Bóg i Jego menażeria. Summa zooteologiczna - Fabrice Hadjadj - ebook

Bóg i Jego menażeria. Summa zooteologiczna ebook

Fabrice Hadjadj

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Fabrice Hadjadj prowadzi czytelnika przez niezwykły bestiariusz Biblii. Baran złożony w ofierze zamiast Izaaka, oślica przemawiająca do Balaama, kruki Eliasza, pies Tobiasza… Autor przedstawia zwierzęta jako ważnych uczestników historii zbawienia, znaki boskiej fantazji i szczodrości. Człowiekowi została zadana troska o nie. A śpiew słowika i milczenie karpia mają nam przypominać o naszym powołaniu: uwielbieniu i kontemplacji Pana.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 252

Data ważności licencji: 5/15/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

Le Dieu des Bêtes. Somme zoothéologique

 

© 2024, Groupe Elidia Éditions Desclée de Brouwer

9 espace Méditerranée – 66000 Perpignan

10 rue Mercoeur – 75011 Paris

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2026

 

Redaktor inicjujący – Paweł Dąbrowski OP

Redaktorka prowadząca – Ewa kubiak

Redakcja – PAULINAJESKE-CHOIŃSKA

Korekta – MAREKKOWALIK, PAULINAJESKE-CHOIŃSKA

Korekta transliteracji języka hebrajskiego i greckiego – Grzegorz Kuraś OP

Skład wersji do druku – Bartłomiej Bączkowski | pilcrow Studio

Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz

Projekt okładki, layoutu i ilustracje – Krzysztof Lorczyk OP

 

 

 

 

 

 

ISBN 978-83-7906-910-1 (wersja drukowana) 

ISBN 978-83-7906-911-8 (wersja elektroniczna)

 

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

[email protected]

www.wdrodze.pl

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Mojej suczce Nuszce, która dokonała żywota w 1992 roku i która nie będzie mogła przeczytać tej książki. Ponieważ byłem jedynakiem i oboje moi rodzice pracowali dość długo wieczorem, zawdzięczam Nuszce wiele życiowych lekcji, które odebrałem od szóstego do szesnastego roku życia (żeby nie wspomnieć o dodatkowym udziale mojego kota Goldoraka, zwłaszcza wtedy, gdy pewnego wieczoru znalazłem go rozjechanego na ulicy Sadi Carnot, KIEDY wracałem ze szkoły – byłem w podstawówce). Mam w sobie coś ze spaniela bretońskiego; ci, którzy mnie znają, nie mogli tego nie zauważyć. Stąd moja orientacja w psim temacie. Hau!

Ocalasz, Panie, ludzi i zwierzęta. Jak cenna jest Twoja łaska.

(Prz 17,6)

 

 

 

Nie zauważa się, że zwierzęta są równie tajemnicze jak człowiek; całkowicie ignoruje się fakt, że ich historia jest Pismem Świętym w obrazach, gdzie kryje się Boży sekret.

Léon Bloy, La Femme pauvre

Wprowadzenie

Zapytaj jednak zwierząt, one cię pouczą

(Hi 12,7)1

Kot to kot

Ta prawda La Palice’a2 nie przestaje mnie dziwić. Zresztą tak jak wszystkie prawdy La Palice’a, które zachwycają mnie znacznie bardziej niż paradoksy Russella czy Zenona. Znamy tę najsłynniejszą: „Pół godziny przed śmiercią jeszcze żył”. Dla mędrka jest to tautologia. Dla mnie cud. Stwierdzenie: „To, co istnieje, istnieje” przyprawia mnie o dreszcz, łuski spadają mi z oczu.

Pozorne powtórzenie wprowadza różnicę w to samo, lekki rozstęp, minimalną lukę, przez którą patrzę na daną rzecz na nowo i nagle pod oczywistością dostrzegam tajemnicę – jej wynurzenie się jeszcze przed wszelką dedukcją. Dedukcja czy wnioskowanie wydobywają utajone idee, pozostając jednak na płaszczyźnie horyzontalnej. Paradoks wnosi coś nowego czy zbijającego z tropu, ale przez użycie czy nadużycie oksymoronu: „Ta mroczna jasność…”. Tautologia niczego nie wnosi, a to nic, jak białe tło, wydobywa rzecz, ponieważ ta rzecz na pewno jest czymś! Idiotyzm czy logiczny bełkot („Jasność jest jasna, dzień nie jest nocą…”)? Stając przed tym nieuzasadnionym naleganiem, czujemy, że trzeba zmienić punkt widzenia.

Kałuża, pozostając kałużą, nagle tryska jak źródło. Kamyk, pozostając kamykiem, wyrasta jak góra za zakrętem. Dżdżownica, która wciąż jest dżdżownicą, wije się cudowniej niż niebiański smok. Mówię sobie: „One tu są – tak, one tu są!” – podczas gdy równie dobrze mogłoby ich tu nie być, psotników, tak wiele pustki jest na świecie; mógłbym już być martwy albo nawet jeszcze niepoczęty, czyli niezdolny do stwierdzenia… Ale to, co istnieje, istnieje! A ten, kto nie umarł, wciąż żyje (do swojej ostatniej chwili!). A kot jest kotem! O, jakże realna rzeczywistości, którą mogę rozpoznać, moje słowo! O szczęśliwe rozróżnienie!

Kot nie jest psem, a pers silver shaded jest persem silver shaded. Zwierzęta zawsze jawią się według swoich gatunków (por. Rdz 1,21–24). Pojawiają się na świecie tak, jak gdyby jakiś majordomus anonsował je na progu salonu. Ich tytułem szlachectwa jest ich kształt, nader odmienny od kształtu innych: jeżowiec i żyrafa, kret i flaming różowy (bawi mnie układanie takich par, dla wydobycia kontrastu, również dlatego że moja żona jest zupełnie inna niż ja). Zauważcie, że te wszystkie żyjątka zadbały o swoją aparycję, wystudiowały swoje wejście, podobne do młodego dziewczęcia wkraczającego na salę balową. I oto prezentują swoje prążki, cętki, kryzy, czuby, grzebienie, rogi. Sroka zawsze wychodzi we fraku. Norka ubiera się w norki. Każdy koń ma swoją szatę. Motyl wygląda jak elegancko zawiązana muszka i jest do tego bardzo przywiązany, nad czym można by się długo rozwodzić.

Poprzestanę na tym spostrzeżeniu: te wszystkie istoty żywe stroją się, dbając we wszystkich szczegółach o symetrię (podczas gdy ich narządy wewnętrzne często są splątane pod skórą). Dowód, że zależy im na osiągnięciu efektu, „zyskaniu rozpoznawalności”, jak się mawia w marketingu, i żeby ich nie mylić z jakimkolwiek innym zwierzęciem.

„Ja, kot – mówi kot – jestem kotem”.

Nie mówi tego słowami. Ociera się wąsami o mankiety waszych spodni (bo zależy wam, żeby się wyróżniać noszeniem spodni z mankietem). Wydawałoby się, że słychać jego słowa, choćby tylko poprzez pełną pogardy wyniosłość, z jaką mierzy was wzrokiem, kiedy już się umył.

Boża fantazja

Nie mówię o „bioróżnorodności”, brzydkim pojęciu, które odsyła do tego, co można wymierzyć i zmienić. Mówię o poruszeniu małego dziecka, które po raz pierwszy przyjeżdża do gospodarstwa wiejskiego. Albo do zoo. Załóżmy, że do tej pory znało tylko swoją matkę. A oto odkrywa krowę. Albo małpę typu Cercopithecus petaurista. Albo też sowę w okularach, czyli puchaczyka żółtobrzuchego, który wpatruje się w nie wielkimi oczyma zgorszonej damy (w Brazylii nazywa się go „Murucututu”). Jakże dziecko mogłoby nie stanąć jak wryte, jakże mogłoby nie doznać ekstazy i zarazem przerażenia na widok tych istot, które nie mają nic wspólnego z mamą, a jednocześnie wydają się, tak jak mama, mieć swój świat i swoje dziwaczne zajęcia?

Bo zwierzę, co dziecko natychmiast zauważyło, nie jest jak jego łyżeczka czy gumowa piłka. Wiadomo, do czego służy łyżeczka. A poza tym nie porusza się sama. W końcu to nie wasza sprawa. Ale sowa w okularach! Dziecko ma nieodparte wrażenie, że sowa je ocenia. Wydaje się, tak jak ono, jak jego matka, nawet jak jego ojciec, posiadać życie wewnętrzne. Czasem, gdy tata i mama myślą nad czymś albo gdy są czymś mocno poruszeni, dziecko zastanawia się, czy nie mają oni jakichś sekretnych powiązań z tymi innymi organizmami, czy za chwilę nie zamienią się w żółwie albo w wilki.

To dziecko wciąż we mnie jest. Bierze mnie za rękę, gdy pracuję jako człowiek dorosły. Pokazuje mi ścieżki na skróty, kiedy mu wskazuję prostą drogę. Przytrzymuje mnie, żebym nie upadł.

Na przykład na zebraniu zarządu, kiedy tak się wynudziłem, że lada moment wyjdę z posiedzenia, to dziecko mnie namawia, żebym przyjrzał się biurokratom jak małpom czy ptakom w klatce:

– Jak on się drapie w głowę!

– Ale mu podskakuje prawa noga!

– Cóż za sposób zabawy długopisem!

W ten sposób ożywia się we mnie współczucie i zachwyt.

Kiedy mam nazbyt ciasną, nazbyt moralizatorską wizję Przedwiecznego, dziecko potrząsa głową, każe mi wziąć Go na ramiona i udawać konia albo opaść na cztery łapy, żeby udawać żarłocznego tygrysa. Przypomina mi, że Sędzia, który dał dziesięć przykazań, jest również Mocnym, który w dziesięciu słowach stworzył niebiosa, ziemię, to wszystko, co na nich żyje, innymi słowy promienice i strusie, Psychrolutesa marcidusa i mrównika afrykańskiego… i przypominam sobie o Bożej fantazji.

Panie, Twoje myśli doprawdy nie są naszymi myślami! Co Ci przyszło do głowy, kiedy wymyśliłeś mrównika afrykańskiego? Rozumiem, że można wymyślić koło, smartfon, bombę atomową. Ale pluskwę?! Albatrosa! Dziesięcionoga kiwa hirsuta! Jorge Luis Borges i Margarita Guerrero wyznają to w Księdze istot zmyślonych: „Ten, kto przemierzy nasz podręcznik, stwierdzi, że zoologia wyobraźni jest uboższa od zoologii Boga”.

Dlaczego ryba balon (rozdymka)?

Rzeczywistość – stworzenie – przerasta tworzone przez nas fikcje. Zwierząt z wyobraźni powinno być więcej niż tych realnych, w tempie wzrostu wykładniczego, gdyż wymyśla się je metodą kolażu – tutaj ludzka twarz, tam tułów byka, a gdyby mu dodać orle skrzydła, świński ryj? Ale tak nie jest. Nasze fantasmagorie zawsze się kręcą wokół małej porcji chimer. Natomiast to, co nosi miano Natury, w sposób nadprzyrodzony, porozumiewawczy puszczając perskie oko, nieustannie uprzedza nasze połączenia: lis morski, ptak-wąż (wężówka), żaba lamparcia, mrówka panda, komar tygrysi, rekin głowomłot olbrzymi…

Zanim osiągnie się jakąkolwiek konkretną wiedzę, właśnie to nieustannie budzi dziecko w filozofie – owa nieokiełznana przeobfitość barw, kształtów i zachowań wśród fauny (wśród flory też). Znalazłem te liczby: mniej więcej 8 milionów gatunków zwierząt (na zaledwie 298 tysięcy roślin), zaledwie 1,23 miliona zarejestrowanych i każdego roku około 16 tysięcy nowych odkryć, nie licząc wszystkich zanikłych. Oczywiście, samodzielnie tego nie sprawdziłem. Odliczenie sprawiłoby, że pominąłbym to, co liczy się najbardziej – takie wariackie czy przerażające widziadło, które obraca wniwecz moją umiejętność obliczania i robi ze mnie głupka.

Dlaczego tapir czaprakowy? Dlaczego krab skrzypek, którego wielkie szczypce odbijają spolaryzowane światło, żeby przyciągnąć jego panią krabową? A przede wszystkim, dlaczego ryba balon? Mam słabość do ryby balona (choć moim największym faworytem jest ptak świat: ogrodnik długoczuby, później do niego wrócę). Kiedy trzepocze płetwami, to jest z niej drobna rybka. Kiedy nadyma się w obliczu niebezpieczeństwa, to robi się z niej globus. Jako kula wyraża przestrzeń. Jako strzała przypomina czas. Skądinąd jest to ryba trucizna: jej trucizna jest śmiertelna; jej mięso podobno znakomite. Japoński kucharz potrafi powycinać części jadalne, żeby ofiarować spragnionemu wrażeń smakoszowi rarytas wysokiego ryzyka.

Jest ona w moim guście z zupełnie innej motywacji. Motywacji, którą jest właśnie motyw. Symetryczny motyw na dywanie oceanu, jak witraż wyobrażony w rozsypanych okruchach wielkiego zegara piaskowego. Miłość czyni z niej artystę. Sztuki ulotnej i uwieczniającej. W okresie godowym pan ryba uderzeniami ogonka rysuje na piasku rozgwieżdżony krąg. Zabiera mu to osiem dni. Koło musi osiągnąć dwa metry, podczas gdy on ma tylko dziesięć centymetrów. Kiedy zakończy pracę, siada na środku, rozpromieniony, i czeka na inspekcję swojej samicy – estetki, jak się domyśliliście, i to z tych najbardziej pedantycznych… Czy nie było szybszych sposobów, żeby ją zwabić? Czy hormonalny wabik nie wystarczył? Nie, potrzebna jest ta rozeta, godna zatopionej katedry. Dlaczego?

Przetrwanie, ktoś powie. Japonia posiada biologów równie wytrawnych jak jej kucharze. Podali oni to oto wyjaśnienie: rozeta jest gniazdem. Po odbytej kopulacji „kręgi nakreślone przez samca pozwalają uniknąć rozproszenia się jajeczek, gdyż w środku formy geometrycznej woda ma mniejszą prędkość”. Jednakże równie dobrze by to zapewnił przypadkiem położony kamyk czy kawałek algi. A ponadto, jeśli wszystko jest tylko kwestią trwania, to po co żyć? Lepszy jest granitowy blok. Jeśli tak uparcie wam na tym zależy, chętnie wam odstąpię kilka bakterii, bardziej pewnych swojej długowieczności, i to mniejszym kosztem… Powiedzmy to więc: ta podwodna rozeta jest równie nieumotywowana jak rozeta na fasadzie katedry Notre-Dame. Jej motyw pozostaje nieumotywowany. Powiem więcej: życie jest nie tylko nieumotywowane, ono w istocie swego aktu jest samym nieumotywowaniem – tworzy ulotne witraże w głębinach morza.

Z punktu widzenia astrofizyki nasza ziemska szczodrość jest tylko nieznaczną dygresją w dziejach wszechświata. Dlaczego tak wiele bogactwa w tej dygresji, a znacznie mniej w niekończącym się zdaniu, rozwija się na zewnątrz? Ubolewajmy nad zanikaniem gatunków, ale zanim sięgniecie po chusteczkę, przekażcie pałeczkę dalej. Wielka żałoba, niepocieszona żałoba, zawsze oznacza szczęśliwe wydarzenie. Pomimo spustoszeń zadziwiające będzie to, że te gatunki istniały tak przeobficie, tak rozrastając się na drzewie filogenetycznym, z takimi motywami bez motywacji! Przez to, że życie jest przeznaczone do zaniku w kosmosie, tajemnica tak wielu sztucznych ogni tylko staje się większa.

Ta procesja zwierząt wyłaniających się z cienia, żeby do niego powrócić, te lampki idące procesyjnie wokół noszy nocy, choć jest ich znacznie więcej, niż mogą pomieścić nasze katalogi, czyż nie wskazują wąskiej ścieżki zarośniętej cierniami, wiodącej do jakiegoś sanktuarium? A gdyby ryba nie była po to, żeby przetrwać na globie, lecz glob był po to, żeby uszlachetnić się w rybie? Nie, ja jej nie topię. Prześladowani, żyjący w ukryciu pierwsi chrześcijanie rozpoznawali się, rysując rybę na piasku.

Tora z sierścią… albo z piórami

Właśnie do tego chciałem dojść, zanim wyruszę zwierzęcą ścieżką Pisma Świętego. Istnieje ekologia naukowa i symboliczne bestiarium. Ekologia ta ukazuje współzależność istot żywych w ich różnorodności. Bestiarium dokonuje w każdym zwierzęciu projekcji jakiejś rady duchowej czy pouczenia moralnego. Z jednej strony Karol Darwin i Ernst Haeckel; z drugiej strony Bazyli z Cezarei i Jean de la Fontaine.

Oczywiście z transferami. Ekologiści, będąc ludźmi, nie ustrzegą się odwołań do symbolu: Patrzcie, jak one sobie pomagają! Mówią to o symbiozie raf koralowych, ukwiału i ryby klauna (błazenka). Cóż z tego, że są agnostykami, pod ekosystemem domyślają się jeszcze tajemnicy Trójcy Świętej i świętych obcowania.

Jednakże w obydwu wizjach, ekologicznej i symbolicznej, istoty żywe służą. Służą sobie nawzajem; służą naszemu zbudowaniu. Zarówno ojcowie Kościoła, jak i mędrcy Talmudu nie przestali w tym duchu patrzeć na zwierzęta jako na mistrzów duchowych.

W traktacie Eruwin (100b) rabbi Jochanan ben Nappaha utrzymuje, że gdyby nie było Prawa Mojżeszowego, pozostałaby jeszcze księga stworzenia: „Tora nie zostałaby dana, gdybyśmy się nauczyli skromności od kota, zakazu lotu od mrówki, zakazu cudzołóstwa od gołębicy, a sposobu osiągnięcia pokoju w małżeństwie od ptactwa domowego”. Rabbi Salomon ben Izaak (Raszi z Troyes) komentuje: „Kot nie załatwia się w obecności ludzi i zakopuje swoje odchody. Mrówka przez całe lato znosi do mrowiska to, czego będzie potrzebować, żeby przetrwać zimę, i nie wykrada pożywienia innym”.

A czego możemy się nauczyć od ptactwa domowego? Co robi kogut, żeby uspokoić swoją kurę? Odpowiedzi udziela rabbi Jehuda ha-Nasi, egzegeta podwórka: „Kogut rozwija skrzydła, jakby mówił: »Kupię ci suknię do samej ziemi«”. Można też obiecać parę butów, zauważa inny rabin. Ale uwaga! Nie należy przestawiać zasad moralnych. Co by się stało, gdybyśmy uznali koguta za nauczyciela skromności, kota dachowca za wzór cnót małżeńskich, a mrówkę za mistrza śpiewu w sezonie letnim? Tora jest konieczna, żeby uniknąć takich błędów lektury.

Niezależnie od tego, czy chodzi o księgę stworzenia, czy o ekosystem, o alegorię czy o obustronną użyteczność, zwierzę zawsze jest uznawane za coś innego, jako znak od Boga lub w swojej relacji do jakiejś całości. A największym znakiem Bożej mocy jest właśnie to, że stworzenia nie są tylko znakami. Że zostały stworzone dla nich samych – za nic, chaotycznie i z miłością, wedle Jego upodobania. Każde istnieje jak kpina nieskończoności. Wije tak samo nie podlegają dyskusji jak słoń.

– Przypadek! Los szczęścia w genomie!

Rozumiem waszą rezerwę. Człowiek zmaga się, jak może wobec bezwstydu Najwyższego. Trudno wam pojąć, jak Ten, który powiedział „Nie dopuścisz się cudzołóstwa”, mógł być twórcą mięczaka „nierządnika” [crepidula fornicata] i mandryla barwnolicego o niebieskich i czerwonych pośladkach. Jakże ten nieokiełznany żartowniś miałby być jednocześnie podejrzliwym władcą, przed którym się klęka? A przecież to właśnie On. Wąsik tego pączka, który się otwiera, rozwój od jajeczka do tej niezwykłej twarzy, pysk bawołu, nos nosacza, popis czerwonego flaminga czy kukanie kukułki… Za każdym razem, dla każdego żyjątka, to „a kuku, jestem!”, przeraźliwy czy filuterny błysk w oku, modulowany w nieskończoność przez najwyższą wolność okrzyk „na-na-na-na-ne-re”!

Tak więc skocznik antylopi jest dla skocznika antylopiego, wraz z jego dodatkowym skokiem w środku gonitwy, gdy go ściga lampart. A lampart jest dla lamparta, tak bardzo, że często widziałem, jak moja matka nosi go na bluzce z falbankami. Pająk tka swoją sieć, żeby się wyżywić, ale żywi się, żeby istniała ta sieć, zdobiąca przestrzeń delikatnym ażurem, a nie tylko przewód pokarmowy. Oto pająk, w samym środku albo w kącie, ze swoimi ośmioma łapkami i czworgiem czujnych oczu, gotów owinąć muszkę w biały całun. Inny, niemożliwy sposób bytowania, właśnie po to, żeby był ten inny sposób bytowania, poświadczający, że byt jest niewyczerpany, nawet jeśli musi obrócić się w niebyt. Niech więc niebyt rozszerza swoje imperium, kpina jest przez to jeszcze cudowniejsza. Tora objawia to prawo przed wszelką moralnością. „Niech się stanie światłość!”, „Niech ziemia wyda gołębia pawika i mangalicę!”. Sam Bóg widzi, jakby zaskoczony swoim dziełem, że jest to dobre.

Od bogów z głową zwierzęcia do bożków toczonych przez robactwo

Najlepszym dowodem na to, że kot pochodzi od Boga, jest to, że kot jest kotem i że można sobie powiedzieć, iż bynajmniej od Niego nie pochodzi: jeśli wielki artysta znika za swoim dziełem, jeśli je wysuwa na pierwszy plan, to dzieło, a nie siebie, to co myśleć o Boskim artyście? Otwiera przed nami możliwość bycia ateistami albo bałwochwalcami. W swoich wystawach, w swoich instalacjach artysty bardziej wiecznego niż współczesnego, w swojej dobroci ojca, który robi miejsce swym dzieciom, czyni stworzenia tak wspaniałe, tak trwałe same w sobie – na przykład tę kotkę, która mierzy nas wzrokiem z właściwą sobie arystokratyczną pogardą dla ludzkich spraw – że możemy zapomnieć o ich Stwórcy i uczynić z kotowatego bóstwo, z którym trzeba negocjować aksamitną łapę.

Domyślacie się, że zamierzam wspomnieć o Egipcie i o Liście do Rzymian (rozdział 1): „To bowiem, co w Bogu niewidzialne – Jego wiekuista moc oraz boskość – od stworzenia świata staje się widzialne dzięki rozumnemu oglądaniu dzieł Bożych [dosłownie: „Jego poematów”]. Dlatego ludzie ci [poganie] nie mają wymówki. (…) Uznając siebie za mądrych, stali się głupimi. Odrzucili majestat nieśmiertelnego Boga, przyjmując to, co jest podobizną śmiertelnego człowieka, ptaków, czworonogów i płazów”.

Zwierzęta są tak piękne, tak silne, tak dziwne… Łatwo dajemy się zniewolić. Świątynia wypełnia się ptakami drapieżnymi i innymi dzikimi zwierzętami: Horus to sokół, Anubis to szakal, Apis to byk… Może się to wydać szaleństwem. Nic bardziej banalnego. Jakże trudno jest wyjść z Egiptu. Po przejściu przez Morze Czerwone wyzwolony lud nie omieszka czym prędzej paść na twarz przed złotym cielcem. A jeśli to nie cielec, to będzie Azor albo Hello Kitty.

We Francji 15 milionów kotów i 8 milionów psów ma za towarzysza mężczyznę lub kobietę. Wartość sektora zwierzęcego (pets, a nie zwierząt gospodarskich) wystrzeliła na ponad 5 miliardów euro, podczas gdy rynek książki ledwie dyszy poniżej 4 miliardów. Porównanie jest wątpliwe, przyznaję. Większość książek jest bardzo podrzędna wobec kociaczka czy nawet ślimaka (będę opiewał wspaniałość ślimaków). Żałuję, że nie udało mi się sprawić, by mój tom mruczał wtedy, gdy głaszczecie jego stronice… No i znane jest słynne powiedzenie Proboszcza z Ars: „Zostawcie na dwadzieścia lat parafię bez księdza, a zaczną tam oddawać cześć zwierzętom”.

Co nie znaczy, że mamy je lekceważyć. Tym bardziej że prawdziwe zwierzątka w końcu schrupią nasze fetysze. Jeremiasz wyjaśnia to w Księdze Barucha (6,19–20), którą tak cenił La Fontaine: „Są zupełnie podobne do belki w świątyni. Ich wnętrze, można powiedzieć, jest toczone przez wychodzące z ziemi robactwo, które pożera je wraz z ubiorem, a one nawet tego nie czują. (…) Na głowy ich posągów zlatują się nietoperze, jaskółki i inne ptaki, a nawet koty po nich łażą”.

Zwierzęta, które nas fascynują, także wyprowadzają nas z błędu. Gołąb załatwia się na twarz bożka z dziobem orła. Kot chowa upolowane martwe myszy w zadzie Anubisa. Kapłan musi je odkurzyć i potraktować środkiem owadobójczym. Dotyczy to także figur naszych świętych. Można z tego wywnioskować, że mniej świętości kryje się tam niż w miotełce starej zakrystianki. Często właśnie w obecności tej zakrystianki, Maryvonne Barré, która zmieniała wodę kwiatom w kościele w Vins-sur-Caramy, zawsze w towarzystwie suczki Samanty, maltańczyka, zginałem kolana przed tabernakulum.

W spisie szalonych ograniczeń wymienionych przez Świętego Pawła, wśród obrazów, na które zamieniamy Bożą chwałę, na pierwszym miejscu wspomniany jest człowiek. Stoi jako bożek przed ptakami, czworonogami i płazami, pozwalając dostrzec związek między swoim i ich losem. Humanizm okazuje się równie bezbożny jak animalizm. Jedno i drugie gardzi ludźmi i zwierzętami. Lekceważy ich wspólną zwierzęcość oraz wzniosłe rozróżnienie. Nie zwraca się ku temu, co ocala ludzi i zwierzęta. Ostatnia plaga egipska dotyka pierworodnych zarówno spośród ludzi, jak i spośród bydła. A Hebrajczycy nie przekraczają Morza Czerwonego bez swoich stad. Stąd ten werset Psalmu 36, stanowiącego motto tej książki: „Ocalasz, Panie, ludzi i zwierzęta”.

Gdzie nie ma ani konia, ani wołu, ani osła…

Jest to tak bardzo prawdziwe, że tradycja ikonograficzna nie może się od tego powstrzymać. Świerzbi ją od tego pędzel. Wymyśla zwierzęta nawet tam, gdzie Nowy Testament o nich nie wspomina.

Na drodze do Damaszku nie ma konia. Trzeba jednak, żeby Szaweł siedział na koniu tak jak na swoich zasadach i by wierzchowiec wysadził go z siodła! To koń jako pierwszy dostrzega światłość, której ludzie nie widzą. A Przedwieczny działa przez mięśnie jego zadu.

W stajence betlejemskiej nie ma wołu ani osła. A przecież nie możemy sobie wyobrazić Dzieciątka Jezus bez wołka i szarego osiołka. Maryja i Józef muszą mieć tych zwierzęcych dublerów. Ich sylwetki muszą się odcinać od stada tworzącego tło. Ileż uwielbień wznosi się między porykiwaniem i muczeniem. Ileż ofiar Trzech Królów – złoto, mirra, kadzidło – jest poprzedzonych przez krowieniec i mierzwę. A zresztą, gdzie są wielbłądy tych królów? Na plecach Jana Chrzciciela pojawia się ich sierść, ale Mateusz nie opisuje karawany.

Te zwierzęta nie zostały dodane dla fantazji. Przybywają z daleka, są pośrednikami jedynego przymierza. Niosą reminiscencje Tory (oślica Balaama) czy proroków (rozdziały 1–60 Izajasza). Nie należą po prostu do natury, ale do tkanki historii, przypominając nam, że chrześcijanin może poznać siebie tylko w zwierciadle Żyda, i odrzucając herezję, która chciałaby rozdzielić Stare i Nowe.

To, co najbardziej niesłychane w tej grze zwierzęcej obecności-nieobecności, słyszymy na mszy z ust celebransa. Jesteśmy tuż przed najwyższą chwilą komunii. Celebrans unosi ręce i widać w nich okruch białego opłatka, podobny do półksiężyca, i wbrew świadectwu naszych zmysłów, z dwóch tytułów, gdyż nie widzimy ani nic ludzkiego, ani bydlęcego, oznajmia: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”… Dokładnie powtarza tylko słowa człowieka, który odziewał się w sierść wielbłąda i żywił się szarańczą, dzikim miodem i Duchem Świętym. Zresztą trwa przy tym: „Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka”. Trzykrotnie już powtórzył tę nazwę Agnus Dei, ksiądz powtórzył ją dwa razy, i pora uklęknąć, by powiedzieć Panu, że nie jesteśmy godni Go przyjąć… Ale gdzie jest ten baranek? Czy słyszeliście jego beczenie? Czy to możliwe, że cała liturgia dokonuje się w imię bydlęcia? Niewiarygodne zderzenie! Widzę kawałek chleba, celebrans mi go podaje bieluteńki jak dziecko owieczki, a ja mam wierzyć, że jest to Ciało Chrystusa!

W słowach tej ofiary, która dokonała się „raz na zawsze”, po raz kolejny wyrażona zostaje ciągłość między Izraelem i Kościołem. Sama wzmianka o wdzięcznym baranku o jedwabistym runie nam przypomina, że Krzyż nie usuwa, lecz dopełnia ofiary Dawnego Przymierza, Paschę Hebrajczyków, skok Niszczyciela ponad ich dachami oraz nieustanną ofiarę całopalną Świątyni Jerozolimskiej…

Czym były te wszystkie ofiary ze zwierząt, samców bez skazy? Dzisiaj już nie bylibyśmy w stanie ich zaakceptować. Tomasz z Akwinu alias niemy wół z Sycylii, wielki oracz dogmatu, zwierzę pociągowe summy teologii, ośmiela się jednak ryknąć: „Te cielesne ofiary wyrażały wewnętrzną ofiarę serca, przez którą człowiek ofiaruje Bogu swojego ducha”. Czytaliście? Moje serce miałoby znaczyć tyle, ile jakieś zwierzę gospodarskie? Moja najbardziej wewnętrzna głębia miałaby się przejawiać poprzez tę zewnętrzność, która skacze, wsadza nos w wymię swojej matki, cierpi zimno, pozwala się strzyc, a potem daje poderżnąć sobie gardło bez jednego krzyku? „Jak baranek prowadzony na zabicie i jak owca, która milczy, gdy ją strzygą, tak on nie otworzył swoich ust” (Iz 53,7). Jaka jest zatem owa mistyczna zażyłość wielkiego mesjasza i małego baranka?

Trzeba będzie przyjrzeć się temu z bliska. Wytropić Boga zwierząt po śladach. Przemierzyć biblijne zoo od początku do końca, wraz z jego wiwarium z Edenu i stadniną z Apokalipsy. A skoro jest mowa o piśmie, także tutaj przy okazji pogłaszczmy zwierzę kryjące się pod literą. A pochodzi od alef lub aluf, co znaczy „byk”. Widzisz to duże A, odwróć je o 180°, co narzuciła mu łacina:  – a znajdziesz jego pysk i dwa rogi. C pochodzi od gimel lub gamal, czyli wielbłąd, któremu położono jeden z garbów. Pod N wiją się węgorz i wąż. Małpa ze swoim ogonem usadowiła się w Q. I nie wyobrażaj sobie, że ja żartuję czy popadam w poezję. Jest to nader ścisła nauka. Zapytaj filologów, specjalistów od pisma protosynajskiego, a oni ci powiedzą to samo, co dzieci. Po abecadle krążą wszelkiego rodzaju zwierzęta.

Zatem ruszajmy w podróż. Wio, gołąbko! Albo będzie, co ma być… Nie wiem. Czy lepiej, żeby święte Słowo kazało nam kręcić się w kółko, czy żeby wyprowadziło nas w pole? Gdy nadchodzi potop, trzeba wsiąść do arki. Nie ma tam wiele miejsca, ale każdy ma swoje. Na tym moście, unoszącym się między zatopioną przeszłością a niedostępną dla wzroku przyszłością, kot, pies i mysz, ale także wilk i jagnię, lew i gazela, gołębica i ropucha, i wreszcie mężczyzna, kobieta, dzieci, całe gospodarstwo i cała menażeria są zmuszeni choć trochę się dogadać podczas przeprawy, jeśli nie chcą wszyscy razem zatonąć.

Nie ma tu mowy o Wielkim Wybuchu ani o pitekantropie [homo erectus] i wiem, że niektórzy będą bardzo zawiedzeni, że ani razu nie pada tu wzmianka o tyranozaurach ani o pingwinach. Pingwin to bardzo godne zwierzę. Organizuje zebrania w smokingu na ławicy lodowej. Zasługiwałby na to, żeby otwarcie wymienić go z nazwy. Rozumiem, że taka luka budzi w niektórych wątpliwość co do inspiracji Pisma Świętego. Natomiast co do tyrannosaurus rex, usiłowałem wytłumaczyć jednemu z jego amatorów, że jednakowoż w Księdze Daniela występuje niejaki Nabuchodonozor, który był dość reprezentatywnym tyranem. Nie wystarczyło to, żeby go pocieszyć.

Trzeba wyraźnie stwierdzić, że Biblia nie jest opracowaniem z dziedziny nauk przyrodniczych. Nie należy też do tych fajnych książek zapewniających rozrywkę przy kominku. Podejrzewam, że zrobiła to specjalnie, żeby nie mieć ochoty jej czytać, żeby nie wciągała tak jak Trzej muszkieterowie albo Sexus animalus, tous les goûts sont dans la nature [wszelkie upodobania występują w przyrodzie] (z pasjonującymi stronami o penisie krokodyla i o podwójnej waginie torbaczy – oprócz torby lęgowej!).

Wystarczy zobaczyć, jak Biblia krytykuje swoich własnych ekspertów. Wraz z Jeremiaszem wypowiada nad nimi wyrocznię: „Jakże możecie mówić: »To my jesteśmy mądrzy! Mamy prawo PANA«. Naprawdę? Lecz w kłamstwo je zamieniło kłamliwe pióro pisarzy”(Jr 8,8). A Jezus mówi do starszych, którzy bardziej niż inni wielokrotnie czytali święte zwoje: „Celnicy i nierządnice wejdą przed wami do królestwa Bożego” (Mt 21,31).

Pismo Święte nieustannie atakuje pismo. Jak z tego wnioskuję, nie tyle chce być czytane, ile chce, byśmy wraz z nim, z najlepszą gramatyką i najdoskonalszym słownictwem, nauczyli się odczytywać wydarzenia z naszego życia, a nawet – bardziej zasadniczo – byśmy odkryli, że mamy życie, prawdziwe, własne życie, czyli takie, które nam upływa, i że jest to cała historia, której końca nie należy zbytnio zepsuć!

Na przykład poprawiacie przedziałek we włosach i węzeł krawata: dziś wieczór gościcie kierownika działu kadr. Dzwonek do drzwi, otwieracie, wasza twarz przybiera jeden ze swoich najbardziej uniżonych uśmiechów, a oto zamiast pana Landrola stoi przed wami pingwin. Precyzuję: pingwin cesarski z Antarktydy (zwykle myli się je ze sobą). Zaraz krzyczycie: „Tylko mi się zdarzają takie numery!”. I zastanawiacie się nad sensem takiej substytucji. Co los chce wam powiedzieć przez tę ironię? Wziąłem Landrola i pingwina cesarskiego, ale dopasujcie to do swojej sytuacji (generał i bąk zwyczajny, Jennyfer i tuńczyk pasiasty z tropikalnych oceanów…).

Biblia pomaga wam się nad tym zastanowić. Nie mówi o pingwinach, ale pozwala wam zbliżyć się do pingwina, albo do teorii kwantowej, albo do 6 tysięcy rosyjskich głowic nuklearnych, jako do decydujących znaków skierowanych konkretnie do was, dla waszego zbawienia. Mądrej głowie…

Rozdział pierwszy. Z pierwszego przykazania: patrzeć na drzewa poprzez ryby i ptaki

I stworzył Bóg wielkie potwory morskie i wszelkie pływające istoty żywe, których pełno było w wodach, i wszelkie latające ptactwo różnego rodzaju. Pobłogosławił je Bóg tymi słowami: „Bądźcie płodne, mnóżcie się i zapełniajcie wody morskie. Ptactwo zaś niech się mnoży na ziemi”. Zapadł wieczór i zaświtał poranek dnia piątego. (…) I stworzył Bóg ludzi [Adama] na swój obraz: na obraz Boży ich stworzył. Stworzył ich jako mężczyznę i kobietę. I błogosławił im, mówiąc: „Bądźcie płodni, mnóżcie się i zaludniajcie ziemię oraz czyńcie ją sobie poddaną. Panujcie nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszelką istotą poruszającą się po ziemi”. I rzekł Bóg: „Oto dałem wam wszelkie rośliny na całej ziemi, wydające nasienie, i wszelkie drzewa owocowe, zawierające nasienie, i wszelkie drzewa owocowe, zawierające nasienie. Będą one dla was pokarmem. A dla wszelkiego zwierzęcia polnego i wszelkiego ptactwa powietrznego i dla wszystkiego, co się porusza po ziemi i ma w sobie życie, daję na pokarm wszelkie rośliny zielone”. I tak się stało. I widział Bóg, że wszystko, co stworzył, było bardzo dobre. Zapadł wieczór i zaświtał poranek dnia szóstego.

Rdz 1,21–23.27–31

 

1. Jakie jest pierwsze przykazanie? Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną? Nie, ale „Bądźcie płodni, mnóżcie się”. Dla waszej płodności, nie dla waszej erudycji. Dla dojrzenia waszych kiści winogron, nie wyłącznie dla waszego rozwoju. Wasz rozwój jest dla was, wasze zaś jabłko, winogrono, banan czy owoc granatu – wedle właściwej wam alchemii – dojrzewa tylko po to, żeby się od was oderwać i spaść z drzewa genealogicznego. Adam jest więc mężczyzną i kobietą, nieredukowalnie i oddzielnie. Nie może się zadowolić rozwojem, skoro jest z kimś drugim i w dodatku dla jeszcze innego drugiego – dziecka, które ich opuści, ich owocu innego pokroju, często gorzkiego czy kwaśnego, przez który zamierzają nie tyle wytrwać w istnieniu, ile podjąć na nowo przygody daru. I już tworzy się osobista ekologia. Aby wyrazić to, co w pierwszej kolejności mamy do zrobienia, język hebrajski używa czasownika parah3, który nadaje nam formę drzewa. Bez drzewa człowiek nie jest w stanie zrozumieć siebie. Musi mieć przed oczami ten most między ziemią i niebem, który wchłania glebę, ssie słońce. Przypomina o tym Psalm 1, w ślad za pierwszym przykazaniem. Oznajmia, że szczęśliwy jest ten, kto znajdując upodobanie w prawie Pańskim, jest „jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą”. Słuchać Boga to widzieć wierzbę, wiąz czy leszczynę. One umacniają brzegi rzeki, oczyszczają wodę, chronią przed wiatrem, dają kojący cień wodnej florze i faunie. Czapla siwa czatuje tam na kiełbie. W promieniach przebijających przez gałęzie iskrzą się muszki. Podkreśla to Ezechiel (31,5–6), płodność przybrzeżnego drzewa sięga daleko poza jego gatunek. Ma ono gościnne gałęzie. Jego cień jest matczyny: „Pomnożyły się jego pędy i wydłużyły gałęzie, bo poiły go obfite wody. W jego gałęziach gnieździło się wszelkie ptactwo powietrzne. Pod jego konarami mnożyły się wszelkie dzikie zwierzęta. W jego cieniu mieszkały liczne narody”.

Na lewo od pnia możecie mnie więc zobaczyć, jak uczę moich chłopców puszczać kaczki na wodzie, podczas gdy moja żona na pięknym, płaskim kamieniu wypakowuje z trzech koszów posiłek na dwanaście osób.

2. Dość tego, niedyskretny! Patrzeć na drzewa prosto, bezwstydnie, z tępą natarczywością, tak się nie robi. Ich niezwykła wstydliwość natychmiast je skłania do zesztywnienia i owinięcia się w korę. Trzeba zabrać się do tego łagodnie, powoli i pokornie jak mech. Samo nasze spojrzenie musi pójść okrężną drogą. Na drzewo trzeba patrzeć od strony ryby i ptaka. To do nich, bliższych nam, zostało wypowiedziane pierwsze przykazanie, przed nami: „Bądźcie płodne”. U nich przekłada się to na „ikrzyjcie się” i „składajcie jajka” – ponad poziomem naszych oczu albo pod poziomem morza. Nie moglibyśmy więc patrzeć wprost na owocowanie, siedząc po turecku przed bananowcem. Potrzebny nam pryzmat jaskółki i dorsza.

Powtarzając błogosławieństwo skierowane do zwierząt w piątym dniu, autor Księgi Rodzaju proponuje nam grę pięciu różnic.

1.W pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju czasownik „stworzyć” został użyty sześciokrotnie: jeden raz w pierwszym wersecie: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”; dwa razy w odniesieniu do ryb i ptaków; i trzy razy do Adama – mężczyzny i kobiety.

2.W odniesieniu do ryb i ptaków: „pobłogosławił je Bóg tymi słowami”, natomiast w odniesieniu do nas: Bóg „błogosławił im, mówiąc”: imię Boga zostaje powtórzone, błogosławieństwo i słowo są rozdzielone.

3.Przede wszystkim, poprzez zaimek osobowy, „im”, słowo jest do nas skierowane jako do istot, które mogą na nie odpowiedzieć.

4.Co do nas, do trzech wspólnych nakazów, „Bądźcie płodni, mnóżcie się i zaludniajcie ziemię”, dochodzi rozkaz „czyńcie ją sobie poddaną”, czyli bądźcie dla innych zwierząt na obraz Bożej opatrzności.

5.Na koniec Bóg uznaje to nie tylko za „dobre”, ale za „bardzo dobre” (tov meod).

Ekologia staje się prawdziwie integralna i niemal nie do utrzymania. Być posłusznym Przedwiecznemu znaczy przynosić owoc, co mogę czynić tylko z kobietą, razem z nią kontemplując ptaki i ryby, a przez lupę ich skrzydeł i płetw – drzewa. To dość trudne, jeśli mieszkamy przy dzielnicy La Défense. Pod wieżowcem wciąż marnieje rachityczny platan; drepczą dwa czy trzy mizerne gołębie; kobieta to executive woman, która zamroziła swoje komórki jajowe.

Trzeba wyciągnąć z tego wniosek, moja droga, że ponosimy ogromną odpowiedzialność między innymi za zimorodka, za pstrąga tęczowego i za kasztanowca zwyczajnego, jeśli chcemy korzystać z rad doradców małżeńskich, kompetentnych po Bożemu: „I ramię w ramię wyruszyli ku świeżym zagajnikom…”.

3. Jak interpretować tę ludzką płodność w ślad za rybną drobnicą i za bracią skrzydlatą? Od razu nasuwają się na myśl właściwe im żywioły, jakże odległe od naszych trotuarów. Błękit nieba dla jednych, woda dla drugich. Nasza płodność piechurów musi się zanurzać w głębinach i wzbijać się na wysokości. To już jest dwojaki kierunek drzewa, do czego dochodzi wirująca ruchliwość, ławica sardynek czy lot stada szpaków.

Istnieją dwie inne oczywistości. Świat wodny jest światem ciszy, świat ptasi – światem melodii. Nasze słowo nie wyda owocu, jeśli zadowoli się dyskursem. Musi zstąpić w głębiny ciszy i wzbić się ku wyżynom śpiewu. Człowiek przemawia dobrze tylko między karpiem a słowikiem. I to dopiero gdy przyjmie prześladowanie za śpiew i ciszę takiego słowa. Morze słynie ze swojego prawa dżungli. Obraz najbardziej klasyczny jak to możliwe: małe rybki są zjadane przez duże ryby.

Kiedy Imperium Rzymskie zakazało nauczania Tory pod karą śmierci, Pappus Ben Judah skarcił rabbiego Akibę, który nadal gromadził publicznie swoich uczniów. Na co rabbi odpowiedział przypowieścią:

Lis przechadzał się nad brzegiem rzeki. Zobaczył w wodzie ryby, które pędziły jak oszalałe.

– Czemu tak pędzicie? – spytał.

– Żeby wyminąć więcierze i sieci zastawione na nas – odpowiedziały ryby.

– Wyjdźcie więc na stały grunt – odparł lis – a będziemy razem żyli jak moi ojcowie i wasi ojcowie.

– Czy to ciebie nazywają najmądrzejszym ze zwierząt? – zdziwiły się ryby. – No cóż! Głupiec z ciebie. Jeśli w wodzie, która jest miejscem naszego życia, jesteśmy w niebezpieczeństwie, to tym bardziej będziemy zagrożone na stałym gruncie, który jest miejscem naszej śmierci.

I Akiba podsumował: „Tak samo jest z nami. Skoro jesteśmy w niebezpieczeństwie, kiedy studiujemy Prawo Pańskie, o którym jest powiedziane: »Ono jest życiem i przedłużeniem twoich dni«, to tym bardziej będziemy w niebezpieczeństwie, jeśli przestaniemy je studiować” (Berachot 61b).

Wkrótce skazał go na śmierć prokonsul Turnus Rufus. Kiedy oprawcy obdzierali go ze skóry, nie mając więcej skrupułów, niż gdyby oskrobywali doradę, modlił się: „Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem, Panem jedynym”, i oddał ducha, przeciągając słowo „jedynym”, jakby było ono znacznie dłuższe niż „antykonstytucyjnie”. Nigdy tak dobrze nie przemawiał. Dzięki przykładowi ryb.

4. Co do ptactwa, często wspominałem o pawiu i zadawałem następujące pytanie: czy nosisz swój krzyż tak, jak paw roztacza swój ogon? Potem odkryłem rajskie ptaki i altanniki z Nowej Gwinei. Przeobfitość świergotu, piór, wrzawy, budowli do tokowiska. Rajski ptak wyznaje miłość w choreografii obejmującej dziewięć scen. Czarownik chłoszcze oblicze swojej samicy dwunastoma nićmi wyrastającymi mu z kupra. Altannik złotokryzy, kondensacja magicznego płomienia, buduje kolebkę w formie mandorli, przestaje rozszerzać źrenice, żeby puścić oko do swojej wybranki, ofiaruje jej błękitną perłę, po czym wykonuje „taniec matadora”, jako że kołysze się w biodrach, a opuszczonym skrzydłem zamiata jak toreador muletą. Niezaprzeczalnie jednak najbardziej z altanników podoba mi się ogrodnik długoczuby.

Jest to mały, oliwkowo-brązowy wróbel obdarzony żółto-pomarańczowym czubem, który potrafi stroszyć. Obok ponaddwudziestometrowych buków, będących źródłem jego inspiracji, buduje wieże ponad czterokrotnie większe niż on. Aby je wznieść, układa w stos gałązki, poziomo w różnych kierunkach, jak francuskie klocki KAPLA, a potem ozdabia ich końce włóknami orchidei i porostu, dając świadectwo wrodzonej wiedzy o choinkach na Boże Narodzenie. Pod tym bogato ustrojonym masztem rozciąga kobierzec z mchu, dodaje kawałek łajna gryzonia, odłamek węgla drzewnego, ciemnobrązową jagodę, kilka ziarenek w ognistych barwach, czyli cały przytulny urok angielskiego salonu. Są to całe lata pracy bez niedzielnego odpoczynku ani płatnych urlopów. Potem siada na drzewie i głośno obwieszcza „errsz-wit, errsz-wit”. Szybko odpowiada jakaś ślicznotka. Nie bierzmy jej za łatwą samicę. Ona przystępuje do drobiazgowej inspekcji. Sprawia wrażenie, że świetnie zna się na wieżach. Jeśli mały ogrodnik długoczuby nie zbudował najwyższej, najwygodniejszej, najładniej przyozdobionej, zaraz odfruwa do konkurencji.

Jeżeli zaakceptuje jego talenty budowniczego, to jeszcze nie koniec. Nasz altannik przystępuje do popisu śpiewaczego. Jest niewiarygodnym naśladowcą, znacznie przewyższającym papugi i Nicolasa Canteloupa4. Wyśpiewuje melodie innych leśnych ptaków, potem naśladuje psa, świnię, szum małego strumyka, rozmowę z pobliskiej wioski, młot kowala, a nawet krzyki dzieci na boisku (trzeba go usłyszeć, żeby w to uwierzyć, nic nie zmyślam, z tego maleńkiego gardziołka płynie komedia zwierzęca i ludzka). Jeśli jego przesłuchanie zyska pozytywną ocenę, ślicznotka raczy sfrunąć na mchowy kobierzec. Ogrodnik długoczuby zaczyna wtedy zabawę w chowanego. Ona goni go wokół masztu, on natychmiast zmienia kierunek, czasem wyłania się z kryjówki jak kukiełka w teatrze lalkowym, z głową nastroszoną jakby żelaznymi kolcami w płomieniach. Wreszcie ślicznotka się poddaje. Wskakuje mu na kuperek. Budowanie wieży trwało siedem lat; uwodzicielskie manewry ponad godzinę; zjednoczenie trwa tylko sekundę.

Oto płodność, którą uważam za nader motywującą.

– Och, wszystko po to – gorszą się utylitaryści.

Faktycznie, zauważyłem to już w odniesieniu do ryby balona (rozdymki): gdyby chodziło tylko o przynęcenie samicy, istniałyby mniej uciążliwe sposoby. Ale jest odwrotnie. Ogrodnik długoczuby nie pracuje dla całej tej chwały po to, żeby się rozmnożyć, ale rozmnaża się po to, żeby rozwinąć tę chwałę. Pokazuje nam przy samej ziemi, że nasze miłości są przyporządkowane przeobfitej płodności, otwierającej się na architekturę, muzykę, teatr, cza-cza-cza…

Instynkt seksualny jest fortelem Ducha. Redukuje się go do funkcji fizjologicznej (ulżenie sobie, podtrzymanie gatunku), a on pociąga nas w niekończące się szczegóły ceremoniału. Pierwszy wiersz napisałem dla koleżanki w drugiej klasie podstawówki. Zamierzałem posłużyć się nim jak przynętą. Koleżanka z klasy uciekła. Poezja pozostała. A później spotkałem kobietę mojego życia, która kocha mnie nie za moje książki.

Przypisy

 

 

 

1 Cytaty biblijne za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2009. Cytaty z Psalmów według brewiarza kapłańskiego (przyp. tłum.).

2 Jacques de La Palice, francuski arystokrata i dowódca wojskowy (1470–1525), posłużył jako pierwowzór przysłowiowej postaci, która zasłynęła wygłaszaniem banałów (przyp. tłum.).

3 W niniejszej publikacji zastosowano uproszczony system transliteracji języków oryginalnych (hebrajskiego i greckiego), mający na celu ułatwienie lektury osobom nieznającym tych alfabetów. Zrezygnowano ze znaków diakrytycznych oraz z pełnego odwzorowania wartości filologicznych na rzecz zapisu przybliżającego brzmienie wyrazów. W transkrypcji hebrajskiej nie rozróżnia się spółgłosek gardłowych o zbliżonej artykulacji (np. ח oraz כ), oddając je jednolicie jako ch. Uwzględniono natomiast podwojenie spółgłosek. Spółgłoski gardłowe א (alef) i ע (ajin) nie są oznaczane w zapisie, jednak mogą wpływać na podwojenie samogłosek w zapisie fonetycznym. W niektórych utrwalonych formach (np. hashem) zachowano zapis powszechnie przyjmowany. Zastosowany system ma charakter pomocniczy i nie stanowi pełnej transliteracji naukowej.

4 Nicolas Canteloup, słynny francuski humorysta i imitator, zasłynął z naśladowania znanych osobistości życia publicznego (przyp. tłum.).

O Autorze

 

 

 

Fabrice Hadjadj – francuski filozof, dramaturg i publicysta. Urodził się pod Paryżem w 1971 roku w rodzinie żydowskiej pochodzącej z Tunezji. Jego rodzice byli maoistami. W młodości Hadjadj był ateistą i anarchistą, po czym nawrócił się na katolicyzm. Wykłada historię filozofii i literatury w Instytucie Filozofii Komparatywnej w Paryżu. Od 2012 roku kieruje Instytutem Europejskim Studiów Antropologicznych „Philanthropos” w szwajcarskim Fryburgu. Pisze m.in. dla „Le Figaro”, „Art Press” i „Panorama”. Jest autorem kilkunastu książek. Mieszka we Fryburgu z żoną i dziesięciorgiem dzieci. Nakładem Wydawnictwa W drodze ukazały się książki: Kobieta i mężczyzna. O mistyce ciała (2013), Rodzina, czyli transcendencja w majtkach (2016), Zmartwychwstanie. Instrukcja obsługi (2017).

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wprowadzenie

Rozdział pierwszy. Z pierwszego przykazania: patrzeć na drzewa poprzez ryby i ptaki

Przypisy

O Autorze

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Strona tytułowa