Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Banda z Norrtull (szwedz. Norrtullsligan. Elisabeths Krönika) to debiutancka powieść szwedzkiej pisarki, Elin Wägner, opublikowana w 1908 roku. Oś fabularną stanowi historia czterech nisko opłacanych pracownic biurowych: Elisabeth (Pegg), Magnhild (Baby), Emmy i Evy, które dzielą dwa wynajęte pokoje przy Norrtullsgatan w Vasastan w Sztokholmie.
Młode, niedoświadczone i kiepsko zarabiające kobiety próbują zdefiniować swoją pozycję we współczesnym im społeczeństwie i na rozwijającym się wielkomiejskim rynku pracy. Każdego dnia muszą walczyć o przetrwanie, radzić sobie z zimnem i głodem w domu, a także z molestowaniem seksualnym w biurze oraz z brakiem akceptacji i niedocenianiem ich profesjonalnych kompetencji ze strony kolegów. Aby uzyskać lepsze wynagrodzenie, niektóre z nich próbują strajkować, co jednak nie poprawia ich sytuacji — wręcz przeciwnie. Mimo tych trudności dziewczęta, marząc o innym życiu, znajdują oparcie w przyjaźni i solidarności. Powieść Wägner stanowi interesujący portret młodych, wrażliwych kobiet, które zderzają się z trudną rzeczywistością wielkiego miasta, dążąc do samowystarczalności i równości. Jak potoczą się losy czterech przyjaciółek? Czy Pegg poradzi sobie z wyzwaniami zawodowymi, jakie stawia przed nią szwedzka stolica, i odnajdzie miłość życia w zimnym Sztokholmie?
Narratorką tej historii jest Elisabeth (notabene tak właśnie brzmi trzecie imię autorki), a tekst ma postać nieregularnie prowadzonego pamiętnika. Syntetyczna, niepozbawiona — mimo poruszanej problematyki — lekkości i humoru forma wskazuje na widoczny już w debiutanckiej publikacji talent literacki Elin Wägner.
Powieść była początkowo wydawana w odcinkach w „Dagens Nyheter”, a pod koniec kwietnia 1908 roku ukazała się w formie książkowej. Tak o Bandzie z Norrtull pisał wówczas recenzent, Ernst Beckman: „W stylu, który pod pozorną niedbałością wpisu do pamiętnika kryje w sobie zręczną kalkulację artystyczną i niezwykle czujną obserwację, opowiedziano tu losy kilku kobiet, jakich nasz drogi Sztokholm ma na sumieniu setki”.
Dzieło szwedzkiej pisarki zostało w 1923 roku przeniesione na ekran kinowy. Reżyserem filmu był Per Lindberg, a w głównych rolach wystąpiły Tora Teje, Inga Tidblad, Renée Björling i Linnéa Hillberg.
Autorką przekładu, który publikujemy na portalu Wolnych Lektur, jest Paulina Rosińska.
Powieść Banda z Norrtull Elin Wägner jest dostępna jako e-book w formatach EPUB i MOBI oraz jako PDF.
Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.
Elin Wägner
Banda z Norrtull
tłum. Paulina Rosińska
Epoka: Młoda Polska - modernizm Rodzaj: Epika Gatunek: powieść obyczajowa
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 153
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
tłum. Paulina Rosińska
Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.
Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.
ISBN-978-83-288-8113-6
Sztokholm, 29 września
Nic nie wychodzi tak, jak się planowało!
Nie tego spodziewałam się dziesięć lat temu, gdy pastor odpytywał mnie z katechizmu, dostałam pierwszą długą suknię i kupiłam sobie pierwsze szpilki do włosów, które zresztą od razu mi z nich wypadły.
Tym mniej spodziewałam się tego pięć lat temu, gdy stuknęła mi dwudziestka i zapłonęłam pierwszą wielką miłością. Pamiętam, jak to było, kiedy pewnego wieczora — szczęśliwa, ale i świadoma popełnianego występku — przemykałam bocznymi uliczkami na pierwsze spotkanie i przystawałam przy każdej latarni, by sprawdzić, która godzina, a on czekał na mnie w parku. Dość tej szarej codzienności, przysięgłam sobie, raj i piekło, na ogół raj, raz wyżej, raz niżej, jazda kolejką górską bez końca. I do pewnego czasu tak to się toczyło, aż tu nagle stop i utknęłam, na samym dole. Gdyby ktoś wtedy ośmielił się mi powiedzieć, że przyjmę posadę w biurze — ja, która zawsze spodziewałam się, że umrę w połowie przyszłego tygodnia... Ale przyjęłam.
Nie było innego sposobu. A raczej — pewnie był, ale ten zdawał się najprostszy. I czasem, gdy człowiek jest bardzo zmęczony, chwyta się tego właśnie, co przychodzi najłatwiej. Oczami wyobraźni widzę wielką armię bluzek od Viyelli1 i siebie samą, jako ostatnią wcieloną przymusowo. Pierwszego października rozpoczynam służbę.
Pewien pisarz powiedział o nas, pracujących kobietach, że trzeba nam oddać, iż to nie miłość do pracy, a życiowa konieczność wypycha nas na męski teren. Prawdziwe i mądre słowa, bo to właśnie jest konieczność — konieczność — i wiem na pewno, że znienawidzę pracę, którą właśnie dostałam. Moja dusza wzdraga się instynktownie przed księgą kasową2 i maszyną do pisania, ale musimy jakoś żyć, Putte i ja, zwłaszcza Putte; i chociaż on — jak sam mówi — jest „wdową i sierotą”3, to jednak pieniędzy nie starcza, jego szkoła i pokój tutaj w Sztokholmie słono kosztują. Tak oto z poczucia obowiązku przyjęłam posadę w biurze u pewnego mecenasa, gdzie mam pieczę nad kasą i korespondencją; wszyscy mówią, że powinnam się cieszyć, bo tak łatwo ją dostałam, bez ukończenia instytutu Schartaua albo Påhlmana4, i to jeszcze w moim wieku. Mam dwadzieścia pięć lat, ale słyszałam, że preferują pracownice młode i z rodzicami — tak jest taniej. W swej naiwności sądzę, że jestem raczej niedroga: 80 koron za siedem godzin dziennie i 50 öre za każdą kolejną, którą przepracuję dodatkowo. Będę zostawać po godzinach, by starczyło dla Puttego. Sama muszę utrzymać się za te osiemdziesiąt.
Dotarłam do miasta o siódmej rano, niczym jakiś mebel, choć właściwie meble miały lepszą podróż, starannie zabezpieczone i wniesione do mieszkania. Ze mną tak nie było — ni żywej duszy na powitanie, lecz nie warto się przejmować. Zwalczyłam chęć, by wziąć dorożkę, i wsiadłam do tramwaju, obiecując sobie, że i ten środek transportu pozostanie nieczęstym luksusem, bo jeden bilet równa się chleb na cały dzień, kanapki na rano, przedpołudnie i wieczór, o ile nie zrobi się ich za dużych i zbyt wiele.
Tramwaj był pełen bladych o poranku i nieco zmarzniętych ludzi pracy. Patrząc na nich, usiłowałam skorzystać z okazji, by poprawić sobie nastrój wedle zasady „inni mają gorzej”. Skoro sama muszę być w biurze o dziewiątej, powinnam poczuć się o niebo lepiej, myśląc o tych, którzy zaczynają już o siódmej. Ale to chyba jakieś bajki, bo biedacy śpieszący się na siódmą bynajmniej nie wprawili mnie w dobry humor.
Czerwony wagon toczył się z łoskotem Upplandsgatan5, mijając domy, kolejne domy i jeszcze więcej domów. I gdy pomyślałam, że dotarliśmy już chyba do Starej Uppsali6, okazało się, że to Odenplan7. Cała Norrtullsgatan8 przypominała skład mebli, eksponując intymne sfery wprowadzających się tutaj rodzin. Z pewnym trudem zdołałam przecisnąć się do bramy mojego budynku. Ten, w którym mieszkam, jest dość nowy, potężny niczym twierdza i pomieściłby zapewne parafię trzeciej klasy9. Sklepiona brama prowadzi na wylane cementem, zabudowane ze wszystkich stron podwórko, a tam znajdują się wejścia do budynku, aż do litery F. Jeśli wyciągnąć szyję, można dostrzec czworokąt nieba, niewiększy niż materiał na korpus bluzki, lecz wydaje się tu ono bardziej odległe niż zazwyczaj. Całość przypomina studnię i czasem przywodzi mi na myśl Józefa10 i zazdrosnych, nienawidzących go braci.
Mieszkamy na trzecim piętrze, windy brak, to budynek dla — można rzec — klasy średniej. Powiadają, że wchodzenie po schodach przynosi spore korzyści, i pewnie dlatego człowiek nie chodzi do domu bez potrzeby.
Gdy wreszcie wgramoliłam się wraz z bagażem na właściwe piętro, opadłam zdyszana na najniższy stopień schodów, prowadzących na strych. Nikt nie słyszał mojego pukania do drzwi, więc w napadzie wściekłości zaczęłam walić pięściami tak, że poderwał się cały budynek.
— Czy to Elisabeth? — dobiegł mnie głos z wnętrza.
— Wiesz chyba, że porządni ludzie nie robią rabanu o tej porze.
— No przecież, że Elisabeth — powiedziałam. — Otwierajcie!
Kiedy otworzyły wreszcie, zrozumiałam, dlaczego tak długo to trwało — wszystkie miały na sobie jeszcze koszule nocne albo niewiele więcej, i papiloty we włosach. Nie mogłam powstrzymać śmiechu: a więc to jest Banda z Norrtull, przyczółek cywilizacji w Vasastan11! Poczułam jednak, że będzie mi z nimi dobrze. To prawdziwy fart, że jedna z członkiń tej wesołej, słynnej bandy wyszła za mąż i wiedzie szczęśliwe życie na prowincji, dzięki czemu mogłam zająć jej miejsce. Wynajmujemy dwa pokoje od starszej pani, która ma syna — podobno notariusza; współdzielimy z nią kuchnię i przypuszczam, że najlepiej byłoby, gdybyśmy żywiły się samym chlebem, popijanym herbatą albo kawą bez śmietanki. Dziewczyny jedzą obiad na mieście, wtedy i tam, gdzie je stać, o ile w ogóle. Od teraz będę należeć do kasty, której jedyne tak zwane życie domowe to owe skrawki podejrzane ukradkiem, gdy sąsiedzi po drugiej stronie ulicy zapomną opuścić roletę. Będąc mężczyznami, byłybyśmy „zdane wyłącznie na restauracje”. Wszystko to może okazać się całkiem zabawne w porównaniu z wcześniejszym życiem porządnej dziewczyny, mieszkającej przy rodzicach albo u kogoś w domu, jakie wiodło się od urodzenia.
Eva, jedyna, którą znam, i z którą miałam dzielić pokój, dokonała prezentacji:
— Oto kobieta wierząca i zarazem posiadaczka własnej pościeli, której szukałyśmy, dając ogłoszenie. Mam nadzieję, że kurier z pościelą dotrze.
Wzięły mnie w objęcia, wycałowały i pomogły zdjąć wierzchnie ubranie, a potem było tyle gadania i śmiechu pod sam sufit... Aż tu nagle Eva wydała z siebie pisk, który zbudziłby umarłego.
— O rety, Eva, co się dzieje?
— Notariusz!
W korytarzu zaskrzypiały drzwi i jak na zawołanie dziewczęta zniknęły z kuchni, z wyjątkiem Baby, która, prawie ubrana, sznurując trzewiki, pilnowała czajniczka z kawą na kuchence. Notariusz, ma się rozumieć, wcale nie wychodził, chociaż to pewnie rzecz typowo męska umyślnie zrobić rwetes w kurniku, akurat o tej porze.
Chwilę później aż się wzdrygnęłam, gdy przenikliwy głos znów wszczął alarm:
— Dziewczęta, dwadzieścia po ósmej!
Zrobił się taki hałas, że zupełnie oniemiałam. Jak gdyby przez mieszkanie przetoczył się cyklon. Z wnętrza szuflady poderwały się filiżanki i cukiernica, z narożnej szafki — chleb i masło; Baby przyniosła chlupoczący czajniczek, po czym wszystkie zaczęły w oszałamiającym tempie robić kanapki do biura, popijając gorącą kawę i równocześnie, jakimś nieprawdopodobnym sposobem, przymierzając kapelusze przed lustrem. Tuż po wpół do dziewiątej wybiegły — płaszcze ledwie założone na jedno ramię, w dłoniach rękawiczki, torebki i jasnoczerwone pakunki z kanapkami. Nagle zrobiło się tak cicho, że aż podskoczyłam.
W oczekiwaniu na kuriera zagrzałam czajnik wody i zabrałam się za zmywanie filiżanek po śniadaniu. Pierwszy raz i pewnie nie ostatni; mój los od zawsze ściśle wiązał się z miską do zmywania.
Wtedy faktycznie zjawił się notariusz. Przymknąwszy drzwi kuchni, wspięłam się na skrzynię z drewnem, by zobaczyć przez szybę w drzwiach, co zamierza. Jak podejrzewałam, nie wyszedł od razu do przedsionka, lecz postanowił wykonać rundę przez nasze dwa pokoje. Musiał sądzić, że o tej porze wszyscy, jak zwykle, już wybyli. Zeszłam ze skrzyni, jak aniołek przemknęłam cicho do swego pokoju i zaskoczyłam go, gdy szperał wśród książek Baby. Tchórzliwie uciekł i nawet się nie przedstawił; wysoki, nieco nijaki i nie w moim typie.
Zatem nim się pojawiłam, miały już Mężczyznę w swej opowieści. Co w takim razie wydarzy się później? Nie wiem, jacy mężczyźni i inne nieszczęścia czekają mnie tu w Sztokholmie, ale empirycznie mogę wykazać, że wszędzie, gdzie jestem, tam jeszcze przez kilka kolejnych lat będą zbierać się...
30 września
Dzisiaj byłam u mecenasa, żeby się przedstawić; zostałam wybrana na podstawie fotografii — mecenas najwyraźniej poczuł ulgę, widząc, że mam też ładną cerę. Jutro zaczyna się harówka, a dzisiaj urządziłam się w mieszkaniu. Eva i ja dzielimy prostokątny pokój średniej wielkości, każda ma po swojej stronie okno i dłuższą ścianę. Część Evy odzwierciedla jej charakter i emanuje tą samą ożywczą siłą co ona. Nad wspaniałą szeroką otomaną12, zakupioną po wielomiesięcznym wyrzekaniu się podstawowych potrzeb, wisi inskrypcja o treści: „Mężczyźni pod żadnym pozorem nie mają wstępu do damskiego przedziału!”. Wokół tej pobrzmiewającej klasztorem reguły, a zarazem jako jej zupełne przeciwieństwo znajdują się reprodukcje najśmielszych wizji Sindinga13 i Vigelanda14, a dalej miszmasz, złożony z podobizn poetów, aktorów i kobiet demimonde’u15, madonn Botticellego16 i ciotek Evy. Obok otomany stoi nieco wyzywający stolik do cygar, zaś pod oknem — duże biurko, przy którym Eva zawsze to przerabia bluzkę, to skraca spódnicę albo prasuje kokardę do wiązania pod szyją — jednym słowem, robi wszystko poza pisaniem. Między oknami wisi inna zastanawiająca inskrypcja, która zwłaszcza rano, gdy pokój zamienia się w jeden wielki rozgardiasz, sprawia nieco groteskowe wrażenie: „Porządek dźwignią pracy”17.
Tego rodzaju sentencje to, jak zauważyłam, wielka pasja Evy, bo na framudze drzwi w korytarzu widnieją nakreślone przez nią niebieską kredą słowa: „Stój, jeśli widzisz lub słyszysz notariusza!”.
Po mojej stronie ustawiłam pod ścianą starą, okazałą, niemodną sofę z czerwonym obiciem, zabraną z rodzinnego domu, a nad nią powiesiłam kilka obrazów. To portrety rodziców w formacie gabinetowym, w owalnych ramach, podobizna ojca otoczona pożółkłym wieńcem laurowym18 wsuniętym za szybkę. Biedny ojciec, uparcie określał kobiety mianem „płeć nadobna”19; to nawet lepiej, że zmarło ci się, nim zyskały one prawo do pełnienia urzędów w służbie państwu i co tam jeszcze. Co by to było, gdyby w waszym akademickim gronie pojawił się wykładowca w spódnicy! Poza tym mam jeszcze cztery reprodukcje Rembrandta20, które szczerze podziwiam: Hendrickje i Saskię21, które są mi w pewien sposób bliskie, i jego dwa autoportrety, jeden z okresu małżeństwa z Saskią, drugi — gdy był związany z Hendrickje. Do tego piękna, emanująca uczuciem głowa kobiety Rossettiego22 oraz wycinek z gazety: Duse23 z opuszczoną głową, zbolała, zgaszona twarz z profilu.
W drugim pokoju, połączonym drzwiami z naszym, mieszkają dwie pozostałe członkinie Bandy, najmłodsza i najstarsza: Baby, a właściwie Magnhild, oraz Emmy, zatrudnione w biurze tej samej firmy, czyli Förenade Bolagen, w skrócie FB. Jeszcze nim zdążyłam porozmawiać z Baby, dostrzegłam zapowiedź jej uroczej osobowości w słoiczkach z cebulkami hiacyntów na parapecie i w miseczce ze szwedzką ziemią — zakupioną na Hötorget24 za piętnaście öre litr — w której zasiała trawę. To do niej należą duży stół krawiecki z niciakiem25 stojący pod oknem i niewielki kałamarz bez atramentu. Na półce pod blatem leżą: ubóstwiany przez nią, zaczytany tom Heinego26, zbiory poezji Levertina27 oraz Violin28 Blicher-Clausen29, z rozklejonym grzbietem. Na łóżku z gracją spoczywa poduszka z podobizną Alluma30 na zielonej satynie, którą Baby zawsze odwraca twarzą w dół — za dnia.
Emmy, jako najstarsza, powinna w Bandzie reprezentować Doświadczenie. Nie sądzę jednak, by wiedziała wiele o życiu, z wyjątkiem tej jego szarej strony, na którą składają się praca i wyrzeczenia. Kwintesencję tego, czego się nauczyła, zawarła we własnoręcznie wyszytym napisie na ciemnozielonej makatce zawieszonej nad rozkładaną sofą. Jego treść jest krótka: „Naucz się cierpieć bez skargi!”.
Gdy wspomniałam o nim Evie, ta z odrobinę współczującym uśmiechem powiedziała mi, że Emmy, odkąd należy do Bandy, zawsze miała na warsztacie identyczną makatkę. Gunhild, moja poprzedniczka i jej najserdeczniejsza przyjaciółka, otrzymała taką w prezencie, gdy dawała na zapowiedzi. Przeraziła się, co akurat w tej sytuacji można jej wybaczyć, za to Emmy wyglądała na przeszczęśliwą i wyraziła nadzieję, że będzie to wspaniała ozdoba saloniku.
Wczoraj byłam na obiedzie u bogatego wuja, który mieszka przy Strandvägen31, a tam wszyscy z rodziny mówili: „Biedne dziecko, odwiedzaj nas często, zadbamy o ciebie”. Kuzynka Görel zwierzyła mi się, że wydaje równowartość mojej miesięcznej pensji na same tylko perfumy, rękawiczki i czekoladę. Cóż, w rezultacie jest gruba i pachnąca. Mimo wszystko wyszłam stamtąd wdzięczna i zadowolona, że nie przyjęłam oferty ciotki, by dzielić pokój z ochmistrzynią w zamian za usługiwanie Görel i bieganie z nią do zakładu Kramer and Jahnke32 na przymiarki. Po powrocie zastałam mrok i ciszę; jaka to radość móc włożyć klucz do własnego zamka, chodzić po mieszkaniu i czuć się jak w domu!
Ni stąd, ni zowąd pojawiły się też Baby i Emmy. Baby szczebiotała jak ptaszek, a Emmy pokwękiwała, jak to ona. Zaraz jednak nadciągnął silny powiew, a z nim Eva — pełna energii, rumiana na twarzy, rozpromieniona. Ledwie przestąpiła próg, znowu wydała z siebie okrzyk przerażenia: „Rany boskie, nafta!”.
— Ja pójdę — powiedziała Baby zrezygnowana.
— Nie, zachowajcie spokój, przecież nie zdjęłam jeszcze płaszcza.
Po czym wpadła do kuchni po bańkę na naftę i popędziła w dół po schodach.
Ledwie co zdążyłam znaleźć zapałki, a już rozległ się dźwięk dzwonka.
— Musiałam wcisnąć guzik nosem — zapewniła z powagą i w istocie miała pełne ręce.
Bańkę trzymała w prawej, pod pachą butelkę piwa, a paczkę świec i drugie piwo w lewej.
— Szłaś tak ulicą? — zapytałam ze zgrozą.
— Pewnie, i to nie raz, ale nigdy w biały dzień. Mamy tu na dole w bramie sklep, kupujemy tam różne różności, a zazwyczaj sprzedają też na kredyt. Ale w chude dni, gdy muszą wyskrobać na podatek, zdarza się, że pod koniec miesiąca chodzimy gdzieś dalej. Jesteście mi dłużne po dwanaście i pół öre każda za naftę i piwo; co wlejecie do gardła, a co lamp, to już wasza sprawa. Elisabeth, jak pięknie tu sobie urządziłaś! Kochany tatuś i Rembrandt! No, ale ty zawsze przecież byłaś wybredna.
— W kwestii wyboru rodziców z pewnością — odparłam. — Będziemy coś jadły?
— Jeśli masz ochotę się napić, podaję natychmiast — powiedziała Eva; z właściwą sobie zwinnością otworzyła butelkę i nalała mi piwa do szklanki.
— Nie wolicie pić mleka? — zapytałam.
— Oj, sporo nauki przed tobą. — Eva przybrała zgorszoną minę. — Sądzisz, że można ot, tak pić sobie mleko? Sporo kosztuje, jest go mało, a czasem wręcz nie da się go kupić. Wypij sobie, to pomaga na mdłości.
Zapewniłam, że nie mam symptomów tego rodzaju.
— Ach, nie? Masz, masz — stwierdziła. — Sztokholm sprawia, że każdy dostaje mdłości, nim do niego przywyknie. Szkoda, że nie widziałaś mnie dwa tygodnie temu, po powrocie z wakacji. Chodziłam jak wypatroszony śledź i klęłam...
— Eva! — wykrzyknęła Magnhild.
— Właśnie tak, Baby, klęłam. Mdliło mnie od tych ulic, a jeszcze bardziej od tych wszystkich brzydkich domów. Pomyślałam, że mam ochotę stanąć na środku Odenplan i zwymiotować! Miałam ochotę podłożyć małą bombę pod schodami w biurze. Ale przywykłam. Teraz uważam, że moje biuro to najradośniejszy i najprzytulniejszy zakład pogrzebowy na świecie.
— Obym za jakiś czas tak samo pomyślała o mojej kancelarii! — powiedziałam.
— Na pewno. Życie biurowe to rozkoszna trucizna, która zabija powoli. Będziesz zadowolona ze swego życia. Jedynie w lepszych chwilach poczujesz, że dziewczyna nie powinna być dziewczyną z biura, a mężatką, która ma dzieci, by biegać z nimi po łące, ma kuchnię, krosna, lecz nie ma kultury! Takie chwile oznaczają tarapaty, wierz mi.
— To nic — odparłam — lepsze chwile zdarzają mi się rzadko.
Baby, która tymczasem wyszła do kuchni, wróciła z przerażoną miną.
— Nie mamy masła — wyszeptała.
— Ja mam — oznajmiłam.
Widząc ich radość, gdy wyjęłam masło, chleb i jajka przywiezione ze wsi, poczułam wzruszenie. Kolacja była suta, zapanował radosny nastrój. Baby wyciągnęła Levertina i deklamowała wiersze między jedną kanapką a drugą. Pogasiłyśmy lampy stołowe, zapaliłyśmy żyrandol i każda z nabożną miną rozkoszowała się papierosem.
Dopiero o dziesiątej ucichły śmiechy i zaczęłyśmy szykować się do spania.
Gdy tak leżałyśmy chwilę w ciszy, Baby oznajmiła uroczyście:
— O tej porze wyższe sfery idą do Operowej33.
Po czym zasnęłyśmy.
9 października
Tylko pomyśl, niedzielny poranek! Człowiek chodził w kieracie cały tydzień, a gdy nie był w pracy, myślał o niej. Biuro, biuro i jeszcze raz biuro. I jeszcze: czy aby nie zapomniałam tego, czy nie zapomniałam tamtego? Czasem, obudziwszy się w środku nocy, mówiłam do siebie: książka kasowa! W głowie mechaniczny łoskot maszyny do pisania, palce poruszały się w takt moich myśli, wystukując je na remingtonie34.
Mecenas jest wprawdzie uprzejmy i pomocny i powtarza, że jeśli czegoś nie potrafię sama, to mam go zapytać. Nie chcę jednak, by widział, jak bardzo czuję się zagubiona.
Dziewczęta z Bandy śmieją się ze mnie, że potrafię mówić tylko o biurze, a one mają tego aż nadto w godzinach pracy, więc jeśli szybko się nie poprawię, będę musiała się wyprowadzić. Najbardziej kpią z tego, że jestem rano taka punktualna.
— Też byłyśmy takie wzorowe na początku — mówi Eva.
I tak wreszcie skończył się pierwszy tydzień, a gdy o siedemnastej w sobotę zamknęłam kasę i opuściłam żaluzję biurka, pomyślałam, że teraz to ja będę miała wszystko w nosie aż do poniedziałku rano.
Po obiedzie poszłam po Puttego, który mieszka na stancji35 na Östermalmie36 u pewnej wdowy, razem z kilkoma innymi chłopcami w wieku szkolnym. Pozwoliłam mu się zaciągnąć do dwóch kinematografów i do cukierni, a potem odprowadziłam go na stancję i posadziłam do nauki. Ledwie żywa ze zmęczenia, z przesiąkniętym wodą rąbkiem sukni, poczłapałam w mżawce do domu, podczas gdy wszyscy inni zmierzali tłumnie do teatrów. Mnie czekało za to nabycie w sklepie na dole czegoś do jedzenia na niedzielę i wspinaczka po schodach.
