Biblioteka Europy Środka. Karpaty. Opowieść o pewnych górach - Prof. Maciej Janowski - ebook

Biblioteka Europy Środka. Karpaty. Opowieść o pewnych górach ebook

Prof. Maciej Janowski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Książka Macieja Janowskiego „Karpaty. Opowieść o pewnych górach” obejmuje cały łańcuch Karpat — od Bratysławy po Żelazne Wrota, od Bieszczadów po Góry Bihorskie — i opisuje dzieje tego regionu od prehistorii po współczesność. Dla autora Karpaty to przestrzeń, w której człowiek i krajobraz tworzą wspólnotę losu, a historia toczy się w rytmie dolin i przełęczy.

Janowski przedstawia Karpaty jako obszar wielonarodowy, gdzie przez stulecia współistniały różne grupy etniczne i wyznaniowe — Polacy, Rusini, Słowacy, Węgrzy, Rumuni, Czesi, Żydzi, Niemcy. W tym pejzażu, rozpiętym między kulturami i imperiami, „górskość” staje się kategorią kulturową — sposobem życia i myślenia kształtowanym przez przyrodę, wierzenia i sztukę.

Autor przygląda się również okresowi powojennych przemian: wysiedleniom, industrializacji, zmianom krajobrazu i pamięci. W tej części widać ścieranie się dziedzictwa imperiów z rzeczywistością państw socjalistycznych, a następnie z procesem transformacji po 1989 roku.

Bez egzaltacji, ale z literacką uważnością i historyczną erudycją autor kreśli panoramę Karpat, które nie mają jednego centrum.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 972

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Góry, lasy, wolność

… na tym leśnym, pod­kar­pac­kim stoku Obfi­tym w buko­winy, gęsty chrust i pną­cza, Który się w jed­nym wiel­kim prze­ciąga obłoku Od Sta­rego Sam­bora do Sta­rego Sącza. I wiecz­nie pły­nie za mną, zie­lony w błę­ki­cie, I powie­trzem nakryty, jak srebrną rotundą. (Kazi­mierz Wie­rzyń­ski)

Nie­mal od zawsze waka­cje były w górach. Nie żebym to jakoś spe­cjal­nie uwiel­biał; było to natu­ralne, a potem już tak zostało. Po 1989 roku doszły Kar­paty sło­wac­kie, rumuń­skie, węgier­skie, ukra­iń­skie (choć cią­gle w małym stop­niu)… Ni­gdy nie mia­łem poważ­nych ambi­cji tury­stycz­nych, na moich kole­gów ze Stu­denc­kiego Koła Prze­wod­ni­ków Beskidz­kich spo­glą­da­łem ze czcią i z dystan­sem, nie inte­re­so­wa­łem się głę­biej sztuką, histo­rią czy etno­gra­fią tere­nów gór­skich — po pro­stu łazi­łem po kościół­kach, skan­se­nach i ruinach zam­ków, prze­glą­da­łem prze­wod­niki i mapy. I nagle, po ponad trzech deka­dach takich zabaw, w lecie 2007 roku, w mie­ście Sław­sku nad rzeką Opór, nie­da­leko kra­tow­ni­co­wego mostu kole­jo­wego, przez który co chwilę olbrzy­mie składy towa­rowe ciężko toczyły swe pięć­dzie­siąt kilka wago­nów w górę, ku sta­cji Ławoczne, ostat­niej przed główną gra­nią kar­packą, a potem przez naj­dłuż­szy tunel w Gali­cji i przez naj­pięk­niej­szy wia­dukt na Rusi Zakar­pac­kiej dalej ku Muka­czewu i Użho­ro­dowi — no więc wtedy nagle wpa­dła mi do głowy myśl: napi­szę histo­rię Kar­pat! Sie­dzia­łem wła­śnie w sali kon­fe­ren­cyj­nej ele­ganc­kiego hotelu Perła Kar­pat, gapiąc się przez okno na rzekę, niebo, słońce, góry, świerki i pociągi, i narze­ka­jąc w duchu na swój ciężki los, że nie jestem tutaj z ple­ca­kiem na waka­cjach, tylko „pro­fe­sjo­nal­nie”, jako wykła­dowca na „Sum­mer school”. Cały cykl kilku szkół let­nich w ukra­iń­skich Kar­patach był fascy­nu­ją­cym prze­ży­ciem, ale ten wykład był na szczę­ście dość nudny. Szybko naszki­co­wa­łem na kartce sche­mat kom­po­zy­cyjny książki. Teraz pozo­stało jedy­nie ją napi­sać.

To nie był pierw­szy raz, kiedy podobna myśl przy­szła mi do głowy. Mignęła pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych pod­czas wędrówki po Biesz­cza­dach, cią­gle jesz­cze wtedy urze­ka­ją­cych pustką. W Biesz­cza­dach cho­dziło się po gru­zach nie­ist­nie­ją­cej kul­tury chrze­ści­jań­stwa wschod­niego, znisz­czo­nej przez wysie­dle­nie daw­nych miesz­kań­ców, a innej niż to wszystko, do czego zdą­ży­łem się przy­zwy­czaić — wra­że­nie było tak doj­mu­jące, że myśl o opi­sa­niu tego, czego w Kar­pa­tach już nie ma, nagle poja­wiła się w gło­wie. Wła­śnie wtedy czy­ta­łem z zachwy­tem pierw­szy tom Dzie­jów kul­tury pol­skiej Alek­san­dra Brücknera, podzi­wia­jąc, jakie bogac­two infor­ma­cji o spo­łe­czeń­stwie i kul­tu­rze można wycią­gnąć z ana­lizy języ­ko­wej, więc pomy­śla­łem, jak wspa­niale byłoby napi­sać ana­lo­giczne „Dzieje kul­tury Kar­pat”. Myśl bły­snęła i zni­kła, ale musiała nur­to­wać gdzieś w głębi, bo po jakichś dwu­dzie­stu latach, w Sław­sku, poja­wiła się znów, cho­ciaż w odmien­nej for­mie. Od 2007 roku myśl o tej książce pochła­niała mnie coraz bar­dziej.

Kar­paty — czyli wła­ści­wie co? Można podać defi­ni­cję for­malną, na przy­kład, że jest to ten obszar, który za Kar­paty uwa­żają Jerzy Kon­dracki albo Antoni Reh­man, auto­rzy dwóch kla­sycz­nych prac o inte­re­su­ją­cych nas górach. O ile podział Kar­pat na regiony geo­gra­ficzne nieco się różni u obu auto­rów, o tyle zasięg gór jako cało­ści jest u nich nie­mal taki sam. W zasa­dzie przy­ją­łem, czy­sto kon­wen­cjo­nal­nie, Kar­paty według defi­ni­cji Kon­drackiego, choć tak naprawdę — szcze­rze przy­znam — nie ma to więk­szego zna­cze­nia. W pra­cach o cha­rak­te­rze sta­ty­stycz­nym dokładne zde­fi­nio­wa­nie bada­nego tery­to­rium jest nie­zwy­kle ważne, bo infor­muje o tym, do jakiego terenu odno­szą się poda­wane liczby; jed­nak w pracy o cha­rak­te­rze opi­so­wym, takiej jak ta, dokładne okre­śle­nie bada­nej prze­strzeni jest nie tylko nie­po­trzebne, ale szko­dliwe. Cza­sem wewnętrzna spój­ność opo­wie­ści, a cza­sem po pro­stu chęć powie­dze­nia cze­goś cie­ka­wego każe przed­sta­wić jakieś zja­wi­sko znaj­du­jące się nieco poza ści­śle rozu­mia­nym obsza­rem Kar­pat czy Pod­kar­pa­cia; sztywne trak­to­wa­nie gra­nic tery­to­rial­nych byłoby wtedy zby­teczną pedan­te­rią. Mówiąc o zasięgu tery­to­rial­nym pracy, trzeba nato­miast pod­kre­ślić, że nie ma gór bez dolin. Gdyby cały obszar Kar­pat leżał na jed­nej wyso­ko­ści, powiedzmy 2000 metrów, nie byłyby to góry, lecz pła­sko­wyż. Mia­sta w doli­nach rzecz­nych, cała pagór­ko­wata Wyżyna Sied­mio­grodzka oto­czona górami nie­mal z każ­dej strony, szczyty Tatr Wyso­kich, Rete­zatu czy Foga­ra­szy, prze­kra­cza­jące 2500 metrów nad pozio­mem morza (naj­wyż­szy szczyt: Ger­lach — 2655 m n.p.m.), i uzdro­wi­sko Łaź­nie Her­ku­lesa, leżące nad brze­giem Dunaju wśród gór, na wyso­ko­ści około 170 metrów nad pozio­mem morza — to wszystko na rów­nych pra­wach jest czę­ścią Kar­pat i ich histo­rii. Na skali pio­no­wej Kar­paty zaj­mują więc pra­wie dwa i pół kilo­me­tra.

Kra­iny histo­ryczne i regiony etno­gra­ficzne w Kar­pa­tach

Na mapie zaś jest to obszar — patrząc w skali euro­pej­skiej — nie tak wielki: obej­muje (jeśli przyj­miemy gra­nice Kar­pat według Kon­drac­kiego) około 209 tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych, nieco wię­cej niż dwie trze­cie powierzchni Pol­ski. Nie tak wielki także z innego względu. Ist­nieje pro­sty wzór pozwa­la­jący obli­czyć, na jaką naj­dal­szą odle­głość można spoj­rzeć ze szczytu o danej wyso­ko­ści, by zoba­czyć obiekt znaj­du­jący się na pozio­mie morza1. Oczy­wi­ście kiedy obiekt, na który patrzymy, nie leży na pozio­mie morza, lecz tysiąc lub dwa tysiące metrów wyżej, wtedy zasięg widze­nia odpo­wied­nio się powięk­sza. Otóż jeśli pomi­niemy kwe­stię pogo­do­wych ogra­ni­czeń widocz­no­ści, to ze szczy­tów Gór Bihor­skich powinno dać się objąć wzro­kiem całe Kar­paty: od Beski­dów na pół­nocy do Foga­ra­szy na połu­dniu. To nie jest moje oso­bi­ste doświad­cze­nie; naj­dal­szy widok kar­packi, jaki był moim udzia­łem, to deli­katna linia głów­nej grani Tatr Wyso­kich z wieży wido­ko­wej na Czo­wa­nio­szu w górach Börzsöny — jakieś sto sześć­dzie­siąt kilo­me­trów w linii pro­stej. W inter­ne­cie jed­nak można zna­leźć zdję­cia Kar­pat rumuń­skich widzia­nych z Biesz­cza­dów. To niby nic waż­nego, ale wydaje mi się, że w jakiś spo­sób daje pogląd na całość niniej­szej książki: patrząc na teren całych Kar­pat jakby z lotu ptaka, poszu­ku­jemy ogól­nej opo­wie­ści, która ukaże całość naszych gór.

Pod­sta­wowe zało­że­nie, na któ­rego przy­ję­ciu (bądź odrzu­ce­niu) stoi (albo pada) cała kon­cep­cja tej książki, jest nastę­pu­jące: ist­nieje coś takiego jak „gór­skość”. Fizyczne uwa­run­ko­wa­nia (ukształ­to­wa­nie terenu, kli­mat, wody, roślin­ność itp.) ziem gór­skich są tak ważne, że zna­cząco wpły­wają na spo­sób funk­cjo­no­wa­nia ludzi w górach. W związku z tym — przy­kła­dowo — wieś na pół­noc­nych sto­kach pod­kar­pac­kich, gdzieś w połu­dnio­wej Mało­pol­sce, i wieś na połu­dnio­wych sto­kach Kar­pat, gdzieś na Wołosz­czyź­nie, mają tyle cech wspól­nych wyni­ka­ją­cych z ich poło­że­nia na tere­nach podgór­skich lub gór­skich, że upraw­nia to do napi­sa­nia ich wspól­nej histo­rii.

To nie jest wnio­sek z pracy — to jest zało­że­nie wstępne. Ono oczy­wi­ście nie wzięło się zni­kąd, tylko z tury­stycz­nych wra­żeń. Kie­dyś scho­dząc z gór Parâng na połu­dnie, ku Olte­nii, długą doliną jakie­goś potoku, zasta­no­wi­łem się nagle — a czym ta dolina różni się od dolin beskidz­kich? Bio­log i geo­log wymie­ni­liby natych­miast całą masę róż­nic i na pewno mie­liby rację — ale prze­cież poza tymi róż­nicami ist­nieje fun­da­men­talne podo­bień­stwo.

Na czym polega róż­nica mię­dzy pisa­niem histo­rii Kar­pat a (dajmy na to) histo­rii Pol­ski? Po pierw­sze — histo­ria kraju czy pań­stwa, nawet tak bar­dzo zde­cen­tra­li­zo­wa­nego, jakim była dawna Rzecz­po­spo­lita, jest skon­cen­tro­wana na naj­wy­żej kilku punk­tach (a bywa też, że na jed­nym). Ogromną więk­szość kraju zbywa się ogól­ni­kami. Tym­cza­sem histo­ria Kar­pat jest histo­rią bez cen­trum. Nie ma „serca Kar­pat”, albo raczej — ich serce jest wszę­dzie. Nie bez zna­cze­nia pozo­staje tu fakt, że gra­nice Kar­pat nie pokry­wają się z gra­ni­cami pań­stwo­wymi, naro­do­wymi i etnicz­nymi. W każ­dym razie trzeba posta­rać się objąć opo­wie­ścią na równi całe tery­to­rium.

Po dru­gie — ukształ­to­wa­nie terenu. Można je nie­mal zupeł­nie pomi­nąć w stan­dar­do­wej histo­rii pań­stwa czy narodu, co naj­wy­żej napo­mknąć o nim we wstę­pie. Nie da się tego zro­bić w sytu­acji, gdy to wła­śnie ukształ­to­wa­nie terenu sta­nowi pod­sta­wowy wyróż­nik regionu, któ­rego histo­rię zamie­rza się opo­wie­dzieć. Współ­za­leż­ność mię­dzy czło­wie­kiem a górami, doli­nami czy rze­kami powinna być dla tej książki klu­czowa. Powinna: chcia­łem odna­leźć tę współ­za­leż­ność w życiu codzien­nym, sztuce, struk­tu­rze spo­łecz­nej, for­mach gospo­darki… Ten zamiar powiódł się tylko czę­ściowo. Zwłasz­cza jeden ważny ele­ment współ­za­leż­no­ści życia spo­łecz­nego ze śro­do­wi­skiem natu­ral­nym — lepiej przy­znać się od razu — nie zna­lazł w tej książce nawet szki­co­wego odzwier­cie­dle­nia. Cho­dzi o geo­lo­giczną budowę Kar­pat. Łatwo odszu­kać w pra­cach geo­gra­fów pewne ogólne roz­wa­ża­nia na ten temat. Wiemy, że góry wapienne ina­czej kształ­tują swe sto­sunki wodne i sprzy­jają innej roślin­no­ści; wiemy, że w pół­noc­nej czę­ści Kar­pat wyróż­nić możemy tak zwane Kar­paty fli­szowe; wiemy o zja­wi­skach kra­so­wych. Ale jak prze­two­rzyć to wszystko na kon­kret, poka­zać, jak w danym wypadku, w tej czy innej wsi, geo­lo­giczna struk­tura poszcze­gól­nych gór czy dolin prze­kłada się na życie codzienne? Nie umia­łem tego zro­bić, więc uzna­łem, że pomi­nąć można cały — skąd­inąd fascy­nu­jący — pro­blem geo­lo­gicz­nej histo­rii Kar­pat, całą ich „histo­rię natu­ralną”, kwe­stię ruchów góro­twór­czych i powol­nego two­rze­nia się łań­cu­cha gór­skiego takiego, jakim jest on obec­nie. Oba­wia­łem się, że wyszedł­bym poza swoje kom­pe­ten­cje zbyt daleko, a nawet gdy­bym unik­nął zasad­ni­czych błę­dów, to nie umiał­bym powią­zać tej czę­ści z nastę­pu­jącą po niej czę­ścią histo­ryczną.

Jeśli jed­nak przyj­mu­jemy to pod­sta­wowe zało­że­nie, ów wstępny aksjo­mat ist­nie­nia „gór­sko­ści” (a bez tego nie byłoby sensu pisać tej książki), to zasta­nówmy się, na czym ta „gór­skość” mia­łaby pole­gać. Uprze­dza­jąc szcze­góły w kolej­nych roz­dzia­łach, spró­bujmy dać kilka punk­tów dla ogól­nej orien­ta­cji.

Na począ­tek oczy­wi­stość — im wyżej, tym zim­niej. W bar­dzo luź­nym przy­bli­że­niu, kiedy podej­dziemy sto metrów w pio­nie, tem­pe­ra­tura obniża się o mniej wię­cej sześć dzie­sią­tych stop­nia Cel­sju­sza2, choć różne czyn­niki lokalne mogą tę regułę mody­fi­ko­wać. Nasło­necz­nione zbo­cze połu­dniowe może być cie­plej­sze niż zacie­niony stok pół­nocny leżący o wiele niżej. Na zbo­czach bar­dzo masyw­nej góry jest cie­plej niż na zbo­czach wąskiego, osa­mot­nio­nego szczytu o tej samej wyso­ko­ści, bo zie­mia maga­zy­nuje cie­pło; stąd też pła­sko­wyż będzie miał wyż­szą tem­pe­ra­turę niż równe mu wyso­ko­ścią nad pozio­mem morza postrzę­pione szczyty. Jedną z waż­nych przy­czyn spadku tem­pe­ra­tury wraz ze wzro­stem wyso­ko­ści jest spa­dek ciśnie­nia powie­trza. Roz­rze­dzone powie­trze bowiem sła­biej ogrzewa zie­mię, a co za tym idzie, tem­pe­ra­tura zależy w więk­szym stop­niu od nasło­necz­nie­nia. Z tego zaś wynika, że na bar­dzo nasło­necz­nio­nym i dość wysoko poło­żo­nym stoku może być w dzień nawet bar­dzo cie­pło, ale w ciągu kilku minut po zacho­dzie słońca tem­pe­ra­tura gwał­tow­nie spada — innymi słowy: mamy duże róż­nice tem­pe­ra­tur mię­dzy dniem a nocą. Gdzie­nie­gdzie wystę­puje zja­wi­sko inwer­sji tem­pe­ra­tur, kiedy zacie­nione doliny są chłod­niej­sze niż nasło­necz­nione grzbiety3. Zarówno gene­ralna pra­wi­dło­wość spadku tem­pe­ra­tury w miarę wzro­stu wyso­ko­ści nad pozio­mem morza, jak i jej wszel­kie mody­fi­ka­cje mają zasad­ni­czy wpływ na funk­cjo­no­wa­nie w górach istot żywych — ludzi, zwie­rząt i roślin.

To doty­czy gór w ogól­no­ści, ale są też cechy cha­rak­te­ry­styczne tylko dla kon­kret­nych regio­nów. Fran­cu­ski geo­graf Jules Bla­che odnaj­duje spe­cy­fikę gór „typu alpej­skiego”, do któ­rych zali­cza góry basenu Morza Śród­ziem­nego (w tym Kar­paty) i Azji Środ­ko­wej, aż po Iran. Ujmuje tę spe­cy­fikę w punk­tach: po pierw­sze — duża rola paster­stwa gór­skiego; po dru­gie — adap­ta­cja rol­nic­twa nizin­nego do warun­ków gór­skich; po trze­cie — różne formy reme­diów na nie­do­god­no­ści życia gór­skiego: od emi­gra­cji (trwa­łej bądź sezo­no­wej) do roz­woju prze­my­słów wiej­skich. Jego zda­niem nie są to cechy spo­łe­czeństw gór­skich na całym świe­cie, lecz tylko w owym regio­nie4. Góry w innych regio­nach nato­miast, dzie­ląc z górami typu alpej­skiego pewne cechy naj­ogól­niej­sze, mają też liczne odmien­no­ści. Tak więc na grzbie­tach gór pół­noc­nej Europy — Szko­cji czy Skan­dy­na­wii — nie ma poło­nin, a więc nie może się roz­wi­nąć tak istotna dla typu alpej­skiego gospo­darka paster­ska. W Azji góry są oddzie­lone od pod­gó­rzy pod wzglę­dem kul­tu­ro­wym i gospo­dar­czym; w Afryce Środ­ko­wej i w rejo­nie andyj­skim góry są jakby refu­gium — przez swój kli­mat, zdrow­szy i chłod­niej­szy niż na nizi­nach, umoż­li­wiają funk­cjo­no­wa­nie ludzi i zwie­rząt5. Nie­za­leż­nie od tego, czy bły­sko­tliwe uogól­nie­nia Bla­che’a są trafne6, jego syn­te­tyczna praca pozwala nam umiej­sco­wić Kar­paty wśród róż­nych typów funk­cjo­no­wa­nia czło­wieka w górach na całym glo­bie.

Na czym więc pole­ga­łaby „gór­skość” Kar­pat w ciągu dzie­jów? Wyliczmy, zupeł­nie wstęp­nie i bez pre­ten­sji do ści­sło­ści (wszystko to będzie szcze­gó­łowo wyja­śnione dalej), kilka jej cech:

Duży udział hodowli zwie­rząt (kosz­tem rol­nic­twa) i jej spe­cy­ficzna orga­ni­za­cja, zupeł­nie odmienna od orga­ni­za­cji paster­stwa nizin­nego.

Wpływ kul­tury woło­skiej (który nie ogra­ni­cza się tylko do paster­stwa).

Sto­sun­kowo więk­szy poziom swo­body wsi, mniej­sza dokucz­li­wość sys­temu pańsz­czyź­nia­nego.

Spe­cy­ficzna pogra­nicz­ność kul­tu­rowa łącząca się z istot­nym przez setki lat zobo­wią­za­niem wsi gra­nicz­nych do ochrony gra­nic.

Ważna rola lasu i prze­my­słów leśnych w gospo­darce wiej­skiej (doty­czy to także tere­nów pusz­czań­skich na nizi­nach).

Częst­sze niż na nizi­nach wystę­po­wa­nie pew­nych typów ukształ­to­wa­nia prze­strzen­nego wsi (wieś łanów leśnych, wieś roz­pro­szona).

Zbój­nic­two jako feno­men ziem gór­skich. Nie jest oczy­wi­ste, czy natę­że­nie prze­mocy było w górach sil­niej­sze niż na nizi­nach, ale formy orga­ni­za­cyjne tej prze­mocy były inne.

Wielu auto­rów (Frie­drich Rat­zel w ogól­no­ści, Fer­nand Brau­del w odnie­sie­niu do regionu śród­ziem­no­mor­skiego, Kazi­mierz Dobro­wol­ski w odnie­sie­niu do Kar­pat pol­skich) pisało o spe­cy­ficz­nej pro­duk­tyw­no­ści kul­tu­ro­wej regionu, w któ­rym kul­tura gór styka się z kul­turą rów­nin. Te roz­wa­ża­nia są bar­dzo powabne, choć grożą ześli­zgnię­ciem się w ogól­niki.

Kwe­stia pogra­nicz­no­ści wymaga pew­nego wyja­śnie­nia. Świetna książka Johna W. Cole’a i Erica R. Wolfa The Hid­den Fron­tier. Eco­logy and Eth­ni­city in an Alpine Val­ley z 1974 roku, kla­syka antro­po­lo­gii spo­łecz­nej, opo­wiada o dwóch wsiach w połu­dnio­wym Tyrolu sta­no­wią­cym do 1918 roku część Austrii, a obec­nie nale­żą­cym do Włoch. Jedna z tych wsi jest wło­ska, druga nie­miecka. Jest tezą auto­rów, że wsie te — podobne jeśli cho­dzi o mate­rialny poziom życia i wyzna­jące tę samą reli­gię (kato­licką) — róż­nią się zasad­ni­czo pod wzglę­dem struk­tury gospo­dar­czej i wielu kwe­stii kul­tu­ro­wych. Bada­cze zwra­cają uwagę na przy­kład na inne hie­rar­chie pre­stiżu zwią­zane z wyko­ny­wa­nymi zawo­dami oraz inny porzą­dek dzie­dzi­cze­nia. Otóż mam wra­że­nie, że w Kar­pa­tach jest ina­czej. Nie mamy w nich ostrej gra­nicy kul­tu­ro­wej, lecz sze­roką zonę pogra­ni­cza. Kolo­ni­za­cja woło­ska w górach i nie­miecka (bądź na pra­wie nie­miec­kim) w doli­nach dały pewną spój­ność tere­nom wokół głów­nej grani Kar­pat. Nie ma więc chyba owej „hid­den fron­tier”, jest sze­roki pas kul­tury gór­skiej wspól­nej dla obu stron roz­dzie­lo­nych gra­nicą etniczną czy poli­tyczną; linie kon­flik­tów prze­bie­gają w poprzek owych gra­nic. W tym sen­sie mówie­nie o „pogra­niczu” wydaje mi się uza­sad­nione i nie ma w tym — wbrew poja­wia­ją­cym się suge­stiom7 — żad­nego pro­tek­cjo­ni­zmu.

Pisząc o gór­skim pogra­ni­czu, trudno pomi­nąć pro­blem gór­skiej wol­no­ści — zmi­to­lo­gi­zo­wany w opo­wie­ściach o zbój­ni­kach, ale prze­cież realny. Cała sztuka polega na tym, aby utrzy­mać rów­no­wagę mię­dzy pseu­do­ro­man­tyczną egzal­to­waną apo­te­ozą gór­skiej wol­no­ści a pseu­do­re­ali­styczną i rów­nie egzal­to­waną dema­ska­cją gór­skiej nędzy, prze­mocy i wyzy­sku. Oba te podej­ścia są z gruntu fał­szywe, choć każde ma w sobie coś praw­dzi­wego. Dzieła sztuki powsta­jące na tere­nach gór­skich, dzieła, któ­rych pre­zen­ta­cja sta­nowi dużą część tej książki, są decy­du­ją­cym argu­men­tem prze­ciw tezie skraj­nie pesy­mi­stycz­nej. Takiej sztuki nie two­rzą nie­wol­nicy. Wol­ność w górach jest zde­cy­do­wa­nie czymś wię­cej niż roman­tycz­nym ste­reo­ty­pem.

Wstęp powi­nien dać omó­wie­nie stanu piśmien­nic­twa. Nie zrobi tego, zastą­pią je liczne przy­pisy, a od czasu do czasu także odnie­sie­nia do prac bada­czy w tek­ście głów­nym. Jestem świa­dom nie­kom­plet­no­ści moich lek­tur. Zda­rzało mi się pomi­nąć jakąś książkę z igno­ran­cji, ale rów­nie czę­sto działo się ina­czej: książka stała na półce na wycią­gnię­cie ręki, arty­kuł zapi­sany w moim kom­pu­te­rze cze­kał na jedno klik­nię­cie — a ja musia­łem z nich zre­zy­gno­wać, wie­dząc, że zbie­ra­nie danych trzeba kie­dyś prze­rwać. Zazna­czę więc tylko, że przez kil­ka­na­ście lat czy­ta­łem i czy­ta­łem. Nudne kon­fe­ren­cje naukowe i loty samo­lo­tem sprzy­jały prze­glą­da­niu na lap­to­pie wydaw­nictw źró­dło­wych, zarówno po pol­sku — na przy­kład tomów Akt grodz­kich i ziem­skich — jak i w róż­nych języ­kach lepiej lub sła­biej mi zna­nych. Z angiel­skim, nie­miec­kim, a w nieco mniej­szym stop­niu z rosyj­skim ogól­nie nie mam kło­po­tów; po fran­cu­sku, cze­sku, sło­wacku czy­tam w miarę bie­gle — a teraz doszły inne. Łacina, moja stara nie­przy­ja­ciółka z liceum i pierw­szych dwóch lat stu­diów, nie­ocze­ki­wa­nie oka­zała mi łaskaw­sze obli­cze, a choć na­dal skrywa przede mną więk­szość swego wnę­trza, to odkryła mi tro­chę ze zna­cze­nia róż­nych daw­nych doku­men­tów waż­nych dla tematu tej książki. Węgier­ski, przed­miot moich dłu­go­let­nich fru­stra­cji (mimo dwu­let­niego kursu języ­ko­wego w Węgier­skim Insty­tu­cie Kul­tury w War­sza­wie), stop­niowo sta­wał się coraz łatwiej­szy. Rumuń­ski, któ­rego ze zbyt małym samo­za­par­ciem pró­bo­wa­łem nauczyć się sam, rów­nież uchy­lił przede mną rąbka swych tajem­nic. Ukra­iń­ski oka­zał się w pełni zro­zu­miały dzięki zna­jo­mo­ści innych języ­ków sło­wiań­skich. Nie­stety nie znam języ­ków innych miesz­kań­ców Kar­pat: jidysz, hebraj­skiego, osmań­skiego. Trudno. Nie korzy­sta­łem ani z kom­pu­te­ro­wych tłu­ma­czy, ani z chata GPT czy innych rodza­jów sztucz­nej inte­li­gen­cji. Kie­dyś, dawno temu, kilka razy wywo­ły­wa­łem zdję­cia. Moment, kiedy na umiesz­czoną w kuwe­cie z wywo­ły­wa­czem kartkę papieru foto­gra­ficz­nego pada świa­tło lampy i na bia­łym papie­rze poja­wiają się coraz wyraź­niej­sze kon­tury obrazka, utkwił mi w pamięci na całe życie. Dokład­nie tak samo jest z tek­stami: radość, gdy po wytę­żo­nej pracy tekst łaciń­ski, rumuń­ski czy węgier­ski z niezro­zu­miałych sekwen­cji liter prze­kształca się powoli w sen­sowną całość, warta jest każ­dych pie­nię­dzy. Tak prze­pra­co­wany tekst rozu­mie się wszech­stron­niej niż tłu­ma­cze­nie. Oczy­wi­ście ma to swoją cenę: zdo­łam prze­czy­tać o wiele mniej tek­stów, niż gdy­bym zdał się na auto­ma­tyczny prze­kład. Cenę tę, jestem prze­ko­nany, warto zapła­cić.

Góry, któ­rych histo­ria jest przed­mio­tem tej książki, zwano roz­ma­icie, czę­sto uży­wano łaciń­skiej nazwy Alpes. Do tego geo­lo­gicz­nie Alpy i Kar­paty to czę­ści tego samego wiel­kiego łań­cu­cha, powstałe w wyniku tych samych pro­ce­sów góro­twór­czych. Jed­nak fakt, że osta­tecz­nie na okre­śle­nie naszych gór słowo „Alpy” się nie przy­jęło, nie jest przy­pad­kowy; skoro góry na wschód od Wied­nia zyskały w ciągu dzie­jów nazwę Kar­pat, a na zachód od Wied­nia — Alp, to fakt ten świad­czy o istot­nej odręb­no­ści kul­tu­ro­wej obu czę­ści kar­packo-alpej­skiego łań­cu­cha gór­skiego i pozwala uznać dzieje Kar­pat za odrębne zagad­nie­nie. Jeśli cho­dzi o nazwy regio­nów i subregio­nów kar­pac­kich, sta­ram się nie być pedan­tycz­nie kon­se­kwentny. I tak w zasa­dzie przyj­muję podział na Kar­paty Zachod­nie, Połu­dniowe i Wschod­nie, ale kwe­stia, czy Kar­paty Połu­dniowe i Wschod­nie są odręb­nymi regio­nami, czy też trzeba wpro­wa­dzić wspólny region Kar­pat Połu­dniowo-Wschod­nich, nie ma dla mnie żad­nego zna­cze­nia. W zależ­no­ści od potrzeb piszę więc o Kar­patach Wschod­nich, Połu­dnio­wych albo Połu­dniowo-Wschod­nich, a cza­sem — jeśli kon­tekst tego wymaga — także o Kar­patach Pół­noc­nych, obej­mu­ją­cych część łuku kar­pac­kiego mniej wię­cej od Poku­cia na zachód. Ta książka nie ma być pod­ręcz­ni­kiem nazew­nic­twa regio­nal­nego. Naj­waż­niej­sze, aby Czy­tel­nik z grub­sza mógł się zorien­to­wać, jaki obszar ma autor w danym momen­cie na myśli, i mam nadzieję, że ten cel osią­gną­łem. Jeśli cho­dzi o formę roz­ma­itych nazw miej­sco­wych, sto­so­wa­łem się do nastę­pu­ją­cych zasad: gdzie tylko ist­nieje tra­dy­cyjna nazwa pol­ska, sta­ra­łem się jej uży­wać; jeśli ist­nieje kilka pol­skich nazw uro­bio­nych od wer­sji w róż­nych języ­kach, uży­wam róż­nych w zależ­no­ści od pod­le­gło­ści poli­tycz­nej danej miej­sco­wo­ści (Kluż-Napoka jako część Rumu­nii, Kolosz­war jako część Węgier); jeśli ist­nieje kilka pol­skich wer­sji danej nazwy, uży­wam tej, która mi się naj­bar­dziej podoba (Syhot Mar­ma­ro­ski, a nie Sygiet)8; mimo kilku moc­nych pokus, wstrzy­muję się od wymy­śla­nia wła­snych nazw (bar­dzo chcia­łem, aby miej­sco­wość, która po nie­miecku nazywa się Neu­markt, po rumuń­sku — Târgu Mureș, a po węgier­sku — Marosvásárhely, nazwać po pol­sku „Nowy Targ nad Maru­szą”); jeśli nie ma nazwy pol­skiej, uży­wam nazw miej­sco­wo­ści w for­mie obo­wią­zu­ją­cej w danym okre­sie. Ta ostat­nia reguła nie jest cał­kiem oczy­wi­sta — czy saskie mia­sta sied­mio­grodz­kie, nie­ma­jące nazwy pol­skiej, poda­wać w odnie­sie­niu do póź­nego śre­dnio­wie­cza po węgier­sku czy po nie­miecku? Przy pierw­szej wzmiance o danej miej­sco­wo­ści zwy­kle wymie­niam różne wer­sje języ­kowe. Jeśli cho­dzi o nazwy geo­gra­ficzne nie­bę­dące nazwami miej­sco­wymi (rzeki, szczyty, prze­łę­cze, pasma gór­skie itp.) zasada jest ta sama, z jedną istotną róż­nicą. Dla tych nazw, dla któ­rych nie ma pol­skiego odpo­wied­nika, uży­wam formy w języku obec­nie panu­ją­cym na danym tery­to­rium, a nie nazwy histo­rycz­nej. Tych wszyst­kich reguł prze­strze­gam jed­nak w spo­sób nie w pełni kon­se­kwentny.

Wresz­cie ostatni ważny pro­blem: piękno gór. Zapewne ist­nieje jakieś bio­lo­giczne uwa­run­ko­wa­nie spra­wia­jące, że zachwyt nad górami zda­rza się ludziom we wszyst­kich epo­kach (poja­wia się tu poję­cie bio­fi­lii9). Jed­nak o wiele waż­niej­sze, w każ­dym razie dla histo­ryka, są zmie­nia­jące się w ciągu dzie­jów ide­ały piękna. Jest jasne, że zachwyt górami wzmaga się w epoce roman­ty­zmu — i od tej pory pozo­staje z nami na stałe. Otóż trudno ukry­wać, że ja także ów zachwyt podzie­lam, towa­rzy­szył mi pod­czas wycie­czek, a także pod­czas lek­tur, które w dużym stop­niu były prze­cież owych wycie­czek ewo­ka­cją. Ufam, że nie wpły­nął on nega­tyw­nie na spo­sób pre­zen­ta­cji; a może nawet miał nań wpływ pozy­tywny. Był on bowiem wyzwa­niem: jeśli arty­sta ma jakieś głęb­sze prze­ży­cia zwią­zane z pięk­nem kra­jo­brazu, nieba, wia­tru, wody lub też dzieł sztuki, to może odpo­wie­dzieć na to swoją wła­sną twór­czo­ścią — napi­sać wiersz, skom­po­no­wać utwór muzyczny, nama­lo­wać obraz czy zaśpie­wać pieśń. W ten spo­sób piękno rodzi piękno, przy­czy­nia się do stwo­rze­nia cze­goś nowego, ory­gi­nal­nego, a świat staje się bogat­szy. Histo­ryk jest tej moż­li­wo­ści pozba­wiony. On nie uwieczni gór w dziele, któ­rego artyzm choć w nie­wiel­kim stop­niu oddałby ich piękno, bo zro­bić tego nie umie. On może tylko spró­bo­wać opo­wie­dzieć ich histo­rię.

Spró­bo­wa­łem więc.

Część pierwsza. Wędrówki

1. Ekspresem przez tysiąclecia

I

Godziny wie­ków, piękny i mądry esej o dzie­jach ludz­ko­ści, napi­sany w 1935 roku przez dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niego wów­czas Ern­sta Gom­bri­cha (który potem został wiel­kim histo­ry­kiem sztuki), zaczyna się nie­za­po­mnia­nym obraz­kiem. Mały chło­piec stoi mię­dzy dwoma lustrami i patrzy, jak jego postać znika gdzieś w oddali, w naj­dal­szych lustrach, któ­rych nie można już doj­rzeć. „Same lustra i lustra. Mniej­sze i mniej­sze, jesz­cze i jesz­cze, a żadne z nich nie jest ostat­nie. Nawet tam, gdzie już nic nie widać, kryją się wciąż jesz­cze lustra i lustra. Nie widzi­cie ich, lecz wie­cie, że tam są”10. Tak samo jest z prze­szło­ścią.

Nie wiemy dokład­nie, kiedy czło­wiek poja­wił się na Ziemi, zwłasz­cza że jest rze­czą umowną, czy za „czło­wieka” uznamy już austra­lo­pi­teka (i wtedy byłoby to pew­nie ponad 3 miliony lat temu), czy też dopiero któ­rąś z póź­niej­szych form roz­wo­jo­wych: Homo habi­lis (jakieś 2 miliony lat temu) lub pite­kan­tropa (ok. miliona)11. W sze­roko poję­tej Euro­pie Środ­ko­wej naj­daw­niej­sze ślady czło­wieka mają 600 tysięcy lat, a może wię­cej. To są rzędy wiel­ko­ści, któ­rymi tak naprawdę nie umiemy w ogóle ope­ro­wać. Arche­olog Kon­rad Jaż­dżew­ski kon­sta­to­wał z pewną dra­ma­tyczną rezy­gna­cją: umiemy sobie wyobra­zić, „że od cza­sów Mieszka I dzieli nas 40 poko­leń” (pisał to dwa poko­le­nia temu), a nawet, choć z tru­dem, że aby dojść do sta­ro­żyt­nego Egiptu czy Mezo­po­ta­mii, potrze­bu­jemy pię­cio­krot­no­ści tej liczby. „Ale 600 lub 2500 razy pomno­żyć ten dla nas tak wielki szmat czasu […]?!” Czy potra­fimy „wyobra­zić sobie, czym jest w isto­cie ok. 2½–3 milio­nów lat”? „Jeste­śmy tu tak samo bez­radni jak dziecko, któ­remu — sto­sow­nie do jego wieku — darem­nie sta­ramy się wytłu­ma­czyć prze­strzeń roku, lat dzie­się­ciu lub stu”12.

Rze­czy­wi­ście — wyobraź­nia kapi­tu­luje wobec samej myśli, że przez setki tysięcy lat przed nami na kon­ty­nen­cie ludzie żyli, two­rzyli przed­mioty codzien­nego użytku, a póź­niej także dzieła sztuki, wyzna­wali jakieś reli­gie, myśleli, czuli, cier­pieli. A my tak nie­wiele potra­fimy o tym powie­dzieć!

Rodzi się pokusa, aby po pro­stu opu­ścić te dawne epoki i roz­po­cząć opo­wieść od kilku ostat­nich stu­leci przed naszą erą, kiedy na zie­mie kar­pac­kie przy­by­wają Tra­ko­wie, Dako­wie, Cel­to­wie, wresz­cie Rzy­mia­nie — ludy znane nam z tek­stów auto­rów sta­ro­żyt­nych. Przyj­mijmy kom­pro­mis: w książce, któ­rej arche­olo­gia nie jest głów­nym tema­tem, prze­sko­czymy więk­szość z tych setek tysięcy lat. Nie możemy jed­nak pomi­nąć ostat­nich dzie­się­ciu czy kil­ku­na­stu tysięcy lat przed naszą erą, gdyż wiemy o nich — w porów­na­niu z epo­kami wcze­śniej­szymi — naprawdę bar­dzo dużo. Nie zro­bimy tego z dwóch powo­dów. Po pierw­sze — nie spo­sób odciąć tych epok, jeśli chce się opo­wie­dzieć dzieje Kar­pat: to tak samo ważna część histo­rii gór jak każda inna. Po dru­gie — w owych epo­kach napo­ty­kamy zja­wi­ska spo­łeczne, gospo­dar­cze, a nie­raz także kul­tu­rowe i poli­tyczne, dające począ­tek wielu póź­niej­szym feno­me­nom. Trudno oprzeć się wzru­sze­niu, ile­kroć widzimy — może złud­nie — jak w odle­głych cza­sach poja­wia się coś, jakaś umie­jęt­ność lub wytwór ludzki, w czym roz­po­zna­jemy samych sie­bie: oto uprawa roli, oto cera­mika, oto wóz, oto drew­niany dom… Bez tych nie­zna­nych ludzi, któ­rych doro­bek stał się skład­ni­kiem codzien­no­ści na dłu­gie stu­lecia, a czę­ściowo aż do dziś, prze­szłość Kar­pat byłaby zafał­szo­wana. Jeśli zaczę­li­by­śmy naszą opo­wieść od Rzy­mian, nara­zi­li­by­śmy się na błąd, który cza­sem zda­rza się bada­czom: nie dostrze­gli­by­śmy, że histo­ria ostat­nich dwóch czy dwóch i pół tysiąca lat, do któ­rej mamy już źró­dła pisane, jest tylko kolej­nym obro­tem wiel­kiego cyklu histo­rycz­nego. Na tych zie­miach prze­pla­tały się bowiem osad­nic­two, paster­stwo, rol­nic­two, roz­wój han­dlu, walki, najazdy i ucieczki, wcho­dze­nie ludzi wysoko w góry i wyco­fy­wa­nie się — cza­sem po kilkudzie­się­ciu poko­le­niach — z powro­tem w doliny. Bez tej sze­ro­kiej per­spek­tywy można by na przy­kład pomy­śleć, że pierw­szej próby osad­nic­twa doko­nano w Beski­dach w śre­dnio­wie­czu — a w isto­cie ludzie żyli w róż­nych ich czę­ściach wie­lo­krot­nie w ciągu poprzed­nich tysięcy lat.

W naj­daw­niej­szych dzie­jach czło­wieka arche­olo­go­wie wyod­ręb­nili epoki. Mamy więc epokę kamie­nia star­szą (pale­olit), środ­kową (mezo­lit) i młod­szą (neo­lit), potem epokę brązu, wresz­cie epokę żelaza. Ta chro­no­lo­gia nie jest toż­sama z podzia­łem na epoki geo­lo­giczne: obej­mują one bowiem bez porów­na­nia dłuż­szy okres, gdyż w więk­szo­ści doty­czą czasu przed poja­wie­niem się ludzi. Z epok geo­lo­gicz­nych inte­re­suje nas schy­łek plej­sto­cenu (z gr. „naj­bar­dziej nowy”), się­ga­jący w przy­bli­że­niu 9. tysiąc­le­cia przed naszą erą. Zbiega się on z koń­cem pale­olitu. Następną epoką geo­lo­giczną jest trwa­jący do dziś holo­cen (z gr. „zupeł­nie nowy”). Pro­po­zy­cja wyróż­nie­nia kolej­nej epoki — antro­po­cenu — cha­rak­te­ry­zu­ją­cej się prze­moż­nym wpły­wem czło­wieka na pro­cesy przy­rod­ni­cze, nie zyskała jak dotąd powszech­nej akcep­ta­cji. Wraz z począt­kiem holo­cenu zaczyna się środ­kowa epoka kamie­nia.

W toku dal­szej opo­wie­ści trzeba będzie przy­wo­ły­wać nazwy róż­nych epok, nur­tów, sty­lów i zja­wisk — takie kon­wen­cjo­nalne nazwy, jakich pełne są pod­ręcz­niki. Cho­ciaż łatwo się w nich pogu­bić, to bez nich pogu­bić się jest jesz­cze łatwiej: można uto­nąć w krę­tym, roz­lew­nym i cha­otycz­nym nur­cie wyda­rzeń. Trzeba tylko pamię­tać, że wszel­kie nazwy epok, wyda­rzeń, sys­te­mów spo­łecz­nych czy regio­nów geo­gra­ficz­nych są czy­sto umowne. W samej prze­szło­ści „obiek­tyw­nie ist­nie­ją­cej” nie ma prze­cież niczego takiego jak holo­cen, mezo­lit, feu­da­lizm czy śre­dnio­wie­cze. Nie można ich zoba­czyć ani dotknąć. Są tylko kon­kretni ludzie ze swo­imi decy­zjami. Histo­rycy, arche­olo­go­wie, histo­rycy sztuki i lite­ra­tury, bada­jąc poszcze­gólne zja­wiska, dla wygody gru­pują je w pewne cało­ści, ponie­waż łatwiej jest ope­ro­wać ter­mi­nami ogól­nymi, niż za każ­dym razem wymie­niać ogromną liczbę poszcze­gól­nych fak­tów. Ina­czej niczego sen­sow­nego nie dałoby się o prze­szło­ści opo­wie­dzieć; potrze­bu­jemy tych pojęć, aby uło­żyć sobie w gło­wach jej cha­otyczny i skom­pli­ko­wany obraz. Jeśli uda się dobrać je w taki spo­sób, aby odzwier­cie­dliły jakieś real­nie ist­nie­jące w rze­czy­wi­sto­ści histo­rycz­nej cię­cia czy linie gra­niczne — to bar­dzo dobrze; ale jeśli nie, to nie należy się tym za bar­dzo przej­mo­wać. Funk­cja pojęć ogól­nych jest głów­nie porząd­ku­jąca.

Darujmy więc sobie ogromną więk­szość pale­olitu, ponad 95 pro­cent z tych 600 tysięcy lat obec­no­ści czło­wieka w Euro­pie Środ­ko­wej, i spójrzmy na ostat­nie kilka pro­cent z dystansu, jak­by­śmy wygod­nie sie­dzieli w dale­ko­bież­nym eks­pre­sie mię­dzy­epo­ko­wym. Eks­pres mknie, słupy trak­cji elek­trycz­nej zna­czące kolejne tysiąc­le­cia tylko migają nam przed oczami, a my sta­ramy się roz­róż­nić cokol­wiek w ucie­ka­ją­cych do tyłu kra­jo­bra­zach. Pędzimy przez młod­szy pale­olit (od ok. 40 tys. do ok. 13 tys. lat p.n.e.). Gdzieś mię­dzy 39. a 35. tysiąc­le­ciem przed naszą erą migają nam za oknem krze­mienne narzę­dzia z jaskini Sze­leta w Górach Buko­wych (pół­nocne Węgry). Wyso­kość jaskini nad pozio­mem morza wynosi obec­nie 347 metrów; znaj­duje się ona na zbo­czu doliny gór­skiej, oko­liczne szczyty, choć nie­zbyt impo­nu­jące, się­gają 700–800 metrów nad pozio­mem morza. Miesz­kańcy jaskini Sze­leta bez wąt­pie­nia żyli w górach. Kli­mat był surow­szy niż dziś, a tem­pe­ra­tura z pew­no­ścią niż­sza niż współ­cze­śnie na podob­nej wyso­ko­ści. Narzę­dzia tej samej kul­tury odna­le­ziono też na Mora­wach i na Sło­wa­cji, a poza Kar­pa­tami — na Ślą­sku.

W młod­szym pale­oli­cie możemy jed­nak dostrzec coś wię­cej niż te krze­mienne narzę­dzia. Oto spo­ty­kamy się z wytwo­rami sztuk pla­stycz­nych. Nie mamy nie­stety ani w regio­nie kar­pac­kim, ani w całej Euro­pie Środ­kowo-Wschod­niej dzieł sztuki, które swoją eks­pre­sją i kunsz­tem wyko­na­nia mogłyby dorów­ny­wać naj­daw­niej­szym malo­wi­dłom naskal­nym z ziem Fran­cji i Hisz­pa­nii. Jed­nak nie bra­kuje i u nas dzieł impo­nu­ją­cych jako­ścią arty­styczną, a wszyst­kie mówią coś — choć nie zawsze możemy być pewni co — o spo­so­bie myśle­nia, odczu­wa­nia i per­cep­cji świata ich twór­ców. W 1925 roku w miej­sco­wo­ści Dolní Věstonice na Mora­wach odkryto figurkę kobiecą dato­waną na okres mię­dzy 29. a 25. tysiąc­le­ciem przed naszą erą. Tak jak o wiele słyn­niej­sza i pocho­dząca mniej wię­cej z tej samej epoki austriacka Wenus z Wil­len­dorfu, a także inne podobne figurki kobiet, Wenus z Dolních Věstonic wiąże się zapewne z kul­tem płod­no­ści. Rzecz inte­re­su­jąca: nie jest to figurka kamienna, lecz cera­miczna — a więc dowo­dzi, że glinę potra­fiono wypa­lać już 20 tysięcy lat przed zdo­by­ciem przez miesz­kań­ców ziem kar­pac­kich umie­jęt­no­ści wytwa­rza­nia naczyń cera­micz­nych! Spo­śród odkry­tych rzeźb nie tak znana, ale może cie­kaw­sza arty­stycz­nie jest wydłu­żona i prze­sad­nie wyszczu­plona głowa kobieca z kości, przy­wo­dząca na myśl posągi z Wyspy Wiel­ka­noc­nej, a może posta­cie z obra­zów El Greca.

Nasz eks­pres się nie zatrzy­muje, mknie dalej. I znowu dostrze­gamy coś waż­nego — coś, czego spo­dzie­wały się poko­le­nia arche­olo­gów. Już od kil­ku­dzie­się­ciu lat sądzono, że w Tatrach epoki kamie­nia musieli żyć ludzie; ocze­ki­wano szyb­kiego odkry­cia ich śla­dów. Nadzieja ta speł­niła się jed­nak dopiero w 2019 roku, gdy w Jaskini nad Huczawą (słow. Hučivá diera) w Tatrach Biel­skich, na wyso­ko­ści 937 metrów nad pozio­mem morza zna­le­ziono liczne narzę­dzia kamienne (m.in. z krze­mie­nia) oraz szczątki zwie­rząt, na przy­kład niedź­wie­dzia bru­nat­nego, jele­nia i nie­wy­stę­pu­ją­cego już od dawna w Tatrach kozio­rożca alpej­skiego — wszystko to dato­wane na 13. tysiąc­le­cie przed naszą erą. Musiało być tutaj obo­zo­wi­sko ludz­kie, a bada­cze zali­czają jego miesz­kań­ców do tak zwa­nej kul­tury mag­da­leń­skiej13. W koń­co­wych tysiąc­le­ciach młod­szego pale­olitu roz­wi­jała się ona na pogra­nicz­nych tere­nach dzi­siej­szych Fran­cji i Hisz­pa­nii, skąd roz­sze­rzała się na pół­noc i wschód, obej­mu­jąc zie­mie nie­miec­kie, cze­skie i połu­dniową część Pol­ski. Zapi­sała się rów­nież w histo­rii ziem kar­pac­kich: w jaskini Pekárna na Mora­wach, na pół­nocny wschód od Brna, zna­le­ziono kościane wyroby z pięk­nymi i bar­dzo dyna­micz­nie potrak­to­wa­nymi figu­rami zwie­rząt14. Przy­wo­dzą one na myśl sławne malo­wi­dła naskalne z groty w Lascaux w połu­dnio­wej Fran­cji, także będące dzie­łem ludów kul­tury mag­da­leń­skiej.

Mniej wię­cej 9–8 tysięcy lat przed naszą erą zaczyna się coś nowego. Na­dal mamy do czy­nie­nia z nie­zna­ją­cymi rol­nic­twa ludami, któ­rych głów­nymi zaję­ciami są łowiec­two i zbie­rac­two (we wspo­mnia­nych Dolních Věstonicach zna­le­ziono liczne kości upo­lo­wa­nych i zje­dzo­nych mamu­tów15), jed­nak zda­rza się im przyj­mo­wać „pół­osia­dły” tryb życia. Coraz czę­ściej budują domo­stwa: drew­niane sza­łasy, nie­rzadko okrą­głego kształtu, zie­mianki, a także półzie­mianki (tj. wyko­pane w ziemi jamy z nad­bu­do­waną drew­nianą kon­struk­cją o wyso­ko­ści ok. metra). Uży­wają do pracy „cio­sa­ków”, z kamien­nym ostrzem usta­wio­nym pro­sto­pa­dle do trzonka jak w motyce16, i kamien­nych sie­kier. To wszystko wystar­czy, aby arche­olo­go­wie wydzie­lili czas mię­dzy 9. a 6. tysiąc­le­ciem przed naszą erą jako osobny okres — mezo­lit.

Rów­no­le­gle ze zmia­nami spo­łecz­nymi prze­obraża się śro­do­wi­sko natu­ralne. Nie cho­dzi tu oczy­wi­ście o powsta­wa­nie samych gór: geo­lo­giczne pro­cesy góro­twór­cze mie­rzymy w dzie­siąt­kach i set­kach milio­nów lat. Wul­kan Cio­ma­dul (węg. Csomád) w połu­dniowo-wschod­nim Sied­mio­gro­dzie ostatni raz wybu­cha mniej wię­cej — bar­dzo mniej wię­cej — 30 tysięcy lat przed naszą erą17, czyli z grub­sza wtedy, kiedy miesz­kańcy Dolních Věstonic polują na mamuty i two­rzą swe dzieła sztuki. Gdyby prze­wę­dro­wali kil­ka­set kilo­me­trów na połu­dniowy wschód, mogliby być świad­kami tego efek­tow­nego zda­rze­nia, które można uznać za sym­bo­liczny koniec aktyw­no­ści wul­ka­nicz­nej w Kar­pa­tach, wcze­śniej odgry­wa­ją­cej wielką rolę w kształ­to­wa­niu rzeźby gór­skiej. W momen­cie gdy zaczy­namy naszą opo­wieść, zrąb Kar­pat w pod­sta­wo­wej for­mie jest już wydźwi­gnięty. Nie ozna­cza to jed­nak, że góry wyglą­dają tak samo jak dziś. Tatry pokryte były wiel­kim zlo­do­wa­ce­niem z Europy Pół­noc­nej, a w Kar­pa­tach Połu­dnio­wych powsta­wały odrębne lodowce — naj­wię­cej ich śla­dów w postaci kotłów i jezio­rek polo­dow­co­wych jest do dziś widocz­nych w górach Rete­zat. I tak, jakieś 20 tysięcy lat temu lodo­wiec pokry­wał na przy­kład całą Dolinę Rybiego Potoku, z Mor­skim Okiem i Czar­nym Sta­wem pod Rysami; ze spo­wi­ja­ją­cego lodo­wiec śniegu wyra­stały szczyty Rysów, Mni­cha czy Żabiego połą­czone niskim, ledwo wzno­szą­cym się ponad poziom lodowca grzbie­tem — wszystko to możemy zoba­czyć na bar­dzo pięk­nej wizu­ali­za­cji18.

A potem lodowce zaczęły się cofać, choć z opo­rami, bo okresy cie­plej­sze ustę­po­wały co pewien czas powro­tom chłodu i zlo­do­wa­ceń. Wciąż prze­kształ­cały rzeźbę terenu w naj­wyż­szych regio­nach Kar­pat i wciąż trwała ich praca nad nada­niem tatrzań­skim doli­nom kształtu, który znamy dziś na pamięć; podob­nie w Czar­no­ho­rze w Ukra­inie i w Kar­patach Połu­dnio­wych. Kiedy zaś lodo­wiec scho­dził, pozo­sta­wiał góry nagie, bez lasu19. Około 15 tysięcy lat przed naszą erą górna gra­nica lasu w Kar­pa­tach Zachod­nich, a raczej na ich przed­gó­rzu, znaj­do­wała się na wyso­ko­ści 250 metrów nad pozio­mem morza. Wyżej mogła być tun­dra, czyli ark­tyczne łąki o wiecz­nie pod­mar­z­nię­tej gle­bie, poro­słe tra­wami i zaro­ślami przy­sto­so­wa­nymi do niskich tem­pe­ra­tur. Gdy więc ludzie z kul­tury mag­da­leń­skiej obo­zo­wali w Jaskini nad Huczawą w Tatrach Biel­skich, te były jesz­cze bez­drzewne. A potem przy­szedł las. Od mniej wię­cej 9. tysiąc­le­cia przed naszą erą wdzie­rają się w Tatry modrzew, limba, sosna i brzoza. Póź­niej mamy kil­ka­na­ście wie­ków przej­ścio­wego ochło­dze­nia, a po jego zakoń­cze­niu, w ciągu 7. tysiąc­le­cia przed naszą erą, poja­wia się świerk, który wypiera z wielu miejsc modrzew i sosnę, choć nie cał­ko­wi­cie — las tatrzań­ski na­dal jest lasem mie­sza­nym. Wresz­cie jakieś 6 tysięcy lat przed naszą erą lodo­wiec osta­tecz­nie znika z Tatr, kli­mat jest znowu cie­pły i górna gra­nica lasu pod­cho­dzi do wyso­ko­ści 1950 metrów — wyżej niż obecna20.

Jeśli las zaj­muje tak wyso­kie góry, to tym śmie­lej pokrywa niż­sze par­tie Kar­pat i nizinne obszary Europy Środ­ko­wej. Coraz wię­cej jest drewna do budowy czy na opał, czę­ściej też trzeba zdo­by­wać od lasu zie­mię; naj­po­pu­lar­niej­szą metodą wyle­sia­nia nie jest (jak można by przy­pusz­czać) kar­czu­nek, ale koro­wa­nie drzew kamien­nymi sie­kie­rami, aby uschły, a następ­nie wypa­la­nie. Koeg­zy­sten­cja ludzi i natury — raz eks­pan­sja osad­nic­twa, raz lasu, a cza­sem ich chwiejna rów­no­waga — będzie aż do naszych dni jed­nym z naj­waż­niej­szych aspek­tów życia na tere­nach lesi­stych, a więc oczy­wi­ście także w niż­szych górach. W cza­sach, o któ­rych mówimy, doliny poto­ków nie wrzy­nają się jesz­cze w beskidz­kie stoki tak głę­boko, jak to możemy zaob­ser­wo­wać dzi­siaj. Na gór­skich zbo­czach ludzie wciąż nie wynisz­czyli lasów, które istot­nie przy­czy­niają się do powstrzy­my­wa­nia wody. Co za tym idzie, ta nie zdą­żyła wyżło­bić wąwo­zów, toteż stoki gór są bar­dziej „płasz­czy­znowe” i mniej prze­orane niż obec­nie21.

Wresz­cie w pew­nym momen­cie, mniej wię­cej 6 tysięcy lat przed naszą erą, nasz eks­pres jakby nieco zwal­nia, choć sie­dząc w wygod­nym prze­dziale z nosem przy­kle­jo­nym do szyby, nie czu­jemy tego; po chwili orien­tu­jemy się jed­nak, że widzimy obiekty za oknem tro­chę dokład­niej. Słupy ozna­czają już nie tysiąc­le­cia, lecz wieki. Oto około roku 5800 przed naszą erą od strony Bał­ka­nów nad­cią­gają w region dzi­siej­szych Ser­bii, Buł­ga­rii i Rumu­nii przy­by­sze z Ana­to­lii. Naj­pierw tra­fiają do Ser­bii, a następ­nie kie­rują się na wschód dwoma prą­dami: jeden wcho­dzi do Sied­mio­grodu w oko­li­cach Żela­znych Wrót, aby póź­niej prze­kro­czyć Kar­paty Wschod­nie i dojść do doliny Prutu, drugi z kolei dociera do tego samego miej­sca wzdłuż dol­nego Dunaju, okrą­ża­jąc łuk Kar­pat od połu­dnio­wego wschodu. Ci nowi osad­nicy okre­ślani są umow­nie jako kul­tura kri­sko-star­czew­ska. (Nazwa pocho­dzi od rzeki Keresz w połu­dniowo-wschod­nich Węgrzech, po rumuń­sku zwa­nej Criș, a po węgier­sku Körös, oraz od mia­sta Starčevo nad Duna­jem w Ser­bii; cza­sem mówi się też o dwóch bli­skich sobie kul­turach: kri­skiej i star­czew­skiej)22. Wschod­nią gra­nicą jej zasięgu staje się mniej wię­cej wodo­dział Prutu i Dnie­stru, co utrzy­muje się przez nie­mal całe 5. tysiąc­le­cie przed naszą erą.

Ta kul­tura o podwój­nej nazwie spro­wa­dza do połu­dniowo-wschod­niej czę­ści Kar­pat liczne nowinki, które z nie­wiel­kim opóź­nie­niem (baga­tela, jakichś 500 lat, czyli od ostat­niej ćwierci 4. tysiąc­le­cia p.n.e.) prze­no­szone są na pół­noc — w Kar­paty Zachod­nie i dalej na zie­mie pol­skie — przez inne, pokrewne „kri­szow­com” (pozwólmy sobie na tę poufa­łość) kul­tury, okre­ślane zbior­czym mia­nem kul­tur dunaj­skich. Wymieńmy te nowo­ści choćby hasłowo.

Po pierw­sze — cera­mika, tak ulu­biona przez arche­olo­gów. (Skąd by się bez niej wzięły te wszyst­kie śmie­szące laika albo urze­ka­jące go swą poetycz­no­ścią nazwy kul­tur arche­olo­gicz­nych? Owe kul­tury pucha­rów lej­ko­wa­tych, cera­miki sznu­ro­wej, amfor kuli­stych?) Cera­mika „kri­szow­ców” jest lepiona ręcz­nie; począt­kowo dość toporna, z cza­sem bar­dziej deli­katna. Wystę­pują także gli­niane figurki kobiece — zapewne bóstwa płod­no­ści23. W kolej­nym tysiąc­le­ciu poja­wia się cera­mika sub­tel­niej­sza, o skom­pli­ko­wa­nych i czę­sto pięk­nych moty­wach zdob­ni­czych — dzieło wspo­mnia­nych wyżej kul­tur dunaj­skich, z któ­rych naj­wcze­śniej­szą, obej­mu­jącą pół­nocne regiony Kar­pat i wiele ziem na pół­noc od nich, okre­śla się mia­nem kul­tury cera­miki wstę­go­wej rytej.

Po dru­gie — rol­nic­two. Już w poprzed­niej epoce zda­rzało się, że koczow­nicy zakła­dali wśród lasów osady na co naj­mniej jeden sezon łowiecki. Teraz osie­dlają się na dłu­żej, może nie zawsze na stałe, ale choć na kilka lat, zanim zja­ło­wie­nie upra­wia­nej ziemi nie skłoni ich do szu­ka­nia nowych sie­dzib. W 6. tysiąc­le­ciu przed naszą erą miesz­kańcy ziem kar­pac­kich nie znają jesz­cze radła, a co dopiero pługa; rol­nic­two kopie­niac­kie polega na wydłu­by­wa­niu w ziemi dziur, w któ­rych umiesz­cza się ziarno. W dru­giej poło­wie 5. tysiąc­le­cia poja­wia się drew­niane radło. Do naj­czę­ściej upra­wia­nych zbóż należy psze­nica. Jest jasne, że przy zakła­da­niu osad jedno z pod­sta­wo­wych kry­te­riów, które lud­ność rol­ni­cza musi brać pod uwagę, to jakość gleby; czar­no­ziemy i lessy, podob­nie jak dziś, były pod tym wzglę­dem naj­ko­rzyst­niej­sze.

Po trze­cie — hodowla, zarówno bydła (krowy), trzody (świ­nie), jak i owiec. Współ­cze­sny ame­ry­kań­ski arche­olog David W. Anthony z urze­ka­jącą (choć może zbyt śmiałą) wyobraź­nią przed­sta­wia, jak hodowla owiec wymu­sza zmianę spo­łeczną. Konieczne są sil­niej­sze związki rodzinne, zwłasz­cza braci mię­dzy sobą, ponie­waż zwie­rzę łatwo jest ukraść, a więc jest potrzebna bliż­sza współ­praca męż­czyzn z rodu, aby chro­nić zwie­rzęta przed kra­dzieżą, wypra­wiać się w celu odzy­ska­nia ukra­dzio­nych, a także samemu kraść je sąsia­dom. Rośnie zatem wła­dza głowy rodziny, a tym samym słab­nie pozy­cja kobiet24.

Po czwarte — budow­nic­two. Ist­nieją wpraw­dzie jego ślady z poprzed­niej epoki, z mezo­litu, ale dopiero dzięki przej­ściu do życia osia­dłego mamy o nim wię­cej danych. Na­dal spo­tyka się zamiesz­kałe jaski­nie, na przy­kład na Spi­szu, ale jest ich już nie­wiele25; naj­czę­ściej mamy do czy­nie­nia z for­mami, które będą się powta­rzać aż po śre­dnio­wie­cze: pół­zie­mian­kami i domami drew­nia­nymi, rza­dziej z zie­mian­kami. Domy drew­niane bywają albo więk­sze, podłużne, albo mniej­sze, „jed­no­ro­dzinne” (jeśli wolno użyć tego słowa), o powierzchni kilku lub kil­ku­na­stu metrów kwa­dra­to­wych.

Cza­sem, zwłasz­cza w połu­dnio­wych czę­ściach Kar­pat, spo­ty­kamy osad­nic­two war­stwowe — na znisz­czo­nych domach nad­bu­do­wuje się nowe, cza­sem dokład­nie w tym samym miej­scu, cza­sem obok; tak po poko­le­niach powstaje sztuczny pagó­rek, który arche­olo­go­wie okre­ślają arab­skim sło­wem tell. Można się zasta­na­wiać, czy wystę­po­wa­nie więk­szych („wie­lo­ro­dzin­nych”) domów nie jest zna­kiem ist­nie­nia jakiejś struk­tury poli­tyczno-spo­łecz­nej i czy ich obec­ność nie wska­zuje na funk­cjo­no­wa­nie w danej miej­sco­wo­ści sil­nego cen­trum wła­dzy26.

Odkry­wane przez arche­olo­gów ślady drew­nia­nych zabu­do­wań mówią o ich kon­struk­cji. Naj­częst­sze są dziury po słu­pach utrzy­mu­ją­cych ściany. Jeśli zaś znaj­duje się je także pośrodku krót­szych boków pro­sto­kąta wyzna­cza­ją­cego pod­stawę budynku, narzuca się wnio­sek, że sta­no­wiły one ele­ment nośny dachu: roz­ga­łę­zione na koń­cach słupy po dwóch stro­nach budynku dźwi­gały belkę two­rzącą kale­nicę. Słupy te okre­śla się sło­wem sochy, a belka kale­nicy to śle­mię. Zapa­mię­tajmy ten rodzaj domu — ściany o kon­struk­cji słu­po­wej nakryte dachem z więźbą sochowo-śle­mie­niową — będziemy go spo­ty­kać jesz­cze bar­dzo długo. Trudno jed­nak nie zadać pyta­nia: a gdzie jest naj­po­pu­lar­niej­sza struk­tura drew­niana, prze­wa­ża­jąca zwłasz­cza na tere­nach gór­skich i sto­so­wana do dziś kon­struk­cja wień­cowa (taka, w któ­rej belki bądź pnie drzew kła­dzie się poziomo w czwo­ro­kąt, war­stwa na war­stwie)? Odpo­wiedź brzmi: nie wia­domo. Nie wymaga ona bowiem dziur na słupy, a więc kiedy odtwa­rzamy kształt nie­ist­nie­ją­cego budynku wyłącz­nie z jego pod­stawy, możemy jej po pro­stu nie dostrzec27.

Po piąte — rze­mio­sło. O naj­waż­niej­szej cera­mice już wspo­mnie­li­śmy, choć nie­mal rów­nie istotne były przę­dze­nie i tkac­two. Ich mate­rial­nymi śla­dami są odnaj­do­wane czę­sto przez arche­olo­gów przę­śliki, czyli cię­żarki zawie­szane przy wrze­cio­nie. Z kolei mły­nar­stwo to oczy­wi­ste następ­stwo rol­nic­twa, ale nie­wy­ko­rzy­stu­jące jesz­cze mły­nów, lecz żarna — urzą­dze­nie do ręcz­nego roz­drab­nia­nia ziarna na mąkę. W oma­wia­nej epoce składa się ono na ogół z więk­szego kamie­nia słu­żą­cego jako pod­stawa i mniej­szego trzy­ma­nego w ręku. Dla samego ist­nie­nia spo­łecz­no­ści ludz­kich konieczne jest także zdo­by­wa­nie soli. Na razie pozy­ski­wana jest ona nie z kopalni, lecz w pro­ce­sie odpa­ro­wy­wa­nia z solanki. Dobrze znane są zarówno pas solny na pół­noc­nym przed­gó­rzu Kar­pat (jego naj­waż­niej­szym punk­tem będzie w póź­niej­szych epo­kach kopal­nia soli w Wie­liczce), jak i złoża w Sied­mio­gro­dzie. Słone źró­dła znaj­dują się tam na przy­kład nad rzeką Mały Samosz, na połu­dnie od mia­sta Gherla, w miej­scu, które do dziś nazywa się Doliną Słoną (rum. Valea Sărată)28. Sól jest nie­zbęd­nym skład­ni­kiem poży­wie­nia nie tylko ludzi, ale i zwie­rząt, dla­tego dostęp do niej to konieczny waru­nek utrzy­ma­nia hodowli. Jej zna­cze­nie rośnie w miarę, jak zwięk­sza się na nią popyt wraz z naro­dzi­nami kolej­nych dzie­dzin życia gospo­dar­czego29.

Nakre­ślone wyżej inno­wa­cje są na tyle ważne, że moment ich nadej­ścia bada­cze uznali za począ­tek nowego okresu: młod­szej epoki kamie­nia, czyli neo­litu. Kul­tura kri­sko-star­czew­ska to pierw­sza kul­tura neo­li­tyczna na zie­miach kar­pac­kich.

Tu dygre­sja. Co arche­olo­go­wie rozu­mieją przez słowo „kul­tura”? Tra­dy­cyj­nie mówią o kul­turach wtedy, kiedy napo­ty­kają na pewien powta­rzalny zestaw cech mate­rial­nych. Typy kul­tur wyróż­nia się na pod­sta­wie wielu czyn­ni­ków, przy czym jed­nym z naj­uży­tecz­niej­szych jest cera­mika. Nazwy są oczy­wi­ście umowne, może się więc zda­rzyć tak (przy­kład z książki Kon­rada Jaż­dżew­skiego), że zdo­bie­nie powstałe przez odcisk sznura na naczy­niu spo­tka się także w wytwo­rach spoza kręgu cera­miki sznu­ro­wej, a z dru­giej strony — liczne zna­le­zi­ska przy­pi­suje się tejże kul­turze, choć aku­rat orna­ment sznu­rowy na nich nie wystę­puje. Rodzi się pyta­nie: czy odna­le­zie­nie takich samych albo bar­dzo podob­nych arte­fak­tów z róż­nych dzie­dzin życia w róż­nych miej­scach wska­zuje, że mamy do czy­nie­nia z „jed­nym ludem” — i co wła­ści­wie zna­czy to okre­śle­nie? Czy wszy­scy twórcy obiek­tów włą­cza­nych do jed­nej kul­tury arche­olo­gicz­nej mówili tym samym języ­kiem? Sta­no­wili jed­ność bio­lo­giczną? A może nale­żeli do tej samej kul­tury w potocz­nym, a nie arche­olo­gicz­nym sen­sie tego słowa, czyli mieli wspólne oby­czaje, styl życia, sys­tem gospo­dar­czy, reli­gię i poczu­cie toż­sa­mo­ści? Przez wiele poko­leń, w XIX i w pierw­szej poło­wie XX wieku, więk­szość arche­olo­gów na te pyta­nia odpo­wie­dzia­łaby „tak”. Od dru­giej połowy XX wieku wśród bada­czy prze­wa­ża­łaby nato­miast odpo­wiedź „nie”. Podo­bień­stwo arte­fak­tów nie musi ozna­czać toż­sa­mo­ści bio­lo­gicz­nej, wspól­noty języka, kul­tury i struk­tur spo­łecz­nych. Może się prze­cież zda­rzyć, że przy­by­sze przejmą ele­menty dorobku poprzed­nich miesz­kań­ców albo odwrot­nie — że to zastana lud­ność wchło­nie nową kul­turę. Daw­niej­sza arche­olo­gia lubiła tłu­ma­czyć migra­cjami wszel­kie zmiany kul­tury mate­rial­nej iden­ty­fi­ko­wane dzięki wyko­pa­li­skom. Od kilku dzie­się­cio­leci zwraca się uwagę, że do zmian tych pro­wa­dzą naj­róż­niej­sze oko­licz­no­ści. Zna­le­zi­ska arte­fak­tów mogą zarówno świad­czyć o wędrów­kach całych grup lud­no­ści, jak i być rezul­ta­tem wymiany han­dlo­wej albo prze­miesz­cza­nia się jed­no­stek (choćby w wyniku mał­żeństw poza wła­sną grupą). Wszyst­kie moż­li­wo­ści są w grze.

W pra­cach arche­olo­gów napo­ty­kamy też czę­sto inne poję­cie — „hory­zont arche­olo­giczny”. Hory­zont to mniej niż kul­tura, ponie­waż okre­śla wystę­po­wa­nie jakie­goś cha­rak­te­ry­stycz­nego arte­faktu czy zja­wi­ska na tere­nie, na któ­rym można odna­leźć ślady wielu róż­nych kul­tur (arche­olo­gicznych). Tak więc dla przy­szłych bada­czy naszego dzi­siej­szego świata obszar, gdzie nosi się T-shirty (przy­kład z książki Anthony’ego), będzie hory­zontem, a nie kul­turą arche­olo­giczną.

Wra­camy do naszej opo­wie­ści.

Skąd wzięły się te wszyst­kie neo­li­tyczne inno­wa­cje? Jak już była mowa — z Azji Mniej­szej, naj­praw­do­po­dob­niej z Ana­to­lii. Przez wiele tysiąc­leci, bo aż do śre­dnio­wie­cza, w region kar­packi wzorce cywi­li­za­cyjne nad­cho­dziły bowiem z połu­dnio­wego wschodu — wcale nie jak dziś od zachodu! Oczy­wi­ście zachodni wpływ cywi­li­za­cyjny nara­stał stop­niowo od cza­sów rzym­skich, jed­nak wpływ połu­dniowo-wschodni domi­no­wał przy­naj­mniej do upadku potęgi Bizan­cjum w póź­nym śre­dnio­wie­czu.

Połu­dniowy wschód wcale nie musi ozna­czać tylko Azji Mniej­szej. Otóż zie­mie kar­pac­kie gra­ni­czą od wschodu z pagór­kami, które prze­cho­dzą powoli w eura­zja­tycki Wielki Step, zie­mie dzi­siej­szej Ukra­iny i połu­dnio­wej Rosji. W dru­giej poło­wie 6. tysiąc­le­cia przed naszą erą „kri­szowcy” na wschod­nim przed­gó­rzu Kar­pat (a więc w oko­li­cach doliny Prutu) ustę­pują pod naci­skiem nowej kul­tury, a może raczej zle­wają się z nią. I tak około 5200 roku przed naszą erą poja­wia się kul­tura try­pol­ska. Bada­cze rumuń­scy okre­ślają ją jako Cucu­teni, a ukra­iń­scy i rosyj­scy jako Tri­pi­lie (Tri­polje); używa się też podwój­nej nazwy Cucu­teni-Try­pole lub roz­bija ją na dwie osobne kul­tury. Jej naj­da­lej wysu­nięte na zachód ślady odna­le­ziono na prze­łę­czach oddzie­la­ją­cych Sied­mio­gród od Moł­da­wii. Stam­tąd obszar jej wystę­po­wa­nia cią­gnie się na wschód, aż za rzekę Boh: kul­tu­rowa gra­nica mię­dzy ludami kar­pac­kimi a żyją­cymi bar­dziej na wschód ludami ste­po­wymi zostaje wów­czas prze­rwana. W trak­cie następ­nego tysiąca lat — jeśli wie­rzyć Davi­dowi W. Anthony’emu — ma miej­sce kilka waż­nych wyda­rzeń. Na ste­pach pogra­ni­cza wschod­niej Ukra­iny i połu­dniowo-wschod­nich regio­nów euro­pej­skiej czę­ści Rosji wykształca się około 4000–3500 lat przed naszą erą30 język pra­in­do­eu­ro­pej­ski. Z czego się wykształ­cił? Nie będziemy docie­kać, na czym stoi wielki żółw. A nie­mal jed­no­cze­śnie, praw­do­po­dob­nie przez całe 5. tysiąc­le­cie przed naszą erą, doko­nuje się wśród tychże ludów drugi, rów­nie istotny pro­ces — udo­mo­wie­nie konia. Nie będę stresz­czał fascy­nu­ją­cej argu­men­ta­cji Anthony’ego, a także rów­nie fascy­nu­ją­cej histo­rii jego nie­zwy­kle pomy­sło­wych badań nad tym pro­ble­mem, bo mają one z Kar­pa­tami zwią­zek jedy­nie pośredni. W każ­dym razie konie, począt­kowo hodo­wane na mięso, powoli stają się środ­kiem trans­portu. Zwięk­sza to mobil­ność tery­to­rialną i powo­duje zmiany spo­łeczne, gdyż sprzyja kon­cen­tra­cji majątku — jeśli paste­rze jeż­dżą konno, mniej ludzi potrzeba do doglą­da­nia stada.

Miesz­kańcy ste­pów nie zatra­cili swej odręb­no­ści mimo sty­ka­nia się z przed­sta­wi­cie­lami kul­tury kri­sko-star­czew­skiej, z któ­rymi od początku 4. tysiąc­le­cia przed naszą erą utrzy­my­wali kon­takty han­dlowe i wojenne31. Z kolei około 4300 lat przed naszą erą poja­wiła się na nizi­nach środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich kul­tura pucha­rów lej­ko­wa­tych (nazwa oczy­wi­ście od kształtu cera­micz­nych naczyń z wąskim dnem i sze­ro­kim ujściem)32. Objęła ona zie­mie dzi­siej­szej Pol­ski, Czech i wschod­nich Nie­miec, a jej połu­dniowo-wschod­nie pogra­ni­cze się­gało pół­noc­nych sto­ków Kar­pat. Zarówno ona, jak i nastę­pu­jące po niej kul­tury amfor kuli­stych i cera­miki sznu­ro­wej czer­pały wiele z połu­dnia, od wspo­mnia­nych kul­tur nad­du­naj­skich; były więc jakby o jed­nego pośred­nika dalej od źró­deł zmian cywi­li­za­cyj­nych niż kul­tury kri­sko-star­czew­ska czy try­pol­ska.

Za sprawą coraz inten­syw­niej­szych kon­tak­tów mię­dzy ludami, pod koniec 4. tysiąc­le­cia przed naszą erą, język pra­in­do­eu­ro­pej­ski roz­prze­strze­nił się w rejo­nie Kar­pat i dol­nego Dunaju. Łączy się to z nadej­ściem ze wschodu tak zwa­nego hory­zontu gro­bów jamo­wych. Był to zespół kul­tur ze ste­pów nad­woł­żań­skich, bar­dzo ważny dla dzie­jów całej Europy Wschod­niej, bo za jego pośred­nic­twem docie­rały do niej przez Kau­kaz różne ele­menty kul­tur Mezo­po­ta­mii. „Jamowcy” pokryli swymi kur­ha­nami duże obszary wewnątrz łuku Kar­pat. Zda­niem Anthony’ego mniej wię­cej w tym samym cza­sie (mię­dzy 3300 a 2500 r. p.n.e) zaczęły wydzie­lać się osobne grupy języ­ków indo­eu­ro­pej­skich: pra­ger­mań­skie, pra­ro­mań­skie i pra­sło­wiań­skie33. Wizja przez niego przed­sta­wiona odwo­łuje się w pew­nym stop­niu do kon­cep­cji wybit­nej litew­sko-ame­ry­kań­skiej arche­olożki Mariji Gim­bu­tas, według któ­rej moment eks­pan­sji hory­zontu gro­bów jamo­wych był prze­ło­mowy dla neo­li­tycz­nej Europy, ponie­waż przy­czy­nił się do upadku tego, co badaczka okre­ślała „starą Europą”. Pogląd Anthony’ego kon­ku­ruje nato­miast z daw­niej­szą teo­rią zakła­da­jącą, że język pra­in­do­eu­ro­pej­ski ufor­mo­wał się na Bli­skim Wscho­dzie i dotarł do nas przez Ana­to­lię. Jej zwo­len­nicy, z wybit­nym bry­tyj­skim arche­olo­giem Coli­nem Ren­fre­wem na czele34, datują powsta­nie tego języka na kilka tysięcy lat wcze­śniej niż Anthony i inni zwo­len­nicy teo­rii „ste­po­wej”. Ostat­nio poja­wiła się też kon­cep­cja pośred­nia, mówiąca, że język pra­in­do­eu­ro­pej­ski wytwo­rzył się wpraw­dzie na połu­dnie od Kau­kazu około 8 tysięcy lat temu (jak chce Ren­frew), ale stam­tąd roz­prze­strze­nił się na stepy wschod­niej Ukra­iny i tą drogą dotarł do Europy Wschod­niej 5 tysięcy lat temu (podob­nie twier­dzi Anthony, tyle że prze­suwa sza­cunki o 2 tysiące lat)35.

Nie­za­leż­nie od tego, kto ma rację (dla piszą­cego te słowa nie­fa­chowca wizja Anthony’ego wygląda naj­bar­dziej atrak­cyj­nie, ale to oczy­wi­ście żaden dowód), można odkryć w tych obra­zach prze­szło­ści kilka punk­tów wspól­nych. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że pod koniec 4. tysiąc­le­cia przed naszą erą w base­nie Kar­pat — jeśli nie w całym, to w dużej jego czę­ści — mówi się już w języku nale­żą­cym do grupy indo­eu­ro­pej­skiej. Gdy­by­śmy się tam wtedy zna­leźli, mie­li­by­śmy może szansę zro­zu­mieć co nieco z mowy naszych przod­ków! Anthony i Ren­frew są także zgodni, że triumf języ­ków indo­eu­ro­pej­skich nie doko­nał się w wyniku maso­wego najazdu przy­by­szów, lecz dzięki prze­ję­ciu nowego języka przez dotych­cza­so­wych miesz­kań­ców. Ren­frew wiąże go z roz­po­wszech­nie­niem się rol­nic­twa, a Anthony datuje na okres póź­niej­szy i łączy z począt­kiem wyko­rzy­sty­wa­nia koni i rydwa­nów (a także — poza regio­nem kar­pac­kim — stat­ków wio­sło­wych). W każ­dym razie, jak pisze Anthony, „eks­pan­sja danego języka jest w swo­jej isto­cie zja­wi­skiem psy­cho­lo­gicz­nym”36, a bar­dziej obra­zowo: roz­sze­rze­nie się języka pra­in­do­eu­ro­pej­skiego to nie inwa­zja, lecz „ope­ra­cja fran­czy­zowa”37. Użyt­kow­nicy języka indo­eu­ro­pej­skiego mają markę, która staje się atrak­cyjna dla innych miesz­kań­ców Europy Wschod­niej (w tym ziem kar­pac­kich): posia­dają rydwany, konie oraz język koja­rzący się z tymi mod­nymi nowo­ściami. Jeśli elita przyj­mie ten ostatni, aby utrzy­mać swój sta­tus, reszta lud­no­ści będzie ją naśla­do­wać po pro­stu ze sno­bi­zmu. Mecha­ni­zmy bywają różne, jed­nak zmiana języ­kowa może doko­nać się sto­sun­kowo szybko i bez maso­wych migra­cji. To ważne spo­strze­że­nie, o któ­rym warto pamię­tać, bo przyda się dla zro­zu­mie­nia wielu zja­wisk w dzie­jach Kar­pat.

Skoro zaś mowa o rydwa­nach… Z okien naszego eks­presu mię­dzy­epo­ko­wego znów widzimy coś bar­dzo istot­nego. Kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów na pół­nocny wschód od Kra­kowa, a więc nie­da­leko regionu, któ­rego histo­rię pró­bu­jemy opo­wie­dzieć, w miej­sco­wo­ści Bro­no­cice, w osa­dzie przy­pusz­czal­nie nale­żą­cej do kul­tury pucha­rów lej­ko­wa­tych odna­le­ziono w latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku ułamki wazy. Było ich tak wiele, że udało się w cało­ści zre­kon­stru­ować naczy­nie, bogato zdo­bione ryto­wa­nymi rysun­kami. Ich treść pozo­staje przed­mio­tem dys­ku­sji (choć daje się tam roz­po­znać drzewa igla­ste, przy­po­mi­na­jące „cho­inki” ryso­wane przez dzieci). Wśród orna­men­tów wid­nieje jed­nak pewien powtó­rzony trzy­krot­nie motyw, który bada­cze zgod­nie inter­pre­tują jako wóz z czte­rema kołami i dysz­lem roz­dwo­jo­nym na końcu (rodzaj zaprzęgu)38. Dato­wa­nie jest oczy­wi­ście dys­ku­syjne, ale z dużym praw­do­po­do­bień­stwem można je okre­ślić na połowę 4. tysiąc­le­cia przed naszą erą. W następ­nych stu­le­ciach liczba świa­dectw uży­wa­nia wozu w base­nie kar­pac­kim szybko rośnie. Wymieńmy przy­kła­dowo gli­niany model z Budakalászu pod Buda­pesz­tem (nie­mal na gra­nicy regionu kar­pac­kiego, po zachod­niej stro­nie Dunaju, u stóp gór Pilisz, które wpraw­dzie nie są zali­czane do Kar­pat, ale sta­no­wią ich prze­dłu­że­nie). Wspo­mnijmy też o dato­wa­nej na schy­łek neo­litu (ok. 2 tys. lat p.n.e.) mie­dzia­nej figurce byka, zna­le­zio­nej w 1993 roku w jaskini Lisko­vskiej w miej­sco­wo­ści Liskova koło Ružomberku na Lip­to­wie. Przy szyi zwie­rzę­cia wyraź­nie widać frag­ment jarzma; nie ulega wąt­pli­wo­ści, że jest to pozo­sta­łość modelu wozu z zaprzę­giem39. Badaczka zagad­nie­nia wyli­czyła na samym tery­to­rium dzi­siej­szych Węgier 30 wyobra­żeń tego pojazdu — 11 z póź­nego neo­litu (według ter­mi­no­lo­gii przy­ję­tej na Węgrzech — z epoki mie­dzi) i 19 młod­szych, z epoki brązu40. Wystar­czy to, aby przy­jąć, że w 4. tysiąc­le­ciu przed naszą erą wóz był już roz­po­wszech­niony.

Jeśli dato­wa­nie rysunku z wazy z Bro­no­cic jest poprawne, mamy tu do czy­nie­nia z jed­nym z pierw­szych (o ile nie pierw­szym — ale zacho­wajmy ostroż­ność) wyobra­żeń wozu na świe­cie. Czy to kolejne zapo­ży­cze­nie z połu­dnio­wego wschodu? Pew­no­ści nie ma, ale nie­wy­klu­czone, że ów wyna­la­zek był impor­tem z Mezo­po­ta­mii, ewen­tu­al­nie z obec­nych ziem Tur­cji lub z ukra­iń­skich ste­pów, cho­ciaż nie zacho­wały się jego wyobra­że­nia z tam­tych regio­nów. Moż­liwe też, że wyna­la­zek wozu doko­nał się w róż­nych czę­ściach globu nie­za­leż­nie. Tak czy ina­czej, poja­wie­nie się wozu było czę­ścią tych prze­mian z 4. tysiąc­le­cia przed naszą erą, o któ­rych była mowa powy­żej — prze­mian zwią­za­nych z nara­sta­ją­cymi kon­tak­tami lud­no­ści Europy Wschod­niej z miesz­kań­cami ste­pów.

Warto zasta­no­wić się przez chwilę, jaka była funk­cja wozu w ówcze­snym spo­łe­czeń­stwie. Han­del? Trans­port ludzi? Codzienne prace gospo­dar­skie? Nie jest to wcale jasne. Wyda­wa­łoby się, że wóz cią­gniony przez woły lub inne zwie­rzęta (praw­do­po­dob­nie jesz­cze nie konie) musiał odgry­wać zasad­ni­czą rolę w roz­woju han­dlu41. Ale po czym te neo­li­tyczne pojazdy mia­łyby się poru­szać? W Holan­dii odkryto frag­menty bar­dzo porząd­nie wyko­na­nej późnoneo­li­tycznej drogi: dwa drew­niane legary kła­dziono rów­no­le­gle wzdłuż obu skra­jów traktu, a na nich umiesz­czano poprzecz­nie pnie drzew two­rzące powierzch­nię jezdną42. Nawet jed­nak jeśli takie gościńce w neo­li­cie poja­wiały się na środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich nizi­nach43, to prze­cież nie mogło ich być w górach. A zresztą droga to kla­syczny przy­kład dobra publicz­nego — jej budowy nie podej­muje się żaden indy­wi­du­alny przed­się­biorca, bo cały koszt ponosi inwe­stor, a zysk roz­kłada się na wszyst­kich użyt­kow­ni­ków. Może ją sfi­nan­so­wać jedy­nie wła­dza publiczna — ale ona naj­praw­do­po­dob­niej w neo­li­cie nie ist­nieje, a jeśli już, to tylko w poszcze­gól­nych wsiach. Mogły więc wtedy powsta­wać drogi lokalne, ale ist­nie­nie tych dale­ko­sięż­nych jest nie­praw­do­po­dobne.

Na ste­pach, któ­rych doty­czy książka Davida W. Anthony’ego, wóz rze­czy­wi­ście mógł rewo­lu­cjo­ni­zo­wać trans­port; był też przy­datny na Wiel­kiej Nizi­nie Węgier­skiej. Jed­nak na tere­nach górzy­stych i pagór­ko­wa­tych rzecz wyglą­dała chyba ina­czej. Nasuwa się myśl, że owe wozy miały począt­kowo zna­cze­nie sym­bo­liczne i kul­towe raczej niż prak­tyczne. Figurki wozów znaj­do­wane na cmen­ta­rzy­skach zdają się to potwier­dzać. Z kolei rysu­nek na wazie z Bro­no­cic ma obok czte­rech kół jesz­cze jedno, iden­tyczne, w samym cen­trum. Co ozna­cza to piąte koło u wozu? Powstało wiele inter­pre­ta­cji; nie­któ­rzy widzą w nim pojem­nik na ziarno, a inni — krąg sło­neczny! Byłby to więc wóz Słońca, na podo­bień­stwo rydwanu Faetona z mito­lo­gii grec­kiej. Mir­cea Eliade przed­sta­wił nastę­pu­jącą hipo­te­tyczną sekwen­cję wyda­rzeń: naj­pierw dzięki obser­wa­cji wędrówki słońca po nie­bo­skło­nie wytwo­rzyła się w umy­słach kon­cep­cja kręgu sło­necz­nego, co pozwo­liło na powsta­nie idei pojazdu Słońca. Potem poja­wiły się figurki kul­towe owego pojazdu, jesz­cze póź­niej wozy „peł­no­ska­lowe”, ale sto­so­wane do celów obrzę­do­wych, a dopiero na końcu przy­szło uży­cie prak­tyczne, w roli środka trans­portu44. Wbrew zna­nemu przy­sło­wiu to nie potrzeba, ale reli­gia byłaby matką wyna­lazku. Czy tak było naprawdę — nie da się usta­lić. Pamię­tajmy jed­nak, że ist­nieją roz­ma­ite metody trans­portu bez uży­cia pojaz­dów koło­wych: na grzbie­tach osioł­ków czy innych zwie­rząt, jak jesz­cze dziś cza­sem się zda­rza w górach Rumu­nii, albo na wła­snych bar­kach — w wor­kach czy ple­ca­kach. W oko­li­cach miej­sco­wo­ści Turdaș (węg. Tor­dos), nie­da­leko Devy, w połu­dniowo-zachod­niej czę­ści Sied­mio­grodu, odkryto figurkę czło­wieka z otwar­tym pojem­ni­kiem na ple­cach. Bada­cze neo­li­tycz­nej pro­duk­cji soli przy­pusz­czają, że jest to nawią­za­nie do spo­sobu trans­por­to­wa­nia soli na więk­sze odle­gło­ści, prak­ty­ko­wa­nego przez lud­ność owej epoki45. Wydaje się więc, że wozy nie były koniecz­nym warun­kiem roz­woju han­dlu.

Przez całe 6. i 5. tysiąc­le­cie przed naszą erą mamy do czy­nie­nia z ocie­ple­niem kli­matu (wspo­mniano o nim już w kon­tek­ście drze­wo­stanu Tatr). W efek­cie nie tylko gra­nica lasu pnie się wyżej, ale i góry stają się dostęp­niej­sze dla czło­wieka. Zmiana ta sprzyja roz­wo­jowi paster­stwa, a co za tym idzie — wpływa na inten­sywne poszu­ki­wa­nie soli nie­zbęd­nej przy hodowli zwie­rząt. To samo ocie­ple­nie, które umoż­li­wia pod­bój gór, sprzyja migra­cji na pół­noc, będą­cej jed­nym z czyn­ni­ków prze­kazu danych kul­tu­ro­wych z połu­dnio­wego wschodu w region kar­packi; bada­cze widzą w tej epoce ślady wędró­wek z Buł­ga­rii do Sied­mio­grodu46. W póź­nym neo­li­cie, jak pisał arche­olog Jan Mach­nik, „czło­wiek — rol­nik i pasterz — wkra­cza w Kar­paty”. Na Pogó­rzu Kar­pac­kim w połu­dniowo-wschod­niej Pol­sce, a także w niż­szych czę­ściach Kar­pat Sło­wac­kich znaj­do­wane są setki kur­ha­nów, które mają około dwóch metrów wyso­ko­ści, ale tuż po zbu­do­wa­niu musiały mie­rzyć dwa razy tyle. Kopce te są nie­mal wyłącz­nie na tere­nie zale­sio­nym — a prze­cież kiedy je usy­py­wano, nie mogło być tam drzew! Otóż zda­niem Mach­nika wyle­sie­nie było dzie­łem ludzi z kul­tury pucha­rów lej­ko­wa­tych. Eks­ten­sywna gospo­darka rol­ni­czo-paster­ska jej przed­sta­wi­cieli wywo­łała kry­zys eko­lo­giczny zwią­zany z wyja­ło­wie­niem ziemi, a to spo­wo­do­wało — mniej wię­cej na prze­ło­mie 4. i 3. tysiąc­le­cia przed naszą erą — eks­pan­sję lud­no­ści na tereny pagór­ko­wate. Aby je użyt­ko­wać rol­ni­czo, nale­żało wypa­lać lasy, a ponie­waż gleba była mniej uro­dzajna niż na rów­ni­nie, trzeba było wypa­lać wię­cej i czę­ściej. I tak otrzy­mano na przed­gó­rzu kar­pac­kim sze­ro­kie poła­cie ziem wyle­sio­nych, gdzie mogli osie­dlić się przed­sta­wi­ciele następ­nej wiel­kiej kul­tury — cera­miki sznu­ro­wej, póź­niejsi budow­ni­czo­wie kur­ha­nów. Zwróćmy uwagę, że cho­dzi tutaj nie o sezo­nowy wypas letni, ale o cało­roczny pobyt lud­no­ści rol­ni­czej. Po kilku poko­le­niach osad­nic­two zeszło jed­nak w doliny, a wzgó­rza ponow­nie porósł las47.

Nie wszy­scy bada­cze akcep­tują ten efek­towny model. W naj­lep­szym razie może on doty­czyć czę­ści pol­skiego Pod­kar­pa­cia — tere­nów, na któ­rych kul­tura pucha­rów lej­ko­wa­tych docie­rała do pod­nóża gór. Kwe­stia kon­ty­nu­acji pucha­rowo-sznu­ro­wej nie jest oczy­wi­sta — pisze Paweł Valde-Nowak48. Nie­mniej sam fakt wej­ścia osad­nic­twa w góry nie jest kwe­stio­no­wany. Na prze­ło­mie neo­litu i epoki brązu na Pogó­rzu Dynow­skim, w oko­li­cach Husowa, kolejne kul­tury zakła­dały osady stałe poni­żej gra­nicy 250 metrów nad pozio­mem morza, nato­miast okre­sowe obo­zo­wi­ska — na całej wyso­ko­ści grzbie­tów pogó­rza, czyli do około 400 metrów nad pozio­mem morza. Nie­raz mogło być jed­nak na odwrót: wyru­szano na pewien czas z poło­żo­nych wyżej sta­łych osad i orga­ni­zo­wano osady okre­sowe poni­żej, w doli­nach49. Takie mecha­ni­zmy będą się powta­rzać przez tysiąc­le­cia.

Roz­róż­nie­nie osad sta­łych i cza­so­wych pro­wa­dzi nas do następ­nego waż­nego zja­wi­ska. W wielu miej­scach dość wysoko poło­żo­nych odkryto ślady sezo­no­wego pobytu ludzi. Dla przy­kładu, na Poło­ni­nie Wetliń­skiej w Biesz­cza­dach, na wyso­ko­ści 1200 metrów, zna­le­ziono w 2014 roku maleńki kamienny gro­cik, a nieco niżej — kilka innych przed­mio­tów, w tym ułamki cera­miki. Datuje się je na późny neo­lit (ok. 3200 lat p.n.e.)50 i uważa za pozo­sta­ło­ści sezo­no­wego paster­stwa zna­nych już nam „sznu­row­ców”.

Rów­nież w Kar­pa­tach Połu­dnio­wych można się domy­ślać neo­li­tycz­nego paster­stwa sezo­no­wego51. Oto w samym środku Wiel­kiej Niziny Węgier­skiej, daleko od jakich­kol­wiek gór, w pobliżu miej­sco­wo­ści Sárrétudvari, odkryto kur­han nale­żący do hory­zontu gro­bów jamo­wych. Zawie­rał on pro­chy więk­szej liczby ludzi o róż­nej przy­na­leż­no­ści kul­tu­ro­wej pocho­wa­nych tam w dłuż­szych odstę­pach czasu w końcu 4. i na początku 3. tysiąc­le­cia przed naszą erą. Wśród jego „miesz­kań­ców” ziden­ty­fi­ko­wano grupę czte­rech męż­czyzn: za pomocą skom­pli­ko­wa­nego testu składu che­micz­nego ich zębów usta­lono, że byli oni przy­by­szami (zna­le­zione w ich zębach metale nie wystę­pują w oko­licy). Ana­liza szcząt­ków, połą­czona z ana­lizą cech kul­tu­ro­wych ich pochówku, pozwo­liła stwier­dzić, że pocho­dzili oni z Gór Bihor­skich, a kon­kret­nie z ich czę­ści odda­lo­nej od kur­hanu o mniej wię­cej dwie­ście kilo­me­trów. Bada­cze biorą pod uwagę, że byli to albo kupcy, albo sezo­nowi paste­rze prze­mie­rza­jący regu­lar­nie ze swymi sta­dami drogę od let­nich pastwisk w górach do zimo­wych na nizi­nach, i skła­niają się raczej ku tej dru­giej moż­li­wo­ści. Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, która z nich jest praw­dziwa, ist­nie­nie dale­ko­sięż­nych kon­tak­tów mię­dzy górami a nizi­nami nie ulega wąt­pli­wo­ści.

I tak na karty tej opo­wie­ści wkra­cza paster­stwo sezo­nowe, które będzie miało prze­możny wpływ na gospo­darkę i kul­turę gór aż do dru­giej połowy XX wieku. Podej­mijmy więc od razu pewne decy­zje ter­mi­no­lo­giczne52. Kiedy całe ludy i ich stada prze­no­szą się z miej­sca na miej­sce, mamy do czy­nie­nia z noma­dy­zmem, przy czym w jego obrę­bie napo­ty­kamy dwie różne sytu­acje: wędrówka albo jest cią­głym zmie­nia­niem miej­sca, albo odbywa się po mniej lub bar­dziej usta­lo­nych tra­sach, od sie­dzib let­nich w górach do zimo­wych w doli­nach. Ta druga sytu­acja jest już formą pośred­nią mię­dzy noma­dy­zmem a innym typem paster­stwa — trans­hu­man­cją. O tej ostat­niej mówimy, jeżeli mię­dzy osadą dolną a górną wędruje tylko część lud­no­ści (paste­rze, cza­sem z rodzi­nami), a reszta pozo­staje w osa­dzie dol­nej, która w ten spo­sób zmie­nia się w stałą wieś. Ważną cechą trans­hu­man­cji jest to, że wypas trwa cały rok — rów­nież zimą w osa­dach dol­nych bydło pozo­staje na pastwi­skach, a nie jest trzy­mane w obo­rach. Nato­miast jeśli zwie­rzęta zimą kar­mione są paszą zgro­ma­dzoną pod­czas lata, kiedy to w górach odbywa się wypas pro­wa­dzony przez paste­rzy, jest to sezo­nowy wypas letni. Ta kla­sy­fi­ka­cja, choć umowna i nie­uwzględ­nia­jąca licz­nych form przej­ścio­wych, wydaje się dość wygodna.

Czasy pre­hi­sto­ryczne

Przed­sta­wia­jąc kul­tu­rowe osią­gnię­cia neo­litu, wspo­mnijmy o jesz­cze jed­nym zna­le­zi­sku, mimo że trudno trak­to­wać je zupeł­nie poważ­nie. W 1961 roku w małej wsi Tărtăria w środ­ko­wym Sied­mio­gro­dzie (nie­da­leko mia­sta Alba Iulia) odkryto trzy tabliczki z tajem­ni­czymi sym­bo­lami, które przez wielu bada­czy uznane zostały za pismo. Nie­stety nie da się usta­lić ich dokład­nego dato­wa­nia, ale jeśli przy­jąć naj­wcze­śniej­szą moż­li­wość (pod uwagę bie­rze się nawet 6 tys. lat p.n.e.), to mie­li­by­śmy pierw­sze pismo na świe­cie, przed hie­ro­gli­fami i pismem kli­no­wym! Rów­nie dobrze można jed­nak zało­żyć data­cję póź­niej­szą, i wtedy ewen­tu­alne litery da się wytłu­ma­czyć wpły­wami z Bli­skiego Wschodu. Nie ma także pew­no­ści, czy znaki na tablicz­kach w ogóle są pismem i… czy nie mamy do czy­nie­nia z fał­szer­stwem, bo cała sprawa wygląda jak mate­riał dla sen­sa­cyj­nej prasy. Przy­szłe bada­nia wykażą, czy jest ona czymś wię­cej53.

Kiedy patrzymy na histo­rię neo­litu, naszą uwagę zwraca impo­nu­jąca mobil­ność tery­to­rialna. Każdy chyba, myśląc o dale­kiej prze­szło­ści, widzi wio­skę w górach, odda­loną od wszel­kich cen­trów kul­tu­ro­wych i kon­ser­wu­jącą dawny styl życia. Ten obraz jest nie do końca fał­szywy, ale zbyt jed­no­stronny. To prawda, że neo­lit trwał wiele tysięcy lat, a sama kul­tura try­pol­ska, prze­obra­ża­jąc się, ale i zacho­wu­jąc ele­menty cią­gło­ści, w róż­nych swych odsło­nach roz­wi­jała się przez dwa tysiąc­le­cia54. Jed­nak zmiany, cho­ciaż powolne, się­gały głę­boko. Wpły­wały na egzy­sten­cję ludzi, doty­ka­jąc spraw wiel­kich i małych: od koni, przez język, aż do maleń­kiej kościa­nej łyżeczki (wytworu kul­tury kri­sko-star­czew­skiej) zna­le­zio­nej pod­czas wyko­pa­lisk w Brze­ściu Kujaw­skim55, jakieś tysiąc trzy­sta kilo­me­trów na pół­noc od miej­sca jej pro­duk­cji! W stop­niu więk­szym niż w epoce poprzed­niej roz­sze­rzały się także kon­takty trans­kar­pac­kie; szlaki przez Kar­paty Zachod­nie bie­gły praw­do­po­dob­nie doli­nami Dunajca i Popradu56. Bada­nia przed­mio­tów z gro­bów odkry­wa­nych na wschód od Dnie­pru, dato­wa­nych na 4. tysiąc­le­cie przed naszą erą, dowio­dły — rzecz nie­mal nie do uwie­rze­nia! — że miedź, z któ­rej je wyko­nano, pocho­dzi z odda­lo­nych o mniej wię­cej tysiąc kilo­me­trów na zachód kopalń sied­mio­grodz­kich57. Konie, udo­mo­wione na ste­pach wschod­niej Ukra­iny, poja­wiły się nad dol­nym Duna­jem przy­pusz­czal­nie w tym samym tysiąc­le­ciu. Cera­mika robiona na kole garn­car­skim, dosko­nal­sza od ręcz­nie lepio­nych garn­ków, przy­wę­dro­wała z Mezo­po­ta­mii do ludów ste­po­wych i dopiero dużo póź­niej tra­fiła na inte­re­su­jące nas tereny. Bursz­tyn, orna­menty cera­miczne, tech­niki rol­ni­cze czy budow­lane — przy­kłady można mno­żyć. Góry, jeśli już koniecz­nie potrze­bu­jemy jakiejś meta­fory, są więc sitem, czy raczej fil­trem: prze­pusz­czają pewne zja­wi­ska, powstrzy­mują inne, ale ni­gdy nie sta­no­wią szczel­nej bariery.

O poli­tyce, reli­gii i ide­olo­gii wiemy nie­po­rów­ny­wal­nie mniej. Jest z nimi tro­chę jak z bada­nymi przez arche­olo­gów domami z tam­tej epoki. Uczeni dosko­nale znają ich fun­da­menty, roz­pla­no­wa­nie, pod­łogę; dzięki nie­któ­rym wska­zów­kom (dziury na słupy) mogą domy­ślać się kon­struk­cji ścian. Co do kształtu dachu są jed­nak w sta­nie tylko zga­dy­wać: im wyżej, tym trud­niej. Ana­lo­gicz­nie jest z bada­niem kul­tury ludów pre­hi­sto­rycz­nych. Mate­rialne pod­stawy byto­wa­nia znamy sto­sun­kowo dobrze; struk­turę spo­łeczną i formy życia gospo­dar­czego — jesz­cze jako tako. Sys­tem poli­tyczny bar­dzo kiep­sko, a jeśli cho­dzi o idee, reli­gie i języki — mamy tylko domy­sły. Arche­olo­go­wie zasta­na­wiają się nad cere­mo­nialną funk­cją wielu przed­mio­tów; dys­ku­tują, jak roz­po­wszech­niona była wymiana wyro­bów dają­cych pre­stiż, dzięki któ­rym szef czy wódz ple­mie­nia lub osady mógł budo­wać swoją pozy­cję. Na pod­sta­wie róż­nych form pochówku i zawar­to­ści gro­bów sta­rają się dowie­dzieć cze­goś o ide­ach reli­gij­nych. Obser­wa­cje są nie­raz bar­dzo pomy­słowe: przy­kła­dowo z kształtu naczyń i resz­tek ich zawar­to­ści w osa­dach kul­tury badeń­skiej (3 tys. lat p.n.e.) wywnio­sko­wano, że słu­żyły one do picia piwa i miodu, a z roz­prze­strze­nie­nia ich pozo­sta­ło­ści, że owo picie odby­wało się w dużych gru­pach na czymś w rodzaju ban­kie­tów. Stąd już pro­sta droga do kon­klu­zji, że orga­ni­zo­wano uro­czy­sto­ści publiczne, a więc ist­niała jakaś forma kon­sump­cji luk­su­so­wej, co z kolei może ozna­czać ist­nie­nie życia poli­tycz­nego58.

Mimo cał­ko­wi­tego braku źró­deł bada­cze nie ustają w wysił­kach, by dowie­dzieć się cze­goś o reli­giach ludzi neo­litu. Przy­cho­dzi im z pomocą metoda porów­naw­cza. Wśród róż­nych opo­wie­ści i legend ludów indo­eu­ro­pej­skich, spi­sa­nych w ciągu XIX i XX wieku, współ­cze­śni reli­gio­znawcy wyróż­niają część wspólną i uznają ją za pozo­sta­łość wie­rzeń praindo­eu­ro­pej­skich; a gdy zarzu­cają sieć jesz­cze sze­rzej i porów­nują z wie­rze­niami ludów innych niż indo­eu­ro­pej­skie, docho­dzą do wnio­sku, że są w sta­nie zna­leźć jakieś pozo­sta­ło­ści sprzed wykształ­ce­nia się języka praindo­eu­ro­pej­skiego. To rze­czy­wi­ście fascy­nu­jące, jeśli uprzy­tom­nimy sobie, że być może nie­które wie­rze­nia ludowe, znane nam także z regionu kar­pac­kiego (w cza­sach nowo­żyt­nych wystę­pu­jące oczy­wi­ście w for­mie schry­stia­ni­zo­wa­nej), mają prze­szłość wielu tysięcy lat i mogą być jakby pomo­stem mię­dzy naszą współ­cze­sno­ścią a cza­sami Pra­in­do­eu­ro­pej­czy­ków. Jako przy­kład wymieńmy ludową opo­wieść o kra­dzieży słońca i jego odzy­ska­niu, zapi­saną cho­ciażby na Rusi Zakar­pac­kiej, a także histo­rię o tym, jak Pan Bóg wysłał pro­roka Elia­sza, aby ukradł dia­błu pio­run, znaną mię­dzy innymi z Buko­winy59.

Podobne roz­wa­ża­nia są prze­cie­kawe i odkry­wają przed nami prze­bły­ski życia ducho­wego neo­li­tycz­nych miesz­kań­ców Europy, lecz trzeba pamię­tać, że obra­camy się cią­gle w kręgu hipo­tez. Coś jed­nak można powie­dzieć z pew­no­ścią: ludzie tam­tych cza­sów mieli głę­bo­kie poczu­cie este­tyki, two­rząc to, co dziś nazwa­li­by­śmy sztuką użyt­kową: prze­piękną cera­mikę, zdra­dza­jąca nie­zwy­kłą pomy­sło­wość w dobo­rze zarówno kształtu, jak i zdo­bień, a czę­sto też kolo­ry­styki. A ist­nieje też prze­cież sztuka przed­sta­wia­jąca: rysunki i figurki zwie­rząt i idoli, w któ­rych reduk­cja kon­tu­rów do kilku pod­sta­wo­wych linii nie­rzadko daje nie­po­spo­lite efekty arty­styczne.

Kiedy więc oglą­damy te dzieła, czy­tamy o tym, jak daleko od miej­sca swego powsta­nia mogły one zawę­dro­wać, czy ana­li­zu­jemy narzę­dzia i różne formy domostw — wtedy mamy cał­ko­witą pew­ność, że stwo­rzyły je osoby, któ­rych życie w fun­da­men­tal­nych prze­ja­wach w niczym nie odbie­gało od życia ludzi póź­niej­szych wie­ków. Kate­go­rie pra­hi­sto­rii (czy pre­hi­sto­rii) są bar­dzo wygodne i z tego względu można ich uży­wać, ale nie mają uza­sad­nie­nia mery­to­rycz­nego. Zgłę­biane przez arche­olo­gów epoki nie­pi­śmienne sta­no­wią część dzie­jów na iden­tycz­nych pra­wach jak wszyst­kie pozo­stałe. Brak pisma spra­wia, że trzeba do nich pod­cho­dzić w inny spo­sób, ale jest to pro­blem odmien­no­ści tech­niki badaw­czej, a nie samego bada­nego świata.

W powyż­szym szki­co­wym przed­sta­wie­niu epoki neo­litu widać dość wyraźną (choć w szcze­gó­łach nieco nie­ostrą) gra­nicę mię­dzy połu­dniową a pół­nocno-zachod­nią czę­ścią Kar­pat. Na połu­dniu mamy kul­turę kri­sko-star­czew­ską i kul­tury nad­du­naj­skie — otwarte zarówno na Bał­kany (a więc na wiel­kie cywi­li­za­cje bli­skow­schod­nie), jak i na ukra­iń­sko-rosyj­skie stepy. Na pół­noc­nym zacho­dzie znaj­dują się zaś kul­tury Niżu Środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiego, roz­wi­ja­jące się na pół­noc od Alp i Kar­pat: kul­tura pucha­rów lej­ko­wa­tych i jej następ­czy­nie — amfor kuli­stych i cera­miki sznu­ro­wej. One z kolei otwarte są na wpływy kul­tur domi­nu­ją­cych w Kar­patach Połu­dnio­wych i za ich pośred­nic­twem przej­mują cywi­li­za­cyjne osią­gnię­cia z połu­dnio­wego wschodu. Dla dopeł­nie­nia obrazu przy­po­mnijmy kul­tury wcho­dzące na zie­mie kar­pac­kie ze wschodu: try­pol­ską i póź­niej­szy hory­zont gro­bów jamo­wych.

Warto zwró­cić uwagę na pewien istotny aspekt podziału Kar­pat na strefę pół­nocną i połu­dniową. Otóż w połu­dnio­wej czę­ści Kar­pat wyroby z metalu, naj­pierw mie­dziane, a potem brą­zowe, poja­wiają się przez całe 3. tysiąc­le­cie przed naszą erą (a nawet wcze­śniej). Późny neo­lit na tych tere­nach — i cza­sem rów­nież na zie­miach pol­skich — okre­śla się mia­nem „eneo­litu” (łac. aes — brąz), a więc jako epokę przej­ściową, „brą­zowo-kamienną”. Meta­lowe wyroby odno­to­wu­jemy także w pół­noc­nej czę­ści Kar­pat i dalej na pół­noc od nich, ale w mniej­szej licz­bie i zazwy­czaj jako importy z połu­dnia.

Brąz to stop mie­dzi i cyny (miedź zaj­muje w nim 80–90 pro­cent), tward­szy od obu swo­ich skład­ni­ków, przez co przy­dat­niej­szy jako suro­wiec. Są rów­nież sre­bro i złoto; sied­mio­grodz­kie złoża złota, tak ważne przez następne stu­le­cia, zaczy­nają być eks­plo­ato­wane w epoce brązu. Jak się wydaje, przy pra­cach gór­ni­czych sto­so­wano metodę odkryw­kową, czyli rudę z ziemi wydo­by­wano topo­rami o krze­mien­nych ostrzach. Pokłady mie­dzi w base­nie Kar­pat znaj­dują się przede wszyst­kim w Sied­mio­gro­dzie, a także w górach Matra na Węgrzech i w Ruda­wach Sło­wac­kich. Z cyną jest gorzej, ponie­waż trudno o jej więk­sze złoża, przez co trzeba ją impor­to­wać. Roz­kwi­tają więc kon­takty han­dlowe. W ogóle — jak zauważa Jaż­dżew­ski — wymiana sta­nowi nie­zbędny waru­nek roz­woju pro­duk­cji wyro­bów meta­lo­wych. Jako suro­wiec pro­duk­cyjny kamień, lep­szy czy gor­szy, znaj­dzie się nie­mal wszę­dzie, ale kiedy prze­cho­dzimy od niego do mie­dzi lub brązu, rzecz kom­pli­kuje się; złoża metali są tylko w nie­któ­rych miej­scach. Nie­przy­pad­kowo „główne środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie han­dlowe szlaki trans­kon­ty­nen­talne zostały «prze­tarte» wła­śnie w II tysiąc­le­ciu p.n.e.”. Poja­wiają się nowe zawody — kupca, gór­nika, hut­nika, kowala60 — co ma odbi­cie w dzie­dzi­nie idei i reli­gii. Kowali w wielu kul­tu­rach trak­to­wano jak pośred­ni­ków mię­dzy sfe­rami bogów i ludzi. Weland i Hefaj­stos są oczy­wi­ście koron­nymi przy­kła­dami; obaj kuleją, kalec­twem pła­cąc za zdo­by­cie nad­przy­ro­dzo­nych tajem­nic. Począt­kowo rudy metali pozy­ski­wano z mete­ory­tów, co wzmac­niało sakralny cha­rak­ter wszel­kich dzia­łań z nimi zwią­za­nych. O kowa­lach miesz­ka­ją­cych za wsią, w jakiś spo­sób odda­lo­nych od wspól­noty, etno­gra­fo­wie i podróż­nicy pisali jesz­cze kilka poko­leń temu (przy­kła­dem może być cho­ciażby kowal Sawicki, jeden z boha­te­rów Na wyso­kiej poło­ni­nie Sta­ni­sława Vin­cenza). O pozy­cji kowali świad­czyć mogą ich bogate groby. Bada­jąc cmen­ta­rzy­sko we wsi Nižná Myšla koło Koszyc we wschod­niej Sło­wa­cji, w osa­dzie nale­żą­cej do kul­tury oto­mań­skiej ze śred­niej epoki brązu, arche­olo­go­wie zwró­cili uwagę na dwa pochówki szcze­gól­nie bogato wypo­sa­żone w wyroby złote i brą­zowe. Doszli do wnio­sku, że są to groby nale­żące wła­śnie do rze­mieśl­ni­ków meta­lur­gów61.

Przej­ście od neo­litu do epoki brązu doko­ny­wało się stop­niowo przez setki lat. Gdyby jed­nak zale­żało nam na jakiejś kon­kret­niej­szej dacie, możemy przy­jąć, że nastą­piło ono na prze­ło­mie 3. i 2. tysiąc­le­cia przed naszą erą; na dzi­siej­szych zie­miach węgier­skich i rumuń­skich kil­ka­set lat wcze­śniej niż ów prze­łom, a na pol­skich — jakieś dwa wieki po nim. W róż­nych dzie­dzi­nach ówcze­snego życia widzimy kon­ty­nu­ację i inten­sy­fi­ka­cję zja­wisk, które obser­wo­wa­li­śmy w poprzed­niej epoce. Coraz wię­cej mamy danych o pozy­ski­wa­niu soli. Na pół­noc­nym pod­gó­rzu Kar­pat Zachod­nich, w oko­li­cach Wie­liczki, odkryto baseny do paro­wa­nia solanki pocho­dzące z koń­co­wej fazy epoki brązu; są nie­wiel­kie, co suge­ruje, że prze­mysł ten był zde­cen­tra­li­zo­wany i pozy­ski­wa­niem soli zaj­mo­wały się poszcze­gólne gospo­dar­stwa domowe62.

Już w póź­nym neo­li­cie (3 tys. lat p.n.e.) reje­stru­jemy osady na wywyż­sze­niach, na przy­kład na pagór­kach nad doli­nami rzek. Sło­wacki arche­olog wyli­czył ich trzy­dzie­ści sie­dem w samej tylko pół­noc­nej Sło­wa­cji wokół Tatr63. Wszyst­kie nale­żały do kul­tury badeń­skiej (nieco młod­szej od zna­nej nam kul­tury pucha­rów lej­ko­wa­tych i zasie­dla­ją­cej pół­nocne Kar­paty oraz zie­mie dalej na pół­noc), która wiele zdo­by­czy cywi­li­za­cyj­nych przej­mo­wała z połu­dnia przez kon­takty z kul­tu­rami nad­du­naj­skimi64. Praw­do­po­dob­nie były to osady raczej han­dlowe niż obronne, ponie­waż zna­le­ziono w nich liczne wytwory innych kul­tur, mogące tu przy­być tylko drogą wymiany. To wła­śnie te sie­dli­ska kryły w sobie ślady wspo­mnia­nych wcze­śniej „piw­nych” ban­kie­tów.

W 2. tysiąc­le­ciu przed naszą erą dzia­łały w Kar­pa­tach osady, któ­rych rola wykra­czała poza pro­duk­cję rol­ni­czą — sta­no­wiły cen­tra han­dlu czy rze­mio­sła lub ośrodki wła­dzy na skalę regionu, choć na ogół nie­zbyt roz­le­głego. Były one więk­sze niż te z poprzed­niej epoki i usy­tu­owane w miej­scach uła­twia­ją­cych obronę. Na pagórku zwa­nym Myšia Hôrka, koło Spi­skiego Czwartku, w latach sie­dem­dzie­sią­tych XX wieku odkryto ślady osad­nic­twa. Dokład­niej­sze bada­nia wyka­zały, że mię­dzy 1600 a 1450 rokiem przed naszą erą, a więc w środku epoki brązu, funk­cjo­no­wała tam nie­wielka miej­sco­wość. Odna­le­ziono też resztki murów kamien­nych — gdyby była pew­ność, że pocho­dzą z tych samych cza­sów co osada, byłyby jed­nymi z pierw­szych muro­wa­nych for­ty­fi­ka­cji na świe­cie. Wydaje się jed­nak, że są póź­niej­sze, praw­do­po­dob­nie z epoki żelaza65.

W czę­ści osady zacho­wały się ślady domostw z reszt­kami warsz­ta­tów oraz pozo­sta­ło­ściami przed­mio­tów kamien­nych i cera­micz­nych, a także odpa­dami po wytwór­czo­ści meta­lur­gicz­nej. Nie­da­leko odkryto liczne przę­śliki wska­zu­jące na pro­duk­cję tek­stylną. W pobliżu była brama wjaz­dowa, co suge­ruje, że miesz­kali tu rze­mieśl­nicy ofe­ru­jący dobra na sprze­daż oraz kupcy. Nato­miast w innym sek­to­rze osady nie zna­le­ziono warsz­ta­tów, ale resztki róż­nych przed­mio­tów luk­su­so­wych, głów­nie z brązu i ze złota. Tę prze­strzeń arche­olo­go­wie nazwali robo­czo akro­po­lem i uznali za sie­dzibę wła­dzy. Zarówno na „akro­polu”, jak i w czę­ściach osady gru­pu­ją­cych pro­duk­cję na han­del domo­stwa były lep­szej jako­ści, z kamien­nymi pod­ło­gami. Na pozo­sta­łym obsza­rze były uboż­sze; nie zna­le­ziono w nich ani przed­mio­tów luk­su­so­wych, ani żad­nych śla­dów pro­duk­cji rze­mieśl­ni­czej na więk­szą skalę. Być może miesz­kali tam wytwórcy zaspo­ka­ja­jący potrzeby lokalne. Ist­niała też strefa kul­towa, gdzie praw­do­po­dob­nie skła­dano ofiary z ludzi. Osada była nie­wielka, bo obej­mo­wała dwie trze­cie hek­tara; odkryto resztki czter­dzie­stu sze­ściu domostw, a więc zamiesz­ki­wało ją zapewne kil­ka­set osób. Pod wzglę­dem gospo­dar­czym musiała sta­no­wić jed­ność z oko­licz­nymi osa­dami rol­ni­czymi (wsiami). Pro­wa­dziła z nimi cią­głą wymianę han­dlową, bez któ­rej nie mogłaby się utrzy­mać: pro­du­ko­wała wyroby rze­mieśl­ni­cze, musiała wszak naby­wać płody rolne66.

Czę­sto miej­scem osie­dla­nia się były doliny rzek — a wła­ści­wie nie one same, nara­żone na zale­wa­nie i ataki wroga, ale wzgó­rza nad nimi, chro­niące od wody, uła­twia­jące obronę i pozwa­la­jące kon­tro­lo­wać ważne szlaki han­dlowe. Co jed­nak zna­czyło „kon­tro­lo­wać?” Czy cho­dziło głów­nie o udział w wymia­nie towa­rów, łatwy dostęp do przy­wo­żo­nych dóbr i szansę na zby­cie wła­snych pro­duk­tów? A może o pobór cła za prze­jazd, zapewne w natu­rze? Nie wiemy. W każ­dym razie, podró­żu­jąc samo­cho­dem w Pie­niny szosą wzdłuż Dunajca, od Sta­rego Sącza do Kro­ścienka, mijamy dwa takie miej­sca: naj­pierw Masz­ko­wice (pamię­tamy Zyn­drama z Masz­ko­wic, dowódcę spod Grun­waldu), a potem gro­dzi­sko Babia Góra w Zabrzeży (nie­da­leko ujścia potoku Kamie­nica). Badaczka zagad­nie­nia pod­kre­śla, że w obu z nich for­ty­fi­ka­cje sta­wiano dopiero jakiś czas po wybu­do­wa­niu osady. Wysnuwa wnio­sek, że względy eko­no­miczne były waż­niej­sze niż woj­skowe. Dolina Dunajca, istotny szlak han­dlowy już w neo­li­cie, zmie­niła się z cza­sem w jedną z głów­nych dróg, którą wpływy kul­tur połu­dniowo-wschod­nich prze­do­sta­wały się przez Kar­paty na pół­noc. W nara­żonej na powo­dzie doli­nie osad­nic­two, zarówno neo­li­tyczne, jak i z epoki brązu, loko­wało się na róż­nych wywyż­sze­niach: na cyplach wrzy­na­ją­cych się w dolinę rzeczną, na zbo­czach lub na dziale wod­nym oddzie­la­ją­cym dwa potoki. Ponadto w górach czę­sto wystę­puje inwer­sja tem­pe­ra­tur, gdy cie­plej­sze powie­trze się wznosi, a zim­niej­sze opada, w wyniku czego w pew­nych godzi­nach doby na tere­nach poło­żo­nych wyżej może być cie­plej niż w doli­nach. Co za tym idzie — te pierw­sze są nie­kiedy korzyst­niej­sze także z punktu widze­nia rol­nic­twa67.

Nie­któ­rzy bada­cze epoki brązu dowo­dzą, że nie ma jasnego związku mię­dzy zło­żami metali a osa­dami. Oto w środ­ko­wym Sied­mio­gro­dzie rudy żelaza ukryte są wysoko w górach, nato­miast drogi han­dlowe prze­cho­dzą doli­nami rzek68. Czy więc dla przy­szłych miesz­kań­ców decy­du­ją­cym kry­te­rium wyboru miej­sca na osadę była bli­skość surow­ców, czy waż­nych szla­ków, a może względy poli­tyczne (kon­trola tery­to­rium) lub obron­ność? Spo­łe­czeń­stwo epoki brązu jest już bar­dzo zróż­ni­co­wane spo­łecz­nie, poli­tycz­nie, kul­tu­rowo i gospo­dar­czo; rolę odgrywa więc wiele czyn­ni­ków. W każ­dym razie — pod­kre­ślam to, bo będziemy do tej kwe­stii wie­lo­krot­nie wra­cać — w wielu wypad­kach osad­nicy wybie­rają tereny wyżej usy­tu­owane, zanim jesz­cze zalud­nią te poło­żone niżej.

Około stu kilo­me­trów na pół­nocny wschód od pagórka Myšia Hôrka, na wznie­sie­niu mię­dzy Jasłem a wsią Trzci­nica, odkryto pozo­sta­ło­ści innej osady obron­nej. Nadano im tro­chę pre­ten­sjo­nalną nazwę — Kar­packa Troja69