Bastion u wrót Gdańska - Maria Flisowska,Zbigniew Flisowski - ebook

Bastion u wrót Gdańska ebook

Maria Flisowska, Zbigniew Flisowski

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna Gminy Pruszcz Gdański

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 118

Rok wydania: 1985

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Maria i Zbigniew Flisowscy

BASTION

U WRÓT GDAŃSKA

Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia”

Warszawa 1985

 

Opracowanie graficzne

JERZY TREUTLER

Fotoserwis Autorów

Redaktor

MARIA LISKOWACKA

Redaktor techniczny

MARIA BOCHACZ

Korektorzy

ALEKSANDRA DMOWSKA

NAWOJKA PELIWO

® Copyright by Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1985

GDAŃSK

Odwiedziny

Czasem, gdy zdarza mi się schodzić w stronę sopockiego mola piękną ulicą, która nosi imię Bohaterów Monte Cassino, z pamięci wyłania mi się dawny jej obraz — zatrzymuję się wtedy przed księgarnią, a potem — jak to bywa — przed sklepem komisowym, gdzie na wystawie lśnią przeróżne drobiazgi przywożone przez marynarzy z dalekiego świata. Tu właśnie przed półwieczem na tej ulicy oznaczonej tabliczką z gotyckim napisem „Seestrasse”1 znajdował się ogromny sklep z zabawkami, które oszałamiały wyobraźnię dziesięcioletniego chłopca. Modele żaglówek i jachtów, nadmuchiwane ogromne piłki plażowe, elektryczne kolejki różnych rozmiarów i długości torów wypełniały wnętrze sklepu, w którym zresztą niewielu było kupujących — wszystko to było bardzo drogie i wymagało kieszeni wypełnionej srebrnymi gdańskimi guldenami z herbem miasta na jednej stronie i wizerunkiem kościoła Mariackiego na drugiej.

...Płynąc tu z ojcem w roku 1934 małym białym stateczkiem o wdzięcznej nazwie „Wanda” czekałem z niepokojem na moment przybicia do sopockiego mola — po pierwsze, stateczek przeraźliwie gwizdał i starałem się wcześnie uchwycić ten moment... aby zatkać sobie uszy; po drugie, czekał nas obrządek okazywania dowodów osobistych gdańskiemu policjantowi wyglądającemu bardzo sztywno w szarym, metalowym, skomplikowanego kształtu kasku i mówiącemu obcym gardłowym językiem.

Stawiając stopę na sopockim molu miałem w jakiś sposób przekroczyć granicę, Sopot bowiem wraz ze swym molem należał do terenu Wolnego Miasta Gdańska, który na ściennej mapie wiszącej w gabinecie mojego ojca zamalowany był na ciemnozielony kolor. Ciemnozielona plama oznaczająca powierzchnię 1853 kilometrów kwadratowych obejmowała ujście Wisły i sąsiadowała z różową wielką plamą niemieckich Prus Wschodnich, sięgających na południu aż po rejon Lidzbarka i Działdowa, niedaleko więc od Warszawy. Na zachód od owej zielonej plamy ciągnął się z południa na północ nieregularny kształt naszego Pomorza Gdańskiego ściśnięty od zachodu wielkim masywem Pomorza Zachodniego, niestety zakolorowanego tą samą barwą, co Prusy Wschodnie...

Tak to niezbyt wesoło wyglądało wtedy na mapie i tego polskiego morza było w sumie bardzo niewiele. Gdy wśród przeraźliwych gwizdów „Wandy” stawiałem drżącą stopę na belce mola sopockiego, pod którym falowała czarna woda Gdańskiej Zatoki, nie znałem jeszcze skomplikowanej gdańskiej historii — to co w roku 1934 widziałem, przemawiało do mnie przede wszystkim starym pięknem i bogactwem. Zwłaszcza urzekające były sklepy Sopotu i sam stary Gdańsk. Na Długim Targu pachniało bursztynem — unosił się w powietrzu ten delikatny, ale przenikliwy, słodki zapach bałtyckiego złota toczonego w przelicznych małych warsztatach. Wyrabiano z niego mnóstwo pięknych rzeczy, od spinek i korali do wspaniałych modeli gdańskich żaglowców kosztujących na owe czasy astronomiczne sumy.

Wnętrze Dworu Artusa tchnęło starą morską potęgą miasta. W wielkiej sali ozdobionej obrazami starych mistrzów stały ogromne dębowe długie stoły i zapraszały do kosztowania gdańskich smakołyków i słynnej wódki gdańskiej, w której pływały cieniutkie płatki złota. Nad stołami zwisały z sufitu z wielką maestrią wykonane modele dawnych żaglowców, które ongi współtworzyły bogactwo portu i miasta. Tu kiedyś gdańscy mieszczanie w wolnych chwilach na przemian ćwiczyli się w fechtunku i popijali wino...

Na przedprożach ratusza dwa kute w kamieniu lwy miały na trzymanej w łapach tarczy herb miasta — krzyże z koroną. Obydwa lwy łby zwróciły w stronę bramy wjazdowej, tam skąd zwykł nadjeżdżać król polski.

Była gorąca pierwsza dekada sierpnia. Po południu, gdy słońce poczęło schodzić ku pokrytym patyną dachom kościołów gdańskich, pojechaliśmy na słynny Jarmark Dominikański odbywający się z dala od miasta. Trwał on tradycyjnie 14 dni i stanowił ciąg jarmarkowych zabaw, festynów, a także — o czym miałem się przekonać tego popołudnia — świetnego „wesołego miasteczka”.

Ku pewnej swej uldze stwierdziłem, że „amerykańska kolejka” nie miała tu tak wariackich spadków jak warszawska (ulokowana wówczas na Pradze niedaleko ZOO) — w każdym razie żołądek pozostawał na swoim miejscu, a przyjemność śmigania w wagoniku na czteropiętrowej wysokości i brania przy tym ostrych wiraży zapierała dech, zwłaszcza że oglądało się równocześnie ogromną — zdawało się — bezkresną panoramę jarmarku, który błyskał kolorowymi światłami, rakietami i tętnił muzyką.

Obejrzawszy „beczkę śmiechu” oraz „beczkę śmierci” z wielkim popisem odważnego motocyklisty, który krążył równolegle do ziemi po wewnętrznej ścianie krągłej budowli pomalowanej na jaskrawożółty kolor, ruszyliśmy ku strzelnicom — ojciec mój chciał zobaczyć, jak — wprawiony już w strzelaniu — dam sobie radę z miejscowymi wiatrówkami, które zresztą z racji ciągłego używania okazały się nie najwyższej jakości; wybrałem sobie najlepszą, jaka była, włożyłem „miotełkę” do komory nabojowej, z pewnym trudem domknąłem lufę. Przede mną była tarcza o 12 kręgach, do jakiej nie byłem przyzwyczajony, nadto od ósemki w górę zaczerniona, co na mój gust utrudniało celowanie (byłem przyzwyczajony do tarcz używanych wtedy u nas na strzelnicach, gdzie czarne były tylko „9” 6 i „10”).

Właściciel strzelnicy na migi powiedział, że mam prawo do dwóch strzałów próbnych oraz — rzecz prosta — do nagród, jeśli wystrzelam od 34 punktów w górę w trzech strzałach. Stary Gdańszczanin, który nie znał ani słowa po polsku, uśmiechał się lekko podając mi naboje — cóż taki mały „junger Pole”2 bierze się do dużej wiatrówki... Na szczęście miałem prawo do podpórki — oparcia łokci na ladzie strzelnicy. Wycelowałem pod tarczę i trafiłem dołem w dziesiątkę na linii pionowej symetrii, wziąłem poprawkę i drugim strzałem próbnym trafiłem w jedenastkę. Obok nas stanęło kilka osób, zaczęło się przyglądać i wymieniać uwagi po niemiecku. Widząc w ich oku niedowierzanie poczułem zimny gniew — zebrałem się w sobie, możliwie najlżej ściągnąłem spust i wyszła dwunastka — sam środek tarczy. Niemiec przestał się uśmiechać i w milczeniu załadował wiatrówkę. Następna dwunastka! Zanosiło się na sensację: jeśli trzeci raz trafiłbym w dwunastkę, miałbym prawo wybrać nagrodę najwyższego rzędu — na przykład ścienny zegar starej gdańskiej roboty.

Właściciel strzelnicy nagle oświadczył, że wiatrówka się nie domyka (nie było to prawdą) i wręczył mi inną — mimo to trzeci pocisk utkwił w linii kręgu dwunastki — co w polskim strzelectwie sportowym uznawane było, i słusznie, za dwunastkę; Niemiec nie chciał się z tym zgodzić i twierdził, że trafiłem w jedenastkę! Protestowaliśmy, ale nie ustąpił — rzecz szła przecież o zagrożony ścienny zegar! Ostatecznie wręczył mi wielką butelkę wina; wzięliśmy pod pachę zdobycz — z której niewiele ze względu na wiek mi przyszło — i tak zakończyliśmy zwiedzanie Dominikańskiego Jarmarku, pokazawszy pewną strzelecką klasę wobec obcojęzycznej publiczności.

Był to, oczywista, tylko drobny epizod, może i drobna uraza, która me była w stanie zatrzeć wrażeń wielkiego, skupionego na niewielkiej przestrzeni historycznego piękna i takim Gdańsk z tej pierwszej wizyty zapamiętałem.

W mojej młodej głowie nie wyobrażałem sobie, że po pięciu latach wybuchnie największa w dziejach wojna, która swym krwawym blaskiem spowije przede wszystkim niedaleki gdański półwysep Westerplatte z jego polską załogą. I nie przypuszczałem też, że zademonstrowane w Gdańsku w roku 1934 umiejętności przydadzą mi się na morzu w walkach o szeroki brzeg morski jedenaście lat później w roku 1945.

A przecież oznaki tego, co może się stać, widniały już na terenie Gdańska i Sopotu w postaci licznych flag hitlerowskich wywieszonych bez szczególnej okazji i aroganckiego zachowania się na brunatno umundurowanych członków hitlerowskiej organizacji SA i hitlerowskiej młodzieży (Hitlerjugend) kroczącej w krótkich brunatnych portkach, brunatnych koszulach i obnoszącej się z groźnie wyglądającymi sztyftami o rękojeściach ozdobionych emaliowaną swastyką.

Początki

...Jarmark Dominikański, w którym — rzec można — wziąłem czynny udział w roku 1934, miał wieki całe sięgającą tradycję, niewiele młodszą od samego Gdańska. Jako osada grodowa pojawia się Gdańsk w dziejach — co można stwierdzić na podstawie wykopalisk — pod koniec X wieku. Powstał w zakolu utworzonym przez dopływ Wisły — Motławę; obie rzeki oraz bagna i dwie mniejsze rzeczki Belestruna i Siedlica tworzyły optymalne — jak byśmy powiedzieli dzisiaj — warunki obronne. Co prawda gród ówczesny był odległy o 4 kilometry od Bałtyku, ale miało to swe zalety — chroniło przed niespodzianym napadem pirackim od strony morza. Gród gdański obwarowany był wielkim wałem szerokim u podstawy na 15-20 metrów i wysokim na 10 metrów. Swoją drewniano-ziemną konstrukcją z charakterystycznymi drewnianymi hakami nie różnił się od podobnych obwarowań na całym terenie państwa Mieszka I. Gdańsk w tym czasie pojawia się na kartach pisanej historii — gród wspomniany jest we wczesnośredniowiecznym utworze „Żywot św. Wojciecha” jako urbs Gydanyzc — co odpowiada jego ówczesnej i dzisiejszej nazwie. Jest w opisie wyprawy misyjnej św. Wojciecha, który niedaleko Gdańska poniósł śmierć męczeńską z rąk Prusów, wiadomość ważna, wskazująca na istnienie w owym czasie urządzeń portowych. Statek wiozący w nocy zwłoki św. Wojciecha miał się kierować do brzegu według płonącego światła, które spełniało funkcję dzisiejszych latarni morskich. Z dokumentu wystawionego w okresie panowania Bolesława Śmiałego w roku 1065 dowiadujemy się o istnieniu komór celnych w kilku miejscach biegu Wisły, po której prowadzona była żegluga aż do samego morza. Niewątpliwie sam Gdańsk musiał w tym czasie czerpać już pewne zyski z owego handlu wiślanego, a najprawdopodobniej już i z bałtyckiego. W znaleziskach archeologicznych tego czasu w Gdańsku znajdują się monety polskie, angielskie, duńskie, niemieckie i przedmioty pochodzące z ówczesnego importu, między innymi szklane naczynia szlifowane z Nadrenii, okucia pochew mieczy ze Skandynawii, naczynia do transportu wina z Rusi Kijowskiej. Oprócz szlaku wiślanego wiodło w głąb Polski kilka dróg handlowych:

— Droga handlowa przez Tczew, Gniew — Świecie do Krakowa i na Węgry, zwana drogą królewską.
— Droga handlowa biegnąca w tym samym kierunku przez Lubiszewo i Starogard — tak zwana droga kupców (via mercatorum).
— Droga handlowa przez Raciąż, Tucholę, Nakło do Wielkopolski, na Śląsk oraz do Czech.
— Droga handlowa w stronę Szczecina przez Słupsk i Kołobrzeg. W miarę rozwoju wymiany handlowej pojawiają się w Gdańsku sukna angielskie i flandryjskie, w wywozie dominować będą suszone ryby, futra, skóry, bursztyn i produkty leśne.

Obok więzów gospodarczych ważne były więzy kościelne Gdańska z ziemiami polskimi. Oto z dokumentu wystawionego w roku 1148 we Włocławku dowiadujemy się, że gród gdański stanowi własność biskupa kujawskiego i płaci mu dziesięcinę z grodu oraz od opłat portowych, uiszczanych przez zawijające do portu statki. Istotna to bardzo wiadomość, bo pochodząca przecież z okresu rozluźnienia więzów państwowych łączących ziemie polskie po śmierci Bolesława Krzywoustego w roku 1138.

Historycy podkreślają również, że życie gospodarcze, polityczne, prawne Gdańska i ziem wokół niego leżących nie różniło się od życia reszty ziem polskich — świadczy o tym również ówczesne słownictwo. „Nazwy król, stróża, brona, narzaz, targowe, ujazd są jednakowo stosowane na całym obszarze od Karpat po Gdańsk przy ujściu Wisły”3.

Świętopełk, Przemysł, Krzyżacy

Pod koniec XII wieku pojawia się na Pomorzu Gdańskim rodzima dynastia książęca, co do której pochodzenia różne wypowiadane są opinie — być może wywodziła się z jednej z bocznych linii piastowskich, od namiestnika polskiego lub którejś z możnych rodzin miejscowych. Rządzić ona będzie Gdańskiem i Gdańskim Pomorzem przez cały wiek.

Najwybitniejszy jej przedstawiciel Świętopełk, panujący niemal przez poł wieku (1220—1266), rozwinął gród, port i handel gdański i pierwszy z książąt polskiego obszaru starł się z Krzyżakami, którzy wkrótce po osiedleniu się w Ziemi Chełmińskiej zapragnęli opanować ujście Wisły. Pozbawiony pomocy książąt piastowskich musiał w końcu oddać Krzyżakom ziemie położone na prawym brzegu dolnego biegu Wisły. Świętopełk dokonał rzeczy ważnej dla rozwoju i umocnienia tu kultury polskiej sprowadzając konwent dominikanów z Krakowa. Konwent znalazł siedzibę w najstarszym parafialnym kościele gdańskim pod wezwaniem św. Mikołaja4.

I właśnie z czasów Świętopełka, z roku 1260, pochodzi Jarmark Dominikański, ustanowiony na dzień świętego Dominika — 4 sierpnia. W tym czasie już miasto używa pieczęci, na której widnieje statek morski świadczący o nowym charakterze rosnącego portu i miasta, Które rozwinęło się i bardzo zbliżyło do morza.

Świętopełk dla ożywienia i rozwoju handlu nawiązał stosunki z Lubeką, najwybitniejszym miastem związku hanzeatyckiego, organizacji miast nadmorskich, która odgrywała czołową rolę w europejskim handlu. Do Gdańska poczęli w tym czasie napływać osadnicy z Niemiec i osiedlać się w rejonie dzisiejszego Starego Miasta. Następcy Świętopełka: Warcisław — książę gdański, i Mszczuj II — książę świecki, wadzili się o schedę wzywając do pomocy Krzyżaków i Brandenburczyków. Na placu boju o władzę pozostał po zgonie Warcisława w roku 1271 Mszczuj II, który zdał sobie sprawę, jak kiepskich, bo zaborczych i chciwych, upatrzył sobie sojuszników. Wzrok swój przeto zwrócił w stronę Wielkopolski. I to książę Wielkopolski Bolesław Pobożny pomógł mu w następnym roku odzyskać Gdańsk, opanowany przejściowo przez Brandenburczyków z pomocą niemieckich mieszczan.

W roku 1282 książę gdański Mszczuj II i książę Wielkopolski Przemysł II zjechali się w Kępnie wielkopolskim i tutaj Mszczuj II dokonał darowizny swego księstwa na rzecz Przemysła II. Widział w nim jedynego władcę, który mógł się oprzeć i Krzyżakom, i Brandenburczykom. Akt darowizny przygotowany przez opata klasztoru oliwskiego zawiera ważkie słowa:

„...Przeto my Mszczuj — z łaski Bożej książę Pomorza, czynimy wiadomym tak obecnym, jak i potomnym, którzy niniejszy dokument zobaczą, że my ani siłą, ani obawą nie zmuszeni, z własnej dobrej woli za nas i naszych następców i spadkobierców, tytułem prawdziwej i czystej darowizny wśród żyjących dajemy, przekazujemy, odstępujemy naszemu umiłowanemu syneczkowi dostojnemu księciu Przemysłowi, z łaski Bożej księciu Polski (Wielkopolski) całą ziemię naszego księstwa... Wprowadzając go w prawo i miejsce nasze i ustanawiamy go naszym namiestnikiem...”

Był to akt wielkiej historycznej wagi, zwłaszcza że pojawiały się już szanse na ponowne zjednoczenie Polski przez wielkopolskiego księcia. Przemysł koronował się w roku 1295 na króla Polski, ale w rok później został zamordowany w Rogoźnie z poduszczenia Brandenburczyków i w ten sposób ponowne włączenie Pomorza do państwa Piastów odsunęło się o półtora wieku.

Szczególnie tragiczne wydarzenia dotknęły Gdańsk za czasów Władysława Łokietka, dziedzica władztwa Przemysła II. Oto gdy Gdańskowi zagrozili w roku 1308 Brandenburczycy, namiestnik Łokietka Bogusza wezwał na pomoc Krzyżaków, którzy dotychczas w podobnych wypadkach zachowywali się lojalnie, niepewni jeszcze swej siły. Tym razem stało się inaczej. Przybywszy do zamku i wzmocniwszy jego obronę, nie chcieli go opuścić; usunęli wkrótce szczupłą załogę polską i 14 listopada dokonali rzezi w dzielnicy rybackiej grodu, w której zginęli walcząc wszyscy polscy rycerze. Zniszczyli też ogniem znaczną część Gdańska, spalili siedzibę konwentu krakowskich dominikanów. Tak pisze Stefan Żeromski w pięknej książce „Wiatr od morza”:

„Połyskując w świetle ostrzem nastawionych grotów, obnażonych mieczów i wzniesionych toporów wbiegli na rynek. Poprzez wywrócone stragany i budy przekupniów, poprzez zwierzęta i stosy towarów czarne wojsko krzyżackie rzuciło się skokiem na lud zgromadzony. Rąbano od ucha, ktokolwiek stał pod ostrzałem topora. Ścinano łby kupców i chłopów, siekąc z ramienia aż do pasa. Ginęły baby i dziewki. Grot dzidy przeszywał porówno panów i kuglarzy. Trup rybaka walił się w gnojowisko świni, a bartnik padał w kadź z rybami.”

Ocalała ludność słowiańska przesiedlona do odrębnej dzielnicy, zwanej Osiekiem — w rozruchach roku 1363 dała wyraz swym uczuciom i pamięci o bitwie pod Płowcami obwołując się hasłem „Kraków”, o czym wspomina kronika wielkich mistrzów krzyżackich: „Niemcy zabili wielu Polaków dlatego, iż jawnie krzyczeli Krakaw, Krakaw...” Półtora wieku trwające rządy krzyżackie w Gdańsku w pierwszej fazie przyniosły miastu pewien rozwój: powstały nowe budowle, umocnienia, domy i kościoły, nastąpił wszakże wyraźny już podział miasta, z wyodrębnieniem Głównego Miasta wokół kościoła Najświętszej Marii Panny zamieszkanego przez mieszczan niemieckich. Natomiast pozycja miasta została zdegradowana — z siedziby książęcej do siedziby krzyżackiego komtura. Zakon nie zdobył jednak przychylności mieszczan niemieckich. Przy pierwszej okazji po bitwie pod Grunwaldem opowiedzieli się za Polską i... krwawo za to zapłacili. Burmistrzowie Konrad Leczkow i Arnold Hecht oraz rajca Bartłomiej Gross, zięć Leczkowa, zostali podstępnie przez Krzyżaków zwabieni i zamordowani. Można po dziś dzień oglądać ich płytę nagrobną przed kaplicą św. Jadwigi w kościele Najświętszej Marii Panny...

Powrót do Polski i rozkwit