Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Książka Macieja Janowskiego „Karpaty. Opowieść o pewnych górach” obejmuje cały łańcuch Karpat — od Bratysławy po Żelazne Wrota, od Bieszczadów po Góry Bihorskie — i opisuje dzieje tego regionu od prehistorii po współczesność. Dla autora Karpaty to przestrzeń, w której człowiek i krajobraz tworzą wspólnotę losu, a historia toczy się w rytmie dolin i przełęczy.
Janowski przedstawia Karpaty jako obszar wielonarodowy, gdzie przez stulecia współistniały różne grupy etniczne i wyznaniowe — Polacy, Rusini, Słowacy, Węgrzy, Rumuni, Czesi, Żydzi, Niemcy. W tym pejzażu, rozpiętym między kulturami i imperiami, „górskość” staje się kategorią kulturową — sposobem życia i myślenia kształtowanym przez przyrodę, wierzenia i sztukę.
Autor przygląda się również okresowi powojennych przemian: wysiedleniom, industrializacji, zmianom krajobrazu i pamięci. W tej części widać ścieranie się dziedzictwa imperiów z rzeczywistością państw socjalistycznych, a następnie z procesem transformacji po 1989 roku.
Bez egzaltacji, ale z literacką uważnością i historyczną erudycją autor kreśli panoramę Karpat, które nie mają jednego centrum.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 972
… na tym leśnym, podkarpackim stoku Obfitym w bukowiny, gęsty chrust i pnącza, Który się w jednym wielkim przeciąga obłoku Od Starego Sambora do Starego Sącza. I wiecznie płynie za mną, zielony w błękicie, I powietrzem nakryty, jak srebrną rotundą. (Kazimierz Wierzyński)
Niemal od zawsze wakacje były w górach. Nie żebym to jakoś specjalnie uwielbiał; było to naturalne, a potem już tak zostało. Po 1989 roku doszły Karpaty słowackie, rumuńskie, węgierskie, ukraińskie (choć ciągle w małym stopniu)… Nigdy nie miałem poważnych ambicji turystycznych, na moich kolegów ze Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich spoglądałem ze czcią i z dystansem, nie interesowałem się głębiej sztuką, historią czy etnografią terenów górskich — po prostu łaziłem po kościółkach, skansenach i ruinach zamków, przeglądałem przewodniki i mapy. I nagle, po ponad trzech dekadach takich zabaw, w lecie 2007 roku, w mieście Sławsku nad rzeką Opór, niedaleko kratownicowego mostu kolejowego, przez który co chwilę olbrzymie składy towarowe ciężko toczyły swe pięćdziesiąt kilka wagonów w górę, ku stacji Ławoczne, ostatniej przed główną granią karpacką, a potem przez najdłuższy tunel w Galicji i przez najpiękniejszy wiadukt na Rusi Zakarpackiej dalej ku Mukaczewu i Użhorodowi — no więc wtedy nagle wpadła mi do głowy myśl: napiszę historię Karpat! Siedziałem właśnie w sali konferencyjnej eleganckiego hotelu Perła Karpat, gapiąc się przez okno na rzekę, niebo, słońce, góry, świerki i pociągi, i narzekając w duchu na swój ciężki los, że nie jestem tutaj z plecakiem na wakacjach, tylko „profesjonalnie”, jako wykładowca na „Summer school”. Cały cykl kilku szkół letnich w ukraińskich Karpatach był fascynującym przeżyciem, ale ten wykład był na szczęście dość nudny. Szybko naszkicowałem na kartce schemat kompozycyjny książki. Teraz pozostało jedynie ją napisać.
To nie był pierwszy raz, kiedy podobna myśl przyszła mi do głowy. Mignęła pod koniec lat osiemdziesiątych podczas wędrówki po Bieszczadach, ciągle jeszcze wtedy urzekających pustką. W Bieszczadach chodziło się po gruzach nieistniejącej kultury chrześcijaństwa wschodniego, zniszczonej przez wysiedlenie dawnych mieszkańców, a innej niż to wszystko, do czego zdążyłem się przyzwyczaić — wrażenie było tak dojmujące, że myśl o opisaniu tego, czego w Karpatach już nie ma, nagle pojawiła się w głowie. Właśnie wtedy czytałem z zachwytem pierwszy tom Dziejów kultury polskiej Aleksandra Brücknera, podziwiając, jakie bogactwo informacji o społeczeństwie i kulturze można wyciągnąć z analizy językowej, więc pomyślałem, jak wspaniale byłoby napisać analogiczne „Dzieje kultury Karpat”. Myśl błysnęła i znikła, ale musiała nurtować gdzieś w głębi, bo po jakichś dwudziestu latach, w Sławsku, pojawiła się znów, chociaż w odmiennej formie. Od 2007 roku myśl o tej książce pochłaniała mnie coraz bardziej.
Karpaty — czyli właściwie co? Można podać definicję formalną, na przykład, że jest to ten obszar, który za Karpaty uważają Jerzy Kondracki albo Antoni Rehman, autorzy dwóch klasycznych prac o interesujących nas górach. O ile podział Karpat na regiony geograficzne nieco się różni u obu autorów, o tyle zasięg gór jako całości jest u nich niemal taki sam. W zasadzie przyjąłem, czysto konwencjonalnie, Karpaty według definicji Kondrackiego, choć tak naprawdę — szczerze przyznam — nie ma to większego znaczenia. W pracach o charakterze statystycznym dokładne zdefiniowanie badanego terytorium jest niezwykle ważne, bo informuje o tym, do jakiego terenu odnoszą się podawane liczby; jednak w pracy o charakterze opisowym, takiej jak ta, dokładne określenie badanej przestrzeni jest nie tylko niepotrzebne, ale szkodliwe. Czasem wewnętrzna spójność opowieści, a czasem po prostu chęć powiedzenia czegoś ciekawego każe przedstawić jakieś zjawisko znajdujące się nieco poza ściśle rozumianym obszarem Karpat czy Podkarpacia; sztywne traktowanie granic terytorialnych byłoby wtedy zbyteczną pedanterią. Mówiąc o zasięgu terytorialnym pracy, trzeba natomiast podkreślić, że nie ma gór bez dolin. Gdyby cały obszar Karpat leżał na jednej wysokości, powiedzmy 2000 metrów, nie byłyby to góry, lecz płaskowyż. Miasta w dolinach rzecznych, cała pagórkowata Wyżyna Siedmiogrodzka otoczona górami niemal z każdej strony, szczyty Tatr Wysokich, Retezatu czy Fogaraszy, przekraczające 2500 metrów nad poziomem morza (najwyższy szczyt: Gerlach — 2655 m n.p.m.), i uzdrowisko Łaźnie Herkulesa, leżące nad brzegiem Dunaju wśród gór, na wysokości około 170 metrów nad poziomem morza — to wszystko na równych prawach jest częścią Karpat i ich historii. Na skali pionowej Karpaty zajmują więc prawie dwa i pół kilometra.
Na mapie zaś jest to obszar — patrząc w skali europejskiej — nie tak wielki: obejmuje (jeśli przyjmiemy granice Karpat według Kondrackiego) około 209 tysięcy kilometrów kwadratowych, nieco więcej niż dwie trzecie powierzchni Polski. Nie tak wielki także z innego względu. Istnieje prosty wzór pozwalający obliczyć, na jaką najdalszą odległość można spojrzeć ze szczytu o danej wysokości, by zobaczyć obiekt znajdujący się na poziomie morza1. Oczywiście kiedy obiekt, na który patrzymy, nie leży na poziomie morza, lecz tysiąc lub dwa tysiące metrów wyżej, wtedy zasięg widzenia odpowiednio się powiększa. Otóż jeśli pominiemy kwestię pogodowych ograniczeń widoczności, to ze szczytów Gór Bihorskich powinno dać się objąć wzrokiem całe Karpaty: od Beskidów na północy do Fogaraszy na południu. To nie jest moje osobiste doświadczenie; najdalszy widok karpacki, jaki był moim udziałem, to delikatna linia głównej grani Tatr Wysokich z wieży widokowej na Czowanioszu w górach Börzsöny — jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów w linii prostej. W internecie jednak można znaleźć zdjęcia Karpat rumuńskich widzianych z Bieszczadów. To niby nic ważnego, ale wydaje mi się, że w jakiś sposób daje pogląd na całość niniejszej książki: patrząc na teren całych Karpat jakby z lotu ptaka, poszukujemy ogólnej opowieści, która ukaże całość naszych gór.
Podstawowe założenie, na którego przyjęciu (bądź odrzuceniu) stoi (albo pada) cała koncepcja tej książki, jest następujące: istnieje coś takiego jak „górskość”. Fizyczne uwarunkowania (ukształtowanie terenu, klimat, wody, roślinność itp.) ziem górskich są tak ważne, że znacząco wpływają na sposób funkcjonowania ludzi w górach. W związku z tym — przykładowo — wieś na północnych stokach podkarpackich, gdzieś w południowej Małopolsce, i wieś na południowych stokach Karpat, gdzieś na Wołoszczyźnie, mają tyle cech wspólnych wynikających z ich położenia na terenach podgórskich lub górskich, że uprawnia to do napisania ich wspólnej historii.
To nie jest wniosek z pracy — to jest założenie wstępne. Ono oczywiście nie wzięło się znikąd, tylko z turystycznych wrażeń. Kiedyś schodząc z gór Parâng na południe, ku Oltenii, długą doliną jakiegoś potoku, zastanowiłem się nagle — a czym ta dolina różni się od dolin beskidzkich? Biolog i geolog wymieniliby natychmiast całą masę różnic i na pewno mieliby rację — ale przecież poza tymi różnicami istnieje fundamentalne podobieństwo.
Na czym polega różnica między pisaniem historii Karpat a (dajmy na to) historii Polski? Po pierwsze — historia kraju czy państwa, nawet tak bardzo zdecentralizowanego, jakim była dawna Rzeczpospolita, jest skoncentrowana na najwyżej kilku punktach (a bywa też, że na jednym). Ogromną większość kraju zbywa się ogólnikami. Tymczasem historia Karpat jest historią bez centrum. Nie ma „serca Karpat”, albo raczej — ich serce jest wszędzie. Nie bez znaczenia pozostaje tu fakt, że granice Karpat nie pokrywają się z granicami państwowymi, narodowymi i etnicznymi. W każdym razie trzeba postarać się objąć opowieścią na równi całe terytorium.
Po drugie — ukształtowanie terenu. Można je niemal zupełnie pominąć w standardowej historii państwa czy narodu, co najwyżej napomknąć o nim we wstępie. Nie da się tego zrobić w sytuacji, gdy to właśnie ukształtowanie terenu stanowi podstawowy wyróżnik regionu, którego historię zamierza się opowiedzieć. Współzależność między człowiekiem a górami, dolinami czy rzekami powinna być dla tej książki kluczowa. Powinna: chciałem odnaleźć tę współzależność w życiu codziennym, sztuce, strukturze społecznej, formach gospodarki… Ten zamiar powiódł się tylko częściowo. Zwłaszcza jeden ważny element współzależności życia społecznego ze środowiskiem naturalnym — lepiej przyznać się od razu — nie znalazł w tej książce nawet szkicowego odzwierciedlenia. Chodzi o geologiczną budowę Karpat. Łatwo odszukać w pracach geografów pewne ogólne rozważania na ten temat. Wiemy, że góry wapienne inaczej kształtują swe stosunki wodne i sprzyjają innej roślinności; wiemy, że w północnej części Karpat wyróżnić możemy tak zwane Karpaty fliszowe; wiemy o zjawiskach krasowych. Ale jak przetworzyć to wszystko na konkret, pokazać, jak w danym wypadku, w tej czy innej wsi, geologiczna struktura poszczególnych gór czy dolin przekłada się na życie codzienne? Nie umiałem tego zrobić, więc uznałem, że pominąć można cały — skądinąd fascynujący — problem geologicznej historii Karpat, całą ich „historię naturalną”, kwestię ruchów górotwórczych i powolnego tworzenia się łańcucha górskiego takiego, jakim jest on obecnie. Obawiałem się, że wyszedłbym poza swoje kompetencje zbyt daleko, a nawet gdybym uniknął zasadniczych błędów, to nie umiałbym powiązać tej części z następującą po niej częścią historyczną.
Jeśli jednak przyjmujemy to podstawowe założenie, ów wstępny aksjomat istnienia „górskości” (a bez tego nie byłoby sensu pisać tej książki), to zastanówmy się, na czym ta „górskość” miałaby polegać. Uprzedzając szczegóły w kolejnych rozdziałach, spróbujmy dać kilka punktów dla ogólnej orientacji.
Na początek oczywistość — im wyżej, tym zimniej. W bardzo luźnym przybliżeniu, kiedy podejdziemy sto metrów w pionie, temperatura obniża się o mniej więcej sześć dziesiątych stopnia Celsjusza2, choć różne czynniki lokalne mogą tę regułę modyfikować. Nasłonecznione zbocze południowe może być cieplejsze niż zacieniony stok północny leżący o wiele niżej. Na zboczach bardzo masywnej góry jest cieplej niż na zboczach wąskiego, osamotnionego szczytu o tej samej wysokości, bo ziemia magazynuje ciepło; stąd też płaskowyż będzie miał wyższą temperaturę niż równe mu wysokością nad poziomem morza postrzępione szczyty. Jedną z ważnych przyczyn spadku temperatury wraz ze wzrostem wysokości jest spadek ciśnienia powietrza. Rozrzedzone powietrze bowiem słabiej ogrzewa ziemię, a co za tym idzie, temperatura zależy w większym stopniu od nasłonecznienia. Z tego zaś wynika, że na bardzo nasłonecznionym i dość wysoko położonym stoku może być w dzień nawet bardzo ciepło, ale w ciągu kilku minut po zachodzie słońca temperatura gwałtownie spada — innymi słowy: mamy duże różnice temperatur między dniem a nocą. Gdzieniegdzie występuje zjawisko inwersji temperatur, kiedy zacienione doliny są chłodniejsze niż nasłonecznione grzbiety3. Zarówno generalna prawidłowość spadku temperatury w miarę wzrostu wysokości nad poziomem morza, jak i jej wszelkie modyfikacje mają zasadniczy wpływ na funkcjonowanie w górach istot żywych — ludzi, zwierząt i roślin.
To dotyczy gór w ogólności, ale są też cechy charakterystyczne tylko dla konkretnych regionów. Francuski geograf Jules Blache odnajduje specyfikę gór „typu alpejskiego”, do których zalicza góry basenu Morza Śródziemnego (w tym Karpaty) i Azji Środkowej, aż po Iran. Ujmuje tę specyfikę w punktach: po pierwsze — duża rola pasterstwa górskiego; po drugie — adaptacja rolnictwa nizinnego do warunków górskich; po trzecie — różne formy remediów na niedogodności życia górskiego: od emigracji (trwałej bądź sezonowej) do rozwoju przemysłów wiejskich. Jego zdaniem nie są to cechy społeczeństw górskich na całym świecie, lecz tylko w owym regionie4. Góry w innych regionach natomiast, dzieląc z górami typu alpejskiego pewne cechy najogólniejsze, mają też liczne odmienności. Tak więc na grzbietach gór północnej Europy — Szkocji czy Skandynawii — nie ma połonin, a więc nie może się rozwinąć tak istotna dla typu alpejskiego gospodarka pasterska. W Azji góry są oddzielone od podgórzy pod względem kulturowym i gospodarczym; w Afryce Środkowej i w rejonie andyjskim góry są jakby refugium — przez swój klimat, zdrowszy i chłodniejszy niż na nizinach, umożliwiają funkcjonowanie ludzi i zwierząt5. Niezależnie od tego, czy błyskotliwe uogólnienia Blache’a są trafne6, jego syntetyczna praca pozwala nam umiejscowić Karpaty wśród różnych typów funkcjonowania człowieka w górach na całym globie.
Na czym więc polegałaby „górskość” Karpat w ciągu dziejów? Wyliczmy, zupełnie wstępnie i bez pretensji do ścisłości (wszystko to będzie szczegółowo wyjaśnione dalej), kilka jej cech:
Duży udział hodowli zwierząt (kosztem rolnictwa) i jej specyficzna organizacja, zupełnie odmienna od organizacji pasterstwa nizinnego.
Wpływ kultury wołoskiej (który nie ogranicza się tylko do pasterstwa).
Stosunkowo większy poziom swobody wsi, mniejsza dokuczliwość systemu pańszczyźnianego.
Specyficzna pograniczność kulturowa łącząca się z istotnym przez setki lat zobowiązaniem wsi granicznych do ochrony granic.
Ważna rola lasu i przemysłów leśnych w gospodarce wiejskiej (dotyczy to także terenów puszczańskich na nizinach).
Częstsze niż na nizinach występowanie pewnych typów ukształtowania przestrzennego wsi (wieś łanów leśnych, wieś rozproszona).
Zbójnictwo jako fenomen ziem górskich. Nie jest oczywiste, czy natężenie przemocy było w górach silniejsze niż na nizinach, ale formy organizacyjne tej przemocy były inne.
Wielu autorów (Friedrich Ratzel w ogólności, Fernand Braudel w odniesieniu do regionu śródziemnomorskiego, Kazimierz Dobrowolski w odniesieniu do Karpat polskich) pisało o specyficznej produktywności kulturowej regionu, w którym kultura gór styka się z kulturą równin. Te rozważania są bardzo powabne, choć grożą ześlizgnięciem się w ogólniki.
Kwestia pograniczności wymaga pewnego wyjaśnienia. Świetna książka Johna W. Cole’a i Erica R. Wolfa The Hidden Frontier. Ecology and Ethnicity in an Alpine Valley z 1974 roku, klasyka antropologii społecznej, opowiada o dwóch wsiach w południowym Tyrolu stanowiącym do 1918 roku część Austrii, a obecnie należącym do Włoch. Jedna z tych wsi jest włoska, druga niemiecka. Jest tezą autorów, że wsie te — podobne jeśli chodzi o materialny poziom życia i wyznające tę samą religię (katolicką) — różnią się zasadniczo pod względem struktury gospodarczej i wielu kwestii kulturowych. Badacze zwracają uwagę na przykład na inne hierarchie prestiżu związane z wykonywanymi zawodami oraz inny porządek dziedziczenia. Otóż mam wrażenie, że w Karpatach jest inaczej. Nie mamy w nich ostrej granicy kulturowej, lecz szeroką zonę pogranicza. Kolonizacja wołoska w górach i niemiecka (bądź na prawie niemieckim) w dolinach dały pewną spójność terenom wokół głównej grani Karpat. Nie ma więc chyba owej „hidden frontier”, jest szeroki pas kultury górskiej wspólnej dla obu stron rozdzielonych granicą etniczną czy polityczną; linie konfliktów przebiegają w poprzek owych granic. W tym sensie mówienie o „pograniczu” wydaje mi się uzasadnione i nie ma w tym — wbrew pojawiającym się sugestiom7 — żadnego protekcjonizmu.
Pisząc o górskim pograniczu, trudno pominąć problem górskiej wolności — zmitologizowany w opowieściach o zbójnikach, ale przecież realny. Cała sztuka polega na tym, aby utrzymać równowagę między pseudoromantyczną egzaltowaną apoteozą górskiej wolności a pseudorealistyczną i równie egzaltowaną demaskacją górskiej nędzy, przemocy i wyzysku. Oba te podejścia są z gruntu fałszywe, choć każde ma w sobie coś prawdziwego. Dzieła sztuki powstające na terenach górskich, dzieła, których prezentacja stanowi dużą część tej książki, są decydującym argumentem przeciw tezie skrajnie pesymistycznej. Takiej sztuki nie tworzą niewolnicy. Wolność w górach jest zdecydowanie czymś więcej niż romantycznym stereotypem.
Wstęp powinien dać omówienie stanu piśmiennictwa. Nie zrobi tego, zastąpią je liczne przypisy, a od czasu do czasu także odniesienia do prac badaczy w tekście głównym. Jestem świadom niekompletności moich lektur. Zdarzało mi się pominąć jakąś książkę z ignorancji, ale równie często działo się inaczej: książka stała na półce na wyciągnięcie ręki, artykuł zapisany w moim komputerze czekał na jedno kliknięcie — a ja musiałem z nich zrezygnować, wiedząc, że zbieranie danych trzeba kiedyś przerwać. Zaznaczę więc tylko, że przez kilkanaście lat czytałem i czytałem. Nudne konferencje naukowe i loty samolotem sprzyjały przeglądaniu na laptopie wydawnictw źródłowych, zarówno po polsku — na przykład tomów Akt grodzkich i ziemskich — jak i w różnych językach lepiej lub słabiej mi znanych. Z angielskim, niemieckim, a w nieco mniejszym stopniu z rosyjskim ogólnie nie mam kłopotów; po francusku, czesku, słowacku czytam w miarę biegle — a teraz doszły inne. Łacina, moja stara nieprzyjaciółka z liceum i pierwszych dwóch lat studiów, nieoczekiwanie okazała mi łaskawsze oblicze, a choć nadal skrywa przede mną większość swego wnętrza, to odkryła mi trochę ze znaczenia różnych dawnych dokumentów ważnych dla tematu tej książki. Węgierski, przedmiot moich długoletnich frustracji (mimo dwuletniego kursu językowego w Węgierskim Instytucie Kultury w Warszawie), stopniowo stawał się coraz łatwiejszy. Rumuński, którego ze zbyt małym samozaparciem próbowałem nauczyć się sam, również uchylił przede mną rąbka swych tajemnic. Ukraiński okazał się w pełni zrozumiały dzięki znajomości innych języków słowiańskich. Niestety nie znam języków innych mieszkańców Karpat: jidysz, hebrajskiego, osmańskiego. Trudno. Nie korzystałem ani z komputerowych tłumaczy, ani z chata GPT czy innych rodzajów sztucznej inteligencji. Kiedyś, dawno temu, kilka razy wywoływałem zdjęcia. Moment, kiedy na umieszczoną w kuwecie z wywoływaczem kartkę papieru fotograficznego pada światło lampy i na białym papierze pojawiają się coraz wyraźniejsze kontury obrazka, utkwił mi w pamięci na całe życie. Dokładnie tak samo jest z tekstami: radość, gdy po wytężonej pracy tekst łaciński, rumuński czy węgierski z niezrozumiałych sekwencji liter przekształca się powoli w sensowną całość, warta jest każdych pieniędzy. Tak przepracowany tekst rozumie się wszechstronniej niż tłumaczenie. Oczywiście ma to swoją cenę: zdołam przeczytać o wiele mniej tekstów, niż gdybym zdał się na automatyczny przekład. Cenę tę, jestem przekonany, warto zapłacić.
Góry, których historia jest przedmiotem tej książki, zwano rozmaicie, często używano łacińskiej nazwy Alpes. Do tego geologicznie Alpy i Karpaty to części tego samego wielkiego łańcucha, powstałe w wyniku tych samych procesów górotwórczych. Jednak fakt, że ostatecznie na określenie naszych gór słowo „Alpy” się nie przyjęło, nie jest przypadkowy; skoro góry na wschód od Wiednia zyskały w ciągu dziejów nazwę Karpat, a na zachód od Wiednia — Alp, to fakt ten świadczy o istotnej odrębności kulturowej obu części karpacko-alpejskiego łańcucha górskiego i pozwala uznać dzieje Karpat za odrębne zagadnienie. Jeśli chodzi o nazwy regionów i subregionów karpackich, staram się nie być pedantycznie konsekwentny. I tak w zasadzie przyjmuję podział na Karpaty Zachodnie, Południowe i Wschodnie, ale kwestia, czy Karpaty Południowe i Wschodnie są odrębnymi regionami, czy też trzeba wprowadzić wspólny region Karpat Południowo-Wschodnich, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. W zależności od potrzeb piszę więc o Karpatach Wschodnich, Południowych albo Południowo-Wschodnich, a czasem — jeśli kontekst tego wymaga — także o Karpatach Północnych, obejmujących część łuku karpackiego mniej więcej od Pokucia na zachód. Ta książka nie ma być podręcznikiem nazewnictwa regionalnego. Najważniejsze, aby Czytelnik z grubsza mógł się zorientować, jaki obszar ma autor w danym momencie na myśli, i mam nadzieję, że ten cel osiągnąłem. Jeśli chodzi o formę rozmaitych nazw miejscowych, stosowałem się do następujących zasad: gdzie tylko istnieje tradycyjna nazwa polska, starałem się jej używać; jeśli istnieje kilka polskich nazw urobionych od wersji w różnych językach, używam różnych w zależności od podległości politycznej danej miejscowości (Kluż-Napoka jako część Rumunii, Koloszwar jako część Węgier); jeśli istnieje kilka polskich wersji danej nazwy, używam tej, która mi się najbardziej podoba (Syhot Marmaroski, a nie Sygiet)8; mimo kilku mocnych pokus, wstrzymuję się od wymyślania własnych nazw (bardzo chciałem, aby miejscowość, która po niemiecku nazywa się Neumarkt, po rumuńsku — Târgu Mureș, a po węgiersku — Marosvásárhely, nazwać po polsku „Nowy Targ nad Maruszą”); jeśli nie ma nazwy polskiej, używam nazw miejscowości w formie obowiązującej w danym okresie. Ta ostatnia reguła nie jest całkiem oczywista — czy saskie miasta siedmiogrodzkie, niemające nazwy polskiej, podawać w odniesieniu do późnego średniowiecza po węgiersku czy po niemiecku? Przy pierwszej wzmiance o danej miejscowości zwykle wymieniam różne wersje językowe. Jeśli chodzi o nazwy geograficzne niebędące nazwami miejscowymi (rzeki, szczyty, przełęcze, pasma górskie itp.) zasada jest ta sama, z jedną istotną różnicą. Dla tych nazw, dla których nie ma polskiego odpowiednika, używam formy w języku obecnie panującym na danym terytorium, a nie nazwy historycznej. Tych wszystkich reguł przestrzegam jednak w sposób nie w pełni konsekwentny.
Wreszcie ostatni ważny problem: piękno gór. Zapewne istnieje jakieś biologiczne uwarunkowanie sprawiające, że zachwyt nad górami zdarza się ludziom we wszystkich epokach (pojawia się tu pojęcie biofilii9). Jednak o wiele ważniejsze, w każdym razie dla historyka, są zmieniające się w ciągu dziejów ideały piękna. Jest jasne, że zachwyt górami wzmaga się w epoce romantyzmu — i od tej pory pozostaje z nami na stałe. Otóż trudno ukrywać, że ja także ów zachwyt podzielam, towarzyszył mi podczas wycieczek, a także podczas lektur, które w dużym stopniu były przecież owych wycieczek ewokacją. Ufam, że nie wpłynął on negatywnie na sposób prezentacji; a może nawet miał nań wpływ pozytywny. Był on bowiem wyzwaniem: jeśli artysta ma jakieś głębsze przeżycia związane z pięknem krajobrazu, nieba, wiatru, wody lub też dzieł sztuki, to może odpowiedzieć na to swoją własną twórczością — napisać wiersz, skomponować utwór muzyczny, namalować obraz czy zaśpiewać pieśń. W ten sposób piękno rodzi piękno, przyczynia się do stworzenia czegoś nowego, oryginalnego, a świat staje się bogatszy. Historyk jest tej możliwości pozbawiony. On nie uwieczni gór w dziele, którego artyzm choć w niewielkim stopniu oddałby ich piękno, bo zrobić tego nie umie. On może tylko spróbować opowiedzieć ich historię.
Spróbowałem więc.
Godziny wieków, piękny i mądry esej o dziejach ludzkości, napisany w 1935 roku przez dwudziestosześcioletniego wówczas Ernsta Gombricha (który potem został wielkim historykiem sztuki), zaczyna się niezapomnianym obrazkiem. Mały chłopiec stoi między dwoma lustrami i patrzy, jak jego postać znika gdzieś w oddali, w najdalszych lustrach, których nie można już dojrzeć. „Same lustra i lustra. Mniejsze i mniejsze, jeszcze i jeszcze, a żadne z nich nie jest ostatnie. Nawet tam, gdzie już nic nie widać, kryją się wciąż jeszcze lustra i lustra. Nie widzicie ich, lecz wiecie, że tam są”10. Tak samo jest z przeszłością.
Nie wiemy dokładnie, kiedy człowiek pojawił się na Ziemi, zwłaszcza że jest rzeczą umowną, czy za „człowieka” uznamy już australopiteka (i wtedy byłoby to pewnie ponad 3 miliony lat temu), czy też dopiero którąś z późniejszych form rozwojowych: Homo habilis (jakieś 2 miliony lat temu) lub pitekantropa (ok. miliona)11. W szeroko pojętej Europie Środkowej najdawniejsze ślady człowieka mają 600 tysięcy lat, a może więcej. To są rzędy wielkości, którymi tak naprawdę nie umiemy w ogóle operować. Archeolog Konrad Jażdżewski konstatował z pewną dramatyczną rezygnacją: umiemy sobie wyobrazić, „że od czasów Mieszka I dzieli nas 40 pokoleń” (pisał to dwa pokolenia temu), a nawet, choć z trudem, że aby dojść do starożytnego Egiptu czy Mezopotamii, potrzebujemy pięciokrotności tej liczby. „Ale 600 lub 2500 razy pomnożyć ten dla nas tak wielki szmat czasu […]?!” Czy potrafimy „wyobrazić sobie, czym jest w istocie ok. 2½–3 milionów lat”? „Jesteśmy tu tak samo bezradni jak dziecko, któremu — stosownie do jego wieku — daremnie staramy się wytłumaczyć przestrzeń roku, lat dziesięciu lub stu”12.
Rzeczywiście — wyobraźnia kapituluje wobec samej myśli, że przez setki tysięcy lat przed nami na kontynencie ludzie żyli, tworzyli przedmioty codziennego użytku, a później także dzieła sztuki, wyznawali jakieś religie, myśleli, czuli, cierpieli. A my tak niewiele potrafimy o tym powiedzieć!
Rodzi się pokusa, aby po prostu opuścić te dawne epoki i rozpocząć opowieść od kilku ostatnich stuleci przed naszą erą, kiedy na ziemie karpackie przybywają Trakowie, Dakowie, Celtowie, wreszcie Rzymianie — ludy znane nam z tekstów autorów starożytnych. Przyjmijmy kompromis: w książce, której archeologia nie jest głównym tematem, przeskoczymy większość z tych setek tysięcy lat. Nie możemy jednak pominąć ostatnich dziesięciu czy kilkunastu tysięcy lat przed naszą erą, gdyż wiemy o nich — w porównaniu z epokami wcześniejszymi — naprawdę bardzo dużo. Nie zrobimy tego z dwóch powodów. Po pierwsze — nie sposób odciąć tych epok, jeśli chce się opowiedzieć dzieje Karpat: to tak samo ważna część historii gór jak każda inna. Po drugie — w owych epokach napotykamy zjawiska społeczne, gospodarcze, a nieraz także kulturowe i polityczne, dające początek wielu późniejszym fenomenom. Trudno oprzeć się wzruszeniu, ilekroć widzimy — może złudnie — jak w odległych czasach pojawia się coś, jakaś umiejętność lub wytwór ludzki, w czym rozpoznajemy samych siebie: oto uprawa roli, oto ceramika, oto wóz, oto drewniany dom… Bez tych nieznanych ludzi, których dorobek stał się składnikiem codzienności na długie stulecia, a częściowo aż do dziś, przeszłość Karpat byłaby zafałszowana. Jeśli zaczęlibyśmy naszą opowieść od Rzymian, narazilibyśmy się na błąd, który czasem zdarza się badaczom: nie dostrzeglibyśmy, że historia ostatnich dwóch czy dwóch i pół tysiąca lat, do której mamy już źródła pisane, jest tylko kolejnym obrotem wielkiego cyklu historycznego. Na tych ziemiach przeplatały się bowiem osadnictwo, pasterstwo, rolnictwo, rozwój handlu, walki, najazdy i ucieczki, wchodzenie ludzi wysoko w góry i wycofywanie się — czasem po kilkudziesięciu pokoleniach — z powrotem w doliny. Bez tej szerokiej perspektywy można by na przykład pomyśleć, że pierwszej próby osadnictwa dokonano w Beskidach w średniowieczu — a w istocie ludzie żyli w różnych ich częściach wielokrotnie w ciągu poprzednich tysięcy lat.
W najdawniejszych dziejach człowieka archeologowie wyodrębnili epoki. Mamy więc epokę kamienia starszą (paleolit), środkową (mezolit) i młodszą (neolit), potem epokę brązu, wreszcie epokę żelaza. Ta chronologia nie jest tożsama z podziałem na epoki geologiczne: obejmują one bowiem bez porównania dłuższy okres, gdyż w większości dotyczą czasu przed pojawieniem się ludzi. Z epok geologicznych interesuje nas schyłek plejstocenu (z gr. „najbardziej nowy”), sięgający w przybliżeniu 9. tysiąclecia przed naszą erą. Zbiega się on z końcem paleolitu. Następną epoką geologiczną jest trwający do dziś holocen (z gr. „zupełnie nowy”). Propozycja wyróżnienia kolejnej epoki — antropocenu — charakteryzującej się przemożnym wpływem człowieka na procesy przyrodnicze, nie zyskała jak dotąd powszechnej akceptacji. Wraz z początkiem holocenu zaczyna się środkowa epoka kamienia.
W toku dalszej opowieści trzeba będzie przywoływać nazwy różnych epok, nurtów, stylów i zjawisk — takie konwencjonalne nazwy, jakich pełne są podręczniki. Chociaż łatwo się w nich pogubić, to bez nich pogubić się jest jeszcze łatwiej: można utonąć w krętym, rozlewnym i chaotycznym nurcie wydarzeń. Trzeba tylko pamiętać, że wszelkie nazwy epok, wydarzeń, systemów społecznych czy regionów geograficznych są czysto umowne. W samej przeszłości „obiektywnie istniejącej” nie ma przecież niczego takiego jak holocen, mezolit, feudalizm czy średniowiecze. Nie można ich zobaczyć ani dotknąć. Są tylko konkretni ludzie ze swoimi decyzjami. Historycy, archeologowie, historycy sztuki i literatury, badając poszczególne zjawiska, dla wygody grupują je w pewne całości, ponieważ łatwiej jest operować terminami ogólnymi, niż za każdym razem wymieniać ogromną liczbę poszczególnych faktów. Inaczej niczego sensownego nie dałoby się o przeszłości opowiedzieć; potrzebujemy tych pojęć, aby ułożyć sobie w głowach jej chaotyczny i skomplikowany obraz. Jeśli uda się dobrać je w taki sposób, aby odzwierciedliły jakieś realnie istniejące w rzeczywistości historycznej cięcia czy linie graniczne — to bardzo dobrze; ale jeśli nie, to nie należy się tym za bardzo przejmować. Funkcja pojęć ogólnych jest głównie porządkująca.
Darujmy więc sobie ogromną większość paleolitu, ponad 95 procent z tych 600 tysięcy lat obecności człowieka w Europie Środkowej, i spójrzmy na ostatnie kilka procent z dystansu, jakbyśmy wygodnie siedzieli w dalekobieżnym ekspresie międzyepokowym. Ekspres mknie, słupy trakcji elektrycznej znaczące kolejne tysiąclecia tylko migają nam przed oczami, a my staramy się rozróżnić cokolwiek w uciekających do tyłu krajobrazach. Pędzimy przez młodszy paleolit (od ok. 40 tys. do ok. 13 tys. lat p.n.e.). Gdzieś między 39. a 35. tysiącleciem przed naszą erą migają nam za oknem krzemienne narzędzia z jaskini Szeleta w Górach Bukowych (północne Węgry). Wysokość jaskini nad poziomem morza wynosi obecnie 347 metrów; znajduje się ona na zboczu doliny górskiej, okoliczne szczyty, choć niezbyt imponujące, sięgają 700–800 metrów nad poziomem morza. Mieszkańcy jaskini Szeleta bez wątpienia żyli w górach. Klimat był surowszy niż dziś, a temperatura z pewnością niższa niż współcześnie na podobnej wysokości. Narzędzia tej samej kultury odnaleziono też na Morawach i na Słowacji, a poza Karpatami — na Śląsku.
W młodszym paleolicie możemy jednak dostrzec coś więcej niż te krzemienne narzędzia. Oto spotykamy się z wytworami sztuk plastycznych. Nie mamy niestety ani w regionie karpackim, ani w całej Europie Środkowo-Wschodniej dzieł sztuki, które swoją ekspresją i kunsztem wykonania mogłyby dorównywać najdawniejszym malowidłom naskalnym z ziem Francji i Hiszpanii. Jednak nie brakuje i u nas dzieł imponujących jakością artystyczną, a wszystkie mówią coś — choć nie zawsze możemy być pewni co — o sposobie myślenia, odczuwania i percepcji świata ich twórców. W 1925 roku w miejscowości Dolní Věstonice na Morawach odkryto figurkę kobiecą datowaną na okres między 29. a 25. tysiącleciem przed naszą erą. Tak jak o wiele słynniejsza i pochodząca mniej więcej z tej samej epoki austriacka Wenus z Willendorfu, a także inne podobne figurki kobiet, Wenus z Dolních Věstonic wiąże się zapewne z kultem płodności. Rzecz interesująca: nie jest to figurka kamienna, lecz ceramiczna — a więc dowodzi, że glinę potrafiono wypalać już 20 tysięcy lat przed zdobyciem przez mieszkańców ziem karpackich umiejętności wytwarzania naczyń ceramicznych! Spośród odkrytych rzeźb nie tak znana, ale może ciekawsza artystycznie jest wydłużona i przesadnie wyszczuplona głowa kobieca z kości, przywodząca na myśl posągi z Wyspy Wielkanocnej, a może postacie z obrazów El Greca.
Nasz ekspres się nie zatrzymuje, mknie dalej. I znowu dostrzegamy coś ważnego — coś, czego spodziewały się pokolenia archeologów. Już od kilkudziesięciu lat sądzono, że w Tatrach epoki kamienia musieli żyć ludzie; oczekiwano szybkiego odkrycia ich śladów. Nadzieja ta spełniła się jednak dopiero w 2019 roku, gdy w Jaskini nad Huczawą (słow. Hučivá diera) w Tatrach Bielskich, na wysokości 937 metrów nad poziomem morza znaleziono liczne narzędzia kamienne (m.in. z krzemienia) oraz szczątki zwierząt, na przykład niedźwiedzia brunatnego, jelenia i niewystępującego już od dawna w Tatrach koziorożca alpejskiego — wszystko to datowane na 13. tysiąclecie przed naszą erą. Musiało być tutaj obozowisko ludzkie, a badacze zaliczają jego mieszkańców do tak zwanej kultury magdaleńskiej13. W końcowych tysiącleciach młodszego paleolitu rozwijała się ona na pogranicznych terenach dzisiejszych Francji i Hiszpanii, skąd rozszerzała się na północ i wschód, obejmując ziemie niemieckie, czeskie i południową część Polski. Zapisała się również w historii ziem karpackich: w jaskini Pekárna na Morawach, na północny wschód od Brna, znaleziono kościane wyroby z pięknymi i bardzo dynamicznie potraktowanymi figurami zwierząt14. Przywodzą one na myśl sławne malowidła naskalne z groty w Lascaux w południowej Francji, także będące dziełem ludów kultury magdaleńskiej.
Mniej więcej 9–8 tysięcy lat przed naszą erą zaczyna się coś nowego. Nadal mamy do czynienia z nieznającymi rolnictwa ludami, których głównymi zajęciami są łowiectwo i zbieractwo (we wspomnianych Dolních Věstonicach znaleziono liczne kości upolowanych i zjedzonych mamutów15), jednak zdarza się im przyjmować „półosiadły” tryb życia. Coraz częściej budują domostwa: drewniane szałasy, nierzadko okrągłego kształtu, ziemianki, a także półziemianki (tj. wykopane w ziemi jamy z nadbudowaną drewnianą konstrukcją o wysokości ok. metra). Używają do pracy „ciosaków”, z kamiennym ostrzem ustawionym prostopadle do trzonka jak w motyce16, i kamiennych siekier. To wszystko wystarczy, aby archeologowie wydzielili czas między 9. a 6. tysiącleciem przed naszą erą jako osobny okres — mezolit.
Równolegle ze zmianami społecznymi przeobraża się środowisko naturalne. Nie chodzi tu oczywiście o powstawanie samych gór: geologiczne procesy górotwórcze mierzymy w dziesiątkach i setkach milionów lat. Wulkan Ciomadul (węg. Csomád) w południowo-wschodnim Siedmiogrodzie ostatni raz wybucha mniej więcej — bardzo mniej więcej — 30 tysięcy lat przed naszą erą17, czyli z grubsza wtedy, kiedy mieszkańcy Dolních Věstonic polują na mamuty i tworzą swe dzieła sztuki. Gdyby przewędrowali kilkaset kilometrów na południowy wschód, mogliby być świadkami tego efektownego zdarzenia, które można uznać za symboliczny koniec aktywności wulkanicznej w Karpatach, wcześniej odgrywającej wielką rolę w kształtowaniu rzeźby górskiej. W momencie gdy zaczynamy naszą opowieść, zrąb Karpat w podstawowej formie jest już wydźwignięty. Nie oznacza to jednak, że góry wyglądają tak samo jak dziś. Tatry pokryte były wielkim zlodowaceniem z Europy Północnej, a w Karpatach Południowych powstawały odrębne lodowce — najwięcej ich śladów w postaci kotłów i jeziorek polodowcowych jest do dziś widocznych w górach Retezat. I tak, jakieś 20 tysięcy lat temu lodowiec pokrywał na przykład całą Dolinę Rybiego Potoku, z Morskim Okiem i Czarnym Stawem pod Rysami; ze spowijającego lodowiec śniegu wyrastały szczyty Rysów, Mnicha czy Żabiego połączone niskim, ledwo wznoszącym się ponad poziom lodowca grzbietem — wszystko to możemy zobaczyć na bardzo pięknej wizualizacji18.
A potem lodowce zaczęły się cofać, choć z oporami, bo okresy cieplejsze ustępowały co pewien czas powrotom chłodu i zlodowaceń. Wciąż przekształcały rzeźbę terenu w najwyższych regionach Karpat i wciąż trwała ich praca nad nadaniem tatrzańskim dolinom kształtu, który znamy dziś na pamięć; podobnie w Czarnohorze w Ukrainie i w Karpatach Południowych. Kiedy zaś lodowiec schodził, pozostawiał góry nagie, bez lasu19. Około 15 tysięcy lat przed naszą erą górna granica lasu w Karpatach Zachodnich, a raczej na ich przedgórzu, znajdowała się na wysokości 250 metrów nad poziomem morza. Wyżej mogła być tundra, czyli arktyczne łąki o wiecznie podmarzniętej glebie, porosłe trawami i zaroślami przystosowanymi do niskich temperatur. Gdy więc ludzie z kultury magdaleńskiej obozowali w Jaskini nad Huczawą w Tatrach Bielskich, te były jeszcze bezdrzewne. A potem przyszedł las. Od mniej więcej 9. tysiąclecia przed naszą erą wdzierają się w Tatry modrzew, limba, sosna i brzoza. Później mamy kilkanaście wieków przejściowego ochłodzenia, a po jego zakończeniu, w ciągu 7. tysiąclecia przed naszą erą, pojawia się świerk, który wypiera z wielu miejsc modrzew i sosnę, choć nie całkowicie — las tatrzański nadal jest lasem mieszanym. Wreszcie jakieś 6 tysięcy lat przed naszą erą lodowiec ostatecznie znika z Tatr, klimat jest znowu ciepły i górna granica lasu podchodzi do wysokości 1950 metrów — wyżej niż obecna20.
Jeśli las zajmuje tak wysokie góry, to tym śmielej pokrywa niższe partie Karpat i nizinne obszary Europy Środkowej. Coraz więcej jest drewna do budowy czy na opał, częściej też trzeba zdobywać od lasu ziemię; najpopularniejszą metodą wylesiania nie jest (jak można by przypuszczać) karczunek, ale korowanie drzew kamiennymi siekierami, aby uschły, a następnie wypalanie. Koegzystencja ludzi i natury — raz ekspansja osadnictwa, raz lasu, a czasem ich chwiejna równowaga — będzie aż do naszych dni jednym z najważniejszych aspektów życia na terenach lesistych, a więc oczywiście także w niższych górach. W czasach, o których mówimy, doliny potoków nie wrzynają się jeszcze w beskidzkie stoki tak głęboko, jak to możemy zaobserwować dzisiaj. Na górskich zboczach ludzie wciąż nie wyniszczyli lasów, które istotnie przyczyniają się do powstrzymywania wody. Co za tym idzie, ta nie zdążyła wyżłobić wąwozów, toteż stoki gór są bardziej „płaszczyznowe” i mniej przeorane niż obecnie21.
Wreszcie w pewnym momencie, mniej więcej 6 tysięcy lat przed naszą erą, nasz ekspres jakby nieco zwalnia, choć siedząc w wygodnym przedziale z nosem przyklejonym do szyby, nie czujemy tego; po chwili orientujemy się jednak, że widzimy obiekty za oknem trochę dokładniej. Słupy oznaczają już nie tysiąclecia, lecz wieki. Oto około roku 5800 przed naszą erą od strony Bałkanów nadciągają w region dzisiejszych Serbii, Bułgarii i Rumunii przybysze z Anatolii. Najpierw trafiają do Serbii, a następnie kierują się na wschód dwoma prądami: jeden wchodzi do Siedmiogrodu w okolicach Żelaznych Wrót, aby później przekroczyć Karpaty Wschodnie i dojść do doliny Prutu, drugi z kolei dociera do tego samego miejsca wzdłuż dolnego Dunaju, okrążając łuk Karpat od południowego wschodu. Ci nowi osadnicy określani są umownie jako kultura krisko-starczewska. (Nazwa pochodzi od rzeki Keresz w południowo-wschodnich Węgrzech, po rumuńsku zwanej Criș, a po węgiersku Körös, oraz od miasta Starčevo nad Dunajem w Serbii; czasem mówi się też o dwóch bliskich sobie kulturach: kriskiej i starczewskiej)22. Wschodnią granicą jej zasięgu staje się mniej więcej wododział Prutu i Dniestru, co utrzymuje się przez niemal całe 5. tysiąclecie przed naszą erą.
Ta kultura o podwójnej nazwie sprowadza do południowo-wschodniej części Karpat liczne nowinki, które z niewielkim opóźnieniem (bagatela, jakichś 500 lat, czyli od ostatniej ćwierci 4. tysiąclecia p.n.e.) przenoszone są na północ — w Karpaty Zachodnie i dalej na ziemie polskie — przez inne, pokrewne „kriszowcom” (pozwólmy sobie na tę poufałość) kultury, określane zbiorczym mianem kultur dunajskich. Wymieńmy te nowości choćby hasłowo.
Po pierwsze — ceramika, tak ulubiona przez archeologów. (Skąd by się bez niej wzięły te wszystkie śmieszące laika albo urzekające go swą poetycznością nazwy kultur archeologicznych? Owe kultury pucharów lejkowatych, ceramiki sznurowej, amfor kulistych?) Ceramika „kriszowców” jest lepiona ręcznie; początkowo dość toporna, z czasem bardziej delikatna. Występują także gliniane figurki kobiece — zapewne bóstwa płodności23. W kolejnym tysiącleciu pojawia się ceramika subtelniejsza, o skomplikowanych i często pięknych motywach zdobniczych — dzieło wspomnianych wyżej kultur dunajskich, z których najwcześniejszą, obejmującą północne regiony Karpat i wiele ziem na północ od nich, określa się mianem kultury ceramiki wstęgowej rytej.
Po drugie — rolnictwo. Już w poprzedniej epoce zdarzało się, że koczownicy zakładali wśród lasów osady na co najmniej jeden sezon łowiecki. Teraz osiedlają się na dłużej, może nie zawsze na stałe, ale choć na kilka lat, zanim zjałowienie uprawianej ziemi nie skłoni ich do szukania nowych siedzib. W 6. tysiącleciu przed naszą erą mieszkańcy ziem karpackich nie znają jeszcze radła, a co dopiero pługa; rolnictwo kopieniackie polega na wydłubywaniu w ziemi dziur, w których umieszcza się ziarno. W drugiej połowie 5. tysiąclecia pojawia się drewniane radło. Do najczęściej uprawianych zbóż należy pszenica. Jest jasne, że przy zakładaniu osad jedno z podstawowych kryteriów, które ludność rolnicza musi brać pod uwagę, to jakość gleby; czarnoziemy i lessy, podobnie jak dziś, były pod tym względem najkorzystniejsze.
Po trzecie — hodowla, zarówno bydła (krowy), trzody (świnie), jak i owiec. Współczesny amerykański archeolog David W. Anthony z urzekającą (choć może zbyt śmiałą) wyobraźnią przedstawia, jak hodowla owiec wymusza zmianę społeczną. Konieczne są silniejsze związki rodzinne, zwłaszcza braci między sobą, ponieważ zwierzę łatwo jest ukraść, a więc jest potrzebna bliższa współpraca mężczyzn z rodu, aby chronić zwierzęta przed kradzieżą, wyprawiać się w celu odzyskania ukradzionych, a także samemu kraść je sąsiadom. Rośnie zatem władza głowy rodziny, a tym samym słabnie pozycja kobiet24.
Po czwarte — budownictwo. Istnieją wprawdzie jego ślady z poprzedniej epoki, z mezolitu, ale dopiero dzięki przejściu do życia osiadłego mamy o nim więcej danych. Nadal spotyka się zamieszkałe jaskinie, na przykład na Spiszu, ale jest ich już niewiele25; najczęściej mamy do czynienia z formami, które będą się powtarzać aż po średniowiecze: półziemiankami i domami drewnianymi, rzadziej z ziemiankami. Domy drewniane bywają albo większe, podłużne, albo mniejsze, „jednorodzinne” (jeśli wolno użyć tego słowa), o powierzchni kilku lub kilkunastu metrów kwadratowych.
Czasem, zwłaszcza w południowych częściach Karpat, spotykamy osadnictwo warstwowe — na zniszczonych domach nadbudowuje się nowe, czasem dokładnie w tym samym miejscu, czasem obok; tak po pokoleniach powstaje sztuczny pagórek, który archeologowie określają arabskim słowem tell. Można się zastanawiać, czy występowanie większych („wielorodzinnych”) domów nie jest znakiem istnienia jakiejś struktury polityczno-społecznej i czy ich obecność nie wskazuje na funkcjonowanie w danej miejscowości silnego centrum władzy26.
Odkrywane przez archeologów ślady drewnianych zabudowań mówią o ich konstrukcji. Najczęstsze są dziury po słupach utrzymujących ściany. Jeśli zaś znajduje się je także pośrodku krótszych boków prostokąta wyznaczającego podstawę budynku, narzuca się wniosek, że stanowiły one element nośny dachu: rozgałęzione na końcach słupy po dwóch stronach budynku dźwigały belkę tworzącą kalenicę. Słupy te określa się słowem sochy, a belka kalenicy to ślemię. Zapamiętajmy ten rodzaj domu — ściany o konstrukcji słupowej nakryte dachem z więźbą sochowo-ślemieniową — będziemy go spotykać jeszcze bardzo długo. Trudno jednak nie zadać pytania: a gdzie jest najpopularniejsza struktura drewniana, przeważająca zwłaszcza na terenach górskich i stosowana do dziś konstrukcja wieńcowa (taka, w której belki bądź pnie drzew kładzie się poziomo w czworokąt, warstwa na warstwie)? Odpowiedź brzmi: nie wiadomo. Nie wymaga ona bowiem dziur na słupy, a więc kiedy odtwarzamy kształt nieistniejącego budynku wyłącznie z jego podstawy, możemy jej po prostu nie dostrzec27.
Po piąte — rzemiosło. O najważniejszej ceramice już wspomnieliśmy, choć niemal równie istotne były przędzenie i tkactwo. Ich materialnymi śladami są odnajdowane często przez archeologów przęśliki, czyli ciężarki zawieszane przy wrzecionie. Z kolei młynarstwo to oczywiste następstwo rolnictwa, ale niewykorzystujące jeszcze młynów, lecz żarna — urządzenie do ręcznego rozdrabniania ziarna na mąkę. W omawianej epoce składa się ono na ogół z większego kamienia służącego jako podstawa i mniejszego trzymanego w ręku. Dla samego istnienia społeczności ludzkich konieczne jest także zdobywanie soli. Na razie pozyskiwana jest ona nie z kopalni, lecz w procesie odparowywania z solanki. Dobrze znane są zarówno pas solny na północnym przedgórzu Karpat (jego najważniejszym punktem będzie w późniejszych epokach kopalnia soli w Wieliczce), jak i złoża w Siedmiogrodzie. Słone źródła znajdują się tam na przykład nad rzeką Mały Samosz, na południe od miasta Gherla, w miejscu, które do dziś nazywa się Doliną Słoną (rum. Valea Sărată)28. Sól jest niezbędnym składnikiem pożywienia nie tylko ludzi, ale i zwierząt, dlatego dostęp do niej to konieczny warunek utrzymania hodowli. Jej znaczenie rośnie w miarę, jak zwiększa się na nią popyt wraz z narodzinami kolejnych dziedzin życia gospodarczego29.
Nakreślone wyżej innowacje są na tyle ważne, że moment ich nadejścia badacze uznali za początek nowego okresu: młodszej epoki kamienia, czyli neolitu. Kultura krisko-starczewska to pierwsza kultura neolityczna na ziemiach karpackich.
Tu dygresja. Co archeologowie rozumieją przez słowo „kultura”? Tradycyjnie mówią o kulturach wtedy, kiedy napotykają na pewien powtarzalny zestaw cech materialnych. Typy kultur wyróżnia się na podstawie wielu czynników, przy czym jednym z najużyteczniejszych jest ceramika. Nazwy są oczywiście umowne, może się więc zdarzyć tak (przykład z książki Konrada Jażdżewskiego), że zdobienie powstałe przez odcisk sznura na naczyniu spotka się także w wytworach spoza kręgu ceramiki sznurowej, a z drugiej strony — liczne znaleziska przypisuje się tejże kulturze, choć akurat ornament sznurowy na nich nie występuje. Rodzi się pytanie: czy odnalezienie takich samych albo bardzo podobnych artefaktów z różnych dziedzin życia w różnych miejscach wskazuje, że mamy do czynienia z „jednym ludem” — i co właściwie znaczy to określenie? Czy wszyscy twórcy obiektów włączanych do jednej kultury archeologicznej mówili tym samym językiem? Stanowili jedność biologiczną? A może należeli do tej samej kultury w potocznym, a nie archeologicznym sensie tego słowa, czyli mieli wspólne obyczaje, styl życia, system gospodarczy, religię i poczucie tożsamości? Przez wiele pokoleń, w XIX i w pierwszej połowie XX wieku, większość archeologów na te pytania odpowiedziałaby „tak”. Od drugiej połowy XX wieku wśród badaczy przeważałaby natomiast odpowiedź „nie”. Podobieństwo artefaktów nie musi oznaczać tożsamości biologicznej, wspólnoty języka, kultury i struktur społecznych. Może się przecież zdarzyć, że przybysze przejmą elementy dorobku poprzednich mieszkańców albo odwrotnie — że to zastana ludność wchłonie nową kulturę. Dawniejsza archeologia lubiła tłumaczyć migracjami wszelkie zmiany kultury materialnej identyfikowane dzięki wykopaliskom. Od kilku dziesięcioleci zwraca się uwagę, że do zmian tych prowadzą najróżniejsze okoliczności. Znaleziska artefaktów mogą zarówno świadczyć o wędrówkach całych grup ludności, jak i być rezultatem wymiany handlowej albo przemieszczania się jednostek (choćby w wyniku małżeństw poza własną grupą). Wszystkie możliwości są w grze.
W pracach archeologów napotykamy też często inne pojęcie — „horyzont archeologiczny”. Horyzont to mniej niż kultura, ponieważ określa występowanie jakiegoś charakterystycznego artefaktu czy zjawiska na terenie, na którym można odnaleźć ślady wielu różnych kultur (archeologicznych). Tak więc dla przyszłych badaczy naszego dzisiejszego świata obszar, gdzie nosi się T-shirty (przykład z książki Anthony’ego), będzie horyzontem, a nie kulturą archeologiczną.
Wracamy do naszej opowieści.
Skąd wzięły się te wszystkie neolityczne innowacje? Jak już była mowa — z Azji Mniejszej, najprawdopodobniej z Anatolii. Przez wiele tysiącleci, bo aż do średniowiecza, w region karpacki wzorce cywilizacyjne nadchodziły bowiem z południowego wschodu — wcale nie jak dziś od zachodu! Oczywiście zachodni wpływ cywilizacyjny narastał stopniowo od czasów rzymskich, jednak wpływ południowo-wschodni dominował przynajmniej do upadku potęgi Bizancjum w późnym średniowieczu.
Południowy wschód wcale nie musi oznaczać tylko Azji Mniejszej. Otóż ziemie karpackie graniczą od wschodu z pagórkami, które przechodzą powoli w eurazjatycki Wielki Step, ziemie dzisiejszej Ukrainy i południowej Rosji. W drugiej połowie 6. tysiąclecia przed naszą erą „kriszowcy” na wschodnim przedgórzu Karpat (a więc w okolicach doliny Prutu) ustępują pod naciskiem nowej kultury, a może raczej zlewają się z nią. I tak około 5200 roku przed naszą erą pojawia się kultura trypolska. Badacze rumuńscy określają ją jako Cucuteni, a ukraińscy i rosyjscy jako Tripilie (Tripolje); używa się też podwójnej nazwy Cucuteni-Trypole lub rozbija ją na dwie osobne kultury. Jej najdalej wysunięte na zachód ślady odnaleziono na przełęczach oddzielających Siedmiogród od Mołdawii. Stamtąd obszar jej występowania ciągnie się na wschód, aż za rzekę Boh: kulturowa granica między ludami karpackimi a żyjącymi bardziej na wschód ludami stepowymi zostaje wówczas przerwana. W trakcie następnego tysiąca lat — jeśli wierzyć Davidowi W. Anthony’emu — ma miejsce kilka ważnych wydarzeń. Na stepach pogranicza wschodniej Ukrainy i południowo-wschodnich regionów europejskiej części Rosji wykształca się około 4000–3500 lat przed naszą erą30 język praindoeuropejski. Z czego się wykształcił? Nie będziemy dociekać, na czym stoi wielki żółw. A niemal jednocześnie, prawdopodobnie przez całe 5. tysiąclecie przed naszą erą, dokonuje się wśród tychże ludów drugi, równie istotny proces — udomowienie konia. Nie będę streszczał fascynującej argumentacji Anthony’ego, a także równie fascynującej historii jego niezwykle pomysłowych badań nad tym problemem, bo mają one z Karpatami związek jedynie pośredni. W każdym razie konie, początkowo hodowane na mięso, powoli stają się środkiem transportu. Zwiększa to mobilność terytorialną i powoduje zmiany społeczne, gdyż sprzyja koncentracji majątku — jeśli pasterze jeżdżą konno, mniej ludzi potrzeba do doglądania stada.
Mieszkańcy stepów nie zatracili swej odrębności mimo stykania się z przedstawicielami kultury krisko-starczewskiej, z którymi od początku 4. tysiąclecia przed naszą erą utrzymywali kontakty handlowe i wojenne31. Z kolei około 4300 lat przed naszą erą pojawiła się na nizinach środkowoeuropejskich kultura pucharów lejkowatych (nazwa oczywiście od kształtu ceramicznych naczyń z wąskim dnem i szerokim ujściem)32. Objęła ona ziemie dzisiejszej Polski, Czech i wschodnich Niemiec, a jej południowo-wschodnie pogranicze sięgało północnych stoków Karpat. Zarówno ona, jak i następujące po niej kultury amfor kulistych i ceramiki sznurowej czerpały wiele z południa, od wspomnianych kultur naddunajskich; były więc jakby o jednego pośrednika dalej od źródeł zmian cywilizacyjnych niż kultury krisko-starczewska czy trypolska.
Za sprawą coraz intensywniejszych kontaktów między ludami, pod koniec 4. tysiąclecia przed naszą erą, język praindoeuropejski rozprzestrzenił się w rejonie Karpat i dolnego Dunaju. Łączy się to z nadejściem ze wschodu tak zwanego horyzontu grobów jamowych. Był to zespół kultur ze stepów nadwołżańskich, bardzo ważny dla dziejów całej Europy Wschodniej, bo za jego pośrednictwem docierały do niej przez Kaukaz różne elementy kultur Mezopotamii. „Jamowcy” pokryli swymi kurhanami duże obszary wewnątrz łuku Karpat. Zdaniem Anthony’ego mniej więcej w tym samym czasie (między 3300 a 2500 r. p.n.e) zaczęły wydzielać się osobne grupy języków indoeuropejskich: pragermańskie, praromańskie i prasłowiańskie33. Wizja przez niego przedstawiona odwołuje się w pewnym stopniu do koncepcji wybitnej litewsko-amerykańskiej archeolożki Mariji Gimbutas, według której moment ekspansji horyzontu grobów jamowych był przełomowy dla neolitycznej Europy, ponieważ przyczynił się do upadku tego, co badaczka określała „starą Europą”. Pogląd Anthony’ego konkuruje natomiast z dawniejszą teorią zakładającą, że język praindoeuropejski uformował się na Bliskim Wschodzie i dotarł do nas przez Anatolię. Jej zwolennicy, z wybitnym brytyjskim archeologiem Colinem Renfrewem na czele34, datują powstanie tego języka na kilka tysięcy lat wcześniej niż Anthony i inni zwolennicy teorii „stepowej”. Ostatnio pojawiła się też koncepcja pośrednia, mówiąca, że język praindoeuropejski wytworzył się wprawdzie na południe od Kaukazu około 8 tysięcy lat temu (jak chce Renfrew), ale stamtąd rozprzestrzenił się na stepy wschodniej Ukrainy i tą drogą dotarł do Europy Wschodniej 5 tysięcy lat temu (podobnie twierdzi Anthony, tyle że przesuwa szacunki o 2 tysiące lat)35.
Niezależnie od tego, kto ma rację (dla piszącego te słowa niefachowca wizja Anthony’ego wygląda najbardziej atrakcyjnie, ale to oczywiście żaden dowód), można odkryć w tych obrazach przeszłości kilka punktów wspólnych. Nie ma wątpliwości, że pod koniec 4. tysiąclecia przed naszą erą w basenie Karpat — jeśli nie w całym, to w dużej jego części — mówi się już w języku należącym do grupy indoeuropejskiej. Gdybyśmy się tam wtedy znaleźli, mielibyśmy może szansę zrozumieć co nieco z mowy naszych przodków! Anthony i Renfrew są także zgodni, że triumf języków indoeuropejskich nie dokonał się w wyniku masowego najazdu przybyszów, lecz dzięki przejęciu nowego języka przez dotychczasowych mieszkańców. Renfrew wiąże go z rozpowszechnieniem się rolnictwa, a Anthony datuje na okres późniejszy i łączy z początkiem wykorzystywania koni i rydwanów (a także — poza regionem karpackim — statków wiosłowych). W każdym razie, jak pisze Anthony, „ekspansja danego języka jest w swojej istocie zjawiskiem psychologicznym”36, a bardziej obrazowo: rozszerzenie się języka praindoeuropejskiego to nie inwazja, lecz „operacja franczyzowa”37. Użytkownicy języka indoeuropejskiego mają markę, która staje się atrakcyjna dla innych mieszkańców Europy Wschodniej (w tym ziem karpackich): posiadają rydwany, konie oraz język kojarzący się z tymi modnymi nowościami. Jeśli elita przyjmie ten ostatni, aby utrzymać swój status, reszta ludności będzie ją naśladować po prostu ze snobizmu. Mechanizmy bywają różne, jednak zmiana językowa może dokonać się stosunkowo szybko i bez masowych migracji. To ważne spostrzeżenie, o którym warto pamiętać, bo przyda się dla zrozumienia wielu zjawisk w dziejach Karpat.
Skoro zaś mowa o rydwanach… Z okien naszego ekspresu międzyepokowego znów widzimy coś bardzo istotnego. Kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód od Krakowa, a więc niedaleko regionu, którego historię próbujemy opowiedzieć, w miejscowości Bronocice, w osadzie przypuszczalnie należącej do kultury pucharów lejkowatych odnaleziono w latach siedemdziesiątych XX wieku ułamki wazy. Było ich tak wiele, że udało się w całości zrekonstruować naczynie, bogato zdobione rytowanymi rysunkami. Ich treść pozostaje przedmiotem dyskusji (choć daje się tam rozpoznać drzewa iglaste, przypominające „choinki” rysowane przez dzieci). Wśród ornamentów widnieje jednak pewien powtórzony trzykrotnie motyw, który badacze zgodnie interpretują jako wóz z czterema kołami i dyszlem rozdwojonym na końcu (rodzaj zaprzęgu)38. Datowanie jest oczywiście dyskusyjne, ale z dużym prawdopodobieństwem można je określić na połowę 4. tysiąclecia przed naszą erą. W następnych stuleciach liczba świadectw używania wozu w basenie karpackim szybko rośnie. Wymieńmy przykładowo gliniany model z Budakalászu pod Budapesztem (niemal na granicy regionu karpackiego, po zachodniej stronie Dunaju, u stóp gór Pilisz, które wprawdzie nie są zaliczane do Karpat, ale stanowią ich przedłużenie). Wspomnijmy też o datowanej na schyłek neolitu (ok. 2 tys. lat p.n.e.) miedzianej figurce byka, znalezionej w 1993 roku w jaskini Liskovskiej w miejscowości Liskova koło Ružomberku na Liptowie. Przy szyi zwierzęcia wyraźnie widać fragment jarzma; nie ulega wątpliwości, że jest to pozostałość modelu wozu z zaprzęgiem39. Badaczka zagadnienia wyliczyła na samym terytorium dzisiejszych Węgier 30 wyobrażeń tego pojazdu — 11 z późnego neolitu (według terminologii przyjętej na Węgrzech — z epoki miedzi) i 19 młodszych, z epoki brązu40. Wystarczy to, aby przyjąć, że w 4. tysiącleciu przed naszą erą wóz był już rozpowszechniony.
Jeśli datowanie rysunku z wazy z Bronocic jest poprawne, mamy tu do czynienia z jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym — ale zachowajmy ostrożność) wyobrażeń wozu na świecie. Czy to kolejne zapożyczenie z południowego wschodu? Pewności nie ma, ale niewykluczone, że ów wynalazek był importem z Mezopotamii, ewentualnie z obecnych ziem Turcji lub z ukraińskich stepów, chociaż nie zachowały się jego wyobrażenia z tamtych regionów. Możliwe też, że wynalazek wozu dokonał się w różnych częściach globu niezależnie. Tak czy inaczej, pojawienie się wozu było częścią tych przemian z 4. tysiąclecia przed naszą erą, o których była mowa powyżej — przemian związanych z narastającymi kontaktami ludności Europy Wschodniej z mieszkańcami stepów.
Warto zastanowić się przez chwilę, jaka była funkcja wozu w ówczesnym społeczeństwie. Handel? Transport ludzi? Codzienne prace gospodarskie? Nie jest to wcale jasne. Wydawałoby się, że wóz ciągniony przez woły lub inne zwierzęta (prawdopodobnie jeszcze nie konie) musiał odgrywać zasadniczą rolę w rozwoju handlu41. Ale po czym te neolityczne pojazdy miałyby się poruszać? W Holandii odkryto fragmenty bardzo porządnie wykonanej późnoneolitycznej drogi: dwa drewniane legary kładziono równolegle wzdłuż obu skrajów traktu, a na nich umieszczano poprzecznie pnie drzew tworzące powierzchnię jezdną42. Nawet jednak jeśli takie gościńce w neolicie pojawiały się na środkowoeuropejskich nizinach43, to przecież nie mogło ich być w górach. A zresztą droga to klasyczny przykład dobra publicznego — jej budowy nie podejmuje się żaden indywidualny przedsiębiorca, bo cały koszt ponosi inwestor, a zysk rozkłada się na wszystkich użytkowników. Może ją sfinansować jedynie władza publiczna — ale ona najprawdopodobniej w neolicie nie istnieje, a jeśli już, to tylko w poszczególnych wsiach. Mogły więc wtedy powstawać drogi lokalne, ale istnienie tych dalekosiężnych jest nieprawdopodobne.
Na stepach, których dotyczy książka Davida W. Anthony’ego, wóz rzeczywiście mógł rewolucjonizować transport; był też przydatny na Wielkiej Nizinie Węgierskiej. Jednak na terenach górzystych i pagórkowatych rzecz wyglądała chyba inaczej. Nasuwa się myśl, że owe wozy miały początkowo znaczenie symboliczne i kultowe raczej niż praktyczne. Figurki wozów znajdowane na cmentarzyskach zdają się to potwierdzać. Z kolei rysunek na wazie z Bronocic ma obok czterech kół jeszcze jedno, identyczne, w samym centrum. Co oznacza to piąte koło u wozu? Powstało wiele interpretacji; niektórzy widzą w nim pojemnik na ziarno, a inni — krąg słoneczny! Byłby to więc wóz Słońca, na podobieństwo rydwanu Faetona z mitologii greckiej. Mircea Eliade przedstawił następującą hipotetyczną sekwencję wydarzeń: najpierw dzięki obserwacji wędrówki słońca po nieboskłonie wytworzyła się w umysłach koncepcja kręgu słonecznego, co pozwoliło na powstanie idei pojazdu Słońca. Potem pojawiły się figurki kultowe owego pojazdu, jeszcze później wozy „pełnoskalowe”, ale stosowane do celów obrzędowych, a dopiero na końcu przyszło użycie praktyczne, w roli środka transportu44. Wbrew znanemu przysłowiu to nie potrzeba, ale religia byłaby matką wynalazku. Czy tak było naprawdę — nie da się ustalić. Pamiętajmy jednak, że istnieją rozmaite metody transportu bez użycia pojazdów kołowych: na grzbietach osiołków czy innych zwierząt, jak jeszcze dziś czasem się zdarza w górach Rumunii, albo na własnych barkach — w workach czy plecakach. W okolicach miejscowości Turdaș (węg. Tordos), niedaleko Devy, w południowo-zachodniej części Siedmiogrodu, odkryto figurkę człowieka z otwartym pojemnikiem na plecach. Badacze neolitycznej produkcji soli przypuszczają, że jest to nawiązanie do sposobu transportowania soli na większe odległości, praktykowanego przez ludność owej epoki45. Wydaje się więc, że wozy nie były koniecznym warunkiem rozwoju handlu.
Przez całe 6. i 5. tysiąclecie przed naszą erą mamy do czynienia z ociepleniem klimatu (wspomniano o nim już w kontekście drzewostanu Tatr). W efekcie nie tylko granica lasu pnie się wyżej, ale i góry stają się dostępniejsze dla człowieka. Zmiana ta sprzyja rozwojowi pasterstwa, a co za tym idzie — wpływa na intensywne poszukiwanie soli niezbędnej przy hodowli zwierząt. To samo ocieplenie, które umożliwia podbój gór, sprzyja migracji na północ, będącej jednym z czynników przekazu danych kulturowych z południowego wschodu w region karpacki; badacze widzą w tej epoce ślady wędrówek z Bułgarii do Siedmiogrodu46. W późnym neolicie, jak pisał archeolog Jan Machnik, „człowiek — rolnik i pasterz — wkracza w Karpaty”. Na Pogórzu Karpackim w południowo-wschodniej Polsce, a także w niższych częściach Karpat Słowackich znajdowane są setki kurhanów, które mają około dwóch metrów wysokości, ale tuż po zbudowaniu musiały mierzyć dwa razy tyle. Kopce te są niemal wyłącznie na terenie zalesionym — a przecież kiedy je usypywano, nie mogło być tam drzew! Otóż zdaniem Machnika wylesienie było dziełem ludzi z kultury pucharów lejkowatych. Ekstensywna gospodarka rolniczo-pasterska jej przedstawicieli wywołała kryzys ekologiczny związany z wyjałowieniem ziemi, a to spowodowało — mniej więcej na przełomie 4. i 3. tysiąclecia przed naszą erą — ekspansję ludności na tereny pagórkowate. Aby je użytkować rolniczo, należało wypalać lasy, a ponieważ gleba była mniej urodzajna niż na równinie, trzeba było wypalać więcej i częściej. I tak otrzymano na przedgórzu karpackim szerokie połacie ziem wylesionych, gdzie mogli osiedlić się przedstawiciele następnej wielkiej kultury — ceramiki sznurowej, późniejsi budowniczowie kurhanów. Zwróćmy uwagę, że chodzi tutaj nie o sezonowy wypas letni, ale o całoroczny pobyt ludności rolniczej. Po kilku pokoleniach osadnictwo zeszło jednak w doliny, a wzgórza ponownie porósł las47.
Nie wszyscy badacze akceptują ten efektowny model. W najlepszym razie może on dotyczyć części polskiego Podkarpacia — terenów, na których kultura pucharów lejkowatych docierała do podnóża gór. Kwestia kontynuacji pucharowo-sznurowej nie jest oczywista — pisze Paweł Valde-Nowak48. Niemniej sam fakt wejścia osadnictwa w góry nie jest kwestionowany. Na przełomie neolitu i epoki brązu na Pogórzu Dynowskim, w okolicach Husowa, kolejne kultury zakładały osady stałe poniżej granicy 250 metrów nad poziomem morza, natomiast okresowe obozowiska — na całej wysokości grzbietów pogórza, czyli do około 400 metrów nad poziomem morza. Nieraz mogło być jednak na odwrót: wyruszano na pewien czas z położonych wyżej stałych osad i organizowano osady okresowe poniżej, w dolinach49. Takie mechanizmy będą się powtarzać przez tysiąclecia.
Rozróżnienie osad stałych i czasowych prowadzi nas do następnego ważnego zjawiska. W wielu miejscach dość wysoko położonych odkryto ślady sezonowego pobytu ludzi. Dla przykładu, na Połoninie Wetlińskiej w Bieszczadach, na wysokości 1200 metrów, znaleziono w 2014 roku maleńki kamienny grocik, a nieco niżej — kilka innych przedmiotów, w tym ułamki ceramiki. Datuje się je na późny neolit (ok. 3200 lat p.n.e.)50 i uważa za pozostałości sezonowego pasterstwa znanych już nam „sznurowców”.
Również w Karpatach Południowych można się domyślać neolitycznego pasterstwa sezonowego51. Oto w samym środku Wielkiej Niziny Węgierskiej, daleko od jakichkolwiek gór, w pobliżu miejscowości Sárrétudvari, odkryto kurhan należący do horyzontu grobów jamowych. Zawierał on prochy większej liczby ludzi o różnej przynależności kulturowej pochowanych tam w dłuższych odstępach czasu w końcu 4. i na początku 3. tysiąclecia przed naszą erą. Wśród jego „mieszkańców” zidentyfikowano grupę czterech mężczyzn: za pomocą skomplikowanego testu składu chemicznego ich zębów ustalono, że byli oni przybyszami (znalezione w ich zębach metale nie występują w okolicy). Analiza szczątków, połączona z analizą cech kulturowych ich pochówku, pozwoliła stwierdzić, że pochodzili oni z Gór Bihorskich, a konkretnie z ich części oddalonej od kurhanu o mniej więcej dwieście kilometrów. Badacze biorą pod uwagę, że byli to albo kupcy, albo sezonowi pasterze przemierzający regularnie ze swymi stadami drogę od letnich pastwisk w górach do zimowych na nizinach, i skłaniają się raczej ku tej drugiej możliwości. Niezależnie jednak od tego, która z nich jest prawdziwa, istnienie dalekosiężnych kontaktów między górami a nizinami nie ulega wątpliwości.
I tak na karty tej opowieści wkracza pasterstwo sezonowe, które będzie miało przemożny wpływ na gospodarkę i kulturę gór aż do drugiej połowy XX wieku. Podejmijmy więc od razu pewne decyzje terminologiczne52. Kiedy całe ludy i ich stada przenoszą się z miejsca na miejsce, mamy do czynienia z nomadyzmem, przy czym w jego obrębie napotykamy dwie różne sytuacje: wędrówka albo jest ciągłym zmienianiem miejsca, albo odbywa się po mniej lub bardziej ustalonych trasach, od siedzib letnich w górach do zimowych w dolinach. Ta druga sytuacja jest już formą pośrednią między nomadyzmem a innym typem pasterstwa — transhumancją. O tej ostatniej mówimy, jeżeli między osadą dolną a górną wędruje tylko część ludności (pasterze, czasem z rodzinami), a reszta pozostaje w osadzie dolnej, która w ten sposób zmienia się w stałą wieś. Ważną cechą transhumancji jest to, że wypas trwa cały rok — również zimą w osadach dolnych bydło pozostaje na pastwiskach, a nie jest trzymane w oborach. Natomiast jeśli zwierzęta zimą karmione są paszą zgromadzoną podczas lata, kiedy to w górach odbywa się wypas prowadzony przez pasterzy, jest to sezonowy wypas letni. Ta klasyfikacja, choć umowna i nieuwzględniająca licznych form przejściowych, wydaje się dość wygodna.
Przedstawiając kulturowe osiągnięcia neolitu, wspomnijmy o jeszcze jednym znalezisku, mimo że trudno traktować je zupełnie poważnie. W 1961 roku w małej wsi Tărtăria w środkowym Siedmiogrodzie (niedaleko miasta Alba Iulia) odkryto trzy tabliczki z tajemniczymi symbolami, które przez wielu badaczy uznane zostały za pismo. Niestety nie da się ustalić ich dokładnego datowania, ale jeśli przyjąć najwcześniejszą możliwość (pod uwagę bierze się nawet 6 tys. lat p.n.e.), to mielibyśmy pierwsze pismo na świecie, przed hieroglifami i pismem klinowym! Równie dobrze można jednak założyć datację późniejszą, i wtedy ewentualne litery da się wytłumaczyć wpływami z Bliskiego Wschodu. Nie ma także pewności, czy znaki na tabliczkach w ogóle są pismem i… czy nie mamy do czynienia z fałszerstwem, bo cała sprawa wygląda jak materiał dla sensacyjnej prasy. Przyszłe badania wykażą, czy jest ona czymś więcej53.
Kiedy patrzymy na historię neolitu, naszą uwagę zwraca imponująca mobilność terytorialna. Każdy chyba, myśląc o dalekiej przeszłości, widzi wioskę w górach, oddaloną od wszelkich centrów kulturowych i konserwującą dawny styl życia. Ten obraz jest nie do końca fałszywy, ale zbyt jednostronny. To prawda, że neolit trwał wiele tysięcy lat, a sama kultura trypolska, przeobrażając się, ale i zachowując elementy ciągłości, w różnych swych odsłonach rozwijała się przez dwa tysiąclecia54. Jednak zmiany, chociaż powolne, sięgały głęboko. Wpływały na egzystencję ludzi, dotykając spraw wielkich i małych: od koni, przez język, aż do maleńkiej kościanej łyżeczki (wytworu kultury krisko-starczewskiej) znalezionej podczas wykopalisk w Brześciu Kujawskim55, jakieś tysiąc trzysta kilometrów na północ od miejsca jej produkcji! W stopniu większym niż w epoce poprzedniej rozszerzały się także kontakty transkarpackie; szlaki przez Karpaty Zachodnie biegły prawdopodobnie dolinami Dunajca i Popradu56. Badania przedmiotów z grobów odkrywanych na wschód od Dniepru, datowanych na 4. tysiąclecie przed naszą erą, dowiodły — rzecz niemal nie do uwierzenia! — że miedź, z której je wykonano, pochodzi z oddalonych o mniej więcej tysiąc kilometrów na zachód kopalń siedmiogrodzkich57. Konie, udomowione na stepach wschodniej Ukrainy, pojawiły się nad dolnym Dunajem przypuszczalnie w tym samym tysiącleciu. Ceramika robiona na kole garncarskim, doskonalsza od ręcznie lepionych garnków, przywędrowała z Mezopotamii do ludów stepowych i dopiero dużo później trafiła na interesujące nas tereny. Bursztyn, ornamenty ceramiczne, techniki rolnicze czy budowlane — przykłady można mnożyć. Góry, jeśli już koniecznie potrzebujemy jakiejś metafory, są więc sitem, czy raczej filtrem: przepuszczają pewne zjawiska, powstrzymują inne, ale nigdy nie stanowią szczelnej bariery.
O polityce, religii i ideologii wiemy nieporównywalnie mniej. Jest z nimi trochę jak z badanymi przez archeologów domami z tamtej epoki. Uczeni doskonale znają ich fundamenty, rozplanowanie, podłogę; dzięki niektórym wskazówkom (dziury na słupy) mogą domyślać się konstrukcji ścian. Co do kształtu dachu są jednak w stanie tylko zgadywać: im wyżej, tym trudniej. Analogicznie jest z badaniem kultury ludów prehistorycznych. Materialne podstawy bytowania znamy stosunkowo dobrze; strukturę społeczną i formy życia gospodarczego — jeszcze jako tako. System polityczny bardzo kiepsko, a jeśli chodzi o idee, religie i języki — mamy tylko domysły. Archeologowie zastanawiają się nad ceremonialną funkcją wielu przedmiotów; dyskutują, jak rozpowszechniona była wymiana wyrobów dających prestiż, dzięki którym szef czy wódz plemienia lub osady mógł budować swoją pozycję. Na podstawie różnych form pochówku i zawartości grobów starają się dowiedzieć czegoś o ideach religijnych. Obserwacje są nieraz bardzo pomysłowe: przykładowo z kształtu naczyń i resztek ich zawartości w osadach kultury badeńskiej (3 tys. lat p.n.e.) wywnioskowano, że służyły one do picia piwa i miodu, a z rozprzestrzenienia ich pozostałości, że owo picie odbywało się w dużych grupach na czymś w rodzaju bankietów. Stąd już prosta droga do konkluzji, że organizowano uroczystości publiczne, a więc istniała jakaś forma konsumpcji luksusowej, co z kolei może oznaczać istnienie życia politycznego58.
Mimo całkowitego braku źródeł badacze nie ustają w wysiłkach, by dowiedzieć się czegoś o religiach ludzi neolitu. Przychodzi im z pomocą metoda porównawcza. Wśród różnych opowieści i legend ludów indoeuropejskich, spisanych w ciągu XIX i XX wieku, współcześni religioznawcy wyróżniają część wspólną i uznają ją za pozostałość wierzeń praindoeuropejskich; a gdy zarzucają sieć jeszcze szerzej i porównują z wierzeniami ludów innych niż indoeuropejskie, dochodzą do wniosku, że są w stanie znaleźć jakieś pozostałości sprzed wykształcenia się języka praindoeuropejskiego. To rzeczywiście fascynujące, jeśli uprzytomnimy sobie, że być może niektóre wierzenia ludowe, znane nam także z regionu karpackiego (w czasach nowożytnych występujące oczywiście w formie schrystianizowanej), mają przeszłość wielu tysięcy lat i mogą być jakby pomostem między naszą współczesnością a czasami Praindoeuropejczyków. Jako przykład wymieńmy ludową opowieść o kradzieży słońca i jego odzyskaniu, zapisaną chociażby na Rusi Zakarpackiej, a także historię o tym, jak Pan Bóg wysłał proroka Eliasza, aby ukradł diabłu piorun, znaną między innymi z Bukowiny59.
Podobne rozważania są przeciekawe i odkrywają przed nami przebłyski życia duchowego neolitycznych mieszkańców Europy, lecz trzeba pamiętać, że obracamy się ciągle w kręgu hipotez. Coś jednak można powiedzieć z pewnością: ludzie tamtych czasów mieli głębokie poczucie estetyki, tworząc to, co dziś nazwalibyśmy sztuką użytkową: przepiękną ceramikę, zdradzająca niezwykłą pomysłowość w doborze zarówno kształtu, jak i zdobień, a często też kolorystyki. A istnieje też przecież sztuka przedstawiająca: rysunki i figurki zwierząt i idoli, w których redukcja konturów do kilku podstawowych linii nierzadko daje niepospolite efekty artystyczne.
Kiedy więc oglądamy te dzieła, czytamy o tym, jak daleko od miejsca swego powstania mogły one zawędrować, czy analizujemy narzędzia i różne formy domostw — wtedy mamy całkowitą pewność, że stworzyły je osoby, których życie w fundamentalnych przejawach w niczym nie odbiegało od życia ludzi późniejszych wieków. Kategorie prahistorii (czy prehistorii) są bardzo wygodne i z tego względu można ich używać, ale nie mają uzasadnienia merytorycznego. Zgłębiane przez archeologów epoki niepiśmienne stanowią część dziejów na identycznych prawach jak wszystkie pozostałe. Brak pisma sprawia, że trzeba do nich podchodzić w inny sposób, ale jest to problem odmienności techniki badawczej, a nie samego badanego świata.
W powyższym szkicowym przedstawieniu epoki neolitu widać dość wyraźną (choć w szczegółach nieco nieostrą) granicę między południową a północno-zachodnią częścią Karpat. Na południu mamy kulturę krisko-starczewską i kultury naddunajskie — otwarte zarówno na Bałkany (a więc na wielkie cywilizacje bliskowschodnie), jak i na ukraińsko-rosyjskie stepy. Na północnym zachodzie znajdują się zaś kultury Niżu Środkowoeuropejskiego, rozwijające się na północ od Alp i Karpat: kultura pucharów lejkowatych i jej następczynie — amfor kulistych i ceramiki sznurowej. One z kolei otwarte są na wpływy kultur dominujących w Karpatach Południowych i za ich pośrednictwem przejmują cywilizacyjne osiągnięcia z południowego wschodu. Dla dopełnienia obrazu przypomnijmy kultury wchodzące na ziemie karpackie ze wschodu: trypolską i późniejszy horyzont grobów jamowych.
Warto zwrócić uwagę na pewien istotny aspekt podziału Karpat na strefę północną i południową. Otóż w południowej części Karpat wyroby z metalu, najpierw miedziane, a potem brązowe, pojawiają się przez całe 3. tysiąclecie przed naszą erą (a nawet wcześniej). Późny neolit na tych terenach — i czasem również na ziemiach polskich — określa się mianem „eneolitu” (łac. aes — brąz), a więc jako epokę przejściową, „brązowo-kamienną”. Metalowe wyroby odnotowujemy także w północnej części Karpat i dalej na północ od nich, ale w mniejszej liczbie i zazwyczaj jako importy z południa.
Brąz to stop miedzi i cyny (miedź zajmuje w nim 80–90 procent), twardszy od obu swoich składników, przez co przydatniejszy jako surowiec. Są również srebro i złoto; siedmiogrodzkie złoża złota, tak ważne przez następne stulecia, zaczynają być eksploatowane w epoce brązu. Jak się wydaje, przy pracach górniczych stosowano metodę odkrywkową, czyli rudę z ziemi wydobywano toporami o krzemiennych ostrzach. Pokłady miedzi w basenie Karpat znajdują się przede wszystkim w Siedmiogrodzie, a także w górach Matra na Węgrzech i w Rudawach Słowackich. Z cyną jest gorzej, ponieważ trudno o jej większe złoża, przez co trzeba ją importować. Rozkwitają więc kontakty handlowe. W ogóle — jak zauważa Jażdżewski — wymiana stanowi niezbędny warunek rozwoju produkcji wyrobów metalowych. Jako surowiec produkcyjny kamień, lepszy czy gorszy, znajdzie się niemal wszędzie, ale kiedy przechodzimy od niego do miedzi lub brązu, rzecz komplikuje się; złoża metali są tylko w niektórych miejscach. Nieprzypadkowo „główne środkowoeuropejskie handlowe szlaki transkontynentalne zostały «przetarte» właśnie w II tysiącleciu p.n.e.”. Pojawiają się nowe zawody — kupca, górnika, hutnika, kowala60 — co ma odbicie w dziedzinie idei i religii. Kowali w wielu kulturach traktowano jak pośredników między sferami bogów i ludzi. Weland i Hefajstos są oczywiście koronnymi przykładami; obaj kuleją, kalectwem płacąc za zdobycie nadprzyrodzonych tajemnic. Początkowo rudy metali pozyskiwano z meteorytów, co wzmacniało sakralny charakter wszelkich działań z nimi związanych. O kowalach mieszkających za wsią, w jakiś sposób oddalonych od wspólnoty, etnografowie i podróżnicy pisali jeszcze kilka pokoleń temu (przykładem może być chociażby kowal Sawicki, jeden z bohaterów Na wysokiej połoninie Stanisława Vincenza). O pozycji kowali świadczyć mogą ich bogate groby. Badając cmentarzysko we wsi Nižná Myšla koło Koszyc we wschodniej Słowacji, w osadzie należącej do kultury otomańskiej ze średniej epoki brązu, archeologowie zwrócili uwagę na dwa pochówki szczególnie bogato wyposażone w wyroby złote i brązowe. Doszli do wniosku, że są to groby należące właśnie do rzemieślników metalurgów61.
Przejście od neolitu do epoki brązu dokonywało się stopniowo przez setki lat. Gdyby jednak zależało nam na jakiejś konkretniejszej dacie, możemy przyjąć, że nastąpiło ono na przełomie 3. i 2. tysiąclecia przed naszą erą; na dzisiejszych ziemiach węgierskich i rumuńskich kilkaset lat wcześniej niż ów przełom, a na polskich — jakieś dwa wieki po nim. W różnych dziedzinach ówczesnego życia widzimy kontynuację i intensyfikację zjawisk, które obserwowaliśmy w poprzedniej epoce. Coraz więcej mamy danych o pozyskiwaniu soli. Na północnym podgórzu Karpat Zachodnich, w okolicach Wieliczki, odkryto baseny do parowania solanki pochodzące z końcowej fazy epoki brązu; są niewielkie, co sugeruje, że przemysł ten był zdecentralizowany i pozyskiwaniem soli zajmowały się poszczególne gospodarstwa domowe62.
Już w późnym neolicie (3 tys. lat p.n.e.) rejestrujemy osady na wywyższeniach, na przykład na pagórkach nad dolinami rzek. Słowacki archeolog wyliczył ich trzydzieści siedem w samej tylko północnej Słowacji wokół Tatr63. Wszystkie należały do kultury badeńskiej (nieco młodszej od znanej nam kultury pucharów lejkowatych i zasiedlającej północne Karpaty oraz ziemie dalej na północ), która wiele zdobyczy cywilizacyjnych przejmowała z południa przez kontakty z kulturami naddunajskimi64. Prawdopodobnie były to osady raczej handlowe niż obronne, ponieważ znaleziono w nich liczne wytwory innych kultur, mogące tu przybyć tylko drogą wymiany. To właśnie te siedliska kryły w sobie ślady wspomnianych wcześniej „piwnych” bankietów.
W 2. tysiącleciu przed naszą erą działały w Karpatach osady, których rola wykraczała poza produkcję rolniczą — stanowiły centra handlu czy rzemiosła lub ośrodki władzy na skalę regionu, choć na ogół niezbyt rozległego. Były one większe niż te z poprzedniej epoki i usytuowane w miejscach ułatwiających obronę. Na pagórku zwanym Myšia Hôrka, koło Spiskiego Czwartku, w latach siedemdziesiątych XX wieku odkryto ślady osadnictwa. Dokładniejsze badania wykazały, że między 1600 a 1450 rokiem przed naszą erą, a więc w środku epoki brązu, funkcjonowała tam niewielka miejscowość. Odnaleziono też resztki murów kamiennych — gdyby była pewność, że pochodzą z tych samych czasów co osada, byłyby jednymi z pierwszych murowanych fortyfikacji na świecie. Wydaje się jednak, że są późniejsze, prawdopodobnie z epoki żelaza65.
W części osady zachowały się ślady domostw z resztkami warsztatów oraz pozostałościami przedmiotów kamiennych i ceramicznych, a także odpadami po wytwórczości metalurgicznej. Niedaleko odkryto liczne przęśliki wskazujące na produkcję tekstylną. W pobliżu była brama wjazdowa, co sugeruje, że mieszkali tu rzemieślnicy oferujący dobra na sprzedaż oraz kupcy. Natomiast w innym sektorze osady nie znaleziono warsztatów, ale resztki różnych przedmiotów luksusowych, głównie z brązu i ze złota. Tę przestrzeń archeologowie nazwali roboczo akropolem i uznali za siedzibę władzy. Zarówno na „akropolu”, jak i w częściach osady grupujących produkcję na handel domostwa były lepszej jakości, z kamiennymi podłogami. Na pozostałym obszarze były uboższe; nie znaleziono w nich ani przedmiotów luksusowych, ani żadnych śladów produkcji rzemieślniczej na większą skalę. Być może mieszkali tam wytwórcy zaspokajający potrzeby lokalne. Istniała też strefa kultowa, gdzie prawdopodobnie składano ofiary z ludzi. Osada była niewielka, bo obejmowała dwie trzecie hektara; odkryto resztki czterdziestu sześciu domostw, a więc zamieszkiwało ją zapewne kilkaset osób. Pod względem gospodarczym musiała stanowić jedność z okolicznymi osadami rolniczymi (wsiami). Prowadziła z nimi ciągłą wymianę handlową, bez której nie mogłaby się utrzymać: produkowała wyroby rzemieślnicze, musiała wszak nabywać płody rolne66.
Często miejscem osiedlania się były doliny rzek — a właściwie nie one same, narażone na zalewanie i ataki wroga, ale wzgórza nad nimi, chroniące od wody, ułatwiające obronę i pozwalające kontrolować ważne szlaki handlowe. Co jednak znaczyło „kontrolować?” Czy chodziło głównie o udział w wymianie towarów, łatwy dostęp do przywożonych dóbr i szansę na zbycie własnych produktów? A może o pobór cła za przejazd, zapewne w naturze? Nie wiemy. W każdym razie, podróżując samochodem w Pieniny szosą wzdłuż Dunajca, od Starego Sącza do Krościenka, mijamy dwa takie miejsca: najpierw Maszkowice (pamiętamy Zyndrama z Maszkowic, dowódcę spod Grunwaldu), a potem grodzisko Babia Góra w Zabrzeży (niedaleko ujścia potoku Kamienica). Badaczka zagadnienia podkreśla, że w obu z nich fortyfikacje stawiano dopiero jakiś czas po wybudowaniu osady. Wysnuwa wniosek, że względy ekonomiczne były ważniejsze niż wojskowe. Dolina Dunajca, istotny szlak handlowy już w neolicie, zmieniła się z czasem w jedną z głównych dróg, którą wpływy kultur południowo-wschodnich przedostawały się przez Karpaty na północ. W narażonej na powodzie dolinie osadnictwo, zarówno neolityczne, jak i z epoki brązu, lokowało się na różnych wywyższeniach: na cyplach wrzynających się w dolinę rzeczną, na zboczach lub na dziale wodnym oddzielającym dwa potoki. Ponadto w górach często występuje inwersja temperatur, gdy cieplejsze powietrze się wznosi, a zimniejsze opada, w wyniku czego w pewnych godzinach doby na terenach położonych wyżej może być cieplej niż w dolinach. Co za tym idzie — te pierwsze są niekiedy korzystniejsze także z punktu widzenia rolnictwa67.
Niektórzy badacze epoki brązu dowodzą, że nie ma jasnego związku między złożami metali a osadami. Oto w środkowym Siedmiogrodzie rudy żelaza ukryte są wysoko w górach, natomiast drogi handlowe przechodzą dolinami rzek68. Czy więc dla przyszłych mieszkańców decydującym kryterium wyboru miejsca na osadę była bliskość surowców, czy ważnych szlaków, a może względy polityczne (kontrola terytorium) lub obronność? Społeczeństwo epoki brązu jest już bardzo zróżnicowane społecznie, politycznie, kulturowo i gospodarczo; rolę odgrywa więc wiele czynników. W każdym razie — podkreślam to, bo będziemy do tej kwestii wielokrotnie wracać — w wielu wypadkach osadnicy wybierają tereny wyżej usytuowane, zanim jeszcze zaludnią te położone niżej.
Około stu kilometrów na północny wschód od pagórka Myšia Hôrka, na wzniesieniu między Jasłem a wsią Trzcinica, odkryto pozostałości innej osady obronnej. Nadano im trochę pretensjonalną nazwę — Karpacka Troja69
