Bezpieka pogranicza. Historia zwiadu Wojsk Ochrony Pogranicza 1945-1990 - Lech Kowalski - ebook

Bezpieka pogranicza. Historia zwiadu Wojsk Ochrony Pogranicza 1945-1990 ebook

Lech Kowalski

0,0

Opis

O bezpiece cywilnej, znanej jako UB (Urząd Bezpieczeństwa) i SB (Służba Bezpieczeństwa) – słyszał każdy Polak. Zwiad WOP był kolejną bezpieką, tym razem w strukturach Ludowego Wojska Polskiego (LWP), tuż obok zbrodniczej Informacji Wojskowej (IW) i jej następczyni Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW).

POGRANICZE W OGNIU ** POWOJENNE GRANICE POLSKI ** FORMOWANIE WOJSK OCHRONY POGRANICZA ** UTRWALACZE WŁADZY LUDOWEJ ** ZWIAD WOP - ELITA BEZPIECZNIACKA EDUKACJA POGRANICZNIKÓW ** USZCZELNIANIE GRANIC ** INWAZJA NA CZECHOSŁOWACJĘ ** STAN WOJENNY

Bezpieczniackie służby cywilne zostały po roku 1989 poddane weryfikacji, natomiast wojskowe zwartym szykiem, spokojnie i bez strat, przemaszerowały ku nowej – jak sądziliśmy, niepodległej – już rzeczywistości.

Niniejsza monografia obejmująca lata 1945-1989, wiedzie od kołyski bezpieczniackiej po resortową emeryturę, wszechstronnie dokumentując działalność WOP Polski Ludowej. Ukazuje zasady funkcjonowania formacji, przedstawia kadrę dowódczą i motywy jej postępowania, ułatwiając zrozumienie pozornie niezwiązanych ze sobą mechanizmów transformacji po roku 1989.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1030

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Fahrenheit 415

 

Korekta i redakcja

Katarzyna Rzuczkowska-Szczęsnowicz

 

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

 

ISBN 978-83-8079-512-9

 

Copyright Lech Kowalski

Copyright for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2020

 

WydawcaWydawnictwo Fronda Sp. z o.o.ul. Łopuszańska 3202-220 Warszawatel. 22 836 54 44, 877 37 35 faks 22 877 37 34e-mail: [email protected]

Konwersja

Epubeum

WSTĘP

Zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza (WOP), stanowiąc integralną część struktury organizacyjnej tych wojsk, był niczym innym jak kolejną bezpieką – początkowo osadzoną w Ludowym Wojsku Polskim (LWP) tuż obok sowiecko-peerelowskiej zbrodniczej Informacji Wojskowej (IW) i jej następczyni Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW). Wchodząc w struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) i późniejszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW), bezpieczniacy WOP współdziałali bezpośrednio m.in.: z funkcjonariuszami urzędów bezpieczeństwa (UB) i Służby Bezpieczeństwa (SB) oraz z Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), a także z Milicją Obywatelską (MO), Ochotniczą Rezerwą Milicji Obywatelskiej (ORMO), Służbą Ochrony Kolei (SOK) i innymi strukturami paramilitarnymi. W tej współpracy nie mogło oczywiście zabraknąć najważniejszych, czyli „braci Moskali”, tuż po wojnie reprezentowanych na terytorium „oswobadzanej” Polski przez dywizje NKWD i kontrwywiad wojskowy Smiersz oraz sowieckich pograniczników, którzy byli pierwszymi dowódcami i mentorami przyszłych wopistów. Współpraca nie ograniczała się do zabezpieczania granic państwowych, lecz miała szerszy wymiar, głównie represyjno-inwigilacyjny wobec obywateli Polski, którzy nie zaakceptowali ustroju narzuconego przez Związek Sowiecki i rodzimych, wynarodowionych komunistów. W tych okolicznościach bezpieka WOP stała się jednym z istotniejszych elementów machiny ucisku społeczeństwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (PRL) przez służby specjalne. Wespół z bezpieką cywilną (UB i SB) wopiści odcisnęli piętno na życiu milionów obywateli, zwłaszcza mieszkających w pobliżu granic państwowych i tych, którzy znaleźli się tam z różnych powodów, często turystyczno-rekreacyjnych.

Wspomniane służby łączył niewątpliwie sowiecki rodowód strukturalno-organizacyjny oraz zbrodnicze procedury postępowania operacyjnego i śledczo-dochodzeniowe, a także duży odsetek funkcjonariuszy pochodzenia żydowskiego na szczeblach kierowniczych. Niewątpliwym spoiwem owych służb była także prymitywna i zwyrodniała ideologia bolszewicka oraz bezwzględne podporządkowanie się partii rządzącej. Początkowo była nią Polska Partia Robotnicza (PPR), nieznana ówczesnym Polakom swego rodzaju sowiecka jaczejka komunistyczna, która przekształciła się w Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą (PZPR) – wielomilionową machinę rządzącą Polską ponad cztery dekady. Przełożeni owych tworów partyjnych kryli się za murami Kremla i stamtąd wydawali dyrektywy i rozporządzenia, które należało wykonaać bez większego sprzeciwu. Z tego samego kierunku napływały zadania dla służb specjalnych PRL, a więc także dla bezpieki pogranicza.

Tymczasem wbrew przytoczonym powyżej faktom wopiści próbują się zapisać w dziejach Polski Ludowej jedynie jako służba zwiadu i przejść do historii jako dzielni zwiadowcy. To oczywiste, słowo „zwiadowca” brzmi bowiem znacznie lepiej niż „bezpieczniak”. Mam jednak nadzieję dowieść niniejszą pracą, że byli tymi drugimi i swoją postawą doprowadzili do wielu patologii zarówno na pograniczu, jak i w głębi kraju. W niczym też nie nawiązywali do tradycji przedwojennego Korpusu Ochrony Pogranicza (KOP), gdyż tenże takich jak oni bezwzględnie zwalczał na wschodnich rubieżach przedwojennej Polski1.

Przyznaję, nie lubię pisać wstępów. Wydaje mi się bowiem, że muszę się tłumaczyć, dlaczego dana książka powinna zaistnieć na rynku wydawniczym, że tracę tylko czas i w pewnym sensie się wymądrzam. Co mają bowiem do rzeczy wyjaśnienia, dlaczego podjąłem akurat ten temat, albo to, kto co wcześniej napisał w tej sprawie? W takich sytuacjach mój wstęp stawia mnie w niekomfortowej pozycji cenzora. Ja bowiem zawsze byłem i nadal jestem – jak mawiał Napoleon Bonaparte – po stronie słabszych batalionów i tego już nikt oraz nic nie zmieni.

Pisząc wstęp do niniejszej publikacji, natrafiłem na dodatkową trudność. Większość prac o wopistach powstała w okresie siermiężnej Polski komunistycznej i kiedy będę odwoływał się do ustaleń tamtych autorów, to niestety na powrót ich spopularyzuję. A oni pisali ku „pokrzepieniu serc własnych, towarzyszy i gawiedzi”, pławiąc się w zachwytach nad dokonaniami wopistów. W istocie autorzy ci podejmowali tę tematykę dla ludzi ze swojego środowiska, najczęściej też służyli wcześniej w służbach mundurowych. Pozostała po nich spuścizna – kto chce, może ją czytać, kto nie – niech wyrzuci te wątpliwej jakości dzieła na śmietnik historii. Podobni im zapisali się również w historii wielu innych służb specjalnych PRL.

Mam przed oczami wstępy do książek autorów tamtejszych prac i muszę stwierdzić, że są one do siebie podobne. Autorzy najpierw oddawali hołd sowieckim „myślicielom”, którzy w danej sprawie cokolwiek bąknęli, dopiero potem przypominali, że tę tematykę podejmowali także inni badacze, by na koniec dodać swój wkład i wyjaśnić, dlaczego pomimo tylu pozycji naukowych oni zdecydowali się na napisanie kolejnej. Ja w tym uczestniczyć nie chcę, bo to koszmar intelektualny, powielany niemal przez cały okres PRL. A jeśli chodzi o moje motywy, o podjęciu tematu wopistów postanowiłem wtedy, gdy dotarło do mnie, że legenda o bohaterskich czynach zwiadu WOP nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a formację tę tworzyli typowi ubecy i esbecy mundurowi, którzy siali strach i przerażenie. Zirytowały mnie też opowieści rozprowadzane w różnych telewizjach przez Henryka Piecucha, funkcjonariusza tejże bezpieki, który wychwalał profesjonalizm tej służby i jej oddanie Polsce. (Pytanie tylko – jakiej Polsce – które zadał Antoni Macierewicz w jednym z programów telewizyjnych). W swoim czasie Henryk Piecuch publikował niemalże każdego roku naiwne i wydumane prace o służbach specjalnych.

Dotychczasowy przekaz o WOP zdominował w literaturze przedmiotu Henryk Dominiczak, który od 1949 roku służył w Wojskach Ochrony Pogranicza, potem w Milicji Obywatelskiej (1958–1961), a następnie postanowił spróbować sił w nauce i pnąc się po szczeblach kariery (od 1981 roku był zastępcą kierownika Katedry Historii i Archiwistyki w Akademii Spraw Wewnętrznych w Warszawie), w roku 1988 został profesorem. W latach 1989–1990 funkcjonował na stanowisku pułkownika-profesora, co dawało mu swobodny dostęp do archiwów resortowych. Dominiczak jest autorem prac, takich jak: Wojska Ochrony Pogranicza w latach 1945–1948 (Warszawa 1974); Powstanie i rozwój organizacyjny Wojsk Ochrony Pogranicza w latach 1945–1983 (Warszawa 1984); Żołnierze granicznych dróg (Warszawa 1984); Organy bezpieczeństwa PRL 1944–1990: rozwój i działalność w świetle dokumentów MSW (Warszawa 1997). Odegrał podobną rolę w popularyzacji WOP jak płk prof. Mieczysław Jaworski w apoteozie KBW, którego był funkcjonariuszem. W odpowiedzi na dorobek naukowy prof. Jaworskiego wydałem książkę Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego a Żołnierze Wyklęci. Walka z podziemiem antykomunistycznym w latach 1944–1956 (Poznań 2016). Profesorowi Dominiczakowi odpowiem natomiast niniejszą pozycją.

Oprócz Henryka Dominiczaka temat Wojsk Ochrony Pogranicza podjął także Jan Ławski, autor pracy Ochrona granic Polski Ludowej 1945–1948 (Warszawa 1974). Skoncentrował się on na omówieniu założeń organizacyjno-strukturalnych przyjętego po wojnie i zrealizowanego przez MON systemu zabezpieczenia powojennych granic państwa. To był najłatwiejszy i najbezpieczniejszy aspekt zagadnienia. Tymczasem Dominiczak znaczną część swoich prac poświęcił omówieniu kwestii, takich jak: wkład wopistów w walkę o utrwalanie władzy ludowej, zwalczanie przestępczości granicznej i ich udział w odbudowie kraju.

Nie sposób nie wspomnieć również o Henryku Kuli, autorze pracy Granica morska PRL 1945–1950 (Warszawa 1979), który prześledził wiele zjawisk związanych z ochroną granicy na Bałtyku, a co istotne – przedstawił mało znaną historię Milicji Morskiej, która od maja 1945 do stycznia 1946 roku wykonywała zadania straży granicznej na Wybrzeżu.

Z prac popularnonaukowych dużym powodzeniem w okresie PRL cieszyła się książka autorstwa Teofila Bieleckiego i Jana Ławskiego Gdy umilkły ostatnie strzały (Warszawa 1969). Według autorów została napisana „z zamiarem upowszechniania wśród społeczeństwa historii i trudu żołnierskiego na najdalszych rubieżach Polski”. Jak wynika z opracowania Piotra Majera Stan badań nad historią resortu spraw wewnętrznych. Próba oceny i wnioski, początkowy okres funkcjonowania WOP doczekał się trzech monografii i piętnastu prac przyczynkarskich, dwóch wydawnictw popularnonaukowych, trzech artykułów oraz dziesięciu prac magisterskich. Takie były skromne początki2.

Dlatego gdy dotarły do mnie informacje przekazane publicznie przez dyrektora Wojskowego Biura Historycznego (WBH) dr. hab. Sławomira Cenckiewicza o tym, że niszczenie archiwów wojskowych w czasach rządów SLD-PSL i PO-PSL nie miało charakteru jednostkowego, lecz dotyczyło pokaźnej części archiwów wojskowych w Polsce, nie byłem zaskoczony. Dyrektor WBH jedynie potwierdził to, co przypuszczałem, że przetrzebiono m.in. materiały archiwalne Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, sądów i prokuratur z okresu stalinowskiego, Zarządu II Sztabu Generalnego WP (wywiadu), Wojskowej Służby Wewnętrznej, Głównego Zarządu Informacji (GZI) i szefostwa Wojsk Ochrony Pogranicza. A więc wiele prac i publikacji autorów okresu PRL powstało na podstawie archiwaliów, po których dzisiaj nie ma śladu, gdyż zostały w Trzeciej Rzeczypospolitej zniszczone i wyeliminowane z obiegu naukowego. I za taki stan rzeczy tylko częściowo odpowiadają generałowie Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak. Większą winą obarczam kolejnych ministrów obrony narodowej, m.in.: Jerzego Szmajdzińskiego, Bronisława Komorowskiego, Janusza Onyszkiewicza, a także Bogdana Klicha czy Tomasza Siemoniaka. Do Siemoniaka dr hab.Cenckiewicz nawet wprost napisał: „Dziękujemy Panu [Tomaszowi Siemoniakowi] i Pana kolegom za nadzór nad archiwami. Niech już Pan nigdy nie wraca do MON – bo strach dla pamięci historycznej”.

Dodam, że współodpowiedzialni za zniszczenia zasobów są także dyrektorzy Centralnego Archiwum Wojskowego (CAW), m.in.: kmdr Waldemar Wójcik czy płk Czesław Żak, który już dawno powinien wyjaśnić, jak to się stało, że wiele wojskowych źródeł archiwalnych zostało wydanych pod egidą Instytutu Historii Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach, zatrudniającego sporo byłych wojskowych.

Najgłośniejszym echem odbiły się wypowiedzi dr. hab. Cenckiewicza o spustoszeniu źródłowym m.in. w archiwach WOP, ale ten problem został zauważony wcześniej.

W 2013 roku Marcin Kłodziński, podejmując tematykę działania operacyjnego zwiadu (bezpieki) WOP na Wybrzeżu wymierzonego w Solidarność i opozycję antykomunistyczną w latach 1980–1983, stwierdził: „Niestety, o wykorzystaniu w pracy operacyjnej w tym okresie agentury Wydziału II (bezpieki) Kaszubskiej Brygady WOP wiemy niewiele. Ma to związek z niezachowaniem się teczek osobowych źródeł informacji z Trójmiasta”. Nie inaczej było w przypadku pozostałych brygad tej formacji, archiwalia zostały wyczyszczone3.

Próbując powoli zostawić autorów prac o wopistach z poprzedniej epoki, muszę podsumować, że byli oni liderami dezinformacji w zakresie tej tematyki. Obok nich funkcjonowali też inni, którzy równie ochoczo chwytali za pióro i uprawiali propagandę w podobnym stylu. Wystarczy przejrzeć tygodnik branżowy Wojsk Ochrony Pogranicza „Granica” albo sięgnąć po „Biuletyn Zarządu Politycznego Wojsk Wewnętrznych” czy po opracowania wewnętrzne, firmowane przez szefostwo WOP. Zważywszy na degrengoladę archiwalną, o której wspominali Cenckiewicz i Kłodziński, warto się z tymi publikacjami zapoznać mimo ich propagandowego charakteru.

Muszę też w tym miejscu przyznać, że prowadząc kwerendy archiwalne, zorientowałem się, iż nie dałoby się opracować powyższej tematyki bez skorzystania z licznych prac dyplomowych i magisterskich, których autorami byli wopiści, i nie tylko. To one mnie ratowały, bo przejęte przez IPN materiały dotyczące zwiadu WOP nie na wiele się zdały. Przejrzałem i sfotografowałem kilka tysięcy tych dokumentów i – opierając się na moich 35-letnich doświadczeniach w kwerendach archiwalnych – doszedłem do wniosku, że dział bezpieki WOP został z całą premedytacją wyczyszczony z kluczowych dokumentów operacyjnych. Wiele materiałów pochodzących z kuźni kadr pograniczników z Kętrzyna, które trafiły do Warszawy np. w formie mikrofilmów, jest nieczytelnych. Po co więc się je udostępnia, skoro dla badaczy to tylko strata czasu? Czy to przypadek, że przekazano zbutwiały materiał archiwalny?

Podobnie sprawa wygląda z dokumentami operacyjnymi, z których korzystali autorzy wspomnianych przeze mnie resortowych prac magisterskich i dyplomowych, tych archiwaliów nie ma. Czyżby zapadły się pod ziemię? Nie, one zostały zniszczone lub wybrakowane w majestacie prawa, wystarczyło w tym celu zmienić ich kwalifikację archiwalną. I tak czyniono przez kolejne dekady Trzeciej Rzeczypospolitej, za rządów kolejnych ministrów obrony narodowej. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że najprawdopodobniej nikt nie odpowie za zniszczenie tych bezcennych dokumentów.

Jakże anegdotyczna wydaje się w tej sytuacji reakcja premiera Tadeusza Mazowieckiego, kiedy na początku lat 90. minionego stulecia poinformowano go, że w MSW na masową skalę niszczona jest dokumentacja operacyjna resortu. Mazowiecki miał wówczas powiedzieć: „powiadomcie o tym Kiszczaka”. Tymczasem to właśnie za wiedzą i przyzwoleniem gen. Kiszczaka, wicepremiera i szefa MSW, ta akcja dopiero się rozkręcała. Czego nie udało się wówczas spalić i zniszczyć lub przekazać „braciom Moskalom”, unicestwili ci, o których wspominał Sławomir Cenckiewicz4.

O skali niszczenia niewygodnych peerelowskich dokumentów osobiście mogłem się przekonać, kiedy na początku lat 90. XX wieku prowadziłem kwerendę w archiwum wewnętrznym Sekretariatu Komitetu Obrony Kraju (KOK) przy ulicy Olszewskiej w Warszawie. Wielokrotnie zdarzało się wówczas, że w jednym tygodniu korzystałem z bardzo ważnych partii dokumentów operacyjnych KOK, a w kolejnym już nie mogłem do nich powrócić, bo zostały zdjęte z ewidencji archiwalnej. Zatrudnieni w archiwum wojskowi niszczyli je niemalże na moich oczach, a ja nic nie mogłem zrobić. I nikogo z ówczesnego kierownictwa MON to nie obchodziło. Dlatego akta, do których wtedy dotarłem – ręcznie przepisałem wówczas przeszło 1500 stron dokumentów najwyższej wagi państwowej, gdyż nie zezwolono mi na ich kserowanie – są dziś w dużej mierze jedynymi poświadczającymi działalność KOK w okresie Polski Ludowej. Wykorzystałem je później w książce Komitet Obrony Kraju (MON-PZPR-MSW) (Warszawa 2011). Wciąż pamiętam spojrzenia wyższych oficerów, zwłaszcza z kierownictwa, zatrudnionych w archiwum Sekretariatu KOK, gdy się pojawiłem z dokumentem zezwalającym mi na przeprowadzenie kwerendy archiwalnej. Pismo to sygnował ówczesny szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego (BBN) Jerzy Milewski. Prawdopodobnie byłem ostatnim, który skorzystał z setek dokumentów tej instytucji, obecnie już zniszczonych5.

Oprócz peerelowskiej literatury dotyczącej zwiadu Wojsk Ochrony Pogranicza są także publikacje współczesne poświęcone temu zagadnieniu. Ich autorami są młodzi naukowcy, jak chociażby Jacek Wygoda, autor artykułu Zwiad Wojsk Ochrony Pogranicza jako organ bezpieczeństwa państwa w rozumieniu ustawy lustracyjnej. Rok później pojawił się artykuł Łukasza Grabowskiego i Marcina Maruszaka Zarys struktur oraz zadania zwiadu Wojsk Ochrony Pogranicza i Kontroli Ruchu Granicznego w latach 1945–1991. W kolejnym roku swoją pracę Wydział II Kaszubskiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza wobec Solidarności oraz opozycji antykomunistycznej (1980–1983) opublikował wspomniany już Marcin Kłodziński. Dwa lata później pojawił się z kolei materiał Łukasza Grabowskiego Referat szefa Zarządu VII Zwiadowczego Dowództwa WOP płk. Stefana Sobczaka, oceniający sytuację w pionie zwiadu WOP w pierwszym półroczu 1955 r. W 2016 roku ten sam autor opublikował artykuł Zasady współpracy Wojsk Ochrony Pogranicza i Komitetu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego w latach 1954–1956 w ujęciu oficera zarządu II zwiadowczego WOP ppłk. Hipolita Sławińskiego6.

Jestem pełen podziwu, że ci naukowcy młodego pokolenia – cywile, którzy nigdy nie służyli w formacji zbrojnej – sięgają po tematy, które kryją dla nich setki niewiadomych, i wychodzą ze zmagań badawczych zwycięsko. Oby było jak najwięcej takich niezależnych naukowców, a wtedy postpeerelowskie manipulacje historią zostaną obnażone. Panowie, dużo skorzystałem z Waszego dorobku, dziękuję.

Pozostaje mi jeszcze skreślić kilka słów o pracy mojego autorstwa. Liczy ona sześć rozdziałów, w których wyeksponowałem specyfikę funkcjonowania bezpieki Wojsk Ochrony Pogranicza na poszczególnych granicach: północnej, zachodniej, południowej i wschodniej. Każdej z granic poświęciłem oddzielny rozdział. Najbardziej problematyczna była granica wschodnia – przede wszystkim dlatego, że bezpieka WOP niemal w całości oddała tam pole sowieckim pogranicznikom. To oni rozdawali tu karty, a wopiści tylko im w tym asystowali.

Polskie granice powojenne – gdyby nie gwarantował ich żelaznym uściskiem moskiewski patronat – spływałyby krwią od momentu ich ustanowienia, nikomu bowiem nie pasowały. Polakom, bo Sowieci zabrali połowę przedwojennego terytorium Rzeczypospolitej, mieszkańcom Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD), gdyż Polska przejęła z woli Stalina ich ziemie wschodnie. I żadne propagandowe hasła typu „byliśmy, jesteśmy, będziemy”, którymi komuniści próbowali przekonać Polaków do tego przejęcia, nie zlikwidują napięć na tym tle. Od wschodu czyhali Ukraińcy, którzy zgłaszali pretensje terytorialne niemal po Kraków, Białorusini też próbowaliby coś uszczknąć. W gotowości byli (i są nadal) również Litwini, by sięgnąć po Suwalszczyznę, i nie tylko. A Czesi i Słowacy zajęliby nasze ziemie od Spiszu i Orawy po Zakopane i Nowy Sącz (które okupowali za czasów Adolfa Hitlera).

Dużo miejsca poświęciłem w niniejszej pracy także latom 80. XX wieku, czyli dyktaturze generałów nie do końca przygotowanych do sprawowania władzy. W trakcie moich badań udało mi potwierdzić, że w stanie wojennym i latach 80. zwiad WOP był niczym innym jak bezwzględną bezpieką, dławiącą własne szeregi i ludność zarówno na pograniczu, jak i w głębi kraju. Od narodzin tej formacji jej członkowie byli ubekami, a później esbekami mundurowymi, którzy czynnie zapoczątkowali utrwalanie władzy ludowej, zwalczając z bronią w ręku polskie podziemie niepodległościowe. A u schyłku zmurszałego systemu komunistycznego swój oręż skierowali przeciwko Solidarności, spinając klamrą dziejową te dwa bardzo ożywcze w historii Polski wydarzenia, które były na miarę epokowych zrywów naszego narodu7.

Szanowni Czytelnicy! Kończąc wstęp, pragnę podkreślić, jak ważne, moim zdaniem, było powstanie tej książki. Nie można bowiem nadal nazywać zmanierowanych ideologicznie bezpieczniaków pogranicza zwiadowcami Wojsk Ochrony Pogranicza. Ja się na to nie godzę! Byli tak samo cyniczną i prymitywną bezpieką, jak inne peerelowskie służby specjalne, i powinni zostać rozliczeni na takich samych zasadach jak ubecy i esbecy z dawnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Pytanie: Kto to zrobi? Ręka do góry! Chętnych nie widzę! I to jest problem.

ROZDZIAŁ I. POGRANICZE W OGNIU

1. POWOJENNE GRANICE POLSKI

Granice państwowe, zwłaszcza jeśli mają charakter naturalny, tworzony przez rzeki, góry, mokradła, puszcze, wybrzeże morskie itp., z czasem – jak twierdzi prof. Władysław Markiewicz – ulegają mitologizacji. „Polega to na tym, że obszary pogranicza stopniowo obrastają w świadomości społecznej, w opowieściach, legendach, wierzeniach, w tak zwane »miejsca święte« [...]. Okolice te uchodzą za wyjątkowo piękne, niepowtarzalne w swym uroku po prostu dlatego, że są nasze. Jako takie właśnie urastają do rangi symbolu, stają się czynnikiem identyfikacji narodowej i regionalnej” – dodaje Markiewicz8. I taki stan rzeczy przewrócił do góry nogami sowiecki dyktator i satrapa, generalissimus Józef Stalin, który nie zważając na owe „miejsca święte”, wspomniane rzeki, góry, mokradła, puszcze i wybrzeża morskie, postanowił narzucić Polsce takie granice, jakie uważał za stosowne. A sam zaanektował na potrzeby „kołchozowego imperium” przeszło 50 proc. kresowego terytorium Polski przedwojennej. Tak skwitował to poeta Zbigniew Herbert w wierszu Pan Cogito – powrót: „zaorane pola, mordercze wieże strzelnicze, gęste zarośla drutu”. Polska powojenna przypominała oblężoną twierdzę, którą komuniści obudowywali zasiekami z drutu kolczastego, bo bali się powiewu wolności z Zachodu oraz prawdy o sobie9.

Kiedy z mocy stalinowskiej konstytucji z 22 lipca 1952 roku zaczęto używać terminu „Polska Rzeczpospolita Ludowa” (PRL), to zbudowany z drutu kolczastego płot graniczny miał już długość ponad 2000 km, wzdłuż niego usytuowano 1300 wież strażniczych, i pas zagrabionej ziemi mierzący ponad 3000 km. Gdzieś na tej przestrzeni trwał na pozycjach operacyjnych liczący 30 tys. ludzi kontyngent Wojsk Ochrony Pogranicza, a w jego ramach bezwzględna bezpieka wojskowa zwana zwiadem WOP. Najszczelniejszą barierę stworzono na liczącej 460 km granicy zachodniej, gdzie ustawiono 470 km płotu z drutu kolczastego i 316 wież strażniczych, przeciętnie co 1450 m. Od 1948 roku zaczęto montować na tej granicy też rakiety sygnalizacyjne, które wykrywały intruzów i alarmowały o tym wopistów. W 1955 roku liczba tego typu pułapek przekraczała 13,5 tys. sztuk. I wcale nie chodziło tu o ochronę granicy przed zagrożeniami zewnętrznymi, lecz raczej o izolację własnych obywateli, o odgrodzenia ich od wpływów z zewnątrz, by skuteczniej ich zniewolić. Im mniej „masy proletariackie” wiedziały o tym, w jakim systemie przyszło im żyć, tym łatwiej było rządzącym komunistom nad nimi zapanować. Rozwiązanie to zostało wcześniej przetestowane w Kraju Rad, w którym polscy komuniści pobierali nauki, i to na długo przed zainfekowaniem Polski systemem bolszewickim. Dlatego też przez cały PRL komuniści tworzyli najróżniejsze przeszkody i zapory prawno-ustrojowe ograniczające wyjazdy Polaków, bo to pozwalało im na pełniejszą kontrolę nad społeczeństwem. Obywatele, którzy nie godzili się z takim stanem rzeczy, podejmowali decyzje o wydostaniu się z Polski nielegalnie. W niniejszej pracy poświęcimy im dużo miejsca10.

Wracając do korzeni systemu komunistycznego w Polsce – Polacy nie byli naiwni i bardzo szybko się zorientowali, co ich czeka z rąk wschodnioazjatyckich „wyzwolicieli”. Wielomilionową Armię Czerwoną, prymitywnych sołdatów i gwałcicieli, która wtargnęła w granice Polski, oraz zbrodnicze dywizje NKWD, które za nią nadciągnęły, by terroryzować kraj i zwalczać polskie podziemie antykomunistyczne, czy też sowiecki kontrwywiad wojskowy Smiersz, który rekrutował się ze zwyrodnialców i morderców, pacyfikujących szeregi „wojska ludowego”, i nie tylko, bo zwalczał również polskie podziemie niepodległościowe – większość Polaków zdefiniowała jako uosobienie wszelkich patologii ustroju bolszewickiego i nie chciała mieć z nimi nic do czynienia. Wiedza o zwyrodnialstwie i destrukcyjnej sile Sowietów nie była zresztą dla Polaków nowa. Już bowiem poległy w powstaniu warszawskim młody poeta Józef Szczepański w pierwszych słowach niepublikowanego w czasach PRL wiersza Czerwona zaraza pisał: „Czekamy na ciebie, czerwona zarazo, / byś wybawiła nas od czarnej śmierci. / Byś nam kraj, rozdarłwszy na ćwierci, / była zbawieniem, witanym z odrazą [...]. / Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły / Nowa się Polska – zwycięska narodzi. / I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić, / czerwony władco rozbestwionej siły”. „Bracia Moskale” wiedzieli, co czynili, zniewalając Polskę. Zabrali nam wolność i próbowali ukraść duszę, co nie do końca im się udało. Reszty dzieła zniszczenia Polski podjęli się rodzimi komuniści11.

By zrozumieć sytuację, w jakiej powstawała powojenna Polska i jej formacje, należy poznać międzynarodowy kontekst. Czas się zatem przenieść na salony. Na konferencji w Teheranie (28 listopada – 1 grudnia 1943), w której uczestniczyli Józef Stalin, Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt, sowiecki satrapa wytargował więcej terytoriów, niż zdołał ugrać, zawierając układ z Adolfem Hitlerem 23 sierpnia 1939 roku (do historii ów dokument przeszedł jako pakt Ribbentrop-Mołotow). Po niemieckim ataku na Polskę 1 września 1939 roku i sowieckim 17 września zagrabione ziemie polskie zostały podzielone porozumieniem granicznym z 28 września 1939 roku. To wówczas Stalin tak się rozsmakował w polskich ziemiach kresowych, że nie zamierzał już nigdy zwrócić ich Polsce, co potwierdził zresztą na konferencji w Teheranie. Zniedołężniały i schorowany prezydent Stanów Zjednoczonych oraz mało liczący się w tej triadzie premier Wielkiej Brytanii musieli na to przystać, zatajając tę zdradę przed światem, a zwłaszcza przed sojuszniczą Polską. Przejęte terytoria polskie Stalin nazwał Zachodnią Białorusią i Zachodnią Ukrainą i wcielił do imperium bolszewickiego. Wprawdzie po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej 22 czerwca 1941 roku Sowieci stracili te ziemie na rzecz Niemiec, ale nigdy nie wyzbyli się myśli, że je odzyskają. Stalin nie spuszczał oka z tych terytoriów, o czym świadczy to, że w latach 1941–1945 wysłano pod nadzorem NKWD na te obszary w sumie 212 oddziałów, 7316 agentów i radiotelegrafistów, którzy zapoczątkowali potężny ruch partyzancki. Mieli oni działać za linią wojsk niemieckich, podejmując akcje dywersyjne, ale w istocie zostali ukierunkowani na zwalczanie m.in. polskiego kresowego podziemia zbrojnego. Z czasem walka z Niemcami zeszła na drugi plan. Sowieci wysłali na te obszary łącznie 2222 operacyjnych grup bojowych, które z pomocą miejscowych kolaborantów zdążyły częściowo się rozprawić z polskim podziemiem niepodległościowym, zanim na te tereny wkroczyła Armia Czerwona. Nie da się więc ukryć, że Stalin miał te sprawy od dawna głęboko przemyślane12.

Po Teheranie politycy z pierwszych stron gazet coraz częściej napomykali, że wschodnia granica Polski powojennej powinna się oprzeć na linii Curzona, która z małymi korektami odzwierciedla obecną wschodnią granicę państwa. Jednocześnie obiecano Polsce przesunięcie jej terytorium na zachód kosztem pokonanych Niemiec. Na kolejnej konferencji międzynarodowej, która odbyła się w Jałcie w dniach 4–11 lutego 1945 roku – kiedy armia sowiecka trwała w boju nad Odrą, a do Berlina było około 60 km – obdarowano Stalina granicami, które wytargował w Teheranie. Ponownie przejął polskie ziemie kresowe, i to na swoich warunkach. Polska nie miała w tej sprawie wiele do powiedzenia13. A tak na marginesie, Stalin w Jałcie – jak napisał prof. Tadeusz Wolsza – drwił z Franklina D. Roosevelta i Winstona Churchilla. Nagminnie ich oszukiwał i wprowadzał w błąd14. Z kolei wybitny sowietolog Aleksander Bergman odnotował: „Chwilami [Stalin] dawał przywódcom anglosaskim zasłużoną nauczkę. […] Stalin nie musiał być geniuszem, aby w tej sytuacji osiągnąć w praktyce wszystko, co chciał. Z każdej jego wypowiedzi biła pewność siebie, wiedział, że może sobie pozwolić na wszystko. Najbardziej bezczelne słowa pozostawały przecież bez odpowiedzi: jawne kpiny z partnerów przełykane były przez nich bez grymasu”15. I jeszcze raz prof. Wolsza: „Stalin w kontaktach z politykami zachodnimi uchylał się ponadto od wszelkiej poufałości, choć powszechnie było doskonale wiadomo, że lubił przyjęcia i alkohol [...]. Wymownym też milczeniem zbył określenie prezydenta USA na swój temat: »Wujek Józio« (Uncel Joe)”. W taki sposób Polska została w Jałcie przehandlowana. Wspomniani zaś dwaj stetryczali przywódcy anglosascy okazali się naiwni, co podkreślił Bergman: „Mocarstwa zachodnie przyjmowały tezę sowiecką w sprawach konkretnych, oddawały Rosji terytoria, ściśle określone uprawnienia i przywileje, podczas gdy w zamian Rosja udzielała gołosłownych i w gruncie rzeczy niewiążących przyrzeczeń, do których dotrzymania nie mogła być zmuszona”. Tymczasem Roosevelta i Churchilla uznaje się do dziś za wybitnych przywódców państwowych16. Stalin umiał wykorzystać naiwność przywódców Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, miał asy w rękawie i umiejętnie się nimi posługiwał, podczas gdy przywódcy państw zachodnich nie przykładali się do tej gry. Uważali, że Stalin potrzebował sojuszników w równym stopniu co oni, prawda jednak była inna, alianci zachodni byliby w stanie w tamtym okresie wygrać wojnę bez sowieckiej pomocy. W 1945 roku Niemcy stawiali bowiem zaciekły opór zbrojny, gdyż wiedzieli, co ich czeka ze strony zdziczałej Armii Czerwonej, wobec wojsk państw zachodnich ten opór bywał słabszy, pojawiała się też nadzieja na zaprzestanie działań militarnych. Tymczasem stojący wówczas nad grobem Roosevelt w ogóle nie brał takiego rozwiązania pod uwagę. W jego koncepcji to wojska Stalina miały zdobyć Berlin, po czym jak najszybciej trafić do Azji, by wesprzeć wojska amerykańskie w walce z Japonią. I to było zadanie priorytetowe dla Stanów Zjednoczonych, Polska w tych kalkulacjach zupełnie się nie liczyła.

Kolejna konferencja Wielkiej Trójki odbyła się w Poczdamie w dniach od 17 lipca do 2 sierpnia 1945 roku i była jeszcze większą farsą dyplomatyczną. Stany Zjednoczone reprezentował na niej Harry Truman, który zastąpił zmarłego 12 kwietnia Roosevelta. Udział Churchilla też był ograniczony, bo przegrał z Clementem Attlee wybory w Wielkiej Brytanii, opuścił Poczdam 26 lipca i więcej nie powrócił. W tym nowym układzie Stalin rządził niepodzielnie, początkujący przy poczdamskim stole Truman i Attlee pozwolili sowieckiemu przywódcy na zajęcie terytorium Polski. Nie da się ukryć, że obecny kształt polskich granic niemal w każdej konfiguracji (wschodniej i zachodniej) został ustalony osobiście przez sowieckiego dyktatora. Nie inaczej było z dostępem do Bałtyku oraz z granicą południową. Sowieci stali się faktycznymi władcami Europy Środkowo-Wschodniej i przystąpili do obsadzania rządów swoimi komunistycznymi marionetkami w państwach w takich jak Polska17.

Po wojnie – jak pisał Robert Service w książce Towarzysze: „Kult Stalina stawał się coraz bardziej ekstrawagancki. Przywódca stawał się bogiem i najwyższym kapłanem jednocześnie, współobywatelom podsuwano setki milionów egzemplarzy jego książek i portretów. Nie rozważał już dłużej sposobów na poprawienie funkcjonowania istniejących instytucji, lecz stał się komunistycznym konserwatystą. Powierzył większą część władzy organom rządowym. Partia nadzorowała ideologię i dobierała kadry, nie wolno jej było się wtrącać do innych spraw. Wszelkie pomysły, by armia, świeżo po triumfie nad Wehrmachtem mogła zyskać jakąkolwiek autonomię, zostały zduszone w zarodku [...]. Jednostki wywiadu działały wszędzie (wywiadu i kontrwywiadu). Ich dowódcy często się zmieniali. Stalin nie dopuszczał, by jakikolwiek szef policji czuł się bezpieczny na swoim stanowisku: istniało nieustające zapotrzebowanie na lojalne, skrupulatne wykonywanie obowiązków pod czujnym okiem pierwszego sekretarza. Urzędy działały w szczególnych warunkach podwyższonej gotowości”18. I taki właśnie wzorzec ustrojowy został wszczepiony Polsce na długie dekady istnienia komunistycznego PRL, z czym nie możemy się uporać do czasów obecnych.

Aby nie mieć złudzeń, o jaką powojenną Polskę chodziło Moskwie, warto się odwołać do specjalnego memorandum z 1943 roku autorstwa ambasadora ZSRS w Wielkiej Brytanii Iwana Majskiego, który o przyszłej Polsce napisał: „Celem ZSRS powinno być stworzenie niepodległej i zdolnej do samodzielnego istnienia Polski, nie jesteśmy jednak zainteresowani powstaniem Polski zbyt wielkiej i nazbyt silnej [...]. Należy ostrożnie tworzyć powojenną Polskę na możliwie najmniejszym terytorium, surowo przestrzegając zasady granic etnograficznych. Konkretnie – wschodnia granica Polski powinna biec wzdłuż granicy 1941 roku lub w jej pobliżu (na przykład wzdłuż linii Curzona), przy czym Lwów i Wilno w każdym wypadku powinny pozostać w granicach ZSRS”19. Tak też się stało, co potwierdziły konferencje w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Przy okazji warto odnotować, że terytorium ZSRS rozszerzyło się na zachód poza granice byłego imperium carskiego i objęło tereny, które nigdy wcześniej nie były we władaniu carów. Zdołał je zagarnąć dopiero „car bolszewicki”20.

Powojenna Polska, rządzona przez komunistóww pełni uzależnionych od towarzyszy sowieckich, została ograniczona do obszaru liczącego 312,5 tys. km kw., co oznaczało, że była mniejsza o 77,2 tys. km kw. w stosunku do obszaru z 1938 roku, kiedy do państwa polskiego przyłączono Śląsk Zaolziański. Wówczas nasz kraj liczył 389,7 tys. km kw. Po wojnie zmieniły się granice państwa, które uległy skróceniu z 5229 km w 1938 roku do 3566 km w 1947 roku. W 1938 roku granica z Niemcami wynosiła 1912 km (czyli 34,5 proc. całej długości granic), a w 1948 roku jedynie 456 km (niemal 4,5-krotnie mniej). I z wyjątkiem niewielkiego odcinka na północy została oparta na naturalnych elementach geograficznych – rzekach Odrze i Nysie Łużyckiej. Podobnie było z granicą ze Związkiem Sowieckim – została skrócona z 1412 km do początkowo 1321 km, a ostatecznie do 1244 km. Uległa natomiast wydłużeniu granica z Czechosłowacją – z 984 km do 1292 km. W przeważającej mierze przebiegała ona naturalnymi szczytami łańcuchów górskich Karpat i Sudetów, a na niektórych odcinkach wyznaczały ją potoki i rzeki (Poprad, Dunajec, Opawa). W ramach regulacji granicznych Polska utraciła też granicę z Rumunią. Sowieci zrobili tu swoje. Na Bałtyku natomiast zyskaliśmy, bo przedwojenna granica wynosiła 140 km, powojenna wydłużyła się do 581 km. Tracąc przeszło 77 tys. km kw. z terytorium Drugiej Rzeczypospolitej, Polsce ubyło 11 mln obywateli. Nasze państwo po wojnie – urządzane na wzór i podobieństwo cywilizacyjne proletariuszy sowieckich – zostało uznane na forum międzynarodowym jeszcze w 1945 roku. Inaczej potoczyły się sprawy z nowo wytyczonymi granicami, spory o nie trwały latami i nie obeszło się bez nacisków Moskwy.

Powojenne granice nie podobały się ani Polakom, ani Niemcom (zarówno tym z NRD, jak i z RFN), ani Czechom i Słowakom. Na granicy z NRD kwestią sporną pozostawała linia na Odrze, jej inne rozumienie przez Polaków i Niemców tłumaczono odmiennością przepisów prawnych tych państw. A to była nieprawda! Niemcy z NRD nie chcieli odstąpić Polakom nawet najmniejszego kawałka strefy granicznej przebiegającego nurtem Odry. Zachowywali się bezwzględnie, jak spadkobiercy Trzeciej Rzeszy. Ale co tu się dziwić, to byli ci sami Niemcy, tyle że ci wschodni chwilowo byli trzymani na krótkiej smyczy przez „braci Moskali”. Nie mogli więc zbyt dużo wskórać, ale próbowali. Problemy graniczne ponownie odżyły w 1989 roku, okazało się wówczas, że podpisana w Berlinie w lutym 1952 roku umowa graniczna pomiędzy oboma krajami nie rozwiązała konfliktu. Po drugiej wojnie światowej tłumieniem napięć wywołanych niezadowoleniem z ustalonych granic zajmowała się Moskwa. To pod naciskiem Kremla podpisano 7 grudnia 1970 roku układ o normalizacji wzajemnych stosunków Polski z Republiką Federalną Niemiec, która przy okazji uznała linię Odra–Nysa Łużycka za granicę zachodnią naszego kraju. Te przepychanki ukazały jak na dłoni, że społeczeństwo polskie nie miało praktycznie żadnego wpływu na kształt granic powojennej Polski. O ile inaczej było w 1918 roku, gdy po 123 latach zaborów sami wyrąbywaliśmy sobie kształt polskich granic państwowych i gwarantowaliśmy pełną suwerenność państwową21.

Analizując sytuację na wschodniej granicy Polski, nie sposób nie dostrzec licznych anomalii występujących na tym pograniczu – od razu rzuca się w oczy brak dostosowania linii granicznej do lokalnych struktur etnicznych, dawnych więzi gospodarczych, nie wspominając o uwarunkowaniach historycznych. Sowieci nie zważali na takie niuanse, z obszarami pogranicza obchodzili się bezceremonialnie. W praktyce oznaczało to, że zostały pozrywane liczne węzły kolejowe, dojazdy drogowe, jak chociażby połączenie Przemyśla z Zagórzem – tylko dlatego, że Chyrów i Dobromil znalazły się po stronie wschodniej. Wiele dróg prowadziło teraz donikąd. Podobnie stało się z Puszczą Romincką i Puszczą Białowieską, które podzielono i wyznaczono w nich pasy przygraniczne. Nie inaczej było z Kanałem Mazurskim i Mierzeją Wiślaną, z tą ostatnią mamy zresztą problemy do dziś. Rosja blokuje Polskę, wykorzystując mierzeję do upokarzania naszego kraju. Rozgraniczenie wód terytorialnych w Zatoce Gdańskiej pomiędzy Sowietami a PRL uregulowano dopiero w 1958 roku. A rozgraniczenia szelfu kontynentalnego w tej samej zatoce i w południowo-wschodniej części Morza Bałtyckiego dokonano zaś dopiero w 1969 roku. To Sowieci rozdawali tu karty, a strona polska tak naprawdę tylko statystowała i choć polscy komuniści próbowali coś wytargować, były to wysiłki bezskuteczne22.

Nietrudno sobie wyobrazić, jaki chaos migracyjny wywołały regulacje granic. Nie tylko zresztą w Polsce, podobnie było w całej Europie Środkowo-Wschodniej, spacyfikowanej przez zbrojne hordy stalinowskie. Wszędzie panował niewyobrażalny rozgardiasz i bezprawie. Armia Czerwona niewiele miała wspólnego z regularnymi i zdyscyplinowanymi siłami zbrojnymi, za to sporo z bezwzględną, mongolską tradycją podbojów, sięgającą czasów Czyngis-chana. Sowieckiego wojska zawsze należało się obawiać, w relacjach z miejscową ludnością było nieobliczalne. Jak pisze Anne Applebaum: „Lata 1945, 1946 i 1947 to okres uchodźców: Niemcy uciekali na zachód, Polacy i Czesi wędrowali na wschód z obozów koncentracyjnych i obozów pracy przymusowej w Niemczech, deportowani wydostawali się ze Związku Radzieckiego, żołnierze różnych armii przemieszczali się z różnych teatrów wojny, uchodźcy wracali z wygnania w Wielkiej Brytanii, Francji lub Maroka. Niektórzy z nich pojawiali się w domu, a stwierdziwszy, że dom nie jest już tym, czym był, ruszali znów w drogę”23. Nie do końca radzono sobie również z przesiedleniami Niemców ze wschodnich terenów przylegających do Odry i z innych obszarów Polski. Sowieci próbowali rozgrywać stronę polską, wykorzystując byłych obywateli Trzeciej Rzeszy. Komendanci Armii Czerwonej w wielu miejscowościach pozyskanych przez Polskę stawiali na samorządy niemieckie, gdyż łatwiej było im rozkradać majątek, który został przydzielony naszemu państwu. To zjawisko było wręcz nagminne. Polacy, którzy się pojawiali na tych terenach, często byli przez Sowietów zniechęcani do osiedlania się.

W wyniku zawieruchy wojennej i regulacji granicznych w latach 1939–1950 miejsce zamieszkania zmienił co czwarty obywatel Polski. Okoliczności te w niewyobrażalny sposób odcisnęły piętno na naszym narodzie – miliony wyrywano z korzeniami z ich ojcowizny. W innych państwach bloku wschodniego było podobnie. Jak pisał Snyder: „Ponad 15 mln ludzi w Europie Wschodniej – Niemców, Polaków Ukraińców, a także mniejsze liczby Węgrów i Słowaków – zostało zaraz po wojnie przymusowo przesiedlonych w odległe miejsca. Deportacje zatwierdzane, a często inspirowane przez Stalina, nacechowane były bezprawiem i bardzo mocnym poleganiem na przymusie państwowym”24. Ledwie skończyła się wojna, a już rozpoczynał się kolejny koszmar.

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy przesiedleniach niemieckich. „Ani jeden Niemiec nie powinien zostać na polskiej ziemi [...], wyrzucić ich musimy, bo wszystkie kraje buduje się na zasadach narodowych [...], nie chcemy wśród Polaków ani jednego Niemca”25. Problem ten łączył wszystkie siły polityczne w Polsce, a cytaty jak ten powyżej było można spotkać w prasie nie tylko związanej z komunistami, lecz także w prasie opozycyjnej związanej z Polskim Stronnictwem Ludowym (PSL) – kierującym wzrok na polski rząd w Londynie. Niemcy, którzy w 1948 roku wciąż mieszkali w Polsce, a ostatecznie wyemigrowali do RFN lub NRD, byli zróżnicowani – dzielił ich status prawny, tożsamość narodowa oraz wola wyjazdu. Z Niemców zamieszkujących ziemie zachodnie deportacji uniknęło ponad milion osób, które uznano za polską ludność rodzimą. Druga z grup, liczona w dziesiątkach tysięcy, uniknęła wysiedlenia, gdyż w jej szeregach byli pracownicy niezbędni w różnych zakładach (górnicy, robotnicy rolni). Pozostali także więźniowie i jeńcy wojenni oraz folksdojcze, wobec których nie zapadła ostateczna decyzja, czy utracą obywatelstwo, czy zostaną zrehabilitowani. Uważano również za Niemców mieszkańców polsko-niemieckiego pogranicza etnicznego, którym bliżej było do Niemców niż do Polaków. Kto jest kim i kim chciałby być? Oto było pytanie, na które odpowiedzi szukały też czasem placówki Wojsk Ochrony Pogranicza. W każdym razie – niektórzy przypominali sobie, że są Niemcami po czasie, inni nie mieli wątpliwości i od razu to zgłaszali. Nikt w Polsce na siłę ich nie trzymał i w latach 1949–1989, a więc poza główną falą emigracyjną z okresu 1945–1948, do RFN i NRD wyemigrowało prawie 1,2 mln ludzi26.

W granicznym rozgardiaszu w Polsce nie sposób było przeoczyć polskojęzycznych pomocników Sowietów, których instalowano w strukturach nowej władzy i w resortach siłowych. Odegrali oni – obok imitujących Wojsko Polskie janczarów Stalina oraz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – kluczową rolę w spacyfikowaniu narodu. „Odziani w polskie rogatywki – na których zaczepiono kawałek blachy, wycięty w kształt Białego Orła”27 – tak postrzegał przedwojenny oficer płk Ignacy Matuszewski tych, których przywiódł w granice Polski ze wschodu stalinowski agent gen. Zygmunt Berling. Polakom wmawiano, że to ich armia, podczas gdy prawdziwe wojsko polskie walczyło w strukturach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Komuniści, wspierając się na bagnetach wojsk Berlinga oraz sowieckich, od razu przystąpili do urządzania Polski na wzór Kraju Rad. Wraz z sowieckimi służbami specjalnymi spod znaku NKWD i Smiersza oraz urzędami bezpieczeństwa i wspomnianym KBW siły te przystąpiły do bezwzględnej rozprawy z wszystkimi obywatelami, którzy nie akceptowali wizji Polski komunistycznej. „Ta lewicowa alternatywa rozwiązania kwestii polskiej – jak stwierdził prof. Wojciech Materski – szykowana była w Moskwie od przełomu 1942 i 1943. Wówczas to zaczęło narastać przekonanie, iż Armia Czerwona ma szanse jako pierwsza wkroczyć do Europy Środkowej i podyktować warunki co do jej przyszłości [...]. Rozpoczęto szeroko zakrojone działania, zmierzające do tworzenia komunistom Polski, Czechosłowacji i Jugosławii podstaw do sięgnięcia po wojnie po władzę w celu stworzenia wzdłuż granic zachodnich (północno-zachodnich, południowo-zachodnich) pasa państw znajdujących się pod ścisłą kontrolą Moskwy”28.

I tak też się stało. A mogło być jeszcze inaczej, gdyż jak wynika z ustaleń prof. Krzysztofa Jasiewicza: „Szykując się do ataku na Hitlera, Stalin już w 1941 r. zamierzał powołać do życia polską dywizję Armii Czerwonej”29. Taka decyzja została podjęta 4 czerwca 1941 roku przez Biuro Polityczne WKP(b). „Polska dywizja” miała liczyć 10298 osób i powstać „z kadry narodowości polskiej i znającej język polski”30.

U schyłku sowieckiego „oswobadzania” Polski nastał czas pospiesznego zabezpieczania nowych granic państwowych, a zwłaszcza tworzenia systemu uniemożliwiającego ich naruszenie. Granicę wschodnią obsadzili na Bugu pogranicznicy Związku Sowieckiego, którzy równolegle zabezpieczali południowo-wschodni odcinek granicy polsko-czechosłowackiej. Pośpiech i sowiecka wyłączność na tych obszarach wzięły się stąd, że nie brakowało chętnych do ucieczki z imperium sowieckiego. Dużym problemem były także granice, poprzez które wiodła droga do wolnego świata, czyli zachodnia i południowa, oraz granica morska, przez którą Polacy uciekali z kraju najczęściej. By opanować sytuację, sowieccy decydenci dążyli więc do niezwłocznego zabezpieczenia granic jednostkami wojskowymi oraz służbami specjalnymi, które miały uniemożliwić samowolne przemieszczanie się ludzi, a jednocześnie przyspieszyć proces zasiedlenia i zagospodarowania nowych nabytków terytorialnych. W rejony przygraniczne skierowano w trybie niemal alarmowym komunistyczne formacje zbrojne z 1 oraz 2 Armii Wojska Polskiego (w tym czasie formacje Wojsk Ochrony Pogranicza jeszcze nie istniały). Oddziały te kontrolowały także osadnictwo Polaków wysiedlonych z przedwojennych Kresów Wschodnich.

Warto przy okazji wspomnieć, że milionom Kresowiaków władze zaczęły wpisywać w dowodach osobistych jako miejsce urodzenia „ZSRR”. W ten sposób komuniści chcieli wyrwać z polskiej pamięci kulturowej coś, co każdemu Polakowi było drogie i cenne. Zabrali się do tego tak nieudolnie, że nie mogło się to skończyć sukcesem31.

Po wojnie jako pierwsza wróciła do kraju 2 Armia dowodzona przez gen. broni Karola Świerczewskiego, tego samego, który w szeregach wojsk bolszewickich nacierał na Polskę w 1920 roku i któremu zawsze było bliżej do Sowietów niż do Polaków. W trakcie wojny domowej w Hiszpanii (1936–1939) ściśle współpracował z NKWD i GRU, w imieniu których przeprowadzał czystki w szeregach ochotników międzynarodowych oraz pośród jeńców wojennych. W 1938 roku powrócił do Kraju Rad. Ten sowiecki generał, stale nadużywający alkoholu, omal nie doprowadził w bitwie z Niemcami pod Budziszynem (kwiecień 1945) do zagłady podległych mu wojsk. Gdy Niemcy dosłownie rozjechali 2 Armię na dwie części, w sztabie armii nie znalazł się nikt na tyle odważny, by ocucić generała i powiadomić go o katastrofie grożącej armii. Świerczewski został zapamiętany także jako kat polskich oficerów i żołnierzy, zwłaszcza tych ze stażem przedwojennym i rodowodem akowskim. Zapamiętano go też, jak zwykł chodzić w sztabie w samej bieliźnie i z pistoletem w dłoni. Osobowość i pijaństwo Świerczewskiego nie przeszkadzały jego przełożonym, powierzono mu bowiem Rozkazem nr 00264 z 17 maja 1945 roku obsadzenie wschodniego brzegu Odry i Bystrzycy. Do akcji tej Świerczewski miał skierować pięć podległych mu dywizji piechoty (5, 7, 8, 10, 12). Dziesięć dni później, będąc prawdopodobnie w upojeniu alkoholowym, polecił dowódcom wymienionych dywizji obsadzić granicę wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej, od wybrzeża bałtyckiego (w rejonie Kamienia Pomorskiego) – kończąc na Łomnicy Sudeckiej. W walkach na Łużycach z winy Świerczewskiego w podległej mu armii życie straciło 4902 żołnierzy, 2798 zaginęło, a 10 532 zostało rannych. Niemcy pozbawili go więc 20 proc. ogólnego stanu armii, co oznaczało, że stracił co piątego żołnierza. Świerczewski utracił także 57 proc. posiadanych na stanie armii czołgów i dział pancernych oraz ponad 20 proc. artylerii32.

Kiedy zabezpieczono granicę zachodnią, przystąpiono do organizowania ochrony granicy południowej. Najwcześniej, bo pod koniec maja 1945 roku, obsadziła granicę południową 10 Dywizja Piechoty. Wojska tej jednostki przejęły odcinek zachodni granicy od tzw. worka żytawskiego po Kotlinę Kłodzką. Wkrótce (12 czerwca) w rejonie tej granicy pojawił się też 1 Korpus Pancerny, którego wojska przejęły odcinek pomiędzy Prudnikiem a Cieszynem. W tym samym czasie do akcji wkroczył 10 Pułk Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, przejmując odcinek granicy od Cieszyna do Jabłonki (pow. Nowy Targ). Powyższe przejęcia graniczne zostały unormowane Rozkazem nr 00333, który wydał naczelny wódz marsz. Michał Rola-Żymierski33. Z czasem w pasie granicy południowej pojawiły się również jednostki 8 Dywizji Piechoty. Obsadzanie granicy południowej zakończono w czerwcu 1945 roku.

Jednostki wojskowe 8 DP zabezpieczały także odcinek południowo-wschodni, na którym wcześniej rządzili sowieccy pogranicznicy, czyhający na działające w tych okolicach oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). W rejonie odpowiedzialności operacyjnej 8 Dywizji Piechoty znalazły się więc m.in.: Jabłonka, Jawornik, Tylicz, Nowy Targ, Czertyżne, Jasło, Użok, Nowy Sącz, Sanok. Nie oznaczało to, że na tym zakończono rotowanie wojsk na południowej rubieży Polski. Wkrótce wspomniane dywizje 2 Armii zostały zluzowane, a straż na granicach przejęły dywizje 1 Armii WP (2, 6, 8, 10) pod dowództwem sowieckiego generała broni Stanisława Popławskiego, cierpiącego na tę samą przypadłość co Świerczewski. Od Świerczewskiego i Żymierskiego różniło go jednak to, że był dobrze oceniany na zajmowanych stanowiskach: dowódcy pułku, szefa sztabu dywizji, dowódcy dywizji czy dowódcy korpusu. W szeregach polskich formacji zbrojnych Stalina Popławski pojawił się we wrześniu 1944 roku34.

W pierwszym okresie powojennym zachodnią granicę ochraniały więc jednostki 2 Armii WP pod dowództwem gen. Świerczewskiego, a południową jednostki 1 Armii WP dowodzone przez gen. Popławskiego. Ówcześnie żadna z tych armii nie posiadała jednostek wojskowych wyspecjalizowanych w ochronie granic państwowych. Postawiono więc na improwizację35.

Podział graniczny pomiędzy Polską a Czechosłowacją był obciążony sporym błędem. Bywało bowiem, że grunty orne obywateli jednego państwa znalazły się na terytorium drugiego, co wymagało częstego przekraczania granicy. Aby uregulować tę sytuację, zaadaptowano na potrzeby owego „małego ruchu granicznego” przepisy przedwojennej konwencji polsko-czechosłowackiej z 30 maja 1925 roku oraz rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych z 27 czerwca 1927 roku. Nowa powojenna granica południowa tętniła życiem jeszcze z innego powodu – to tędy przejeżdżały liczne transporty repatriantów z amerykańskiej strefy okupacyjnej i z innych państw Europy Południowej. Na tym kierunku przemieszczali się także różni przestępcy wojenni (gestapowcy, esesmani, nacjonaliści ukraińscy, słowaccy i rumuńscy), jak również pospolici spekulanci i przemytnicy. Z południowych szlaków korzystało także polskie zbrojne podziemie antykomunistyczne, m.in. kurierzy podtrzymujący łączność z rządem w Londynie, wkrótce nieuznawanym na arenie międzynarodowej. Tymczasem ciągle jeszcze coś korygowano na tej granicy. Przede wszystkim strony graniczne wydzierały sobie wzajemnie skrawki terenu, niekiedy dosłownie pasemka gruntu, i wzajemnie się oskarżały o to, kto rozpoczął pierwszy szarpaninę terytorialną. Wkrótce powrócimy do tej tematyki36.

Na moment skierujmy jeszcze wzrok na granicę wschodnią. Choć początkowo Sowieci przejęli ciężar jej ochrony, sytuacja na niej niezwykle się skomplikowała. Głównym powodem było silne oddziaływanie polskiego i ukraińskiego podziemia zbrojnego, problem stanowiły także wracające z zachodu wojska sowieckie. Trudno opisać, co po drodze wyczyniali żołnierze frontowi Kraju Rad w nowych granicach Polski. Można byłoby to przyrównać do czasów pustoszenia Imperium Rzymskiego przez hordy Wandali albo Hunów. Próbując temu zaradzić, marsz. Żymierski polecił generałom Popławskiemu i Świerczewskiemu wyłączenie ze składów podległych im armii dywizji piechoty (1, 3 i 9) i przerzucenie ich na wschodnie pogranicze, by choć częściowo opanować sytuację w tym regionie. 1 Dywizja Piechoty przegrupowała się w rejon Siedlec, 3 DP trafiła do Lublina, a 9 DP do Rzeszowa. Ponadto decyzją dowódcy wojsk pancernych i zmotoryzowanych WP dwie z wymienionych dywizji otrzymały wsparcie: 1 DP przydzielono 1 Warszawską Brygadę Pancerną, a 3 DP Samodzielny Batalion Zwiadowczy. Okazało się jednak, że to niewystarczające siły, by zapanować nad Armią Sowiecką, bo Sowieci mieli za nic polskie formacje wojskowe. W tym samym czasie jednostki wojska ludowego, wspierane przez wielotysięczne sowieckie służby specjalne (NKWD i Smiersz), przystępowały do rozprawy z polskim zbrojnym podziemiem niepodległościowym oraz z opozycją polityczną, które były szczególnie aktywne w pasie pogranicza wschodniego. Rubieże te od wieków były tradycyjnie polskie i katolickie, komunistów tu nie tolerowano i odmawiano im prawa do reprezentowania ludności miejscowej. Jednocześnie jednostki wojskowe, które przybyły w te okolice, poczęły podejmować działania militarne wymierzone w Ukraińską Powstańczą Armię, ale to bardziej dotyczyło rejonu południowo-wschodniego. Do rozprawy generalnej z banderowcami było jednak jeszcze daleko. Podsumowując, to pogranicze stało w ogniu i nikt nad nim nie panował37.

W tym czasie na granicy północnej panoszyli się Sowieci, zajęci grabieżą dóbr poniemieckich i polskich dóbr przedwojennych na Pomorzu. W dzień rabowali i zabijali stawiających opór, a nocą gwałcili kobiety – Polki, Niemki, cudzoziemki oraz kobiety sowieckie powracające do ojczyzny z robót przymusowych czy obozów koncentracyjnych.

Przyznane Polsce tereny północne obejmowały przedwojenne polskie województwo pomorskie i tereny dawnej niemieckiej prowincji pomorskiej oraz Wolne Miasto Gdańsk z przyległym obszarem. Granica polsko-niemiecka na tym odcinku przebiegała od ujścia Warty wzdłuż linii Odry do Bałtyku, Szczecin i Świnoujście ostały się w Polsce. Środkowy odcinek tej granicy i północno-wschodni stanowił obszar wodny Bałtyku aż po styk z nową granicą polsko-sowiecką. Z chwilą stopniowego „oswobadzania” wybrzeża morskiego do zabezpieczenia granicy morskiej i portów zorganizowane zostały Rozkazem Komendanta Głównego MO nr 123 z 28 stycznia 1945 roku jednostki Morskiej Milicji Obywatelskiej. Sowieci nie liczyli się z nimi, przeganiali je, poniżali i upadlali. By temu zaradzić, Polacy już w czerwcu 1945 roku zaczęli osiedlać żołnierzy rezerwistów w powiatach przygranicznych (woliński, kamieński, gryfiński, chojeński). Problemem na tym obszarze było też szabrownictwo Polaków z głębi kraju, którzy przybywali tu tysiącami i pustoszyli te tereny. Kradziono mienie poniemieckie i wywożono je tam, gdzie szybko było można je spieniężyć. Tym procederem parały się polskie gangi ściśle współpracujące z sowieckimi władzami wojskowymi, zwłaszcza wyspecjalizowanymi w demontażu i grabieży38.

Trudno nie zauważyć, że skierowane do ochrony nowych granic państwowych wojska 1 i 2 Armii WP nie były jednostkami przygotowanymi do takich działań. Jak więc sobie radzono? Chroniąc przydzielone odcinki graniczne, wzorowano się na zasadach obowiązujących w obronie pułku na szerokim froncie. Wyglądało to tak, że każdy pluton wystawiał ze swojego składu najczęściej po dwie drużyny wzmocnione jednym lub dwoma ręcznymi karabinami maszynowymi (rkm). W praktyce każda z drużyn pełniła służbę na jednej placówce. Wysyłane w teren posterunki ruchome składały się zazwyczaj z 2–3 żołnierzy. W miejscach mniej widocznych wystawiano tzw. podsłuchy (brak bliższych danych, co to oznaczało). Dodatkowym zabezpieczeniem były dwu-, trzyosobowe patrole, pełniące funkcje kontrolne i łącznikowe między placówkami a dowódcą plutonu. Jednocześnie przez całą dobę kontrolowano drogi prowadzące do granicy i od granicy w głąb kraju. Każda kompania strzelecka pełniła służbę na granicy co 10 dni. Wszyscy, kadra i żołnierze, mieli świadomość, że było to rozwiązanie doraźne. Oficerowie i żołnierze frontowi nie czuli się najlepiej w tej roli, często też traktowali służbę na granicach niczym wakacje i wypoczynek po trudach frontowych, nie przykładając się do nowych obowiązków. Tymczasowość służby granicznej potęgował fakt, że na większości obszaru granicznego, który przejęły jednostki frontowe, nie istniał jeszcze żaden system administracyjny i prawny, zorganizowany przez komunistyczne władze państwowe. Sytuacja przypominała Dziki Zachód rodem z amerykańskich filmów kowbojskich. Nie funkcjonował m.in. system kontroli paszportowo-celnej osób i środków transportu przekraczającego granice Polski. Ten stan rzeczy był nie do utrzymania i komuniści zdawali sobie z tego sprawę. Na razie jednak nikt nie wiedział, jak miała wyglądać ochrona granic państwowych narzuconych Polsce przez Sowietów. To oni ustalali w początkowym okresie powojennym reguły gry na poszczególnych pograniczach39.

2. FORMOWANIE WOJSK OCHRONY POGRANICZA

Naczelny dowódca Wojska Polskiego Michał Rola-Żymierski 13 września 1945 roku rozkazem organizacyjnym nr 0245 powołał do życia Wojska Ochrony Pogranicza. To zawsze tak się odbywało, od kiedy komuniści przejęli władzę w Polsce – najpierw powoływali jakiś twór organizacyjny, a dopiero potem się zastanawiali, jaki kształt powinien on przybrać. Podobnie było i w tym wypadku. Wprawdzie Żymierski określił zadania WOP, jego skład i strukturę, a także instytucje odpowiedzialne za sprawny przebieg ich formowania, ale zabrakło pomysłu, jak tę ideę wcielić w życie. Było to działanie iście bolszewickie, oparte na improwizacji. Wspomniany rozkaz został poprzedzony niedatowanym dekretem o Wojskach Ochrony Pogranicza, podpisanym przez prezydenta Bolesława Bieruta, prezesa Rady Ministrów Edwarda Osóbkę-Morawskiego oraz ministra obrony narodowej marsz. Michała Rolę-Żymierskiego. W dekrecie czytamy: „Na podstawie ustawy z dnia 3.01.1945 r. o trybie wydawania dekretów z mocą ustawy (Dz.U. RP nr 1, poz. 1) Rada Ministrów postanawia, a Prezydium Krajowej Rady Narodowej zatwierdza, co następuje: Art. 1. Dla ochrony granic Rzeczypospolitej Polskiej, zabezpieczenia ich nietykalności i całości, zapewnienia bezpieczeństwa ruchu granicznego na czas pokoju powołuje się Wojsko Ochrony Pogranicza. Art. 2. Wojsko Ochrony Pogranicza jest integralną częścią składową Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej”40.

W pierwszej kolejności w dekrecie określono zakres działania WOP. Od tego momentu funkcjonariusze tej służby mieli zabezpieczać granicę, jak to ujęto: „pod względem politycznym i bezpieczeństwa publicznego, celnym i wojskowym”. Warto zwrócić uwagę na kolejność ustanowionych powinności WOP, gdzie na pierwszym miejscu postawiono zadania polityczne i bezpieczniackie. Po ich zabezpieczeniu wopiści w kolejnych czynnościach mieli nie dopuszczać do przewożenia i przenoszenia towarów przez granice z pominięciem obowiązujących przepisów celnych, śledzić, demaskować i ścigać przekroczenia celno-skarbowe, a także strzec nienaruszalności znaków i urządzeń granicznych, a ponadto nie dopuszczać do nielegalnego ruchu towarowego i osobowego na wodach granicznych. W dalszej części wśród zadań WOP podkreślano potrzebę współdziałania z innymi służbami specjalnymi, mając na uwadze bezpieczeństwo publiczne, a te reprezentowały oddziały Urzędu Bezpieczeństwa oraz Milicja Obywatelska. Nie mogło w tym gronie zabraknąć organów Głównego Zarządu Informacji, a więc bezpieki wojskowej, z której z czasem wyłoniła się Wojskowa Służba Wewnętrzna, jak również wywiadu cywilnego i wojskowego, nie wspominając o agenturze, która z każdą kolejną dekadą będzie się rozrastała do monstrualnych rozmiarów. Ów światek służb specjalnych wkrótce wykreował niejedno wirtualne zagrożenie, wyciszył niejeden przekręt na granicy, w tym we własnych szeregach – i pilnie strzegł rodzimych interesów w obrębie pogranicza, a zwłaszcza w portach na Wybrzeżu i na terenie portu lotniczego na Okęciu w Warszawie. Służby te dbały także o całkowitą kontrolę granicy zachodniej i południowej, na których miały najwięcej pracy operacyjnej, bo przemyt towarów i ludzi był tam na porządku dziennym. Granicę wschodnią wopiści traktowali nieco po macoszemu, gdyż na niej główną rolę odgrywali Sowieci41.

Z cytowanego dekretu wynikało również, iż kompetencje wopistów nie ograniczały się tylko do pasa granicznego, w przypadku bowiem ścigania przestępstw celno-skarbowych byli upoważnieni do działania na terenie całego kraju. W takich okolicznościach ściśle współdziałali z innymi służbami specjalnymi i ich agenturą. Posiadali także prawo do użycia na służbie broni, zgodnie z Rozporządzeniem o użyciu broni przez organa służby bezpieczeństwa publicznego i ochrony granic (Dz.U. RP nr 27 z 1928 r., poz. 243). Oficerom i podoficerom zawodowym przyznawano specjalny dodatek graniczny w wysokości 40 proc. uposażenia miesięcznego, a szeregowym niezawodowym 100 proc. żołdu. Jednocześnie kadrze zawodowej zaliczano lata czynnej służby do wysługi emerytalnej w stosunku 16 miesięcy za 12 miesięcy, czyli za 1 rok służby mieli odnotowane 1,5 roku. Każdy wopista, który w trakcie pełnienia służby utracił całkowitą zdolność do pracy wskutek napaści, nieszczęśliwego wypadku lub innych dolegliwości, otrzymywał niezależnie od zaopatrzenia emerytalnego jednorazowe odszkodowanie w wysokości dwuletniego uposażenia.

Naczelną instytucją nowej formacji był Departament Wojsk Ochrony Pogranicza z siedzibą w Warszawie, który podporządkowano II wiceministrowi obrony narodowej, sowieckiemu generałowi Wsiewołodowi Strażewskiemu42. Departament liczył 48 etatów wojskowych i pięciu pracowników kontraktowych. W jego skład weszło pięć wydziałów: zwiadowczy (jego pierwszym szefem został mjr Włodzimierz Karpiński), operacyjno-liniowy, szkolenia bojowego, łączności i ewidencji personalnej. Departament nie był instytucją dowódczą, lecz jedynie nadzorująco-kontrolującą, częściowo też inspirującą – mimo to sprawował ścisłe kierownictwo nad służbami, m.in. zwiadem i pionem operacyjno-liniowym, odpowiedzialnymi bezpośrednio za ochronę granicy. Z kolei w terenie powołano przy poszczególnych dowództwach okręgów wojskowych sześć wydziałów służby pogranicza (z czasem nazywanymi wydziałami WOP). Miały zostać sformowane do 1 listopada 1945 roku. Każdy wydział składał się z sekcji: wywiadowczej (zwiadowczej), operacyjno-liniowej, szkolenia bojowego i granicznego, łączności, ewidencji osobowej, konfliktów granicznych oraz przejściowych punktów kontrolnych. Wydziały WOP były odpowiedzialne za zabezpieczenie i ochronę granic w obrębie danego okręgu wojskowego. Na czele każdego wydziału stał szef, który podlegał bezpośrednio dowódcy okręgu wojskowego, a w sprawach granicznych szefowi Departamentu WOP. Ta dwutorowa podległość mogła się przyczynić do powstawania konfliktów. Szczególnie interesująca nas sekcja zwiadowcza realizowała rozkazy i wytyczne spływające bezpośrednio z Departamentu WOP w zakresie prac wywiadowczych prowadzonych na pograniczu43.

Okręgowym wydziałom Wojsk Ochrony Pogranicza podlegały bezpośrednio formowane w tym samym czasie oddziały WOP, które funkcjonowały w obrębie każdego okręgu wojskowego. W sumie było ich 11. Na czele każdego oddziału stał szef, który miał trzech zastępców: do spraw politycznych, liniowych i zwiadu. W oddziałach tych szczególną rolę odgrywały sztaby kierowane przez szefów sztabu. Taki sztab składał się m.in. z sekcji operacyjnej, szkolenia, zwiadu, ewidencji, sekcji szyfrowej i informacji. Istotną rolę w tej strukturze odgrywały pododdziały przypisane do sztabu, w tym grupa manewrowa, składająca się z plutonu kawalerii, plutonu strzeleckiego, fizylierów, cekaemów oraz plutonu samochodowego oraz kompanii gospodarczej i łączności. I co niezwykle ważne – podstawową komórkę organizacyjną w systemie ochrony granic stanowiły strażnice WOP, podporządkowane bezpośrednio dowódcom komend odcinków. To one stanowiły w terenie pierwszą linię frontu na pograniczu. W skład każdej strażnicy wchodzili: komendant strażnicy, zastępca ds. zwiadu, zastępca ds. polityczno-wychowawczych, instruktor tresury psów służbowych, instruktor sanitarny oraz dwie drużyny strzeleckie (10 żołnierzy), drużyna fizylierów (11 żołnierzy), drużyna łączności (10 żołnierzy) i drużyna gospodarcza (10 żołnierzy). W sumie było to 46 żołnierzy. To oni bezpośrednio ochraniali granice, ściśle współdziałając z granicznymi placówkami kontrolnymi (GPK). To oni pierwsi podejmowali interwencje i narażali życie. Ich przełożeni przebywali daleko, jedni w stolicy, inni w dowództwach okręgów wojskowych, a to zawsze były duże aglomeracje miejskie.

Podsumowując i przedkładając opis struktury WOP na język mniej sformalizowany, rzecz sprowadzała się do tego, że powołana formacja składała się z Departamentu WOP z siedzibą w Warszawie oraz z sześciu terenowych wydziałów WOP zlokalizowanych przy poszczególnych dowództwach okręgowych. Poza tym liczyła 11 oddziałów WOP rozmieszczonych wzdłuż granicy państwowej, którym bezpośrednio podlegały 53 komendy odcinków granicznych, 248 strażnic i 51 przejściowych punktów kontrolnych (PPK). Według stanu na 1 grudnia 1945 roku Wojska Ochrony Pogranicza liczyły 28 476 osób (oficerów, chorążych, podoficerów i szeregowych). Należy też podkreślić, że etatowy skład osobowy struktur organizacyjnych WOP nie był jednolity, różnica wynikała z liczby komend w oddziale lub strażnic w komendzie odcinka44.

W dniu 29 września 1945 roku ukazał się Rozkaz organizacyjny nr 1 Departamentu Wojsk Ochrony Pogranicza, podpisany przez generałów Strażewskiego i Czerwińskiego (pierwszego szefa WOP, o czym szerzej wspomnimy poniżej), w którym dokonano podziału granic polskiego państwa komunistycznego na odcinki. Podział oparto na założeniu, że granice państwa mierzyły wówczas 3538 km, które zamierzano zabezpieczyć siłą 11 oddziałów WOP, 53 komend odcinków i 249 strażnic (stan na 1.12.1945). Z tej arytmetyki wynikało, że każdy oddział miał chronić 321,6 km granicy, komenda odcinka – 66,7 km, a strażnica 14,4 km odcinka granicznego. Przypomnijmy, że w tym samym czasie skład etatowy WOP liczył 28 476 żołnierzyi 23 pracowników kontraktowych. W dużej mierze była to przypadkowa zbieranina, niemająca wcześniej nic wspólnego z ochroną granic państwowych. Jednocześnie dowództwo Departamentu WOP oficjalnie przyznawało, że powojenna ochrona granicy państwowej była wzorowana na systemie wypracowanym przez przedwojenny Korpus Ochrony Pogranicza (KOP) oraz Wojsk Pogranicznych Związku Sowieckiego. Z czasem nikt z rodzimych komunistycznych pograniczników nie będzie się przyznawał do osiągnięć „kopistów” – jak o nich mawiano. Staną się wyklęci niczym żołnierze powojennego polskiego podziemia zbrojnego. Komuniści będą ich tępili na równi z innymi przedstawicielami służb specjalnych Drugiej Rzeczypospolitej.

Według rozkazu Departamentu WOP 11 terenowych oddziałów WOP miało być dyslokowanych w następujących miejscowościach: 1 oddział w Żaganiu, 2 w Rzepinie, 3 w Stargardzie, 4 w Gdańsku, 5 w Węgorzewie, 6 w Sokółce, 7 we Wrocławiu, 8 w Przemyślu, 9 w Nowym Sączu, 10 w Koźlu i 11 w Bolkowicach45.

Czas poznać pierwszego szefa Wojsk Ochrony Pogranicza, którym został sowiecki pułkownik Gwidon Czerwiński46. To on zdecydował, że w pierwszym okresie powojennego naboru do służby w Departamencie WOP kierowano głównie wychowanków wojska ludowego oraz byłych oficerów Korpusu Ochrony Pogranicza i Straży Granicznej. Jednostki wojskowe oddawały do dyspozycji Departamentu WOP przeważnie tych oficerów i podoficerów, których chciały się pozbyć. Wielu kandydatów na wopistów przybywało do miejsca służby w stanie upojenia alkoholowego albo po prostu odmawiało służby na granicy. Zwłaszcza że w tym czasie były to miejsca bardzo niebezpiecznie, o zagrożeniach czyhających na granicach krążyły wręcz legendy. W najtrudniejszym okresie formowania WOP stan osobowy ich kadry zawodowej był sowiecko-polski. Jeden z szefów wydziału, ppłk Mikołaj Grajworoński, wcześniej służył w wojskach pogranicznych ZSRS, pozostali szefowie wydziałów byli natomiast polskimi przedwojennymi oficerami liniowymi bądź służyli w polskich formacjach granicznych. W sumie w Wojskach Ochrony Pogranicza oficerowie sowieccy stanowili około 12 proc. stanu etatowego, a 5 proc. oficerowie armii przedwrześniowej. Pozostali byli wychowankami polskich formacji komunistycznych i nie mieli doświadczenia w służbie granicznej. Zważywszy, że wopiści potrzebowali do zabezpieczenia granic Polski powojennej blisko 30 tys. ludzi, w tym około 5 tys. oficerów i specjalistów, niedobory przeszkolonej kadry stanowiły spory problem. Sytuację komplikowało także to, że nie istniało jeszcze wówczas szkolnictwo WOP, które kształciłoby specjalistów. Etap formowania jednostek pogranicznych zakończono w kwietniu 1946 roku wraz z przejściem do ochrony granicy morskiej, co było najtrudniejszym zadaniem. Pierwotny termin zakończenia formowania był przewidziany na 1 listopada 1945 roku47.

W środowisku kadry zawodowej WOP nowe granice wywoływały niemal entuzjazm, podkreślano, że poprawiły geograficzne, polityczne i strategiczne położenie Polski. Argumentowano też, że państwo zostało oczyszczone z mniejszości etnicznych, mieszkających głównie na wschodzie i południu, rozsadzających spoistość wewnętrzną Polski. Śmiem twierdzić, że nie były to opinie rekrutującej się z KOP przedwojennej kadry oficerskiej, lecz komunistycznego narybku wojskowego. Przedstawiciele tej grupy podkreślali: „Po raz pierwszy w historii – czytamy – Polska na całej długości swych granic zaczęła sąsiadować z przyjaznymi państwami, co umożliwiło współdziałanie z organami ochrony granic państw sąsiednich”. W tych propagandowych opiniach wyraźnie wyczuwało się powiew wiatru ze wschodu. Wkrótce pogląd ten stanie się jedynym obowiązującym, gdyż przedwojenna kadra zawodowa zostanie z WOP usunięta, a wielu jej przedstawicieli dotkną represje. Ten stricte bolszewicki sposób działania (bolszewicy wykorzystywali przy formowaniu swoich oddziałów kadrę zawodową z okresu carskiego, a później bezwzględnie ją eliminowali) był regułą także w innych rodzajach służb i wojsk.

Formowanie struktur WOP nie odbywało się w oderwaniu od bieżących problemów, z którymi formacja borykała się na granicach. Dowództwo Okręgu Wojskowego (DOW) Śląsk donosiło: „Za usiłowanie nielegalnego przekroczenia granicy zatrzymano: z Polski do Czech 8 osób, z Czech do Polski 1 osobę, w tym 6 Polaków i 3 Niemców”. „Patrol strażnicy Gorzyce w składzie szer. Charubka Marian i Czerwiński Jan nastąpił na minę, wskutek czego obaj ww. ponieśli śmierć”. W innym dowództwie okręgu raportowano: „Patrol strażnicy usiłował wylegitymować kilka osób podchodzących do granicy w rejonie Cedyni, którzy na wezwanie patrolu nie chcieli się zatrzymać. Patrol użył broni i ranił 3 Niemców, a 1 Niemkę zabił”. W DOW Kraków z kolei odnotowano taką sytuację: „We wsi Kalników zjawiła się grupa uzbrojonych ludzi, umundurowanych częściowo w mundury radzieckie, a częściowo w ubrania cywilne, grupa prowadziła agitację za porzuceniem pracy i paleniem dobytku”. W DOW Lublin raportowano: „Oficer Informacji odcinka WOP w Terespolu przeprowadził rewizję u osób podejrzanych zamieszkałych na terenie strażnicy Wygoda. U ob. Panasiuka Daniela znaleziono pistolety, maski gazowe, lufy do ckm i do rkm”48.

Wojska Ochrony Pogranicza musiały się także zmierzyć z problemami większego kalibru. W jednym z meldunków operacyjnych znad granicy południowej czytamy: „Ostatnio Oddziały WOP stwierdziły cały szereg przygotowań wojskowych ze strony Czechów w pasie granicznym, które wskazują na to, iż mają oni zamiar pretensje swoje poprzeć siłą. Niemcy prowadzą również krecią robotę wśród mniejszości niemieckiej mieszkającej w strefie granicznej Polski. Ostatnio zostały wykryte przez WOP nowe niemieckie bandy hitlerowskie. Liczne wypadki znajdywania broni u zatrzymanych za różne przestępstwa Niemców oraz częste wykrywanie przez żołnierzy WOP ukrytych składów broni należącej do niemieckiej organizacji wskazują na to, że Niemcy przygotowują się do jakieś akcji zbrojnej”49.O tym, jak trudne były warunki pracy wopistów, może świadczyć to, że nie radziły sobie nawet rozlokowane na wschodniej granicy niemieckiej oddziały pograniczne Armii Czerwonej. Mimo że surowo rozprawiały się z przestępczością graniczną, zjawisko nie tylko nadal istniało, ale jeszcze miało tendencję zwyżkującą. Zapanowanie nad granicą zachodnią było utrudnione również z powodu wielomilionowej repatriacji i wysiedleń Niemców. Przepuszczano ich głównie przez przejściowe punkty kontrolne: Szczecin, Kaława, Zgorzelec, Kostrzyn i Słubice. Było to trudne przedsięwzięcie operacyjne. Zgodnie z Rozkazem nr 002 z 22 czerwca 1945 roku, podpisanym przez dwóch sowieckich oficerów, dowódcę 1 Korpusu Armii WP gen. Jakutowicza i szefa sztabu płk. Denisowa, zalecano: „wysiedlanie Niemców zamieszkałych na wschód od rzeki Odry przeprowadzać stanowczo, pamiętając o tym, że to jest wykonanie zadania o wielkim politycznym znaczeniu”. I faktycznie tak było. Z analiz statystycznych za ten okres wynikało, że przestępcami granicznymi byli przeważnie Niemcy, gdyż wśród zatrzymanych 62 osób było tylko sześciu Polaków, dwóch Czechów i jeden Rumun, resztę stanowili Niemcy. Niemcy zresztą po tym, jak otrząsnęli się z szoku po zetknięciu się z armią sowiecką, zaczęli wracać do Polski, początkowo byli to głównie mężczyźni w wieku od 24 do 35 lat. Wracali, przeważnie przekraczając granice nielegalnie, do miejsc, w których mieszkali przed wojną, lub na tereny tzw. Ziem Odzyskanych. Najczęściej wybierali województwa: szczecińskie, pomorskie, śląskie i poznańskie. Niektórzy z nich twierdzili, że wracali, bo w Polsce było lepiej pod względem aprowizacyjnym. W tej sytuacji pomocna okazywała się polska ludność napływowa. Niechęć do Niemców była wśród niej tak powszechna, że wielu jej przedstawicieli dobrowolnie współpracowało z polskimi formacjami granicznymi. Niektórzy z nich stali się z czasem kwalifikowaną agenturą WOP. I tak osadnik z miejscowości Rozporitz (nazwa niemiecka miejscowości), kiedy zauważył trzech osobników ukrywających się w niezamieszkanym domu, od razu powiadomił pobliską placówkę WOP. Zatrzymanymi okazali się Niemcy, którzy powrócili w nowe granice Polski. Z kolei w rejonie Siekierek inny Polak wskazał wopistom miejsce ukrywania się 18-osobowej bandy zbrojnej, nie podano narodowości jej członków. Zatrzymania zdarzały się również na granicy morskiej – rybaków niemieckich, którzy przekraczali granice, by łowić ryby na polskich wodach terytorialnych. Wygłodniali, nie zważali na nic w pogoni za lepszymi połowami. Za każdym razem, gdy zatrzymały ich patrole WOP, tłumaczyli się, że pobłądzili50.

Względny spokój panował natomiast na granicy wschodniej, którą charakteryzował – poza legalnym przekraczaniem granicy w ramach istniejącego porozumienia o wzajemnej repatriacji ludności między Polską a ZSRS – niewielki ruch graniczny. Ruch repatriacyjny z Polski do ZSRS i do Polski odbywał się przejściowymi punktami kontrolnymi: Przemyśl, Dorohusk, Terespol, Czeremcha i Kuźnica. Nielegalne przekraczanie granicy raczej się nie zdarzało, choć było kilka wyjątków. O jednym z nich czytamy w meldunku operacyjnym WOP: „Dnia 22.4.46 r. z ZSRR do Polski usiłowało przekroczyć granicę ok. 50 osób z Litwy. Na skutek ostrzału ze strony posterunków radzieckich granicę przekroczyły tylko 2 osoby, za którymi wysłano pościg. Poszukiwania na razie bez rezultatu”51. Na granicy morskiej z kolei ważniejszych odcinków granicznych, w tym wód terytorialnych oraz portów handlowych i rybackich, nadal strzegły jednostki Milicji Morskiej, a portów wojennych i całej związanej z tym logistyki militarnej wyłącznie sowieckie jednostki wojskowe. To one faktycznie kontrolowały Wybrzeże. Strona polska miała cokolwiek do powiedzenia jedynie na wschód od Kołobrzegu, i też nie do końca, tu Sowieci początkowo odmówili Polsce praw do Słupska i Lęborka. Jednocześnie niepodzielnie panowali wzdłuż całego obszaru nabrzeżnego portu szczecińskiego. Dopiero w październiku 1947 roku „bracia Moskale” nieco się przesunęli do Świnoujścia, gdzie trwali po kres PRL.

W takich okolicznościach były formowane zalążki i struktury organizacyjne WOP. Od listopada 1945 do jesieni 1946 roku formacja ta przejęła służbę na całej granicy państwowej. Stworzono system ochrony granicy o wiele skuteczniejszy od tego, który obowiązywał w okresie przejściowym, kiedy granicy państwowej strzegły frontowe jednostki liniowe52.

Mimo wszystko nie był to jeszcze system ochrony granicy, który satysfakcjonowałby Departament WOP czy kierownictwo MON. Od razu dało się zauważyć, że system dwutorowej podległości – o czym wspominaliśmy – był wadliwy i spowalniał podejmowanie decyzji, a także działania operacyjne. Powołane przy poszczególnych okręgach wojskowych wydziały WOP niewiele wnosiły do systemu dowodzenia. Licznych korekt wymagały również dotychczasowe dyslokacje oddziałów WOP i podległych im struktur, rozpoczęło się szukanie dogodniejszych rejonów, co spowodowało liczne przetasowania graniczne. Nie będziemy opisywali tych zmian na granicach, bo nie to jest istotą tej pracy. Warto jednak wspomnieć, że pierwszą poważniejszą reorganizację przeprowadzono na mocy Rozkazu Naczelnego Dowódcy WP nr 0153 z 21 września 1946 roku, likwidując wydziały przy okręgach wojskowych. Pozyskana w ten sposób kadra zawodowa zasiliła Departament i terenowe oddziały WOP. W tych okolicznościach Departament rozrósł się do 96 etatów wojskowych i 17 pracowników cywilnych. Od tej pory, 1 października 1946 roku, wszystkie oddziały WOP w terenie zostały bezpośrednio podporządkowane Departamentowi WOP. Duże zmiany zaszły także w dotychczasowym systemie organizacji łączności pomiędzy poszczególnymi strukturami tej formacji. Zlikwidowano istniejące przy oddziałach WOP samodzielne kompanie łączności, a było ich 17, i w ich miejsce powołano na szczeblu centralnym węzeł łączności (52 etaty wojskowe) oraz oddziałowe kompanie łączności, które utraciły status samodzielnych kompanii. To były istotne posunięcia organizacyjne. Nie zapominajmy, że łączność była i jest nerwem każdej struktury militarnej, a w wypadku wymogów granicznych, gdzie liczyła się każda sekunda, powyższa decyzja była na wagę złota. Ponadto warto odnotować, że w ramach reorganizacji utworzono 12 Oddział Wojsk Ochrony Pogranicza w Gdańsku. I co również istotne, skorygowano dyslokację poszczególnych przejściowych punktów kontrolnych. Było to nieodzowne wobec nowych wymogów szybko rozwijającego się międzynarodowego systemu wymiany gospodarczej i towarowej, nie wspominając o ruchu osobowym na granicach, zwłaszcza zachodniej, południowej i morskiej. Ponadto w pierwszej połowie 1947 roku rozformowano w oddziałach WOP grupy manewrowe, które dotychczas miały odgrywać rolę odwodów w sytuacji zagrożenia na granicy. W ramach zmian przeprowadzonych Rozkazem Ministra Obrony Narodowej nr 055/Org. z 20 marca 1948 roku dokonano zmiany nazewnictwa, w wyniku czego Departament Wojsk Ochrony Pogranicza stał się Głównym Inspektoratem Ochrony Pogranicza (GIOP), a oddziały WOP od tej pory nazywały się brygadami ochrony pogranicza. W tym samym czasie komendy odcinków przemianowano na samodzielne bataliony ochrony pogranicza. Zostawiono jedynie strażnice, natomiast dotychczasowe przejściowe punkty kontrolne (PPK) stały się granicznymi placówkami kontrolnymi (GPK). Funkcjonujące w Departamencie WOP wydziały PPK i KG przemianowano zaś na wydziały ruchu granicznego i konfliktów granicznych. I co najistotniejsze, po reorganizacji brygady WOP różniły się znacznie stanami osobowymi, przykładowo od 973 etatów w brygadzie mazurskiej do 2014 w brygadzie sudeckiej. Poza tym przybyło etatów w Głównym Inspektoracie Ochrony Pogranicza, wzrosły z dotychczasowych 111 do 155 etatów wojskowych, w tym trzy generalskie, 115 oficerskich, 26 podoficerskich oraz 11 szeregowych (bez węzła łączności)53.