Bagienne forty - Rafał Igielski - ebook

Bagienne forty ebook

Rafał Igielski

0,0
12,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Po 17 września 1939 r. oddziały KOP, rozproszone wzdłuż granicy i słabo uzbrojone, podjęły walkę z nacierającą Armią Czerwoną. Strażnice stawiały opór atakom pancernym, często walcząc do wyczerpania amunicji. W wielu miejscach – zwłaszcza w rejonie Sarn – załogi punktów oporu trwały do całkowitego zniszczenia. Mimo przewagi przeciwnika KOP przez kilkanaście dni opóźniał marsz Armii Czerwonej, prowadząc uporządkowany opór aż do początku października.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W przededniu Czerwonej Nawały

Cichą mono­to­nię spo­koj­nego nurtu Hory­nia zakłó­cała jedy­nie praca paro­wego napędu sta­rego holow­nika ,,Wilno” z Flo­tylli Piń­skiej. Jego mozol­nie obra­ca­jące się w płyt­kiej wodzie koła łopat­kowe spra­wiały, że cią­gnięta przez niego barka, obła­do­wana wozami tabo­ro­wymi i skrzy­niami peł­nymi doku­men­tów, mogła w żół­wim tem­pie prze­su­wać się w górę rzeki ku maja­czą­cym w oddali zabu­do­wa­niom Dawid­gródka. Na jej pokła­dzie, nieco znu­żony już tą stu­ki­lo­me­trową podróżą pośród dzie­wi­czych pole­skich ostę­pów, stał oparty o barierkę, wpa­tru­jąc się w nurt, puł­kow­nik Ludwik Bit­t­ner. Wcze­sno­po­po­łu­dniowe słońce 16 dnia wrze­śnia pra­żyło rów­nie mocno jak w poprzed­nich tygo­dniach. Zastępca dowódcy Kor­pusu Ochrony Pogra­ni­cza (KOP) myślami odle­ciał chwi­lowo od powie­rzo­nej jego pie­czy kan­ce­la­rii w prze­szłość.

19 lat wcze­śniej, tyle że 3 sierp­nia, dowo­dzony przez niego 34 pułk pie­choty pod Jabłonką w pobliżu Łomży został oto­czony i doszczęt­nie roz­bity przez dwie bol­sze­wic­kie dywi­zje. Oddział stra­cił 70% stanu oso­bo­wego, a on sam na czele 400 ludzi ledwo unik­nął nie­woli lub śmierci, gdzieś pod Wyszko­wem dołą­cza­jąc szczę­śli­wie do odcho­dzą­cych w nie­opi­sa­nym nie­ła­dzie kolumn tabo­ro­wych. Ówcze­sny major Bit­t­ner został następ­nie skie­ro­wany na odtwo­rze­nie jed­nostki do Pabia­nic – na głę­bo­kich tyłach przy­glą­dał się więc bez­sil­nie decy­du­ją­cym zma­ga­niom pod War­szawą, tra­piony obawą, czy sto­lica wytrzyma. W pamięci wró­ciło to cudowne uczu­cie, gdy naj­pierw przy­szły pierw­sze, wyglą­da­jące na fan­ta­sma­go­ryczne plotki, pogło­ski o genial­nym manew­rze znad Wie­prza i pogro­mie czer­wo­nych hord, a następ­nie sytu­ację roz­ja­śniły już trium­falne komu­ni­katy Naczel­nego Dowódz­twa, a za nim gazety. Jak bły­ska­wica na inten­syw­nej pracy orga­ni­za­cyj­nej upły­nął kolejny mie­siąc i na początku paź­dzier­nika major Bit­t­ner znów pro­wa­dził 34 pułk pie­choty w polu, tym razem w skła­dzie 4 Armii pod gene­ra­łem Jun­giem, jed­nak w cał­kiem innych oko­licz­no­ściach niż poprzed­nio – wśród bra­wu­ro­wych dzia­łań pości­go­wych przez lasy nad Szczawą i dalej na mia­steczko Mir, zagar­nia­jąc do nie­woli bol­sze­wi­ków całymi set­kami.

Odtwa­rza­jąc w myślach prze­żyte przed pra­wie dwiema już deka­dami, zmienne niczym w kalej­do­sko­pie, koleje tam­tej wojny, płk Bit­t­ner zada­wał sobie upo­rczywe pyta­nie, czy i tym razem, po paśmie bły­ska­wicz­nych klęsk zada­wa­nych przez Wehr­macht, wyda­rzy się coś, co gwał­tow­nie odmieni kaprysy Bel­lony i pozwoli odwró­cić koleje tej tak nie­for­tun­nie zaczę­tej kam­pa­nii.

Nagle prze­cią­gły dźwięk sygna­li­za­tora na holow­niku wró­cił go gwał­tow­nie do rze­czy­wi­sto­ści. Kapi­tan barki zamel­do­wał, że docho­dzą do celu podróży – portu rzecz­nego w Dawid­gródku. Wydano serię zarzą­dzeń regu­lu­ją­cych roz­ła­du­nek prze­wo­żo­nej kan­ce­la­rii dowódz­twa KOP-u. W nie­wiel­kiej przy­stani zawrzała praca. Puł­kow­nik natych­miast po zej­ściu na ląd pospie­szył zamel­do­wać się swemu zwierzch­ni­kowi – gene­ra­łowi bry­gady Wil­hel­mowi Orli­kowi-Rückemannowi. Dowódca KOP już od wczo­raj z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał przy­by­cia swo­jego zastępcy, któ­rego wysłał z prze­peł­nio­nego ewa­ku­owa­nymi insty­tu­cjami woj­sko­wymi i cywil­nymi Piń­ska, drogą wodną, ponie­waż całego dowódz­twa Kor­pusu nie można było pomie­ścić w pociągu i na nie­licz­nych cię­ża­rów­kach, tym bar­dziej że ofi­ce­rom od 5 wrze­śnia, to jest momentu ewa­ku­acji z War­szawy, towa­rzy­szyły też ich rodziny.

Orlika łączyła z Bit­t­ne­rem więź przy­jaźni od lat nasto­let­nich. Byli nie­mal rówie­śni­kami, pierw­szy był lwo­wia­kiem, zaś drugi pocho­dził ze Sta­ni­sła­wowa. Obaj dzia­łali przed I wojną świa­tową w ruchu zarze­wiac­kim oraz w Związku Walki Czyn­nej, cemen­to­wały ich nadto wspólne prze­ży­cia ze szlaku bojo­wego Legio­nów Pol­skich, gdzie obaj się wyróż­niali bit­no­ścią i talen­tem tak­tyczno-orga­ni­za­cyj­nym. Toteż kiedy Bit­t­ner zja­wił się w drzwiach impro­wi­zo­wa­nej kwa­tery Rückemanna, ten drugi nie dał mu nawet dokoń­czyć for­mal­nego mel­dunku o przy­by­ciu dru­giego rzutu sztabu KOP, wyszedł zza biurka i, ści­ska­jąc dłoń, zapy­tał kolegę:

– Czy kan­ce­la­ria już roz­ła­do­wana z barki?

– Tak jest, chłopcy uwi­nęli się z tym spraw­nie.

– No cóż – zamy­ślił się, pod­cho­dząc do okna gene­rał – skoro ani Naczelne Dowódz­two, ani mini­ster­stwo nie przy­dzie­liły dowódz­twu KOP dotąd żad­nych kon­kret­nych zadań odno­śnie tego, co wypada nam robić w przy­padku wojny z Niem­cami, musimy sami sobie narzu­cić pewne dzia­ła­nia, jakie w obec­nych oko­licz­no­ściach pomogą, być może, innym.

– Wil­helm, a bio­rąc rzecz bar­dziej ogól­nie – ostroż­nie zagaił puł­kow­nik o nie­wy­godny, acz upo­rczy­wie narzu­ca­jący się temat, na który obaj odczu­wali jakąś potrzebę choć krót­kiej wymiany myśli – sądzisz, że zdo­łamy się utrzy­mać do prze­ła­ma­nia przez Fran­cu­zów Linii Zyg­fryda? W radio poda­wali, że wkro­czyli do Zagłę­bia Saary i toczą się tam, jakoby, jakieś walki…

– Szcze­rze mówiąc, o Fran­cu­zach wiem tyle co i ty. Może tam poto­czyć się róż­nie, sły­sza­łem na przy­kład, że nad Renem od mie­siąca panuje pogoda odwrotna niż u nas. Ma tam cią­gle padać, co, ma się rozu­mieć, utrud­nia dzia­ła­nia alianc­kiego lot­nic­twa i moż­li­wo­ści prze­pra­wowe wojsk lądo­wych.

– Nie­mniej nikt nie zaprze­czy, że wojnę pro­wa­dzimy w skła­dzie koali­cji z dwiema potę­gami, które wystą­piły w naszej obro­nie wraz z całymi swymi poten­cja­łami impe­riów kolo­nial­nych.

– Jak wiesz, osiem lat służby poświę­ci­łem czoł­gom. Nie­miecka dok­tryna ich uży­cia bie­gu­nowo odbiega od tej przy­ję­tej przez sojusz­ni­ków. Cokol­wiek nastąpi, ze strony Fran­cu­zów nie możemy spo­dzie­wać się cze­go­kol­wiek lep­szego niż bitwy meto­dycz­nej.

– Masz jakieś świeże wia­do­mo­ści, jak idzie naszym woj­skom? – zmie­nił temat Bit­t­ner. – Prasa miej­scowa to ostat­nio moje główne źró­dło infor­ma­cji, a z niej wynika, jako­by­śmy byli o krok od zwy­cię­stwa. Czy­ta­łem nie­dawno w jakiejś gaze­cie nawet histo­ryjkę o tym, jak nie­miecki lot­nik, lecąc tuż nad zie­mią, podmu­chem śmi­gła roz­wa­lił kopiec siana, a sto­jący na polu chłop tak się roz­sier­dził, że cisnął w niego widłami niczym trój­zę­bem, prze­bi­ja­jąc kok­pit i samego pilota.

– W gaze­tach zawsze wypi­sują bred­nie – par­sk­nął gene­rał, reagu­jąc na aneg­dotę szcze­rym śmie­chem. Była to bodaj pierw­sza chwila weso­ło­ści na jego twa­rzy od początku mie­siąca, lecz zaraz potem spo­chmur­niał. Wzrok zatrzy­mał mu się na zawie­szo­nej na ścia­nie pro­wi­zo­rycz­nego gabi­netu mapie Pol­ski. – Taaak… wszystko to maluje się w bar­dzo nie­cie­ka­wych bar­wach – dodał przy­ci­szo­nym, ponu­rym tonem. – Wczo­raj, zanim ewa­ku­owa­łem się z Piń­ska, spo­tka­łem się jesz­cze z Kle­eber­giem, który, jak wiesz, przy­je­chał tam z dowódz­twa okręgu kor­pusu w Brze­ściu. On ma wpraw­dzie słaby, ale mimo wszystko nie­po­rów­na­nie lep­szy kon­takt z resztą wojsk niż my. Całość nosi zna­miona kata­strofy całego pań­stwa.

– Sły­sza­łem wiele podob­nych rela­cji od roz­bit­ków z róż­nych for­ma­cji, które ścią­gnęły do Piń­ska. Przy­po­mnij sobie dwu­dzie­sty rok – przed manew­rem znad Wie­prza nastroje były nie­mal iden­tyczne, a jed­nak jakoś wyszli­śmy z tego obronną ręką.

– Ludek, tylko że wtedy ani uzbro­je­niem, ani liczeb­no­ścią nie ustę­po­wa­li­śmy bol­sze­wi­kom. Poza tym nie od dziś wia­domo, że woj­sko nie­miec­kie jest prze­ciw­ni­kiem znacz­nie trud­niej­szym niż rosyj­skie. U nich wszystko działa jak w szwaj­car­skim zegarku. Nikomu innemu bym tego w takich oko­licz­no­ściach nie powie­dział, ale mię­dzy przy­ja­ciółmi nie powinno być zasła­nia­nia się hura­pa­trio­tycz­nymi fra­ze­sami. Z infor­ma­cji, które prze­ka­zał mi Kle­eberg, i z komu­ni­ka­tów wroga wychwy­ty­wa­nych przez radio, wyła­nia się obraz wyjąt­kowo ponury. – Pod­cho­dząc do mapy, gene­rał na chwilę umilkł, po czym pod­jął: – Poło­że­nie stra­te­giczno-ope­ra­cyjne należy uznać za skraj­nie cięż­kie. Twier­dza w Brze­ściu, choć przed wojną przez dłu­gie lata pozo­sta­wiona sama sobie, wciąż się trzyma i tylko temu zawdzię­czamy, że na tych bło­tach nie musimy jesz­cze mie­rzyć się bez­po­śred­nio z nie­przy­ja­cie­lem. Jak długo zdoła wytrwać, tego Kle­eberg nie potra­fił okre­ślić, był jed­nak wyraź­nie pesy­mi­stycz­nie nasta­wiony do moż­li­wo­ści dal­szego oporu w nad­cho­dzą­cych dniach.

– Brze­ściem dowo­dzi Pli­sow­ski, więc tanio skóry nie sprzeda, znam go dobrze – wciął się zadzior­nie Bit­t­ner, jakby w swoim umy­śle życze­niowo sta­wia­jąc czyn­niki moralne ponad chłodną mili­tarną aryt­me­tykę. – Zresztą – oży­wił się wyraź­nie zastępca dowódcy KOP – oprócz tego, co pod osłoną twier­dzy for­muje Kle­eberg, ist­nieją i inne, sil­niej­sze zgru­po­wa­nia. Linia Narwi wpraw­dzie prze­pa­dła, lecz woj­ska, które jej bro­niły, nie zostały prze­cież okrą­żone, a zatem muszą spły­nąć gdzieś na połu­dnie i tam połą­czyć się z tym, co po pogro­mie w Kie­lec­kiem zdo­łało prze­pra­wić się przez Wisłę, jak rów­nież z cofa­jącą się ze Ślą­ska Armią „Kra­ków”, która w celu zawią­za­nia nowego frontu w cen­trum kraju odbiła znad Sanu na pół­noc, by sca­lić się z jed­nymi i dru­gimi. To wynika z samej geo­gra­fii.

– Prze­ciw­nik już dwu­na­stego sztur­mo­wał Lwów, a więc i bariera Sanu musi być stra­cona. Całe szczę­ście moje rodzinne mia­sto to nie Kra­ków, który wróg zajął bez wystrzału, i twardo się ono broni – zri­po­sto­wał gene­rał. – Nie­stety, Prze­myśl praw­do­po­dob­nie padł wczo­raj.

– Na Lwów prze­pro­wa­dzono rajd zmo­to­ry­zo­wany z tery­to­rium Sło­wa­cji. Z natury rze­czy nie mogły to być zbyt duże siły. Poza tym Kutrzeba z Bort­now­skim pod Kut­nem gniotą szwa­bów jak się patrzy! Tam pułki wiel­ko­pol­skie potra­fią Niemca bić. Obaj wiemy, że przy wszyst­kich wadach cha­rak­teru pozna­niak już w dwu­dzie­stym roku poka­zał, co zna­czy połą­cze­nie ducha bojo­wego z dys­cy­pliną.

– Tak, Kutrzeba to umysł abso­lut­nie wybitny. Oby tylko pogło­ski, jakoby Niemcy nad Bzurą już okrze­pli, ścią­gnęli odwody i lot­nic­two bom­bowe, prze­cho­dząc do kontr­ofen­sywy, nie oka­zały się praw­dziwe. O tym Kle­eberg, rzecz jasna, miał wie­dzę jedy­nie ogól­ni­kową, opartą raczej na domy­słach. Wróg ewi­dent­nie dąży do odcię­cia War­szawy i Modlina od połą­czeń z resztą kraju – tego możemy być pewni… Na godzinę dzie­więt­na­stą zwo­ła­łem odprawę sztabu u mnie w gabi­ne­cie; omó­wimy sprawy bez­po­śred­nio doty­czące naszych zadań – dodał Rückemann.

– Czy mogę się już odmel­do­wać?

– Tak. Zaj­mij się przy­go­to­wa­niem spa­le­nia czę­ści przy­wie­zio­nych akt. Zamie­rza­łem zro­bić to jesz­cze w Piń­sku, lecz w tym ści­sku nie było jak, a papie­rów mamy zbyt wiele. Trzeba zwłasz­cza dokoń­czyć nisz­cze­nie akt mobi­li­za­cyj­nych, któ­rego nie zdą­ży­li­śmy prze­pro­wa­dzić w War­sza­wie. Zaraz wydam sto­sowny roz­kaz na piśmie. Nie będziemy tasz­czyć przez te błota całej biblio­teki, a czuję, że jesz­cze przyj­dzie nam powo­jo­wać…

Krótka przy­ja­ciel­ska poga­wędka była chwilą wytchnie­nia, jakiej obaj wyżsi ofi­ce­ro­wie potrze­bo­wali w natłoku pię­trzą­cych się pro­ble­mów orga­ni­za­cyjno-admi­ni­stra­cyj­nych. Pozwo­liła im choć na kilka minut ode­rwać się od tej koniecz­nej, lecz nużą­cej pracy i powró­cić do roz­wa­żań stricte ope­ra­cyj­nych – owego crème de la crème woj­sko­wo­ści. W chwili wybu­chu wojny dowódz­two KOP w isto­cie pozo­stało nie­jako osie­ro­cone, gdyż wła­dze zwierzch­nie, pochło­nięte innymi spra­wami, cał­ko­wi­cie zigno­ro­wały ist­nie­nie tego organu. Pod­jęte przez Orlika jesz­cze w sto­licy, 5 wrze­śnia, oso­bi­ste próby uzy­ska­nia decy­zji, bądź cho­ciaż ogól­nych wytycz­nych co do cha­rak­teru uży­cia KOP-u w woj­nie z Niem­cami nie przy­nio­sły żad­nych rezul­ta­tów ani w Naczel­nym Dowódz­twie, ani w Mini­ster­stwie Spraw Woj­sko­wych. Jedy­nie od szefa resortu spraw wewnętrz­nych, gen. Sła­woja-Skład­kow­skiego, udało się uzy­skać zgodę na ewa­ku­ację dowódz­twa KOP z War­szawy do Piń­ska. Było to konieczne wobec stale szwan­ku­ją­cej łącz­no­ści i groźby okrą­że­nia mia­sta. Pozo­sta­nie w sto­licy cał­ko­wi­cie pozba­wi­łoby ten organ wpływu na pod­le­głe mu jed­nostki roz­miesz­czone wzdłuż gra­nicy wschod­niej.

Gene­rał Rückemann, pró­bu­jąc zło­żyć ze strzęp­ków infor­ma­cji obraz ogól­nego poło­że­nia na fron­cie, nie­stety się nie mylił. Szes­na­stego wrze­śnia dzia­ła­nia Wehr­machtu ogni­sko­wały się już zasad­ni­czo w dwóch obsza­rach, gdzie Woj­sko Pol­skie na­dal sta­wiało zor­ga­ni­zo­wany, zażarty opór: w cen­trum kraju – w pasie od Łowi­cza po war­szaw­sko-modliń­ski węzeł obrony – oraz na połu­dniu, od Wie­prza przez Zamość i Lwów po rubież gór­nego Dnie­stru. Tam, pod wpły­wem trzeź­wych uwag gen. Sosn­kow­skiego, Naczelne Dowódz­two przy­jęło kon­cep­cję obrony na tzw. przed­mo­ściu rumuń­skim i od pew­nego czasu prze­kie­ro­wy­wało linie odwro­towe wiel­kich jed­no­stek, by nie odcho­dziły wprost na wschód ku ZSRR, lecz na połu­dniowy wschód, gdzie – mając zabez­pie­czone tyły tery­to­rium dwóch zaprzy­jaź­nio­nych państw – spo­dzie­wano się docze­kać poważ­niej­szych dostaw uzbro­je­nia od sojusz­ni­ków.

Pan­cerno-zmo­to­ry­zo­wane czo­łówki Wehr­machtu parły szybko naprzód, naj­czę­ściej omi­ja­jąc bądź roz­pra­sza­jąc impro­wi­zo­wane punkty oporu napo­ty­kane w głębi kraju. Z tego powodu do 17 wrze­śnia nie­miec­kie straże przed­nie osią­gnęły rubież Sokółka – Kobryń – przed­pola Wło­dzi­mie­rza Wołyń­skiego – Lwów – rejon Stryja. Zwrot zaczepny Armii „Poznań” i „Pomo­rze” odcią­gnął jed­nak więk­szość związ­ków tak­tycz­nych oraz Luft­waffe od dzia­łań na Lubelsz­czyź­nie i w Mało­pol­sce, gdzie rów­nież toczyły się boje. W ugru­po­wa­niu najeźdźcy powstały luki, a napór głów­nych sił w kie­runku Kre­sów Wschod­nich wyraź­nie osłabł. Obszar kraju na wschód od linii wysu­nię­tych nie­miec­kich pla­có­wek, aż po gra­nicę sowiecką – prze­cięt­nie na głę­bo­ko­ści około dwu­stu kilo­me­trów – zyskał chwilę względ­nego spo­koju i czas na lep­sze przy­go­to­wa­nie obrony.

Coraz wyraź­niej rysu­jąca się kon­cep­cja zni­we­lo­wa­nia nie­ko­rzyst­nego sto­sunku sił wła­snych do nie­przy­ja­ciel­skich poprzez rady­kalne skró­ce­nie frontu pozo­sta­wiała w isto­cie zie­mie pół­nocno-wschod­nie Rzecz­po­spo­li­tej wła­snemu losowi, nie­mal cał­ko­wi­cie ogo­ło­cone z woj­ska. Tym­cza­sem Pole­siu, od początku dru­giej dekady wojny, zaczęła przy­pa­dać rola dotąd zupeł­nie nie­prze­wi­dy­wana: stwo­rze­nia bariery prze­ciw wro­gowi nie tylko od strony środ­ko­wego Bugu, lecz przede wszyst­kim fron­tem ku pół­nocy – od Brze­ścia i Kobry­nia, wzdłuż Pry­peci i jej licz­nych dopły­wów, rów­no­leż­ni­kowo aż po gra­nicę ZSRR. Zada­nie obrony tego dwu­stu­pięć­dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wego odcinka powie­rzono gen. Kle­eber­gowi.

Aby móc wyko­nać roz­kaz zamknię­cia wszyst­kich przejść przez bagna Pole­sia, przy zacho­wa­niu tak­tycz­nych norm sze­ro­ko­ści pasów obrony, potrze­bo­wał on co naj­mniej tuzina puł­ków pie­choty, i to pod warun­kiem, że manewr nie­przy­ja­ciela na połu­dniowy wschód będzie miał jedy­nie cha­rak­ter pomoc­ni­czo-wią­żący. Gude­rian, korzy­sta­jąc z upal­nego lata i niskich sta­nów wód, z pew­no­ścią spró­buje prze­bić się tędy na Wołyń, głę­boko oskrzy­dla­jąc woj­ska gorącz­kowo orga­ni­zu­jące opór w połu­dniowo-wschod­niej czę­ści kraju.

Grupa Ope­ra­cyjna „Pole­sie” nie była jesz­cze wów­czas tak roz­bu­do­wana jak pod­czas paź­dzier­ni­ko­wej bitwy pod Koc­kiem. Jej trzon sta­no­wiły zale­d­wie cztery pułki pie­choty, nie­mal cał­ko­wi­cie pozba­wione kawa­le­rii, a zapas broni prze­ka­za­nej z Głów­nej Skład­nicy Uzbro­je­nia w Sta­wach oka­zał się alar­mu­jąco skromny: 5350 kara­bi­nów powta­rzal­nych, 550 kara­bin­ków kawa­le­ryj­skich, 121 erka­emów i 36 ceka­emów. Arse­nał ten tylko w nie­wiel­kim stop­niu powięk­szały opu­sto­szałe maga­zyny rezer­wo­wych dywi­zji 50 i 60, mobi­li­zo­wa­nych już po wybu­chu wojny.

W tej sytu­acji, pozba­wiony jakich­kol­wiek wytycz­nych z góry, gen. Rückemann zapro­po­no­wał Kle­eber­gowi swoją pomoc w reali­za­cji zada­nia obrony na linii Muchawca, Pry­peci i Piny. Dowódca GO „Pole­sie” zamie­rzał nie dopu­ścić Niem­ców poza barierę dwóch ostat­nich rzek, przy­go­to­wu­jąc pozy­cje na pół­noc od nich, a na połu­dnie od szosy Brześć – Słuck, leżący już na tery­to­rium ZSRR. Kopi­ści objęli naj­dal­szy odci­nek tego nie­do­szłego frontu, roz­cią­ga­jący się na prze­strzeni osiem­dzie­się­ciu kilo­me­trów – od Jeziora Wyga­now­skiego na wschód aż po gra­nicę sowiecką. Do obsa­dze­nia tej rubieży wygo­spo­da­ro­wano zale­d­wie cztery kom­pa­nie, dys­po­nu­jące bar­dzo skromną liczbą ceka­emów, które w dniach 13–14 wrze­śnia zajęły pozy­cje przy dwóch głów­nych trak­tach prze­bie­ga­ją­cych przez ten rejon, moż­li­wych do wyko­rzy­sta­nia przez oddziały zmo­to­ry­zo­wane prze­ciw­nika. Odpo­wie­dzial­ność za ten odci­nek powie­rzono Bry­ga­dzie KOP „Pole­sie”.

Na zega­rze zbli­żała się godzina dzie­więt­na­sta. W kwa­te­rze gene­rała Orlika stop­niowo mel­do­wali się człon­ko­wie sztabu KOP oraz dowódcy oddzia­łów gra­nicz­nych. Puł­kow­nik Bit­t­ner zre­fe­ro­wał krótko ponure poło­że­nie ogólne, koń­cząc jed­nak nutą umiar­ko­wa­nego opty­mi­zmu: dla Pole­sia klu­czowe jest to, że Brześć wciąż się broni. To daje nam czas na lep­sze przy­go­to­wa­nie. Poza tym wkrótce nadejdą jesienne słoty, a te – jak wszy­scy dosko­nale wie­cie – co naj­mniej potroją walory tak­tyczne tutej­szego terenu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki