczął do nas przychodzić, tym chłopcem, którego najwyraźniej ujrzałem w dniu, kiedy przyjęli go do Pitt. Chłopcem siedzącym na ławce dla palaczy ze łzami toczącymi się po policzkach, chcącym zrozumieć to, co chcą zrozumieć wszystkie dzieci świata, kiedy ktoś kochany nagle zostanie porwany ze sceny: dlaczego to się stało, dlaczego to spotkało właśnie mnie, czy jest jakaś przyczyna, czy też to tylko wariacka ruletka? Czy to ma jakieś znaczenie, co mam z tym zrobić? A jeśli nie ma, to jak mam to znieść?

– Czy chodzi o mojego ojca? – spytał. – Czy to samochód taty?

Miał przerażającą intuicję. Nie, to nie samochód jego ojca... jakby mógł być, skoro w ogóle nie był samochodem? Tak, to był samochód jego ojca. I mój... Huddie Royera... Tony’ego Schoondista... Ennisa Rafferty’ego. Ennisa chyba najbardziej. Ennisa w taki sposób, z jakim my nie mogliśmy się równać. Ned spytał, do kogo należał ten samochód, a ja przypuszczałem, że właściwa odpowiedź brzmi: do Jednostki D, policji stanu Pensylwania. Należał do wszystkich policjantów, dawnych i obecnych, którzy wiedzieli, co chowamy w Baraku B. Ale przez wszystkie lata, jakie buick spędził pod naszą opieką, był szczególną własnością Tony’ego i ojca Neda. To oni byli jego kuratorami, Znawcami Roadmastera.

– Nie do końca – odrzekłem ze świadomością, że wahałem się zbyt długo. – Ale twój ojciec o nim wiedział.

– O czym tu wiedzieć? A mama też wiedziała?

– Teraz nie wie o nim nikt z wyjątkiem nas.

– Czyli Jednostki D.

– Tak. I tak pozostanie. – W ręku miałem papierosa, choć ledwie pamiętałem, że go zapaliłem. Rzuciłem go na asfalt i zdeptałem. – To nasza sprawa.

Wziąłem głęboki wdech.

– Ale jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, powiem ci. Teraz jesteś jednym z nas... wystarczająco, żeby się wmieszać w sprawy rządu. – To także było powiedzonko jego ojca, a takie powiedzonka łatwo się do człowieka przyklejają. – Możesz tam nawet wejść i popatrzeć.

– Kiedy?

– Gdy temperatura się podniesie.

– Nie rozumiem. Co tu ma do rzeczy temperatura?

– Dziś kończę o trzeciej – powiedziałem i wskazałem ławkę. – Spotkajmy się tutaj, jeśli nie będzie padać. Gdy będzie, pójdziemy na górę albo do knajpy, jeśli będziesz głodny. Twój ojciec chciałby, żebyś się dowiedział.

Czy rzeczywiście? Tak naprawdę nie miałem pojęcia. Ale chęć, żeby mu powiedzieć, była na tyle silna, żeby ujść za przeczucie, może nawet za bezpośrednie przesłanie z zaświatów. Nie jestem religijny, ale trochę wierzę w takie sprawy. I znowu pomyślałem o tym, że co cię nie zabije, to cię uleczy, i że ciekawemu kotu trzeba dać satysfakcję.

Czy wiedza naprawdę satysfakcjonuje? Z mojego doświadczenia wynika, że rzadko. Ale nie chciałem, żeby Ned wyjechał do Pitt we wrześniu taki, jaki był w lipcu, kiedy jego wrodzony pogodny nastrój pojawiał się i znikał jak światło w niedokręconej żarówce. Pomyślałem, że ma prawo się czegoś dowiedzieć. Wiem, że czasami człowiek nie potrafi odpowiedzieć na wiele pytań, wiem, ale miałem ochotę spróbować. Pomimo ryzyka.

Trzęsienia ziemi, powiedział mi do ucha Curtis Wilcox. Żyjemy w strefie trzęsień ziemi, więc uważaj.

– Znowu przeszedł cię dreszcz? – spytał chłopiec.

– To jednak nie był dreszcz – odparłem. – Ale coś na pewno.

Jednak się nie rozpadało. Kiedy poszedłem spotkać się z Nedem na ławeczce z widokiem na Barak B po drugiej stronie parkingu, siedział na niej Arky Arkanian, palił papierosa i rozmawiał z małym o baseballu. Zrobił taki ruch, jakby chciał się podnieść, ale kazałem mu siedzieć.

– Chcę powiedzieć Nedowi o tym buicku, co go tam mamy – oznajmiłem, wskazując głową szopę. – Jeśli postanowi wezwać pogotowie do swojego starego dowódcy, któremu pomieszało się we łbie, możesz zaświadczyć, że mówię prawdę. W końcu tu byłeś.

Arky przestał się uśmiechać. Jego stalowosiwe włosy puszyły się wokół głowy na gorącym, słabym wietrzyku.

– A to na pewno dobry pomysł?

– Ciekawość zabiła kota – zacząłem – ale...

– ...satysfakcja go wskrzesiła – dokończyła Shirley za moimi plecami. – Bardzo duża porcja, jak mawiał Curtis Wilcox. Mogę do was dołączyć, czy to klub tylko dla chłopców?

– Na ławce dla palaczy nie ma szowinizmu – odrzekłem. – Siadaj z nami.

Podobnie jak ja, Shirley właśnie skończyła zmianę, a jej miejsce w dyspozytorni zajął Steff Colucci.

Usiadła koło Neda, uśmiechnęła się i wyjęła z torebki paczkę parliamentów. Był rok dwutysięczny drugi, wszyscy byliśmy uświadomieni, zresztą od dawna, i dalej się zabijaliśmy na raty. Zadziwiające. A może nie aż tak, skoro żyjemy na świecie, w którym pijacy mogą rozmazywać policjantów o bok osiemnastokołowej ciężarówki i gdzie fałszywe buicki od czasu do czasu pojawiają się na prawdziwych stacjach benzynowych. W każdym razie ja się wtedy nie dziwiłem.

Miałem do opowiedzenia historię.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

Dziś: Sandy

Punkty orientacyjne

Okładka