Bestia - Max Czornyj - ebook
NOWOŚĆ

Bestia ebook

Max Czornyj

4,2

499 osób interesuje się tą książką

Opis

Seryjny morderca grasuje w Lublinie.
Bestia powróciła.


Skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności Igor Lubow - autor kryminałów, popełnia w celi samobójstwo. Mężczyzna odbywał wyrok za serię zabójstw dokonanych według fabuł własnych powieści.
Po jego śmierci dochodzi do kolejnego morderstwa. Dokładnie takiego, jakie opisał w ostatniej książce.
Tyle że ta książka nie została nigdy opublikowana.
Sprawa trafia na biurko powracającego do zdrowia Eryka Deryło. Komisarz wraz z Tamarą Haler muszą jak najszybciej rozwikłać zagadkę. Ostatnia książka Lubowa jest bowiem wyjątkowo krwawa, a zabójca ściśle trzyma się jej treści. Wszystko wskazuje na to, że już upatrzył swój następny cel.
Gdzie jest granica między fikcją a rzeczywistością?
A może wcale jej nie ma?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lublinianom, z przeprosinami

za trzebienie naszej populacji

(z przekonaniem, że uzupełnią ją ci, którzy

wyruszą szlakiem Deryły i zostaną tu na zawsze).

 

 

 

 

 

 

Gdziekolwiek zwrócę lot, tam czekać będzie

Gniew nieskończony, nieskończona rozpacz!

Gdziekolwiek zwrócę lot, tam wszędzie piekło.

Piekło jest we mnie, a na dnie otchłani

Głębsza, ziejąca czeluść się otwarła,

Przy której piekło dręczące jest niebem.

Zmiłuj się wreszcie! Czyż nie ma już miejsca

Dla mej pokuty i dla wybaczenia?

Nie ma, zostało jedynie poddanie

I lęk przed hańbą, która mnie okryje

Wśród duchów w dole…

John Milton, Raj utracony,

tłum. Maciej Słomczyński

 

 

 

– Proszę pani, błagam o litość? – Tak, tak, litość! Będąc litościwym, umiera się z głodu!

D. A. de Sade, Justyna, czyli nieszczęścia cnoty

 

 

 

 

1

 

 

– Wiesz, co się z tobą stanie?

Elena Wilska wbiła mocniej zęby w szmaciany knebel i wydała z siebie przerażający pisk. Jej źrenice rozszerzyły się, a po zaróżowionych ze strachu policzkach spłynęły łzy.

Oprawca dotknął jej oblepionego potem czoła.

– Chyba masz gorączkę… Mój Boże, jesteś bardzo rozpalona!

– Mmmm…

– Przepraszam, ale nie rozumiem.

Kobieta wierzgnęła, lecz był to jedynie wyraz beznadziejnej rozpaczy. Nie mogła uciec. Kajdany krępujące jej ręce i nogi zostały przytwierdzone do sznura owiązanego wokół metalowego stelaża. Siedziała odwrócona do niego przodem, na nagim betonie, a jej kończyny były wyprostowane. W tej nienaturalnej pozycji piekielnie bolały ją barki oraz plecy. Jednak powoli przyzwyczajała się do bólu oraz niewygodnej pozycji.

Niewiele pamiętała z tego, co wydarzyło się przed tym, jak trafiła do tej obskurnej nory. Szła pustą, osiedlową uliczką i analizowała dane z aplikacji monitorującej jej dobową aktywność. Była zbyt zmęczona, żeby tego wieczoru biegać, ale szybki spacer miał poprawić parametry. Program alarmował, że powinna się jeszcze dotlenić, aby lepiej jej się spało. Marzyła o szybkim zaśnięciu, a potem…

Potem nagle nastała ciemność.

Ocknęła się otumaniona i z nieprzyjemnym ćmieniem głowy. Po kilku sekundach mózg odebrał impulsy bólowe z całego ciała. Była zdrętwiała, a jej ręce oraz nogi unieruchomiono w kajdanach. Sztywny jak kołek język natrafił na szorstką szmatę.

Zrobiło się jej niedobrze, ale opanowała torsje. W przeciwnym razie zadławiłaby się własnymi wymiocinami.

W pomieszczeniu poza stelażem, do którego była przykuta, nie znajdowały się żadne sprzęty. W narożnikach stały zapalone gromnice, które dawały stłumione, żółte światło. Ich płomienie zamrugały, a chwilę później zjawił się On – najpierw jej uwagę przyciągnął czerwony kombinezon, a dopiero po chwili przeraziła ją jego twarz. Miał upiorny, szeroki uśmiech, który odsłaniał bezzębne usta. Jego policzki oraz nos były upudrowane. W miejscu włosów sterczało kilka różnokolorowych kosmyków. Najbardziej przerażająco wyglądały jednak oczodoły – zapadnięte i zionące pustką tak, że możliwe wydawało się zajrzenie przez nie wprost do mózgu potwora.

Dopiero po chwili Elena zrozumiała, że postać ma na sobie maskę upiornego clowna. Ta świadomość jednak wcale jej nie uspokoiła. Tym bardziej że skądś kojarzyła tę maskę, to pomieszczenie, a nawet ten stelaż… Nie potrafiła się jednak na tym skupić.

Clown jeszcze raz dotknął jej czoła i smutno westchnął. Następnie obszedł metalową konstrukcję, po czym przyklęknął. Elena usłyszała, jak strzelają mu kolana.

– Pokaż, proszę.

Sięgnął po jej dłoń i pomimo tego, że zacisnęła pięść, wyprostował jej palec wskazujący.

– Nie walcz ze mną. Chcę tylko twojego dobra.

Pisnęła, ale tym razem dźwięk uwiązł w jej gardle. Gromnice ponownie zamrugały i nagle w ich świetle coś błysnęło. Elena przymknęła oczy, starając się powstrzymać ściekający w ich kierunku pot. Piekły i widziała niewyraźnie, lecz nie na tyle, by nie rozpoznać przedmiotu, który trzymał clown.

– Mmm…

Oprawca jeszcze mocniej chwycił jej dłoń, rozprostowując teraz kciuk. W drugiej ręce trzymał stalowe nożyce do mięsa. Nożyce, które bez problemu rozcięłyby żebra największej gęsi.

– Przykro mi, ale musimy je amputować – szepnął. – Nie da się ich uratować.

– Agmmm…

– Wiesz, co się z tobą stanie.

Przeszywający ból i stanowczy ton szaleńca pozbawiały złudzeń, że to wszystko jest jedynie koszmarem, z którego się zaraz wybudzi. Elena z całej siły starała się wypchnąć językiem knebel, lecz nie była w stanie. Poczuła mdły posmak krwi.

Clown nachylił się ku niej i cicho westchnął. Doleciał ją zapach, który znała z dzieciństwa. Zapach, który, nie wiedzieć czemu, doskonale pasował do tego, co działo się wokół.

Tak pachniały owocowe gumy balonowe…

Nagle jej mózg zaczął łączyć fakty i wysnuwać wnioski. Te sprawiły, że ogarnął ją bezgraniczny strach, a świat zawirował.

Owszem. Wiedziała, co ją czeka.

Chwilę później nożyce z tępym chrupnięciem odcięły jej dwa palce. A potem jeszcze jeden. I kolejny.

Krew rytmicznie bryzgała z krótkich kikutów. Strzaskane kości sterczały z mięsnej pulpy, a skóra wokół gwałtownie pobielała. Ciałem Eleny wstrząsnęła konwulsja.

– Ja też znam przyszłość. I wiesz co? Cholernie nie mogę się doczekać tego, co się wkrótce wydarzy.

Tych słów Elena już nie usłyszała. Świat zawirował, a chwilę później osunęła się w ciemność.

Jednak ciemność nie mogła być ucieczką.

– Nie pozwolę ci spać zbyt długo… – wycedził clown. – To dopiero koniec pierwszego rozdziału. Prawdziwe cierpienia dopiero przed tobą.

 

 

 

 

2

 

 

– Cofnij się, Lubow.

Daniel Milski przez uchylone okienko obserwował mężczyznę w pomarańczowym kombinezonie. W więziennictwie pracował od trzynastu lat, od ponad dekady w tym zakładzie karnym. Przez ostatnie półtora roku był jednym ze strażników nadzorujących izolatki oraz cele dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Znał ich na wylot. Znał również procedury.

Igor Lubow posłusznie, choć z ociąganiem, cofnął się pod ścianę.

– Przeszukanie? – zapytał z ironią.

Był wysokim, szczupłym mężczyzną. Szczególną uwagę przykuwały jego błękitne oczy, które zdawały się lustrować rzeczywistość z zachłanną przenikliwością. Jego wąskie usta wykrzywił sardoniczny uśmiech.

– Wizytacja kibla – odparł Milski.

Odsunął zasuwę i otworzył solidne, metalowe drzwi. Zgodnie z procedurą nieoczekiwanie raz w miesiącu musiał sprawdzać jedyny nieobjęty monitoringiem fragment celi Lubowa – toaletę. Powinien tego dokonywać w asyście drugiego strażnika, ewentualnie tak, jak teraz – nakazując więźniowi stanąć w przeciwległym kącie celi. Procedury zawsze były najważniejsze.

Zgodnie z grafikiem od ostatniej inspekcji minęło dokładnie trzydzieści dni, a jak na złość w sezonie urlopowym każdy pozostały na służbie klawisz miał teraz natłok zajęć. Zresztą podobne „wizytacje” trwały zwykle kilkanaście sekund i kończyły się oceną czystości muszli klozetowej. W przypadku noty negatywnej skazanego mogły czekać drobne represje, od zabronienia mu korzystania z wyrobów tytoniowych po zakaz otrzymywania paczek żywnościowych. Chodziło o dyscyplinę.

Lubow nie palił ani nie dostawał od nikogo wiktuałów zza krat, mimo to jego toaleta lśniła. Milski z uznaniem kiwnął głową.

– Dobrze jest, szefie?

– Nie mam zastrzeżeń. Poza tym, że papier masz odkładać na miejsce.

Papier oczywiście był tam, gdzie powinien – tuż za muszlą, jednak zawsze należało na coś zwrócić uwagę.

– Szefie…

– No?

Lubow zrobił krok w stronę Daniela, a ten błyskawicznie sięgnął po paralizator. Więzień stanął w pół kroku.

– Cofnij się! Natychmiast!

Lubow spolegliwie uniósł dłonie, po czym zrobił krok w stronę ściany.

– Przepraszam… – wycedził. – Mimo tych wszystkich miesięcy za kratami to odruch. Dziwnie się rozmawia z odległości kilku metrów.

Milski powstrzymał sapnięcie ulgi. W myślach pochwalił się, że wciąż jest czujny.

– W porządku. Teraz możesz mówić.

– Chciałem zapytać, czy w przyszłym tygodniu, kiedy opuszczę izolatkę, znów dałoby radę połączyć dwa piętnastominutowe spacery w jeden. Nie muszę wychodzić codziennie, ale przez pół godziny rozprostowałbym kości.

– To nie jest placówka rehabilitacyjna.

– Tyle że…

– Zobaczę, co da się zrobić.

Lubow uśmiechnął się z wdzięcznością.

– Dziękuję, szefie.

– Coś jeszcze?

– Nie.

– W takim razie popraw sobie nogawkę kombinezonu. Regulamin nakazuje dbać o schludność.

Więzień z konsternacją zerknął w dół. Przestąpił z nogi na nogę, po czym się wyprostował. Zmarszczył brwi i zerknął uważnie na strażnika.

– O którą chodzi? Przecież są w porządku…

– Lewa. Odsłania kostkę.

Milski odruchowo wyciągnął dłoń, wskazując na zawiniętą nogawkę. W tym samym momencie Igor Lubow błyskawicznie się pochylił i rzucił coś, co oplotło się wokół nadgarstka strażnika. Z całej siły pociągnął. Zrobił to tak szybko i mocno, że Daniel Milski, mimo słusznej postury, upadł na kolana. Sekundę później więzień był tuż przy nim. Poruszał się z zaskakującą sprawnością, jakby miliony razy ćwiczył każdy ruch. Pozbawił strażnika paralizatora oraz założył mu dźwignię na szyję. Wszystko trwało krócej niż trzy sekundy.

– Skręcę ci kark, szefie – oznajmił lodowatym tonem. – Robiąc to nieumiejętnie, sprawię, że twoja tchawica zamieni się w harmonię i przez kilka minut będziesz walczył o nieosiągalny oddech.

– Puść…

Mocniejszy chwyt spowodował, że z ust strażnika dobiegł jedynie charkot.

– Boisz się śmierci?

– Mmm…

– Nie słyszę!

Lubow delektował się władzą, jaką miał nad drugim człowiekiem. Uśmiechnął się i na moment przymknął oczy. Gdy ponownie je otworzył, w ich błękicie pojawił się nowy wyraz – bezmiernego, demonicznego szaleństwa.

– Skup się, bo od odpowiedzi może zależeć twoje życie – wyszeptał. – „Zjawiam się, gdy tego zapragnę, i całkowicie zniewalam. Wzbudzam najgorsze przerażenie, fałszywe, choć bliskie prawdzie. Dostrzec mnie może tylko ten, kto pierwej zamknie swe oczy. Kim jestem?”

 

 

 

 

3

 

 

Przed rozpoczęciem pisania upewnijcie się, że będziecie mieć kilka chwil spokoju. Ile trwa jedna chwila, a ile trwa kilka chwil? To zależy tylko od was. W tej robocie sami jesteście sobie panami i niewolnikami. Do tego w tym samym czasie. To dość niezwykłe, ale właśnie tak musicie na to patrzeć.

Niewolnik i pan… Za każdy przejaw lenistwa musicie walić swojego wewnętrznego czarnucha po gębie. Musicie zagonić się do najcięższej harówki, o jakiej śniliście koszmary.

Więc ile trwa kilka chwil?

Jedni będą potrzebować zaledwie paru minut, inni, aby napisać dwa zdania, muszą przepaść na wiele godzin. Skąd macie wiedzieć, ile potrzebujecie właśnie wy?

Powtarzam, upewnijcie się, że będziecie mieć kilka chwil spokoju. Nie mogą wam przerwać kipiąca zupa ani dym dobywający się z piekarnika. Nie może was oderwać pies chcący wyjść na spacer. Jeśli was to uspokaja – pogłaszczcie go za uszami, ale to wszystko. Żadnych, kurwa, spacerów. Rozumiecie?

Bądźcie gotowi zlekceważyć nawet cholerne trzęsienie ziemi albo alarm ostrzegający przed moskiewską eskadrą, która dostała zadanie obrócić wasze miasto w ruinę. Potrzebujecie kilku chwil spokoju i tylko od was będzie zależało, czy go dostaniecie. To kwestia perspektywy.

To kwestia priorytetów.

To kwestia determinacji.

Albo chcecie stworzyć swój świat i przenieść się tam na amen, albo jesteście tandeciarzami tworzącymi historyjki, które nikogo nie poruszą. Jeśli macie aspiracje, by być tymi drugimi, nie traćcie tu czasu, forsy i nie zawracajcie głowy mi ani pozostałym. Poświęćcie się dwuakapitowym artykulikom w kąciku kucharskim. Choć są tacy, którzy nawet przepis kucharski potrafią napisać z większymi jajami, niż inni prowadzą intrygę kryminalną.

No, dobrze. Wciąż tu jesteście? Wierzę w waszą wewnętrzną szczerość.

Teraz nadszedł czas zaaranżować sobie warunki. Maszyna do pisania, laptop, kartka i ołówek – wszystko jedno. Musi być wam wygodnie. Pomiędzy wami a historią nie może stać żaden cholerny sprzęt. Sprzęt ma jedynie stanowić przedłużenie waszej ręki i wyobraźni. Przedłużenie wyobraźni – czy w tym określeniu jest coś zabawnego, moja droga? Tak właśnie myślałem.

Lecimy dalej. Usiądźcie lub stójcie, jak wam wygodniej. James Joyce, pisząc, leżał na brzuchu, a Ernest Hemingway prężył się na baczność przy pulpicie. Victor Hugo tworzył kompletnie nagi, po zjedzeniu dwóch jajek oraz odczytaniu listu od kochanki. Przykłady można by mnożyć. Scott Fitzgerald kulił się obok miski z rzygowinami, lecz głęboko wierzył, że ma spokój i zadanie do wykonania. Wy macie je również. Będziecie rżnąć, ciąć i mordować. Jeśli go nie wykonacie, nic się nie stanie. Poza tym, że usmażycie się w piekle własnych niewykorzystanych możliwości, rozczarowań i marzeń, że odmienicie swoje życie. Jeśli nie wykonacie planu, będziecie zerami. Są tysiące przykładów autorów, którzy nie wykonali planu – tylko nikt nie zna ich nazwisk.

Pewnie wy też coś już o tym wiecie? Każdy pisarz zaczynał od projektów, które trafiały do szuflady lub – u tych rozsądniejszych – prosto do śmietnika. To normalne. Ja podaję wam rękę, żeby wyciągnąć was z tego piekła. Musicie mi tylko zaufać.

Macie odwagę?

 

 

 

 

4

 

 

Komisarz Deryło pchnął drzwi do gabinetu tak mocno, że te rąbnęły o ścianę. Zaklął i znacznie delikatniej zamknął je za sobą. Zaciągnął się doskonale znanym aromatem. Mimo że nie było go w tym miejscu od kilku tygodni, dałby się pociąć, że dopiero co zaparzono tu kawę.

Przeciągnął spojrzeniem po prostym biurku, szafce z ekspresem oraz dwóch stojących pod ścianą krzesłach. Odkąd wyszedł stąd po raz ostatni, nic się nie zmieniło w tym wnętrzu. Na biurku oraz podłodze piętrzyły się te same akta oraz szpargały. Zresztą to one były powodem, dla którego zjawił się na komendzie. Formalnie wciąż przebywał na zwolnieniu.

Nabrał głęboki oddech i się przeciągnął. Lekarze zalecali jak najwięcej gimnastyki. Poza tym sam chciał jak najszybciej wrócić do pełni formy. Był zbyt przekorny, żeby zdziadzieć pod pretekstem niedawnych wydarzeń. Jasne, z powodzeniem mógłby odejść na emeryturę, ale teraz nawet o tym nie myślał. Marzył o tym, żeby rzucić się w wir roboty.

Podszedł do biurka i wykonał kilka wymachów ramionami. Rozluźnił barki, po czym poruszył na boki głową. Mimo że na jego widok trzy czwarte komisariatu zbiegło się, chętne świętować, wolał pobyć sam. Choć uporządkowanie szpargałów stanowiło jedynie pretekst, by zajrzeć na komendę, pewne przyzwyczajenia się nie zmieniały.

Nachylił się i sięgnął po pierwszą z góry teczkę. Znajdowały się w niej stare, niepotrzebne notatki dotyczące któregoś ze śledztw. Podobnie w dwóch kolejnych. Deryło wyjął kilka kartek i w pełnym skupieniu złożył trzy żurawie origami. Ustawił je na biurku, po czym zadowolony uśmiechnął się pod nosem.

– Szczęście czy pech? – zapytał, ponownie biorąc teczkę.

Mimo pokaźnej zawartości przedarł ją na pół, co wprawiło go w jeszcze lepszy nastrój. Wciąż miał parę w rękach. Zmiął makulaturę w wielką kulkę i rzucił do kosza koło niszczarki. Chybił. Zawiniątko odbiło się od rantu i rozwinęło. Kartki rozniosły się po całym gabinecie.

Deryło zaklął i zacisnął zęby. Dobry humor ulotnił się tak szybko, jak się pojawił. Nachylił się, żeby zebrać papiery leżące najbliżej. Zrobił to zbyt gwałtownie, zachwiał się i kolanem rąbnął w metalowy kosz. Trafił prosto w nerw. Spazm bólu wykrzywił mu twarz.

– Pieprzone gówno!

Pod wpływem impulsu chwycił kosz, jakby chciał wyrzucić go za okno. W tym samym momencie otworzyły się drzwi i do gabinetu weszła Tamara Haler. Stanęła jak wryta. Przez moment wahała się, czy powinna zostać, jednak zaraz jej zaskoczenie ustąpiło rozbawieniu.

– Widzę, że naprawdę wracasz do siebie – zagadnęła, idąc z szeroko rozłożonymi rękoma w stronę komisarza. – I to całkiem dosłownie.

– Pozory…

Deryło z godnością odstawił śmietnik, po czym pozwolił się uścisnąć. Haler wreszcie go puściła i cofnęła się, omijając papierzyska.

– Najlepiej na swoich śmieciach, no nie?

– Nawet nie żartuj. Ciągnęło mnie do tego miejsca jak sępa do padliny, a kiedy już tu jestem, wszystko mnie wpienia.

– Dlatego chciałeś dokonać krwawej zemsty na koszu?

Komisarz machnął ręką, po czym wyrzucił kilka kartek. Następnie sięgnął po dopiero co ustawione na biurku żurawie. Zmiął je, choć wybuch złości sprzed chwili powoli zaczęło zastępować zawstydzenie. Powinien bardziej panować nad sobą. Nawet, gdy nikogo nie było w pobliżu. Na wszelki wypadek.

– Ciągle nie ma tysiąca?

Dopiero po chwili zrozumiał, że pytanie Haler odnosi się do żurawi. Wzruszył ramionami.

– Wiesz, kiedyś się bałem, że nigdy nie zdołam go zrobić – mruknął, obracając zmięte origami. – Teraz boję się, że go zrobiłem i nie miałem o tym pojęcia. I że cała zabawa zaczęła się od początku.

– Miałeś za to dużo szczęścia.

– A najpierw mnóstwo pecha.

Haler westchnęła.

– Zaczynasz się nad sobą użalać. – Uniosła palec i, nie pozwalając Deryle sobie przerwać, dodała: – Sam mnie prosiłeś, żebym ci powiedziała, gdy zaczniesz to robić.

– A ty jak zwykle zapamiętałaś każde słowo.

Deryło ciężko opadł na krzesło. Osunął się i wyciągnął nogi. Miał gdzieś ten bałagan. Do jego powrotu sprzątaczka będzie musiała opanować chaos. Albo – jak kiedyś – wykpi go, argumentując, że nie może tykać dokumentów. Stara cwaniara. Właśnie za takie podejście Deryło ją wręcz ubóstwiał.

– Jeszcze się mogę od ciebie wiele nauczyć.

Słowa Haler puścił mimo uszu. Pogrążył się w pustce. Przymknął oczy i ponownie wciągnął aromat kawy. Powinien wypić jej spore wiadro, ale lekarze nakazali zachowanie umiaru. Normalnie potraktowałby ich jako zbyt zachowawczych tchórzy lub zbyt przezornych dziobaków, ale…

Drgnął, czując dłoń podkomisarz na swoim ramieniu. Tak, musiał wreszcie skończyć z użalaniem.

– Eryku? – dobiegł go jej ciepły głos.

Spojrzał w jej wielkie, brązowe oczy. Choć zazwyczaj, gdy ktoś zwracał się do niego po imieniu, reagował alergicznie, tym razem uśmiechnął się.

– No?

– Cieszę się, że wróciłeś.

 

 

 

 

5

 

 

Lubow nabrał powietrza i naprężył mięśnie. W ułamku sekundy mógł skręcić kark Milskiemu lub skazać go na wielominutową agonię.

– Masz trzy sekundy na rozwiązanie zagadki. Trzy…

W tym momencie zawyła syrena alarmu. Strażnik monitorujący cele musiał dostrzec, co działo się w tej z numerem siedemnaście – w tej, w której znajdowała się izolatka.

– Dwa…

Milski przełknął ślinę. Więzień poluzował chwyt na tyle, by klawisz mógł się odezwać. Przez jego umysł przetaczało się mnóstwo postrzępionych myśli. Najważniejsze było jednak pewne wspomnienie z przeszłości. Miał wrażenie, że zna odpowiedź, ale ta gdzieś umykała.

– Jeden…

– Koszmar! Jestem koszmarem!

Wydawało mu się, że krzyczy, choć w rzeczywistości z jego ust dobył się jedynie bełkot. Gdzieś w głębi korytarza trzasnęła krata. Igor Lubow zaśmiał się nerwowo i z impetem pchnął Milskiego na ziemię. Strażnik rąbnął nosem w twardą podłogę. Jego świadomość zawisła gdzieś na skraju przytomności. Poczuł krew spływającą do gardła.

– Dobrze – wycedził Lubow. – Bardzo dobrze. To prawidłowa odpowiedź.

Z oddali niósł się tupot ciężkich butów. Do celi numer siedemnaście zbliżała się grupa interwencyjna. Więzień nieśpiesznie rozwiązał cienki sznur, którym niedawno obezwładnił strażnika, po czym wyszedł z pomieszczenia. Miał odciętą drogę ucieczki. Aby wydostać się z bloku, trzeba było pokonać co najmniej dwie kraty otwierane centralnie. Nie zamierzał jednak nigdzie uciekać.

Przerzucił linę przez rurę biegnącą tuż pod sufitem i zaciągnął supeł. Na jej drugim końcu znajdowała się przygotowana już wcześniej pętla. Lubow od kilku tygodni, niczym hinduscy bramini, splatał i połykał strzępy materiału. Całe poświęcenie, aby nie trafiono na nie w trakcie niespodziewanego przeszukania celi. Wydalał je, obmywał, po czym doplatał kolejny odcinek wypruty z koca. Żadna, nawet najbardziej szczegółowa inspekcja nie mogła odkryć jego skarbu. Poza tym splot był tak ciasny i mocny, że również koc wydawał się niemal nienaruszony.

Krata na końcu korytarza odskoczyła z metalicznym brzękiem. Natychmiast wypadło zza niej kilku uzbrojonych strażników. Z daleka wymierzyli w Lubowa krótkie karabiny.

– Na kolana! Ręce w górę! Nie rób niczego głupiego!

Wysoki klawisz był purpurowy z nerwów. Reszta zatrzymała się tuż za nim, jakby się spodziewali, że Lubow zaraz wyciągnie spod kombinezonu pistolet lub garść granatów.

– Spokojnie, panowie… Przed chwilą mogłem zabić waszego kolegę, ale zaraz się przekonacie, że ma się całkiem nieźle.

– Na glebę!

Strażnicy powoli ruszyli w stronę więźnia. Wciąż trzymali go na muszkach karabinów. Zbliżali się krok za krokiem, w akompaniamencie ryku syreny alarmowej.

Lubow wyprostował się i upewnił, że lina jest właściwie napięta. Sam zamierzał zdecydować, kiedy nadejdzie jego koniec. Ludzie będą mówili nie tylko o tym, jak żył, lecz również jak umarł.

– Mam dla was przesłanie – wypowiedział z nabożnym uniesieniem. – Słuchajcie uważnie. Choć odchodzę, powrócę z tamtego świata i jeszcze was nawied…

Wypowiadając ostatnie głoski, poderwał się i błyskawicznie podciągnął na linie. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, włożył głowę w pętlę. Następnie puścił sznur. Ułamek sekundy później jego ciało wierzgnęło w agonalnym skurczu, a oczy wyszły z orbit.

Nie żył.

 

 

 

 

6

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

 

 

Na korytarzu komendy wybuchła burza oklasków. Komisarz Deryło ze zwieszoną głową i zakłopotaną miną zmierzał do swojego gabinetu. Tego dnia po raz pierwszy był oficjalnie w robocie. Zwolnienie dobiegło końca i czekał na niego list z gratulacjami od samej ekscelencji – ministra. Gdy inspektor Knap wręczył mu przesyłkę na oczach wszystkich, w pierwszej chwili nie wiedział, jak się zachować. Nie cierpiał tego bufonowatego, zakłamanego polityka bardziej niż najgorszej zarazy. Ta myśl podsunęła mu rozwiązanie. Podarł list, nie wyjmując go nawet z koperty.

– Cały Deryło, sukinsyn niecierpiący innych sukinsynów – usłyszał za sobą.

Nawet się nie odwrócił. Uścisnął kilka rąk, po czym przyśpieszył kroku. Przez moment rozważał skorzystanie z windy, lecz obawiał się, że część tej hałastry wcisnęłaby się za nim do kabiny. Nie cierpiał tłoku.

Skręcił ku obskurnej klatce schodowej. Budynek w znacznej części stanowił spuściznę poprzedniej epoki, a z racji kubatury remonty oraz modernizacje ciągnęły się dekadami. Klatka schodowa najwidoczniej miała stanowić ich finalny etap.

Wdrapując się po schodach, zastanawiał się, czy gratuluje mu się uratowania życia kobiety czy wywinięcia się z objęć własnej śmierci. Dylemat pozostawał nierozstrzygnięty, gdy wreszcie, lekko sapiąc, padł na głęboki, wygodny fotel.

Wbrew przypuszczeniom rozrzucone po gabinecie papiery zostały pozbierane i ułożone w kilka stosików. Obok nich stała kolorowa kartka urodzinowa z wpisami kilkudziesięciu pracowników komendy. W pierwszym momencie Deryło chciał ją schować do szuflady, lecz gdy tylko jej dotknął, ogarnęło go dziwne rozczulenie. Nawet jeśli dziewięćdziesiąt procent życzeń była fałszywa, liczył się gest. Naprawdę sympatyczny uczynek niemal całej komendy – na szczycie figurowały podpisy inspektorów Knapa oraz Bickiego, nieco poniżej odnalazł staranny, niemal kaligraficzny podpis Haler, bazgroły Brzeskiego oraz skreślony bodaj od linijki autograf posterunkowej Gestapo, funkcjonującej oficjalnie jako Nowak.

Piękna historia. Uśmiechnął się i odłożył kartkę dokładnie tam, gdzie stała przed chwilą. Mimo że był wielkim, postawnym mężczyzną, ogarnęło go wzruszenie. Aby je odsunąć, podniósł klapę laptopa. Zamierzał natychmiast przystąpić do sporządzania zaległego raportu.

W momencie gdy rozciągał ramiona, rozległo się pukanie i do gabinetu wparował aspirant Brzeski. Był wysokim, przystojnym blondynem ubranym w doskonale dopasowany i wyprasowany mundur.

– Dzieńdoberek, komisarzu! – Uśmiechnął się szeroko i ruszył w stronę biurka. – Czy…

Deryło machnął ręką, jakby odganiał muchę. Mimo całej sympatii czy wręcz przyjaźni łączącej go z aspirantem nie miał ochoty na sceny.

– Nie można mi w niczym pomóc, a za wszelkie gratulacje serdecznie z góry dziękuję – bąknął, po czym odwrócił się do ekranu. – Niech to będzie normalny dzień. Jakby to całe gówno nigdy się nie wydarzyło.

– Jasne!

Niezrażony słowami komisarza Brzeski mimo wszystko podszedł do niego i przyjacielsko klepnął go w ramię.

– I tak wielkie brawa, komisarzu!

– Czy mam się powtarzać?

Aspirant uśmiechnął się jeszcze szerzej i zawrócił do drzwi.

– Jak pan chce. Będziemy mieć dość czasu, aby się sobą nacieszyć.

Wychodząc, niemal wpadł na Haler. Puścił do niej oko, po czym wzruszył ramionami.

– Eryk jest w świetnej formie – rzucił na tyle głośno, by komisarz go usłyszał. Następnie chyłkiem wymknął się na korytarz.

– Jeśli i ty przyszłaś…

– Daruj sobie, tatuśku – Haler weszła Deryle w słowo. – Wiem, że masz ochotę pochlipywać ze wzruszenia, ale mam coś, co cię zainteresuje.

Deryło westchnął i oderwał wzrok od laptopa. W tym momencie Tamara rzuciła na biurko złożoną na pół gazetę.

– Igor Lubow popełnił samobójstwo – oznajmiła niby od niechcenia.

Wiedziała, że przed laty Deryło brał udział w śledztwie, które doprowadziło do ujęcia tego człowieka. Zabójca co prawda został zatrzymany przez śledczych na terenie Niemiec, lecz to zespół komisarza walnie się do tego przyczynił.

– Samobójstwo? On?

Haler skinęła głową. Nie zdążyła się jeszcze szczegółowo zapoznać ze sprawą, o której słyszała jedynie co nieco na zajęciach w Wyższej Szkole Policji. Wtedy zapewne po raz pierwszy zetknęła się z komisarzem – a wówczas aspirantem – Deryłą.

– Wiedziałam, że to cię zainteresuje.

– Lubow i samobójstwo… W sumie może właśnie tak to musiało się skończyć.

– Naprawdę był tak popieprzony, jak o nim mówiono?

Deryło odchylił się w fotelu i pokręcił głową.

– Nie, na pewno nie. – Ciężko sapnął. – Tego, co robił, po prostu nie dałoby się opisać.

 

 

 

 

7

 

 

Deryło sięgnął po gazetę i zerknął na zakreślony czerwonym markerem artykuł. Błyskawicznie przebiegł wzrokiem linijki, po czym łypnął na fotografię przedstawiającą elegancką, wręcz arystokratyczną twarz Lubowa. Mężczyzna nieco przypominał któregoś z książąt angielskich, choć nie był pewny którego. Doskonale pamiętał rysy zbrodniarza, jego maniery oraz dumną postawę. Pamiętał też jego napady szaleństwa, mimo których biegli uznali go za całkowicie poczytalnego zarówno w trakcie trwania procesu, jak i popełniania makabrycznych morderstw. Nie bez kozery nazywano go Bestią.

Autor notki prasowej rozwodził się nad okrucieństwem jego czynów. Jednocześnie przypominał, że Igor Lubow był poczytnym twórcą kryminałów, który mordował dokładnie w taki sposób, w jaki ginęli bohaterowie jego powieści. Właściwie robił wszystko, by świat jego fantazji przeplatał się z tym rzeczywistym. Śledczy powiązali jego książki z ofiarami zabójstw dopiero przy szóstej ofierze – powieszonej na odwróconym krzyżu i wypatroszonej. Początkowo ich dedukcja skupiła się jednak na rzekomym szalonym naśladowcy bohatera literackiego.

Lubow skutecznie wodził ich za nos. Udawało mu się zachować alibi i fabrykować dowody przeciwko innym. Robił to tak sprawnie, że przez moment zaczęto się nawet obawiać o jego życie. I właśnie ta nadgorliwość przyczyniła się do jego upadku. Wbrew procedurom, mimo braku jego zgody, został objęty ochroną. Formalnie działania operacyjne nosiły całkowicie inne miano, lecz sprowadzały się do roztoczenia nad Lubowem pewnej pieczy. Pisarz szybko zorientował się, co się święci, lecz nadal prowadził swoją grę. Wtedy między innymi Deryło zwrócił uwagę na jego pewne nietypowe zachowania…

– To samobójstwo miało miejsce ponad tydzień temu. – Zabębnił nagle palcami w gazetę. – A zdaje się, że ten brukowiec ukazuje się codziennie.

– Tak.

– Wobec tego zapewne jest jakieś drugie dno?

Haler uśmiechnęła się znacząco.

– Akurat nie w tym przypadku. Przynajmniej nie w zamierzeniach dziennikarzy.

– To znaczy?

– Informację o śmierci Lubowa przekazano mediom wczoraj wieczorem. Wcześniej nikt nie puścił pary z gęby i nie pojawiła się nawet żadna plotka.

Deryło zmarszczył czoło. Pochylił się nad biurkiem i oparł dłońmi o blat. Haler w końcu usiadła na krześle naprzeciw niego. Zaczesała włosy za uszy, po czym przygryzła usta. Bawiła ją ciekawość wręcz ucieleśniająca się na twarzy komisarza.

– Służby więzienne? – Deryło mruknął. – Chodzi o to, że chciały to ukryć?

– Lepiej unikać chryi, prawda?

– I tylko dlatego z tym przyszłaś? Przecież to jasne, że nikt nie chce srać w swoje gniazdo. A ja, nawet gdybym chciał, pewnie nie wyrobię się już na pogrzeb tego sukinsyna, więc serdecznie dziękuję za spóźnioną informację.

Haler założyła dłoń na dłoń i przekrzywiła głowę.

– Jednego psychopatę mniej… – szepnęła teatralnie, nie zważając na cynizm komisarza.

– Tych nigdy nam nie zabraknie, więc nie nastrajaj się zbyt optymistycznie. Coś jeszcze?

– Owszem. Jest coś bardzo ciekawego.

Deryło przeciągnął dłońmi po twarzy i cicho parsknął.

– Skąd ja to wiedziałem…

 

 

 

 

8

 

 

Boksery były jego ukochaną rasą. Giętkie, sprężyste, a przy tym dziecięco optymistyczne. Okrągłymi, nieco wytrzeszczonymi oczyma spoglądały na zdecydowanie zbyt nudny ich zdaniem świat.

Taki był jego Brytan. Ważył trzydzieści jeden kilo, miał mocne podcięcie i wyskok, jakby zamiast tylnych łap wszczepiono mu sprężyny. Przy tym przez długie fafle ślinił się tak, że zazwyczaj sznurówki śliny owijały jego kufę dokoła. A gdy zgrzany po intensywnym spacerze napił się wody i otrzepał… To właśnie był urok tej rasy.

Co najważniejsze, Robert Olbert miał do Brytana całkowite zaufanie. Przy jego czteromiesięcznej córce pies stawał się wcieleniem opanowania i opiekuńczości. Godzinami warował przy jej łóżeczku lub stał, opierając pysk o drewnianą poręcz. Dziewczynka mogła przekładać przez nią rączki, a wtedy bokser trącał je nosem, jakby dbając o to, by leżała bezpiecznie na swoim legowisku. Tak jak niejednokrotnie uczono i jego. Być może właśnie w nadmiernym ślinieniu się dostrzegał, że łączy ich naprawdę wiele.

Olbert uwielbiał te oba stworzenia. Żył tylko dla nich, przezwyciężając powracającą notorycznie chęć dołączenia do nieżyjącej żony. Kobieta zmarła dwa tygodnie po porodzie na skutek zakażenia i związanych z nim powikłań, pozostawiając go samego z noworodkiem. Szok był potężny. Przez pierwsze dni Olbert w ogóle nie potrafił zebrać się w sobie. Na przemian płakał i spał. Dziecko przebywało w szpitalu, aż w końcu chęć opieki zadeklarowała siostra jego żony – Daria. Sama była rozwódką, której dzięki dobremu adwokatowi przypadł wielki bliźniak na lubelskim Lipniaku. Po namowach Robert zgodził się zamieszkać w jego jednej części.

Daria była anestezjologiem i nieważne, jak zmęczona wracała z dyżurów, zajmowała się Oliwką. Nie doczekała się własnych dzieci, a jako rozwiedziona czterdziestojednolatka miała już wyjątkowo ograniczone perspektywy. Zapewne dlatego pokochała dziecko siostry jak swoje.

Olbert zdawał sobie sprawę z pewnej nienaturalności powstałej między ich trójką relacji, lecz starał się o tym nie myśleć. Tłumił w sobie jakiekolwiek zalążki uczucia do Darii. Choć od zawsze mu się podobała, stanowiła starszą i być może przez to mniej atrakcyjną wersję jego żony.

Teraz przypatrywał się, jak kobieta układa Oliwkę do snu. Obserwował zręczne ruchy jej dłoni, które już od pierwszego zetknięcia z niemowlakiem zdawały się wręcz stworzone do macierzyństwa.

„Świat jest okrutny” – pomyślał i energicznie wstał z krzesła. – „Bóg jest okrutny”.

Przeszedł obok Brytana, który jak zwykle przypatrywał się operacjom wykonywanym nad dzieckiem, i poklepał go po łbie. Bokser obrzucił swojego pana zdziwionym spojrzeniem.

– Boga nie ma – Olbert szepnął, na próżno doszukując się swojego odbicia w okrągłych, pełnych oddania oczach.

 

 

 

 

9

 

 

– Co takiego?

Deryło fuknął z niedowierzaniem. Sięgnął po leżącą na stosiku kartkę i odruchowo zaczął ją składać, nadając jej formę żurawia.

– Twierdzisz, że do redakcji „Kuriera” trafił list pożegnalny Lubowa?

– Albo napisany w jego imieniu – sprostowała Haler.

– Opublikowano go?

– Nie. Dziennikarze o dziwo od razu przesłali go do nas, a technicy właśnie zajmują się analizą. Wczoraj dotarły do mnie pierwsze wyniki.

– I?

Tamara lekko podniosła się z krzesła i sięgnęła do kieszeni. Wyjęła z niej czarno-biały wydruk, po czym podała go Deryle.

– Nie był szczególnie wylewny.

– Ponoć zawsze cechował go zwięzły styl, choć, prawdę mówiąc, jego książki czytałam dawno temu.

– Jego styl…

Deryło zamilkł kolejny raz, czytając krótki list.

 

Jestem niewinny, lecz proszę o rozgrzeszenie. To była tylko poza. Czas się przyznać, że z mojej ręki nie zginął żaden człowiek. Śmierć wciąż jest na wolności.

 

– Wspomniałaś o jakichś analizach – bąknął, ponownie spoglądając na Haler. – Coś ustalono? Badano styl, język, treść? Sprawdzono papier? Zdjęto z niego od…

– Tak, tak, tatuśku. Świat naprawdę kręci się bez twojej pomocy. Po odciskach palców oczywiście nie ma nawet śladu, a list napisano na maszynie – takiej samej, jakiej używał Lubow. Nie jesteśmy jednak w stanie stwierdzić, czy tej samej, bo miał ich co najmniej kilka. Poza tym po jego aresztowaniu część zaginęła.

– Gwizdnięto je.

Deryło pamiętał, że po tym, jak gruchnęła medialna informacja o zatrzymaniu Igora Lubowa, doszło do włamania do jego domu. Skradziono wiele pamiątek oraz rzeczy osobistych. Sprawców nigdy nie znaleziono, choć obstawiano, że byli to albo najzagorzalsi fani, albo cwaniacy liczący na wzrost wartości fantów w związku z kabałą, w jaką został uwikłany znany pisarz.

– Grafolodzy? – dopytał, mnąc złożonego przed chwilą żurawia.

– Uznali, że podobieństwo jest znaczne, ale nie mogą ocenić nic na sto procent. Lubow miał bardzo zmienny styl. Zmienność wręcz była jego cechą charakterystyczną znamionującą indywidualn…

– Dość, dość. Nie mam głowy do wywodów uniwersyteckich…

Haler zamilkła. Komisarz jak zwykle przerywał jej w momencie, gdy naprawdę zaczynała wczuwać się w temat. Zdawała sobie jednak sprawę, że czasem jej entuzjazm bywa przesadny.

– Wszystko sprowadza się do tego, że aby nadać ten list, Lubow musiałby wyjść z więzienia, napisać go i pójść na pocztę. – Deryło westchnął. – Potem potulnie wrócić do pudła i się zabić. A skoro nie wierzymy w zjawy i ich przenikanie przez ściany, to kompletnie niewykonalne. Totalna bzdura.

Choć silił się na kategoryczność, zabrzmiał wyjątkowo bez przekonania.

 

 

 

 

10

 

 

Po powrocie do domu Deryło uruchomił zakupioną przed paroma dniami bieżnię. Mimo że nie cierpiał w swoim otoczeniu nowoczesnych sprzętów, lekarze zalecili mu regularne ćwiczenia. Rozciąganie było niewystarczające. Do biegania w terenie stracił serce już parę lat temu. Poza tym coraz mocniej dusił go smród spalin i zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie ma początków astmy. Albo czegoś gorszego. Zdawał sobie sprawę, że ożył w nim gen hipochondryka.

Bieżnia wydawała się doskonałym rozwiązaniem. Mógł położyć przed sobą książkę lub włączyć gramofon i zatracić się w rozmyślaniach. Bez zastanawiania się, czy trasa jest prosta, i bez robienia wymuszonych przystanków na światłach. Bez wdychania spalin i omijania przechodniów. Mógłby co prawda podjechać do lasu lub na stadion, ale to wymagało zbyt wiele czasu. I samozaparcia.

Poza tym był typem domatora, choć w ostatnim czasie stracił radość spędzania czasu we własnych czterech ścianach. Przed ponad rokiem na jego oczach w samochód, w którym znajdowały się jego żona oraz córka, uderzył wielotonowy tir. Oba pojazdy zostały zakleszczone w wyniku siły uderzenia. Deryło obserwował wszystko ze szpitalnej sali, w której leżał jego brat. Dwie minuty wcześniej dał Ewie kluczyki i poprosił ją, by wróciła razem z Wiktorią do domu. Chciał pobyć z Romanem jeszcze chwilę sam na sam. Zamierzał wrócić taksówką. Jego brat od ćwierć wieku był w stanie wegetatywnym i ich rodzice chcieli podjąć decyzję o odłączeniu go od aparatury. Mimo to niektórzy lekarze utrzymywali, że istnieje szansa, że jakiś fragment mózgu Romana jeszcze pracuje. Ponoć w podobnych sytuacjach zdarzały się wybudzenia po niesamowicie długich okresach…

Zwiększył prędkość bieżni. Jego stopy dudniły o przewijającą się taśmę. Zaczął dyszeć, a pot przylepił czarny T-shirt do jego pleców. Już dawno powinien zrzucić parę kilogramów. Mimo gigantycznej postury zaniedbał się i mięśnie zaczęły powlekać się tłuszczem.

Nie zmieniło się to nawet po kilkutygodniowym pobycie w szpitalu oraz w klinice wybudzeń. Uwięziony w chłodni przez sadystycznego psychopatę okrył niemal całym swoim ubraniem ranną kobietę. Choć ją udało się uratować, sam doznał głębokiego wychłodzenia organizmu. Zapadł w śpiączkę, z której obudził się dopiero po dziesięciu dniach. Powrót do formy zajął mu kolejny miesiąc, lecz wydarzenia te zmieniły spojrzenie komisarza na wiele spraw.

Przede wszystkim po raz pierwszy od lat docenił swoją pracę. Uzmysłowił sobie, jak wiele dla niego znaczy i że nawet bez głupiej, papierkowej roboty czegoś mu brakuje. Oddał jej całe serce. Mimo że przed ostatnimi zajściami szykował się do emerytury, teraz wiedział, że będzie pracował jak najdłużej. W domu obcował jedynie ze wspomnieniami szczęśliwych chwil. Chwil, które już nigdy nie mogły powrócić. Ta okrutna świadomość przybijała go i zmusiła do pójścia na komendę nawet w trakcie zwolnienia. To wtedy Haler zrugała go za użalanie się nad sobą. Był jej za to szczerze wdzięczny.

Nastawił maksymalną prędkość bieżni i zacisnął zęby. Musiał dać z siebie wszystko. Mimo że serce tłukło mu się jak oszalałe, a pot lał strumieniami po karku i twarzy, tylko w ten sposób mógł zagłuszyć potok myśli… Przynajmniej próbował.