Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
27 osób interesuje się tą książką
Na głogowskim Osiedlu Kopernika nocą zostaje śmiertelnie pobity młody mężczyzna, Damian. Ofiara przypadkowego rozboju? Zemsta ojców, którym nie spodobało się, że Damian zadawał się z ich nastoletnimi córkami? Aspirant Rita Lewandowska, która jeszcze nie otrząsnęła się po traumatycznych zdarzeniach pod Dreznem, podejrzewa, że śmierć mężczyzny ma związek z prowadzonym przez nią nieoficjalnym śledztwem w sprawie Roksany Zawiały, którą Damian znał. Policjantka trafia na trop prowadzący do Rawicza, gdzie będzie zmuszona zmierzyć się z lokalną mafią.
Robert Ostaszewski – twórca między innymi bestsellerowej trylogii kryminalnej z podkomisarzem Konradem Rowickim („Zginę bez ciebie”, „Śmierć last minute", „Tysiąc ciętych róż”), kryminalnej serii śląskiej („Zabij ich wszystkich” i „Ukochaj na śmierć”) oraz bestsellerowej serii o komisarz Renacie Łukowskiej "Zemsta & Partnerzy" i opartego na autentycznych zdarzeniach thrillera ”Oskórowany”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 103
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Robert Ostaszewski
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Bijatyki
Seria: Podkomisarz Rita Lewandowska (t. 2)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl
Projekt okładki: Magdalena Zawadzka Auresusart
Grafiki na okładce:
shutterstock /Yana Lysoshutterstock /tetesongshutterstock /Photo Art Wall Decoration
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-67978-82-8
Trochę później
Krawężniki atakują bez uprzedzenia, myślał z rozbawieniem, kiedy już udało mu się złapać równowagę.
Mało brakowało, a wylądowałby kolanami na chodniku. Pobolałoby i przestało, ale nowych spodni byłoby szkoda. Dał za nie prawie pięć stów. Musiał inwestować w siebie, w wygląd. Inaczej nie mógł przy tym, co robił. Poczuł zawroty głowy, wolał nie ryzykować kolejnej utraty równowagi, więc usiadł na pierwszej lepszej ławce, żeby trochę ochłonąć.
Zaczynał żałować, że nie wziął taksówki, przecież było go stać. Górę wzięła oszczędność, którą od małego wpajała mu matka. „Oszczędzają bogaci, tobie też się opłaci” – nie raz, nie dwa raczyła go tym powiedzonkiem, które nie wiadomo skąd wytrzasnęła. Poza tym kiedy wychodził z knajpy, pomysł, żeby przejść się i trochę przewietrzyć po chlaniu, wydawał mu się dobry. Noc była ciepła, a do domu nie miał daleko. Był jednak bardziej pijany, niż przypuszczał. Bywa i tak.
Zapalił i zapatrzył się w okna bloku, przed którym siedział. Większość była już ciemna, tylko w nielicznych widać było światło albo sinawą poświatę telewizora. „Bida z nędzą” – to też ze skarbnicy tekstów matki. W takiej wyrósł, ale już niedługo porzuci ją na zawsze. Miał od dłuższego czasu naprawdę dobrą passę, pieniędzy regularnie przybywało. Jeszcze trochę, a będzie go stać na naprawdę porządny dom w dobrej okolicy. Dla niego i matki, bo przecież ktoś te setki metrów kwadratowych, z ogrodem na dokładkę, będzie musiał ogarniać. On zwyczajnie nie nadawał się do takiej roboty. Do tego matce to się należało. Niech sobie wreszcie pożyje jak prawdziwa pani, pomyślał z pijacką czułostkowością.
Żar peta dotknął palców. Syknął i rzucił go pod ławkę. Poczuł się zmęczony i senny. Jak to po alko, nie ma dziwne. Kiedy zabrał do knajpy kolejną dziunię i ją głuszył, oczywiście nie pił. Musiał wyglądać i zachowywać się jak na porządnego faceta przystało. On i porządny, rozbawiła go ta myśl. Jednak potem, kiedy odprowadził ją do domu, napatoczył się stary kumpel jeszcze z podstawówki. Od słowa do słowa, wrócili do baru i zrobili długą serię szybkich shotów. Trudno, jakoś dowlecze się na kwadrat. Rozejrzał się dookoła, aby ustalić, gdzie dokładnie się znajduje. Znał przecież tutaj każdy chodnik, każdy skrót. Już wiedział. Miał przed sobą maks trzysta metrów do własnego bloku. Przez moment kusiła go myśl, żeby wydzwonić taksę, ale przecież kierowca by go zabił śmiechem, gdyby powiedział mu, gdzie ma go wieźć. Uznał, że się dowlecze, bo nie ma, że boli. Wstał i lekko chwiejnym krokiem ruszył przed siebie.
Skrótem koło placu zabaw dotarł do chodnika i wszedł pomiędzy kolejne bloki. Miał naprawdę niedaleko. Marzył już tylko o jednym, by rzucić się na wyrko i zasnąć. Nawet w opakowaniu. Z naprzeciwka nadchodził koleś w dresowych spodniach i bluzie z kapturem na głowie. Na jego widok spiął się w sobie, by iść w miarę prosto. Na ile tylko był w stanie. Strzeżonego i takie tam, nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, a młodziaki lubiły dymić. Zanim się minęli, zakapturzony zagadał:
– Masz fajkę?
– Nie palę – rzucił i poszedł dalej.
Myślał, że jest po temacie, kiedy poczuł, że ktoś od tyłu mocno chwyta go za ramiona i ujmuje niczym w kleszcze. Szarpnął się, ale był zbyt pijany, by walczyć. Nie wiadomo skąd pojawił się następny koleś w kapturze. Nie był nastolatkiem. Jego wzrok nie wróżył niczego dobrego.
– Zaraz – zabełkotał, wciąż próbując uwolnić się z uścisku, który stał się jeszcze mocniejszy. – O co biega? Ja jestem stąd. To moja dzielnia.
– Już niedługo – powiedział głucho ten, który stał przed nim.
Dostał cios prosto w splot słoneczny i byłby się zgiął, gdyby nie był trzymany, a podbródkowy go całkiem nie wyprostował. Tylko nie na glebę, nie na glebę, myślał rozpaczliwie. Wtedy napastnik, który go trzymał, nagle go puścił, a sierp prosto w twarz powalił go na chodnik. Skulił się, z przerażeniem czekając na kopniaki.
Doczekał się…
29 maja 2024 roku, środa, Głogów
Korytarz zdawał się nie mieć końca. Szła powoli w ciemnościach, bo światło dawno zgasło. Szukała drzwi. Jakichkolwiek, byle tylko wydostać się z tego miejsca, z budynku, którego nie znała. Może to był blok, może biurowiec. Nie wiedziała i nie miała pojęcia, jak się w nim znalazła. Idąc, dotykała palcami ściany po to, żeby się nie zgubić, a trochę dlatego, że był to jedyny stały element w ciemnej przestrzeni. Punkt oparcia? Chyba nie do końca. Tynk na ścianie był nierówny, chropawy. Czuła coś mokrego na opuszkach palców. Poraniła się? To krew? Nie była pewna, bo nie czuła bólu. Zatrzymała się i possała kciuk niczym niemowlę. Słony i lekko żelazisty, czyli jednak krew. Co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejęła. Z palcami na ścianie ruszyła dalej, nie wiedząc, dokąd korytarz ją doprowadzi.
Nagle ściany się skończyły. Siłą rozpędu zrobiła jeszcze jeden krok, a potem się zatrzymała. Nasłuchiwała. Było przerażająco cicho. Trafiła na rozwidlenie korytarza. W którą stronę pójść? Coś w tyle jej głowy szeptało uporczywie, że teraz nie ma już wyboru, że musi iść cały czas do przodu.
– Stało się, nie mogę zawrócić – powiedziała.
Z wyciągniętymi rękami ruszyła przed siebie. O dziwo, nie trafiła na kolejną ścianę, tylko na drzwi, których tak szukała.
– Wreszcie – szepnęła z ulgą.
– Otworzysz, kurwa, wreszcie!
Rozchyliła powieki. Przez chwilę dostrzegała jedynie mgłę. Jednym okiem, bo drugie, zaropiałe, nie chciało się otworzyć. Usłyszała walenie do drzwi, które o mało nie rozsadziło jej czaszki.
– Szlag – wybełkotała jękliwie.
Przetarła poślinionymi palcami powieki. Wzrok wrócił, podobnie jak pamięć, przynajmniej o tyle, o ile. Nie było dobrze. Leżała na podłodze w przedpokoju z adidasem pod głową. Usiadła, lekko nią zakolebało. Wciąż była pijana. Zbierając siły, przysłuchiwała się przytłumionym głosom dochodzącym zza drzwi.
– Co tu się dzieje? Na policję zadzwonię.
– Policja już tu jest.
Parzyszek? Co on tu robi? – myślała gorączkowo, próbując się podnieść. Słabo jej to szło, więc na czworakach dotarła do drzwi i trzymając się klamki, wstała. Odblokowała zamek i uchyliła drzwi. Zobaczyła Lewego, który stał przed żywo gestykulującym mężczyzną. Chciała zawołać do partnera, ale tylko zaniosła się kaszlem. Lewy odwrócił się w jej stronę i szybkim krokiem ruszył w jej kierunku. Wpadł do środka, popychając drzwi. Puściła klamkę, straciła równowagę i po ścianie osunęła się na podłogę.
– Kurwa, Rita, co ty odpierdalasz? – spytał ze złością i trzasnął drzwiami.
Próbowała stanąć i się wytłumaczyć. Nadaremno, bo plątały jej się i nogi, i język. Pokręcił głową, chwycił ją pod pachy i zawlókł do łazienki. Próbowała protestować, ale wciąż nie była w stanie wyartykułować choćby jednego w miarę zrozumiałego słowa. Usadził ją w ubraniu pod prysznicem i puścił zimną wodę. Wrzasnęła.
– Zostawiam cię tutaj. Ogarnij się. Mamy do pogadania.
Po chwilowym szoku poczuła, że woda ją koi. Odrobinę. Myślała, że może już wstać, ale kiedy tylko podniosła się z dna brodzika, szarpnęły nią torsje. Ledwie zdążyła do muszli klozetowej.
Okryta ręcznikiem powlokla się do pokoju. Założyła na siebie pierwszy lepszy T-shirt i spodnie. Przez głowę przeleciała jej absurdalna w tej sytuacji myśl, że od zimnej wody sterczą jej sutki. W sumie – najmniejszy z jej porannych problemów.
W kuchni czekała na nią gorąca kawa. I wyraźnie zirytowany Lewy, który palił, strzepując popiół do słoika z odrobiną wody.
– Tu się nie pali – wycharczała wreszcie w miarę zrozumiale.
Parzyszek tylko skrzywił się i powiedział:
– Co ty nie powiesz? I wytłumacz mi wreszcie, z łaski swojej, co takiego odpierdalasz? Przecież wiesz, jak głównodowodzący jest cięty na pijaństwa.
– Po służbie byłam. No i w domu piłam.
– A ty w ogóle coś pamiętasz z tego, co działo się w nocy? – Lewy jej nie odpuszczał.
Pociągnęła łyk kawy. Mocnej. Znowu poczuła lekkie mdłości. Odetchnęła głębiej kilka razy. Puściło. Co pamiętała? Na pewno najpierw piła wódkę. Rozejrzała się po kuchni. Przy zlewie stała pusta butelka po winie. To musiało ją dobić. Jedenaste przykazanie: nie mieszaj. Czy jakoś tak.
– Widzę, że nie bardzo – kontynuował jej partner. – Koleś, z którym rozmawiałem przed wejściem do twojej chaty, mówił, że łaziłaś po nocy i wyłaś do księżyca.
Faktycznie tak było? Powoli wracały do niej obrazy z ostatniej nocy, niejasne i nieciągłe, zmontowane przez świadomość niczym awangardowy teledysk ze zbyt szybką akcją.
– Masz szczęście, że nie zadzwonił do nas. Więc jeszcze raz, co się stało?
– A jak ty w ogóle do mnie trafiłeś? – spytała, próbując odwlec tłumaczenie się przed Parzyszkiem.
– Bo w policji robię – żachnął się. – Mówiłaś mi przecież, że się przeprowadzasz na tę ulicę, a przed domem stoi twoje auto.
Śledczy roku, pomyślała i na szczęście ugryzła się w język, zanim powiedziała to na głos.
Lewy wrzucił peta do słoika. Syknęło.
– Nooo? – zachęcił ją po raz kolejny. – Mów, co się stało. Bez ściem.
– Miałam załamkę.
Nie skłamać, ale prawdy też nie powiedzieć – najlepsza i właściwie jedyna strategia, którą mogła wykorzystać.
– To akurat zauważyłem. Ale dlaczego?
Znowu upiła łyk kawy, który tym razem wszedł jej gładko.
– Wróciły do mnie takie tam stare, wrocławskie sprawy – zaczęła szyć kłamstwo z strzępów informacji. Widziała, że Lewy już zbiera się, by coś powiedzieć, więc dodała: – Prywatne.
Pokręcił głową. Wyciągnął z paczki papierosa, poobracał go w palcach, a potem odłożył.
– Rita, jesteśmy partnerami, możesz mi mówić o wszystkim.
Partnerami, dobre sobie. Wciąż nie do końca ufała Parzyszkowi, bo zdawała sobie sprawę, że jest egoistą. Wydawało jej się, że on także do końca nie ufa jej. Taki układ.
– Posłuchaj mnie, kobieto nieszczęsna. Robimy ze sobą już prawie rok. I chyba zauważyłaś, że głupi nie jestem. Jest jasne jak słońce, że nikt o zdrowym łbie nie prosi o przeniesienie z Wrocka do Głogowa, więc…
– Miałam swoje powody – próbowała uciąć jego przemowę.
– Oczywiście, ale wiem, że nie chodziło o robotę.
W Ricie od razu się zagotowało.
– Sprawdzałeś mnie? – wywarczała pytanie.
– A to niby takie dziwne? – Patrzył jej prosto w oczy. – Działam z tobą, więc musiałem wiedzieć, czego się spodziewać. Ale spoko luz, nie robiłem tego oficjalnie. Tylko popytałem znajomków.
– Wielkie dzięki, o łaskawco – skomentowała z przekąsem.
– No to mów, co właściwie się stało.
Zastanawiała się, co mu powiedzieć. Czuła, że za chwilę zagarnie ją gigantyczny kac, nie miała siły na kłótnię z Lewym. Musiała mu coś dać. Cokolwiek.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Prolog
Rozdział pierwszy
Bicie się z myślami
Rozdział drugi
Pił i bił
Epilog
