Biała gwardia - Michaił Bułhakow - ebook
NOWOŚĆ

Biała gwardia ebook

Michaił Bułhakow

0,0

Opis

Kijów, zima 1918 roku. Dawny świat rozpada się na oczach jego mieszkańców, a kolejne armie walczą o władzę nad miastem.

W domu Turbinów wciąż płonie ogień w piecu, rozbrzmiewają rozmowy i muzyka, a przyjaciele próbują zachować pozory normalnego życia. Za oknami jednak narasta chaos wojny domowej. Upadają rządy, zmieniają się sojusze, a ludzie, którzy jeszcze niedawno wiedzieli, komu i czemu służą, zostają zmuszeni do wyborów, na które nie byli przygotowani.

„Biała Gwardia” Michaiła Bułhakowa to opowieść o rodzinie i lojalności wystawionych na próbę przez historię, o końcu pewnej epoki i świecie, w którym stare zasady przestają obowiązywać. Intymna kronika domu Turbinów splata się tu z dramatycznym obrazem rewolucji, wojny i miasta pogrążającego się w chaosie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 252

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CZĘŚĆ I

I

Pamiętny i straszny był to rok od Narodzenia Chrystusa Pana tysiąc dziewięćset osiemnasty, a drugi od chwili wybuchu rewolucji. Latem tego roku pełno było słońca, a zimą padał obfity śnieg. Wysoko na niebie jaśniały dwie gwiazdy: wieczorna pasterska Wenus i drżący, czerwony Mars.

Ale czas mknie jak strzała zarówno w spokojnych, jak i w krwawych latach, i młodzi Turbinowie nie zdążyli się obejrzeć, jak nastały białe, puszyste grudniowe mrozy. Och, gdzież jesteś, dziadku z naszej choinki, iskrzący się od szronu i wielce szczęśliwy? Gdzież jesteś, matko nasza, jasna Królowo?

W rok po ślubie córki Heleny z kapitanem Sergiuszem Iwanowiczem Talbergiem i w tym samym tygodniu, w którym do miasta na Ukrainie, do rodzinnego gniazda, po ciężkich wydarzeniach i trudach wojennych powrócił Aleksy Wasiljewicz Turbin, białą trumnę ze zwłokami matki zniesiono ze stromego Aleksiejewskiego wzgórza na Podół, do małej cerkiewki Mikołaja Miłosiernego na Wzwozie.

Było to w maju; podczas mszy żałobnej drzewa wiśniowe i akacje szczelnie przesłaniały z zewnątrz strzeliste okna.

Smutny i zmieszany ojciec Aleksander chwiał się na nogach; jego szaty błyszczały i iskrzyły się wśród złotych płomyków, a diakon, z fioletową szyją i twarzą, cały w złocie od głowy aż do stóp obutych w skrzypiące kamasze, ponurym głosem wymawiał słowa kościelnego pożegnania, zwracając się do matki, która opuściła swoje dzieci.

Stali oni wszyscy razem u stóp starego, sczerniałego arcykapłana Mikołaja: Aleksy, Helena, Talberg, Aniuta, wychowana w domu Turbinowej, i Nikołka z czupryną opadającą na prawą brew. Stał zupełnie oszołomiony śmiercią matki, a jego błękitne oczy, osadzone po obu stronach długiego, ptasiego nosa, patrzyły ze smutkiem i rozpaczą. Chwilami mrugał nimi, spoglądając na obraz i na tonące w mroku sklepienie ołtarza, tam, gdzie unosił się smętny i zagadkowy Bóg-staruszek.

Za cóż taka krzywda? Taka niesprawiedliwość? Po co to było zabierać matkę właśnie wtedy, kiedy wszyscy się zjechali i nastały lepsze czasy!

Na to Pan Bóg z czarnego i miejscami popękanego sklepienia nie dawał odpowiedzi, a Nikołka sam jeszcze nie uświadamiał sobie, że wszystko dzieje się tak, jak powinno, ku lepszemu.

Msza się skończyła. Wyszli na kamienne schody i odprowadzili matkę przez wielkie miasto na cmentarz, gdzie od dawna pod marmurowym krzyżem spoczywał ojciec.

I matkę pochowali. Ech... Ech...

***

Wiele lat przed śmiercią, w domu pod numerem trzynastym przy ulicy Aleksiejewskiej, w jadalnym pokoju przy piecu kaflowym grzali się maleńka Helena, starszy Aleksy i zupełnie jeszcze drobniutki Nikołka. Często wtedy przy tym gorącym kominku czytano o „Cieśli z Saardamu”, zegar wydzwaniał gawoty; pod koniec grudnia zwykle unosił się zapach choinki, a na zielonych gałązkach paliły się pstre parafinowe świeczki. Czarny ścienny zegar w stołowym pokoju wydzwaniał godziny jak z wieży w odpowiedzi na gawoty zegara z brązu, który stał w sypialni matki. Teraz mieszka w niej Helenka. Zegar ścienny ojciec kupił dawno, kobiety nosiły wtedy staniki ze śmiesznymi, bufiastymi u góry rękawami.

Moda się zmieniła, czas przeminął jak błyskawica, umarł ojciec profesor, wszyscy dorośli, a zegar jak dawniej wydzwania godziny jak z wieży. Przyzwyczajono się do niego i gdyby jakimś zrządzeniem losu zniknął z tej ściany, zapanowałby taki sam smutek jak po śmierci bliskiej osoby. Tej pustki nie można by było niczym wypełnić. Na szczęście jednak zegar jest nieśmiertelny. Nieśmiertelne są również „Cieśla z Saardamu” i holenderskie kafle, mocne jak skała, gorące i życiodajne w najcięższych chwilach.

Te oto kafle, i stare, czerwonym pluszem kryte meble, i łóżka z błyszczącymi gałkami, wytarte malinowe, pstrokate dywany, a na nich car Aleksy Michajłowicz z sokołem w ręku i Ludwik XIV wypoczywający w rajskim ogrodzie nad brzegiem jedwabistego jeziora, i tureckie dywany z dziwacznym wschodnim wzorem – te same właśnie, którymi bredził mały Nikołka w gorączce podczas szkarlatyny; lampka z brązu z abażurem, najlepsze na świecie szafy z książkami, od których zalatywało zapachem dawnej czekolady, z Nataszą Rostową, córką kapitana, złocone filiżanki, portrety, portiery. Wszystkie te siedem zakurzonych i po brzegi wypełnionych pokoi, w których wyrosło młode pokolenie Turbinów, matka pozostawiła w spuściźnie swoim dzieciom.

Umierając w tak ciężkich czasach, bezsilna, z ostatnim tchnieniem na ustach, kurczowo ściskając rękę zapłakanej Heleny, wyszeptała:

– Żyjcie... w zgodzie.

***

Ale jak żyć? Jakże tu żyć?

Najstarszy, Aleksy Wasiljewicz Turbin, młody lekarz, ukończył dwadzieścia osiem lat. Helena – dwadzieścia cztery. Jej mąż, kapitan Talberg – trzydzieści jeden, a Nikołka – siedemnaście i pół.

Ruina w samym zaraniu życia. Zamieć zbliża się od północy, szaleje bez ustanku, im dalej, tym groźniej. Starszy Turbin powrócił do rodzinnego miasta wkrótce po burzy, która wstrząsnęła górami nad Dnieprem.

Może ta burza prędko przeminie, rozpocznie się życie, o jakim piszą w czekoladowych książkach. Próżne nadzieje – dokoła coraz bardziej ciemno i trwożnie. Na północy wciąż szaleje zamieć, a pod nogami drży poruszona z posad ziemia, słychać głuche odgłosy. Rok osiemnasty dobiega już końca, a dni następują coraz groźniejsze i twardsze.

***

Zwalą się mury, wyfrunie z białej dłoni zalękniony sokół, zgaśnie lampa z brązu, „Córkę kapitana” spalą w piecu.

Matka rzekła dzieciom:

– Żyjcie.

A czeka ich męka i śmierć.

Jakoś o zmierzchu, wkrótce po pogrzebie matki, Aleksy Turbin odwiedził ojca Aleksandra i powiedział:

– Smutno nam, ojcze. Nie możemy zapomnieć matki, a do tego takie strasznie ciężkie czasy... Dopiero co przyjechałem, sądziłem, że życie jakoś się ułoży, a tu...

Zamilkł. Siedząc w zmroku przy stole, spoglądał w zadumie gdzieś daleko przed siebie.

Domek duchownego przesłaniały gałęzie drzew z cerkiewnego podwórza. Miało się wrażenie, że tuż za ścianą małego, ciasnego gabinetu, po brzegi wypełnionego książkami, zaczyna się tajemniczy, gęsty las, tchnący wiosną. Od miasta dochodził pod wieczór głuchy pomruk, unosił się zapach bzu.

– Cóż robić, cóż robić – wymamrotał ojciec, zmieszany (zawsze był taki zażenowany, kiedy obcował z ludźmi). – Wola Boża.

– A może potem będzie lepiej? – zwrócił się Turbin z tym pytaniem nie wiadomo do kogo.

Ojciec poruszył się w fotelu.

– Ciężkie to czasy, nie ma co mówić, bardzo ciężkie – wyszeptał – ale nie trzeba tracić otuchy...

Nagle wyciągnął białą rękę z ciemnego rękawa sutanny, wziął jedną z książek i otworzył ją w miejscu, gdzie była kolorowa haftowana zakładka.

– Nie wolno poddawać się przygnębieniu – powiedział głosem zmieszanym, lecz przekonującym. – Przygnębienie jest wielkim grzechem... Zdaje mi się, że doświadczymy jeszcze wielu nieszczęść – mówił coraz pewniejszym głosem. – Wie pan, ostatnio wciąż przesiaduję nad książkami, oczywiście przeważnie z dziedziny teologii... – Uniósł książkę tak, by ostatnie promienie wpadające przez okno rzuciły światło na kartki, i przeczytał:

„Trzeci anioł wylał czaszę swą do rzek i źródeł; i powstała krew”.

II

Był więc biały, mroźny grudzień. Szybko dobiegał połowy. Na zaśnieżonych ulicach słychać było gwar świąteczny. Już prędko skończy się ten osiemnasty rok.

Nad dwupiętrowym domem pod numerem trzynastym, przedziwnej budowy (od ulicy mieszkanie Turbinów znajdowało się na drugim piętrze, a od strony małego, pochyłego podwórka okna widać było na pierwszym piętrze), zwisały oblepione śniegiem gałęzie drzew z ogrodu, który zajął całe strome wzgórze. Śnieg pokrył górę, zasypał malutkie drwalnie na podwórzu i utworzyła się kolosalna głowa cukru. Dom przywdział białą generalską czapkę i na dolnym piętrze (od ulicy pierwszym, a od podwórza, pod werandą Turbinów – suterenie) zajaśniały słabe, żółte światełka.

Mieszkał tam tchórzliwy burżuj, antypatyczny inżynier, Wasyli Iwanowicz Lisowicz.

Nad nim, przez okna Turbinów, widać było jasne, wesołe światło.

O zmierzchu Aleksy z Nikołką zeszli do drwalni po drewno.

– Ho, ho, do licha, mało już drew zostało. Patrz, znowu dziś ściągnęli.

Z elektrycznej latarki Nikołki padł na przeciwległą ścianę snop światła w postaci cylindra. Widać było wyłamaną deskę, którą ktoś potem w pośpiechu przybił od zewnątrz.

– Powystrzelać by tych diabłów! Jak Boga kocham! Wiesz co, przestoimy tę noc na warcie? Wiem dobrze, to szewcy spod jedenastego numeru.

– Co za niegodziwcy! Przecież sami mają więcej drewna od nas.

– A niech ich tam... Chodźmy. Zabieraj.

Zgrzytnęła zardzewiała kłódka, na braci osypał się śnieg, ponieśli drwa. Już wieczorem, koło dziewiątej, nie można było dotknąć kafli z Saardamu.

Nadzwyczajny to był piec. Na jego olśniewającej powierzchni widniały przeróżne historyczne napisy i rysunki. Porobił je Nikołka tuszem w różnych okresach osiemnastego roku. Zawierały głęboki sens i były bardzo znamienne.

„Jeżeli ci ktoś powie, że alianci śpieszą nam z pomocą – to nie wierz. Alianci to dranie”.

„On sympatyzuje z bolszewikami”.

Rysunek: gęba Momusa.

Podpis: „Ułan Leonidas Juriewicz”.

„Okropne wieści nadbiegają,

Czerwone bandy się zbliżają!”

Rysunek malowany farbami: głowa o zwisających wąsach, w wysokiej czapie z granatowym ogonem.

Podpis: „Bij Petlurę!”

Ręką Heleny i bliskich, dawnych przyjaciół z dzieciństwa – Myszłajewskiego, Karasia, Szerwińskiego – porobione były napisy tuszem, farbami, atramentem i sokiem wiśniowym.

„Helena Wasiljewna kocha nas mocno,

Komu tak, komu nie...”

„Lenoczka, kupiłem bilet na »Aidę«.

Balkon pierwszego piętra, nr 82, po prawej stronie”.

„Zakochałem się 12 maja 1918 roku”.

„Pan jest gruby i brzydki”.

„Po tych słowach mogę się tylko zastrzelić”. (Narysowany dość dokładnie browning).

„Niech żyje Rosja!”

„Niech żyje samowładztwo.

Czerwiec. Barkarola”.

„Nie dziw, że cała Rosja

pamięta walkę pod Borodinem”.

Ręką Nikołki wypisane drukowanymi literami:

„Pod groźbą rozstrzelania każdego towarzysza z pozbawieniem praw zakazuję pisania na piecu zbytecznych rzeczy. Komisarz Podolskiego Okręgu. Damski, męski i żeński krawiec Abram Prużyner.

1918 roku, 30 stycznia”.

Od kafli upstrzonych napisami bucha żar, czarny zegar posuwa się jak trzydzieści lat temu: tonk-tank. W fotelu, w ulubionej pozycji, siedzi starszy Turbin – ponury, wygolony, jasnowłosy, we frenczu z olbrzymimi kieszeniami, w granatowych rajtuzach i miękkich filcowych pantoflach. Bardzo się postarzał od dwudziestego piątego października 1917 roku. U jego nóg, na małym stołeczku, usadowił się Nikołka ze sterczącą czupryną; nogi wyciągnął prawie do kredensu – jadalnia bardzo mała. Na nogach buty ze sprzączkami. Przyjaciółka Nikołki, gitara, jest pieszczotliwa i przytłumiona: treń... Nieokreślone treń... nie wiadomo bowiem, co będzie.

W mieście trwoga, niepokój, źle...

Nikołka nosi na ramionach podoficerskie szlify z białym naszyciem, a na lewym rękawie trójkolorowy galon. (Pierwsza drużyna piechoty, oddział trzeci. Z powodu rozpoczynającej się akcji formuje się czwarty dzień).

Pomimo tych wszystkich wydarzeń w jadalni, doprawdy, jest wprost prześlicznie. Gorąco, przytulnie, na oknach kremowe zasłony. Bracia czują ciepło i to ich jakoś rozleniwia.

Starszy brat odrzuca książkę, przeciąga się.

– No cóż, zagraj tę piosenkę...

Tram ta tam... tram ta tam...

„W butach fason jest.

Czapki także fest,

To junkry, inżynierowie idą!”

Starszy podśpiewuje. Oczy ponure, błyska w nich płomień, w żyłach – ogień.

– No, wolniej, panowie, wolniej, po cichutku.

„Witajcie, letnicy,

Witajcie, letniczki...”

Gitara gra marsza, struny brzęczą miarowo jak kroki, inżynierowie idą – raz, raz, raz! Nikołka patrzy i śni na jawie: szkoła. Obdrapane aleksandrowskie kolumny, armaty. Junkrzy przesuwają się na brzuchach od jednego okna do drugiego, strzelają. W oknach karabiny maszynowe. Chmura żołnierzy obległa szkołę. Co dalej? Generał Bogorodzicki zląkł się i poddał, poddał się wraz z junkrami. Ha-a-ańba...

„Witajcie, letnicy,

Witajcie, letniczki,

Dawno już willę można wynająć”.

Mgłą zaszły oczy Nikołki.

Duszno i parno na czarnych polach ukraińskich. W kurzawie posuwają się szare roty junkrów. Wszystko to już było, tak, było i przeminęło. Hańba. Bzdura. Helena rozsunęła portierę i w ciemnej szczelinie ukazała się jej rudawa głowa. Miękkim spojrzeniem objęła braci, z wielką trwogą spojrzała na zegar. Nic dziwnego. W samej rzeczy, gdzie jest Talberg? Siostra się niepokoi.

Chcąc ukryć niepokój, już miała zaśpiewać z braćmi, ale nagle zatrzymała się i podniosła rękę do góry.

– Zaczekajcie. Słyszycie?

Siedem strun naraz przerwało marsz: stój!

Wszyscy troje nasłuchują. Tak – działa. Ciężkie, dalekie, przytłumione. O, jeszcze raz: bu-u... Nikołka odłożył gitarę i pośpiesznie wstał, za nim ruszył Aleksy. W salonie zupełnie ciemno. Nikołka potknął się o krzesło. Za oknami widok jak w operze. „W noc Bożego Narodzenia” – śnieg i światełka. Drżą, migocą. Nikołka przylgnął do okna. Z wyobraźni znikły upał i szkoła, w oczach natężona uwaga. Gdzież to? Młody podoficer wzruszył ramionami.

– Licho wie. Mam wrażenie, że to pod Światoszynem tak strzelają. Dziwne to, czyżby tak blisko?

Aleksy stał w głębi, a Helena przy samym oknie i widać, jak z przerażenia jej oczy ściemniały. Co to znaczy, że Talberga dotąd nie ma? Starszy brat wyczuwa jej trwogę i dlatego nic nie mówi, choć bardzo chciałby powiedzieć: „W Światoszynie. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Strzelają jakieś dwanaście wiorst od miasta, nie dalej”.

Co to jest?

Nikołka chwycił zasuwkę okna, drugą rękę przycisnął do szyby, jakby chciał ją zdruzgotać i wyrwać się stąd; nos mu się spłaszczył.

– Chciałbym tam pojechać. Dowiedzieć się, o co chodzi...

– A jakże, tylko ciebie tam brakuje...

Helena mówi z trwogą:

– To dopiero nieszczęście... Mąż miał wrócić najpóźniej, słyszycie, najpóźniej dziś o trzeciej po południu. A teraz jest dziesiąta.

W milczeniu wrócili do jadalni. Gitara milczy ponuro. Nikołka przynosi z kuchni samowar, który śpiewa i syczy złowieszczo. Na stole stoją filiżanki, jakieś niezwykłe, w kształcie kolumienek, wewnątrz pozłacane, a z zewnątrz zdobione subtelnymi kwiatami. Za życia matki, Anny Włodzimierzówny, był to serwis używany w rodzinie od wielkiego dzwonu, a teraz dzieci mają go na co dzień. Choć dokoła armaty, niepokój, trwoga i całe to zamieszanie, obrus jest biały i wykrochmalony. To już sprawa Heleny, która jest do tego przyzwyczajona; należy to również do Aniuty, wychowanej w domu Turbinów.

Posadzki błyszczą, a na stole, choć to grudzień, w kolumnowym wazonie z matowego szkła stoją błękitne hortensje i dwie smutne, płomienne róże, dodające życiu uroku i mocy, mimo że ku miastu posuwa się podstępny wróg, który kto wie, czy nie obróci w gruzy pięknego, śnieżnego miasta. Może zdepcze obcasem resztki spokoju. Kwiaty. Te kwiaty to dar wiernego wielbiciela Heleny, porucznika gwardii, Leonidasa Juriewicza Szerwińskiego. Jest on przyjacielem ekspedientki od cukierków w znanej „Markizie”, a także innej ekspedientki z przytulnego sklepu z kwiatami „Nicejska flora”.

W cieniu hortensji postawiono malowany niebieski talerzyk z pokrojoną kiełbasą, obok masło w przezroczystej maselniczce, a na frażetowskim talerzu biały, podłużny chleb. Tak wyśmienicie można by się posilić i napić herbaty, gdyby nie te ponure wypadki... Ach... Ach, co tam...

Czajnika dosiadł pstry kogut wyhaftowany na grubym płótnie, chroniący przed wystygnięciem, a błyszcząca powierzchnia samowara odbija trzy wykrzywione twarze Turbinów. Nikołka w tym odbiciu ma policzki jak Momus.

Oczy Heleny są pełne smutku, ogniste, rudawe kosmyki włosów zwisają w nieładzie. Talberg utknął gdzieś po drodze wraz z hetmańskim pociągiem skarbowym i teraz cały wieczór stracony. Licho wie, czy przypadkiem nie spotkała go jakaś krzywda?... Bracia ospale żują chleb z masłem. Helena ma przed sobą filiżankę zimnej herbaty i „Pana z San Francisco”. Niewidzący, zamglony wzrok pada na słowa:

„...ciemność, ocean, zamieć”.

Helena nie czyta.

Wreszcie Nikołka wybucha:

– Chciałbym wiedzieć, dlaczego tak blisko strzelają? Przecież to niemożliwe...

Sam urwał, poruszył się i znowu twarz dziwnie wykrzywiła się w samowarze. Milczenie. Wskazówka posuwa się, już jest na dziesiątej minucie i – tonk-tank – zbliża się do kwadransa na jedenastą.

– Strzelają dlatego, że Niemcy to dranie – burknął niespodzianie starszy brat.

Helena podnosi głowę, spogląda na zegar i pyta:

– Czy naprawdę, czy to możliwe, że zostawią nas na łasce losu? – a głos ma taki smętny.

Bracia, jakby na komendę, odwracają głowy i kłamią:

– Nic nie wiadomo – odpowiada Nikołka, zajadając chleb.

– Tak sobie to powiedziałem, hm... to tylko przypuszczenie. Pogłoski.

– Nie, to nie pogłoski – z uporem odpowiada Helena – nie pogłoski, lecz prawda. Spotkałam dzisiaj Szczegłową, powiedziała mi, że spod Borodzianki zawrócono dwa niemieckie pułki.

– Nonsens.

– Sama się zastanów – tłumaczy starszy – czy to do pomyślenia, żeby Niemcy wpuścili do miasta tego łotra? Zastanów się tylko. Co do mnie, to zupełnie nie wyobrażam sobie ich razem ani przez chwilę. Kompletny absurd. Niemcy i Petlura. Wszak oni sami nazwali go bandytą. Jakież to śmieszne.

– Ech, co ty tam opowiadasz. Poznałam teraz Niemców. Na własne oczy widziałam niektórych z czerwonymi kokardkami. I jakiegoś pijanego podoficera z babą. Baba też była pijana.

– No, czyż to się nie zdarza? Takie wypadki zepsucia mogą się zdarzyć i w niemieckiej armii.

– Więc według was Petlura nie przyjdzie?

– Hm... moim zdaniem to niemożliwe.

– Absolument. Nalej mi, jeśli łaska, jeszcze filiżankę herbaty. Nie denerwuj się. Staraj się, jak to powiadają, trzymać w karbach.

– Ależ, mój Boże, gdzie jest teraz Sergiusz? Jestem pewna, że na ich pociąg był napad zbrojny i...

– I cóż? Po co te niepotrzebne domysły? Przecież ta linia jest zupełnie wolna.

– Więc dlaczego go nie ma?

– Ach, Boże. Wiesz dobrze, jaka teraz jazda. Z pewnością stali na każdej stacji po cztery godziny.

– Rewolucyjna jazda. Godzinę się jedzie, a dwie się stoi.

Helena zamilkła, popatrzyła na zegar, westchnęła ciężko, a potem znowu zaczęła mówić.

– Boże, Boże! Gdyby Niemcy nie zrobili tej podłości, wszystko szłoby jak najlepiej. Ich dwa pułki wystarczyłyby, aby zmiażdżyć waszego Petlurę jak muchę. Nie, przekonałam się, że Niemcy prowadzą teraz podłą, podwójną politykę. A gdzież są ci zachwalani alianci? Ach, niegodziwcy. Obiecywali, obiecywali...

Samowar, który od pewnego czasu milczał, zasyczał niespodziewanie i drobne węgle, pokryte szarym popiołem, wypadły na tacę. Bracia mimowolnie spojrzeli na piec. Odpowiedź?

– Masz ją tam. Proszę spojrzeć:

„Alianci – to dranie”.

Wskazówka zatrzymała się na kwadransie, zegar jak gdyby chrząknął z powagą, a potem wybił godzinę; natychmiast w odpowiedzi rozległ się w przedpokoju cienki i dźwięczny dzwonek.

– Bogu dzięki, to Sergiusz – powiedział radośnie starszy.

– Tak, to Talberg – dodał Nikołka i pobiegł otworzyć drzwi.

Helena wstała, zarumieniona.

Okazało się, że to nie Talberg dzwonił. Troje drzwi na schodach rozwarło się z głuchym łoskotem i rozległ się zdziwiony głos Nikołki. Jakiś głos odpowiedział. Potem po schodach zaczęły posuwać się podkute buty, a za nimi wlokła się kolba.

Przez drzwi powiał chłód i oczom Aleksego i Heleny ukazała się barczysta postać w szarym płaszczu do pięt, w naramiennikach barwy ochronnej z trzema porucznikowskimi gwiazdkami, nakreślonymi chemicznym ołówkiem.

Baszłyk pokryty był szronem. Ciężki karabin z brązowym bagnetem wypełnił cały przedpokój.

– Witajcie – odezwała się przeciągle postać zachrypniętym tenorem, chwytając się zdrętwiałymi palcami za baszłyk.

– Wicia!

Nikołka pomógł rozwiązać końce baszłyka, kaptur się osunął, a za nim opadła spłaszczona czapka oficerska ze sczerniałym znaczkiem i na barczystej postaci ukazała się głowa porucznika Wiktora Wiktorowicza Myszłajewskiego.

Piękna ta głowa, dziwnie smętna i pełna powabu, łączyła znamiona prawdziwej rasy i zwyrodnienia. Prześliczne oczy zmiennego koloru z długimi rzęsami. Nos z maleńkim garbem, wyniosłe usta i czoło – białe, czyste, bez skazy. Ale jeden kącik ust smutnie wykrzywiony, a podbródek tak dziwnie ścięty, jak gdyby rzeźbiarza, który robił tę twarz szlachcica, opanowała dzika fantazja, by odgryźć kawał gliny i pozostawić tej męskiej twarzy nieforemny, niewieści podbródek.

– Skąd się tu wziąłeś?

– Skąd?

– Uwaga – słabym głosem odezwał się Myszłajewski. – Nie stłucz. Mam tam butelkę wódki.

Nikolka ostrożnie powiesił ciężki płaszcz, z którego kieszeni sterczała butelka owinięta w kawałek gazety. Potem powiesił mauzer w futerale, tak wielki, że aż zachwiał się ciężki wieszak z jelenimi rogami. Myszłajewski wreszcie zwrócił się do Heleny, pocałował ją w rękę i powiedział:

– Spod Krasnego Traktiru. Pozwól mi, Leno, przenocować. Do domu nie dojdę.

– Ach, Boże, bardzo proszę.

Myszłajewski nagle jęknął, próbował chuchać na palce, ale usta odmawiały posłuszeństwa. Białe brwi i krótko przystrzyżone aksamitne wąsiki, siwe od szronu, zaczęły topnieć, cała twarz była mokra. Starszy Turbin rozpiął frencz i wyciągnął brudną koszulę.

– No, oczywiście... Pełno. Aż się roi.

– Ot co – poruszyła się Helena, która z przerażenia zapomniała na chwilę o Talbergu. – Nikolka, w kuchni są drwa. Rozpal ogień w łazience. Ach, na nieszczęście pozwoliłam Aniutce odejść. Aleksy, ściągnij z niego frencz, tylko prędzej.

W jadalni Myszłajewski usiadł na krześle koło pieca i głośno jęczał – nie mógł już dłużej nad sobą panować. Helena pobiegła, brzęcząc kluczami. Turbin razem z Nikolką, klęcząc, ściągali z Myszłajewskiego wąskie, eleganckie buty ze sprzączkami na łydkach.

– Ostrożniej... och, ostrożniej...

Odwinęli ohydne, poplamione onuczki i zostały fioletowe jedwabne skarpetki. Nikołka natychmiast powiesił frencz na zimnej werandzie – niech sobie wszy zdychają. Chudy, sczerniały, chory i godny politowania stał Myszłajewski w okropnie brudnej batystowej koszuli, w czarnych szelkach zapiętych na krzyż i w granatowych spodniach ze strzemiączkami. Zsiniałymi rękami zaczął wodzić po kaflach.

„Wieści... groź...

nast... bandy...”

„zakochałem się... maja...”

– Co za podlecy! – krzyknął Turbin. – Czy nie mogli wam dać ciepłych butów i kożuchów?

– Cie... epłe buty – przedrzeźniał płaczliwie Myszłajewski – cie-epłe...

Poczuł, jak w cieple ręce i nogi zaczynają okrutnie boleć, i kiedy w kuchni ucichły kroki Heleny, krzyknął ze łzami i wściekłością:

– Szynk!

Chrypiąc i kurcząc się cały, upadł, wskazał na skarpetki i jęknął:

– Zdejmijcie, zdejmijcie, zdejmijcie...

Unosił się zapach wstrętnego denaturatu, w misce topniała góra śniegu. Porucznik Myszłajewski wypił kieliszek wódki i natychmiast go to oszołomiło, nawet oczy miał zamglone.

– Czy naprawdę trzeba będzie odciąć? O Boże... – i załkał z rozpaczą.

– No poczekaj. To nic... Tak. Odmroziłeś tylko duży palec. Tak... to przejdzie. I ten też będzie dobry.

Nikołka przykucnął i zaczął mu wkładać czyste czarne skarpetki, a tymczasem Myszłajewski wpychał w rękawy płaszcza kąpielowego drewniane, niezginające się ręce. Na policzkach wystąpiły ponsowe plamy, a nasz zmarznięty, skurczony porucznik w czystej bieliźnie i płaszczu odtajał, odżył. Jak grad posypały się w pokoju groźne wyzwiska. Ze spuszczonymi oczami przeklinał najohydniejszymi słowami sztab w wagonach pierwszej klasy, jakiegoś pułkownika Szczotkina, mróz, Petlurę i Niemców, zamieć, a wreszcie zakończył tym, że okrutnie sklął hetmana całej Ukrainy, nie szczędząc mu brukowych i wstrętnych obelg.

Aleksy i Nikołka przyglądali się, jak rozgrzany porucznik zgrzytał zębami i od czasu do czasu wykrzykiwał:

– No, no! Hetman, co? Bodajby go! – ryczał Myszłajewski. – Kawalerzysta gwardyjski? W pałacu? Co? A nas posłali tak, jak staliśmy. Co? Całą dobę w śniegu, na mrozie... Boże! Myślałem, że wszyscy zginiemy... Bodajby go, psiamać! Sto sążni dzieliło jednego oficera od drugiego i to ma się nazywać łańcuchem? O mało nie wyrżnęli nas jak kury!

– Poczekaj – prosił go Turbin, oszalały od wyzwisk. – Powiedz, kto jest teraz tam, pod Traktirem?

– Et! – Myszłajewski machnął ręką. – Nic nie zrozumiesz! Czy wiesz, ilu nas tam było pod tym Traktirem? Czter-dziestu. Przyjechał ten wywłoka, pułkownik Szczotkin, i powiada (Myszłajewski wykrzywił twarz i, starając się przedrzeźniać znienawidzonego pułkownika Szczotkina, zaczął seplenić wstrętnym, cienkim głosem): „Panowie oficerowie, od was zależą losy miasta. Nie zawiedźcie nadziei i zaufania matki miast rosyjskich, ona może teraz zginąć, a gdyby nieprzyjaciel się ukazał, to przejdźcie do ataku, z Bogiem! Po sześciu godzinach zmienią was. Ale nabojów proszę oszczędzać...” (Myszłajewski zmienił ton i powiedział swoim zwykłym głosem) i zwiał samochodem wraz ze swoim adiutantem. A ciemno jak w d...! Mróz. Nic, tylko same szpilki – tak kłuje.

– Więc któż tam jest, o Boże? Przecież Petlura nie może być pod Traktirem?

– A licho ich wie! Uwierzysz? Rano omal nie zwariowaliśmy. Stanęliśmy o północy, czekamy na zmianę... Rąk i nóg nie czujemy. Zmiana nie przychodzi. Ogniska, oczywiście, rozpalić nie możemy, do wsi tylko dwie wiorsty. Do Traktira – wiorsta. W nocy wydaje się, że pole się rusza. Przywidziało nam się, że podłażą... No, myślę sobie, co robić... Co? Podnoszę karabin i zastanawiam się: strzelać? Kusi. Staliśmy tak i wyliśmy jak wilki. Czasem na krzyk ktoś gdzieś w łańcuchu się odezwie. Wreszcie wlazłem głęboko w śnieg, wykopałem sobie kolbą mogiłę, przykucnąłem i starałem się nie zasnąć: zasnę – zginę. Nad ranem nie wytrzymałem, czuję, że zaczynam drzemać. Wiesz, co mnie uratowało? Karabiny maszynowe. Słyszę, jak o świcie trzy wiorsty od nas zagrzmiało! I wyobraź sobie, nie chciało się wstawać. A tu na dodatek i armata zahuczała. Podniosłem się, a do nóg jakby pudowe ciężary przyrosły, i myślę sobie: „Winszuję, Petlura raczył nas odwiedzić”. Zacieśniliśmy troszeczkę łańcuch, zaczęliśmy się nawoływać. Tak zdecydowaliśmy: w razie czego zbierzemy się do kupy, zaczniemy strzelać i jednocześnie cofać się w kierunku miasta. Pozabijają nas – to pozabijają. Przynajmniej będziemy razem. I wyobraź sobie – wszystko ucichło. Rano zaczęliśmy tak po trzech wybiegać do Traktira, żeby się ogrzać. Wiesz, kiedy przysłali zmianę? Dziś o drugiej po południu. Dwustu junkrów z pierwszej drużyny. I wyobraź sobie, wspaniale ubrani – w futrzanych czapkach, ciepłych butach, z oddziałem karabinów maszynowych. Przyprowadził ich pułkownik Naj-Turs.

– Ach! To nasz, nasz! – krzyknął Nikołka.

– Powiedz, czy to czasem nie huzar białogwardzista? – zapytał Turbin.

– Tak, tak, huzar... Rozumiesz, spojrzeli na nas i przerazili się: „Sądziliśmy, że macie tu ze dwie roty z karabinami maszynowymi, jak mogliście tutaj stać tak długo?”

Okazało się, że z tymi karabinami była banda licząca tysiąc ludzi, która nad ranem zwaliła się na Sieriebriankę i przypuściła szturm. Całe szczęście, że nie wiedzieli, iż stał tam łańcuch podobny do naszego, w przeciwnym razie, możesz sobie wyobrazić, jaką wizytę ta tłuszcza złożyłaby miastu. Szczęście również, że tamci mieli jakąś łączność z Posterunkiem Wołyńskim, zawiadomili go i stamtąd jakaś bateria poczęstowała ich szrapnelami, toteż domyślasz się chyba, jak ostygł ich zapał: zaczęli się cofać i rozpierzchli się do wszystkich diabłów.

– No więc kto to był? Czyżby Petlura? Przecież to niemożliwe.

– A licho ich tam wie. Myślę, że to miejscowi chłopi, ludzie boży, tacy jak u Dostojewskiego... o-och... bodajże ich, psiamać!

– O Boże mój, Boże!

– Tak – mruczał dalej Myszłajewski, zaciągając się dymem z papierosa – przyszła zmiana, Bogu Najwyższemu dzięki. Liczymy, a tu tylko trzydzieści osiem osób. Powinszować trzeba: dwaj zamarzli. Świniom wyrzucić. Dwóch zaś podnieśliśmy, nogi trzeba będzie odciąć...

– Jak to! Na śmierć?

– A co myślałeś? Jeden junkier i jeden oficer. A w Popielusze, tej niedaleko Traktiru, jeszcze lepiej nas urządzili. Powlekliśmy się tam z podporucznikiem Krasinem po sanie, żeby przewieźć zmarzniętych. Wioska jakby wymarła, ani jednej żywej duszy. Rozglądamy się dokoła i wreszcie widzimy, jak idzie jakiś dziad w kożuchu, o sękatym kiju. Wyobraź sobie, zauważył nas i się ucieszył. Od razu wyczułem, że stało się coś złego. Myślę sobie: cóż to takiego? Z czego ten stary dziad tak się ucieszył? „Chłopczyki... chłopczyki...”. A ja mu odpowiadam słodziutkim głosem: „Witaj, dziadku. Dawaj sanie, tylko prędko”. Na to on: „Nie ma, wszystkie sanie oficerstwo zabrało na posterunek”. Mrugnąłem do Krasina i pytam: „Oficerstwo? Hm, hm. A gdzież są wszyscy wasi chłopcy?”. Dziad jak nie fuknie: „Wszyscy uciekli do Petlury”.

– No, jak ci się to podoba? Dziad nie dowidział, taki ślepawy dziadek nie dowidział naszych odznak pod baszłykiem i wziął nas za petlurowców. Tu już nie wytrzymałem... Mróz... Wściekłem się... Chwyciłem dziada za gardziel, o mało ducha nie wyzionął, a sam krzyczę: „Do Petlury pobiegli? Zastrzelę cię tu natychmiast, zobaczysz wtedy, jak to się do Petlury lata! Polecisz, ścierwo, na tamten świat!”. Na to, rzecz jasna, święty rolnik, siewca i obrońca (Myszłajewski zaklął okrutnie) ocknął się w dwie sekundy. Oczywiście padł do nóg i wrzeszczy: „Wielmożny panie, proszę mi wybaczyć, że ja, stary, zdurniałem i oślepłem, zaraz podam konie, tylko mnie nie zabijajcie!”. Znalazły się konie i sanie. O zmierzchu dotarliśmy na Posterunek.