Opis

Ponad półtora wieku temu papież Pius IX opublikował Syllabus Errorum. Potępił w nim idee wolności religijnej oraz rozdziału państwa od kościoła. Wskazał też 80 błędnych tez, doktryn i idei, m.in. socjalizm, modernizm, racjonalizm. Bóg nie jest wielki to taki ateistyczny odpowiednik ówczesnego dzieła, bezlitosna rozprawa z grzechami i niegodziwościami religii.Jak Chrystus mógł umrzeć za nasze grzechy, skoro najprawdopodobniej wcale nie umarł?Czy Żydzi nie traktowali morderstwa i cudzołóstwa jako grzechów, zanim otrzymali Dziesięć Przykazań, a jeśli uważali je za grzechy, dlaczego Dziesięć Przykazań okrzyknięto tak wspaniałym darem?Hitchens stawia odważne pytania i śmiało formułuje tezy. Jego argumentacja poparta jest osobistymi doświadczeniami, udokumentowanymi anegdotami historycznymi oraz krytyczną analizą tekstów religijnych. Opisuje intelektualną podróż w kierunku świeckiego spojrzenia na świat, świat oparty na nauce i rozumie; świat, w którym wizję Nieba zastąpiły zapierające dech w piersiach zdjęcia z kosmosu. To nie Bóg nas stworzył. To my stworzyliśmy Boga.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 419

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ianovi McEwanowi

wspominając z pogodą

La Refulgencia

Och, ludzkości, zaiste biednaś i umęczona,

Pod jednym zrodzona prawem, innemu posłuszna;

Chełpliwie spłodzona, której próżności zakazano,

Stworzona ułomną, lecz po siłę i rozum sięgasz.

Fulke Greville, Mustapha

Sądzicie zatem, że wam, jakimi jesteście,

Z umysłem robaczywym, głodnym i fanatycznym,

Bóg zawierzył sekret, którego mnie odmówił?

No cóż – czyż wiele to waży? Daj wiarę temu!

Rubajjat Omara Chajjama

(przekład Richard Le Gallienne)

Odejdą w spokoju, wyzioną ducha w spokoju w imię twoje, a poza grobem odnajdą wyłącznie śmierć. Lecz my dotrzymamy tajemnicy i dla ich własnego szczęścia będziemy ich kusić obietnicą niebiańskiej i wiekuistej nagrody.

Wielki Inkwizytor do swojego „Zbawiciela”

Fiodor Dostojewski Bracia Karamazow

Rozdział pierwszy Ujmując rzecz ogólnie

Jeśli czytelnik, z myślą o którym powstała ta książka, zechciałby pójść dalej, poza spór z autorem, i podjąć próbę rozpoznania grzechów oraz ułomności, jakie stanowiły bodziec do jej napisania (autorowi z całą pewnością nie uszło uwagi, że ci, którzy publicznie deklarują miłość bliźniego, litość oraz darowanie przewin, często wykazują inklinację do takiego właśnie podejścia), wtedy nie tylko wejdzie w spór z tym, którego imienia się nie wymawia (nadaremno), niepoznawalnym stwórcą, który – jak należy domniemywać – obdarzył mnie takimi właśnie przymiotami. Czytelnik ten zbezcześci pamięć pani Jean Watts, dobrej, uczciwej i prostej kobiety o niezachwianej i skromnej wierze.

Kiedy miałem jakieś dziewięć lat i uczęszczałem do szkoły na obrzeżach Dartmoor w południowo-zachodniej Anglii, zadaniem pani Watts było prowadzenie lekcji z przyrody, a jednocześnie także z religii. Zabierała mnie i moich klasowych kolegów na wycieczki w szczególnie urocze okolice mego pięknego ojczystego kraju i uczyła nas rozpoznawać różne gatunki ptaków, drzew oraz roślin i odróżniać je od siebie. Niezwykłą różnorodność życia można było odnaleźć w żywopłotach; cud piskląt wylęgających się z jaj złożonych w misternie uplecionym gnieździe; fakt, że poparzenie nóg pokrzywami (musieliśmy chodzić w krótkich spodniach) można było ukoić liśćmi szczawiu rosnącego tuż pod ręką. Wszystko to pozostało w mej pamięci niczym w „muzeum leśniczego”, w którym miejscowi farmerzy zostawiali truchła szczurów, łasic oraz innych szkodników i drapieżców, przypuszczalnie stworzonych ręką mniej życzliwego bóstwa. Jeśli będziesz miał okazję przeczytać sielskie wiersze o nieprzemijającej urodzie, jakie wyszły spod pióra Johna Clare’a, uchwycisz sens tego, co pragnę przekazać, pisząc te słowa.

Później w trakcie lekcji dostawaliśmy paski papieru z wydrukowanym tekstem, które nosiły tytuł: „Poznaj Pismo Święte”, przesyłane do szkół przez struktury władzy państwowej odpowiedzialne za nauczanie religii. (To oraz codzienne uczestniczenie w odmawianiu modlitwy było obowiązkiem nałożonym przez państwo). Pasek zawierał z reguły pojedynczy werset ze Starego lub Nowego Testamentu, a naszym zadaniem było zapoznanie się z jego treścią i potem opowiedzenie klasie lub nauczycielowi, ustnie lub pisemnie, o czym była mowa w danym biblijnym cytacie oraz jaka z niego płynęła nauka. Uwielbiałem te ćwiczenia, a nawet w nich brylowałem do tego stopnia (jak Bertie Wooster), że często gęsto otrzymywałem „celujące” noty na lekcjach religii. Były to moje pierwsze praktyczne wprawki w dziedzinie analizy tekstowej. Czytałem każdy rozdział aż do cytowanego wersetu i potem resztę rozdziału do ostatniej linijki, chcąc mieć absolutną pewność, że pojąłem „sens” analizowanego fragmentu. Wciąż potrafię to robić, w dużym stopniu zresztą ku rozdrażnieniu niektórych spośród moich antagonistów. Nieustannie też darzę respektem i szacunkiem tych, których styl pisarski bywa czasami uznawany z pogardą za „nieco” talmudyczny lub koraniczny, bądź też „fundamentalistyczny”. To zaprawdę świetne ćwiczenie umysłowe i literackie jednocześnie.

W końcu nadszedł jednak dzień, kiedy poczciwa, droga pani Watts przeliczyła się z własnymi siłami. Usiłując ambitnie połączyć rolę nauczycielki przyrody oraz przewodniczki po Biblii, któregoś razu powiedziała: „Widzicie zatem, dzieci, jak potężny i wspaniałomyślny jest Bóg. Wszystkim drzewom i trawom dał kolor zielony, która to barwa zapewnia naszym oczom odpoczynek. Wyobraźcie sobie, gdyby zamiast tego roślinność była fioletowa lub, dajmy na to, pomarańczowa. Jakżeż byłoby to okropne”.

Przeanalizujmy teraz, czegóż to dopuściła się ta pobożna stara wiedźma. Lubiłem panią Watts. Była pełną tkliwości, bezdzietną wdową; miała przyjaznego starego owczarka o imieniu Rover. Po lekcjach nieraz zapraszała nas na cukierki oraz inne łakocie do swego powoli rozpadającego się starego domu nieopodal torów kolejowych. Jeśli Szatan upatrzył ją sobie, żeby kusiła mnie do popełnienia grzechu, okazał się o wiele bardziej pomysłowy niż podstępny wąż w Rajskim Ogrodzie. Nigdy nie podniosła głosu ani nie zastosowała kary fizycznej – czego nie da się powiedzieć o całej reszcie moich nauczycieli. Ujmując rzecz ogólnie, była jedną z tych istot ludzkich, którym pomnik został wystawiony na stronicach powieści Middlemarch pióra George’a Elliota[1], i o których można by powiedzieć, że jeśli „sprawy z tobą i mną nie układają się tak źle, jak mogłyby się ułożyć”, jest to „w połowie zasługą wielu spośród tych, którzy prowadzili religijny żywot w skrytości ducha i którzy spoczywają w grobach nieodwiedzanych przez nikogo”.

Wszelako słowa nauczycielki mocno mnie zbulwersowały. Po prostu skuliłem się w sobie z zażenowania. W wieku dziewięciu lat nie miałem nawet zielonego pojęcia o sporach dotyczących stworzenia świata czy o rywalizującej z tą koncepcją teorii Darwina. Nie śniła mi się też zależność między chlorofilem a procesem fotosyntezy. Tajemnice genomu wciąż pozostawały niedostępne memu poznaniu w owym czasie, jak zresztą całej ludzkości. Wtedy nie miałem jeszcze okazji znaleźć się w takich miejscach na tej planecie, gdzie przyroda wydawała się perfidnie obojętna lub wręcz wroga wobec egzystencji gatunku homo sapiens czy nawet egzystencji samej w sobie. Po prostu wiedziałem, niemal jak gdybym zyskał przywilej dostępu do wyższej instancji, że moja nauczycielka zdołała pomieszać wszystko, wypowiadając zaledwie dwa zdania. Jej wzrok był skierowany na przyrodę, lecz w drugą stronę już nie.

Nie zamierzam stwarzać wrażenia, że pamiętam wszystko dokładnie czy też we właściwej kolejności po tamtym objawieniu, lecz w stosunkowo krótkim czasie zacząłem dostrzegać kolejne osobliwości. Dlaczego, skoro Bóg jest stwórcą wszelkiej rzeczy, oczekuje się od nas „wychwalania” go bez ustanku za to, że uczynił to, co leży w jego naturze? Wydaje się to służalcze, jakby na to nie spojrzeć. Jeśli Jezus był w stanie uzdrowić przypadkowo spotkanego ślepca, dlaczego nie uwolnił świata od ślepoty? Cóż było cudownego w wypędzeniu diabłów, skoro wróciły pod postacią stada świń? Wydawało się to złowróżbne: przypominało czarną magię. Dlaczego nieustannie wznoszone modły nie przynoszą żadnych rezultatów? Czemu muszę wciąż oznajmiać publicznie, że jestem nędznym grzesznikiem? Te nieśmiałe i dziecinne przecież wątpliwości są, co od tamtej pory zdołałem odkryć, niezwykle rozpowszechnione, po części z tej przyczyny, że żadna religia nie potrafi udzielić na nie satysfakcjonującej odpowiedzi. Pojawił się wszakże inny, znacznie większej rangi problem. (Użyłem sformułowania „pojawił się” zamiast „uświadomiłem sobie”, ponieważ te wątpliwości są w równym stopniu nie do pokonania, co nieuniknione). Dyrektor szkoły, który celebrował codzienne msze i modlitwy, trzymając w dłoniach Biblię, był do pewnego stopnia sadystą i skrywał homoseksualne skłonności (już dawno mu wybaczyłem, ponieważ rozpalił we mnie zainteresowanie historią oraz pożyczył mi pierwszy tom P.G. Wodehouse’a), opowiadał nam pewnego wieczoru jakieś rzeczy pozbawione sensu. „Być może nie dostrzegacie teraz potrzeby całej tej wiary”, powiedział wtedy. „Lecz zaczniecie, któregoś dnia, kiedy wasi ukochani i bliscy zaczną odchodzić”.

I znów poczułem nagłe ukłucie oburzenia i jednocześnie niedowierzania. Czemuż to padają słowa, wedle których religia nie do końca jest prawdziwa, ale jednocześnie nie jest to ważne, bowiem jej fundamentem jest duchowe pocieszenie? Jakież to godne pogardy. Nie słyszałem wtedy jeszcze o Zygmuncie Freudzie – chociaż byłby mi zapewne bardzo pomocny w zrozumieniu postaw i zachowań dyrektora – ale miałem okazję przed chwilą rzucić okiem na jego esej Die Zukunft einer Illusion (Przyszłość pewnego złudzenia).

Obarczam Ciebie powyższymi wynurzeniami, ponieważ nie należę do tych, których szansa zyskania solidnej i niezachwianej wiary została zniszczona w dzieciństwie w rezultacie maltretowania i brutalnej indoktrynacji. Zdaję sobie sprawę z faktu, że miliony ludzkich istot muszą to znosić. Nie uważam również, że religie można lub należy rozgrzeszyć z istnienia tego rodzaju cierpień i niedoli. (W całkiem niedawnej przeszłości byliśmy świadkami zbrukania Kościoła rzymskokatolickiego w rezultacie jego ewidentnego współudziału w niedającym się wybaczyć grzechu dopuszczania się gwałtów na dzieciach, można to ująć również w formie zwrotu: „żadnej dziecięcej pupy nie oszczędzono”). Gwoli sprawiedliwości wypada dodać, że inne struktury czy organizacje o charakterze niereligijnym dopuszczały się podobnych przestępstw, nierzadko nawet jeszcze bardziej godnych potępienia.

Można wymienić cztery podstawowe zarzuty w stosunku do wiary religijnej. Po pierwsze, religia w sposób całkowicie mylny i błędny przedstawia pochodzenie człowieka oraz kosmosu. Po drugie, z powodu i w konsekwencji tego wyjściowego błędu jest w stanie łączyć w sobie niewyczerpane pokłady służalczości i solipsyzmu. Po trzecie, religia jest jednocześnie przyczyną i skutkiem niebezpiecznych represji seksualnych. I po czwarte, religia w skrajnym stopniu opiera się na pobożnych życzeniach.

Nie uważam za aroganckie z mojej strony stwierdzenie, że zdołałem już poznać wszystkie te cztery zarzuty (jak również dostrzegłem bardziej ordynarne i oczywiste fakty świadczące o wykorzystywaniu religii przez ludzi będących przejściowo u władzy do powiększania zakresu tejże władzy), zanim jeszcze mój chłopięcy głos poddał się procesowi mutacji. W kontekście moralnym żywię pewność, że miliony bliźnich doszło do bardzo podobnych wniosków w sposób w dużej mierze analogiczny. Od tamtej pory spotykam takich ludzi w setkach miejsc i dziesiątkach różnych krajów. Wielu z nich nigdy nie uwierzyło, nie mniej liczni natomiast porzucili wiarę po zaciekłej i zażartej walce. Niektórzy przeszli przez oślepiające chwile nawrócenia, które pod każdym względem były równie nagłe, choć być może mniej epileptyczne i apokaliptyczne (i postrzegane z późniejszej perspektywy bardziej racjonalne i usprawiedliwione moralnie), co doświadczenia Pawła z Tarsu (Szawła) w drodze do Damaszku. Tu właśnie dochodzimy do sedna, gdy chodzi o mnie oraz o tych, którzy myślą tak samo jak ja. Naszą wiarą jest niewiara. Nasze zasady nie opierają się na wierze. Nie bazujemy wyłącznie i całkowicie na nauce i racjach rozumu, ponieważ te są raczej koniecznymi, choć niewystarczającymi czynnikami, ale nie darzymy zaufaniem niczego, co jest sprzeczne z nauką lub urąga rozumowi. Być może różnimy się w wielu kwestiach, lecz szanujemy wolność dociekań, otwartość umysłu oraz podążanie za ideami dla dobra tychże idei. Nie traktujemy naszych przekonań w sposób dogmatyczny: spór między profesorem Stephenem Jayem Gouldem a profesorem Richardem Dawkinsem na temat „ewolucji nieciągłej” oraz wciąż niewypełnionych luk w teorii Darwina jest równie szeroki, co głęboki, lecz powinniśmy rozwiązać go, sięgając po dowody i argumenty, nie zaś obrzucając się nawzajem ekskomuniką. (Moje osobiste rozdrażnienie w stosunku do profesora Dawkinsa oraz Daniela Dennetta, wywołane ich postulatem, by ateiści mieli prawo nazywać samych siebie „światłymi”, stanowi też element nieustającej różnicy zdań). Nie jesteśmy odporni na urok i powab cudu, tajemnicy objawienia i bogobojnej trwogi. Mamy jednak muzykę, sztuki piękne i literaturę. Dochodzimy też do przekonania, że poważne dylematy natury etycznej są przedstawione lepiej w dziełach Szekspira, Tołstoja, Schillera, Dostojowskiego i George’a Eliota niż w mitycznych opowieściach i moralitetach zawartych w świętych księgach. Literatura, nie Pismo Święte, krzepi umysł i – ponieważ nie istnieje inna metafora – również duszę. Nie wierzymy w niebo ani piekło, żadne badania statystyczne nigdy nie zdołają potwierdzić, że pozbawieni tych pochlebstw i gróźb popełnialibyśmy więcej przestępstw, których motywami są chciwość czy przemoc, niż ludzie wierzący. (W istocie rzeczy, jeśli zdołano by kiedykolwiek przeprowadzić poprawne merytorycznie analizy statystyczne, jestem pewien, że uzyskane wyniki wskazywałyby na tendencję wręcz odwrotną). Jesteśmy pogodzeni z faktem, że dane jest nam tylko jedno życie, pominąwszy przedłużenie naszej egzystencji w naszych dzieciach. Jesteśmy też bezgranicznie szczęśliwi, poczynając je i wydając na świat. Wychodzimy z założenia, że – gdy ludzie zaakceptowali już fakt ich doczesnego tylko życia, pełnego nieustannych zmagań i potyczek – bliźni będą być może postępować wobec siebie nawzajem, kierując się dobrem, nie złem. Etyczne życie można prowadzić bez odwoływania się do religii, jesteśmy o tym przekonani bez cienia wątpliwości. Wiemy też, że wniosek, jaki z tego wypływa, także jest prawdziwy – za sprawą religii niezliczone rzesze ludzi nie tylko wcale nie prowadzą się lepiej od swoich bliźnich, lecz przyznają sobie przywilej takich czynów i zachowań, wobec których burdelmama czy nacjonaliści dopuszczający się etnicznych czystek unoszą brwi ze zdumienia.

Najważniejsze w tym wszystkim, być może, jest to, że my, niewierzący, nie odczuwamy potrzeby sięgania po jakąkolwiek maszynerię wzmacniającą (ducha). Jesteśmy tymi, których miał na myśli Blaise Pascal, kiedy pisał do kogoś, kto twierdził: „Jestem tak skonstruowany, że nie potrafię uwierzyć”. W osadzie Montaillou, w trakcie jednego z wielkich średniowiecznych prześladowań, inkwizytorzy zapytali pewną kobietę, skąd wzięły się jej uznane za heretyckie wątpliwości dotyczące piekła oraz Chrystusowego zmartwychwstania. Białogłowa wiedziała z pewnością, że znalazła się w obliczu kary śmierci, na którą skazać ją mieli pobożni i cnotliwi, lecz odparła, że tej wiedzy nie zaczerpnęła od nikogo i doprowadziły ją do niej li tylko własne przemyślenia. (Często zapewne masz okazję słyszeć, jak wierzący wychwalają prostotę swego stada, lecz nie w kontekście tego niewymuszonego i moralnego rozsądku oraz przytomności umysłu, które wychwytywano i palono na stosie, co dotknęło więcej ludzkich istnień, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić).

Nie istnieje konieczność, byśmy gromadzili się każdego dnia czy też co siedem dni, bądź też w dzień uroczysty lub pomyślny, w celu głoszenia naszej prawości lub kajania się i pławienia we własnej małości i marności. Nam, ateistom, nie są potrzebni kapłani, ani hierarchowie ponad nimi, do przestrzegania własnej doktryny. Składanie ofiary oraz ceremoniały budzą w nas odrazę, podobnie zresztą jak relikwie oraz oddawanie czci wizerunkom i obiektom (wliczając w to obiekty w formie najbardziej innowacyjnego wynalazku w dziejach człowieka: książki w oprawie). W naszych oczach żadne miejsce na ziemi nie jest czy też nie może być „świętsze” od innego: ostentacyjnej absurdalności pielgrzymek albo prawdziwemu horrorowi mordowania cywilów w imię jakichś świętych murów, jaskiń, sanktuariów czy kamieni możemy dać przeciwwagę, udając się na relaksujący bądź też forsowny spacer z jednego końca biblioteki lub galerii na drugi jej koniec albo na lunch spożyty w towarzystwie lubianego przyjaciela, drążąc przy okazji sekrety prawdy lub piękna. Niektóre z tych wypadów do półek z książkami, na obiad lub do galerii, jeśli są traktowane poważnie, w sposób oczywisty zapewnią nam kontakt z wiarą oraz wierzącymi, poczynając od wielkich, pobożnych malarzy i kompozytorów, a kończąc na dziełach Augustyna, Tomasza z Akwinu, Majmonidesa i Newmana. Spod piór tych wielkich uczonych i teologów wyszło być może wiele rzeczy złych lub wiele rzeczy bzdurnych, chociaż nie mieli pojęcia, co budzi uśmiech drwiny, na temat teorii wywoływania chorób przez drobnoustroje czy o położeniu globu ziemskiego w Układzie Słonecznym, nie wspominając już w ogóle o wszechświecie. To właśnie jest powód, dla którego nie są obecni we współczesności i tym bardziej nie pojawią się w przyszłości. Słowa zrozumiałe, szlachetne i inspirujące religia wypowiedziała po raz ostatni dawno, dawno temu: przerodziły się one w godny podziwu, choć mało sprecyzowany humanizm, którego przykładem może być Dietrich Bonhoeffer, dzielny luterański pastor, powieszony przez nazistów za odmowę kolaborowania z nimi. Nie przybędzie nam więcej proroków ani mędrców z dawnych epok i z tego właśnie powodu dzisiejsze modlitwy stanowią wyłącznie echo i powtórzenie modłów z wczoraj, czasami wznoszonych niemal z przesyconym trwogą krzykiem, by odpędzić przerażającą pustkę.

Część religijnej apologii jest w pewnym, ograniczonym stopniu wspaniała – wystarczy wymienić tu Pascala – część natomiast jest tylko monotonna i nużąca lub graniczy z absurdem – w tym miejscu nie można wprost nie przywołać postaci C.S. Lewisa. Oba te nurty mają w sobie wspólny pierwiastek, mianowicie potworne obciążenie, które muszą dźwigać. Ileż trzeba się natrudzić, by udowodnić to, co jest niewiarygodne! Aztekowie otwierali ludzką klatkę piersiową każdego dnia, pragnąc zagwarantować, że słońce znowu wzejdzie. Monoteiści zadręczają swoje bóstwa po wielokroć częściej, na wypadek gdyby okazały się głuche. Ileż próżności trzeba ukrywać – zresztą niezbyt skutecznie – usiłując stwarzać pozory, że jest się zamierzonym elementem boskiego planu? Ileż szacunku wobec siebie należy poświęcić po to tylko, by nieustannie tarzać się w świadomości własnych grzechów? Ileż niepotrzebnych założeń należy poczynić oraz ile trzeba się natrudzić, żeby każde nowe odkrycie nauki zmanipulować do tego stopnia, aż w końcu da się „dopasować” do objawionych słów antycznego bóstwa stworzonego, nawiasem mówiąc, przez człowieka? Iluż świętych, ile cudów, ile synodów oraz konklawe jest potrzebnych po to, by dogmat okrzepł, a potem – po niezliczonych cierpieniach, nieszczęściach, absurdach i okrucieństwach – był na siłę propagowany w celu usunięcia innego dogmatu? Bóg nie stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Wszelkie dowody zdają się potwierdzać, że było akurat na odwrót, co zresztą stanowi bezbolesne wytłumaczenie obfitości bogów i religii oraz bratobójczych walk między poszczególnymi i różnymi wyznaniami, które wciąż mamy okazję obserwować wokół nas i które tak opóźniają rozwój cywilizacji.

Przeszłe i obecne okrucieństwa motywowane religią zdarzyły się nie dlatego, że jesteśmy źli, ale wyniknęły z faktu, że pod względem biologicznym rodzaj ludzki wyróżnia się jedynie rozumem. W rezultacie ewolucji płaty czołowe naszego mózgu zrobiły się zbyt małe, natomiast nadnercza zyskały zbyt duże rozmiary, a narządy służące do reprodukcji zostały najwyraźniej zaprojektowane przez komisję. Taka formuła, w pojedynkę bądź w kombinacji, z nieuchronną konsekwencją prowadzi do pewnej ilości nieszczęść oraz zaburzeń. Jednakowoż cóż to za różnica, jeśli ktoś odsunie na bok żarliwych i niestrudzonych wyznawców i sięgnie po nie mniej trudne i wymagające wysiłku dzieła, dajmy na to Darwina, Hawkinga czy Cricka. Są oni bez porównania bardziej oświeceni, kiedy błądzą lub kiedy okazują, nieuniknione przecież, uprzedzenia czy tendencyjność, niż każdy inny fałszywie skromny wyznawca jakiejś religii, który na próżno usiłuje udowodnić kwadraturę koła oraz wyjaśnić, jakim to sposobem on, marne dzieło Stwórcy, zna nieomylnie tegoż Stwórcy intencje i zamiary. Nie ze wszystkim można się zgodzić w kwestiach estetyki, lecz my, świeccy humaniści, ateiści oraz agnostycy nie życzymy sobie pozbawiania rodzaju ludzkiego istnienia cudów czy też duchowej pociechy. W żadnej mierze. Jeśli poświęcisz nieco czasu na przestudiowanie zdumiewających fotografii wykonanych za pomocą teleskopu Hubble’a, dostrzeżesz rzeczy, które budzą bez porównania większy respekt i są o wiele bardziej tajemnicze i piękne – a jednocześnie bardziej chaotyczne, przytłaczające i nieprzystępne – niż jakakolwiek opowieść o stworzeniu lub o „końcu świata”. Jeśli przeczytasz słowa Hawkinga poświęcone „horyzontowi zdarzeń”, istniejącym hipotetycznie krawędziom z „czarnymi dziurami”, do których, również w teorii, można wskoczyć i zobaczyć przeszłość oraz przyszłość (pomijając przy tym fakt, że, niestety i z definicji, nikomu nie starczyłoby na to „czasu”), okażę zdziwienie, jeśli wciąż nie przestaniesz wpatrywać się z rozdziawionymi ustami w Mojżesza i jego nierobiący wrażenia „krzak gorejący”. Jeśli poznasz do głębi piękno oraz symetrię podwójnej helisy, a potem skrupulatnie przeanalizujesz sekwencję własnego genomu, będziesz pod ogromnym wrażeniem, że takie niemal bliskie perfekcji zjawisko leży u podstaw twojej egzystencji. Zapewne też zyskasz otuchę (taką żywię nadzieję), dostrzegając, że masz tak wiele wspólnego z innymi odłamami gatunku homo sapiens – pojęcie „rasa” wraz z „dziełem stworzenia” trafiło do kosza na śmieci – i ogarnie cię zdumienie wobec faktu, w jak dużym stopniu stanowisz równocześnie część królestwa zwierząt. W takiej chwili będziesz w końcu w stanie z odpowiednią pokorą spojrzeć w twarz swemu stwórcy, który, jak się okazuje, wcale nie jest „osobą”, lecz procesem genetycznych mutacji, w którym pierwiastek przypadkowości jest o wiele większy, niż odpowiadałoby to naszej próżności. Jest w tym więcej tajemnicy i cudu, niż przeciętny ssak jest w stanie pojąć. Nawet najlepiej wykształcona osoba na tym świecie musi przyznać jedno – nie używam tu słowa „wyznać” – że wie coraz mniej i mniej, lecz przynajmniej wie coraz mniej i mniej, ogarniając coraz więcej i więcej.

Jako pocieszenie, ponieważ religijni ludzie tak często utrzymują z uporem, że wiara zaspokaja tę sugerowaną potrzebę, powiem po prostu, że ci, którzy oferują fałszywe pocieszenie, są też fałszywymi przyjaciółmi. W każdym razie krytycy religii nie zaprzeczają, że wiara działa jak środek kojący ból. Wręcz przeciwnie, ostrzegają przed placebo oraz butelką z barwioną wodą. Być może najbardziej popularną błędną tezą przytaczaną wraz ze stosownym cytatem jest w czasach nam współczesnych – z całą pewnością najbardziej powszechną w kontekście sporu, o którym mowa – twierdzenie, jakoby Marks odrzucał religię, traktując ją jako „opium dla ludu”. W rzeczywistości sprawy miały się wręcz odwrotnie. Ten potomek rodu rabinów podchodził do kwestii wiary w sposób bardzo poważny, a w pracy Przyczynek do heglowskiej filozofii prawa napisał, co następuje:

Nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu.

Prawdziwe szczęście ludu wymaga zniesienia religii jako urojonego szczęścia ludu. Wymagać od kogoś porzucenia złudzeń co do jego sytuacji to znaczy wymagać porzucenia sytuacji, która bez złudzeń obejść się nie może. Krytyka religii jest więc w zarodku krytyką tego padołu płaczu, gdyż religia jest nimbem świętości tego padołu płaczu. Krytyka zniszczyła urojone kwiaty, upiększające kajdany, nie po to, by człowiek dźwigał kajdany bez ułud i bez pociechy, ale po to, by zrzucił kajdany i rwał kwiaty żywe.

Zatem sławetny błąd związany z cytatem nie jest w istocie rzeczy „błędnie przytaczanym cytatem”, lecz raczej bardzo prymitywną próbą nieuczciwego przeciwstawienia kwestii filozoficznej sprawom religii. Ci, którzy dawali wiarę słowom księży, rabinów czy imamów na temat tego, co myślą niewierzący oraz jak myślą, natrafią na kolejne niespodzianki, w miarę jak będziemy drążyli temat dalej. Być może nawet przestaną ufać temu, co im wmawiano – bądź też nie będą więcej brać tego „na wiarę”. W czym zresztą tkwią korzenie problemu.

Marks i Freud, trzeba koniecznie to przyznać, nie byli doktorami nauk ani naukowcami w ścisłym tego słowa rozumieniu. Poprawniej będzie traktować ich jak wielkich, choć wszelako omylnych, obdarzonych ogromnymi pokładami wyobraźni eseistów. Kiedy intelektualny wszechświat ulega przemianom, nie czuję w sobie dostatecznych pokładów arogancji, by zwolnić siebie samego od samokrytycyzmu. Z zadowoleniem myślę, że niektóre sprzeczności pozostaną sprzeczne, niektóre problemy nigdy nie zostaną rozwiązane za pomocą danego ssakom instrumentarium w postaci ludzkiej kory mózgowej, a pewne sprawy są z definicji niepoznawalne. Gdyby ktoś odkrył, że wszechświat jest skończony bądź też nieskończony, zarówno jedno, jak i drugie odkrycie wprawiłoby mnie w takim samym stopniu w osłupienie i byłoby tak samo nieprzeniknione i niepojęte. Chociaż spotkałem wielu ludzi o wiele ode mnie mądrzejszych i obdarzonych bardziej lotnym i bystrym umysłem, nie znam nikogo, kto byłby dostatecznie mądry lub inteligentny, by poważyć się na przeciwne twierdzenie.

Zatem najłagodniejsza forma krytyki religii jest jednocześnie także najbardziej kategoryczną i najbardziej druzgocącą. Religia jest dziełem człowieka. Nawet ludzie, którzy ją stworzyli, nie są w stanie dojść do porozumienia w kwestii tego, co ich prorocy, zbawiciele czy guru powiedzieli bądź uczynili. Jeszcze mniej będą w stanie powiedzieć na temat „znaczenia” późniejszych odkryć i procesów rozwojowych, które były uznane przez religię za tematy tabu lub ignorowane, kiedy znajdowały się w fazie początkowej. Mimo to wyznawcy danej religii utrzymują chełpliwie, że taką właśnie wiedzą dysponują! Nie tylko taką wiedzą, ale też wiedzą na temat wszystkiego. Są zatem nie tylko pewni, że Bóg istnieje, ale też znają „jego” oczekiwania i żądania wobec nas – poczynając od naszego jadłospisu, przez nasze religijne praktyki i kończąc na moralności w kontekście życia seksualnego. Innymi słowy, w szerokiej i skomplikowanej dyskusji, w ramach której dowiadujemy się coraz więcej i więcej o sprawach ogarniających coraz mniej i mniej. Wciąż jednak żywimy nadzieję na swego rodzaju olśnienie, posuwając się naprzód, a jedna frakcja – sama w sobie złożona ze zwalczających się nawzajem frakcji – ma w sobie tyle pychy i arogancji, by wmawiać nam, że już zdołaliśmy zdobyć wszystkie niezbędne informacje, jakie są nam potrzebne. Tego rodzaju głupota, w połączeniu z dumą i pychą, jest już wystarczającym argumentem, żeby wykluczyć „wiarę” z tej debaty. Osoba, która nie ma wątpliwości i która odwołuje się do boskich źródeł tej pewności, powinna być dzisiaj zaliczona do wczesnej kategorii rozwojowej w obrębie naszego gatunku. Być może pożegnaliśmy się z nią dawno temu, ale teraz pojawiła się ponownie i, jak w wypadku wszystkich pożegnań, tego również nie należy przedłużać.

Zakładam, że jeśli mnie spotkałeś, niekoniecznie wiedziałeś, że takie właśnie są moje poglądy. Zapewne przesiadywałem dłużej i do późna z religijnymi przyjaciółmi, bez względu na ich proweniencję. Przyjaciele owi często wzbudzają we mnie rozdrażnienie, nazywając mnie „poszukującym”, którym przecież wcale nie jestem, a przynajmniej nie w sposób, jaki oni mają na myśli. Gdybym teraz wrócił do hrabstwa Devon, gdzie mieści się nieodwiedzany przez nikogo grób pani Watts, z pewnością odnalazłbym siebie samego siedzącego w skupieniu i ciszy w jednym z kościółków pamiętających czasy Celtów czy Sasów. (Moje podejście oddaje wręcz idealnie uroczy wiersz Chodzenie do kościoła, pióra Philipa Larkina). Swego czasu napisałem książkę poświęconą George’owi Orwellowi, który mógłby być moim bohaterem, gdybym miał swoich bohaterów. Wstrząsnęła mną do pewnego stopnia jego bezduszność wobec palenia kościołów w Katalonii w 1936 roku. Już Sofokles wykazał, na długo przed pojawieniem się religii monoteistycznych, że Antygona przemawiała w imieniu ludzkości, podchodząc z niechęcią i odrazą do bezczeszczenia zwłok. To ludzie pobożni podpalają kościoły, synagogi i meczety wyznawców innych religii. I zawsze będą gotowi to czynić. Ja natomiast, wchodząc do meczetu, ściągam obuwie. Gdy przekraczam próg synagogi, zakładam nakrycie głowy. Pewnego razu dostosowałem się nawet do etykiety w aśramie w Indiach, choć była to dla mnie ciężka próba. Moi rodzice nie narzucali mi żadnej religii – prawdopodobnie ogromnie mi się poszczęściło, ojciec został wychowany surowo w rodzinie baptystów/kalwinistów, lecz nie podchodził do tego ze zbytnią estymą, matka natomiast preferowała asymilację – po części z uwagi na mnie – z judaizmem, religią jej przodków. Wiem teraz dostatecznie dużo o wszystkich religiach, by mieć pewność, że zawsze pozostanę niedowiarkiem, w każdym czasie i w każdym miejscu, jednak mój konkretny ateizm ma charakter protestancki. To dzięki wspaniałej liturgii Biblii króla Jakuba oraz modlitewnika Cranmera – liturgii, którą bezmyślny Kościół anglikański z taką łatwością odrzucił – po raz pierwszy zrodził się we mnie sprzeciw. Kiedy mój ojciec umarł i został pochowany w kaplicy z widokiem na Portsmouth – tej samej, w której generał Eisenhower modlił się o zwycięstwo wieczorem przed dniem „D”, czyli lądowaniem aliantów w Normandii w 1944 roku – wygłosiłem mowę z ambony. Wybrałem do swojego wystąpienia werset z listu Pawła z Tarsu do Filipian (4,8)[2]:

W końcu, bracia, wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to miejcie na myśli!

Wybrałem ten fragment ze względu na jego zapadający w pamięć i jednocześnie nieuchwytny charakter, który będzie ze mną w ostatniej godzinie, a także ze względu na jego znacząco świeckie konotacje oraz dlatego, że emanował światłością z ugoru kłótni, skarg, nonsensu i zastraszenia, które go otacza.

Spór z religią stanowi podwaliny i źródło wszelkich argumentów, ponieważ jest początkiem – chociaż nie końcem – wszystkich sporów w dziedzinie filozofii, nauki, historii oraz natury człowieka. Stanowi zatem początek – choć w żadnej mierze nie koniec – wszelkich dyskusji na temat dobrego życia i miasta sprawiedliwych. Religijna wiara jest niewymazywalna, dokładnie z tego powodu, że jesteśmy istotami, które nieustannie się rozwijają. Nigdy więc nie umrze śmiercią naturalną, a przynajmniej nie do momentu, kiedy wyzbędziemy się strachu przed śmiercią i przed ciemnością, i przed nieznanym oraz przed sobą nawzajem. Z tego względu właśnie nigdy bym jej nie zakazał, nawet gdybym zyskał taką sposobność. Być może ktoś z was powie, że to nad wyraz wspaniałomyślne z mojej strony. Lecz czy religia odwzajemni się wobec mnie taką samą dozą pobłażliwości? Stawiam to pytanie dlatego, że ja i moi wierzący przyjaciele różnimy się od siebie rzeczywiście i to w kwestiach zasadniczych. Ponadto prawdziwi i poważni przyjaciele są dostatecznie uczciwi i szczerzy, by to przyznać. Z nieskrywanym zadowoleniem udałbym się na ceremoniał bar micwy ich dzieci, zachwyciłbym się pięknem ich gotyckich katedr, „uszanował” ich przekonanie, że Koran został podyktowany, choć wyłącznie po arabsku, pewnemu kupcowi analfabecie, albo zainteresowałbym się duchową pociechą, jaką niosą religie Wicca, hinduizm oraz dżinizm. W rzeczy samej to właśnie czynię, nie upierając się wcale przy uprzejmym oczekiwaniu wzajemności – co oznacza, że oni w zamian dają mi spokój. Jednak na coś takiego religia nie jest w stanie się zdobyć. Kiedy piszę te słowa i kiedy ty je czytasz, pobożni ludzie na różne, sobie właściwe sposoby planują twoją i moją zagładę, a także zagładę wszelkich, z takim trudem wywalczonych, ludzkich osiągnięć i zdobyczy, których dotknęła moja ręka. Religia zatruwa wszystko.

[1] Pod tym pseudonimem ukrywała się pisarka Mary Ann Evans – przyp. tłum.

[2] Wszystkie cytaty w polskim przekładzie pochodzą z Biblii Tysiąclecia – przyp. tłum.

Rozdział drugi Religia zabija

Jego niechęć wobec religii, w znaczeniu zazwyczaj przypisywanym temu słowu, była pokrewna niechęci Lukrecjusza. Podchodził do niej z uczuciami, jakie wywoływały zwykłe myślowe urojenia, lecz będące wynikiem wielkiego moralnego zła. Postrzegał wiarę jako największego wroga moralności. Po pierwsze dlatego, że kreowała sztuczną doskonałość – wiarę w prawdy objawione, wiarę w pobożne uczucia i religijne obrządki, nie mające nic wspólnego z dobrem rodzaju ludzkiego – i wymuszała ich zaaprobowanie jak substytutów prawdziwej cnoty. Ponad wszystko jednak z powodu radykalnego osłabienia standardów moralnych oraz utrwalenia ich w kształtowaniu woli istoty, której nie szczędzi pochlebstw, lecz którą w chwilach trzeźwej szczerości opisuje jako byt wyjątkowo nienawistny.

John Stuart Mill o swoim ojcu w Autobiografii

Tantum religio potuit suadere malorum.

(Popchnąć do takiej otchłani nieszczęścia mogła religia).

Lukrecjusz, O naturze rzeczy

Wyobraź sobie, że potrafisz dokonać wyczynu, któremu ja nie podołam. Innymi słowy, wyobraź sobie, że potrafisz namalować wizerunek nieskończenie miłosiernego i wszechmogącego stwórcy, który dokonał twojego poczęcia, potem dał ci postać cielesną i uformował ciebie, powołał cię na świat, który stworzył dla ciebie, a teraz nadzoruje i troszczy się o ciebie, nawet wtedy, kiedy jesteś pogrążony we śnie. Wyobraź sobie, że jeśli będziesz przestrzegał reguł i przykazań, które on z miłością sformułował, zasłużysz na wiekuistą szczęśliwość i odpoczynek. Nie twierdzę, że zazdroszczę ci tej wiary (ponieważ patrząc z mojej perspektywy, jest to jak pragnienie koszmarnej formy dyktatury, choćby i dobrotliwej, lecz nie dającej się zreformować). Z jakiego powodu taka wiara nie zapewnia szczęścia jej wyznawcom? Zapewne w swoim przekonaniu muszą domniemywać, że poznali cudowną tajemnicę. Taką tajemnicę, której trzymają się kurczowo nawet w chwilach najcięższej próby i skrajnych przeciwności losu.

Patrząc powierzchownie, można czasem odnieść wrażenie, że tak właśnie jest. Uczestniczyłem w ewangelickich mszach, wśród wiernych z czarnej i białej społeczności, gdy cały liturgiczny ceremoniał przeistaczał się w długi ciąg egzaltowanego uniesienia w podzięce za wybawienie, miłość i tak dalej. Liczne msze, co dotyczy wszelkich wyznań, a także niemal wszystkich pogan, z założenia mają stworzyć atmosferę celebry i ludycznego święta, z tego właśnie powodu podchodzę do nich ze sceptycyzmem i podejrzliwością. Bywają też chwile większego opanowania, rozsądku i elegancji. Kiedy byłem członkiem Kościoła prawosławnego, czułem, nawet jeśli nie towarzyszył temu akt wiary, że za sprawą radosnych słów, jakimi pozdrawiali siebie nawzajem wierni w Wielkanoc: Christos anesti! (Chrystus zmartwychwstał!), Alethos anesti! (Zaprawdę zmartwychwstał!), w pełni należę do tego Kościoła. Mówię to, odnosząc się do przyczyny, dla której tak wielu ludzi okazuje, przynajmniej na zewnątrz, religijną przynależność. Przystąpiłem do tego Kościoła, chcąc sprawić przyjemność moim greckim teściom. Arcybiskup, który przyjmował mnie do swej bożej trzódki, udzielił mi tego samego dnia ślubu, tym samym inkasując podwójną zapłatę zamiast jednej, jak zazwyczaj. Później stał się zdeklarowanym poplecznikiem i organizatorem zbiórki funduszy na rzecz swych współwyznawców, serbskich ludobójców Radovana Karadżicia i Ratka Mladicia, którzy w całej Bośni pozostawili po sobie masowe groby. Kiedy żeniłem się po raz drugi, a ślubu udzielał reformowany żydowski rabin o pewnych ciągotach w stronę Einsteina i Szekspira, mniej mnie z nim łączyło. Lecz ten człowiek był świadom faktu, że dane mu od urodzenia skłonności homoseksualne były, w zasadzie, potępiane jako grzech główny, który twórcy jego religii karali ukamienowaniem. Co do Kościoła anglikańskiego, w którym to wyznaniu zostałem pierwotnie ochrzczony, moje słowa mogą wydać się patetycznym biadoleniem zbłąkanej owieczki, jednak jako były członek Kościoła, który zawsze radośnie czerpał z państwowych dotacji i subsydiów oraz cieszył się bliskimi związkami z dziedziczną monarchią, mogę stwierdzić, że ponosi on historyczną odpowiedzialność za krucjaty, za prześladowania katolików, Żydów i dysydentów oraz za zwalczanie postępów nauki i racji rozumu.

Moim zdaniem, poziom intensywności wyznania jest skorelowany z czasem i miejscem, ale można się pokusić o stwierdzenie, graniczące z prawdą, że religia nie jest w stanie i na dłuższą metę nie będzie w stanie zadowolić się własnymi dogmatami o cudach i wzniosłymi obietnicami. Ze swej natury musi mieszać się w sprawy bądź to ludzi świeckich, bądź heretyków czy też wyznawców innej religii. Być może obiecuje wiekuiste szczęście w innym świecie, na tym ziemskim padole dąży jednak do zagarnięcia władzy. To jedyne, czego można od niej oczekiwać. W końcu, pominąwszy wszystko inne, została stworzona przez człowieka. Nie musi się też opierać na kazaniach wyznawców, co pozwala na koegzystencję różnych wyznań i religii.

Weźmy pojedynczy przykład, nawiązując do jednej z najbardziej szanowanych i respektowanych postaci, jakie wykreowała współczesna religia. W 1996 roku w republice Irlandii przeprowadzono referendum, w którym postawiono jedno tylko pytanie: czy w konstytucji nadal powinien być zakaz rozwodów. Zdecydowana większość partii politycznych w państwie w coraz większym stopniu laickim nakłaniała głosujących do poparcia zmiany ustawy zasadniczej. Kierowały się dwoma doskonałymi powodami. Przestał już funkcjonować pogląd, że Kościół katolicki powinien sankcjonować moralność wszystkich obywateli. Poza tym mrzonką stały się nadzieje na ponowne zjednoczenie Irlandii, skoro znacząca protestancka mniejszość na północy wciąż odsuwała od siebie koszmar władzy religijnej. Z Kalkuty przyleciała Matka Teresa, by wesprzeć kampanię i wraz z przedstawicielami Kościoła oraz twardogłowymi namawiać do głosowania na „nie”. Innymi słowy, irlandzka kobieta, która wyszła za pijaka, stosującego wobec niej przemoc i dopuszczającego się kazirodczych praktyk, nadal miała być pozbawiona nadziei na lepszą przeszłość. Miała też narażać na potępienie własną duszę, błagając o prawo do nowego początku, podczas gdy protestanci mogli swobodnie wybrać błogosławieństwo Rzymu lub trzymać się od niego z dala. Nikt nie zająknął się nawet w kwestii, że katolicy mogą swobodnie stosować się do nakazów własnej religii, bez nakładania takiego przymusu na wszystkich obywateli. Wszystko to działo się na Wyspach Brytyjskich w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku. Referendum koniec końców zdołało zmienić konstytucję, chociaż zaledwie minimalną większością głosów. (Matka Teresa udzieliła w tym samym roku wywiadu, wyrażając nadzieję, że jej przyjaciółka księżna Diana poczuje się szczęśliwsza po tym, jak udało się jej wyrwać z tego, co w oczywisty sposób było nieudanym małżeńskim stadłem; w mniejszym stopniu zaskakuje spostrzeżenie, że Kościół stosuje surowe prawa wobec ubogich, natomiast bogatym ofiaruje dyspensę).

Na tydzień przed wydarzeniami 11 września 2001 roku uczestniczyłem w panelowej dyskusji wraz z Dennisem Pragerem, jednym z najbardziej znanych w Ameryce telewizyjnych postaci w koloratce. Na forum publicznym wezwał mnie do udzielenia odpowiedzi na „proste pytanie, na które można odpowiedzieć tak lub nie”, na co zresztą zgodziłem się ochoczo. „Z prawdziwą przyjemnością” – odparłem. Miałem wyobrazić sobie, że jestem w obcym mieście i zapada już wieczór. Dalej w tej wizji dostrzegam dużą grupę mężczyzn zmierzających w moją stronę. I tu pada pytanie – czy czułbym się bardziej bezpieczny, czy też mniej, gdybym wiedział, że ludzi ci wyszli właśnie z miejsca wspólnych modłów? Jak zatem widzisz, czytelniku, nie jest to jednak pytanie, na które można udzielić odpowiedzi „tak” lub „nie”. Ja jednak odpowiedziałem na to pytanie, wcale nie traktując opisanej wyżej sytuacji jako hipotetycznej. Pozostańmy tylko przy literze „B”. Mam osobiste doświadczenia z takich miast, jak Belfast, Bejrut, Bombaj, Belgrad, Betlejem oraz Bagdad. W każdym wypadku mogę z całkowitą pewnością stwierdzić, uzasadniając to zresztą argumentami, że natychmiast poczułbym się zagrożony, gdybym sądził, że zbliżająca się do mnie w mroku grupa mężczyzn właśnie opuściła religijne zgromadzenie.

Poniżej przedstawiam zatem krótkie podsumowanie okrucieństw inspirowanych motywami religijnymi, jakich byłem naocznym świadkiem w tych sześciu miejscach. W Belfaście widziałem całe ulice spalone w trakcie walk o podłożu religijnym, prowadzonych przez różne odłamy chrześcijaństwa, rozmawiałem też z ludźmi, których krewni i przyjaciele zostali uprowadzeni, a potem zabici lub poddani torturom przez rywalizujące religijne szwadrony śmierci często wyłącznie z tego tylko powodu, że byli członkami społeczności o innym wyznaniu. W Belfaście opowiada się stary dowcip o mężczyźnie zatrzymanym na ulicznej blokadzie i zapytanym o wyznawaną religię. Kiedy odpowiada, że jest ateistą, pada kolejne pytanie: „Protestanckim czy katolickim ateistą?”. Sądzę, że to właśnie ukazuje, do jakiego stopnia religijne obsesje wykorzeniły legendarne przecież poczucie humoru miejscowych. W każdym razie taki epizod przydarzył się jednemu z moich przyjaciół, a doświadczenie to nie było w najmniejszym stopniu zabawne. Rzekomym powodem tych starć i zamieszek są kwestie narodowościowe, język ulicy używany przez oba zwalczające się plemiona składa się jednak ze słów obraźliwych dla drugiego wyznania („Prods” czy „Teagues”[3]). Przez wiele lat protestancki establishment dążył jednocześnie do odseparowania oraz uciskał katolików. W rzeczywistości, kiedy Irlandia Północna (Ulster) powstawała jako odrębne państwo, główny polityczny slogan miał postać: „Protestancki parlament dla protestanckiego narodu”. Dążenie do rozłamu cechuje się tendencją do spontanicznego powstawania i zawsze można wychodzić z założenia, że w jego rezultacie rodzi się odłam o przeciwnie skierowanych dążeniach i aspiracjach. Kością niezgody była w głównej mierze dominacja katolików. Katolicy domagali się szkół prowadzonych przez duchownych, tworzyli też wyodrębnione osiedla, co pozwalało na lepsze sprawowanie kontroli. Zatem, w imię Boga, starą nienawiść „wwiercano” w kolejne pokolenie dzieci w wieku szkolnym i proces ten trwa po dziś dzień. (Nawet słowo „wiertarka” przyprawia mnie o mdłości: narzędziem tym często posługiwano się do niszczenia rzepki w kolanach osobom, które zadarły z bandami religijnych oprychów).

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem Bejrut latem 1975 roku, wciąż jeszcze można było w nim rozpoznać „Paryż Orientu”. Ten pozorny raj był już jednak zasiedlony zbieraniną rozmaitych węży. Powodem jego nieszczęść stał się nadmiar religii, z których wszystkie „znalazły miejsce” w konstytucji wielowyznaniowego państwa. Prezydentem, z mocy prawa, musiał być chrześcijanin, najlepiej członek katolickiego Kościoła maronickiego, przewodniczącym parlamentu – muzułmanin i tak dalej. Mechanizm ten nigdy nie działał sprawnie, ponieważ instytucjonalizował różnice w wierze oraz podział na kasty i grupy etniczne (szyici znajdowali się na najniższym szczeblu społecznej drabiny, zaś Kurdom w ogóle odmawiano praw obywatelskich).

Główną partią chrześcijańską stała się milicja nazywana falangą lub Falangą Libańską, założona przez libańskiego maronitę Pierre’a Dżumajjila, który, nawiasem mówiąc, był pod ogromnym wrażeniem wizyty w Niemczech hitlerowskich podczas igrzysk olimpijskich w Berlinie w 1936 roku. Później falanga zyskała złą sławę na arenie międzynarodowej, dopuszczając się masakry na Palestyńczykach w obozach dla uchodźców w miejscowościach Sabra i Chatila w 1982 roku, działając zresztą pod rozkazami generała Szarona. Fakt, że izraelski generał współpracował w tym niecnym dziele z faszystowską partią, być może wydaje się groteskowy, lecz obie strony miały wspólnego muzułmańskiego wroga i to wystarczyło. Izraelska inwazja na Liban w tym samym roku dała również impuls do utworzenia Hezbollahu, struktury nazywanej skromnie „Partią Boga”, która zmobilizowała uciskaną społeczność szyicką i stopniowo przeszła pod kierownictwo teokratycznej dyktatury w Iranie, jaka doszła do władzy trzy lata wcześniej. To również w cudownym Libanie, gdzie porwania przyjęły formę zorganizowanej przestępczości, religijni fanatycy postanowili zademonstrować piękno samobójczych zamachów bombowych. Wciąż mam przed oczami oderwaną ludzką głowę na ulicy obok niemal doszczętnie zniszczonej francuskiej ambasady. Swoją drogą, zamierzałem wtedy przejść na drugą stronę ulicy, kiedy modlitewne zebranie dobiegło końca.

Bombaj również uchodził za perłę Orientu, z urokliwymi naszyjnikami świateł pnącymi się w górę ku wysokim nabrzeżnym klifom oraz wspaniałą architekturą kolonialną z czasów panowania brytyjskiego w Indiach. Było to jedno z najbardziej niejednorodnych i zasiedlonych przez wiele ras i nacji miast półwyspu Dekan, którego wielowarstwową strukturę z głęboką wnikliwością zgłębiali między innymi Salman Rushdie – zwłaszcza w powieści Ostatnie westchnienie Maura (The Moor’s Last Sigh) – oraz Mira Nair w swoich filmach. Prawdą jest, że doszło tu do krwawych zamieszek w latach 1947–1948, kiedy wielki narodowowyzwoleńczy ruch dążący do odzyskania niepodległości przez Indie został niemal stłamszony w rezultacie żądań utworzenia odrębnego państwa, wysuwanych przez muzułmanów, oraz w następstwie faktu, że na czele Partii Kongresowej stał pobożny Hindus. Prawdopodobnie jednak w tych gorących dniach w Bombaju znalazło schronienie nie mniej ludzi, niż z niego uciekło lub zostało wypędzonych. Później znów górę wzięła międzykulturowa koegzystencja, co często się zdarza w miastach usytuowanych nad morzem i wystawionych na wpływy zewnętrzne. Parsowie – zaratusztranie, których prześladowano w Iranie (dawnej Persji) – stanowili znaczącą mniejszość, miasto ponadto od wieków udzielało gościny liczącej się enklawie żydowskiej. Tego jednak było mało, by zadowolić niejakiego Bala Thackeraya oraz jego nacjonalistyczny ruch Shiv Sena Hindu, który w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku postanowił, że Bombajem będą rządzić jego współwyznawcy dla ich wyłącznego dobra, i który pozwolił, by na ulice wyszły bandy zbirów i siewców społecznego niepokoju. Przeforsował również zmianę nazwy miasta na „Mumbaj”, co po części stanowi powód, dla którego w tym ustępie posłużyłem się tradycyjną nazwą.

Belgrad był do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia stolicą Jugosławii, czyli państwa południowych Słowian, a zatem z definicji był stolicą kraju jednocześnie wielonarodowego i wielowyznaniowego. Pewien świecki chorwacki intelektualista przestrzegł mnie jednak swego czasu, posługując się, podobnie jak w Belfaście, cierpkim dowcipem. „Jeśli mówię ludziom, że jestem ateistą i Chorwatem”, powiedział wtedy, „ludzie pytają mnie, w jaki sposób potrafię udowodnić, że nie jestem Serbem”. Bycie Chorwatem, innymi słowy, oznacza bycie wyznawcą religii rzymskokatolickiej, w definicji Serba zawiera się natomiast wyznanie prawosławne. W latach czterdziestych XX wieku przełożyło się to na powstanie marionetkowego państwa założonego w Chorwacji, które cieszyło się poparciem Watykanu i które, co całkiem naturalne, dążyło do eksterminacji wszystkich Żydów w regionie. Państwo to podjęło wszakże akcję przymusowego nawracania skierowaną do społeczności wyznających inne odłamy chrześcijaństwa. Dziesiątki tysięcy wyznawców prawosławia zostało w rezultacie tych działań wymordowanych lub przesiedlonych, w pobliżu miasteczka Jasenovac powstał też rozległy obóz koncentracyjny. Reżim generała Ante Pavelicia był do tego stopnia odrażający, że niemieccy oficerowie frontowi protestowali przeciwko podejmowaniu z nim bezpośredniej współpracy.

Do czasu, kiedy w 1992 roku odwiedziłem były obóz koncentracyjny w Jasenovacu, wydarzenia przybrały nieco inny obrót. Chorwackie miasta Vukovar i Dubrownik znalazły się pod ciągłym ostrzałem sił zbrojnych Serbii, wtedy pod dowództwem Slobodana Miloševicia. Główne miasto muzułmanów, Sarajewo, znalazło się w oblężeniu i stało się celem nalotów prowadzonych w dzień i w nocy. Gdzie indziej w Bośni i Hercegowinie, zwłaszcza wzdłuż rzeki Drina, całe miasta zostały ograbione, a mieszkańców masakrowano w trakcie działań, które Serbowie określili mianem „czystek etnicznych”. W istocie jednak bliższe prawdy byłoby określenie „czystki religijne”. Milošević był dawnym komunistycznym biurokratą, który przedzierzgnął się w ksenofobicznego nacjonalistę, a prowadzona przez niego antymuzułmańska krucjata, stanowiąca wyłącznie przykrywkę dla aneksji Bośni do „Wielkiej Serbii”, była realizowana w dużej mierze siłami nieformalnych bojówek działających pod jego wątpliwą kontrolą. Bandy te formowano z religijnych fanatyków, często też otrzymywały błogosławieństwo prawosławnych duchownych i biskupów, czasami nawet zyskując wsparcie ze strony prawosławnych ochotników przybywających z Grecji i Rosji. Bandy te dokładały specjalnych starań, by zniszczyć wszystkie dowody obecności cywilizacji ottomańskiej, czego przykład stanowi wysadzenie w powietrze kilku historycznych minaretów w Banja Luce, czego dokonano w trakcie zawieszenia broni i co nie było w żadnej mierze rezultatem wymiany ognia między walczącymi stronami.

To samo odnosi się, o czym często się zapomina, do ich katolickich przeciwników. Oddziały ustaszy zostały ponownie sformowane w Chorwacji i podstępnie przystąpiły do próby zajęcia Hercegowiny, podobnie jak podczas II wojny światowej. Pełne uroku miasteczko Mostar znalazło się w oblężeniu i pod artyleryjskim ostrzałem, a słynny na cały świat Stari Most (Stary Most), sięgający czasów tureckiego panowania i wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, był celem bombowych ataków do momentu, kiedy runął do rzeki. W rezultacie katoliccy ekstremiści oraz oddziały wyznawców prawosławia współdziałały ręka w rękę w krwawej rozprawie i czystkach na terenie Bośni i Hercegowiny. Dawniej oszczędzono im w dużym stopniu publicznego wstydu z tytułu tego, czego się dopuścili, i stało się tak również teraz, bowiem światowe media wolały posługiwać się uproszczeniami, sięgając po określenia „Chorwat” lub „Serb”, a wzmianka o religii padała jedynie wtedy, kiedy rzecz dotyczyła muzułmanów. Jednakże triada określeń „Chorwat”, „Serb” i „Muzułmanin” jest niejednorodna i prowadzi do błędnych interpretacji, ponieważ dwa z nich odnoszą się do narodowości, natomiast jedno do religii. (Podobna mieszanina, choć w nieco innej formie, pojawia się w relacjach z Iraku, gdzie mamy do czynienia z trójstronnym układem „sunnicko-szyicko-kurdyjskim”). W trakcie oblężenia w Sarajewie przebywało co najmniej dziesięć tysięcy Serbów. Jeden z głównodowodzących obroną, oficer i dżentelmen w jednej osobie, generał Jovan Dijak, którego dłoń miałem zaszczyt uścisnąć, był również Serbem. Mieszkańcy narodowości żydowskiej, którzy osiedlali się tutaj, począwszy od 1492 roku, również identyfikowali się w znaczącej większości z rządem i interesami Bośni. O wiele bliższe prawdy byłyby relacje prasy i telewizji, gdyby donosiły na przykład, że „dzisiaj siły prawosławnych chrześcijan wznowiły bombardowanie Sarajewa” albo „wczoraj milicja katolicka zdołała zburzyć Stari Most”. Wyznaniową terminologię zarezerwowano jednak wyłącznie dla „Muzułmanów”, nawet jeśli ci, którzy ich mordowali, wcale nie skrywali swojej wyznaniowej przynależności, nosząc prawosławne krzyże na pasach z nabojami lub naklejając obrazki Matki Boskiej na kolbach karabinów. A zatem, po raz kolejny stwierdzam, religia zatruwa wszystko, wliczając w to naszą własną przenikliwość i przezorność.

Jeśli chodzi o Betlejem, przypuszczam, że byłbym skłonny zgodzić się z Dennisem Pragerem, że w odpowiednim dniu mógłbym poczuć się bezpiecznie, stojąc na zewnątrz Bazyliki Narodzenia Pańskiego, gdy zapada wieczór. Tu, w Betlejem, niedaleko przecież od Jerozolimy, jak wielu wierzy, przy współudziale niepokalanie poczętej dziewicy Bóg wydał na świat swego syna.

„Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego” (Mt 1,18). Zgadza się, a grecki półbóg, Perseusz, narodził się, kiedy Jowisz odwiedził Danae pod postacią złotego deszczu, a później miał z nią syna. Budda przyszedł na świat przez otwór w boku matki. Coatlicue, skryta pod postacią węża, chwyciła małą kulkę z piór, jaka spadła z nieba, i włożyła ją do swego łona, w ten sposób poczęty został aztecki bóg Huitzilopochtli. Dziewica Nana zerwała owoc granatu z drzewa nawadnianego krwią zabitego Agderisa, położyła go na łonie i urodziła boga Attisa. Córka króla Mongołów, będąca dziewicą, zbudziła się pewnej nocy pogrążona w świetlanej aurze, następstwem było przyjście na świat Czyngis-chana. Kryszna został zrodzony z dziewicy o imieniu Devaka. Horus został powity przez niepokalaną boginię Izis. Merkury był potomkiem nimfy w dziewiczym stanie, Mai. Romulusa wydała na świat nietknięta jeszcze Rea Sylwia. Z jakiegoś powodu liczne systemy religijne wydają się przymuszone do przekonania, że drogi rodne są ulicą jednokierunkową, nawet Koran traktuje Dziewicę Maryję z rewerencją i szacunkiem. Nie sprawiało to jednak nikomu różnicy w czasach wypraw krzyżowych, kiedy to papieska armia odbijała z rąk muzułmanów Betlejem i Jerozolimę, niszcząc po drodze przypadkiem liczne żydowskie osady i przy okazji oblegając heretyckie, choć chrześcijańskie przecież, Bizancjum. Podczas rzezi zgotowanej w Jerozolimie, jak donoszą ze zgrozą przerażeni i jednocześnie triumfujący kronikarze, morze rozlanej krwi sięgało końskich wodzy.

Niektóre z tych burzliwych napadów nienawiści, przejawów dogmatycznego zaślepienia i żądzy krwi przeminęły, ale nowe wciąż się przetaczają przez ten region, lecz póki co, chwilowo, człowiek może przejść nienagabywany do miejsca kultu i pospacerować dookoła „placu Żłóbka”, który – jak sama nazwa wskazuje – stanowi turystyczną atrakcję do tego stopnia kiczowatą, że sanktuarium w Lourdes spłoni się przy niej ze wstydu. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem to budzące litość miasto, znajdowało się ono pod nominalną kontrolą władz municypalnych rekrutujących się w większości spośród chrześcijańskich Palestyńczyków powiązanych z określoną, pojedynczą dynastią identyfikowaną z rodziną Freij. Kiedy zobaczyłem je po długim czasie po raz drugi, obowiązywała w nim godzina policyjna wprowadzona przez izraelskie władze okupacyjne – których obecność na Zachodnim Brzegu nie pozostaje bez związku z pewnym pradawnym proroctwem zapisanym w świętym piśmie, chociaż tym razem inne bóstwo składało inne obietnice innym ludziom. Teraz nadchodzi kolej na jeszcze jedną religię. Siły Hamasu, który utrzymuje, jakoby cała Palestyna była islamskim waqf, zaczęły rozpychać się łokciami i odsuwać na bok chrześcijan w Betlejem. Ich przywódca, Mahmoud al-Zahar, ogłosił, że od wszystkich mieszkańców islamskiego państwa Palestyna oczekuje się przestrzegania muzułmańskiego prawa. W Betlejem wysunięto obecnie propozycję, by nie-muzułmanie płacili podatek al-Jeziya, historyczną daninę nakładaną na wszystkich dhimmis lub niewiernych w imperium ottomańskim. Kobietom zatrudnionym w miejskiej administracji nie wolno witać petentów-mężczyzn uściskiem dłoni. W kwietniu 2005 roku w Gazie zastrzelono młodą kobietę, o nazwisku Yusra al-Azami, której jedynym występkiem był fakt, że siedziała w samochodzie ze swoim narzeczonym bez przyzwoitki. Młody mężczyzna uszedł z życiem, dostały mu się jedynie srogie baty. Dowódcy bojówki Hamasu „strzegącej cnoty” usprawiedliwili ten mord, twierdząc, że zaistniało „podejrzenie niemoralnego zachowania”. W niegdyś świeckiej Palestynie rzesze represjonowanych seksualnie młodych mężczyzn są wysyłane, by myszkowały wśród zaparkowanych samochodów i czyniły, co im się żywnie podoba.

Swego czasu słyszałem, jak będący już w podeszłym wieku Abba Eban, jeden z najbardziej wytwornych i przenikliwych izraelskich dyplomatów i mężów stanu, przemawiał w Nowym Jorku. Pierwszą rzeczą, jaka przyciąga uwagę w sporze między Izraelczykami a Palestyńczykami, powiedział wtedy, jest łatwość, z jaką można go załagodzić. Od tego zaskakującego stwierdzenia przeszedł do tezy, w której twierdził, wspierając się autorytetem byłego ministra spraw zagranicznych i obecnego delegata w Organizacji Narodów Zjednoczonych, że istota sporu jest całkiem prosta. Dwa narody o z grubsza zbliżonej wielkości wysuwają żądania odnośnie jednego skrawka ziemi. Rozwiązaniem byłoby, rzecz jasna, utworzenie obok siebie dwóch państw. Z pewnością coś tak oczywistego jest w stanie pojąć ludzki umysł, czyż nie? Sprawy przybrałyby taki właśnie obrót już dekady temu, gdyby mesjaniczni rabini, mułłowie oraz katoliccy księża trzymali się z daleka. Jednak odwoływanie się do danej od Boga władzy, co czynili rozhisteryzowani duchowni po obu stronach, dodatkowo było podsycane przez chrześcijan zapatrzonych w wizję Armagedonu, co, jak mieli nadzieję, miało sprowadzić apokalipsę (poprzedzoną śmiercią lub nawróceniem wszystkich Żydów). W końcu sytuacja stała się nie do zniesienia, a cała ludzkość ustawiła się na wrogich pozycjach, tocząc spór, który obecnie grozi nawet wybuchem kolejnej wojny nuklearnej. Religia zatruwa wszystko. Oprócz groźby, jaką stanowi dla cywilizacji, stała się teraz zagrożeniem dla przetrwania rodzaju ludzkiego.

Na koniec dochodzimy do Bagdadu. To jedno z największych centrów nauki i kultury w dziejach. To właśnie tutaj ocalały niektóre z utraconych dzieł Arystotelesa i innych uczonych Greków („utraconych” dlatego, że chrześcijańskie władze część z nich wydały na pastwę płomieni, inne wpisały na indeksy ksiąg zakazanych, zamknęły szkoły filozofów – w ich murach nie dostrzegały pożytecznych refleksji na temat moralności niezbędnej przed wzniesieniem modłów do Chrystusa). Przechowano je, przetłumaczono i przez Andaluzję przetransponowano na łono nieoświeconego „chrześcijańskiego” Zachodu. Bagdadzkie biblioteki, poeci i architekci cieszyli się ogromną sławą. Wiele z ich osiągnięć i dokonań powstało za panowania muzułmańskich kalifów, którzy czasami zezwalali na swobodę artystycznej wypowiedzi, choć równie często ją cenzurowali. Mimo to w Bagdadzie obecne są ślady dawnych chrześcijan, wyznawców Kościołów chaldejskiego i nestoriańskiego, poza tym miasto stanowiło jeden z wielu dużych ośrodków żydowskiej diaspory. Aż do końca lat czterdziestych ubiegłego stulecia mieszkało tu tyle samo Żydów co w Jerozolimie.

Nie zamierzam przeceniać obalenia Saddama Husajna w kwietniu 2003 roku. Ograniczę się wyłącznie do stwierdzenia, że ci, którzy traktowali jego reżim jako „świecki”, mamią i zwodzą sami siebie. Prawdą jest, że partia Baas została założona przez człowieka o nazwisku Michel Aflak, mrocznego chrześcijanina sympatyzującego z faszyzmem. Prawdą jest również, że członkostwo w tej partii było dostępne dla przedstawicieli wszystkich religii (chociaż, jak mam wszelkie powody domniemywać, liczba żydowskich członków była ograniczona). Jednakże przynajmniej od momentu katastrofalnej w skutkach inwazji na Iran w 1979 roku, która doprowadziła do wściekłych oskarżeń irańskiej teokracji, w których obwoływano go „niewiernym”, Saddam Husajn maskował całą sprawowaną władzę – która opierała się na plemiennej mniejszości, jaką tworzyli sunnici – pod przykrywką pobożności oraz świętej wojny – dżihadu. (Syryjski odłam partii Baas, również bazujący na religijnej grupie wyznaniowej, powiązany z mniejszością Alawitów, także przez długi czas utrzymywał z hipokryzją dobre stosunki z irańskimi mułłami). Saddam wypisał na irackiej fladze słowa: „Allahuh Akhbar” – „Bóg jest wielki”. Sponsorował ogromną międzynarodową konferencję poświęconą świętym wojownikom oraz mułłom, utrzymywał też bardzo dobre stosunki z rządem innego państwa sponsorującego konferencję, mianowicie z dopuszczającym się ludobójstwa rządem Sudanu. Ufundował największy meczet w całym regionie i nadał mu nazwę „Matka wszystkich bitew”, ofiarowując dodatkowo Koran zapisany krwią, jego własną – jak twierdził. Kiedy zainicjował ludobójczą kampanię skierowaną przeciw (w przeważającej większości sunnickiemu) narodowi Kurdystanu – kampanię, w której na szeroko skalę zastosowano broń chemiczną i zamordowano lub przesiedlono setki tysięcy ludzi – nadał tym działaniom nazwę „Operacja Anfal”, sięgając po usprawiedliwienie do Koranu – „Łupy” z sury 8 – dla grabieży i mordowania niewiernych. Kiedy siły koalicji przekroczyły granice Iraku, armia Saddama nie stawiała właściwie żadnego oporu, gdzieniegdzie natrafiono natomiast na zacięty opór oddziałów paramilitarnych sformowanych z cudzoziemskich ochotników walczących pod sztandarami dżihadu, których nazywano Fedain Saddam. Do zadań takich paramilitarnych grup należało wykonywanie wyroków śmierci na każdym, kto publicznie głosił radość z powodu zachodniej interwencji. Wkrótce też dokonali oni kilku publicznych powieszeń oraz okaleczeń, filmując je i udostępniając światu zapis tych makabrycznych scen.

Zachowując obiektywny dystans, wszyscy chyba się zgodzą, że naród iracki wiele wycierpiał w ciągu minionych trzydziestu pięciu lat wojen i dyktatury, że reżim Saddama nie mógł trwać wiecznie jako system bezprawia w ramach prawa międzynarodowego, i z tego właśnie powodu – bez względu na obiekcje wysuwane wobec formy dokonania „zmiany reżimu” – całe społeczeństwo zasłużyło na chwilę oddechu, w trakcie której mógłby nastąpić moment refleksji nad rekonstrukcją państwa i ogólnonarodowym wyciągnięciem ręki do zgody. Irakijczykom nie dano jednak nawet minuty na taki oddech.

Każdy zna tego skutki i następstwa. Poplecznicy al Kaidy, kierowanej przez jordańskiego recydywistę Abu Musabę al-Zarqawiego, zainicjowali desperacką kampanię mordów i sabotażu. Nie tylko podrzynają gardła kobietom bez kwefu, świeckim dziennikarzom i nauczycielom. Nie tylko podkładają bomby w chrześcijańskich kościołach (szacuje się, że około dwóch procent Irakijczyków to chrześcijanie) oraz zabijają lub torturują chrześcijan produkujących i handlujących alkoholem. Nie tylko nakręcili film wideo z masowego ostrzelania i podcinania gardeł nepalskim gastarbeiterom, którzy podobno byli wyznawcami hinduizmu, a zatem pozbawieni byli wszelkich praw. Tego rodzaju potworności można uznać za mniej lub bardziej rutynowe. Ludzie al Kaidy z największą jednak zaciekłością skierowali kampanię terroru przeciw swoim muzułmańskim współwyznawcom. Meczety oraz procesje żałobne przez długi czas represjonowanych szyitów stały się celem ataków bombowych. Pielgrzymi pokonujący ogromne odległości, udając się do dopiero od niedawna dostępnych świętych miejsc w Karbali i Najafie, narażają własne życie. W liście do swego przywódcy, Osamy bin Ladena, Zarqawi podał dwa główne powody prowadzonej przez siebie polityki przemocy i terroru. Po pierwsze i najważniejsze, napisał, szyici byli heretykami, którzy nie podążali właściwą salafistyczną ścieżką czystości. Po drugie, jeśli wojnę religijną uda się wzniecić w obrębie społeczności Iraku, plany prowadzonej przez Zachód „krucjaty” spełzną na niczym. Wiązało się to z oczywistą nadzieją, że szyici sięgną po te same środki skierowane w drugą stronę, co z kolei skłoni Arabów wyznania sunnickiego do gremialnego szukania wsparcia u „protektorów” spod znaku bin Ladena. Szlachetne i dramatyczne w wymowie apele wielkiego ajatollaha Sistaniego do społeczności szyickiej o powstrzymanie się od aktów terroru nie odnoszą jednak pożądanego skutku i oczekiwaną reakcję szyickiej większości udało się sprowokować. Nie upłynęło dużo czasu, kiedy szwadrony śmierci sformowane przez szyitów, nierzadko odzianych w policyjne mundury, przystąpiły do torturowania i zabijania często przypadkowych członków wyznawców sunnizmu. Nietrudno dostrzec dyskretne wpływy sąsiadującej „Islamskiej Republiki” Iranu. Na niektórych obszarach zamieszkałych przez szyitów na kobiety z twarzami zakrytymi kwefami i na świeckich nauczycieli znów czyha niebezpieczeństwo. Irak może pochwalić się długą historią współpracy między różnymi społecznościami, wliczając w to małżeństwa między członkami odmiennych wyznań. Wystarczyło jednak zaledwie kilka lat obecnej przesyconej nienawiścią dialektyki, żeby wytworzyła się atmosfera prześladowań, nieufności, wrogości i uformowała polityka oparta na interesach poszczególnych odłamów. Po raz kolejny religia zatruła wszystko.

We wszystkich omówionych przeze mnie wypadkach zawsze znaleźli się tacy, którzy w imię religijnych dogmatów sprzeciwiali się i protestowali, oraz tacy, którzy usiłowali stawiać tamę rosnącej fali fanatyzmu i kultu śmierci. Moje myśli biegną ku garstce księży, biskupów, rabinów i mułłów, którzy wyżej stawiają wartości ogólnoludzkie niż interesy własnego wyznania czy nakazy wiary. Historia dostarcza licznych przykładów takich postaw, o czym zresztą szerzej opowiem później. Jest to jednak komplement dla człowieczeństwa, nie dla religii. Opisane dramatyczne wydarzenia sprawiły, że również i ja, podobnie jak liczni inni ateiści, głośno protestuję w obronie uciskanych katolików w Irlandii Północnej, bośniackich muzułmanów stojących w obliczu eksterminacji przeprowadzonej przez strony bałkańskich chrześcijan czy afgańskich i irackich szyitów tracących głowy pod mieczem sunnickich wojowników „świętej wojny”, bądź na odwrót, i w nieskończonej liczbie innych spraw. Przyjęcie takiej postawy jest elementarnym obowiązkiem każdego człowieka, którzy darzy siebie szacunkiem. Ogólną zaś niechęć religijnych hierarchów do zadeklarowania jednoznacznego potępienia wszelkich aktów terroru, bez względu na to, czy jest to Watykan w przypadku Chorwacji, czy też religijni przywódcy Arabii Saudyjskiej lub Iranu w wypadku konkretnych odłamów islamu, należy zaś osądzić jednoznacznie jako zachowania budzące wstręt i odrazę. Podobnie zresztą na taką samą ocenę zasługuje gotowość każdej z „bożych trzód” do odwzajemniania atawistycznych zachowań w razie najbardziej nawet błahej prowokacji.

Nie, szanowny panie Prager, wcale nie uważam za roztropną radę, by szukać pomocy tam, gdzie właśnie dobiegają końca zebrania modlitewne. Omówiliśmy tutaj, jak wspomniałem na początku, wyłącznie literę „B”. We wszystkich opisanych przypadkach każdy, kto troska się kwestią bezpieczeństwa bliźnich czy człowieczej godności, może wyłącznie żywić żarliwą nadzieję na masowe rozprzestrzenienie demokratycznego i republikańskiego sekularyzmu.

Nie musiałem podróżować do wszystkich tych egzotycznych miejsc po to, by przekonać się, jak działa trucizna. Na długo przed krytycznym dniem 11 września 2001 roku byłem w stanie wyczuć, że religia zaczyna coraz śmielej ingerować w sprawy świeckiego społeczeństwa. Kiedy nie pełnię obowiązków terminującego i amatorskiego korespondenta zagranicznego, prowadzę żywot raczej spokojny i uporządkowany. Piszę książki i eseje, uczę moich studentów miłości do literatury angielskiej, uczestniczę w sympatycznych seminariach poświęconych różnym rodzajom literatury i biorę udział w przemijających sporach i dysputach, pojawiających się na forum publicznym lub w środowisku akademickim. Nawet ta raczej bezpieczna egzystencja stała się celem gwałtownych ataków, bezpardonowych inwektyw oraz wyzwań. W dniu 14 lutego 1989 roku mój przyjaciel Salman Rushdie nagle dowiedział się o wydanym na niego wyroku śmierci i dożywocia za zbrodnię, którą było napisanie beletrystycznej książki. Ujmując rzecz bardziej precyzyjnie, teokratyczna głowa innego państwa – ajatollah Chomeini z Iranu – zaoferował publicznie nagrodę, we własnym imieniu, za dokonanie mordu na pisarzu, który był obywatelem innego państwa. Tym, którzy zgodzą się na udział w opłacanym sowicie planie zabójczych zamachów, których celem mieli być również „wszyscy ci, którzy przyczynili się do publikacji” Szatańskich wersetów, obiecano nie tylko sowite finansowe apanaże, lecz również darmową wejściówkę do raju. Trudno wyobrazić sobie większy afront wobec takiej wartości, jaką jest swoboda wypowiedzi. Ajatollah nie czytał powieści, być może nawet nie był w stanie jej przeczytać, a mimo to zakazał jej lektury wszystkim innym. Zdołał też sprowokować burzliwe demonstracje wśród muzułmanów w Wielkiej Brytanii, jak zresztą i na całym świecie, w trakcie których przepełniona rozfanatyzowana tłuszcza paliła egzemplarze książki, wykrzykując przy tym, że autor również powinien zostać wydany na pastwę płomieni.

Ten epizod – po części budzący grozę, po części zaś groteskowy – miał rzecz jasna swe korzenie w świecie materialnym lub inaczej „rzeczywistym”. Ajatollah, który poświęcił życie setek tysięcy młodych Irańczyków, podejmując próby przedłużenia wojny, jaką rozpoczął Saddam Husajn, chcąc tym samym ogłosić zwycięstwo reakcyjnej teologii, musiał nieco wcześniej pogodzić się z rzeczywistym stanem rzeczy i zaaprobować wydaną przez Organizację Stanów Zjednoczonych rezolucję o zawieszeniu broni, choć wcześniej zarzekał się, że prędzej wypije truciznę, niż złoży podpis pod dokumentem. Potrzebna była mu więc, innymi słowy, jakaś „sprawa”. Grupa reakcyjnych muzułmanów w Republice Południowej Afryki, która zasiadała w marionetkowym parlamencie wspierającym reżim apartheidu, wydała oświadczenie z ostrzeżeniem, że jeśli Salman Rushdie pojawi się na targach książki, może zostać zabity. Grupa fundamentalistów w Pakistanie dopuściła się rozlewu krwi na ulicach. Chomeini musiał wykazać, że nikt nie jest w stanie go przyćmić.

Tak się składa, że istnieje kilka wypowiedzi, rzekomo autorstwa samego proroka Mahometa, które trudno jest pogodzić z nauką islamu. Uczeni biegli w Koranie usiłowali dokonać kwadratury koła, sugerując, że w tych przypadkach Prorok przypadkowo zapisał słowa dyktowane mu przez Szatana, nie przez Boga. Ten rozdźwięk – który nie przyniósłby wstydu najbardziej nawet grzesznej szkole średniowiecznej chrześcijańskiej apologetyki – dostarczył pisarzowi znakomitej sposobności do zgłębienia relacji między świętymi nakazami a literaturą. Myślenie dosłowne nie rozumie jednak myślenia pełnego ironii i kpiny, które zawsze postrzegane jest jako źródło zagrożenia, Co więcej, Salman Rushdie wychował się w wierze islamskiej, rozumiał więc Koran, co w rezultacie oznaczało, że stał się apostatą. Koran w przypadku „apostazji” nakazywał karę śmierci. Nikt nie ma prawa zmiany wyznania, a wszystkie państwa religijne obstawały przy wymierzaniu surowych kar za odstępstwo od własnej wiary i religii.

Rozmaite