Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
13 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 228
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Magdalena Czubaszek, 2026 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktor inicjujący: Adrian Stachowski
Redaktorki prowadzące: Weronika Jacak, Agata Ługowska
Marketing i promocja: Agata Gać
Redakcja: Adrian Stachowski
Korekta: Katarzyna Dragan, Agata Piotrowska
Projekt typograficzny i łamanie: Grzegorz Kalisiak
Projekt okładki i strony tytułowe: Kamil Rekosz
Na okładce: zespół The Raincoats, kluczowy dla narodzin polskiej sceny alternatywnej, bohaterki rozdziału Fairytale in Warsaw. Od lewej: Paloma Romero przy perkusji, Vicky Aspinall, Ana da Silva i Gina Birch. Autorka fotografii: © Janette Beckman | Getty Images
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-92-0
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
„Z zamkniętymi oczami kariery nie zrobisz”, usłyszała Kasia Jarosz od specjalistki od ruchu scenicznego. Był koniec lat osiemdziesiątych. Pouczano ją, że powieki są jak kurtyna, którą trzeba uchylić, by widz mógł poczuć emocje. By mógł zostać zaczarowany.
Kasia jednak wolała na czas koncertu niczego nie widzieć. Na czarno-białych zdjęciach, na których oglądam krótką, bo zaledwie trzyletnią historię Wielkanocy, nowofalowego zespołu z Lubina, oczy ma zamknięte prawie zawsze. To odcięcie pozwalało jej wykrzesać siłę, by wykrzyczeć jeden z najbardziej niesamowitych wersów polskiej piosenki: Matka Boska robi szpagat. Grali wtedy w Jarocinie, konferansjer błędnie zapowiedział ich jako zespół z Lublina, jakby Lubin – to miedziane osiedle – nie mógł wypluć z siebie niczego poza surowcem.
Nie ma Matki Boskiej w szpagacie na serwisach streamingowych. Krąży wyłącznie w cyfrowym podziemiu YouTube’a, kwitowana krótkimi: „pamiętam”, „to była muzyka”.
W sierpniowe popołudnie 2024 roku Kasia nie czuje dumy ze swojego uporu.
– Mogłam posłuchać tamtej kobiety – mówi. – Ale ja zawsze po swojemu.
Tego „po swojemu” szukałam w muzyce Kasi i innych wokalistek, chórzystek i instrumentalistek. Jazzowych wirtuozek z dyplomami, performerek, poetek z domów kultury, które w alternatywnych zespołach odnajdywały swoją formę wyrazu. Kobiet, które w latach osiemdziesiątych najpierw budowały polską scenę alternatywną, a potem z niej wyparowały. Przez niemal pół wieku nie powstała ani jedna publikacja dokumentująca ich obecność. Poświęcona tylko im. Gdy na początku tej podróży próbowałam dowiedzieć się o nich czegoś więcej, słyszałam tylko: „Czemu było ich tak mało?” albo „Dlaczego dziewczyny nie grały?”. Oba pytania brzmiały jak echo tekstu Lindy Nochlin, która w 1971 roku wbiła kij w mrowisko, ironicznie tytułując swój esej Dlaczego nie było wielkich artystek?.
Zrozumiałam, że aby je znaleźć, muszę uprawiać archeologię. Szukałam tych dziewczyn na starych blogach, ziarnistych zdjęciach, forach internetowych, w ówczesnej prasie, przepytywałam ludzi. Odsłuchiwałam koncerty nagrane na kaseciakach i wyłapywałam z szumów głosy i słowa. Czytałam listy i dawno zapomniane recenzje na mikrofilmach. Notowałam też podpisy pod zdjęciami zagranicznych gwiazd: „powabna Nena”, „zawsze wyzywająca Cher”. Tropiłam wkładki do płyt wydawane w śladowych nakładach – bo czasem tylko tam można było znaleźć teksty piosenek, wywiad czy kalendarium zespołu.
Rozmawiałam z ponad sześćdziesięcioma osobami. Niektóre spotkania ciągnęły się miesiącami, przez komunikatory, inne były wielogodzinnymi wywiadami, a kilka krótkimi błyskami lub wręcz kłótniami off the record. Aby ten materiał okiełznać, dokonałam selekcji: zajmę się głównie latami osiemdziesiątymi. Nie szukam nowej muzyki z okresu po transformacji, nie wracam też do czasów bigbitu ani bluesa. Interesuje mnie moment największego wrzenia – i czasem jego epilog, który najczęściej nie miał happy endu.
Maja, wokalistka Oczi Cziorne, kobieta o potężnym głosie, unikała odpowiedzi na pytanie o dzisiejszą pracę, gdy rozmawiałyśmy w 2021 roku:
– Z innej bańki, chwilowa rzecz – rzuciła tylko.
– Sprzątam na dwa etaty – zdradziła mi Kasia Jarosz.
– Mam tysiąc złotych z MOPS-u i osiem złotych emerytury – śmiała się Irena Jagiełka, w latach osiemdziesiątych najlepsza multiinstrumentalistka, która grała na ulicy, w zespołach jazzowych, po berlińskich scenach, ale potrafiła też dokonać inwazji podczas koncertu Maanamu.
– Jeszcze to zmienię. A jak nie, to na stare lata zostanę anarchistką i wyjadę do Francji – dopowiedziała Maja.
– We Francji, u rodziny, u której opiekowałam się dzieckiem, stało pianino, nuty Erika Satiego. Wreszcie mogłam sobie spokojnie pograć – wspominała Jowita.
– Czytałaś Biegnącą z wilkami? – spytała mnie Magda Kalenik, twórczyni fantomowego zespołu Bexa Lala, który miał być pierwszą kapelą hardcorepopową w Polsce.
Znalazłam tę książkę. Clarissa Pinkola Estés pisze w niej, że „kobiety musiały dopraszać się o narzędzia i miejsce do uprawiania sztuki”, a gdy im odmawiano, „tańczyły w piwnicach albo po drodze do śmietnika”. Tam właśnie się skierowałam.
Na przejściu granicznym w Berlinie strażnicy oglądali pokrowce na gitary i bagaże. W plecaku Any zobaczyli czarną męską marynarkę i garniturowe spodnie, też czarne. Potem płyty oraz kolorowe skarpetki. Dokładnie obejrzeli gitarę elektryczną Hayman, rocznik 1974. Kiwali głowami, cmokali z przekąsem. Może ten instrument był jednak zbyt fajny, by go przepuścić?
Jeremie też miała gitarę. Jeszcze starszą, Gibson Les Paul, rocznik 1970. W jej torbie błyszczały skórzane metaliczne spodnie i kozaki na monstrualnych szpilkach, pod kolor spodni, z sięgającą ponad kolano cholewą.
Następnie wyciągnęli bas Giny. Nic zaskakującego jak na lata siedemdziesiąte: Epiphone EB-3 CH. Na dnie plecaka miała jeszcze różowe rurki.
Simon i Nick mieli najmniej. Możemy założyć, że jako perkusista Nick wziął pałeczki.
W końcu strażnicy zabrali dziewczynom parę książek, płyt i kaset. Jeremie, Amerykanka, była w szoku. Myślała, że skoro nie przewozi marihuany ani nic takiego, nic się nie stanie. Ana przeciwnie. W końcu wychowała się w Portugalii rządzonej przez tyrana Salazara. Była gotowa na to, co spotkało ich na granicy.
Podróż trwała już kilkanaście godzin. Marzyli, żeby się położyć. Ale strażnikom na dworcu czas płynął inaczej. Mieli go pod dostatkiem i zamierzali go wykorzystać, żeby nauczyć przyjezdne moresu. Przypomnieć, że w socjalizmie panuje równość, więc – sorry, Raincoats, czy jak tam się nazywacie – kontrolę przechodzą wszyscy. Tyczyło się to także ich towarzyszy, artysty Simona Bramleya i siostry Any, która cudem przewiozła przez granicę kamerę.
Po wszystkim padli do łóżek w malutkim przedziale. Pierwszy raz jechali pociągiem z kuszetkami.
„Za moment zapalny, który wywołał pospolite ruszenie polskiego punku, uchodzi koncert The Raincoats, który odbył się w warszawskim klubie Riviera-Remont w kwietniu 1978 roku”, napisał wiele lat później dziennikarz muzyczny Rafał Księżyk. „Miały w sobie czad. Szczególnie basistka. Ostry strzał”, opowiadał mu Robert Brylewski, muzyk, jedna z najważniejszych postaci polskiej kultury alternatywnej.
– To był dla mnie szok. Ten koncert zmienił moje życie – powiedział mi Kamil Sipowicz, pisarz i dziennikarz, badacz kontrkultury, znany jako mąż Kory z Maanamu.
I Am – International Artists Meeting, Jestem – międzynarodowe spotkanie artystów. Tak nazywała się impreza w Warszawie, na którą zmierzał z Londynu zespół The Raincoats. Pierwszy w Polsce taki festiwal organizowała placówka artystyczna Galeria Remont, w osobie jej twórcy i kierownika Henryka Gajewskiego, charakterystycznego faceta w różowych okularach, z brodą i petem w mordzie.
Gajewski prawdopodobnie dowiedział się o The Raincoats z krążących po Europie listów i pocztówek. Tak działał mail art, podstawowe narzędzie międzynarodowej komunikacji artystów tamtego czasu, awangardowy internet epoki analogowej – sieć tysięcy adresów przedstawicieli świata sztuki. Bez mail artu Gajewski nie miałby ani adresu dziewczyn, ani ich fotografii, które wydrukował na setkach ulotek zapowiadających koncert w Warszawie.
Wiele wskazuje, że zdjęcia zespołu przesłali Henrykowi performerzy z londyńskiego duetu Reindeer Werk. Byli w Warszawie dwa lata wcześniej. Wystąpili w Remoncie – rzucali się na ściany, tarzali po scenie, ocierali o siebie jak zwierzęta. Dla niektórych był to widok przykry, dla innych – objawienie. Historycy sztuki pisali później, że Reindeer Werk byli lustrem ludzkich lęków i udowadniali, „jak bardzo ludzie boją się własnych instynktów”. Gajewskiego natomiast ciekawili ci, którzy odważyli się przekraczać granice. Reindeer Werk byli jego pierwszym eksperymentem, a The Raincoats – kolejnym.
O międzynarodowym spotkaniu artystów i towarzyszącym mu koncercie informował plakat na tanim papierze zawieszony na korytarzu warszawskiej polibudy:
Socjalistyczny Związek Studentów Polskich
Centrum Klubowe Politechniki Warszawskiej
„Riviera-Remont”
ul. Waryńskiego 12a, 00-631 Warszawa
The Raincoats
(z Londynu)
Pierwszy w Polsce koncert
Punk Rock
W dniach 1.04.78 (sobota) i 2.04.78 (niedziela)
W godz. 17.00 i 20.00
Bilety do nabycia w hallu DS. „Riviera” w godz. 14.00–16.00
Rezerwacja telefoniczna 25-74-97 w godz. 16.00–18.00
Gdy plakat zawisł, Gajewski został poproszony na dywanik do zarządu głównego Socjalistycznego Związku Studentów Polskich.
– Mamy sygnały, że zaprosił pan zagranicznych gości. Kto panu na to pozwolił? – zapytał przewodniczący związku.
– Ale to tylko spotkanie artystyczne – tłumaczył Gajewski.
– Impreza się nie odbędzie.
A tyle już się narobił. Tyle nakombinował, by zdobyć kontakty do performerów z Japonii czy Meksyku. Wszystko na nic? Gorączkowo szukał rozwiązania. Krążył po mieście, aż w myślach zobaczył koleżankę pracującą na poczcie. Pobiegł do jej placówki.
– Musisz mi pomóc. Chodzi o jedną wiadomość.
Razem nadali telegram, Gajewski wrócił do zarządu, położył na stole kartkę i triumfalnie oświadczył:
– Przyjeżdżają.
Jeden z notabli uniósł brwi, sięgnął po papier i przeczytał: We are happy to come to Warsaw. Thank You for inviting us. John Lennon and Yoko Ono. (Z radością przyjedziemy do Warszawy. Dziękujemy za zaproszenie. John Lennon i Yoko Ono.)
– ...Naprawdę? – zapytał sekretarz.
– Yhy.
Chwilę pocmokali, w końcu ktoś zaproponował:
– A może by to wykorzystać?
– Moglibyśmy pokazać się w dobrym świetle. Zrobić Polsce trochę reklamy!
– ...I Partii.
Sekretarz zaciągnął się papierosem, hojnie obdarzając płuca nikotyną.
– Dobrze. Ale pod jednym warunkiem. – Uniósł palec. – Impreza zamknięta. Na zaproszenia. Z zewnątrz nikt nie wchodzi.
– Oczywiście.
Kilka dni później do SZSP przyszedł drugi telegram od Johna i Yoko: We are extremely sorry. We are just sick. We cannot come this time. (Bardzo, bardzo nam przykro. Jesteśmy chorzy. Tym razem nie możemy przyjechać).
Pieniądze na festiwal jednak poszły, a pozostali artyści byli w drodze. Już nie dało się zatrzymać imprezy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
