Bal w Pradze - Caitlin Crews - ebook
Opis

Alice Teller, opuszczając modny londyński klub, dosłownie i w przenośni wpadła prosto w ramiona rosyjskiego milionera Fiodora Korowina. Spędziła z nim noc. Na drugi dzień niespodziewanie spotyka Korowina na zebraniu zarządu. Jest pewna, że będzie miała kłopoty w pracy. Jednak Fiodor ma dla niej zaskakującą propozycję. Prosi, by pojechała z nim do Pragi na bal… 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 132

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Caitlin Crews

Bal w Pradze

Tłumaczenie: Dorota Viwegier-Jóźwiak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Najokrutniejsze tortury byłyby znośniejsze niż to.

Fiodor Korowin przedzierał się przez tłum parujący alkoholem, kołyszący się w rytmie ogłuszającego techno. Według jego asystentów klub należał do najmodniejszych w Londynie, a to oznaczało obecność wielu znanych twarzy, które raz po raz wyławiał spośród mas i taksował spojrzeniem pełnym ledwie skrywanej odrazy.

– Napijesz się ze mną? – Drogę zagrodziła mu czarnowłosa dziewczyna z napompowanymi kolagenem ustami i pustką w intensywnie niebieskich oczach. – Chcesz drinka? A może co innego? Dam ci, co chcesz! – wybuchnęła śmiechem.

Fiodor niecierpliwie czekał, aż dziewczyna zamilknie i oderwie wzrok od jego koszuli znajdującej się akurat na wysokości jej twarzy. Tak jak się spodziewał, pobladła, gdy ich spojrzenia w końcu się spotkały. Jakby zobaczyła samego diabła.

Słowa nie były potrzebne. Czarnulka odskoczyła jak oparzona i zniknęła w tłumie, zanim zdołał zapamiętać jej twarz.

Po dwóch, może trzech rundach wokół klubu Fiodor stanął obrócony tyłem do gigantycznego głośnika i czekał. Muzyka, o ile tak można było nazwać dźwięki wydobywające się zza pleców, wibrowała basami, wprawiając jego organizm w drżenie aż po same czubki palców. Z jego ust wydobyło się kilka soczystych przekleństw w ojczystym języku, ale miarowy łomot natychmiast je pochłonął. Tak, to była tortura.

Fiodor nienawidził tego miejsca i wszystkich jemu podobnych. A odwiedził ich sporo w czasie swoich poszukiwań. Weronika byłaby, naturalnie, zachwycona i atmosferą, i towarzystwem.

Weronika. Imię byłej żony nieprzyjemnie zachrzęściło w myślach, jak żmija sunąca po terrarium, i przypomniało mu, co właściwie tutaj robi.

Pragnął odkryć w końcu prawdę. Weronika była ostatnią z niedokończonych spraw, z którymi musiał się rozprawić. Raz na zawsze. Potem niech się dzieje, co chce. Nie zależało mu już na niczym.

„Nigdy cię nie kochałam”, powiedziała mu, stojąc spakowana i gotowa do wyjścia. Pomalowane w kolorze krwi usta zostawiały ślady na papierosie, którego trzymała w smukłych palcach zakończonych paznokciami w równie drapieżnym kolorze. „Nigdy nie byłam ci wierna, chyba że akurat nie miałam nikogo pod ręką”. Potem uśmiechnęła się, przypominając mu, że w istocie niewiele ich różniło. Wilki ukryte w owczej skórze. „Chyba nie muszę dodawać, że Piotr nie jest twoim dzieckiem. Jaka normalna kobieta chciałaby mieć dziecko z tobą?!”.

Fiodor zrozumiał później, że ból, który wtedy poczuł, był spowodowany zaskoczeniem z powodu odejścia, a w mniejszym stopniu słowami, które mu rzuciła na pożegnanie. Dobrze znał siebie, a jeszcze lepiej ją.

Wiedział, że po rozstaniu rzuciła się w wir zabawy i można ją było znaleźć wszędzie tam, gdzie bywali bogacze i celebryci. Wiedział też, że obecnie przebywa w Londynie. Lata, które spędził w rosyjskich służbach specjalnych, nauczyły go wielu rzeczy. Znalezienie kobiety o bardzo wysokich ambicjach i niskich standardach moralnych było dla niego drobnostką.

Potrzebował zaledwie kilku dni, by odkryć, że Weronika mieszka w dzielnicy Mayfair z synem jakiegoś bogatego szejka. Dom wyglądał jak forteca, ale przyjrzawszy się znudzonym ochroniarzom, Fiodor stwierdził, że wejście na teren posiadłości nie byłoby żadnym problemem. Poza takim, że wywołałby międzynarodowy skandal.

Fiodor nie był już oficerem Specnazu, który mógł się podjąć każdej akcji, byle osiągnąć cel. W większości przypadków ten cel osiągał. Jego wysoka skuteczność była ceniona przez przełożonych i budziła szacunek kolegów. Pożegnał się z zawodem siedem lat temu, ale wciąż miał duszę agenta i myślał jak agent.

A ponieważ całe jego życie było hołdem złożonym ironii, stał się filantropem, ubierając swój wilczy charakter w wyjątkowo miękkie owcze runo. Zarządzał teraz Fundacją Korowinów, którą założył ze swoim bratem Iwanem, gdy ten zakończył karierę międzynarodowej gwiazdy filmów akcji w Hollywood.

Fiodor dołożył swój kamyczek do fortuny brata, a także zgromadził własną, głównie dzięki wrodzonej zdolności do obmyślania udanych strategii inwestycyjnych. Na całym świecie wychwalano jego dobre serce i troskę. Ludzie wierzyli w to, w co chcieli uwierzyć. Fiodor wiedział o tym więcej niż inni.

Wychował się w postsowieckiej Rosji. Krajem rządzili brutalni oligarchowie, a wojskowi walczyli o każdy kawałek terytorium jak wygłodniałe psy. To nauczyło go wyszukiwać potem najbogatszych z bogatych i ich korporacje, które kochali bardziej niż własne rodziny. Potrafił wyciągnąć pieniądze z najbardziej opornych prezesów. Oni nazywali to magią, on uważał to za pewną formę działań wojennych. A w tym się przecież specjalizował.

Niestety jego dzisiejsza sytuacja nie pozwalała po prostu włamać się do domu aktualnego kochasia Weroniki i oczekiwać, że wszystko zostanie zatuszowane. Bogaci filantropi ze słynnymi braćmi u boku musieli wykazywać się cechami zupełnie nieznanymi żołnierzom służb specjalnych, a mianowicie dyplomacją oraz urokiem osobistym. Jeśli żadnej z nich nie dało się wykorzystać, ponieważ w tym przypadku chodziło o znienawidzoną byłą żonę, a nie pozyskanie darowizny, trzeba było przyczaić się w jednym z londyńskich „gorących miejsc” i czekać.

Fiodor westchnął niecierpliwie, ignorując hałaśliwe trio wyginających się w tańcu dziewczyn, które usiłowały go zaczepić. Światło rzucane przez lampy stroboskopowe migotało chaotycznie, okropna muzyka dudniła mu w uszach, ale stał tam niemal nieruchomo, skanując falujący przed nim tłum. Wiedział, że Weronika się tu pokaże.

A wtedy dowie się, jak wiele z jej pożegnalnej mowy siedem lat temu było kłamstwem, które miało sprawić mu ból, a ile prawdą. Niewielka część jego wcale nie chciała drążyć tematu. Istniałaby wtedy jakaś szansa, że Piotr jest jego synem. Miałby gdzieś na świecie syna, a to oznaczałoby, że zrobił w życiu coś dobrego, nawet jeśli przez zupełny przypadek.

Takie fantazje czyniły go słabym. Wiedział o tym i musiał z tym skończyć. Potrzebował dowodu, testu DNA, że Piotr nie jest jego synem. Wtedy zabiłby w sobie tę słabość.

„Musisz wreszcie poskładać swoje życie”. Tak powiedział ponad dwa lata temu jego brat Iwan, jedyny żyjący człowiek na świecie, na którym Fiodorowi zależało. Jedyny, który razem z nim przeszedł piekło pod opieką wuja, gdy oboje rodzice zginęli w pożarze fabryki.

Wówczas ostatni raz rozmawiali osobiście. Fiodor nie winił brata za to, że go opuścił. Widział, jak powoli i nieuchronnie stacza się w chorobę. Zaślepiony seksem i rozdarty pomiędzy skrajnymi emocjami, wierzył w rzeczy, które nie istniały, ponieważ wszystko było lepsze od smutnej rzeczywistości byłej gwiazdy filmowej. Nie mógł go winić za to, że woli iluzję od rzeczywistości. Większość ludzi wolała. Fiodorowi nie było to dane.

Emocje oznaczały zobowiązania. Fiodor natomiast wierzył tylko w seks i pieniądze. Żadnych więzów, żadnych pokus. Oraz żadnych związków, zwłaszcza teraz, kiedy brat odwrócił się do niego plecami. Nie było mowy, żeby jakakolwiek kobieta z tych, które brał do łóżka, zwykle na jedną noc, mogła przywiązać go do siebie, a potem zdradzić.

Aby to się wydarzyło ponownie, musiałby zaufać, a jedyną osobą, której ufał, był Iwan. Od kiedy Weronika wbiła w niego swoje szpony, nawet bratu wierzył tylko w bardzo ograniczonym zakresie. Koniec końców jednak cała historia z byłą żoną wyszła mu na dobre. Pomogła mu uwolnić się z ostatniego emocjonalnego więzienia i wiele spraw uprościła. Inaczej nie umiałby wytłumaczyć Iwanowi, który zbudował swoje życie na micie bohatera i zwycięzcy, że niektórych rzeczy nie da się naprawić.

Wolałby myśleć, że życie go złamało. Ale to nie było takie proste. Dokładnie wiedział bowiem, kim jest. Błyszczącym soplem lodu, którego nie były w stanie stopić promienie słońca. Ostrzem sztyletu, zabójczą bronią, ukształtowaną najpierw pięścią wuja, a potem oszlifowaną treningiem w Specnazie. Nie czuł nic i nie chciał nic czuć. Tak było bezpieczniej, pomyślał teraz, omiatając wzrokiem zatracających się w hedonistycznej rozrywce ludzi. Za wiele miał do stracenia, by myśleć o porzuceniu kontroli. Z lat picia zapamiętał rozmazany obraz dni i ginące w mroku noce, skrawki emocji, które nie pozawalały mu zasnąć, frustrację, która zawsze prowadziła do agresji, burdy, kiedy tak bardzo przypominał znienawidzonego wuja.

Za nic nie chciał do tego wracać. O wiele lepsza była pustka, chłód i samotność. Odkąd sięgał pamięcią, zawsze czuł się samotny, ale prawda była taka, że lubił to uczucie. A kiedy załatwi sprawy z Weroniką i dowie się, kto jest ojcem Piotra, nie będzie już musiał więcej udawać, że jest inaczej.

AliceTeller poczuła się nagle zmęczona hałasem i zirytowana przepychającymi się obok niej ludźmi. Przestała kiwać się w rytm muzyki i po raz pięćdziesiąty tego wieczoru zrobiła miejsce grupce klubowiczów, którzy wydawali się być w nieustającej pielgrzymce od jednego baru do kolejnego.

– Jestem na to za stara – mruknęła do siebie, usuwając się ze środka parkietu. Powłóczyła przy tym nogami jak dinozaur i wyraźnie czuła na karku ciężar swoich dwudziestu dziewięciu lat. Usiłowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio spędziła sobotnią noc na rzeczywiście rewelacyjnej zabawie. Musiało to być wieki temu. Jej styl to były kolacyjki z przyjaciółmi w spokojnych restauracjach, a nie podskakiwanie w modnym klubie i popijanie kolorowych drinków jeden za drugim. Ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. A były nim dwie wejściówki do tego, za przeproszeniem, cyrku, w którym się teraz znajdowała, wręczone triumfalnym gestem przez przyjaciółkę i współlokatorkę Rosie.

– To najlepsza miejscówka w Londynie, musimy iść! – powiedziała konfidencjonalnym szeptem Rosie, kiedy siedziały w ich ulubionej indyjskiej knajpce, zajadając się aromatycznym kurczakiem tandoori.

– Naprawdę musimy? – westchnęła zrezygnowana. – Za każdym razem, kiedy wyciągasz mnie do klubu, obiecujesz świetną zabawę. Może ja się do tego po prostu nie nadaję? – uśmiechnęła się do przyjaciółki.

– Nie mów, że się nie nadajesz. Pamiętam, że swego czasu umiałaś zaszaleć. Przysięgam, że te czasy wrócą, i to dzięki mnie. – Teatralnie uderzyła się w pierś.

– Wątpię – odparła wtedy Alice, przypominając sobie jednocześnie, gdzie tak „szalała”, i zrobiło jej się wstyd. Nie chciałaby do tego za nic wracać, ale Rosie była impregnowana na jej wszelkie „ale”. – I nie zapominaj, że w tym całym szaleństwie mogę narobić ci wstydu.

Rosie przewróciła oczami mocno podkreślonymi eyelinerem, po czym roześmiała się na cały głos.

– Zniosę absolutnie wszystko, tylko zapamiętaj, że masz niecałe trzydzieści lat, a nie sześćdziesiąt. Potraktuj to jako misję. – Umilkła na chwilę, po czym dodała zupełnie serio: – To będzie najlepsza noc naszego życia!

Alice patrzyła teraz na Rosie wczepioną w koszulę jakiegoś bankiera, z którym flirtowała przez cały wieczór. Całowali się, nie zważając ani na hałas, ani na tłum ludzi, którzy potrącali ich, przechodząc. Marzyła o tym, żeby znaleźć się w swoim łóżku. Determinacja Rosie w znajdowaniu jej facetów była godna podziwu.

– Wiesz, czego ci trzeba? – zapytała, kiedy wyszły z metra i szybkim krokiem zmierzały do klubu.

– Nie, ale wiem, co teraz powiesz. Niestety perspektywa niezobowiązującego i mało satysfakcjonującego seksu z pierwszym lepszym gościem poderwanym w klubie jest zupełnie nieatrakcyjna w porównaniu ze spokojnym snem do południa – ziewnęła pokazowo.

– W ten sposób nigdy nikogo nie znajdziesz – mruknęła pod nosem Rosie.

Być może miała rację, ale Alice doskonale wiedziała, jacy ludzie bywali w klubach, do których wyciągała ją przyjaciółka. Za czasów studenckich sama do nich należała. Jednak potem przysięgła sobie, że już nigdy nie doprowadzi się do stanu kompletnego braku kontroli. Uznała, że cena, jaką za to zapłaciła, była za wysoka. W jej przypadku musiało minąć kilka lat, zanim ojciec znów zaczął na nią patrzeć bez odrazy.

Była typową córeczką tatusia, kochaną i rozpieszczaną, aż do tamtej feralnej letniej nocy, gdy miała dwadzieścia jeden lat. Do dziś nie była w stanie przypomnieć sobie wszystkich szczegółów, ale pamiętała je z opowieści ojca, kiedy następnego ranka z głową pękającą od bólu musiała wysłuchać jego kazania. A było to tak: wróciła do domu w środku nocy tak pijana, że ledwo trzymała się na nogach. Jednak nogi nie zaprowadziły jej do łóżka, tylko do ogrodu za domem, gdzie znalazł ją ojciec uprawiającą seks z ich sąsiadem panem Reddickiem.

Pan Reddick miał żonę i troje dzieci, którymi Alice się zajmowała, dorabiając jako opiekunka. Pan Reddick był też przyjacielem ojca. Przynajmniej do tamtej chwili. Jeszcze dziś Alice zalewał wstyd, gdy przypomniała sobie siebie leżącą na wznak na wilgotnej trawie, pana Reddicka między jej kolanami i przerażoną twarz ojca gdzieś na dalszym planie tego mglistego obrazka. Nie miała pojęcia, jak mogło dojść do czegoś podobnego.

Po tej historii uznała, że „wybawiła się” za wszystkie czasy i ma dość.

– Przepraszam – powiedziała do Rosie, przykrywając uśmiechem bolesne wspomnienia. – Mówisz, że nie znajdę miłości?

– Może choć raz zdjęłabyś tę aureolę świętej? Trochę rozpusty jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Rosie nie miała pojęcia o jej przygodzie z panem Reddickiem. Nikt nie wiedział. Nawet matka i siostry nie domyślały się, co było przyczyną nagłego ochłodzenia kontaktów między Alice a ojcem. Teraz ich stosunki były nieco lepsze, ale nie tak serdeczne jak przed incydentem.

– Dziś akurat zdjęłam aureolę. – Alice pogładziła dłonią kręcone włosy, jakby upewniając się, czy faktycznie nic tam nie ma. – Nie pasowała do szpilek, które kazałaś mi założyć.

– Wariatka! – mruknęła tylko Rosie i pociągnęła ją za sobą. Minęły długą kolejkę czekającą przed klubem. Gdy były tuż przy wejściu, Rosie pomachała bramkarzom wejściówkami dla gości i weszły, rzucając się w wir zabawy.

Tej nocy Alice bawiła się dużo lepiej, niż mogłaby przypuszczać. Stęskniła się za tańcem, muzyką i ekscytacją, która była niemal wyczuwalna w powietrzu. Nawet za tłumem. Było coś uwodzicielskiego i hipnotyzującego w rytmicznych basach i rozkołysanych ludziach. Ale Rosie lubiła zabawę do rana, natomiast Alice szybko się męczyła. Zwłaszcza wtedy, gdy miała za sobą podróż samolotem i nie zdążyła przyzwyczaić się do innej strefy czasowej.

Poza tym po historii z panem Reddickiem osiem lat temu nie ufała sobie i wolała trzymać się z dala od wszystkiego, co mogłoby ją wywieść na manowce. A nie było to łatwe, szczególnie tutaj, w samym środku zabawy i obściskujących się par. Rosie była w błędzie. Alice nigdy nie nosiła aureoli, ale bardzo chciała.

Wiedziała, jak by się to skończyło. Zwalczywszy pokusę, by zostać, ruszyła w stronę wyjścia, mijając po drodze Rosie, która miała swoje plany na wieczór. Wystarczy, jeśli wyśle jej esemesa z taksówki. Trzeba było pójść od razu do domu i zająć się stertą prania. Ledwie to pomyślała, roześmiała się. Rzeczywiście niedaleko jej było do klasycznej starej panny. Rosie miała rację, przepowiadając jej czarną przyszłość. Naprawdę pomyślała przed chwilą o praniu? Po północy, na parkiecie najmodniejszego klubu w Londynie? Zgroza!

Wyobraziła sobie, jaką minę zrobiłaby Rosie, gdyby to usłyszała, i śmiejąc się nadal do siebie, zaczęła się przeciskać w stronę wyjścia. Jeszcze bardziej rozbawiła ją roztańczona para, przy której aż musiała zrobić unik, żeby nie dostać ręką w głowę. Niestety źle obliczyła kroki, a że była solidnie rozpędzona, nie zdążyła wyhamować. Poczuła tylko jak obcas szpilki sunie po czymś śliskim, zapewne rozlanym drinku, i wpadła prosto na stojącego przed kolumną mężczyznę. Prawdę mówiąc, zanim go dostrzegła, myślała, że to kolumna. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że podtrzymują ją silne ramiona wysokiego, ubranego na ciemno mężczyzny. Jej palce dotykały gładkiej koszuli, nos wyczuwał zmysłowy powiew wody kolońskiej i coś, co przypominało zapach cygar. Podniosła głowę, żeby mu podziękować za refleks. To cud, że w tym tłumie w ogóle ją zauważył i uratował, przed potłuczeniem kolan. Wciąż roześmiana otworzyła usta i nagle wokół niej zapadła cisza. Świat przestał istnieć. Były tylko oczy, które wpatrywały się w nią przenikliwie. Słyszała bicie swojego serca, głos zamarł jej w gardle, a usta zastygły w uśmiechu.

Jego oczy były niebieskie jak czyste niebo w słoneczny, mroźny dzień. Świetlisty kolor wypełnił ją po koniuszki palców. Czuła się lekka, jakby miała za chwilę unieść się w powietrze.

Mężczyzna był piękny. Nie przystojny, lecz właśnie piękny. Jak antyczny posąg uwodzący szlachetnymi rysami twarzy. Wystraszyła się nagle i zadrżała, czując gęsią skórkę na całym ciele.

Mężczyzna zamrugał powiekami. Był stropiony. Czy to możliwe, że także poczuł te elektryzujące ją fluidy? Była pewna, że gdyby tylko udało jej się oderwać od niego wzrok, zobaczyłaby je. Między jego ciemnymi brwiami pojawiła się pionowa rysa. Mężczyzna wykonał ruch, jakby chciał odsunąć Alice na bok, lecz zamiast tego, przyciągnął ją do siebie. Skryli się w cieniu kolumny i stali tam naprzeciwko siebie, prawie nieruchomo. Cały zewnętrzny świat z klubem, tańczącymi parami, głośną muzyką – wszystko to wyparowało w momencie, gdy jej dotknął, tym razem świadomie.

Nareszcie, pomyślała, próbując zebrać myśli i emocje. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w jej życiu wydarzyło się właśnie coś ważnego.

– Pan ma oczy jak u wilka – wydusiła z siebie, przerywając milczenie.

Przez jego oblicze przemknął uśmiech. A może tylko tak jej się zdawało. Miał kusząco pełne usta, ale chyba nieczęsto się uśmiechał.

– I dlatego ubrała się pani na czerwono jak Czerwony Kapturek? – Aksamitny baryton z ledwie dostrzegalnym obcym akcentem byłby w stanie stopić nawet najbardziej lodowate serce. – Powinienem panią ostrzec, że mam ostre zęby.

Popatrzyła na niego, szukając śladów rozbawienia, ale mężczyzna nadal zachowywał pełną powagę. Mimo to uśmiechnęła się do niego szeroko.

– Och, to będzie bolało!

– Niestety, tak. – Drgnienie kącika ust podpowiedziało jej, że jednak nie był tak do końca poważny.

– Byłabym bardzo rozczarowana, gdyby się okazało, że jednak nie ma pan wilczych kłów.

Mężczyzna zwolnił nieco uścisk i poczuła nagłe gorąco omiatające jej ciało od dłoni aż po czubek głowy. A może po prostu dopiero teraz zauważyła, jak ciepłe ma dłonie i że ich dotyk w istocie przypomina pieszczotę.

Tajemnicze i surowe z wyglądu usta drgnęły leciutko, a tembr głosu wprawił jej ciało w drżenie.

– Rozczarowanie nie wchodzi w grę – powiedział znacząco, a w jego oczach wreszcie rozbłysły iskierki humoru. Przysunął się bliżej i pochylił ku niej głowę, jakby chciał ją ukąsić w szyję. Alice nie marzyła w tej chwili o niczym innym. Jej dłonie wciąż oparte były na jego torsie. Ciepło palców rozgrzewało jej przedramiona. Dzieliły ich dosłownie centymetry.

Powinna była odsunąć się od niego i odejść, póki jeszcze nie było za późno. Ale nie mogła się ruszyć. Nigdy wcześniej nie czuła tak osobliwej mieszaniny fascynacji i uległości. Była jak zahipnotyzowana. Oddychała płytko jak w gorączce.

– Jest pan tego pewien? – Przechyliła głowę, jej głos zabrzmiał uwodzicielsko, choć nie zdawała sobie z tego sprawy.

– Absolutnie. – Lodowato-błękitne spojrzenie spoczęło na jej ustach.

On jest złym wilkiem, a ja jego ofiarą, pomyślała i zdziwiła się, że wcale jej to nie postawiło w stan czujności, choć powinno.

– Musisz wiedzieć, że nikt nie ma ostrzejszych zębów od moich.

– W całym Londynie? – zapytała rozbawiona. Czuła się w tej chwili, jakby porzuciła starą siebie i zaczynała nowe, nieznane życie. Jakaś jej część chciała się tym nacieszyć, nacieszyć się nim, zanim przepadnie w ciemnościach i pozostanie tylko mglistym wspomnieniem tej nocy.

Zamknęła na sekundę oczy, marząc o tym, by nadal tam był, gdy je otworzy.

– W całej Anglii, diewoczka. – Błękitne oczy napotkały jej spojrzenie i ponownie powędrowały ku ustom.

Rzeczywiście przypominał wilka, prawdziwego drapieżnika o mocnej sylwetce i władczym spojrzeniu. Był ubrany na czarno. Czarna jedwabna koszula, narzucona na nią marynarka, czarne spodnie i eleganckie buty zdradzały dobry gust i jeszcze większe pieniądze. Widok szerokich barków wzbudzał w niej zaufanie i sprawiał, że miękły jej kolana. Kruczoczarne włosy miał ostrzyżone na krótko. Błękitne oczy przypominały mgłę zawieszoną nad granią wysokich gór. Wyrazista szczęka i zmysłowe usta dopełniały tego wizerunku. W każdym szczególe jego twarzy widać było tę cudowną i zniewalającą dzikość, nieokiełznanie i charakter. Mimo to nie bała się. Nie mógł zrobić jej krzywdy. Nie wtedy, gdy patrzył na nią tak zachłannie jak w tej chwili.

Poczuła jego ręce obejmujące ją w talii i zadrgało w niej podniecenie. Tak mógłby zrobić kochanek. Jednak gdy robił to praktycznie obcy mężczyzna, tlące się podniecenie niemal na zawołanie zamieniło się w płonący ogień pożądania.

Nie rozumiała tego, ale też nie zamierzała słuchać rozsądku, który podpowiadał jej, że nie jest sobą i że dla własnego dobra powinna się opamiętać.

Jednak ten obcy mężczyzna był tak piękny i działał na nią tak mocno, że nie była w stanie przypomnieć sobie, jak właściwie powinna się zachować.

Jeszcze minutkę. Potem grzecznie się pożegnam i odejdę, obiecywała sobie, ale wiedziała, że nie będzie mogła dotrzymać tej obietnicy.

– Powinnaś uciekać – powiedział niskim poważnym głosem i zrozumiała, że mówi serio. Ale w tym samym czasie jego dłoń rysowała fantazyjne wzory na jej policzku. – Jak najdalej! – Zrobiło jej się przykro, bo chciała, żeby tę twardą twarz rozjaśnił wreszcie prawdziwy uśmiech, tymczasem malował się na niej coraz większy smutek.

Nic z tego nie rozumiała, a przecież tak długo starała się wyjść na prostą. Była ostrożna, wręcz zapobiegliwa. Za wszelką cenę chciała odzyskać zaufanie ojca. A teraz ten mężczyzna o niesamowicie błękitnych oczach i aksamitnym głosie wywrócił jej uporządkowany świat do góry nogami. Pomyślała, że przecież na parę chwil mogłaby zapomnieć o narzuconych sobie regułach. To przecież nie musiało nic znaczyć. Zignorowała więc wewnętrzny głos rozsądku, zignorowała też ostrzeżenie tajemniczego mężczyzny.

Wtuliła policzek w jego dłoń, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie i przymknęła oczy, rozkoszując się chwilą. Mężczyzna gwałtownie wciągnął powietrze. Wiedziała, że dla niego to także coś znaczy. To ta melancholia i piękne oczy, nic ponadto, przekonywała samą siebie. Nie ogień, który w niej rozniecił. Nie pożądanie, które spalało ją od środka. A już na pewno nie jej charakter. Poza tym nikt jej tutaj nie zobaczy. Stali w cieniu, ukryci przed ciekawskimi spojrzeniami, odcięci od wiru klubowej zabawy. Potem, jak gdyby nigdy nic, wróci do swojego uporządkowanego, spokojnego świata. Ale ta chwila będzie jej. Musiała być jej.

Alice wyprężyła się i przywarła całą sobą do mężczyzny. Czuła ciepło bijące od silnego, umięśnionego ciała. Gdy ich usta wreszcie się złączyły, westchnęła tylko i poddała się rozkoszy.

Tytuł oryginału: Not Just the Boss’s Plaything

Pierwsze wydanie: Mills & Boon Limited, 2013

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Łucja Dubrawska-Anczarska

© 2013 by Caitlin Crews

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2015, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2274-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.