Autoportret KOR-u - Zbigniew Gluza - ebook

Autoportret KOR-u ebook

Zbigniew Gluza

0,0

Opis

Zanim historia trafi do podręczników, jest czyimś zapisem w dzienniku, listem, grypsem przemyconym z więzienia, notatką pisaną w pośpiechu.Autoportret KOR-uskłada takie rozproszone świadectwa w jedną opowieść – o ludziach, którzy nie mieli poczucia, że tworzą historię. Po prostu robili to, co uważali za słuszne. Ułożone chronologicznie zapisy z lat 1976–1981 prowadzą czytelnika przez narodziny i działalność Komitetu Obrony Robotników z perspektywy jego członków, współpracowników i osób tworzących jego krąg. To nie tylko książka o opozycji demokratycznej, ale przede wszystkim poruszająca historia ludzi, ich wyborów, odwagi, wątpliwości i odpowiedzialności – opowiedziana ich własnymi słowami.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 540

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright by Fundacja Ośrodka KARTA, 2026

WYBÓR IOPRACOWANIE: Zbigniew Gluza

REDAKTORKA PROWADZĄCA: Agnieszka Knyt

KWERENDA TEKSTOWA WROZDZIALE MOBILIZACJA: Dominik Szymański

PROJEKT GRAFICZNY:

ZDJĘCIA NA OKŁADCE:

Archiwum Andrzeja Friszke / FOTONOVA; Archiwum Fundacji Ośrodka KARTA (FOK), Tomasz Abramowicz / PAP; Anna Beata Bohdziewicz; Wojciech Łaski / East News; Wojciech Druszcz / East News; Zbigniew Garwacki / FOTONOVA; Marcin Jabłoński / FOK; Janusz Krzyżewski / FOK; Tomasz Michalak / FOTONOVA; Bartosz Pietrzak / FOK

KSIĄŻKA ZOSTAŁA WYDANA WE WSPÓŁPRACY IJEST WSPÓŁFINANSOWANA PRZEZ

Instytut Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza

KSIĄŻKA DOFINANSOWANA PRZEZ

Polską Fundację Narodową

KSIĄŻKĘ WSPARLI

ORAZ

Mieczysław Prószyński, Katarzyna Scheer i Kazimierz Stańczak, Tadeusz Winkowski

ul. Narbutta 2902-536 Warszawatel. (48) 22 848-07-12Kontakt do wydawnictwa: [email protected]: [email protected]ęgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.plwww.karta.org.pl

Wydanie I

Warszawa 2026

ISBN 978-83-67820-75-2

Zaledwie pięć lat

Moment zwrotny między Peerelem a Polską. Gdyby w czerwcu 1976 udało się bez następstw zdusić bunt robotniczy, od bezwzględnej komunistycznej tyranii mogłoby nie być odwrotu. Reakcja nastąpiła. Po trzech miesiącach od pacyfikacji powstał Komitet Obrony Robotników. KOR stał się odtąd ponadczasowym znakiem prospołecznej postawy i uniwersalnego celu. Dzięki determinacji tej małej wówczas grupy, kraj ruszył konsekwentnie w stronę wolności – akurat ci ludzie potrafili drogę tę nazwać i rozpocząć.

Pięciolecie KOR-u – między wrześniem 1976 a wrześniem 1981 – okazało się czasem fundamentalnej zmiany. Niegasnący ruch oddolny przeprowadził społeczeństwo ze stanu podległości do takiej podmiotowości, że nie dało się go już potem obezwładnić stanem wojennym. Dynamika tamtego czasu – od „dziesięciorga” zmotywowanych na wejściu, po miliony u szczytu Solidarności (społecznej, nie instytucjonalnej) – nie mieściła się w marzeniach KOR-u, ale była spełnieniem jego założeń i reguł aktywizacji. Stała się siłą naruszającą podstawy bloku sowieckiego w Europie.

Obszerna jest dokumentacja Komitetu: i w „bibule”, i w publikacjach zachodnich, i inwigilacyjnych papierach SB, i późniejszych wspomnieniach oraz pracach historyków. Jednak nie powstała dotąd zbiorowa autobiografia, która byłaby własnym portretem środowiska. A ono akurat dawało podstawę do takiego ujęcia. W rozmowie z Wojciechem Onyszkiewiczem, współzałożycielem KOR-u, w zgodnym namyśle nad powinnością historyczną w kontekście 50. rocznicy powstania Komitetu, uznaliśmy, że najważniejsza będzie bezstronna opowieść prowadzona „od środka”. Zatem najbliższa wydarzeniom i uwolniona od ocen z późniejszej perspektywy.

To naturalne dla KARTY jako miejsca, które w swej pracy skupia się na zapisach źródłowych. Od własnego prapoczątku w styczniu 1982, staramy się tak wnikać w istotę rzeczywistości – wtedy bieżącej, potem historycznej. Przy tym Archiwum KARTY zgromadziło najpełniejszą kolekcję dokumentacji środowiska KOR-u, łącznie ze zbiorami osobistymi wielu jego członków i współpracowników. Na tym zresztą oparły się wydane przez nas wnikliwe indywidualne autobiografie – Jacka Kuronia, Jana Józefa Lipskiego, Jana Lityńskiego. Mając taką podstawę, mogłem się podjąć tego zadania.

W trakcie pracy uzyskałem mocniejsze niż dotąd potwierdzenie, że opozycyjna linia KOR-u była optymalna, o nieprawdopodobnej wprost skuteczności, którą pojawiająca się z czasem „konkurencja” mogła jedynie z boku obserwować – żadne radykalniejsze postulaty, w istocie antykorowskie, nie przekuwały się w zmiany o realnym charakterze. Idąc w rytm źródłowej opowieści, miesiąc po miesiącu, z zachowaniem chronologii wydarzeń, zyskiwałem coraz silniejszy dowód, że Sierpień wyrósł wprost z KOR-u, że pierwotna Solidarność jest emanacją jego etosu.

Powrót do ściśle KOR-owskich źródeł, pozbawionych późniejszych kontekstów i komentarzy, okazał się intelektualnym i emocjonalnym odkryciem. Tamto pięciolecie jest trudne do porównania z czymkolwiek w ośmiu powojennych dekadach. Uderza niepomnikowość postaw, wzajemnych relacji, sposobów komunikowania się, taka bezpretensjonalność, która może dziwić wobec skali indywidualnego poświęcenia, na jakie się zdobyli ludzie KOR-u. Porusza ich determinacja w ofiarności, traktowanej jako oczywistość, a przy tym – nieoczekiwanie nagrody osobistej, jakby skuteczność ogólna była czymś jedynym, co przynosi spełnienie. Oznaczało to dawanie przykładu, lecz bez nachalnej dydaktyki, bez nacisku, z przekonaniem (słusznym, jak się okazało), że z czasem wolność sama znajdzie dla siebie drogę. Powstało środowisko, którego wewnętrzna wierność trwała, mimo jednostkowych odstępstw i coraz większej skali działań. W ten sposób mogła się już tworzyć wizja przyszłego życia społecznego.

W przedstawionym tu montażu świadectw dominują zapisy indywidualne, a tylko wyjątkowo podane są dokumenty, oświadczenia czy – wiersz. Jeden przypadek może szczególnie dziwić: jest to doniesienie agenturalne z kwietnia 1979, gdy TW (tajny współpracownik) cytuje Jacka Kuronia, który na kilkanaście miesięcy przed wybuchem Solidarności zapowiada możliwość ogólnopolskiego strajku. Charakterystyczne, że Bogdan Borusewicz, który taki scenariusz zrealizował, nie znał wystąpienia Kuronia w opozycyjnym Salonie Walendowskich. Zasady walki z systemem były w KOR-ze głęboko uwewnętrznione i dzięki temu skuteczne działanie stało się możliwe także bez każdorazowych narad.

Bogdan Borusewicz, wobec nadających ton warszawskich liderów, był postacią niby drugiego planu, lecz taką, która – niosąc wartości KOR-owskie – doprowadziła do najszerszego ich upowszechnienia. Jego postawę można uznać za wzorcową w całym biegu pięciolecia KOR-u: znakomity przywódca opozycji trójmiejskiej, skuteczny kreator Sierpnia, świadomie pozostający w tle strajku solidarnościowego, siła napędowa gdańskiego Związku, ale całkowicie z niego wycofany na przełomie lata i jesieni 1981. To wtedy polityka NSZZ „Solidarność” zdawała się już odstawać od etosu KOR-u.

Środowisku późniejszej KARTY ówczesna postawa dystansu jest wyjątkowo bliska. Jesienią 1981 powoływaliśmy do życia niezależne pismo „Odmowa”, które odnosiło swój tytuł nie do komunizmu, ale do procesu duszenia wolności w „naszym” Związku. Byliśmy wtedy przekonani, że jego władze zaprzeczają coraz bardziej wartościom mijającego pięciolecia, wstawiając solidarność w polityczny cudzysłów.

KOR zaczął od obrony robotników, ale sens Komitetu, szczególnie pod postacią Samoobrony Społecznej, był znacznie szerszy. Bronił rosnącego wolnego społeczeństwa. Solidarność wyrosła z KOR-u jako potwierdzenie, że zamysł oddolnej aktywizacji ludzi jest najgroźniejszy dla systemu totalitarnego. Zasadą była ochrona zawiązków samoistnej aktywności, która nie musiała być z KOR-em związana, byle była w istocie niezależna. Tylko gdy – zamiast o działania praktyczne – chodziło o ideologiczne rywalizacje, Komitet próbował stawiać tamę. Okazała się, niestety, za słaba. Nie zdołała uchronić Polski przed narastającymi podziałami.

KARTA powstała sto dni po rozwiązaniu się KOR-u i działa blisko 45 lat. Z dzisiejszej perspektywy, patrząc wstecz, byłem dotąd przekonany, że jako podziemne pismo istniała, by bronić przed wewnętrznym jaruzelskim okupantem wartości Solidarności. Po pracy nad tą książką chciałbym myśleć, że KARTA spełniła raczej założenia Komitetu, że była jego ideowym potomkiem. Na wszystkich etapach 45-lecia zależało nam, by wypełniać taki prospołeczny etos, jaki wyznacza historia KOR-u. To jest jak przesłanie – na zawsze.

ZBIGNIEW GLUZA

MOBILIZACJA

Czerwiec–sierpień 1976

Jan Lityński

W imieniny Jana spotykaliśmy się u Jana Józefa Lipskiego. Odbywał się doroczny „bal u prezydenta”. […] Bal był rodzajem spotkań opozycyjnego salonu, który w terminologii Janusza Szpotańskiego nazywany był gęgiem. I tak słynna opera Szpota nosiła tytuł Cisi igęgacze, czyli bal uprezydenta. W tej terminologii Jan Józef Lipski ustanowiony został prezydentem, a Jan Olszewski dostąpił tytułu naczelnika. […] Niezmiennie honorowe miejsce na fotelu zajmował Antoni Słonimski, do którego każdy uważał za konieczne podejść i zamienić z nim kilka słów, a raczej wysłuchać kolejnego żartu pana Antoniego. […]

W tym roku jednak nastrój był nieco odmienny. Właśnie premier [Piotr] Jaroszewicz ogłosił podwyżkę cen żywności i innych artykułów konsumpcyjnych. Odbyło się to w sejmie. Kanonem był żart, że wszelkim podwyżkom towarzyszą obniżki – i choć ceny mięsa idą w górę, za to tanieją lokomotywy. Podwyżki zaś w nowomowie nazywały się niewinnie „regulacją cen”. Tak było i tym razem. Jacek Kuroń zareagował natychmiast. Jacek był zawsze niecierpliwy. Czekał na kolejne przesilenie, wierząc, że może nastąpić lada chwila.

WARSZAWA, 24 CZERWCA 1976 [93 - zob. spis źródeł na str. 368]

Jacek Kuroń

Na bal przybył kwiat Warszawy – wybitni ludzie nauki, kultury i sztuki. […] Wszyscy goście tuż przed spotkaniem dowiedzieli się z radia, że Sejm PRL na wniosek premiera Jaroszewicza uchwalił z dniem 26 czerwca podwyżkę cen żywności. Już z czyjejś głupoty, bo chyba nie dla dodatkowego rozdrażniania ludzi, dodano do tego wiadomość, że od poniedziałku, czyli tak czy owak – post factum, podwyżki te skonsultuje się ze społeczeństwem.

Chodziłem między gośćmi Jana Józefa i zadawałem dwa pytania: „Czy, zdaniem pytanej przeze mnie osoby, dojdzie w tej sprawie do wybuchu społecznego protestu? I jeżeli tak się stanie, to – zgodzi się na podpisanie zbiorowego wystąpienia solidarnościowego?”. Zebrani na pierwsze pytanie odpowiedzieli – nie, a na drugie – tak.

WARSZAWA, 24 CZERWCA 1976 [75]

Jan Olszewski

Dla mnie było wówczas oczywiste, że będzie reakcja robotnicza, i to na dużą skalę. Większość osób z naszego kręgu, i Jacek, i Antek Macierewicz, uważała wtedy, że to przejdzie, że nic nie będzie.

WARSZAWA, 24 CZERWCA 1976 [114]

Anka Kowalska

W mazurskiej gajówce nad jeziorem. […] Gajowy miał na imię Jan. Imieninowi goście oczekiwali na koncert z Opola przy otwartym telewizorze. Gdy zaczął mówić Jaroszewicz, biesiadę przerwano. Słowo „kurwa” szło z ust do ust. Powtarzano, wykrzykiwano ceny cukru, kaszy, mąki, masła. […] Bandyci, sukinsyny, swołocz. Naród z torbami puszczają. Ścierwa, ścierwa. […] Zaczęło się żałobne picie, jak to w Polsce. Na beznadzieję alkohol jest jedyny.

MAZURY, 24 CZERWCA 1976

Wieczorem gajowy skrzyknął nas do telewizora. Dziadek premiera, bardzo do wnuka podobny, odwoływał wczorajsze decyzje. Popatrzyliśmy sobie z przyjaciółmi w oczy: Poznań 56? Wybrzeże? Ślusarz poleciał do namiotu po czystą, gajowy z kredensu wyjął resztę nalewki. Zaczęło się weselne picie, jak to w Polsce.

MAZURY, 25 CZERWCA 1976 [67]

Antoni Macierewicz

Opis przebiegu pacyfikacji strajku ursuskiego przekazali mi moi współpracownicy, młodzi ludzie, poznani rok wcześniej w Tatrach. Na wieść o tym, że coś się dzieje, pojechali do Ursusa, obserwowali przebieg protestu i robili zdjęcia. Wieczorem dostałem fotografie wraz z dokładną relacją, jak Milicja Obywatelska pacyfikowała robotników, jak oblewano ich z helikopterów barwioną wodą, aby później móc zidentyfikować i aresztować. […] Okazało się, że stało kilkadziesiąt zakładów, a na następny dzień zapowiadały się dalsze strajki.

WARSZAWA, 25 CZERWCA 1976[16]

Jacek Kuroń

Pojechałem wraz z Janem Józefem do Lasek, gdzie przemieszkiwał [w zakładzie dla niewidomych prowadzonym przez siostry franciszkanki] […] Adaś Michnik […], rezydował tam w muzealnym pokoju po [pisarzu Jerzym] Zawieyskim i pisał książkę Kościół, lewica, dialog. We trójkę napisaliśmy roboczą wersję tekstu solidaryzującego się ze strajkującymi robotnikami. Byliśmy absolutnie przekonani, że intelektualiści powinni natychmiast zabrać głos w sprawie tego, co się dzieje, bo na wszystkich nas ciążyła wina milczenia w Grudniu 70. Sądziliśmy, że taki zbiorowy list to dużo, ale i wszystko, na co nas w tej chwili stać.

WARSZAWA, 26 CZERWCA 1976 [75]

Jan Olszewski

Było widać, że cała operacja zrobiona była w sposób kompletnie szczeniacki: najpierw władza zadrwiła ze społeczeństwa, ogłaszając jednego dnia konsultacje, a drugiego – nowe ceny, a następnie okazała słabość, natychmiast wszystko odwołując.

WARSZAWA, 26 CZERWCA 1976 [114]

Jan Lityński

Na weekend pojechałem z Bobasem [Bogdanem] Zalegą pożyczonym samochodem w skałki […]. Postanowiliśmy wracać przez Radom. Wjechaliśmy do wymarłego miasta. Zatrzymaliśmy samochód i poszliśmy w kierunku ulicy Żeromskiego. Zobaczyliśmy idący w naszym kierunku milicyjny patrol. Wycofaliśmy się, małodusznie rezygnując z jakichkolwiek rozmów z ludźmi na ulicy. Zresztą prawie nikogo tam nie było. Miasto zostało sterroryzowane.

RADOM, 27 CZERWCA 1976 [93]

Jan Olszewski

Było jasne, że należy w związku z wystąpieniami robotniczymi zabrać głos. Umówiliśmy się w tej sprawie na spotkanie w Harendzie – Lipski, Kuroń, Jakub Karpiński, Michnik i jeszcze ze dwie osoby – no i okazało się, że każdy z nas przyprowadził za sobą ogon. Zabawnie to wyglądało, bo nagle zapełniły się wszystkie okoliczne stoliki. Protest, który przygotowywaliśmy, miał być wprawdzie publiczny i jawny – no ale uznaliśmy, że w tych warunkach jednak trudno pracować.

Zdecydowaliśmy się jechać do Lasek, licząc na to, że na teren zakładu trudno im będzie wkroczyć. Rozdzieliliśmy się. Ja pojechałem z Jakubem i jego sympatią, która brawurowo prowadziła swojego małego Fiata i przyjęliśmy taktykę ucieczki przez najwęższe uliczki Żoliborza, żeby ich wpędzić w miejsca, gdzie będą mieli kłopoty z przejazdem. Rzeczywiście, zostawiliśmy ich dwa duże Fiaty na Żoliborzu, ale kiedy dojechaliśmy do bramy zakładu – okazało się, że już tam stoją. Ale do środka dostać się nie mogli. W Laskach, w pokoju, który kiedyś zajmował Zawieyski, ustaliliśmy do końca treść listu.

LASKI, 28 CZERWCA 1976 [114]

Antoni Macierewicz

Dla Jacka Kuronia, a zwłaszcza Jana Olszewskiego było zupełnie oczywiste, że jeśli środowiska opozycyjne chcą odgrywać poważną rolę, to muszą się zintegrować, ale bez Gromady [„Gromada Włóczęgów” – krąg starszoharcerski, którego współtwórcą był Antoni Macierewicz] nie da się tego zrobić, czyli bez grupy młodych, dynamicznych ludzi związanych z harcerstwem, którzy myślą i działają w kategoriach opozycji politycznej. I dlatego [...] zaczęto mnie zapraszać jako lidera środowiska Gromady do ich grona, które się uważało za kierownictwo polskiej opozycji, oczywiście nielegalnej.

WARSZAWA [66]

Adam Michnik

Mieliśmy świadomość, że sytuacja jest jakościowo nowa. Oto wielka część społeczeństwa publicznie zakwestionowała politykę władzy. I władza się cofnęła. Okazało się, że możliwe jest wywieranie presji, że artykulacja zbiorowych aspiracji może przynieść skutek.

LASKI, 28 CZERWCA 1976 [104]

Stefan Kisielewski w dzienniku

W tej sytuacji wydawało mi się jasne, że „intelektualiści” powinni się odezwać – po stronie robotników. Robotnicy buntowali się u nas zawsze o kiełbasę, literaci o Dziady czy konstytucję – nadarza się wreszcie okazja do zademonstrowania wspólności „buntu” i do dostarczenia robotnikom (nasza nowa szlachta!) jakiejś argumentacji polityczno-ideowej.

Szczęściem na ten sam oczywisty zresztą pomysł wpadli nasi młodzi i napisali list. […] Dobry i całkiem umiarkowany – myślę, że w sposób naturalny wynikał on z sytuacji. […] List był niezbędny jako „pójście za ciosem”, jako spokojne i zdecydowane zaznaczenie naszego stanowiska. Tymczasem nagle okazały się trudności z podpisami: stary głupiec Słonimski odmówił podpisu, motywując, że „nie może popierać gwałtu”, inni twierdzili, iż „nie wiadomo, co będzie” i nie należy się wtrącać „w rozgrywki partyjne”. Szlag mnie mało nie trafił na tych głupców, cóż za brak instynktu politycznego: na prowokację z Dziadami polecieli jak na kapustę, a tu, gdzie chodzi o niepozostawianie demonstrujących samym sobie, nagła subtelna „rozwaga” polityczna.

WARSZAWA, 28 CZERWCA 1976 [64]

Antoni Macierewicz

Siedzę na murku przy Pałacu Staszica i widzę, jak Krakowskim Przedmieściem maszeruje kolumna z czerwonymi flagami, wykrzykująca: „Gierek–partia, partia–Gierek!”. Zmierzała w kierunku Stadionu X-lecia, gdzie miał się odbyć wiec. Wyglądało to nieco humorystycznie, ponieważ widziało się, że ludzie wznoszą okrzyki bez szczególnego entuzjazmu i są gotowi mylić poszczególne słowa […]. Wrażenie robił za to masowy udział w tym pochodzie. Kilka tysięcy osób idących tylko Krakowskim Przedmieściem. […] To, co wtedy zobaczyłem, miało ogromny wpływ na mój sposób myślenia. Byłem wściekły […]. Ów przemarsz tak wpłynął na moje emocje, że bardziej mnie zmobilizował do działania.

WARSZAWA, 28 CZERWCA 1976 [16]

Anna Dodziuk

Spotkałam Kuronia na ulicy. […] Pracowałam na Karowej w pobliżu Krakowskiego Przedmieścia, po którym tłumy ludzi z transparentami maszerowały na wiec zwołany przez Gierka na Stadionie X-lecia – olbrzymią manifestację przeciwko „warchołom i chuliganom” z Radomia i Ursusa. Jacek zaczął mi opowiadać o pomyśle stworzenia jawnego komitetu, złożonego z ludzi o znanych nazwiskach, którzy będą bronić robotników przed represjami. Odprowadzałam go w dół w stronę Powiśla, powiedział, że idzie do księdza [Jana] Ziei, aby go zaprosić do udziału w przyszłym komitecie. Prawdę mówiąc, pomyślałam, że Kuroń zwariował. Ja widziałam to, co widziałam: za plecami na Krakowskim niekończący się tłum, wprawiony w ruch przez władzę, a na dole na Powiślu dwóch bezbronnych ludzi, Jacek i ksiądz staruszek. Przecież – byłam o tym przekonana – ta władza jednym ruchem unieszkodliwi i tych dwóch, i innych, którzy się do nich dołączą.

WARSZAWA, 28 CZERWCA 1976 [69]

Z Listu Czternastu

Wyrażamy solidarność z polskimi robotnikami. Poczucie odpowiedzialności za losy narodu i państwa wymaga uświadomienia sobie powagi sytuacji. Wypadki ostatnich dni dowiodły, że w panującym systemie sprawowania władzy jedyną formą ujawniania się rzeczywistych postaw obywateli są groźne w skutkach wybuchy niezadowolenia społecznego. System ten nie może być kontynuowany bez ryzyka nieobliczalnej katastrofy.

Prezes Rady Ministrów zapowiedział wnikliwe rozpatrzenie wniosków i uwag dotyczących struktury cen – oraz ponowne przeanalizowanie sprawy. Uważamy, że dyskusji nie da się zamknąć w urzędowych gabinetach. Dialogu tego nie można prowadzić w warunkach represji, w czym niektórzy zdają się upatrywać sposób przywrócenia zachwianego autorytetu. Dla autentyczności ogólnonarodowej debaty niezbędne jest istotne poszerzenie swobód demokratycznych. […]

Nikt nie powinien traktować koniecznych reform jako jednostronnych koncesji udzielanych przez władzę. W trudnej sytuacji naszej państwowości są one wyrazem wspólnego narodowego interesu. Są też jedyną gwarancją, że podstawowe sprawy naszego bytu narodowego będą rozstrzygane przez nas samych.

Nakłada to na wszystkich bezwzględny obowiązek zarówno obywatelskiej aktywności, jak i wzmożonej odpowiedzialności za słowa i czyny.

Podpisali: Ludwik Cohn, Jakub Karpiński, Stefan Kisielewski, Jacek Kuroń, Edward Lipiński, ks. Stanisław Małkowski, Adam Michnik, Jan Olszewski, Józef Rybicki, Władysław Siła-Nowicki, Aniela Steinsberg, Adam Szczypiorski, Wacław Zawadzki, ks. Jan Zieja.

WARSZAWA, 28 CZERWCA 1976 [86]

Jan Olszewski

Musieliśmy nagłośnić nasz protest, co wymagało przekazania odpowiedniej informacji wraz z treścią oświadczenia do radiostacji zagranicznych. Oczywiście mieliśmy z tym problem, ale udało się. […] Lipski dysponował możliwościami kontaktowymi.

WARSZAWA, 28 CZERWCA 1976 [16]

Jacek Kuroń

Miałem teraz przeświadczenie, że kiedy władza tak łatwo i jednoznacznie cofnęła się przed robotniczymi protestami, należy to wykorzystać i iść za ciosem. Nie bardzo jednak wiedziałem, jak to zrobić. Wciąż łaziły mi po głowie jakieś listy, petycje. Byłem przekonany, że przyszedł czas natarcia. Nie miałem pomysłu, co robić, ale wiedziałem, że lepiej jest robić coś nienajlepszego niż nic. […] Mówiłem o podpisach, a czas sztuki epistolarnej już minął. Nie chodziło mi jednak o listy. Czułem, że historia rzuca nam wyzwanie; i uważałem, że musimy temu sprostać. Jakiś pisarz – chyba [Konstantin] Paustowski – powiedział, że może się zdarzyć człowiekowi gwiezdny czas, to znaczy taki moment, kiedy można ulecieć w gwiazdy. Jeśli się tę chwilę przegapi, to nie wróci nigdy. […]

Antek Macierewicz i Piotrek Naimski […] od paru miesięcy propagowali ideę powołania Komitetu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, zapatrzeni w moskiewską działalność Andrieja Sacharowa. […] Czuliśmy, że nasz niewspółmiernie skromniejszy ruch ma o wiele większe oparcie w społeczeństwie, że jesteśmy ludziom bliscy, mniej izolowani. […] Z początku, kiedy Antek z Piotrkiem zaproponowali powołanie komitetu, nie było jakby przedmiotu działania, więc musiałby on ograniczyć się do ogólnych deklaracji. Najważniejsze jednak było to, że potencjalni założyciele komitetu wcale nie chcieli tego robić. Dni i noce przegadywaliśmy na ten temat z Antonim Słonimskim, Anielą Steinsbergową, Władysławem Bieńkowskim, Edwardem Lipińskim.

WARSZAWA [75]

Jan Lityński

Dochodziły do nas wieści o zatrzymaniach i aresztowaniach. Nic nie było pewne poza jednym – ruszyła potężna fala represji. Na domiar złego rozpoczął się atak propagandowy wściekłej władzy. Odbywały się wiece poparcia dla partii. […] Zwoływano je na stadionach, na które partyjny aparat spędzał głównie urzędników. Wytypowani przedstawiciele klasy rządzącej martwymi głosami odczytywali potępienie wichrzycieli i warchołów. […] Zmasowany atak przeprowadzono na jedno miasto – Radom.

WARSZAWA [93]

Stefan Kisielewski w dzienniku

Ale się nagle heca zrobiła niesamowita – a więc jednak nie taka zła ta Polska, jak się myśli, stać ją jeszcze na zrywy. […] Myślę, że w gruncie rzeczy pierwszy żałobny dzwon dla ekipy Gierka już zadzwonił, wprawili go w ruch robotnicy z Ursusa, Radomia, Płocka i innych miast, kolejarze z całej Polski, słowem tłumy, które się wreszcie wściekły.

WARSZAWA, 1 LIPCA 1976 [64]

Jan Olszewski

Pierwsza wiadomość, jaka do mnie trafiła, pochodziła od lekarki z Radomia, którą do mnie przyprowadzono. Opowiadała, że do szpitali radomskich przywożono ciężko potłuczonych ludzi z komend – i samo środowisko lekarskie usiłowało gdzieś alarmować, interweniować, tym bardziej że to ciągle jeszcze trwało… Usiłowaliśmy dotrzeć do [wicepremiera Józefa] Tejchmy, który wydawał się wtedy stosunkowo liberalny, bo mogło być tak, że te represje w Radomiu ktoś robi na własną rękę. Ale szybko okazało się, że prokurator wojewódzki z Radomia usiłował złożyć raport swoim przełożonym w tej sprawie – i szybko został odwołany. Wtedy stało się jasne, że rzecz jest zaplanowana i kierowana z góry, a nie ma charakteru jakiejś samowoli policyjnej. Zaczęły do nas docierać informacje z Ursusa: że są aresztowania, zwolnienia z pracy…

WARSZAWA [114]

Antoni Macierewicz

Chcieliśmy odszukać robotników i ich rodziny przede wszystkim dlatego, by dowiedzieć się, co się właściwie stało. […] Gdy zdaliśmy sobie sprawę ze skali represji, zrozumieliśmy, że ci ludzie muszą dostać konkretne wsparcie. O potrzebie zorganizowania akcji pomocy na pewno rozmawiałem z kolegami z „Czarnej Jedynki” – z Wojtkiem Onyszkiewiczem, Wojtkiem Fałkowskim, […] z Markiem Barańskim. Po powrocie z wyjazdu dołączył Piotr Naimski. Starałem się uruchomić środowisko Gromady, udało się to bez kłopotów. Odnosiłem wrażenie, że moi koledzy, podobnie jak ja, byli zdeterminowani i zastanawiali się jedynie nad metodami działania. Im także towarzyszyła świadomość, że tym razem podpisanie listu protestacyjnego to za mało.

[…] Od tej pory w gronie najbliższych osób rozpoczęły się dyskusje na temat wyboru sposobu reakcji na to, co się działo. […] Udało mi się zdobyć nazwisko jednego z dyrektorów „Ursusa” […]. To był w tamtym czasie gigantyczny zakład, […] zatrudniający blisko 20 tysięcy pracowników. Ten człowiek miał podobno informacje o zakresie represji i był gotów je przekazać. Kiedy dowiedział się, po co przyszedłem, zrobił się zielony z przerażenia. Mówił, że sam o niczym nie słyszał i nie wie, prosił, żebym nigdy w życiu nikomu o nim nie wspominał i wreszcie skierował mnie do majstra, jako że „ten majster podobno coś wie”. Od niego właśnie dostaliśmy kilka nazwisk osób represjonowanych, do których próbowaliśmy dotrzeć.

WARSZAWA [16]

Wojciech Fałkowski

Rozmawialiśmy w domu moich rodziców przebywających na urlopie. Właśnie skończyliśmy z Wojtkiem [Onyszkiewiczem] malować mieszkanie, zrobił się wieczór i wówczas zjawił się Antek. Opowiedział, że doszło do bardzo ostrej pacyfikacji robotników, rozpoczynają się czy też rozpoczną procesy i że udało się nawiązać kontakt z mecenasami. Adwokaci – na pewno padły nazwiska Jana Olszewskiego, Witolda Lisa-Olszewskiego i Andrzeja Grabińskiego – obiecali bezinteresownie bronić aresztowanych i wesprzeć nasze działania. Antek bardzo wyraźnie sformułował myśl, która zrobiła później wielką karierę i stała się często powtarzaną, wręcz banalną tezą. W Marcu 68 władza dokonała pacyfikacji inteligencji, oddzieliwszy ją od robotników i reszty społeczeństwa. Z kolei środowiska inteligenckie nie zareagowały po krwawym stłumieniu protestów robotniczych w Grudniu 70. Ale teraz – w roku 1976 – pojawia się możliwość wspólnego wystąpienia i zbudowania jednego frontu w obronie praw społecznych. Nie byłem w pełni przekonany, czy to sensowne, bardziej słuchałem, niż mówiłem, Wojtek miał jakieś wyraźne obiekcje. Po dwóch godzinach rozstaliśmy się przekonani, że w to wchodzimy i natychmiast włączamy się w akcję.

WARSZAWA, 9 LIPCA 1976 [16]

Antoni Macierewicz

Przed rozpoczęciem pierwszego procesu mieliśmy już pewien plan. Podzieliliśmy pracę na jawną i tajną, wyznaczyliśmy odpowiedzialnych za kontakty z adwokatami i innymi środowiskami politycznymi, za docieranie do represjonowanych, zbieranie pieniędzy i wreszcie samą akcję pomocową. Rodziny obecne w sądzie zamierzaliśmy objąć pomocą, a także nawiązać przez nie kontakty.

WARSZAWA[16]

Jan Józef Lipski

Jacka Kuronia powoływali do wojska – on to przeciągał, jak mógł, komisje lekarskie i tak dalej, ale było widać, że się nie wymiga. […] Powiedzieliśmy więc sobie, że komitet powstanie, chociażby deklaracja, z jaką wystąpi, miała być na razie jedynym jego wyczynem. Ale fakt, że było lato i trudno było pozbierać ludzi, spowodował, że nie od razu to się stało.

Powiedziałbym, żadnego z nich nie wyróżniając, zarówno o Jacku, jak i o Antku Macierewiczu. Obydwaj mieli wyraźną koncepcję. Jak się będzie to nazywać, to inna sprawa, ale obaj wiedzieli, że taki komitet trzeba utworzyć i rozpocząć pomoc dla poszkodowanych – i że trzeba wystąpić w sposób jak najbardziej jawny, apelując do społeczeństwa.

[…] Zaczęliśmy się rozglądać za pieniędzmi na pomoc. […] Współpracowałem z Duszpasterstwem Miłosierdzia i w związku z tym miałem gdzie szukać przy różnych okazjach, kiedy kogoś wsadzali, środków na pomoc dla rodzin, na wypiski i tak dalej. Więc pierwsze pieniądze ja i moi przyjaciele zebraliśmy w najbliższym środowisku oraz otrzymaliśmy jako zapomogę od Duszpasterstwa Miłosierdzia, z wyraźnym zastrzeżeniem, że mogą być użyte wyłącznie na pomoc humanitarną, na nic więcej.

WARSZAWA[40]

Jacek Kuroń

Dostaliśmy wiadomość, że w sądach na Świerczewskiego ma się odbyć pierwsza rozprawa przeciwko robotnikom z Ursusa. Przed sądem postawiono siedmiu uczestników rozmontowania szyn bardzo ważnej magistrali kolejowej Paryż–Moskwa. […] Przybyliśmy do sądu w najszerszym, jakie się udało zebrać, gronie. Robiliśmy tak zawsze przy każdym procesie politycznym. Zazwyczaj były to rozprawy zamknięte, siedzieliśmy więc przed salą i nazywaliśmy naszą tam obecność korytarzowaniem. Jak duże ma to znaczenie dla osądzanych, wiedziałem dobrze z własnej praktyki.

[…] W pewnym momencie człowiek, którego brata sądzono właśnie za drzwiami, wstał, ściągnął koszulę i pokazał mi czarne od razów plecy. Tak dowiedziałem się o „ścieżkach zdrowia”. Szpaler milicjantów uzbrojonych w długie bojowe pałki przepuszczał między sobą chłopaka, który miał szczęście, jeśli mdlał z bólu przed końcem. Opowiadał mi o torturowaniu ludzi wziętych z ulicy, z łapanek. Rozmawialiśmy z kobietami sądzonych na sali robotników. Były zrozpaczone i przestraszone. Ich mężom i synom groziły wyroki śmierci. Adwokatów przydzielono im z urzędu. To, że tych siedmiu wyłuskano z robotniczej demonstracji, ani na moment nie zaprzątnęło uwagi sądu.

WARSZAWA, 17 LIPCA 1976 [75]

Jan Józef Lipski

Była nas tam garstka, a wokoło nas masa „cichych” na korytarzu, obserwujących i fotografujących. Przełamania pierwszych lodów, które polegało na podejściu do tych rodzin i nawiązaniu rozmowy w taki sposób, by wzbudzić zaufanie, dokonały dwie dziewczyny: Małgosia Łukasiewicz i jej przyjaciółka Ewa [Bugańska]. […] Zaoferowaliśmy pomoc prawną: adwokatów, do których można mieć pełne zaufanie, którzy zrobią wszystko, co się da, albo więcej, niż się da. Koszty pomocy prawnej wzięliśmy na siebie i prosiliśmy, żeby rodziny zechciały wskazanym przez nas adwokatom dać pełnomocnictwa. Na co rodziny bez trudu się zgodziły.

WARSZAWA, 17 LIPCA 1976 [40]

Henryk Wujec

Bezpośrednio zetknęliśmy się z rodzinami poszkodowanych, co wywarło na nas bardzo duże wrażenie. Ci ludzie byli zszokowani, bezradni, spodziewali się najgorszego – a tak się złożyło, że władze popełniły błąd: wytoczyły ten proces osobom bardzo pozytywnym, które mogły być wzorem w swoich środowiskach, więc rodziny też były porządne.

[…]

Wszystko to było bardzo trudne: dużo ludzi się tam pętało, podejrzewali nas, że jesteśmy ubekami, ale w sytuacji takiej rozpaczy lody zostały przełamane. […]

Jeszcze na korytarzu sądowym podszedł do mnie Antek i zapytał, czy bym się nie włączył w akcję pomocy dla tych ludzi. Zgodziłem się. „To zgłosisz się do Wojtka Onyszkiewicza” – i podał mi telefon.

WARSZAWA, 17 LIPCA 1976 [40]

Jacek Kuroń

Zebraliśmy wszystkie pieniądze, jakie kto miał przy sobie, i wraz z tymi, które Jan Józef przyniósł w swoim chlebaczku, rozdzieliliśmy wśród rodzin aresztowanych. A potem zaprowadziliśmy ich do Jana Olszewskiego […] i tam zajęliśmy się wszystkimi prawnymi papierami, pełnomocnictwami – i widziałem, jak nadzieja rodzi się w tych przed chwilą rozpaczających kobietach.

Kiedy opowiadały nam o swoich codziennych kłopotach związanych z zabraniem ich mężczyzn, o tym, że nie ma kto zebrać jabłek, że nie ma komu powierzyć dzieci, gdy jadą z paczką do aresztu, Antek wpadł na olśniewająco prosty pomysł. Zaproponował, że wyśle do Ursusa swoich wychowanków z harcerskiej „Czarnej Jedynki”. Antek był w niedalekiej przeszłości szefem starszoharcerskiej Gromady Włóczęgów, która wyłoniła się właśnie z „Czarnej Jedynki”. Przyprowadził swoich „włóczęgów” na następną turę procesu i tak zaczęły się nasze związki z Ursusem.

WARSZAWA, 17 LIPCA 1976 [75]

Jan Olszewski

Udało się doprowadzić do naszego spotkania. Poszliśmy do mieszkania mojej żony [Marty Miklaszewskiej], znajdowało się niedaleko. Poza członkami rodzin sądzonych mogli być obecni tylko tacy, których darzyliśmy zaufaniem i najbardziej w danej chwili potrzebni. Niezbędny okazywał się Macierewicz, reprezentował najaktywniejsze środowisko harcerskie. […] Ściągnęliśmy pięciu czy sześciu członków rodzin i bliskich robotników. Ustaliliśmy pierwsze zasady, formy pomocy i łączności.

WARSZAWA, 17 LIPCA 1976 [16]

Jan Lityński

Na spotkaniu u Marty Miklaszewskiej odbyliśmy dyskusję, podczas której Antek był bardzo optymistycznie i bojowo nastawiony, a Jacek znacznie mniej. […] Antek miał wtedy koncepcję ogromnego uderzenia, jeżdżenia z ludźmi po obozach studenckich, zbierania pieniędzy, rozpoczęcia wielkiej akcji. Ja i Jacek uważaliśmy, że jest na to za wcześnie, że trzeba poczekać do września i dopiero wtedy bardzo powoli rozpoczynać działania. Chcieliśmy poczekać na studentów. Ale Antek i tak rozpoczął tę akcję siłami „Czarnej Jedynki” i Henia Wujca.

WARSZAWA, 17 LIPCA 1976 [40]

Antoni Macierewicz

Zaproponowałem, że my – przez co rozumiałem Gromadę starszoharcerską – prowadzimy akcję pomocy, to znaczy zajmujemy się wyszukiwaniem adresów, próbujemy dotrzeć do represjonowanych, kontaktujemy ich z adwokatami, organizujemy zarówno lekarską, jak i każdą inną pomoc i opiekę. Odwołując się do doświadczenia z trwającej już akcji, powiedziałem, że dysponujemy pewnymi możliwościami. Z dużą dozą pewności podjąłem się tego wyzwania, co zostało przyjęte z wielkim zadowoleniem. A tak naprawdę nie miałem do końca jasności, czy będziemy w stanie temu sprostać. Po spotkaniu u Olszewskich powstała nadzieja, że nie będziemy zupełnie sami, ale uważaliśmy, że tylko my dysponujemy ogólnopolskimi strukturami organizacyjnymi, więc na nas spada obowiązek budowy organizacji.

WARSZAWA, 17 LIPCA 1976 [16]

Jan Lityński

Antek był pełen determinacji i miał, jak się okazało, lepsze wyczucie rzeczywistości. Lecz kiedy zgłosiliśmy z Sewkiem [Blumsztajnem], mimo naszego sceptycyzmu, chęć udzielenia pomocy w akcji, odpowiedział dość ostro: „Wy jesteście na widelcu. Moglibyście wszystko spalić”. Jacek Kuroń milcząco to zaakceptował.

WARSZAWA, 17 LIPCA 1976 [93]

Adam Michnik

Jacek Kuroń napisał do szefa włoskich komunistów Enrico Berlinguera list otwarty, w którym domagał się zajęcia stanowiska wobec antyrobotniczych represji w Polsce. Okropnie się z nim o ten list pokłóciłem, bo uważałem, że nic z tego nie może wyjść, że Berlinguer wrzuci list Kuronia do kosza.

WARSZAWA, 18 LIPCA 1976 [104]

Jacek Kuroń

Adresata wybrałem z czystego wyrachowania. Gierkowi zależało na opinii włoskich komunistów, zaś we Włoszech właśnie toczyła się przedwyborcza walka między chadecją a komunistami i liczyłem na to, że zechcą wykorzystać podsuniętą im okazję i coś w tej sprawie zrobić, gdyż inaczej chadecja mogłaby to przeciw nim wykorzystać.

WARSZAWA [75]

Jacek Kuroń w liście otwartym do Enrico Berlinguera

W różnych miejscowościach rozpoczęto masowe represje przeciw uczestnikom demonstracji i strajków. Ponieważ te demonstracje miały charakter spontaniczny, władze i milicja utraciły panowanie nad sytuacją, a represje są teraz skierowane często przeciw osobom, które jedynie przez przypadek znalazły się na miejscu zajść. Wszędzie zwalnia się z pracy robotników; w Radomiu i Ursusie aresztowano wiele osób; ci, co wracają z komisariatów policji, mają na sobie ślady pobicia, niekiedy bardzo poważne. […]

Jedynie generalna amnestia dla wszystkich uczestników demonstracji czerwcowych może położyć kres terrorowi antyrobotniczemu. Opinia publiczna w krajach, gdzie opinia ta jest prawdziwie niezależna, może podjąć walkę o amnestię. Wiem, że Europa Zachodnia liczy się z Pańskim zdaniem, tak samo jak władze w Polsce. Zwracam się do Pańskiego sumienia. Oby nie było obojętne wobec tej sprawy.

WARSZAWA, 18 LIPCA 1976 [88]

Adam Michnik

Następnego dnia dostaliśmy deklaracje wszystkich włoskich central związkowych potępiające represje, a Berlinguer oświadczył, że w sprawie radomskiej skierował list do Edwarda Gierka. Jacek miał rację, a ja pomyliłem się całkowicie. To było niesamowite. Jeden list prywatnego faceta, jakiegoś tam Jacka Kuronia z Warszawy, wywołał wielką burzę.

WARSZAWA, 19 LIPCA 1976 [104]

Jan Olszewski

Szybko stało się jasne, że konieczna będzie duża akcja. […] Z myślą o prześladowanych robotnikach rozpoczęła się doraźna zbiórka w warszawskim środowisku naukowym i literackim. Szybko mogliśmy się zorientować, że przybrała tak duże rozmiary, jak żadna z wcześniejszych. […] Środki zgromadzone teraz dały poważną sumę, robiła duże wrażenie. Do tego w zbiórkę angażowali się ludzie, którzy dotąd do działań opozycyjnych często odnosili się z dystansem. […] Represje wywołały również natychmiastowy odzew emigracji. W Londynie powstał Fundusz [Pomocy Robotnikom Edwarda] Raczyńskiego, składający się z bardzo małych wpłat pochodzących od Polaków mieszkających za granicą. Ze względu na przelicznik dolara wielkość tych środków w PRL-u przekraczała granice naszej wyobraźni.

WARSZAWA, 20 LIPCA 1976 [16]

Wojciech Fałkowski

Pamiętam wymówki, jakie zrobił mi Antoni Macierewicz […] o zbyt skromny sposób dysponowania funduszami. Od samego początku mieliśmy co prawda bardzo niewielkie, ale zawsze jakieś pieniądze, które mogliśmy wręczać rodzinom na takie podstawowe potrzeby, na przeżycie. Rozdzielałem środki dość skąpo […]. Powiedzmy, z pięciuset złotych dawałem dwieście, zachowując pozostałą część. Antek na to: „Tak nie można. Jeśli więcej rozdamy, to tym lepiej, bo tym więcej wpłynie. Nie dzielcie tych małych pieniędzy na jeszcze mniejsze, tylko – jeśli uznacie, że tak trzeba – przekazujcie to, co macie”.

WARSZAWA [16]

Wojciech Onyszkiewicz

W domu, do którego trafiłem, panował przygnębiający smutek. […] Sam fakt mojego przyjścia, przyniesienia jakichś pieniędzy, od razu zmienił atmosferę. Wracałem stamtąd w euforii, bo zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli uda się nam dotrzeć do nielicznych, to nasza akcja ma głęboki sens. To było jak fragment z podręcznika o atomizacji społecznej dokonywanej przez system totalitarny i o tym, jak dzięki takim działaniom, jak nasze, można z powrotem nawiązać porwane więzi społeczne.

URSUS [135]

Adam Michnik

Kiedy zaczęły się sprawy radomskie, złożyłem podanie, bo dostałem zaproszenie od Jeana-Paula Sartre’a, którego wcześniej nie widziałem na oczy. Po prostu moja znajoma znała kogoś z jego otoczenia, ten ktoś do niego poszedł i Sartre zgodził się to zaproszenie podpisać, a komuna jednak musiała się z nim liczyć. Czekałem na ten paszport, ale normalnie się wszystkim zajmowałem. Sam organizowałem wtedy list do zachodnich intelektualistów. Napisaliśmy go ze Staszkiem Barańczakiem i razem pojechaliśmy do Kazimierza [Dolnego], żeby zebrać podpisy [Kazimierza] Brandysa, [Haliny] Mikołajskiej, [Marka] Nowakowskiego, Kisiela. Potem podpisali jeszcze ksiądz Zieja, Edward Lipiński, Jan Józef Lipski i kilka innych osób. Pomysł był taki, że zwracaliśmy się po nazwisku do intelektualistów, takich jak Günter Grass, Eugène Ionesco, Heinrich Böll i prosiliśmy ich, żeby się publicznie wypowiedzieli.

WARSZAWA, 23 LIPCA 1976 [104]

Kazimierz Brandys

Przyjazdy Adama Michnika na ogół są niespodziewane. […] Przyjechał w ulewny deszcz do Kazimierza. Zająkując się i odrzucając w tył głowę, wyszarpnął zza przemoczonej kurtki zmięty arkusik papieru. […] Gdy zetknął się w sali sądowej z rodzinami skazanych robotników, Michnik był wstrząśnięty. „Trze…eba im pomóc. I to już za…araz”. […] Przywiózł naszkicowany projekt apelu do zachodnich intelektualistów, tekst należało zredagować i podpisać. Po godzinie, rozpromieniony, odjechał do Warszawy w niesłabnącym ulewnym deszczu, by zbierać dalsze podpisy. […] Podpisów było trzynaście, oddźwięk na Zachodzie błyskawiczny.

KAZIMIERZ DOLNY, 23 LIPCA 1976 [20]

Z Apelu Trzynastu do zachodnich intelektualistów

20 lipca 1976 ogłoszono wyrok w procesie toczącym się w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie, przeciwko siedmiu uczestnikom robotniczej manifestacji, która miała miejsce w fabryce traktorów „Ursus” pod Warszawą, 25 czerwca 1976. Uczestnicy tej manifestacji, jednej z wielu odbywających się w tych dniach w naszym kraju na znak protestu przeciw drastycznym podwyżkom cen, skazani zostali na kary od 3 do 5 lat więzienia. Rozprawa odbywała się w warunkach sprzecznych z zasadą jawności postępowania sądowego. Na salę nie wpuszczono nikogo poza najbliższą rodziną, udaremniono dostęp na rozprawę zarówno zagranicznym dziennikarzom, jak licznie zgromadzonym intelektualistom i studentom. Robotnicy byli sądzeni za czynny udział w „chuligańskich zajściach” […]. Bronili ich wyłącznie adwokaci wyznaczeni z urzędu. Jednocześnie odbył się w Radomiu proces uczestników innej manifestacji. Oskarżonych skazano na karę do 10 lat więzienia. Prasa zapowiada kolejne procesy. […]

Apelujemy: pomóżcie uwięzionym polskim robotnikom. Wedle powtarzających się uporczywie relacji, przenikających z więzienia i sali sądowej, organy bezpieczeństwa zastosowały przemoc fizyczną w czasie śledztwa. Ponadto, powszechnie znane są fakty masowego zwalniania z pracy innych robotników podejrzanych o udział w manifestacjach strajkowych. Oznacza to dla nich i dla ich rodzin zagrożenie egzystencji materialnej. […]

PODPISALI: STANISŁAW BARAŃCZAK, JACEK BOCHEŃSKI, KAZIMIERZ BRANDYS, ANDRZEJ KIJOWSKI, STEFAN KISIELEWSKI, RYSZARD KRYNICKI, EDWARD LIPIŃSKI, JAN JÓZEF LIPSKI, ADAM MICHNIK, HALINA MIKOŁAJSKA, MAREK NOWAKOWSKI, JULIAN STRYJKOWSKI, KS. JAN ZIEJA.

WARSZAWA, 23 LIPCA 1976 [89]

Andrzej Kijowski w dzienniku

List do „Nouvel Observateur” [„Trzynastu”], który zresztą Wolna Europa w ślad za agencjami określiła jako „odwołanie się do opinii światowej”, oznacza dla nas, którzyśmy go podpisali, ostateczne zerwanie z reżimem. Wszystkie nasze poczynania dotychczasowe miały stempel legalności; prawo było po mojej stronie. Odtąd prawa wedle tutejszego rozumienia są przeciw nam, ponieważ uznaliśmy je za niewystarczające. […]

Zmiany oczywiście są nie tak istotne, ale są. Stan ten nie potrwa pewnie długo, do następnej odwilży, która wydaje się zbliżać, albo do fali otwartego terroru, która położy kres wszystkiemu. Wszystko jest teraz możliwe.

WARSZAWA, 26 LIPCA 1976 [60]

Jerzy Andrzejewski w liście do prześladowanych robotników

Chciałbym Wam przyrzec osobiście, a także w imieniu grona moich przyjaciół, polskich pisarzy, którzy w Waszej sprawie wystosowali już pisma do wielu wybitnych przedstawicieli świata kultury i polityki w Europie, że nie ustaniemy w staraniach, aby położony został kres prześladowaniom, jakich padliście ofiarami i na jakie nadal jesteście narażeni. Domagamy się amnestii dla niewinnie skazanych i uwięzionych, zwolnienia bezpodstawnie aresztowanych, rehabilitacji skrzywdzonych i oszkalowanych, przywrócenia możliwości pracy tym, którzy zostali jej pozbawieni. Dopóki choć jeden z Was, uczestników robotniczego protestu, będzie narażony na przemoc i gwałt, przymusowo oddzielony od rodziny i społeczeństwa, lub szykanowany w pracy oraz w życiu cywilnym, będziemy wedle naszych, niestety bardzo ograniczonych możliwości, stawać w obronie Waszej. Polska jest nie tylko naszą wspólną Ojczyzną, lecz również wspólną własnością. Brońmy jej!

WARSZAWA, 28 LIPCA 1976 [87]

Jan Lityński

Antek Libera przyniósł list Jerzego Andrzejewskiego. Antek był chyba nie tylko jego inspiratorem, ale i współautorem. Ten najbardziej znany polski pisarz był też niekwestionowanym autorytetem moralnym. I właśnie list Andrzejewskiego stał się jedną z przepustek wzmacniających ludzi jeżdżących do Ursusa. Jego głos mocno brzmiał nie tylko w kręgach inteligenckich, znali go także robotnicy.

WARSZAWA [93]

Henryk Wujec

Gdy wróciłem do Warszawy, zadzwoniłem do Onyszkiewicza i spotkaliśmy się u Wojtka Fałkowskiego przy Woronicza. Dostałem zadanie, żeby pojechać do Ursusa, a potem do innych miejscowości, poznać ludzi i sprawdzić adresy. […] Oni taki podział zrobili […], że jedna osoba jeździ na pierwsze kontakty, inna to kontynuuje i uzupełnia, jest też grupa osób, która nie jeździ, ale zbiera dane, tak zwana centrala; […] prowadzi kartotekę – to był jakiś system harcerski, ćwiczony przez nich wcześniej w „Czarnej Jedynce”.

No i pojechałem na tę pierwszą swoją wyprawę. Zadanie potraktowałem poważnie: szedłem od jednego miejsca do drugiego, sporo osób obleciałem jak trzeba, a jak nie znalazłem w jednym miejscu, to szedłem w drugie. […] Część adresów należała do siedzących, a część to adresy jakichś przypadków, o których ludzie słyszeli. […]

Trzeba było powiedzieć, skąd jesteś. Ja byłem w tym czasie formalnie studentem, gdyż uczęszczałem na studium podyplomowe na Politechnice, więc mówiłem, że jestem studentem i jednocześnie działaczem Klubu Inteligencji Katolickiej. […] Mówiłem, że chcemy im pomagać, zbierać dla nich pieniądze i im przekazywać. Szło to dosyć trudno, ale ludzie słuchali, a jak się pytało, co się im przytrafiło, to już chętnie mówili: chcieli się podzielić swoimi przeżyciami, doświadczeniami.

[…] Wróciłem z Ursusa i poszedłem od razu do ,,centrali” z zebranymi informacjami. Oni oczy otworzyli, bo wprawdzie byli doświadczonym harcerstwem, ale nie mieli, że tak powiem, takiej siły w nogach, a wcześniej jeździły panienki. Od razu awansowałem. Następnym razem pojechałem z Onyszkiewiczem […] i odtąd stale z nim jeździłem. Umawialiśmy się po mojej pracy: wychodziłem z Tewy [fabryki], jechałem na dworzec Śródmieście, a stamtąd ruszaliśmy już razem. Chodziliśmy po tych wszystkich adresach w Ursusie, przeważnie we dwóch. W tym czasie poznałem tak zwanego Szefa, […] Darka Kupieckiego.

Od tego czasu część jazd robiliśmy z „Szefem”. A potem poznałem Piotrka Naimskiego, którego kojarzyłem wcześniej z seminarium historycznego i który wrócił ze Szwecji. Piotrek mieszkał koło Dworca Centralnego i miał prowadzić „centralę”, więc zawsze po każdej jeździe, gdzieś tak około 24.00, kiedy wracała z Ursusa ostatnia kolejka, szło się do niego, zdawało sprawozdanie, on to notował i wtedy można było wrócić do domu.

WARSZAWA [40]

Ludwika Wujec

Heniek jeździł do Ursusa. Nasze mieszkanie na Stegnach […] było jednym z największych w całym środowisku. […] Kiedy z Ursusa przyjeżdżali Wojtek Onyszkiewicz czy Darek Kupiecki, siadali u nas, omawiali różne sprawy […] i przywozili informacje o rodzinach, którym trzeba pomóc. A potem na przykład z Aliną Całą […] siedziałyśmy i przepisywałyśmy fiszki pomocowe z przygotowywanej przez nich kartoteki. […]

Darek był informatykiem, więc przynosił karty perforowane do komputerów, takie tekturki-fiszki, na których wypisane były podstawowe dane rodziny, którą się znalazło, i jej sytuacja: kiedy była wizyta, jakie są potrzeby, jaka pomoc była dostarczona, wszystko to na bieżąco uzupełniano.

WARSZAWA [147]

Piotr Naimski

Wróciłem do Warszawy [30 lipca] i rzeczywiście bardzo szybko […] przyszli do mnie koledzy i przyjaciele z „Czarnej Jedynki” – Antek Macierewicz i Wojtek Onyszkiewicz. Powiedzieli, co zdarzyło się w minionym miesiącu, że podjęli spontaniczną próbę zaangażowania drużyny, czy raczej Gromady, do akcji pomocy w Ursusie. Siłą rzeczy, ponieważ od długiego czasu prowadziłem Gromadę i miałem adresy, numery telefonów […], przypadło mi przejęcie wszystkiego od strony organizacyjnej.

[…]

Od razu zacząłem dzwonić do ludzi figurujących w moim „czarnym zeszycie” z kontaktami harcerskimi, wywoływać ich i spotykać się z nimi. Po kolei składałem każdemu propozycję działania i wyjazdów do Ursusa […]. Część osób od razu spontanicznie się zgodziła, część – niekoniecznie… Jedni byli zbyt zajęci swoimi sprawami, inni byli słabiej związani z naszym środowiskiem, mniej aktywni. […] Z ponad 100 zapraszanych na spotkania Gromady pojawiało się po około 40. Przy czym 20–25 przyjeżdżało zawsze. […] Podobnie jak w Gromadzie, trzon stanowili ludzie zdeterminowani, a otoczkę tworzyli tacy, których nieraz prosiło się o doraźną pomoc.

WARSZAWA, POCZĄTEK SIERPNIA 1976 [16]

Henryk Wujec

Wzięcie miała pomoc prawna, dlatego że na początku sierpnia władze wypuściły sporą liczbę wsadzonych i zaczęliśmy się trochę orientować, jak ta historia w ogóle wyglądała. […] Ci, którzy wyszli, bardzo nam pomogli: siedzieli ze swoimi kolegami, więc mówili, że w celi […] siedzi jakiś Józek z Ząbek […]. Teraz trzeba było szukać Józka z Ząbek. […] Te osoby pozbawiono pracy i teraz trzeba było się odwoływać od wyroków. […] Kierowaliśmy tych ludzi do Zespołu Adwokackiego nr 25, gdzie pracowali Grabiński, [Stanisław] Szczuka, Lis-Olszewski.

WARSZAWA [40]

Piotr Naimski

Zarządzałem środkami pochodzącymi ze zbiórki, która zaczęła się w różnych środowiskach. Jan Józef Lipski wykazywał się na tym polu sporą skutecznością. Pieniądze były ściągane czy uruchamiane z różnych stron. […] U mnie powstał bank informacji. Mieszkałem wtedy w Alejach Jerozolimskich, blisko dworca, co okazało się niezwykle wygodne. Ludzie jadący do Ursusa zgłaszali się i dostawali adresy, pierwotnie – tylko adresy. Mieli zobaczyć, jak sytuacja wygląda na miejscu. Zwykle wracali w nocy, przedostatnim albo ostatnim pociągiem – i zdawali relację. Mówili z głowy albo odczytywali to, co zapisali. Zwykle, kiedy wybierali się w to samo miejsce następnym razem, brali pieniądze przeznaczone dla potrzebujących wsparcia, ale niekoniecznie, bo na ogół bardziej potrzebna była pomoc prawna. Wtedy taki przypadek przechodził do adwokatów. Utrzymywałem bliski, nazwijmy „roboczy” kontakt z Janem [Olszewskim]. Z naszymi mecenasami spotykaliśmy się najczęściej w Zespole nr 25 przy Placu Zbawiciela, gdzie odbywały się całe konwentykle prawne. To było na głowie mojej i Antoniego, bardziej na mojej. Od strony technicznej obsługę prawną koordynował tak naprawdę Andrzej Grabiński.

[…] Mieliśmy […] głęboką świadomość, że to nasza szansa, że to element szerszej całości i jeżeli to wygramy, to będzie to punkt wyjścia do dalszego etapu. Towarzyszyło mi przekonanie, że właśnie znaleźliśmy to praktyczne działanie, którego tak bardzo szukaliśmy.

WARSZAWA [16]

Jan Olszewski

Ursus okazywał się może problemem mniejszym, ale Radom – już większym. Na podstawie ogólnych przekazów domyślaliśmy się, że zajścia przybrały tam charakter masowy, a represje są dużo bardziej gwałtowne, choć oczywiście nie znaliśmy ich skali. […] Lekarze z miejscowego szpitala, gdzie z milicyjnych aresztów trafiali poszkodowani w stanie wymagającym hospitalizacji, wskazywali […] znaczne rozmiary tego zjawiska. Mówili o kilkudziesięciu takich przypadkach, nie o dwóch czy trzech. A przecież w ręce personelu medycznego przekazywano tylko ofiary w stanie naprawdę krytycznym. […] Uzyskaliśmy pierwsze informacje z Radomia i ogólny ogląd sytuacji. Zaczęło się wysyłanie ekip, na początku często jeździły trochę w ciemno. To był rzeczywiście bardzo trudny teren.

WARSZAWA [16]

Henryk Wujec

W połowie sierpnia, kiedy akcja już dość dobrze się rozwinęła, włączyli się do niej ludzie z naszego seminarium historycznego. […] Adam akurat wybierał się do Francji, bo dostał paszport. […] Zdawał sobie sprawę, że rzecz jest poważna, i mówił, że dobrze by było, gdyby powstało jakieś ciało, które by tę pomoc firmowało. Potem […] porozumiewałem się z [Jerzym] Markuszewskim i z [Wiktorem] Woroszylskim. Woroszylski też był zdania, że jakaś grupa osób powinna tę akcję firmować i że powinno powstać jakieś społeczne ciało. Początkowo proponował komitet, który się nie ujawni, żeby całej akcji nie zadenuncjować; bo lepiej, żeby wszystko rozwijało się po cichu, bez specjalnej wiedzy władz, a ujawnienie mogłoby spowodować aktywność milicji i utrudnić nam działanie. […] Uważałem, że należy wydać deklarację, iż istnieje grupa prowadząca akcję pomocy, zaapelować do społeczeństwa o wsparcie finansowe i poinformować, ile do tej pory zebrano.

WARSZAWA [40]

Antoni Macierewicz w anonimowym opracowaniu

Obecna sytuacja rodzin i usuniętych z pracy jest bardzo ciężka. Jedynie w kilku wypadkach bliższa lub dalsza rodzina jest w stanie pomóc finansowo. Wyrzuceni nie otrzymują nigdzie pracy, a żony, nawet gdy ją znajdą, nie są w stanie utrzymać rodziny. Pod tym względem najtrudniejsza jest oczywiście sytuacja rodzin uwięzionych – nawet gdy matka dostaje pracę, powstaje problem opieki nad dziećmi, nie mówiąc już o tym, że budżet obciążają dodatkowo koszta procesowe. Pomoc zakładu pracy i agend opieki społecznej jest nikła. […]

Represjonowani i ich rodziny bardzo boleśnie odczuwają nacisk propagandy w środkach masowego przekazu i atmosferę terroru, która każe otoczeniu traktować ich jak wyrzutków społeczeństwa. O ile w pierwszych dniach otrzymywali dość powszechnie słowa otuchy, a często nawet odwiedzali ich przedstawiciele związków zawodowych, to mniej więcej od 28 czerwca, gdy rozpoczęła się druga fala aresztowań – zostali pozostawieni sami sobie. Jak się wydaje, miejscowe parafie nie zabierają w tej sprawie głosu (prócz proboszcza z Ursusa), przemilczając fatalne skutki społeczne takiej postawy czynników oficjalnych i części ludności.

WARSZAWA, 25 SIERPNIA 1976 [33]

Henryk Wujec

Mieliśmy już dużo kontaktów i prowadziliśmy intensywną działalność: biegaliśmy z Onyszkiewiczem po Ursusie dość żywo, a milicja wciąż nas jakoś nie zatrzymywała (mimo że patrole chodziły gęsto, w dodatku po trzy osoby). I wtedy mogliśmy napisać pierwszy raport o sytuacji. Pamiętam, że przygotowałem taki dokument dla biskupów, Andrzej Wielowieyski mnie o to prosił, bo szedł na jakąś rozmowę do Episkopatu. Dokument nie był podpisany, bo w tym czasie działaliśmy jeszcze anonimowo. […]

Pojechaliśmy z panią Stanisławą Grabską i kimś jeszcze do księdza proboszcza z Ursusa, żeby go wciągnąć w naszą akcję. Ksiądz proboszcz budował kościół i specjalnie się nie zapalił, ale powiedział, żeby kontaktować się z siostrą zakonną, która chodzi po ludziach. Poznałem dzięki niej braci Majewskich, którzy odegrali potem sporą rolę w nawiązywaniu dalszych kontaktów, ale z drugiej strony siostra uważała, że warto pomagać tylko rodzinom chodzącym do kościoła, więc mieliśmy często odmienne zdanie.

WARSZAWA [40]

Ludwika Wujec

Chcieliśmy zainteresować akcją pomocy różne środowiska, w tym Klub Inteligencji Katolickiej. Andrzej Wielowieyski poprosił wtedy Heńka, żeby napisał coś w rodzaju pierwszego sprawozdania. […] Co ciekawe, przy sporządzaniu tego raportu Heniek, zdaniem Antka, „rozsadzał strukturę”, taką z wyraźną centralą i podległymi ludźmi do wykonywania zadań. […]

W „centrali”, przynajmniej według Antka, był Antek, Piotrek Naimski, może jeszcze Wojtka Onyszkiewicza tam widział. A Heniek wtedy powiedział, że zgodził się na akcję pomocy, a nie na podporządkowywanie się centrali – i że będzie robił to, co uważa za potrzebne. Moim zdaniem, całe to „centrum” to samo życie rozsadziło.

WARSZAWA [147]

Antoni Macierewicz

W środowisku „Czarnej Jedynki” i Gromady myśleliśmy o tym, by uzupełnić powstałą strukturę organizacyjną działaniami jawnego komitetu i zastanawialiśmy się nad jego kształtem i składem osobowym. […] Ale problem polegał na tym, czemu taki komitet miałby służyć. W pierwszej wersji zakładaliśmy, że ośrodek kierujący pomocą nie zostanie ujawniony. Sam Komitet, składający się ze znanych osób, autorytetów, pełniłby rolę parasola ochronnego dla ludzi pomagających robotnikom i narażonych na represje ze strony władzy, a także – poprzez swoje kontakty i możliwości medialne – informował opinię publiczną o prowadzonej akcji i sytuacji politycznej. Taki podział ról świadczył o naszej naiwności i braku doświadczenia w działaniu publicznym, bo zwykle tajne struktury szybko tracą zdolności dyspozycyjne na rzecz struktur jawnych.

WARSZAWA [16]

Mirosław Chojecki

Wróciłem do Warszawy w połowie sierpnia, spotkałem się z Wojtkiem Onyszkiewiczem, dostałem kilka adresów do Ursusa i zacząłem jeździć. Pojeździłem przez dwa tygodnie i okazało się, że trzeba otworzyć „sekcję Radom”. Zacząłem więc jeździć do Radomia, na początku razem z Bogumiłem Studzińskim. […] Dopiero po pewnym czasie, pod sam koniec sierpnia, zdobyliśmy jakiś adres poprzez więzienie – przez człowieka z Ursusa, który siedział z kimś z Radomia. […] Do Radomia jeździłem rano, a wracałem wieczorem, ostatnim pociągiem. […]

Kombinowałem, że trzeba by utworzyć jakieś ciało, które będzie zbierało pieniądze, bo przecież my – sama młodzież – nie damy rady. […] Okazało się, że już jest próba zorganizowania takiego ciała.

WARSZAWA [40]

POWOŁANIE

Wrzesień–listopad 1976

Jan Olszewski

Odbyło się duże zebranie, gdzie rozważano, że trzeba by powołać jakiś komitet obrony praw człowieka. Mnie wtedy uderzyła taka myśl […], że w gruncie rzeczy – jeśli patrzeć cynicznie, z politycznego punktu widzenia – przecież cała ta sytuacja, to jest złote jabłko, które oni podrzucili opozycji! Bo nie tylko zrobili gafę z podnoszeniem cen, z czego musieli się wycofać, ale teraz już wiadomo, że te wszystkie represje muszą się skończyć i że jeśli pójdziemy dalej po tej linii – to mamy dla nich samych gwarantowane zwycięstwo w kieszeni. Uważałem, że jeżeli my tego złotego jabłka nie wykorzystamy, to będzie kompletna głupota. Ale do gremium to w ogóle nie docierało. Wtedy jednak nie było już Jacka, a więc osoby, która dysponowała największym doświadczeniem, ani Adama, który już wówczas wyjechał […]. Zresztą było widać wyraźnie, że bez Jacka jego koledzy po prostu żadnego komitetu zawiązywać nie chcą, no bo jak, tak bez Jacka…

WARSZAWA [114]

Jan Lityński

Adam […] umiał dotrzeć wszędzie, przede wszystkim do znaczących ludzi lewicy. Miał też naturalną umiejętność i wiedzę, by zdobywać sympatie swoich rozmówców. Jego rozwinięte kontakty spowodowały, że sprawa polska znalazła się na czołówkach światowych gazet. Tuż po przyjeździe do Francji [24 sierpnia] spotkał się z Alikiem Smolarem. Opisał mu sytuację w Polsce. Alik powiedział: „Napisz to, co mi opowiedziałeś”. W ten sposób powstał Nowy ewolucjonizm, rodzaj manifestu polskiej opozycji.

WARSZAWA[93]

Adam Michnik w tekście Nowy ewolucjonizm

Właściwym adresatem ewolucjonistycznego programu winna być niezależna opinia publiczna, a nie totalitarna władza. Program winien dostarczać wskazówek społeczeństwu, jak ma postępować, a nie władzy, jak się autoreformować. Nic nie jest lepszą wskazówką dla władz od realnej oddolnej presji.

Zasadniczym składnikiem formuły „nowego ewolucjonizmu” jest przekonanie o sile środowisk robotniczych, które swą twardą i konsekwentną postawą parokrotnie zmuszały władze do spektakularnych ustępstw. […] Nacisk środowisk jest warunkiem koniecznym ewolucji życia zbiorowego ku demokratycznym formom. […] Czynnikiem hamującym ten proces jest brak wszelkich instytucji autentycznie robotniczych oraz brak wzorów i tradycji politycznego oporu. […] Jeśli takie instytucje powstaną, to wizja „nowego ewolucjonizmu” przestanie być tylko konstrukcją rozumu szukającego nadziei. […]

Formułowanie programów alternatywnych i obrona imponderabiliów to zadanie środowisk inteligenckich. Mówiąc precyzyjnie – niewielkiej cząstki tych środowisk. […] Formułują niezależną opinię publiczną, kształtują postawy nonkonformistyczne i myśl opozycyjną. […] Od zespolenia głosów tych środowisk z wystąpieniami klasy robotniczej zależy kierunek ideowych dążeń młodego pokolenia, a także trend przemian politycznych w Polsce i w innych krajach Europy Wschodniej.

PARYŻ[101]

Antoni Macierewicz

Spotkaliśmy się z Wojtkiem Onyszkiewiczem, Piotrkiem Naimskim […] u Piotra. Koledzy zlecili mi przygotowanie naszego tekstu programowego, ponieważ następnego dnia byłem umówiony z Janem Józefem [Lipskim] i Janem Olszewskim. W tym tekście po raz pierwszy użyta została przeze mnie nazwa Komitet Pomocy Robotnikom. Piotrek i Wojtek zaaprobowali sformułowania programu i nazwę komitetu. Wróciłem do domu, położyłem się spać, a rano doszedłem do wniosku, że lepsza będzie jednak nazwa Komitet Obrony Robotników.

Przygotowany tekst odczytałem Olszewskiemu i Lipskiemu. I wtedy do naszego projektu zostały dopisane naprawdę bardzo ważne dwa fragmenty: jeden dotyczący Kościoła i drugi – Paktów Praw Człowieka i Obywatela. […] W pierwszej wersji znalazły się wezwania skierowane bezpośrednio do odbiorców: dołączajcie do nas, pomagajcie, organizujcie się! Zmieniliśmy stylistykę na bardziej uładzoną, zawierającą postulaty: powinno się zakładać, trzeba tworzyć…

WARSZAWA, 11 WRZEŚNIA 1976[16]

Piotr Naimski

Postanowiliśmy, że idziemy tam [do domu prof. Edwarda Lipińskiego] we trójkę – Jan Józef, ja i Mirek Chojecki, a nie idzie Antek. Mieliśmy ciągle poczucie, że w tego typu kluczowych momentach powinniśmy się dzielić, ponieważ w razie aresztowania ktoś musi zostać, aby dalej prowadzić akcję. Zamierzaliśmy zaprezentować ideę powołania komitetu, Komitetu Obrony Robotników.

Złożyliśmy – ja i Mirek – jako corpus delicti, z pierwszej ręki, relacje z Ursusa i Radomia. Uczestnicy spotkania mogli nas zobaczyć na własne oczy i przekonać się, że akcja nie jest żadną fikcją. Jan Józef przedstawił projekt Komitetu, a myśmy powiedzieli swoje.

WARSZAWA, 12 WRZEŚNIA 1976[16]