Blizny - Marek Stelar - ebook

Blizny ebook

Marek Stelar

4,3

51 osób interesuje się tą książką

Opis

ŚMIERĆ NIE JEST ROZWIĄZANIEM, BYŁABY DLA CIEBIE ZA DOBRA.


Na placu budowy zostają odnalezione zwłoki. Nadkomisarz Rędzia ze szczecińskiej Komendy Policji wpada na ślad, który łączy śmierć denata z tragedią sprzed lat. Musi cofnąć się w czasie i wrócić do licealnej wycieczki klasowej w okolice Złocieńca, z której jeden z jego kolegów wrócił jako bohater, a kilku innych nie wróciło wcale. Co łączy tajemnicze zabójstwo sprzed lat z odnalezionym niedawno ciałem i dlaczego wszyscy tak bardzo chcą zapomnieć o bohaterze, który kiedyś z narażeniem własnego życia uratował swoich kolegów z klasy?


MOŻE NIE MA BOHATERÓW BEZ SKAZY?


„Ależ Stelar robi tu robotę! Świetny, nieoczywisty i mroczny kryminał. Brać i czytać!”
WOJCIECH CHMIELARZ

„Wyrazisty i trzymający w napięciu. Kryminał Stelara to klasa sama w sobie!”
ROBERT MAŁECKI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 408

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

A dalej widziałem pod słońcem,

że to nie chyżym bieg się udaje,

i nie waleczni w walce zwyciężają.

Tak samo nie mędrcom chleb się dostaje w udziale

ani rozumnym bogactwo,

ani też nie uczeni cieszą się względami.

Bo czas i przypadek rządzi wszystkim.

 

Kh 9, 11, Biblia Tysiąclecia

 

1

 

 

 

 

 

marzec 2020

 

Ujawnienie zwłok na budowie węzła Łękno.

Taką lakoniczną informację dostał nadkomisarz Tomasz Rędzia tuż po przyjściu do pracy, i nastawiła go ona odpowiednio na cały dzień. Odpowiednio negatywnie. Skłamałby, mówiąc, że nie był tak nastawiony wcześniej, bo zanim wiadomość o trupie przekazał mu Jarek Berdak, Rędzia zdążył odbyć z żoną rozmowę na temat zasadności pójścia do pracy zarówno dziś, jak i w dniach następnych. Rozmowę przeprowadzili tuż przed wyjściem z domu, dotyczyła możliwości pracy zdalnej, którą z zasady wykluczał charakter jego służby, i Rędzia nie spóźnił się do roboty tylko dlatego, że w czasach pandemii koronawirusa z ulic Szczecina w magiczny wręcz sposób zniknęły korki.

– Zwłoki na budowie… Wypadek? – zapytał Berdaka, który siorbał kawę, siedząc przed ekranem służbowego komputera.

Dziennikarz serwisu informacyjnego, który przeglądał Berdak, zastanawiał się, czy przełożą te cholerne wybory, czy nie. Jarka Berdaka strasznie kręciły polityczne rozgrywki, natomiast Rędzia miał to w dupie. Ostatnio wszystko miał w dupie. Taki czas.

– Do wypadku nie wysyłaliby kryminalnych, nie? – zapytał leniwie Jarek i bez wątpienia miał rację. – Zresztą niewiele więcej wiem. Zgłoszenie dotyczyło ujawnienia zwłok.

Rędzia postanowił dać sobie minutę, zanim wstanie z krzesła, włoży kurtkę, którą przed chwilą zdjął, i pojedzie na Łękno. Zamknął oczy i wyobraził sobie morze. Spokojne, leniwe, bez fal, za to bezkresne i o ołowianym kolorze wody, w której odbijało się zaciągnięte szarymi chmurami niebo. Plaża była pusta. Kto chciałby przyjść na plażę w taką pogodę?

Rędzia by chciał. Dałby naprawdę wiele, żeby znaleźć się teraz właśnie tam.

– Zadzwoniłem już do prokuratury…

– Jarecki… – Rędzia, nie otwierając oczu, uniósł dłoń. – Jeszcze trzydzieści sekund ciszy, dobra? Błagam. Potrzebuję tego. Bardziej niż kawy i fajek.

– Przecież ty nie palisz ani nie pijesz kawy?

Komisarz odchylił głowę, otworzył oczy i zastygł ze spojrzeniem utkwionym w sufit. Morze odpłynęło, zanim zdążył mu się dobrze przyjrzeć. Zostały tylko trzy prostokąty połaciowych okien w dachu budynku komendy miejskiej policji. Błękit nieba za nimi był doprawdy marną pociechą.

– Naprawdę? – zapytał.

Wstał i sięgnął po kurtkę.

– Ktoś z prokuratury już jedzie, jakaś nowa kobita chyba, bo nazwisko nic mi nie mówi – powiedział Berdak, przyglądając mu się. – Więc jest szansa, że się nie naczekasz.

– Cieszę się niezmiernie – rzucił Rędzia.

– Parszywy dzień, widzę?

Rędzia popatrzył na aspiranta ponuro.

– I dopiero się, kurwa, zaczął…

 

* * *

Rędzia zaparkował przy czerwono-białej barierce zagradzającej dojazd do skrzyżowania Traugutta i Wojska Polskiego. Berdak tymczasem ustalił namiar na inspektora nadzoru inwestorskiego i przesłał komisarzowi numer, więc Rędzia umówił się z człowiekiem od razu w konkretnym miejscu, żeby nie szukać go godzinę po całym terenie budowy. Inspektor czekał na niego teraz przy barierce.

Rędzia wysiadł z auta.

– Dzień dobry, komisarz Tomasz Rędzia, KMP Szczecin – przywitał się.

– Dzień dobry. – Mężczyzna był wyraźnie podenerwowany. – Rudziński, to ze mną pan przed chwilą rozmawiał.

Pod pachą trzymał drugi kask i żółciutki pakuneczek. Podszedł do komisarza i wręczył mu obie rzeczy, mówiąc:

– Kask dla pana i kubraczek. Niech pan nałoży. Jak pan w tej swojej kurtce wejdzie na plac budowy, to się pan zleje z tłem. I jeszcze po panu coś przejedzie… Na szczęście to niedaleko, tuż za torami.

Rędzia włożył odblaskową kamizelkę, a na głowę biały kask z logo generalnego wykonawcy. Rudziński przestępował z nogi na nogę.

– Co pan taki zdenerwowany? – zapytał go Rędzia. – Trupa pan nie widział?

Inspektor roześmiał się nieco nerwowo.

– To już mój trzeci w trzydziestoletniej karierze budowlańca. Wypada jeden na dekadę, dobrze, że zaraz emerytura.

– To skąd te nerwy?

– Bo ten nie wygląda na świeżego.

– No i w czym problem? Świeży potrafi czasem wyglądać nawet gorzej.

Rędzia wiedział, o czym mówi. Znał to z autopsji.

– Nie o to chodzi. – Rudziński spojrzał na niego z ukosa. – Jeśli będzie trzeba wezwać archeologów, to mamy przesrane. Wstrzymają nam inwestycję.

– Nie przesadza pan? Zrobią sobie stanowisko, i już.

– Żarty pan sobie stroi? Stanowisko? A jak to jakaś cała pieprzona osada neandertalczyków? Wie pan, jak wygląda taka budowa? To precyzyjnie zaplanowana układanka. To zaawansowana technologia, a nie kupa cegieł i kubły z betonem, i do tego brygada ludków z kielniami. Tu plan jest napięty jak baranie jajka. Harmonogram, proszę pana, to podstawa. Obsuwa w jednym miejscu ma swoje konsekwencje we wszystkich pozostałych. Można uwzględnić warunki pogodowe, nagłą zmianę dostawcy materiałów, nawet takiego pieprzonego wirusa, ale trup? Trup kładzie wszystko. – Szli przez wykroty żółtopomarańczowej ziemi wśród ogłuszających dźwięków maszyn budowlanych, inspektor prawie wrzeszczał, żeby Rędzia mógł go usłyszeć. – Znam budowy, gdzie jak tylko odkrywali jakieś kości, to natychmiast to zasypywali, a potem w nocy wydłubywali je z ziemi i wywozili chuj wie gdzie… Ale u nas to by nie przeszło.

– Dlaczego?

– Za duże pieniądze w to wsadzono. Tu wszyscy wszystkim patrzą na ręce. A ja, jako inspektor nadzoru inwestorskiego, na pewno nie przyłożę do czegoś takiego ręki. To nie w interesie miasta.

– Rozumiem. – Zrobiło się nieco ciszej, kiedy minęli ogromną wiertnicę. – Jak znaleziono zwłoki?

– Już tłumaczę. W tamtym miejscu będzie przęsło nowego wiaduktu. Planowane są dwa: jedno nad istniejącymi torami linii kolejowej i drugie, właśnie to, o którym mówię. Nad torami budujemy taką konstrukcję, na niej instalujemy szalunki, w nich układamy zbrojenie i wylewamy beton. To tak w uproszczeniu. A tu nie musimy budować konstrukcji, bo szalunki układamy na gruncie, rozumie pan?

– Nie do końca. Jak na gruncie, skoro pod nowym wiaduktem ma być przejazd?

– A po co najpierw kopać ten przejazd i ustawiać konstrukcję nośną, którą potem jeszcze trzeba rozebrać, skoro można wykorzystać podłoże? Szybciej i taniej. Dużo szybciej i dużo taniej.

– No tak.

– Oczywiście spłycam zagadnienie, bo technologicznie to o wiele bardziej skomplikowane, ale ogólnie rzecz biorąc, tak to mniej więcej wygląda. W każdym razie przęsło zostało już wykonane i przyszedł czas, żeby wybrać spod niego ziemię. Wjechała koparka i już na samym początku… trup.

Właśnie doszli w to miejsce. Było niemal na skraju zbocza kończącego duży wąwóz; miał on być w przyszłości prowadzącą na północ nitką obwodnicy, która przechodziła pod wielkim skrzyżowaniem. W dole czekała bezczynnie olbrzymia, żółta koparka. Na górze, wokół nadgryzionego w ziemi zębami jej łyżki wgłębienia stało kilku mężczyzn w kaskach. Otaczali je wianuszkiem i gapili się w dół, jakby czekali, aż coś stamtąd wylezie. Było wśród nich dwóch policjantów z patrolu, którzy przyjechali od razu po powiadomieniu dyżurnego. Oni nie mieli kasków, tylko czarne, służbowe maseczki na twarzach.

– Przepraszam, proszę się odsunąć – zakomenderował Rędzia.

Nie miał obaw, że zostaną zatarte jakieś ślady, bo łyżka koparki zrobiła to wcześniej, jeśli w ogóle jakieś ślady były. Rędzia i tak musiał poczekać na ekipę kryminalistyczną i prokuratora, ale chciał to najpierw sam zobaczyć. I zobaczył. Z wykopu wystawała ludzka ręka. Kości obciągnięte były wyschniętą skórą, wystawały z jakiegoś szarego materiału, na którego skraju Rędzia zauważył trzy plamki. Kilka centymetrów obok widać było kawałek pożółkłej folii oraz fragment żelbetowej płyty. Rędzia przypomniał sobie opowieści o walczących w pierwszej wojnie światowej żołnierzach, ciężko rannych i nieopatrznie uznanych za zmarłych, ale pochowanych żywcem. Obudziwszy się w płytkim grobie, próbowali wydostać się z niego, lecz sił wystarczało im zaledwie na wykopanie i wystawienie rąk, które z obdartymi ze skóry opuszkami i pozbawione paznokci sterczały potem z ziemi, jakby wygrażały tym, którzy dopuścili do fatalnej pomyłki.

– Może pan być spokojny – zwrócił się Rędzia do inspektora nadzoru – neandertalczycy nie chodzili w dresach. W tamtych czasach nie znali też plastiku.

Nie mógł mieć pewności, czy to zwłoki, czy jedynie szczątki, choć na pewno były ludzkie. Wątpliwości budził też stan tkanek: wyglądało na to, że trup leży tu od dość dawna, w dodatku w specyficznych warunkach, które nie spowodowały odsłonięcia kośćca. Jednym słowem, miał do czynienia z mumią. Żeby zobaczyć resztę, musiał poczekać na ekipę kryminalistyczną i prokuratora.

Jego uwagę zwrócił nagle śmiech. Wstał z kucek i obejrzał się. Grupka budowlańców patrzyła w stronę torów tramwajowych. To był widok z gatunku abstrakcyjnych i zgoła niezwykły. Pomiędzy sterczącymi z ziemi elementami konstrukcji, przez ogromną połać rozkopanej ziemi szła w ich stronę kobieta. Miała na stopach espadryle, na sobie granatowy kostium, a pod pachą cienką teczkę i kompletnie nie pasowała do otoczenia, zwracając na siebie powszechną uwagę niemal wszystkich budowlańców pracujących w tym rejonie. Nic chyba sobie z tego nie robiła albo może po prostu o tym nie wiedziała, bo szła ostrożnie, w skupieniu patrząc pod nogi i wybierając miejsca, w których buty zapadały się najpłycej w miękką gliniastą ziemię. Rędzi zrobiło się jej najzwyczajniej w świecie żal.

– Ale koza idzie. – Jeden z brygadzistów się roześmiał.

Z wyglądu nie miał nawet trzydziestu lat i swoim tekstem wkurwił Rędzię okrutnie.

– Kozę to sobie możesz mieć w domu, szczawiu jeden – powiedział do niego. – A to jest prokurator Rzeczypospolitej Polskiej.

Śmiech uwiązł młodemu w gardle. Chrząknął, poczerwieniał i spuścił głowę, a jego koledzy zaczęli udawać, że ich tu nie ma. Kiedy kobieta do nich dotarła, mogli przyjrzeć się jej lepiej. Była wysoka, szczupła, miała króciutkie i zmierzwione, czarne jak smoła włosy, a na nosie okulary w oprawkach o fioletowawym zabarwieniu. Zanim Rędzia zdążył uświadomić sobie, że skądś ją zna, miał już pewność, kim jest. Prócz długości włosów i tych okularów praktycznie nic się nie zmieniło.

– Prokurator Agnieszka Rybarczyk, prokuratura rejonowa Szczecin–Niebuszewo – powiedziała urzędowym tonem i obrzuciła spojrzeniem wszystkich po kolei. – Który z panów jest z komendy miejskiej?

Każdy z nich miał kask i odblaskową kamizelkę, więc pytanie było jak najbardziej na miejscu.

– Ja – odparł Rędzia, wciąż nie wierząc własnym oczom i dodał: – Hej.

– Pan, tak? – zapytała sucho, nie odpowiadając na przywitanie.

– Tak – odparł, lekko rozbawiony.

– Pan wybaczy, ale nawet się nie znamy. Być może później, przy ewentualnej dobrej współpracy rozważę możliwość przejścia na inne, mniej zasadnicze formy zwracania się do siebie. Ale póki to nie nastąpi, mówimy sobie „dzień dobry”, a nie „hej” i proszę zwracać się do mnie per pani prokurator, w końcu oboje jesteśmy w pracy. Raczy mi się pan przedstawić?

Rędzia kątem oka zauważył tryumfującą minę młodego brygadzisty, którego przed chwilą opieprzył.

– Tak się składa, że się znamy i to prawie trzydzieści lat, pani prokurator. – Zdjął kask i uśmiechnął się do niej.

Szeroko.

– Jeezu… – Rybarczyk uniosła okulary, kładąc je na włosach, a jej usta również rozciągnęły się w radosnym uśmiechu. – Tomek…

Podeszła do niego i nie przejmując się budowlańcami ani policjantami, objęła go za szyję i przytuliła policzek do jego policzka. Poczuł się lekko skrępowany, ale ucieszył się, bo to oznaczało, że Agnieszka nie zmieniła się za bardzo nie tylko fizycznie. Zawsze lubił tę jej bezpośredniość, choć nie zawsze oznaczało to miłe traktowanie. Kiedy było trzeba, potrafiła powiedzieć wprost, co o kimś sądzi, i to w niewybrednych słowach. Rędzia też kiedyś miał okazję się o tym przekonać.

Nawet mimo tego, co ich kiedyś łączyło, a może właśnie dlatego.

– Ale przypadek, co? – Roześmiała się, patrząc mu w oczy.

Rędzia zerknął na przyglądających im się mężczyzn.

– Chodziliśmy do jednej klasy w liceum i nie widzieliśmy się od matury – wyjaśnił, lekko się czerwieniąc, jak młody przed chwilą.

– Dobra, potem pogadamy. – Agnieszka spoważniała. – Co mamy?

Inspektor nadzoru zaczął wyjaśniać jej, jak doszło do odsłonięcia znaleziska, a Rędzia w tym czasie przyglądał się prokurator Rybarczyk. Patrzył na delikatne zmarszczki w kącikach oczu, ładnie zarysowaną linię szczęki, drobne, kształtne uszy, lata temu zwykle zasłonięte długimi, kruczoczarnymi włosami, których praktycznie nigdy nie spinała. Teraz jej włosy były króciuteńkie i pewnie farbowane, ale trzeba było przyznać, że Agi czas prawie się nie imał. Zastanawiał się, czy jej ciało wygląda tak samo jak w czwartej klasie i czy to w ogóle ma dla niego jakieś znaczenie.

Inspektorowi przerwało przybycie ekipy kryminalistycznej.

– Jezu, archeologa trzeba było zabrać – rzucił ze zdumieniem jeden z dwóch techników i Rędzia zauważył, jak inspektorowi najpierw rusza się grdyka, a potem zerka na niego ze skargą w oczach: „przecież pan powiedział…”.

– Panowie pomogą odkopać, tak? – zapytał go, wskazując młodego brygadzistę, który przed chwilą spostponował Agnieszkę. – Koledzy pokierują, żeby niczego nie uszkodzić.

– Dobra, to jeśli już tacy uprzejmi jesteście, obkopcie go dookoła, na jakiś metr, a potem sobie poradzimy – zakomenderował szef ekipy, nie czekając, aż ktoś z budowlańców w ogóle wyrazi chęć pomocy. – Tylko ostrożnie.

Rędzia odszedł na bok, Agnieszka tak samo. Stanęli koło siebie, obserwując, jak robotnicy z wahaniem zabierają się do roboty.

– Trochę się zmieniłeś – zauważyła cicho Agnieszka.

– Na lepsze?

– Owszem, w pewnym sensie na lepsze. Przynajmniej fizycznie.

– A ty w ogóle. – Jeszcze raz obrzucił ją spojrzeniem. – Tylko włosy masz krótsze.

– Czaruś. – Uśmiechnęła się.

– Ja i czaruś to wzajemnie wykluczające się pojęcia, pamiętasz?

– Pamiętam. – Spojrzała na niego, a potem zaczęła studiować jego twarz. – Jezu, nie widzieliśmy się od dwudziestu pięciu lat, uwierzysz? Schudłeś.

– Wziąłem się za siebie. – Wzruszył ramionami. – Ściąłem włosy, polubiłem sport, góry dalej uwielbiam, jeżdżę tam, kiedy tylko się da.

– Ciągle Tatry?

– Bezwzględnie i wyłącznie.

– Żona, dzieci?

– Tak. Dwóch chłopaków w podstawówce. A ty?

Skrzywiła się lekko.

– Rozwódka. Syn, już dorosły. Wyszłam za mąż i zaszłam w ciążę, czy raczej na odwrót, na pierwszym roku studiów. Moje dziecko mieszka w Warszawie, kończy swoje studia, robi karierę w korporacji i ma własny świat. Ma też plan na życie: harować do czterdziestki, odłożyć, ile się da, potem pojechać na wyprawę dookoła świata i osiedlić się w miejscu, które najbardziej przypadnie mu do gustu.

– Uhm. Plan jest niezły. A skąd ty się tu wzięłaś?

– Skąd wiesz, że się wzięłam? – Zerknęła na niego.

– Berdak mówił, że jesteś nowa. Dzwonił do was zgłosić zwłoki i powiedzieli mu, kogo wysyłają. Nie kojarzył cię w każdym razie, a on kojarzy i zna wszystkich.

– Kto to jest Berdak? Twój współpracownik?

– Tak. To jak tu trafiłaś?

– Skończyłam prawo w Poznaniu, potem pracowałam w prokuraturze okręgowej w Sulechowie, praktycznie od samego początku kariery zawodowej, ale kilka tygodni temu zostałam przeniesiona tutaj.

– Dalej niepokorna, widzę?

– Dalej. – Przygryzła wargę i pokiwała głową.

Patrzyli chwilę na kopiących.

– Zadzwonię po medyka – powiedziała Agnieszka i wyciągnęła telefon.

Rędzia słuchał, jak się przedstawia i wyjaśnia sytuację.

– Widzę, że mają obsuwę. – Kiedy skończyła rozmawiać, pokazał jej techników, którzy już odsunęli od pracy budowlańców. Teraz sami grzebali w dużej dziurze w ziemi, z której wystawał spory pakunek.

Okazało się, że plany dotyczące zgrubnego obkopania wzięły w łeb, po pierwszych kilku sztychach łopat ziemia obsunęła się do środka, niemal całkowicie odsłaniając zwłoki.

– Tu był schron – rzucił nagle Rędzia.

– Jaki schron?

– Taki mały, jaki w latach czterdziestych Niemcy stawiali praktycznie wszędzie. Wiesz, takie trapezoidalne kostki wystające z ziemi połączone krótkim korytarzykiem. Szczeliny przeciwlotnicze.

– Kojarzę. – Pokiwała głową. – Przy szkołach takie były.

– Na przykład. I tu też był.

– Skąd wiesz?

Rozejrzał się dookoła. Okolica kompletnie się zmieniła.

– Bo bawiłem się tu jako dzieciak. To już Łękno, ale my, pogodniacy, zapuszczaliśmy się i tutaj. Nazywaliśmy to miejsce „cyrkową polaną”. Podobno w dawnych czasach bywały tu cyrki, zanim jeszcze rozstawiali je w miejscu, gdzie teraz jest biurowiec PŻM-u albo przy Staszica. Nie było wtedy Shella ani tego budynku z Netto, tylko sztab. – Wskazał poniemiecki, wojskowy budynek ukryty za drzewami. – Ze sztabu też podobno wychodzi jakiś tunel. A tu, gdzie teraz stoimy, od kilkunastu lat znajdowały się magazyny „Rajskiego Ogrodu”. Trzymali tu swoje rośliny. Teren był otoczony podwójnym ogrodzeniem, a między siatkami biegały urocze, zaślinione „bobasy”. Każdy ważył pewnie tyle co ty.

– To skąd nasz nieboszczyk się tu wziął?

– Też chciałbym to wiedzieć. I kiedy, to następne pytanie. Musimy poczekać na opinię patologa. Data śmierci jest kluczowa dla dalszych rozważań. – Rędzia spojrzał za siebie. – Wiesz, w dzieciństwie mój kumpel napatoczył się przy torach na trupa w rowie. Tam, niedaleko przejazdu kolejowego na Zaleskiego. To był jakiś pijaczek zaciukany przez kompana od kieliszka, szybko go znaleźli, a ten mój kolega miał frajdę, bo go milicjanci przesłuchiwali na komisariacie.

– Jakiś związek? – Agnieszka zmarszczyła brwi.

– Żadnego. – Spojrzał na nią. – Przypadek. Tak mi się skojarzyło. Tu trup i tam trup.

– À propos przypadku… – Urwała.

– Mówisz o nas, teraz?

– Też. – Pokiwała głową. – Ale to ciąg zdarzeń. A jedno wynika wręcz z drugiego. Widzisz tory? Po ich nasypie biegnie granica obszaru działania mojej prokuratury. Za nimi właściwie jest już rejonówka Szczecin–Zachód. Gdyby ciało leżało kilkadziesiąt metrów dalej, w tamtej skarpie, albo ogrodzie tamtego domu, tobyśmy się nie spotkali.

– Ale nie leżało.

– Nie. Bo po tej stronie była lepsza kryjówka.

– Właśnie. Może więc to nie przypadek? – Uniósł brwi.

– Nie wierzę w przeznaczenie, Tomek. – Roześmiała się, mrużąc oczy. – To po prostu zwykły… No, może niezwykły przypadek. Ale przypadek. Jak zawsze. Chodź zobaczyć, co tam mamy…

Podeszli do dziury.

– To my już panom podziękujemy – zwróciła się do inspektora nadzoru. – Proszę poinformować pracowników, żeby się tu nie zbliżali; będą przeprowadzane oględziny. Zaraz powinien zjawić się lekarz, proszę go tu przyprowadzić, przyjedzie od strony Traugutta, za jakieś dwadzieścia minut – komenderowała. – A potem ekipa z zakładu pogrzebowego, im też proszę umożliwić dostęp, dziękuję.

Wszystko powiedziała jednym tchem, wciąż ściskając tę swoją teczkę. Rędzia był pod sporym wrażeniem jej chłodnego profesjonalizmu, choć podejrzewał równocześnie, że gdyby to nie była Agnieszka, tylko jakaś inna prokuratorka, pomyślałby, że to zołza.

A kiedy rozważał tę kwestię jeszcze przez chwilę, uznał, że jedno nie wykluczało drugiego.

Do przyjazdu medyka sądowego obserwowali postęp prac. Okazało się, że Rędzia miał rację i ciało spoczywa w czymś w rodzaju katakumby, do której ziemia musiała wpaść już po zmumifikowaniu zwłok. Było zawinięte w jakąś folię, która zdążyła skruszeć i rozsypywała się policjantom w rękach. Podeszli bliżej. Technik omiatał właśnie głowę ofiary pędzlem z miękkiego włosia. Była skręcona, a w jej boku ziała ogromna rana. Kości czaszki wbite były do środka, jak w skorupce jajka, które upadło na podłogę.

– Może go tu po prostu przywaliło i zasypało? – zapytał technik.

– A potem sam się zawinął w tę folię?

– To mógł być bezdomny, który tu nocował. Oni się owijają gazetami, szmatami i czym popadnie…

– Możliwe. – Rędzia wzruszył ramionami.

Szczerze mówiąc, wątpił w to.

– Dzień dobry – wydyszał młody człowiek z rozwianymi włosami, który nagle pojawił się obok nich. – Bander, specjalista medycyny sądowej. Już jestem.

– Dzień dobry, bardzo się pan przejął, co? – zapytała prokurator, widząc, jak sapie.

– Traktuję swoją pracę poważnie. – Nie wyglądał na urażonego, popatrzył Agnieszce prosto w oczy i dodał: – Śmiertelnie poważnie.

Tym od razu zaskarbił sobie sympatię Rędzi.

– Mamy już wszystko przygotowane, koledzy zbierają ślady, ale chyba niewiele tego. – Wzruszył ramionami.

Lekarz zbliżył się do zwłok i kucnął, przyglądając się im. Założył gumowe rękawiczki, które dziś były towarem deficytowym, chodliwym oraz stosunkowo drogim, i dotknął głowy, badając palcami krawędzie rany. Potem odwinął parę strzępów folii i przyjrzał się jeszcze kilku miejscom. Całość zajęła mu nie więcej niż dziesięć minut. W tym czasie wszyscy stali w milczeniu, obserwując działania lekarza.

Kiedy skończył, zdjął rękawiczki, wrzucił je do woreczka, który schował w kieszeni. Postał chwilę nad zwłokami, jakby się nad czymś zastanawiał, a potem wzruszył ramionami.

– Jeśli panowie z laboratorium skończyli, to nie widzę przeszkód, żeby denat jechał na sądówkę. Na miejscu nie ma zbyt wiele roboty, nie w tym stanie. Teoretycznie powinienem go rozebrać na miejscu, ale myślę, że sobie darujemy. – Spojrzał na nich. – Pojedzie do nas, tak jak jest, nawet w resztkach tej folii. Boję się, że jeszcze trochę grzebania, a nam się tu rozsypie.

– Coś na szybko, panie doktorze? – zapytała Agnieszka.

– Na szybko? – Wrócił spojrzeniem do ciała. – Zwłoki mężczyzny w nieokreślonym wieku, zmiany utrwalające będące wynikiem mumifikacji, z zachowaniem powłok skórnych i elementów rysopisu, ubrane w odzież i owinięte w materiał z tworzywa sztucznego, prawdopodobnie folię polietylenową. Śmierć raczej gwałtowna: wypadek lub zabójstwo, przyczyna, na pierwszy rzut oka rozległy uraz czaszkowo-mózgowy otwarty z wgnieceniem odłamów kostnych do jamy czaszki. Innych obrażeń nie da się stwierdzić w tych warunkach. Na tym etapie nie mogę mieć też pewności co do mechanizmu śmierci, choć odpowiedź nasuwa się sama. – Odwrócił się do Rędzi i Rybarczyk. – Tyle to chyba sami widzieliście, co?

– Mniej więcej – mruknął Rędzia. – Ile czasu mógł tu leżeć?

Medyk rozejrzał się, kucnął i wziął do ręki trochę ziemi, potem grzebnął głębiej i roztarł w palcach grudkę wilgotnej gleby.

– Myślę, że co najmniej kilka lat, jeśli nie kilkanaście. Proces był raczej powolny, bo temperatura nie mogła być zbyt wysoka. Musiało być raczej przewiewnie i niezbyt wilgotno. To resztki jakiegoś kanału, tak? – Rędzia potwierdził skinieniem głowy. – No właśnie… Że też nikt go tu wcześniej nie znalazł, zanim zaczęła się budowa. Nie leży przecież zbyt głęboko.

– Kilka albo kilkanaście lat. To raczej duży rozstrzał, jeśli chodzi o czas – stwierdził Rędzia.

– Pretensje proszę zgłaszać do niego. – Bander wskazał na nieboszczyka. – Być może więcej wyjaśni się po sekcji, teraz mogę powiedzieć tylko tyle. To ja dziękuję. – Uśmiechnął się słabo.

– Panowie? – Prokurator spojrzała na policjantów z laboratorium.

– Jeszcze jakieś pół godzinki i finiszujemy. Może pani zamawiać transport.

Bander pożegnał się i uciekł. Rędzia z Agnieszką odeszli na bok, robiąc miejsce technikom.

– Podaj mi numer telefonu – poprosiła Rędzię.

Podyktował jej, a ona zadzwoniła do niego.

– Zapisz sobie – zaproponowała.

Zrobił to. Kiedy skończył, kilka razy podrzucił lekko telefon w ręku. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie było czasu na poważniejsze rozmowy, a na głupie pogaduchy nie miał ochoty. Nie chciał pytać Agi o minione dwadzieścia pięć lat, przynajmniej nie teraz, nie w takich okolicznościach. To, co mu powiedziała, nie wystarczało, żeby móc dopytywać o szczegóły, nie był pewien, czy w ogóle chce się z nim nimi dzielić. Ale ona miała chyba inne zdanie.

– Dobrze ci w życiu? – zapytała.

Stała pod słońce, więc lekko zmrużyła oczy, żeby go lepiej widzieć.

– W jakim sensie?

– Czyli nie do końca – stwierdziła. – Gdybyś był ewidentnie szczęśliwy albo totalnie nieszczęśliwy, odpowiedziałbyś bez zastanowienia: tak albo nie.

– Widziałaś kiedyś kogoś ewidentnie szczęśliwego? Tak szczęśliwego, żeby przyznał to bez sekundy refleksji?

– Mojego syna, tak sądzę. On nie ma dużych potrzeb.

– Przejdzie mu. – Rędzia machnął ręką. – A jeśli chodzi o mnie, to raczej tak. Bezpieczna przystań udanego małżeństwa i uroków ojcostwa z lekkimi falami związanymi ze zbliżającym się dorastaniem chłopaków i kredytem. W złotówkach. Ostatnio trochę sztormowo przez tego cholernego wirusa, ale to i tak lepsze niż wojna. Dzisiejszy dzień zaczął się co prawda chujowo, ale powoli mi mija. Ogólnie oceniam swoje życie na jakieś siedem na dziesięć. A ty?

– Cóż – spojrzała na swoje stopy – ostatnio w moim życiu nastąpił spory zwrot, więc jeszcze nie wiem. Ale powiem ci, kiedy się uspokoi.

– Stoi – mruknął.

Dziesięć minut później pojawił się karawan z zakładu pogrzebowego. Agnieszka wydała dyspozycje, a technicy pomogli zapakować ciało tak, żeby nie uległo dalszym uszkodzeniom. Kiedy zniknęło w szarym worku, oględziny formalnie zakończono. Dalsze czynności miały być dokonywane w Zakładzie Medycyny Sądowej na Pomorzanach.

– No dobrze, pani prokurator. – Rędzia uśmiechnął się; od dawna tyle się nie uśmiechał. – To co, widzimy się pewnie niedługo?

– Jesteśmy w kontakcie – potwierdziła, poprawiła teczkę pod pachą i odwróciła się, ruszając w kierunku Zaleskiego, gdzie zostawiła samochód.

– Myślisz, że mają dużo roboty? – zapytał jeszcze.

– Kto? – Przystanęła i obejrzała się.

– Ci z sądówki.

– Nie mam pojęcia. Trzeba było zapytać medyka. A co?

– Zastanawiam się, kiedy coś dostaniemy.

Znów się obróciła i stanęła przodem do niego, przekładając teczkę i przytulając ją do piersi obiema rękami. Dzieliło ich kilka metrów, ale Rędzia między brwiami Agnieszki widział wyraźnie maleńką, pionową bruzdkę, która niknęła za mostkiem oprawek okularów.

– Jest sens ich molestować, żeby zrobili wyniki na cito? – zapytała z powątpiewaniem. – Chyba nie ma pośpiechu?

– Wiesz, to, że leżał tu nie wiadomo jak długo, nie oznacza, że możemy marudzić ze śledztwem.

– Nikt nie mówi o marudzeniu. Nie mamy nawet pewności, czy to w ogóle było zabójstwo. Niech sprawy toczą się swoim biegiem.

Rędzia mruknął coś pod nosem. Miała rację, ale on czuł, że to nie był zasypany przypadkiem w starym schronie bezdomny, tylko ofiara zabójstwa.

– Co? – zapytała.

– Miło było cię znów zobaczyć, Aga – powiedział tylko.

– Ciebie również, Tomek. I to nie jest grzecznościowa formułka. Pa. – Posłała mu całusa i poszła do samochodu, wciąż trzymając w objęciach swoją teczkę.

Przystanęła trzy kroki dalej. Zwróciła głowę w bok, jakby się nad czymś zastanawiała, a Rędzia czekał. W końcu znów się odwróciła, z obrzydzeniem zerknęła pod swoje nogi, a potem otworzyła usta i wyglądało na to, że chce coś powiedzieć, ale niespodziewanie zrezygnowała. Pomachała mu tylko.

Uniósł dłoń i pokiwał z uśmiechem głową. Odprowadził ją spojrzeniem.

 

* * *

Z Łękna Rędzia pojechał do komendy. Berdak zapytał go oczywiście o nową kobitę z prokuratury i uśmiał się, kiedy Rędzia powiedział mu, kim jest. Napił się wody, a potem wyszedł na korytarz i zadzwonił do Bożeny zapytać, co słychać. Męczyło go trochę, że rozstali się w nerwach. Pogadali chwilę, ale słyszał, że wciąż się na niego boczy, choć nie wracał do porannej awantury. Kiedy skończył, poszedł do siebie. Wpadło mu do głowy, żeby zajść do naczelnika swojego wydziału, zrelacjonować przebieg oględzin i pomęczyć go o podwyżkę. Tak też zrobił.

Nadkomisarz Adam Kurylak był wysokim facetem o wysportowanej sylwetce i pociągłej, przystojnej twarzy, który może nie tyle lubował się w procedurach, ile nie znosił bałaganu w papierach. Był chłodnym profesjonalistą, nie podnosił głosu i nie musiał tego robić. Wszystko to, co mówił, cechował spokój i opanowanie. Dało się z nim bez problemu dogadać. Nie opierdalał się i zdarzało się, że brał nawet nocki. Jaki był prywatnie, Rędzia nie wiedział, pracował w miejskiej od niedawna, chłopaków z wydziału nie podpytywał, czekając, aż sami coś powiedzą. Nawet Berdak, naczelna papla, który przeszedł tu z wojewódzkiej trzy lata przed nim, tego nie wiedział. Życie prywatne Kurylaka skrywała tajemnica, wiadomo było tylko, że ma długowłosego owczarka niemieckiego, którego uwielbiał.

Kiedy Rędzia skończył opowieść o trupie, zahaczył o temat pieniędzy.

– Tomek, ty nie widzisz, co się dzieje? – usłyszał w odpowiedzi. – Myślisz, że budżet to dźwignie? Zaraz pieprznie cała gospodarka. Skończyły się złote lata, kurek będzie zakręcony…

Rędzia wyłączył się w tym momencie. Wiedział, że tak będzie, ale mimo to chciał spróbować. Z Kurylakiem dało się dogadać we wszystkich sprawach prócz tych, które dotyczyły pieniędzy. Nic nie wiedział o złotych latach ani o żadnym kurku, z którego jak do tej pory miały się jakoby lać pieniądze. Może dopływały tylko do stanowiska naczelnika wydziału? I tak prawdopodobnie z wakacji nici, wyjazd do Chorwacji z silnikowym pontonem, jak co roku, stał pod znakiem zapytania, tak samo wielkim jak kłopoty szczecinian pracujących w Niemczech. Przekroczenie granicy automatycznie wiązało się z dwutygodniową kwarantanną. Wszystko się zesrało. Ocknął się, kiedy Kurylak kończył swoją tyradę:

– …Niedawno dostałeś czwartą gwiazdkę, Tomek, to czego byś jeszcze chciał? Piątej, kurwa, z nieba?

– Jasne, szefie, ale mówią, że mało chcesz, mało dostajesz. To przyszedłem spróbować… To co, da mi szef tę sprawę z Łękna?

– Widziałeś się na miejscu z prokuratorem?

– Tak. To ona, nie on. W dodatku moja dawna znajoma ze szkoły.

– No i bardzo dobrze. – Kurylak się rozpromienił. – Bierz. Tylko nie przychodź więcej po kasę, dobra? Nie w tym półroczu. Berdakowi też powiedz, bo zaraz stwierdzi, że pewnie coś źle załatwiałeś i przyjdzie tu marudzić osobiście. Kasy-nie-ma. – Rozłożył ręce. – Potem się pomyśli, kiedy zobaczymy, jak będzie.

– Jasne…

Wrócił do siebie zniechęcony. Poprzekładał papiery, a potem, kierowany nagłym impulsem, wstał i chwycił kurtkę. Berdaka nie było w pokoju, na jego biurku leżała „Gazeta Wyborcza” i tygodnik „Sieci”. Jarek lubił wszystko oglądać z obu stron, co nie było takie głupie.

Rędzia jeszcze raz zaszedł do Kurylaka i zgłosił wyjście do sądówki. Potem zjechał windą na dół, wpisał się w rejestrze, wziął skodę i pojechał na Pomorzany. Znał doktora Knapika, zresztą swojego imiennika, zastępcę kierownika zakładu, z którym współpracował kilka razy przy zabójstwach. W zasadzie niezbyt dobrze się znali, ale od początku złapali niezły kontakt, może ze względu na podobne, zapewne nieco specyficzne, podejście do pewnych spraw, zwłaszcza tych ostatecznych.

Było już po trzynastej, kiedy Rędzia zadzwonił do drzwi zakładu. Otworzył mu jakiś technik, więc mignął mu przed oczami odznaką i zapytał, gdzie znajdzie Knapika. Znalazł go w jego gabinecie, a przynajmniej takim mianem określała tę nędzną kanciapę tabliczka na drzwiach. Lekarz gapił się w ekran komputera i kończył jeść jabłko.

– Te zwłoki z Łękna? – zapytał zdziwiony, z pełnymi ustami, kiedy Rędzia wyjaśnił mu powód wizyty. – Dopiero przyjechały, ze dwie godziny temu. Co ci się tak spieszy?

– Skoro nie ma planowych przyjęć do szpitali, to pomyślałem, że może macie mniej roboty? W każdym razie przygnała mnie do ciebie taka nadzieja.

– Ty nie za stary jesteś, żeby mieć jakiekolwiek nadzieje? – Knapik wyrzucił ogryzek do kosza na śmieci.

– Nie jestem stary, jestem dojrzały. – Rędzia patrzył, jak wyciera ręce w kitel. – A ty czasem też nie jesteś rocznik siedem sześć?

– Dojrzałe to jest jabłko albo wino, a my jesteśmy starzy, cokolwiek byśmy sobie wmawiali. To skąd ten pośpiech?

– Nudzę się. Może być?

Grymas twarzy Knapika świadczył, że nie czuje się specjalnie przekonany.

– To skoro masz czas, chodź, obejrzymy go sobie od razu – powiedział mimo to.

– Chcesz teraz robić sekcję? – zdziwił się Rędzia, ciesząc się równocześnie z tempa, którego nie zakładał w najśmielszych oczekiwaniach. – A co z prokuratorem?

– Sekcję? To nie będzie normalna sekcja. Widziałeś, jak on wygląda? Poza tym mówię tylko o oględzinach. Nieformalnych. Podobno ci się spieszy?

Wyszli na ciasny korytarz i skierowali się do niewielkiej sali, gdzie znajdowały się chłodnie. Knapik podszedł do jednej, otworzył drzwi na wysokości swojej piersi i pociągnął za uchwyt tacy. Nakryty prześcieradłem nieboszczyk wyjechał z komory i zatrzymał się tuż pod ich nosami. Był już oczyszczony z resztek ziemi i folii.

– Kurwa, wygląda jak faraon wygrzebany z piramidy… – Rędzia westchnął. – Kiedy zdążyłeś go obrobić?

– Ja mam porządek. W życiu i w pracy. Co masz zrobić jutro, zrób wczoraj, to moja dewiza. Przecież nie włożę go tu upapranego, nie? Dobra, co my tu mamy? W zasadzie jedna rzecz… – Pokazał ranę w czaszce.

– To wgniecenie mogło powstać po śmierci – poinformował go Rędzia. – Leżał w starym, zawalonym schronie.

– Kiedy go wykopywali, coś leżało na jego głowie?

– Nie. W zasadzie był w ziemi, która musiała wsypać się do tego korytarza później, inaczej by po prostu zgnił, a nie strupieszał.

– Właśnie. Dlatego nie sądzę, żeby to był efekt przywalenia jakimś żelbetowym elementem. To coś, co zrobiło mu krzywdę, było czymś niewielkim i ciężkim.

– A mógł to być na przykład sam róg żelbetowej płyty?

– Nie. Zobacz, nie ma wprawdzie mózgowia, ale te brunatne plamy tutaj, w okolicy rany, to ślady skrzepów. A to oznacza obrażenia przyżyciowe. Z niemal całą pewnością mogę stwierdzić, że to ten cios go zabił. W tym miejscu kość jest dość cienka w porównaniu z innymi rejonami, ale nie chodziło o ciężar, jak w przypadku przygniecenia czymś ciężkim, na przykład płytą. Tu chodziło o siłę.

– Czyli mamy morderstwo?

– Najprawdopodobniej. Gdyby to by wypadek, nie leżałby tam.

– Czym zadano cios?

– Nie mam pojęcia. Czymś dość ciężkim, mam na myśli, że nie była to metalowa rurka ani nic w tym rodzaju. Prędzej młotem, może sporym łomem, w każdym razie tępokrawędzistym, i to z ogromną siłą. Ofiara raczej wtedy leżała, a cios poszedł z góry. Gdyby stała, a cios zadano z boku, nie miałby tyle impetu.

– Co jeszcze możesz powiedzieć?

– Wydaje mi się, że gość był zabiedzony. Jak z trzeciego albo nawet czwartego świata.

– To znaczy?

– Chorobliwie chudy.

– Jezu, to sama skóra na kościach, skąd możesz to wiedzieć?

– Zostało trochę tkanki. Tak na oko trochę mało, biorąc pod uwagę charakter procesów mumifikacyjnych. I zobacz, jaki jest zarośnięty. Zaniedbany: broda i długie włosy.

– Myślisz, że to mógł być ćpun albo bezdomny? – Rędzi przypomniały się wątpliwości jednego z techników podczas oględzin.

– A to już twoja broszka. Nie będę się bawił w zgadywanki. To nie moja sprawa i nic ci nie będę sugerował. Ja jestem od faktów. – Poklepał spód tacy.

– Czas zgonu?

– Nie podam konkretnej daty, zapomnijcie. Leżał tam minimum dwa, trzy lata. Tak naprawdę wpływ na proces mumifikacji miało wszystko: wilgotność, temperatura, przewiewność jamy, w której był, a to jest praktycznie nie do oszacowania.

Rędzia zmarszczył nos.

– Mógłbyś go pokroić jutro? – zapytał.

– A prokurator?

– Załatwię. Dam ci znać jeszcze dziś.

– Może być. – Knapik się skrzywił. – Mogę zacząć o dziesiątej, ale potwierdź dziś do, powiedzmy, osiemnastej.

Zakrył trupa prześcieradłem i popchnął tacę, która z cichym wizgiem łożysk wjechała do wnętrza chłodni. Zamknął drzwi, sprawdził, czy klamka zaskoczyła. Potem się pożegnali.

– Zadzwonię przed osiemnastą – obiecał Rędzia i wrócił do roboty.

Już stamtąd zadzwonił do Agnieszki.

– Sprawdzasz, czy dobrze zapisałeś numer? – zapytała.

– Nie mogłem zapisać go źle, bo to ja ci podałem swój, a ty zadzwoniłaś – przypomniał jej.

– Co tam?

– Masz czas jutro o dziesiątej?

– Na co?

– Na spotkanie z naszym nieboszczykiem. Znajomy obiecał mi, że pokroi go jutro, jeśli się zgodzisz.

– Jezu, naprawdę ci się pali? – zdziwiła się.

– To jak?

– Poczekaj, zerknę w terminarz. – Usłyszał jakiś szelest. – Jedenasta, może być? I może zacząć beze mnie, okej?

– Jasne, rozumiem. Jesteś wielka. Dzięki.

– Rozumiem, że prowadzisz tę sprawę?

– Tak. A ty?

– Też. Skoro już tam byłam… Nie będzie z tym zbyt dużo roboty, co?

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Moje plany życiowe nie obejmują takich rzeczy. Można się czasem zdziwić, prawda?

– Prawda. To co, jutro, jedenasta, na miejscu?

– Tak jest. Do jutra.

– Do zobaczenia, panie komisarzu – parsknęła do telefonu. – Jezu, dalej nie mogę w to uwierzyć, wiesz? Przecież chciałeś iść na politechnikę?

– I poszedłem – powiedział. – Pa.

Rozłączył się i zadzwonił do Knapika, żeby potwierdzić ich ustalenia. Kiedy skończył rozmowę, siedział przez dłuższy czas, bujając się na krześle, przygryzając obudowę telefonu i bezmyślnie wpatrując się w kalendarz z dziewczyną, która udawała policjantkę sekcji ruchu drogowego.

Od zawsze priorytetem w jego pracy było jak najszybsze rozwiązanie sprawy i uważał to za całkowicie normalne, w przeciwieństwie na przykład do Berdaka. Ale tym razem ten pośpiech spowodowany był również czymś innym. Wiele czynności, jakie policja wykonywała w związku ze śledztwem, musiało być sankcjonowane przez prokuraturę, a to oznaczało kontakt. W przypadku wydziału kryminalnego był on o wiele rzadszy niż w przypadku wydziału dochodzeniowo-śledczego, ale zdarzał się. I o ten kontakt Rędzi chodziło. Przez chwilę poczuł się jak dziecko, które następnego dnia obchodzi urodziny, kiedy ogarnęła go przemożna chęć zobaczenia się z Agnieszką. Wracając do domu, miał nadzieję, że po drugim, góra trzecim spotkaniu mu przejdzie.

 

* * *

Rędzia i prokurator Rybarczyk siedzieli na niewygodnych krzesełkach na korytarzu Zakładu Medycyny Sądowej i czekali, aż lekarz skończy sekcję. Agnieszka nie miała ochoty w niej uczestniczyć, choć formalnie należało to do jej obowiązków, gdyż była to sekcja sądowo-lekarska. Uznała jednak, że równie dobrze może poczekać za ścianą. Przyszła pod koniec sekcji i natknęła się na komisarza na korytarzu. On też nie przepadał za atrakcjami podanymi na stole ze stali chirurgicznej. Poza tym niedawno zjadł drugie śniadanie i chciał, żeby tak pozostało, dlatego siedział na korytarzu, a nie na widowni amfiteatralnej sali, w miejscu, z którego przyglądali się sekcjom studenci.

Wstał z krzesełka, kiedy tylko zobaczył Agnieszkę w drzwiach. Podała mu dłoń, uśmiechając się.

– Jak idzie?

– Powoli kończy.

– I bardzo dobrze.

Usiadła, więc zrobił to samo, zostawiając wolne krzesło między nimi, żeby mieć więcej miejsca na nogi, kiedy odwrócił się do niej bokiem. Powiedział Agnieszce, co usłyszał od Knapika wczoraj. Wymienili kilka zdawkowych komentarzy, bo tak naprawdę nie mieli niczego, na czym można by oprzeć konstruktywne wnioski. A potem zamilkli.

– O czym tak myślisz? – ciszę przerwała Agnieszka.

Rędzia zerknął na nią z rozbawieniem.

– Na pewno chcesz wiedzieć?

– Nie wystawiaj mnie na próbę, tylko wal, zanim zmienię zdanie. Inaczej bym nie pytała.

– No dobrze. Zastanawiam się dlaczego.

– Dlaczego w czwartej klasie poszliśmy do łóżka, tak? – Założyła ręce, ściskając dłońmi bicepsy. – O to ci chodzi?

– Mówisz to z taką pewnością, jakbym miał to wypisane na twarzy.

– Bo masz. Więc nad tym się zastanawiasz?

– Nie do końca. Bardziej nad tym, dlaczego nie poszliśmy do łóżka nigdy więcej… – Rędzia obserwował uważnie jej twarz. – I co, żałujesz, że chciałaś wiedzieć?

Pokręciła w zamyśleniu głową, zerknęła w bok, a potem, lekko ją przekrzywiając, spojrzała na niego.

– To był dość ciężki okres w moim życiu – powiedziała cicho.

– Wiem. W moim też. Zdaje się, że sporo o tym rozmawialiśmy, co potwierdzały rachunki za telefon naszych starych. To nas zbliżyło.

– Nie wiesz wszystkiego, ale to nieważne.

– Miałaś przede mną tajemnice?

– Tak. Bujaliśmy się razem, ale nie byliśmy parą. A nawet gdybyśmy byli, to też nie oznaczałoby, że nie mogę mieć tajemnic, prawda?

– Prawda. I prawda, że nie byliśmy parą. A przy okazji: fajnie było się z tobą bujać.

– Nawet na tym koncercie w „Słowianinie”, po którym wypiłam trzy piwa i na przystanku obrzygałam ci spodnie?

– Nawet wtedy.

Roześmiała się, ale po chwili spoważniała.

– Nigdy cię nie okłamywałam.

– Nigdy, to prawda. Ani razu nie padło słowo na „m”. Byliśmy kumplami. Dobrymi kumplami.

– Zgadza się. I zdarza się czasem, że kumple idą ze sobą do łóżka, choć to bywa ryzykowne. Więc nad czym się zastanawiasz?

– Czemu przestaliśmy się razem bujać?

Zamilkła.

– To trudne. Nie chcę teraz o tym rozmawiać. Musimy?

– Nie musimy. Nic nie musimy, Aga. Ale jeśli tylko będziesz chciała, to nie ma sprawy.

– Będę o tym pamiętać. Idziemy tam? – Zerknęła przez szybę na salę sekcyjną. – Chyba już skończył.

Knapik sam po nich wyszedł. Przywitał się z Agnieszką i wprowadził oboje do sali sekcyjnej. Technik, który pomagał mu przy sekcji, krzątał się przy blacie pod ścianą. Knapik zdjął fartuch, pod którym miał kitel.

– Chodźcie – przywołał ich do stołu.

Nie był to miły widok, choć gdyby Rędzia miał wybierać między tym denatem a świeżakiem, mimo wszystko wybrałby jednak jego. Wyglądał bardziej jak dekoracja z kiepskiego filmu niż prawdziwe zwłoki. Był już zaszyty, tylko oskórowany czerep kontrastował z całą tą bielą nagiej kości.

– W momencie śmierci miał jakieś trzydzieści, trzydzieści pięć lat – zaczął Knapik. – Czas zgonu jest praktycznie nie do określenia i jak wspomniałem wczoraj Tomkowi, taki stan zwłok świadczy o tym, że musiały tam leżeć minimum dwa, trzy lata. To chyba niewiele wam daje, ale nic więcej nie wymyślę. Ze szczegółów: w młodym wieku musiał mieć złamaną kość piszczelową prawego podudzia. Brak kilku zębów. Poza tym miał nowotwór żołądka. Część guza się zachowała, musiał być włóknisty, najprawdopodobniej zajął wnękę wątroby i okolice trzustki. To takie miejsce, że musiało go boleć jak skurwysyn. Może ta opinia będzie kontrowersyjna, ale ten, kto mu to zrobił… – wskazał czaszkę – …wyświadczył mu przysługę.

– To JEST kontrowersyjna opinia – powiedziała Agnieszka. – Poza tym eutanazji nie wykonuje się młotem czy czym tam został uderzony.

– Szczerze, pani prokurator? Jeśli faktycznie było z nim, jak mówię, to ja, w jego sytuacji, zdecydowanie wolałbym młot. Za dużo widziałem. Ale to moje zdanie, oczywiście, i nie musi się pani z nim zgadzać.

– Nie muszę.

– Coś jeszcze? – zapytał Rędzia.

– Potwierdzam to, co mówiłem wczoraj Tomkowi o jego stanie, choć wyjaśnił się chyba powód. Musiał dramatycznie schudnąć w związku z nowotworem.

– Ubranie?

– Zwykły dres adidasa.

– Oryginalny?

– A jakie to ma znaczenie?

– Wszystko może mieć znaczenie.

– A bo ja wiem? Ma trzy paski i metkę. Slipy no name. Podkoszulek bawełniany marki Fruit of the Loom. Brak skarpetek i butów.

– Toksykologia? – zapytała Agnieszka.

Knapik spojrzał na nią, a potem na Rędzię, jakby szukał u niego pomocy.

– Ja wiem, że wy, prokuratorzy, macie swój schemat, ale powiem wprost: to nie ma sensu. Nie zrobimy badań w Szczecinie, poza tym w zwłokach w takim stanie prawdopodobieństwo obecności toksyn jest znikome, plus ta rana Ale jeśli się będzie pani upierać… Cóż, na władzę nie poradzę.

– Nie będę się upierać. Czuję się przekonana. – Posłała mu krótki uśmiech.

– Mówiłeś, że leżał w ziemi minimum dwa, trzy lata… – wtrącił Rędzia. – A maksimum?

Knapik rozłożył ręce.

– Tu już będę trochę strzelał, choć opierając się na swojej wiedzy… ale mimo to tylko od ciebie, a właściwie od pani prokurator, zależy, czy weźmiecie to pod uwagę. To jednak przypuszczenie, a nie fakt. Myślę, że to stało się już w tym wieku. Można pokusić się o badania stopnia degradacji tej folii, w którą był zawinięty, ale… Nie jestem specjalistą, więc znowu będę strzelał. I nawet jeśli, to te badanie też nie u nas.

Rędzia gryzł wargę, patrząc na zwłoki w zamyśleniu.

– No nic, trzeba zlecić do laboratorium stworzenie portretu tego umarlaka. Rekonstrukcję przyżyciowego wyglądu twarzy, rzecz jasna prawdopodobnego. Wrzucimy go na stronę komendy, puścimy do gazet i szczecińskich portali informacyjnych. Kto wie, może to coś da?

– Mam wrażenie, że niewiele – mruknął Knapik.

– Skąd ten pesymizm? – zapytała Agnieszka.

Knapik spojrzał na nią pogodnie.

– To przez pracę.

– Chodzi mi o portret.

– A dlatego, pani prokurator, że w związku z pandemią wszyscy mają co innego na głowie. Jak pani myśli, kogo będzie obchodził jakiś truposz wykopany z ziemi? – Wzruszył ramionami. – To co, bierzemy się do papierkowej roboty?

 

* * *

Po powrocie do domu Rędzia zdziwił się, widząc w przedpokoju spakowane walizki. Chłopaki krzyczały coś do siebie w swoim pokoju, cień Bożeny mignął mu w matowym przeszkleniu drzwi od łazienki. Kiedy wyszła i wpadła na niego, aż westchnęła z przestrachu.

– Co się wygłupiasz? – Uśmiechnęła się z zakłopotaniem i klepnęła go lekko w pierś.

– Ja? – zapytał, wskazując na walizki.

– Jedziemy do mamy.

– Na jak długo? – Zmarszczył brwi.

Bożena popatrzyła na niego i zamknęła drzwi do pokoju synów. Kiedy któryś z nich próbował je otworzyć, rzuciła przez szparę:

– Musimy pogadać z tatą, a wy kończcie się pakować, ale już.

Drzwi zamknęły się i chłopcy ucichli nagle.

– Nie wiem, Tomek, na jak długo. Nie będziemy ryzykować. Nie wiemy, jaki obrót przybiorą sprawy, czy ten wirus jest naprawdę groźny… Skoro nie możesz pracować zdalnie, to nie będziemy ryzykować. Wszyscy, którzy muszą mieć kontakt z ludźmi, izolują się od rodzin…

– To lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni, Bożena. Nie przesadzasz trochę?

– Uważam, że nie. Rozmawialiśmy już o tym kilka razy, ale ja wciąż mam wrażenie, że ty nie doszacowujesz ryzyka. Chodzisz po mieście, spotykasz się i gadasz z ludźmi… Gdybyś mieszkał i był sam, to nie ma sprawy, ale nie jesteś. Chcesz ryzykować zdrowie, a nawet życie naszych dzieci? Pomyślałeś, co będzie, jak okaże się, że to dopiero początek? Nie wiesz, co się dzieje we Włoszech? A jak u nas będzie tak samo? Co wtedy?

– Dlaczego zakładasz od razu czarny scenariusz? – zapytał Rędzia.

Bożena w nieco teatralnym geście odchyliła się lekko do tyłu, żeby łatwiej objąć go całego spojrzeniem.

– A dlaczego ty zakładasz biały?

Zaskoczyła go.

– Mamy możliwość zabezpieczenia się przed tym, Tomasz – powiedziała do niego cierpliwie jak do dziecka, co uznał za próbę złagodzenia konfliktu; widać znów miał coś wypisane na twarzy. – Będziemy siedzieć sobie spokojnie w Stargardzie, rodzice mają przynajmniej ogród, a tu? Oni w końcu zwariują. – Machnęła ręką w kierunku pokoju synów. – Ja nie chodzę do szkoły, ale muszę prowadzić lekcje zdalnie i nie ma znaczenia, czy robię to z naszego mieszkania, czy domu rodziców. Mama z tatą ogarną chłopaków z lekcjami… To same plusy, nie uważasz?

– Jest tylko jeden minus – zauważył.

– Przykro mi. Świat się właśnie zmienia i nigdy już nie będzie taki sam. Nawet jak to gówno minie, a podobno nie minie, tylko zostanie z nami na zawsze jak HIV.

– W związku z tym będziesz chciała zostać tam na zawsze? – zapytał zdziwiony jak cholera.

– Nie wygłupiaj się. – Westchnęła. – Zobaczymy, co będzie za miesiąc, półtora. Poradzisz sobie sam przez kilka tygodni. Gotować umiesz, sprzątać i prać też. Będziemy rozmawiać przez wideopołączenia, jakoś damy sobie radę.

– No nie wiem. – Rędzia pokręcił głową.

– Ale ja wiem, Tomek. To jest najlepsze wyjście, uwierz mi…

Pogadali jeszcze trochę, już z chłopcami, którzy byli wyraźnie ucieszeni obrotem spraw, co Rędzię nawet troszeczkę zabolało. Wiedział też, że dalsza dyskusja nie ma sensu i nie przekona Bożeny do zmiany zdania; znał ją za dobrze i za długo. Ale postarał się jednak ją zrozumieć.

Chociaż trochę. W końcu małżeństwo jest związkiem partnerskim, na równych prawach.

Przynajmniej ich.

Godzinę później odwiózł rodzinę do teściów, a późnym wieczorem wrócił do pustego mieszkania. Nie miał ochoty na nic: ani na książkę, ani na telewizję, ani nawet na żaden koncert, których miał całą kolekcję na DVD, więc po prostu wziął prysznic i położył się spać. Śnił mu się trup z Łękna. Leżał na plaży, tuż przy granicy z morzem, owinięty w folię, a drobne fale omywały jego nagą czaszkę z ziejącą z jej boku dziurą. „Miło było cię znowu widzieć, Tomek” – usłyszał nagle za sobą, a kiedy się odwrócił, zobaczył Agnieszkę Rybarczyk. Znów miała długie, kruczoczarne włosy, nie nosiła okularów, brakowało drobniuteńkich kurzych łapek wokół oczu. Ponownie miała osiemnaście lat. Stała i patrzyła na niego z tajemniczym uśmiechem błądzącym na wąskich wargach. Obudził się i zerknął na komórkę. Był środek nocy. Pogapił się w sufit i nawet nie zauważył, jak znów zapadł w sen.

 

2

 

 

 

 

 

1994

 

Marzec tego roku przypominał wszystkie poprzednie marce, jakie młodzi ludzie zgromadzeni w klasie pamiętali w swoim niedługim jeszcze życiu. Był bladą, bezbarwną i mizerną zapowiedzią wiosny, której przyjścia wyczekiwali z młodzieńczym entuzjazmem, bo kojarzyła im się z samymi dobrymi rzeczami; głównie z dłuższym dniem i w konsekwencji rychłym nadejściem końca roku szkolnego.

III b liczyła dwadzieścia sześć osób, była jedną z sześciu klas tego rocznika w siedemnastym LO w Szczecinie. Miała profil ogólny i była zbiorowiskiem indywidualności. Każdy z uczniów, stojący niemal u progu dorosłego życia, stanowił odrębną jednostkę prezentującą w mniej lub bardziej udany sposób własny styl, mającą problemy różnej wagi i niekoniecznie związane z dorastaniem. Spojeni w jeden organizm murami szkoły i klasy, żyli ze sobą w symbiozie, wiążąc się bardziej z jednymi, mniej z drugimi i spędzając ze sobą praktycznie ćwierć życia.

Normalne dzieciaki balansujące na nieostrej granicy między kończącym się dzieciństwem a rozpoczynającą się dorosłością ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Właśnie skończyła się przedostatnia lekcja, języka polskiego. Ostatnia też miała być polskim, w tej samej klasie. Trwała krótka przerwa, uczniowie wchodzili do niej i wychodzili na korytarz, zerkając przy okazji na tablicę, na której ktoś nasmarował wielkimi, koślawymi literami: ZEBRANIE KLASOWE PO OSTATNIEJ LEKCJI. ZOSTAŃ, CZŁOWIEKU, BO WARTO!!!

Kiedy lekcja skończyła się i polonistka wyszła z klasy, na podwyższeniu pod tablicą stanęła Anka Kuźma. Anka była rzutką dziewczyną, najlepszą uczennicą w klasie, a nawet w szkole, choć nie reprezentowała typu kujona siedzącego z nosem w książkach. Była po prostu zdolna i nie przeszkadzało jej to pójść czasem za szkołę z koleżankami zapalić papierosa.

– Słuchajcie… Cisza! – zawołała. – Adolf, mogę cię prosić?

– O co tylko chcesz, kochanie! – Wysoki chłopak z ostatniej ławki uniósł się lekko z krzesła i wyciągnął szyję w jej stronę.

Rozległ się rechot jego kolegów, dziwnym trafem siedzących w okolicach ostatnich ławek, jak jakaś partyjna frakcja w sejmie.

– W takim razie proszę, żebyście się łaskawie zamknęli na chwilę, ty i twoi akolici, i posłuchali, co mam do powiedzenia. Potem ci powiem, co oznacza to trudne słowo na „a”, okej?

Teraz z kolei roześmiała się inna grupa.

– Już mam się brechtać? – zapytał Adolf.

– Masz być cicho albo możesz wyjść. Pajac, Cinek, Fanta, Broda i Sarnecki też. Nikt was tu nie trzyma przecież, no nie?

Adolf machnął ręką i usiadł. Większość wzdychała albo pospuszczała z zażenowania głowy. Popisy Mariusza Steca, zwanego Adolfem, nikogo nie zaskakiwały i choć był dość lubiany i wiele mu wybaczano, zdarzało się, że przesadzał. Czasem nie mógł się po prostu zamknąć i posłuchać, musiał zabłysnąć, co często kończyło się słabo, jak przed chwilą. Nawet jego kolesie z paczki, których co do jednego wymieniła przed chwilą Anka, siedzieli cicho, zawstydzeni nie tyle jego występem, ile jej ripostą.

Adolf był klasowym chuliganem. Lubianym, ale z lekką skłonnością do przemocy i dominacji, z tendencją do przywództwa, tak zwany zdolny, ale leniwy. Był nieformalnym liderem paczki klasowej, skupiającej kilku chłopaków, właśnie tych, którzy siedzieli w sąsiednich ławkach.

– Jest sprawa – powiedziała głośno Anka, kiedy wszyscy się uspokoili. – Rozmawiałam już z kilkoma osobami z klasy, ale teraz formalnie i oficjalnie: co wy na to, żeby zorganizować jakąś wycieczkę na matury?

Rozległ się gremialny pomruk zadowolenia. Tradycją już było, że na czas matur, kiedy w szkole nie odbywały się lekcje i uczniowie mieli wolne, klasy organizowały sobie kilkudniowe wycieczki z nauczycielami w roli opiekunów. Przeważnie był to wypad do Międzyzdrojów lub do innej nadmorskiej miejscowości, wszystko zależało od organizacji, chęci poszczególnych członków ciała pedagogicznego i zasobności portfela oraz frekwencji uczniów.

– Gdzie? – ktoś zapytał.

– Propozycje? – Anka rozejrzała się po klasie.

– Zakopane! – To znowu Adolf.

– Góra trzy dni, ciole. – Anka przewróciła oczami. – Sam dojazd tam i z powrotem do Zakopca tyle trwa. Ktoś zna jakieś fajne miejsce niedaleko? I żeby dało się dojechać pociągiem albo pekaesem? No i żeby było tanio…

Ktoś podniósł rękę.

– Zaraz, czekajcie! A kto z nami pojedzie?

To było dobre pytanie. Klasa III b nie była bandą chuliganów, ale uważano ją powszechnie za raczej trudną. Żaden z nauczycieli nie palił się do roli opiekuna i oni byli tego świadomi, nawet Anka. W zeszłym roku z wycieczki nic nie wyszło. Byli jedyną klasą z rocznika, która została w matury na miejscu.

– Potrzebujemy przynajmniej dwóch opiekunów – rzucił ktoś smętnie.

– Radek! – zawołał Fanta.

– Właśnie – ktoś go poparł i nie był to żaden z akolitów Adolfa.

Radek Kłosiewicz był nauczycielem wuefu, młodym chłopakiem tuż po studiach na IKF-ie. Lubił ich, z niektórymi był na „ty”, z Adolfem oczywiście też. Był ich szansą.

– Adolf, pogadasz z nim? – zapytała Anka.

– No pewnie. – Stec wzruszył ramionami.

– A co z drugim?

Zapadła cisza.

– Jak Kłosiewicz się zgodzi, to z drugim pójdzie łatwiej. – Kaśka usiłowała przekonać chyba samą siebie.

– Dobra, niech najpierw zgodzi się Radek, a potem zobaczymy. To gdzie?

Zaczęli przerzucać się nazwami miejscowości i w tej kakofonii padła nagle jedna nazwa, która nie pasowała do reszty. Połowa z uczniów nawet jej nie znała.

– Złocieniec?

Jacek Sarnecki siedział rozparty na krześle, z nogami leżącymi na pustej ławce przed nim. Jacek jako jedyny z paczki Adolfa nie miał ksywy, próba ochrzczenia go w pierwszej klasie oczywistą i trywialną „Sarną” skończyła się dla tego, który wpadł na ten pomysł, źle i Sarnecki był od tamtej pory po prostu Sarneckim. Przystojny, świetnie ubrany chłopak z gęstymi, ciemnymi włosami, podgolonymi z boków niemal do zera, miał bogatego ojca, który jeszcze za komuny nieźle prosperował, wiedząc, z kim pić i komu stawiać. Od kilku lat zajmował się nieruchomościami, miał też podobno jakiś hotel dla myśliwych w lesie, przynajmniej tak twierdził sam Sarnecki.

– Złocieniec – powtórzył flegmatycznie. – Mój stary ma koło Złocieńca ten swój myśliwski hotelik. Mogę zapytać, czy zgodzi się nas przyjąć. W sumie jest poza sezonem, więc kto wie? Nie mam pojęcia, czy wszyscy się zmieszczą, ale pewnie też nie wszyscy pojadą, nie? No i nie wiem jeszcze, czy ojciec się zgodzi. Ale zapytam. Chętni? – Powiódł spojrzeniem po klasie.

– A gdzie jest ten Złocieniec?

– I co tam jest?

– A co ma być? – parsknął. – Wiocha. Las. Czego chcecie więcej?

– Morza!

– Mamy jechać na trzy dni do jakiejś wiochy? Co będziemy tam robić?

– Z wiochy z tramwajami do wiochy bez tramwajów. – Ktoś się roześmiał.

– Sarnecki dobrze gada. – Adolf wstał. – Chodzi o to, żeby się wyrwać ze Szczecina! Nieważne dokąd. A co byście robili nad morzem na początku maja? Kąpali się? W dziesięciostopniowej wodzie? Żarli dorsza za kupę szmalu? Pojebało was?

– Adolf, nie jesteś u siebie w jaskini, dobra? – Anka była naprawdę wkurzona. – Jak ktoś usłyszy twój wykwintny język, to na pewno nie znajdziemy drugiego nauczyciela.

– Słońce, wyluzuj.

– Dobra, głosujmy. – Machnęła ręką na Adolfa. – Jeśli Sarnecki załatwi ten hotel, to kto chce jechać?

Podniosło się kilkanaście rąk.

– Ja dam odpowiedź jutro – powiedział ktoś, a ktoś inny dodał: – Ja też.

– Okej, jest czternastu chętnych plus dwóch niezdecydowanych. Jacek, kiedy będziesz wiedział?

– Jutro.

– Adolf, pogadasz rano z Kłosiewiczem? Jak już będziemy wiedzieli, na czym stoimy?

– Ta.

– Kto przekaże nieobecnym? – zapytała jeszcze Anka. – Może też będą chcieli jechać? Sylwia, powiesz Aśce? Ona jest chora?

– Tak, do końca tygodnia. Zadzwonię do niej dzisiaj.

– A Tomek?

– Przecież był na lekcjach? – zdziwił się ktoś.

– Nie został na zebraniu, czyli ma w dupie.

– Już widzę, jak Rędzia jedzie na klasową wycieczkę. Pędzi jak wiatr…

– Pewnie woli iść na koncert supergrupy Defekt Muzgó albo Kasa Chorych…

– Nie: Doktor Huckenbush!

Wszyscy się roześmiali. Nietypowe zainteresowania Rędzi, w tym przedziwną muzyką, były często powodem drwin. Anka poczekała, aż gwar ucichnie, i wyciągnęła palec w stronę Sarneckiego.

– Sarnecki, jak nawalisz, to się nawet nie pojawiaj w szkole. Jesteś naszą ostatnią nadzieją…

 

* * *

Następnego dnia na przerwie po pierwszej lekcji uczniowie III b zebrali się na korytarzu przed swoją klasą. Była zamknięta, więc sformowali pod ścianą ciasny półokrąg, w którego centrum znajdował się Sarnecki. Wyglądał jak osaczona przez stado hien gazela, zapędzona pod skalną ścianę, skąd nie ma już ucieczki.

– No i? – zapytała Anka.

– Trochę kijowo. – Sarnecki strzelał oczami gdzieś na boki.

– Kurwa… – Ktoś westchnął.

– Dobra, jest tak – powiedział Sarnecki. – Stary nie zgodził się na swój hotel, bo podobno ma jakąś wizytę z zagranicy i nie chce, żebyśmy mu robili trzodę. Ale… Ale spokojnie, załatwi nam miejsce w internacie technikum leśnego w Śmielinie, to podobno tuż koło Złocieńca. Tamci wyjeżdżają na praktyki i całe piętro będzie wolne. Ojciec zna się z dyrektorem, więc policzą nam grosze, poza tym tam jest stołówka, dlatego żarcie, znaczy obiady, będą w cenie. Weźmiemy ze sobą kiełbasy, kije wystrugamy na miejscu, zrobimy ognicho. Upieczemy ziemniaki i jabłka. Ja wezmę jakiś sprzęt grający. Dojazd pociągiem, więc jeszcze trzeba płacić za bilet, ale to i tak taniocha w porównaniu z tymi frajerami z „d”, którzy jadą do Niechorza za grubą kasę. – Rozejrzał się po zaciekawionych twarzach i zapytał: – To jak? Ma załatwiać?

– Się pytasz, człowieku!

– Adolf, zapieprzaj do Kłosiewicza!

– Ej, a jak Radek się nie zgodzi?

– O Jezu, przestań, co ma się nie zgodzić…