Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa - Piotr Lipiński - ebook
Opis

Urodzony w 1917 roku Adam Humer do partii komunistycznej wstąpił jeszcze przed II wojną światową. W latach stalinizmu był wicedyrektorem Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Prowadził postępowania przeciwko antysystemowemu podziemiu, bił i torturował. Po ponad pięćdziesięciu latach stanął przed sądem i trafił do tego samego więzienia na warszawskim Mokotowie, w którym pół wieku wcześniej stosował bestialskie metody przesłuchań. 

Sprawa Adama Humera wstrząsnęła opinią publiczną. Po jednej stronie kaci, po drugiej żyjące ofiary, pomiędzy nimi opieszały sąd. Piotr Lipiński kreśli losy Humera od młodości przez karierę w UB po głośny proces o zbrodnie stalinowskie. Światopoglądowa schizofrenia, syndrom wyparcia czy ślepa wierność ideologii? Trudno określić postawę antybohatera tego reportażu, człowieka, który stał się symbolem powojennego terroru komunistycznego.

„Dość trudno precyzyjnie powiedzieć, czym jest ta książka. Na pewno nie jest to bowiem pełna naukowa biografia Adama Humera. Nie jest to jednak także tylko dziennikarski reportaż z procesu jednego ze „zwyczajnych zbrodniarzy w mundurze”. Nie jest to wreszcie swoista autorska próba Piotra Lipińskiego „rozliczenia się” z pisania o stalinizmie w Polsce, której to tematyce poświęcił wiele swoich tekstów. Wszelako na pewno jest to lektura obowiązkowa nie tylko dla każdego z „peerelistów”, ale także dla tych wszystkich osób, które nie tylko chcą wiedzieć, jak było, ale także spróbować zrozumieć, dlaczego tak było, co w żadnym razie nie musi oznaczać rozgrzeszania zbrodniarzy, ani tym bardziej wybaczania im win w cudzym imieniu."

prof. Jerzy Eisler

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


W serii ukazały się ostatnio:

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

W serii ukażą się m.in.:

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Piotr Lipiński

Bicia nie trzeba było ich uczyć

Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce pochodzi z kwestionariusza dla współpracowników Resortu Bezpieczeństwa Publicznego z 1944 roku, w zbiorach Instytutu Pamięci Narodowej.

Copyright © by Piotr Lipiński, 2016

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Agnieszka Frysztak / d2d.pl, Sandra Trela / d2d.pl

Skład pismami Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-227-1

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Wołowiec 2016

Wydanie II poprawione i rozszerzone

Prolog

Piekło istnieje. Przynajmniej na ziemi.

Wydarzenia opisane w tej książce są prawdziwe. Dlatego trudno w nie uwierzyć.

* * *

Tego dnia runęła cała przyszłość Marii Hattowskiej, drobnej, malutkiej kobiety, odznaczonej w czasie wojny Krzyżem Walecznych i dwukrotnie Krzyżem Zasługi z Mieczami.

Było lato 1946 roku. Maria boleśnie już na resztę życia zapamiętała datę: 19 lipca. Siedziała w warszawskim więzieniu na Mokotowie fałszywie oskarżona o szpiegostwo.

Wiedziała, że będą bić. Wszyscy w więzieniu o tym słyszeli. Kiedy wieczorem tego dnia wyprowadzano ją z celi, koleżanka zawiesiła jej na szyi swój medalik.

Zaprowadzono ją na przesłuchanie; w pokoju czekało ośmiu mężczyzn. Byli wśród nich Józef Różański i Adam Humer.

– Różański zaczął pierwszy – opowiadała mi Maria Hattowska. – Kopnął mnie, aż spadłam z krzesła. Humer bił nahajką. Miała na końcu kulkę, która przy uderzeniach przecinała skórę. Celował w nerki. Liczył swoje uderzenia. Przy sto pięćdziesiątym powiedział, żeby go zastąpili, bo się zmęczył. Dostałam następne sto pięćdziesiąt, aż się przestraszyli, że uniknę dalszego śledztwa. Wezwali lekarza.

Agonia jest przyjemna – zapamiętała.

– Nie czuć w ogóle bólu. Lekarz jednak przygotował zastrzyk, a ja wykręcałam rękę, żeby nie mógł się wkłuć. Chciałam umrzeć. Ale udało im się mnie uratować.

Gdy mówiła te słowa, miała osiemdziesiąt dwa lata. Mieszkała na piątym piętrze w domu bez windy. Oddychała z trudem.

– Do dziś z powodu uszkodzonych nerek cierpię na nadciśnienie. Nie wyszłam za mąż, żeby nie być dla nikogo kłopotem.

I wspominała o najgorszym:

– Bili mnie w krocze. Po tym już nie mogłam mieć dzieci.

* * *

Huk żelaznych krat w najsłynniejszym polskim więzieniu. To samo miejsce: Warszawa, Mokotów, Rakowiecka. Inny czas: rok 1993.

Do pokoju widzeń wchodzi niewysoki, krępy mężczyzna. Ma siwe włosy i krzaczaste brwi opadające na niebieskie oczy. W skromnej granatowej marynarce wygląda na ubogiego emeryta. W tramwaju wypadałoby ustąpić mu miejsca.

– Nie zgodziłem się dotąd na dłuższą rozmowę z żadnym dziennikarzem – to były jedne z pierwszych słów, jakie wypowiedział do mnie Adam Humer. Kiedy spotkaliśmy się w więzieniu, siedział już trzeci miesiąc. – Chciałem uniknąć procesu w prasie, zanim dojdzie do rozprawy w sądzie – dodał. – Od 1989 roku wiedziałem, że trafię za kratki. Jestem wdowcem, nie ożeniłem się ponownie, żeby nazwiska mojej opiekunki nie wiązano ze mną.

Od razu uprzedził, że nie obrażają go określenia „bolszewik”, „komuch”, „ubol”.

– To są komplementy – stwierdził.

– Pamięta pan bicie Marii Hattowskiej? – zapytałem pod koniec pierwszego widzenia.

– Nigdy takiej kobiety nie spotkałem – zaprzeczył. – To charakterystyczne nazwisko, na pewno bym zapamiętał. Teraz w tele­wizji pokazali moją twarz i zaczęła się nagonka. Wszystkim się wydaje, że to ja ich biłem.

* * *

Adam Humer był starszy ode mnie o pół wieku. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, miał siedemdziesiąt pięć lat. Ja – dwadzieścia pięć.

Tuż po wojnie urzędował w więzieniu na Mokotowie; pracował wtedy jako oficer śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Po prawie czterdziestu latach powrócił na Rakowiecką jako aresztant.

Podczas którejś z naszych rozmów zdenerwował się, że nic mi nie mówi nazwisko słynnego, jak się okazało, generała. Kategorycznie uznał:

– Pan jest za młody, żeby ze mną rozmawiać.

– To chyba dobrze – przekonywałem – bo nie mam żadnego stosunku do tamtych czasów.

Humer uciął krótko:

– Pan przez swoje młode życie nasiąkł tylko hasłami głoszonymi od osiemdziesiątego roku.

Miał na myśli pokolenie ludzi, którzy wyrośli razem z pierwszą opozycyjną „Solidarnością” z 1980 roku. Znienawidzoną przez takich jak Adam Humer.

„Solidarność” powstała już w czasach, kiedy on sam nie miał żadnego politycznego znaczenia. Ale wciąż w gronie znajomych demonstrował swoje komunistyczne przekonania. Uparcie pozostawał im wierny. Jakby wciąż żył prawie pół wieku wcześniej. Podczas naszych spotkań ani razu nie zdarzyło się nam mieć takiego samego zdania na jakikolwiek temat.

Kiedy go poznałem, Adam Humer był pierwszym i jedynym człowiekiem w III Rzeczpospolitej aresztowanym pod zarzutem popełnienia zbrodni stalinowskich. Inaczej: był podejrzewany o dokonanie zbrodni przeciwko narodowi polskiemu.

Był początek 1993 roku. Gdy spotykaliśmy się w mokotowskim więzieniu, prokuratura zbierała przeciwko niemu dowody. Podejrzewała, że uczestniczył w śmiertelnym pobiciu Tadeusza Łabędzkiego, szefa podziemnego Pogotowia Akcji Specjalnych Narodowych Sił Zbrojnych, którego ciało zakopano w lesie. Prokurator zarzucał Humerowi również torturowanie innych więźniów.

Szczyt „kariery” Adama Humera przypadł na przełom lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Władzę w Polsce przejęli wówczas komuniści, wspierani i kierowani z Moskwy przez Józefa Stalina. Rządy w powojennej Polsce stanowili za pomocą aparatu przemocy, którego najważniejszym elementem było Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. W MBP Adam Humer piastował stanowisko wicedyrektora Departamentu Śledczego. Został zastępcą demonicznego Józefa Różańskiego, Polaka żydowskiego pochodzenia, który słynął z sadystycznego znęcania się nad więźniami.

Adam Humer prowadził najsłynniejsze w tamtych latach śledztwa polityczne. Przesłuchiwał opozycyjnego, wywodzącego się Polskiego Stronnictwa Ludowego wicepremiera Stanisława Mikołajczyka. Niedługo później Mikołajczyk, obawiając się aresztowania, uciekł na Zachód.

Wydobywał zeznania od biskupa Czesława Kaczmarka, któremu w pokazowym procesie zarzucono szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych i Watykanu oraz wojenną kolaborację z Niemcami.

Zatwierdził akt oskarżenia rotmistrza Witolda Pileckiego, który na polecenie polskiego podziemia organizował ruch oporu w obozie Auschwitz, a przez komunistyczny wymiar sprawiedliwości został skazany na śmierć.

Nadzorował śledztwa przeciwko całemu powojennemu anty­komunistycznemu podziemiu: pięciu kolejnym komendom organizacji Wolność i Niezawisłość oraz trzem Narodowych Sił Zbrojnych. Ich procesy skończyły się wieloma wyrokami śmierci.

Adam Humer był więc bardzo ważnym trybem w ówczesnej komunistycznej machinie. Choć pod względem władzy politycznej daleko mu było do sprawującego urząd prezydenta Bolesława Bieruta czy nawet ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza, to jednak w systemie represji odgrywał istotną rolę. Jego nazwisko budziło wśród ludzi grozę.

Historia Adama Humera początkowo wydawała mi się zupełnie nieciekawa. Z jednego prostego powodu – bo to już historia. Kiedy pierwszy raz o niej usłyszałem, w Polsce działy się niezwyk­łe rzeczy. Kraj po 1989 roku odzyskał suwerenność, rodziły się na nowo polska demokracja i kapitalizm. Zapełniały się sklepy; jedni się bogacili, inni biednieli. Wszystko stawało się inne niż za czasów PRL-u.

Kiedy jednak wsłuchałem się w świat Humera, odkryłem, że ta historia nie jest martwa. Wciąż żyli jej główni bohaterowie i choć minęło pół wieku, nadal myśleli o sobie nawzajem. Przeszłość nie była dla nich zamkniętym rozdziałem.

Podwładni i ofiary Humera to były nadal dwa różne światy, które łączyło tylko jedno: wszyscy byli w podeszłym wieku, wszyscy schorowani. Pierwsi swoją niechęć do rozmów ze mną tłumaczyli złym zdrowiem, drudzy – mimo chorób – znaleźli czas na wspomnienia.

Ofiary po raz pierwszy mogły publicznie opowiedzieć o swoim cierpieniu. Przez PRL-owskie dziesięciolecia więźniowie polityczni stalinizmu musieli wszystko w sobie tłumić. Tymczasem ich oprawcy odbierali odznaczenia za umacnianie władzy ludowej.

Teraz dla ofiar nadszedł czas oczyszczenia – gdy opowiadali o swych wstrząsających przeżyciach, wreszcie mogli zrzucić z siebie wielki ciężar. Ale nie było to proste. Niektórzy wciąż milczeli, dusząc w sobie przeszłość. Otwierali się dopiero po długim namyśle.

Słuchając tych opowieści, czytając dokumenty z lat stalinizmu, odkrywałem, że ta historia jest nieodłączną częścią tworzącej się właśnie nowej demokratycznej III Rzeczpospolitej. Rozliczenie się z czasami komunizmu podzieliło społeczeństwo i polityków. Rozgorzał spór, czy po latach należy karać ludzi w podeszłym wieku, takich jak Adam Humer.

Jego sprawa była wierzchołkiem góry lodowej. Dyskutowano bowiem też o tym, czy cały Urząd Bezpieczeństwa uznać prawnie za organizację zbrodniczą i czy wszystkim jego pracownikom – niekiedy wcześniejszym żołnierzom wojennej komunistycznej partyzantki – odebrać uprawnienia kombatanckie.

Do Adama Humera w mokotowskim więzieniu przychodziłem kilka razy. Rozmawialiśmy wiele godzin. Napisałem wtedy swój pierwszy reportaż o nim – Powrót Adama Humera. Ukazał się w „Gazecie Wyborczej”.

Przypuszczałem, że ta sprawa, przynajmniej dla mnie, zakończyła się.

Potem zaczął się proces. Poszedłem na pierwsze posiedzenie sądu, na którym znowu poczułem, że ten świat mnie wciąga. W efekcie ponad dwa lata relacjonowałem przebieg rozpraw w „Gazecie Wyborczej”.

Zwykle dwa razy w miesiącu siadałem w jednej sali sądowej z ofiarami i ich katami. Jednym i drugim na korytarzu mówiłem „dzień dobry”. Stawałem między nimi w kolejce do sądowej szatni.

Prowadzący sprawę prokurator Stefan Szustakiewicz wydawał mi zgodę na widzenie z podejrzanym „przy stoliku bez udziału osób trzecich”. Rozmawialiśmy więc w specjalnym więziennym pokoju, gdzie nie przeszkadzał nam żaden pracownik aresztu.

Zawsze czekałem, aż strażnik doprowadzi Humera. Czułem się zażenowany, że na moje żądanie staje przede mną człowiek o wiele ode mnie starszy.

Siadaliśmy naprzeciwko siebie po dwóch stronach biurka. To miejsce, to biurko, mimowolnie kojarzyło się z przesłuchaniem.

I

Śledztwo

TEGO nie trzeba uczyć

Barbara Sikorska po raz pierwszy zobaczyła Humera w październiku 1948 roku w więzieniu na Mokotowie. Była przesłuchiwana, kiedy wszedł, zapytał o coś, uderzył ją po twarzy i wyszedł. Po prostu.

Potem Humer jeszcze kilkakrotnie kontrolował podległego mu oficera. Za każdym razem tłukł Sikorską w twarz, w końcu wybił dolny ząb.

– Jeden z czterech, które wtedy straciłam – zapamiętała.

Kobiety nie mogły liczyć na taryfę ulgową wśród ubeków. Były torturowane na równi z mężczyznami.

Barbara Sikorska znalazła się w areszcie w związku z procesem lotników. Sąd wojskowy uniewinnił ją z zarzutu szpiegostwa po procesie, który odbył się w więziennej fryzjerni.

– Starałam się potem zapomnieć o Mokotowie, ale jak wypiję parę kieliszków, to opowiadam tylko o więzieniu – wyznała Barbara Sikorska.

* * *

– Czy ojciec pana bił? – zapytałem Humera.

– Jasne, w środowisku wiejskim to było normalne – odpowiedział spokojnie, ale po chwili zauważyłem zaniepokojenie na jego twarzy. – Dlaczego pan o to pyta? – rzucił i zaraz zmienił temat.

Humer konsekwentnie unikał rozmów o biciu. Dziwił się, że mnie to interesuje. Potrafił długo opowiadać o ideologii, ale krótko ucinał, gdy pytałem o torturowanych więźniów. Tłumaczyłem to sobie na dwa sposoby. Z jednej strony niezręcznie mu było mówić o sprawach, o które wkrótce miał zostać oskarżony; im mniej powie, tym dla niego lepiej. Z drugiej strony – być może – spychał problem bicia gdzieś w głąb pamięci albo uważał za szczegół, który nie powinien mącić wizerunku komunisty. Bo przecież sam siebie widział jako niezłomnego obrońcę władzy ludowej, a nie jako zbrodniarza. To postępowa – jak uważał – ideologia miała być ważna, a nie krwawy sposób, w jaki wprowadzano ją w życie. Zwłaszcza że tych, którzy mieli inne przekonania, nie traktował jak przeciwników politycznych, lecz jako wrogów ludu.

Twierdził:

– Między rokiem 1944 a 1946 zdarzały się sporadyczne przypadki stosowania przymusu fizycznego w śledztwie. Były spowodowane chęcią skończenia z eskalacją terroru ze strony podziemia, w wyniku którego zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób.

– Przecież Barbarę Sikorską bił pan w 1948 roku – zdziwiłem się.

– Nigdy nie uderzyłem Żyda, Ukraińca ani kobiety – oświadczył. – Przymus fizyczny stosowano wtedy, kiedy chodziło na przykład o wykrycie magazynu broni czy przygotowywanie zamachu na czyjeś życie. Po 1946 roku bardzo rzadko kogoś bito.

* * *

Stanisław Skalski to jeden z legendarnych polskich lotników. Uczestniczył w bitwie o Anglię. Latając w brytyjskich dywizjonach, strącił dwadzieścia dwa niemieckie samoloty, dwukrotnie otrzymał order Virtuti Militari.

Po II wojnie światowej, choć Anglicy proponowali mu obywatelstwo, postanowił wrócić do kraju. Wielu polskich żołnierzy walczących na Zachodzie obawiało się powrotu do kraju. Mimo że powojenny los na emigracji często nie był dla nich łaskawy, nierzadko musieli się imać podrzędnych zajęć, to jeszcze gorzej wyglądały perspektywy w komunistycznej Polsce. Mogli się spodziewać prześladowań, a nawet aresztowania i uwięzienia na długie lata.

Stanisław Skalski wrócił do Polski w 1947 roku. Był to rok, kiedy komuniści sfałszowali wybory do Sejmu, a opozycyjny wicepremier Stanisław Mikołajczyk z obaw o aresztowanie uciekł na Zachód.

Stanisław Skalski został w polskiej armii instruktorem do spraw pilotażu, ale już rok później, w 1948 roku, trafił do aresztu. Oskarżono go o szpiegostwo, a potem skazano na karę śmierci. Przeżył, choć nie napisał prośby o ułaskawienie.

Podczas śledztwa zetknął się z Adamem Humerem.

– Na przesłuchaniu u Humera – opowiadał mi – położyli mnie brzuchem na stołek, spodniami okręcili nogi, żebym nie kopał. Czułem, jakby mi nogi obcinali, słyszałem świst powietrza, więc tłukli chyba czymś metalowym.

* * *

– Czym biliście Skalskiego? – zapytałem Adama Humera.

– Niczym – odpowiedział. – Mogło się zdarzyć, że parę razy go uderzyłem, ale tylko ręką.

Mimo że się opierał, starałem się wciągać go w rozmowy o biciu. Jeżeli już mi się to udawało, unikał dosłownego określenia, mówił o „przymusie fizycznym”. Kiedyś dociekałem:

– Pamięta pan wszystkie osoby, które zdarzyło się panu uderzyć w śledztwie?

– Nie.

– A w ogóle kogoś z pobitych?

– Raczej nie.

– Skąd się brały narzędzia bicia?

– Eee, nie, ręką tylko.

– To dlaczego świadkowie zeznają, że ich maltretowano pałkami, pasami…

– To jest kompletna bzdura. Protestuję przeciwko wymienianiu takich przejawów przymusu jak rwanie paznokci. Kompletna bzdura. Jakieś ściskanie jąder, TEGO nigdy nie było w moim departamencie.

Humer unikał dosłowności, uciekając się do formuły „TEGO”.

– Kto uczył bicia?

– Nikt. TEGO nie trzeba uczyć.

– Doradcy rosyjscy mówili o biciu?

– Nie, ale w pierwszym okresie na TO nie reagowali.

– Czy funkcjonariusze mieli świadomość, że bicie jest bezprawne?

– Oczywiście.

– Jak więc sobie tłumaczyli, że muszą bić?

– Chodziło o umocnienie zdobyczy klasy ludowej.

– Czy funkcjonariusze liczyli się z tym, że mogą odpowiadać za torturowanie?

– Gdyby TO było wyrafinowane, to tak. Może czasem zdarzały się takie wypadki. Ale jeśli było TO uzasadnione operacyjnie, kierownictwo najwyżej pogroziło palcem. Wiedział o tym Romkowski[1], wiedział Radkiewicz[2], no co tu dużo gadać. Oficjalna wersja była taka, że nie wolno, ale jeśli wyższy przełożony pozwalał, to z funkcjonariusza zdejmował odpowiedzialność. Wybieraliśmy mniejsze zło.

– Ci, których pan zamykał, walczyli przecież o niepodległość.

– Oni o niepodległość?! – Humer poczerwieniał, podnosząc głos. – Myśmy walczyli o niepodległą Polskę, bez obszarników, bez kapitalizmu, bez okupacji ziem ukraińskich, litewskich i biało­ruskich, pan rozumie?! Oni walczyli o rewindykacje dla Radziwiłłów, Szeptyckich, pan to rozumie?! A Piłsudski po co poszedł w 1920 roku na Kijów? Po Polskę? Nie, proszę pana. W każdym majątku obszarniczym był oddział hajduków, którzy chłopów trzymali w ryzach. Piłsudski był oberhajdukiem.

* * *

– Siedziałam na Mokotowie, bili mnie Kaskiewicz i Chimczak[3], o Humerze słyszałam od siostry – opowiadała mi kolejna kobieta, Hanna Stachiewicz. – Humer raz stłukł ją, nakrył płaszczem, usiadł na niej i dalej katował. Siostra ciężko to przeżyła, nie chce dziś o tym opowiadać.

* * *

– Po co w czasie bicia nakrył pan płaszczem siostrę pani Stachiewicz?

– Nigdy w życiu o niej nie słyszałem – uniósł się Humer. – Przecież już mówiłem, że nie uderzyłem żadnej kobiety. Od dziecka byłem chowany w szacunku do kobiet.

Adam był aktywny społecznie

Historia Humerów zaczęła się w roku 1911.

Przed I wojną światową Niemcy organizowali nielegalny przerzut poborowych z zaboru rosyjskiego do USA. Zależało im, aby jak najmniej młodych ludzi trafiło do wrogiej rosyjskiej armii. Kompania z Hamburga zaopatrzyła w pieniądze na wyjazd dwudziestojednoletniego Wincentego, ojca Adama. W Hamburgu do dokumentów ojca przed nazwiskiem Umer omyłkowo dopisano „H”. Wincenty w Ameryce poznał Otylię Smołecką. Wzięli ślub. Gdy w 1917 roku w Rosji wybuchła rewolucja, w Ameryce przyszedł na świat Adam Humer.

Adam spędził w USA pierwsze cztery lata życia. Zapamiętał małych Murzynów i to, co do nich wołał podczas dziecięcych zabaw: „I’ll catch you!”.

Co znaczy: „Ja cię złapię”.

* * *

Gdy Wincenty Umer pracował w amerykańskich dokach i chodził na zebrania związku Robotnicy Przemysłowi Świata (Industrial Workers of the World), jego bracia w Polsce byli fornalami.

– Wszyscy w rodzinie: dziadek, bracia i siostry ojca, pracowali jako fornale – wspominał Humer. – Ojciec tego uniknął dzięki wyjazdowi do USA. Matka była córką bardziej światłego chłopa, tkacza, który z panami do powstania chodził.

W 1921 roku rodzina Humerów z zaoszczędzonymi tysiącem pięciuset dolarami powróciła do Polski w rodzinne strony. Pieniędzy wystarczyło na sześć hektarów ziemi pod Tomaszowem Lubelskim.

– Głodowaliśmy, miałem czworo rodzeństwa – opowiadał Humer w więziennym pokoju widzeń. – Dzieci chłopskie nie jadły jajek, masła, śmietany. To była waluta, za którą kupowało się cukier, naftę. Do dziś łapię się na tym, tkwi to gdzieś w podświadomości, że nie wolno zjeść jajka, że trzeba zanieść do Żyda… Moi rodzice nie chodzili do szkoły. Byli samoukami. Ojciec pochłaniał książki, z każdego jarmarku jakąś przywoził. Chętnie czytał Żeromskiego, Reymonta. Do Chłopów wracał wiele razy.

– A pan miał ulubioną książkę? – zapytałem.

Zastanawiał się dłużej, wreszcie się odezwał:

– Nie myślałem o tym nigdy. Ale chciałem panu powiedzieć, że w oryginale, to znaczy, nie, nie w oryginale, ale po rosyjsku przeczytałem pierwszy tom Kapitału.

I dalej:

– Ojciec to był dusza człowiek, wielki społecznik. Zanim został komunistą, należał do lewicującego związku chłopskiego. Matka była trochę inna. Bardziej przedsiębiorcza. Ciągle miała jakieś pomysły, gdzie można by zahandlować.

Ojciec sprzedał ziemię, kupił plac w Tomaszowie Lubelskim i zaczął stawiać drewniany dom. Tłukł kamienie na drodze, nosił worki w młynie, rąbał drewno w kotłowni szpitala i opiekował się matką, która zachorowała obłożnie na artretyzm w 1931 roku. Do śmierci w 1971 roku nie wstała z łóżka.

– Mieliśmy też tysiąc metrów ogrodu, który nas żywił – wyjaśniał Humer. – Jako pierworodny, byłem wyróżniany. Rodzina posłała mnie do gimnazjum.

Wstąpił do harcerstwa, zdobył dość wysoki, czwarty stopień. Zerwał z drużyną pod wpływem dwóch sąsiadów wolnomyślicieli.

– Stale dostarczali mi lektury – zapamiętał. – Przekonałem się, że harcerstwo mi nie odpowiada, bo jest zbyt nacjonalistyczno-religijne.

* * *

Adam Humer powiedział mi, że jego stryjowie służyli jako fornale między innymi w majątku Chrzanowskich, rodziny Wiesława Chrzanowskiego, marszałka Sejmu w czasie, gdy Humer został aresztowany. To było dla niego bardzo ważne. Uważał, że siedzi w więzieniu z powodu zemsty ugrupowań prawicowych.

Usiłowałem umówić się na rozmowę z Wiesławem Chrzanowskim, niestety, bez powodzenia. Tymczasem zbliżał się termin oddania tekstu do druku. Opublikowałem więc zwierzenia Humera o związku z Chrzanowskimi w „Gazecie Wyborczej”, a wkrótce Jerzy Urban w tygodniku „Nie” poświęcił felieton mojemu reportażowi. Uznał, że przypadek Humera to typowy przykład walki klas. O jego aresztowaniu napisał: „Dokonała tego Polska zetchaenowska, którą rządzi m.in. marszałek Chrzanowski i półhrabek Niesiołowski. W czterdzieści lat potem jak Adam Humer maltretował ludzi wiedziony pasją klasowej zemsty, akurat on jeden został aresztowany. Któż zaprzeczy, że i to aresztowanie, choć ma podstawy prawne, można nazwać klasowym odwetem, być może również splecionym z prywatnym mścicielstwem obecnej warstwy rządzącej”1.

Później różne osoby wielokrotnie mówiły mi, że słyszały o Humerach, którzy byli fornalami u Chrzanowskich.

W końcu udało mi się dotrzeć do Wiesława Chrzanowskiego. I wszystko okazało się nieprawdą. Wyjaśnił:

– Nigdy nie miałem w Lubelskiem rodziny. Moi rodzice wywodzą się z Pomorza i Wielkopolski.

Nie spotkał Humera. Słyszał tylko to nazwisko, gdy po wojnie został uwięziony za działalność niepodległościową.

– W więzieniu mokotowskim szczególnie złowrogo brzmiały trzy nazwiska: Różański, Humer i Serkowski[4] – zapamiętał Wiesław Chrzanowski.

Dlaczego Humerowi zależało na stworzeniu mitu, że jego rodzina cierpiała przez Chrzanowskich? Czy dlatego, że utwierdzało to jego wizję polityki i prawicowej zemsty? Czy raczej z tego powodu, że Chrzanowski był bliskim kolegą Tadeusza Łabędzkiego, którego zabito w gmachu Urzędu Bezpieczeństwa? A właśnie o ten mord oskarżono również Humera.

* * *

– Pamięta pan jakiś szczególny, najważniejszy dzień ze swojego życia? – zapytałem Humera w więzieniu.

Po chwili zastanowienia odpowiedział:

– Przyjęcie mnie do Komunistycznego Związku Młodzieży Zachodniej Ukrainy 1 maja 1935 roku.

Nie potrafił jednak podać żadnego charakterystycznego szczegółu z tego dnia. Stwierdził za to:

– Wcześniej namawiano mnie, żebym zapisał się do Sodalicji Mariańskiej, ale kategorycznie odmówiłem.

– Co robili młodzi komuniści? – dociekałem.

– Rozwieszaliśmy ulotki, na zebraniach uczyliśmy się, jak dyskutować: na religii szerzyć darwinizm, na historii zwalczać antysemityzm.

* * *

Do komunizmu namówił go kolega szkolny Włodzimierz Stanik.

Stanik kończył dopiero gimnazjum, a już skazano go na dwa lata więzienia za działalność komunistyczną. Władze oświatowe były lewicowe, po odbyciu kary kurator Marian Lewicki umożliwił mu powrót do szkoły.

Ponownie Stanika aresztowano w marcu 1936 roku, kilka tygodni przed maturą.

Humer z dumą wspominał:

– Wtedy zatrzymano na krótko również mnie.

– Traktowano was brutalnie?

– Ależ skąd! – zaprzeczył. – To był taki areszt pod opieką nauczycieli.

Stanika skazano na dożywocie za zabicie prowokatora. Humer mógł wrócić do gimnazjum. Jego dyrektorką była Elżbieta Jackiewiczowa, po wojnie działaczka partyjna i pisarka (O czym chcą wiedzieć dziewczęta, Pokolenie Teresy, Nie wierzą w bociany). W jednej z pierwszych książek, Wczorajszej młodości, opisała Humera z okresu gimnazjalnego: „blady szczupły blondyn w okularach”.

* * *

– Humera znam od dzieciństwa – opowiadał mi Włodzimierz Muś, emerytowany generał Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, twórca nazwy Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe. Służył w Armii Czerwonej, potem w 1 Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki, doszedł do Berlina. – Mieszkaliśmy z Adamem w sąsiednich wsiach, w jednej parafii.

Bliżej związali się w gimnazjum. Zaprzyjaźnili się na wspólnym harcerskim wyjeździe przy zbiorze chmielu. Humer był starszy o dwa lata od Musia, który chodził do jednej klasy z Wandą, siostrą Adama.

– Stąd nasze kontakty były dość bliskie, Wanda była dobra w łacinie, mogłem liczyć na ściągawki, na pomoc w przygotowaniu tekstu, często biegałem do nich do domu – twierdził Muś.

Adam Humer, rozmawiając ze mną, pominął jeden epizod ze swojego życiorysu. Wspomniał o nim Włodzimierz Muś:

– Adam był aktywny społecznie, najpierw należał do piłsudczykowskiej, prorządowej Straży Przedniej, związanej z Legionem Młodych. „Polska – mocarstwo jest naszym celem”, taki mieli hymn. Z klasowego punktu widzenia była to organizacja konserwatywna.

(Według definicji z wydanej w 1955 roku Wczorajszej młodości Elżbiety Jackiewiczowej Straż Przednia to „faszystowska organizacja młodzieży powołana do życia przez sanację”).

– Dopiero potem został komunistą – ciągnął Muś. – Należeliśmy do tego samego koła Komunistycznego Związku Młodzieży Zachodniej Ukrainy. W naszej szkole była to dość liczna organizacja: liczyła dziewiętnaście osób na trzystu uczniów. Adam był bardziej wyrobiony ode mnie, szybko go przyjęli do partii.

Czy generał Muś potrafił mi wyjaśnić, dlaczego Humer został komunistą?

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy końcowe

I. Śledztwo

Adam był aktywny społecznie

1 Jerzy Urban, Odwet po odwecie, „Nie” 1993, nr 10.

Przypisy

[1] Roman Romkowski – podsekretarz stanu w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. W 1957 roku skazany na piętnaście lat więzienia za torturowanie aresztowanych. Przed wojną krawiec i członek Komunistycznej Partii Polski. Polak żydowskiego pochodzenia.

[2] Stanisław Radkiewicz – minister bezpieczeństwa publicznego. Nigdy nieosądzony. Członek przedwojennej Komunistycznej Partii Polski.

[3] Jerzy Kaskiewicz i Eugeniusz Chimczak – oficerowie śledczy MBP.

[4] Ludwik Serkowski – oficer śledczy MBP.