Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 368 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Blaze - Stephen King

POWIEŚĆ STEPHENA KINGA WYDANA POD PSEUDONIMEM

CZARNY KRYMINAŁ, KTÓRY 30 LAT PRZELEŻAŁ W SZUFLADZIE, ZANIM TRAFIŁ DO KSIĘGARNI

Jeśli podobał ci się „Pan Mercedes”, będziesz zachwycony „Blaze”!

Porwanie, które miało być przestępstwem stulecia, zmienia się w dramatyczną ucieczkę.

Sprawca przestępstwa czy ofiara?

Blaze, mało rozgarnięty olbrzym, żyje z drobnych kradzieży. Dopiero przyjaźń z George’em Rackleyem dodaje jego poczynaniom finezji. To przebiegły George jest mózgiem podejmowanych wspólnie akcji i to on wpada na pomysł porwania sześciomiesięcznego dziedzica wielkiej fortuny. Blaze ze swoją ponadprzeciętną siłą fizyczną jest dla niego doskonałym narzędziem, którym można łatwo manipulować… i niczym więcej.

Starannie zaplanowane porwanie komplikuje się, jeszcze zanim się zaczyna. George ginie, a Blaze jest wprawdzie opóźniony w rozwoju, ale wie, że sam sobie nie poradzi.

I wtedy niespodziewanie otrzymuje pomoc od zmarłego kumpla.

Opinie o ebooku Blaze - Stephen King

Fragment ebooka Blaze - Stephen King

O książce

Blaze, mało rozgarnięty olbrzym, żyje z drobnych kradzieży.

Dopiero przyjaźń z George’em Rackleyem dodaje jego poczynaniom finezji. To przebiegły George jest mózgiem podejmowanych wspólnie akcji i to on wpada na pomysł porwania sześciomiesięcznego dziedzica wielkiej fortuny. Blaze ze swoją ponadprzeciętną siłą fizyczną jest dla niego doskonałym narzędziem, którym można łatwo manipulować… i niczym więcej.

Starannie zaplanowane porwanie komplikuje się, jeszcze zanim się zaczyna. George ginie, a Blaze jest wprawdzie opóźniony w rozwoju, ale wie, że sam sobie nie przeprowadzi.

I wtedy niespodziewanie otrzymuje pomoc od zmarłego kumpla.

STEPHEN KING

Wybitny amerykański pisarz, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Debiutował pod koniec lat sześćdziesiątych, ale światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań, komiksy, scenariusze filmowe i sztuki teatralne – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Christine, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Ręka mistrza, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

www.stephenking.comwww.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKA4 PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDES

Saga MROCZNA WIEŻA

ROLANDPOWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻA

Powieści graficzne MROCZNA WIEŻA

NARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻY

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIE

Stephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału: BLAZE

Copyright © Stephen King 2007All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Michał Juszkiewicz 2007, 2015

Korekta: Jolanta Rososińska

Ilustracja na okładce: Dariusz Kocurek

Projekt graficzny okładki: Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-163-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla Tommy’ego i Lori Spruce’ówJak również z myślą o Jamesie T. Farrellu

Oto są slumsy serca.

John D. MacDonald

UJAWNIENIE FAKTÓW

Szanowny Notoryczny Czytelniku!

Żeby było jasne: to jest powieść z szuflady. Chcę, byś o tym wiedział, dopóki jeszcze nie wyrzuciłeś paragonu i zanim zachlapiesz którąś stronę mięsnym sosem albo lodami. Bo wtedy trudno będzie zwrócić książkę do księgarni, a może nawet okaże się to niemożliwe1*. A więc jest to powieść z szuflady, poprawiona i odświeżona, ale wciąż powieść z szuflady. Widnieje na niej nazwisko „Bachman”, ponieważ jest to ostatnie dzieło tego pana ze szczytowego okresu jego twórczości literackiej, który przypadł na lata 1966—1973.

W owych latach byłem tak naprawdę dwiema różnymi osobami. Stephen King pisał (i sprzedawał) opowiadania grozy do obleśnych świerszczyków w stylu „Cavaliera” albo „Adama”2*, gdy tymczasem spod pióra Bachmana wychodziły powieści, których pies z kulawą nogą nie chciał kupić. Nosiły one następujące tytuły: Rage3*, Wielki marsz, Ostatni bastion Barta Dawesa i Uciekinier4*. Wszystkie, co do jednej, ukazały się w oprawie broszurowej.

Blaze to ostatnia z owych wczesnych powieści… piąta ćwiartka, jeśli chcecie ją tak nazywać. Ale jeśli bardzo wam zależy, to niech będzie: jest to powieść z szuflady innego znanego autora. Powstała na przełomie lat 1972 i 1973. Dopóki ją pisałem, wydawała mi się znakomita. Przeczytana po ukończeniu okazała się absolutną kupą. Pamiętam, że nigdy nie zaniosłem jej do żadnego wydawcy, nie pokazałem maszynopisu nawet u Doubledaya, gdzie przyjaźniłem się z facetem nazwiskiem William G. Thompson. To właśnie Bill odkrył później Johna Grishama; on również kupił moją następną książkę, tę, którą napisałem po ukończeniu Blaze’a — pokręconą, aczkolwiek przyjemną opowieść o balu na koniec roku w pewnej szkole w stanie Maine5*.

Na kilka lat zapomniałem o powieści zatytułowanej Blaze, aż w końcu, kiedy już wszystkie wczesne Bachmany ukazały się drukiem, wyciągnąłem ją i przejrzałem. Po mniej więcej dwudziestu stronach doszedłem do wniosku, że pierwsza opinia na jej temat była słuszna i tak książka powróciła za zasłonę pardy1. Do stylu co prawda nie miałem szczególnych zastrzeżeń, ale sama fabuła przypomniała mi, co kiedyś powiedział Oscar Wilde, a mianowicie, że Dickensowskiego Magazynu osobliwości nie sposób czytać, nie płacząc przy tym ze śmiechu jak bóbr6*. Powieść Blaze została zatem skazana na niepamięć, jednakże nie przepadła bezpowrotnie. Po prostu upchnęli ją w jakimś kącie biblioteki im. Raymonda H. Foglera na uniwersytecie stanowym w Maine razem z resztą dorobku Stephena Kinga/Richarda Bachmana, jaki mieli na stanie.

Kolejne trzydzieści lat spędziła w ciemnicy7*. Aż zdarzyło się pewnego razu, że napisałem cienką książeczkę zatytułowaną Colorado Kid, która ukazała się w miękkiej oprawie nakładem wydawnictwa Hard Case Crime, w serii mającej w założeniu publikować wznowienia dawnych czarnych kryminałów oraz współczesne powieści z tego gatunku. Pomysł ów zrodził się w głowie pewnego bardzo bystrego i bardzo równego faceta nazwiskiem Charles Ardai. Moje dziełko, jak na kryminał, było zdecydowanie zbyt białe, ale Charles i tak je wydał; dostało okładkę w pięknym stylu dawnych paperbacków8*. Cały projekt poszedł błyskawicznie… oprócz tantiem, które jakoś nie chciały szybko spływać9*.

Mniej więcej rok później przyszło mi do głowy, że warto byłoby przeżyć jeszcze jedną przygodę z Hard Case — najlepiej, gdyby to była książka o nieco bardziej zdecydowanym charakterze. I tak w moich myślach po raz pierwszy od wielu lat zagościła powieść pod tytułem Blaze, ale wraz z nią przypętał się ten cholerny cytat z Wilde’a, komentarz na temat Magazynu osobliwości. Blaze, tak jak ja go zapamiętałem, to nie był twardy czarny kryminał, ale co najwyżej maleńki wyciskacz łez, taki na trzy chusteczki higieniczne. W każdym razie, powiedziałem sobie, nie zaszkodzi rzucić okiem. A dokładniej: nie zaszkodziłoby, gdybym tylko wiedział, gdzie jest ta książka. Miałem w pamięci tamten karton i lekko kwadratowy krój czcionki (to była maszyna do pisania Tabithy, mojej żony, stara, jeszcze z czasów studenckich; walizkowa olivetti, sprzęt absolutnie nie do zdarcia), ale za skarby świata nie mogłem sobie przypomnieć, co się stało ze schowanym w kartonie maszynopisem. Mógł równie dobrze podzielić los dinozaurów10*.

Nie podzielił. Marsha, jedna z moich dwóch nieocenionych asystentek, odnalazła go w Bibliotece im. Foglera. Ale nie przekazała mi oryginału (bo ja, hm… jestem gubiący), tylko kserokopię. Taśma, którą miałem w maszynie, pisząc tę książkę, musiała chyba już być na wykończeniu, bo tekst okazał się prawie nieczytelny, a notatki na marginesach rozmazane i trudne do odcyfrowania. Mimo to zasiadłem do lektury, szykując się na męczarnie wstydu, jaki potrafi człowiekowi zgotować tylko jego młodsze, bardziej przemądrzałe wcielenie.

Książka okazała się jednak całkiem niezła, a z całą pewnością lepsza od Ostatniego bastionu Barta Dawesa, którą w owym czasie uważałem za mainstreamową amerykańską powieść. Chodziło tylko o to, że nie można jej było nazwać czarnym kryminałem. Wydawała się raczej bliższa naturalizmowi w opisywaniu zbrodni, który uprawiali w latach trzydziestych XX wieku James M. Cain i Horace McCoy11*. Bardziej niż główna linia fabuły podobały mi się retrospekcje. Przypominały trylogię Jamesa T. Farrella o młodym Loniganie, a także zapomniane (lecz smakowite) Gas-House McGinty. Miejscami, co oczywiste, objawiał się syndrom RGPS12*, ale w końcu pisał to młody facet (miałem wtedy dwadzieścia pięć lat), święcie przekonany, że TWORZY WIEKOPOMNE DZIEŁO.

Wydawało mi się, że Blaze’a będzie można przerobić i wydać bez wielkiego wstydu, ale w Hard Case Crime, jak się okazało, książka ta nie znalazła uznania. W pewnym sensie przecież to wcale nie był kryminał. Moim zdaniem, poddana pewnym bezlitosnym poprawkom, mogła uchodzić za tragedię z nizin społecznych. W tym celu przyswoiłem sobie oschły, beznamiętny styl, którym cechują się najlepsze czarne kryminały, a żebym nie zapomniał, co próbuję osiągnąć, do pisania wybrałem krój czcionki o nazwie American Typewriter. Narzuciłem sobie szybkie tempo pracy, a jednocześnie przestałem wyglądać w przyszłość i oglądać się za siebie, mając w tym dodatkowy cel: uchwycić i oddać ów nieopanowany pęd na oślep, który mają tamte dawne powieści (myślę tutaj bardziej o Jimie Thompsonie i Richardzie Starku niż o Cainie, McCoyu czy Farrellu). Korekty zamierzałem wprowadzić na samym końcu — ołówkiem, nie na komputerze, tak jak to dzisiaj jest w modzie. Skoro ta książka i tak miała być pamiątką z przeszłości, starałem się odtworzyć ową przeszłość, nie widząc powodu, aby przed nią uciekać. Postanowiłem również, że pisząc, zdławię w sobie wszelkie sentymenty; chciałem, aby ta powieść była naga jak pusty dom bez chociażby dywanika na podłodze. Moja matka powiedziałaby: „Żeby była z gołą twarzą na wierzchu”. Tylko czytelnik będzie w stanie ocenić, czy mi się udało.

Jeżeli cię to interesuje (a nie powinno, bo chciałeś przecież tylko dostać dobrą historię do przeczytania i miejmy nadzieję, że się nie zawiedziesz), to wiedz, że cały dochód ze sprzedaży tej książki zasili konto The Haven Foundation, założonej w celu wspomagania niezależnych artystów, którym nie poszczęściło się w życiu13*.

I jeszcze jedna sprawa, dopóki mam cię w swojej mocy. Starałem się, na ile tylko było to możliwe, zamazać ramy czasowe tej powieści, aby nie sprawiała wrażenia jakiejś ramoty14*. Nie mogłem jednak usunąć wszystkich przestarzałych elementów, ponieważ niektóre z nich były fabularnie istotne15*. Jeśli umieścisz akcję tej książki „nie tak dawno temu w Ameryce”, to powinno być w porządku.

Mogę na koniec powrócić do punktu wyjścia? A więc jest to stara książka, ale w sumie chyba wcale nie taka zła, jak mi się pierwotnie wydawało. Masz prawo się ze mną nie zgodzić… ale na pewno nie jest to Dziewczynka z zapałkami. Jak zawsze, Notoryczny Czytelniku, przyjmij moje najlepsze życzenia oraz podziękowania za to, że chciałeś poznać tę opowieść. Mam nadzieję, że ci się spodoba. Nie powiem: „Mam nadzieję, że uronisz choć łezkę”, ale…

No dobrze. Dobrze, powiem. Tylko żeby to nie było ze śmiechu.

Stephen King (w imieniu Richarda Bachmana)Sarasota, Floryda30 stycznia 2007 r.

ROZDZIAŁ 1

Gdzieś w tych ciemnościach był George. Blaze nie widział go, ale słyszał dobrze i wyraźnie jego głos, szorstki i odrobinę zachrypnięty. Ten głos zawsze brzmiał tak, jakby George był akurat przeziębiony. Pamiątka po wypadku z dzieciństwa. George nigdy nie mówił, co się stało, ale na grdyce miał fenomenalną bliznę.

— Nie ten, matole, chyba widzisz, że cały jest oblepiony naklejkami. Bierz chevroleta albo forda. Granatowego albo zielonego. Ma mieć dwa lata. Dokładnie dwa, ani więcej, ani mniej. Taki samochód nikomu nie wpadnie w oko. I żeby nie miał żadnych naklejek.

Blaze minął nieduże auto ze zderzakiem oklejonym nalepkami i poszedł dalej. Nawet tutaj, na samym końcu parkingu, słychać było stłumione, dudniące basy dobiegające z piwiarni. W sobotnie wieczory, takie jak ten, knajpa pękała w szwach. Na dworze było diablo zimno. Blaze podjechał do miasta autostopem, ale już od czterdziestu minut wałęsał się po dworze i uszy zmarzły mu tak, że przestał je czuć. Zapomniał czapki. Bez przerwy o czymś zapominał. Chciał wyjąć ręce z kieszeni, żeby zasłonić uszy, ale George mu nie pozwolił. Możesz je sobie odmrozić, powiedział, ale rąk nie możesz. Nie potrzebujesz uszu, żeby odpalić samochód na krótko. Na dworze było minus szesnaście.

— Ten — wskazał George. — Po prawej.

Blaze odwrócił głowę i zobaczył saaba. Z naklejką. Nie nadawał się zupełnie do wzięcia.

— To jest lewa — objechał go George. — Mówiłem: po prawej, matołku. Prawa ręka to ta, którą dłubiesz w nosie.

— Przepraszam, George.

Tak jest, znów zrobił z siebie matoła. Dłubać w nosie potrafił obiema rękami, ale wiedział dobrze, że prawa to ta, którą się pisze. Pomyślał o tej ręce i spojrzał w tamtą stronę. Ciemnozielony ford.

Blaze podszedł do niego, stąpając ze starannie udawaną swobodą. Obejrzał się przez ramię. Ta piwiarnia, do której należał parking, to był bar studencki. Nazywał się Worek. Głupio, bo przecież worek się ma z jajami. Knajpa mieściła się w suterenie. W piątki i soboty grała tam kapela. W środku na pewno było tłoczno i ciepło, a na parkiecie skakało mnóstwo dziewczynek w krótkich spódniczkach. Gdyby tak tam zajrzeć, tylko rzucić okiem…

— Co ty mi tu odstawiasz? — parsknął George. — Niedzielny spacerek z rodziną? Mojej ślepej babci byś nie nabrał. Rób, co masz robić, tak?

— Dobrze, ja tylko…

— Jasne. Wiem. Ty tylko. Skup się na robocie.

— Dobra.

— Kto ty jesteś, Blaze?

Zwiesił głowę i pociągnął nosem, połykając gila.

— Matoł.

George zawsze mówił, że matolstwa nie ma się co wstydzić, ale fakt jest faktem i trzeba się z nim pogodzić. Matoł nie nabierze nikogo, że ma nie wiadomo ile oleju we łbie. Wystarczy spojrzeć i wiadomo: światło się pali, ale w domu pusto. Matoł zawsze ma tylko zrobić swoje i spadać. A jak go złapią — od razu przyznać się do wszystkiego, byle nie sypał tych, co z nim byli. Bo całą resztę i tak w końcu z niego wycisną. George mówił, że matoły kłamią jak pierdoły.

Blaze wyjął ręce z kieszeni i dwa razy rozprostował dłonie. Kostki strzeliły w mroźnym powietrzu.

— Jesteś gotowy, byku? — zapytał George.

— Tak.

— To idę na piwo. Bierz się do roboty.

Blaze poczuł, jak panika ściska go za gardło.

— Ej, no nie, przecież ja tego nigdy nie robiłem. Zawsze tylko się przyglądałem, jak ty robisz.

— No to dziś koniec tego przyglądania. Działaj.

— Ale…

Urwał. Gdyby chciał mówić dalej, musiałby krzyczeć, więc nie miało to sensu. Śnieg skrzypiał twardo, kiedy George szedł w stronę piwiarni. Po chwili miarowy puls basu zagłuszył odgłos jego kroków.

— Jezu… — jęknął Blaze. — O Jezu Chryste.

I jeszcze do tego zaczęły marznąć mu palce. Przy takiej temperaturze będą sprawne tylko przez pięć minut. Góra pięć. Podszedł do drzwi od strony kierowcy, pewien, że będą zamknięte. Gdyby się tak okazało, to samochód jest spalony, bo Blaze nie miał wytrycha. To George zawsze nosił wytrych. Tylko że drzwi były otwarte. Pociągnął za klamkę, pogmerał chwilę w środku, znalazł rączkę do otwierania maski i lekko szarpnął. Potem przeszedł na przód samochodu, wsadził palce pod maskę i podniósł ją, namacawszy drugi zamek.

Wyciągnął kieszonkową latarkę, którą miał przy sobie, włączył i skierował promień na silnik.

Znajdź przewód od zapłonu.

Ale to wyglądało zupełnie jak micha z makaronem. Kable od akumulatora, jakieś wężyki, przewody od świecy zapłonowej, przewód paliwowy…

Stał tak i zlewał się potem, który zamarzał mu na policzkach. Wiedział, że nie da rady. W życiu nie da sobie z tym rady. I nagle wpadł na pewien pomysł. Może nieszczególnie błyskotliwy, ale pomysły miewał tak rzadko, że kiedy już jakiś się trafił, to trzeba się było go trzymać. Wrócił do drzwi kierowcy i otworzył je z powrotem. Zapaliło się światło, ale na to już nie mógł nic poradzić. Ktoś, kto by go teraz zobaczył, pewnie pomyślałby, że nie może odpalić silnika i chyba nic dziwnego: wieczorem, w taki ziąb… Nawet George nie mógłby się przyczepić do takiego rozumowania. Gdyby nie chciał.

Blaze opuścił daszek przeciwsłoneczny nad kierownicą, mając wariacką nadzieję, że spadnie mu do ręki zapasowy kluczyk; niektórzy chowali je w tym miejscu. Ale właściciel tego samochodu trzymał tam tylko starą skrobaczkę do lodu i to ona spadła zamiast kluczyka. Blaze poszperał z kolei w schowku na rękawiczki. Było w nim pełno jakichś papierzysk. Wywalił wszystkie na podłogę, klękając na siedzeniu kierowcy i dysząc obłoczkami pary. Oprócz papierów znalazł pudełko Junior Mints, miętówek w czekoladzie, ale kluczyków nie było.

No i masz, cholerny matole, usłyszał w myśli głos George’a. Jesteś zadowolony? To teraz może chociaż spróbujesz odpalić na krótko?

Mogę spróbować, pomyślał Blaze. Przynajmniej wyrwę parę drutów i zetknę je razem, tak jak robił George. Zobaczymy, co się stanie. Zamknął drzwi i zgarbiony ruszył z powrotem na przód forda, ale nagle stanął w miejscu. Przyszedł mu do głowy jeszcze jeden pomysł. Wrócił, otworzył drzwi, pochylił się, uniósł dywanik. I znalazł. Na kluczyku nie było napisane FORD ani w ogóle nic, bo był dorobiony, ale miał kwadratowy uchwyt i wszystko, co potrzeba.

Blaze podniósł go z podłogi i ucałował zimny metal.

Otwarty samochód, pomyślał, a potem: Otwarty samochód i klucz pod dywanikiem. A potem jeszcze: Są tu dzisiaj głupsi ode mnie, George.

Usiadł za kierownicą, zatrzasnął drzwi, wsunął klucz do stacyjki — wszedł jak w masło — i zauważył, że nie widać parkingu, bo nie opuścił maski. Rzucił szybko okiem w lewo, a potem w prawo, żeby sprawdzić, czy przypadkiem George nie postanowił wrócić, by mu pomóc. Ciosałby Blaze’owi kołki na głowie do sądnego dnia, gdyby tak zobaczył tę maskę. Ale George’a nigdzie nie było widać. Na całym parkingu nic, tylko samochody, gęsto jak drzewa w tundrze.

Blaze wysiadł i zatrzasnął maskę. Potem wrócił do drzwi i nagle zamarł z dłonią wyciągniętą w stronę klamki. A George? Czy nie trzeba teraz iść po niego do tej knajpy? Przysiadł bokiem na siedzeniu, spuścił głowę i zmarszczył brwi. Lampka pod sufitem żółciła mdłym światłem jego wielkie dłonie.

Wiesz co, pomyślał wreszcie, prostując się z powrotem. Kij mu w ryj.

— Kij ci w ryj, George — powiedział na głos. George kazał mu przyjechać tutaj stopem. Umówił się z nim, a teraz znów sobie poszedł i zostawił go, żeby sam odwalił całą brudną robotę. Udało się, bo jakimś głupim fartem Blaze znalazł zapasowy klucz, więc George’owi teraz kij w ryj. Niech sobie połapie stopa, kiedy jest minus szesnaście.

Blaze zamknął drzwi, włączył bieg i wyjechał z parkingu, a gdy już wyprowadził forda na jezdnię, wcisnął gaz do dechy. Samochód szarpnął, zarzucając tyłem po twardo ubitym śniegu, a Blaze nadepnął z całej siły na hamulec, porażony nagłym atakiem paniki. Co ja wyprawiam, zapytał siebie. Co ja sobie myślę? Jechać bez George’a? Złapią mnie, zanim ujadę pięć kilometrów. Albo nawet jeszcze szybciej, na najbliższych światłach. Nie mogę jechać bez George’a.

Ale przecież George nie żyje.

Pieprzenie! Przed chwilą z nim gadałem. Poszedł do knajpy na piwo.

Nie żyje.

— O rany, George — jęknął Blaze, garbiąc się nad kierownicą. — Ja nie chcę, żebyś nie żył. Żyj, proszę cię.

Przez chwilę siedział nieruchomo. Silnik pracował bez zarzutu, nie stukał ani nic, chociaż był zimny. Strzałka paliwa pokazywała trzy czwarte baku. We wstecznym lusterku kłębił się dym z rury wydechowej, biały i lodowaty.

George nie wyszedł z piwiarni. Nie mógł wyjść, bo nie wszedł. George nie żyje. Od trzech miesięcy. Blaze poczuł, że zaczyna dygotać.

Po jakimś czasie wziął się w garść, wdepnął gaz i ruszył. Na najbliższych światłach nikt go nie zatrzymał, na następnych też nie. Wyjechał z miasta i też go nikt nie zatrzymał. Kiedy mijał rogatki Apex, robił już osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Od czasu do czasu samochód trafiał kołem na zamarzniętą kałużę i ślizgał się lekko, ale Blaze’owi to nie przeszkadzało. Pozwalał się nieść poślizgowi. Jeździł po oblodzonych drogach już jako nastolatek.

Poza miastem dodał gazu do dziewięćdziesięciu pięciu i dopiero zaczęła się jazda. Reflektory obmacywały drogę jasnymi palcami długich świateł, a zaspy po obu stronach odpowiadały roziskrzonymi odblaskami. Kurde, ale się student zdziwi, jak przyprowadzi swoją studentkę do samochodu, a tam tylko puste miejsce. I co od niej wtedy usłyszy? Ty matole. Ostatni raz gdzieś z tobą poszłam. Ostatni raz.

— Poszedłam — powiedział głośno Blaze. — Jak studentka, to powie: poszedłam.

Uśmiechnął się na tę myśl, a uśmiech odmienił jego twarz nie do poznania. Włączył radio. Było ustawione na jakąś rockową stację. Zaczął kręcić gałką, aż znalazł country. Zanim dojechał do chałupy, zdążył się już rozśpiewać na cały głos i kompletnie zapomnieć o George’u.