Atlas lękliwego mężczyzny - Christoph Ransmayr - ebook + książka

Atlas lękliwego mężczyzny ebook

Christoph Ransmayr

0,0
21,35 zł

Opis

Zbiór krótkich, kilku-, rzadziej kilkunastostronicowych reportaży z wszystkich zakątków świata. Ransmayr uwiecznia spotkanych ludzi swoim nieskończenie wrażliwym piórem pośród za każdym razem innych, zawsze niezwykle plastycznie uchwyconych realiów ich egzystencji. Te fascynujące swym surowym pięknem obrazy składają się na wyjątkowo wiarygodny, różnobarwny portret ludzkości odmalowany jako wyzwanie przeciwko nieustannemu przemijaniu jej i jej świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 389

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Christoph Ransmayr

Atlas lękliwego mężczyzny

Przełożył Jacek St. Buras

Biuro Literackie • Stronie Śląskie 2017

Proza 38

Christoph Ransmayr Atlas lękliwego mężczyzny

Przekład: Jacek St. Buras

Korekta: Joanna Mueller

Ilustracja na okładce: Wojtek Świerdzewski

Projekt typograficzny i skład wersji elektronicznej: Mateusz Martyn

Original title: Atlas eines ängstlichen Mannes

Copyright © 2012 S. Fischer Verlag GmbH, Frankfurt am Main

Copyright © of the translation: S. Fischer Foundation, Hamburg

Copyright © for the Polish edition by Biuro Literackie, 2016

Biuro Literackie

[email protected]

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-65358-53-0

Wszelkie powielanie lub wykorzystywanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Książka ukazuje się w ramach serii współczesnej literatury niemieckojęzycznej KROKI / SCHRITTE. Seria, zapoczątkowana w 2005 roku przez fundację S. Fischer Stiftung i Pełnomocnika Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Kultury i Mediów, kontynuowana jest od 2008 roku wspólnie przez fundację S. Fischer Stiftung, Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundację Kulturalną Pro Helvetia. Redaktorami serii są Jacek St. Buras (Warszawa) i Dietrich Simon (Berlin).

Spis treści

Najodleglejszy ląd / Isla Salas y Gómez, Chile

Śpiew rewirowy / Chiny

Herzfeld / Brazylia

Zbieracze gwiazd / USA

Niebiański most / Maroko

Śmierć w Sewilli / Hiszpania

Duchy / Islandia

Zgaśnięcie pewnego miasta / Grecja

Na skraju głuszy / Austria

Próby latania / Nowa Zelandia

Paw / Indie

Zamach / Nepal

Nalot / Boliwia

Dzika plaża / Brazylia

Mężczyzna nad rzeką / Austria

Władca herosów / Grecja

Droga krzyżowa / USA

Odwiedziny z wielkiej dali / Meksyk

Ekshumacja / Wyspa Robinsona Crusoe, Chile

Przyłów / Irlandia

W głębinie / Karaiby w rejonie Dominikany

Królowa puszczy / Brazylia

Przekazanie / Laos

Pożegnanie / Austria

W przestrzeni kosmicznej / Nowa Zelandia

Drive na biegunie północnym / rosyjska Arktyka

Powrót do rodzinnych stron / Kanada

Nurt / Kambodża

Praca aniołów / Czechy

W lesie kolumn / Turcja

Urok ciemności / Austria

Upadek z nocy / Indie

Pianista / Japonia

Szczęście i Ocean Spokojny / Chile

Reguły raju / Pitcairn, Południowy Pacyfik

Cień ocalenia / Mauritius

Upiór / Rosja

Zwiedzający parlament / Niemcy

Nagi w cieniu / Grecja

Rekin na pustyni / Jemen

Krew / Austria

Łuk świetlny / Australia

Drugie narodziny / rosyjska Arktyka

Lodowy bóg / Irlandia

Kaznodzieja / Polska

Fotograf / Republika Dominikany

Pacífico, Atlántico / Kostaryka

Love in vain / Sumatra, Indonezja

Biała Niedziela / Austria

Wędkarka / Nepal

Groźba / Malezja

Podejrzany / Południowa Afryka

Chińska waza / Chile

Kaligrafowie / Chiny

Pielgrzym / Sri Lanka

Pociecha strapionych / Austria

Tenor / Półwysep Kolski, Rosja

Mężczyzna bez słońca / Irlandia

W zwolnionym tempie / Kostaryka

Łowca waranów / Jawa, Indonezja

Szkoda burzowa / Austria

Koniec świata / Hongkong, Chiny

Pies pasterski / Turcja

W cieniu człowieka-ptaka / Wyspa Wielkanocna, Chile

Sceny myśliwskie / Paragwaj

Pisarz / Tybet

Złamanie prawa / Bali, Indonezja

Cicha noc / Sri Lanka

Dziewczynka w zimowej burzy / Austria

U celu / Nepal

Nota o autorze (Jacek St. Buras)

Historie nie są czymś, co się wydarza, historie są opowiadane.

W siedemdziesięciu epizodach tego Atlasu mowa jest wyłącznie o miejscach, w których żyłem, po których podróżowałem albo które przewędrowałem, i wyłącznie o ludziach, których spotkałem przy tej okazji, ludziach, którzy mi pomogli, którzy się mną opiekowali, którzy mi zagrażali, ratowali mnie albo mnie kochali. Z jednym wyjątkiem: jeden jedyny raz mowa tu jest o miejscu, w którym nigdy nie byłem, ale które dzięki opisom mojej żony stało mi się znajome. Nazwę tego miejsca zachowam dla siebie, żeby przypomnieć, że wiele z tego, co, jak się nam wydaje, wiemy o naszymświecie, znamy tylko z opowiadań i że (prawie) każdy epizod tej książki mógłby być opowiedziany przez kogoś innego, kto odważył się wyprawić poza jakąś granicę, w daleką dal lub choćby tylko do sąsiedniej miejscowości, i zbliżyć się tam do tego, co obce.

Dedykuję tenAtlas mojej żonie Judith – bez której miłości nie wróciłbym z co najmniej jednej podróży – i pamięci Johanny, która towarzyszyła mi w życiu i wyprawach przez wiele lat: bez niej być może nigdy nie wybrałbym się w drogę.

Kollmannsberg Alm, wiosną 2012 roku

Ch.R.

Najodleglejszy ląd

Widziałem ojczyznę pewnego boga na szerokości geograficznej południowej 26 stopni i 28 minut i długości geograficznej zachodniej 105 stopni i 21 minut: bezludną skalistą wyspę, nad którą krążyły chmary ptaków morskich, daleko, bardzo daleko na Pacyfiku. Ponad trzy tysiące dwieście kilometrów dzieliło tę skałę pośród wzburzonego oceanu, pozbawioną drzew i krzewów, bez słodkiej wody, bez trawy, bez kwitnących roślin i mchu, od wybrzeży Chile, skąd tydzień temu mój statek wziął kurs na Rapa Nui, Wyspę Wielkanocną.

Oparty o reling, którego z powodu wysokiej fali raz po raz musiałem się chwytać obiema rękami, obserwowałem od godziny, jak ten wystający z morza ledwo trzydzieści metrów obrys wyspy wynurza się między wzgórzami fal i znów się zapada, ale w końcu wyrósł jednak nad horyzontem i teraz tak bardzo zbliżył się do statku, że niesione wiatrem welony wodnego pyłu z bijących o skały bałwanów osiadały na bulajach i szkłach lornetek.

To, że ten prażony marcowym słońcem odludny kawałek lądu pojawił się w ogóle w naszym polu widzenia, zawdzięczaliśmy wymagającemu nadłożenia setek mil morskich manewrowi wymijającemu, którym kapitan chciał ominąć wypustki olbrzymiego frontu sztormowego, rozwijającego się od przylądka Horn. Bałwany, nawet tu i pod bezchmurnym niebem mierzące osiem do dziesięciu metrów, kazały się z trwogą domyślać wysokości fal na już przebytym przez nas szlaku.

Nazwa „Ocean Spokojny” – powiedział kapitan na zakończenie swojego codziennego porannego komunikatu, przekazywanego za pośrednictwem głośników do wszystkich przyśrubowanych łóżek i stołów śniadaniowych i dotyczącego pozycji statku, ciśnienia powietrza, stanu morza i aktualnego kursu – była już w czasie, kiedy po raz pierwszy przepływali go europejscy żeglarze, jedynie nazwą daremnej nadziei. Pacyfik, tu na południu czy tysiące mil morskich dalej we wszystkich kierunkach róży wiatrów, nie jest ani spokojny, ani spokojniejszy niż inne morza, ochrzczone nie tak pięknymi nazwami, i podobnie jak one pod ciśnieniem sztormów i siły przyciągania Księżyca wysklepia się w góry wody, przez które bez potrzeby lepiej się nie przedzierać.

Z kartograficznego punktu widzenia wulkaniczna formacja skalna przed nami była jedynie nagim, smaganym wiatrem wierzchołkiem góry, wyrastającej z mierzącej trzy tysiące pięćset metrów głębiny. Na mapach morskich była ona zaznaczona jako Salas y Gómez i miała w ten sposób przypominać o dwóch w końcu i tak zapomnianych hiszpańskich kapitanach – jeden ujrzał tę zaledwie kilkusetmetrową formację skalną jako pierwszy Europejczyk, drugi kilkadziesiąt lat później postawił na niej stopę i oznaczył jej miejsce na mapie.

Ale Rapa Nui – powiedział przerażająco chudy mężczyzna trzymający się relingu obok mnie – ten zagadkowy lud, który ozdobił Wyspę Wielkanocną blisko tysiącem kamiennych posągów, płacąc za to własną zagładą, już setki lat przed tymi rzekomymi odkrywcami przypływał tu raz po raz, pokonując dystans prawie czterystu kilometrów, na tratwach z balsy, żeglując i wiosłując, i nadał temu miejscu ładniejszą, o wiele ładniejszą nazwę: Manu Motu Motiro Hiva. Tłumaczono ją czasem jako „Ptasia wyspa na drodze do najodleglejszego lądu”, ale także jako „Wyspa na drodze do nieskończoności”. Bo obojętnie, z jakich zakamarków świata wysp polinezyjskich przybyli Rapa Nui – powiedział chudy mężczyzna – w ich przekazach zatarła się na koniec wszelka pamięć o tym, skąd pochodzą, ustępując miejsca przeświadczeniu, że oprócz nich nie ma żadnych innych ludzi na świecie, a pośród nieskończonego oceanu pod nieskończonym niebem żadnego lądu oprócz ich własnej wyspy.

Miałem trudności ze zrozumieniem chudego mężczyzny. Nie tylko z powodu szumu wody i świstu wiatru czy dlatego, że ta dziwna mieszanina angielskiego i hiszpańskiego, którą się posługiwał, zawierała też słowa z innego czy innych języków, jakich nigdy nie słyszałem, lecz przede wszystkim dlatego, że także teraz, jak już wcześniej, podczas naszych spotkań w minionych dniach, nie było jasne, czy rozmawia on ze mną, czy tylko z samym sobą – mówiąc przez reling w morze.

Jaki to musiał być szok – powiedział – kiedy Rapa Nui podczas jednej ze swoich dalekich wypraw na połów ryb, a może na koniec wymuszonej przez prądy i sztormy tułaczki po oceanie, natrafili na tę ptasią wyspę. Szok, który w końcu kazał im uwierzyć, że znaleźli ojczyznę boga. Jeśli bowiem w tej nieskończoności rzeczywiście był jeszcze jakiś drugi ląd, to musiał tam mieszkać, będąc widocznym, a może niewidocznym, ten, któremu zawdzięczali istnienie swojej dalekiej ojczyzny i nieba, i ziemi, i wszystkiego, co żyło w wodzie lub na powietrzu – ktoś wszechmocny, kogo nazwali Make-Make.

Chudy mężczyzna był w drodze z Puerto Montt do domu, do Hanga Roa, jedynej jeszcze zamieszkanej miejscowości na Wyspie Wielkanocnej po stuletniej historii jej wyludniania się. Jego ojciec, jak już pierwszego wieczoru po wypłynięciu z Puerto Montt opowiedział mi w barze na tylnym pokładzie, albo może tylko tak rzekł do siebie, był Argentyńczykiem, który całe życie spędził na platformach wiertniczych, ale jego matka pochodziła z ludu Rapa Nui.

Luźna, zadrukowana rybami morskimi na granatowym tle egzotyczna koszula, łopocząca wokół chudzielca, była mokra od morskiej piany, która unosiła się niekiedy na wysokość poręczy relingu, i kiedy wiatr czasem na krótką chwilę przyciskał materiał do klatki piersiowej mężczyzny, jego postać wydawała się jeszcze bardziej krucha i mizerna. Człowiek ten już pierwszego ranka po wypłynięciu zwrócił moją uwagę przy bufecie śniadaniowym, kiedy położył na swoim talerzu kawałek łososia, potem kawałek szynki, później kawałek melona miodowego, przez chwilę się zastanawiał, po czym szynkę, łososia i melon odłożył jednak z powrotem na przeładowany ołtarz bufetu i wziął sobie do filiżanki herbaty tylko kawałek ciemnego chleba.

To prawda – powiedział później, podczas długiego wieczoru trzeciego albo czwartego dnia naszej znajomości – jedzenie jest dla niego często męczącym obowiązkiem. Właściwie nigdy nie odczuwa głodu, i nawet do picia musi się czasem zmuszać. A mimo to prześladuje go uczucie, że jest ciężki i masywny jak jeden z moai, owych kolosalnych kamiennych posągów na Wyspie Wielkanocnej, dla których wykonania i transportu Rapa Nui w ciągu wieków zużyli wszystkie siły i poświęcili swoje lasy palmowe, łowiska ryb, ogrody i pola, a na koniec nawet pokój między klanami zamieszkującymi wyspę.

Posągi te, które wszystkie bez wyjątku stały obrócone plecami do morza i wpatrywały się w głąb lądu, a tym samym może nawet w głąb jego mieszkańców, przez długi czas były pomnikami kultu przodków, który miał związać teraźniejszość z wiecznością. Ale stopniowo stawały się symbolami już tylko władzy i pozycji, i rosły, i były coraz większe, aż w końcu zaczęły pożerać życie na wyspie. W kopalni tufu Rano Raraku – powiedział chudy mężczyzna – w której wykuto prawie wszystkie moai, a potem przeciągnięto na rozproszone po całej Wyspie Wielkanocnej platformy ceremonialne, ahu, jeszcze dziś widać leżące obok siebie i na sobie, nadal zrośnięte ze skałą kolosy wysokie na dwadzieścia metrów i więcej, które mogą tam teraz po wieczność czekać, aż zostaną wreszcie oddzielone od skały, podniesione i w żmudnych procesjach przetransportowane na podkładanych pniach palmowych do swoich ahu. Bo na koniec Rapa Nui, zniewoleni przez własne kamienne twory, zamienili wyspę w pozbawione drzew i krzewów pustkowie i nie mieli ani środków, ani sił, żeby wykończyć i ruszyć z miejsca te rzekomo najpotężniejsze, ale w rzeczywistości jedynie ostatnie kolosy.

Głód! Chudy mężczyzna był przekonany, że to głód był może ukrytym prawdziwym przeznaczeniem tego ludu, jego ludu. Gdy bowiem wszystko, co było do zrąbania, zostało zrąbane, wszystko, co było do złowienia i upolowania, złowione i upolowane, gdy zniknęły gaje palmowe i nie pozostało nawet dość drewna, żeby zbudować łodzie rybackie, klany, które obszar wyspy podzieliły między sobą i osobno uprawiały, rzuciły się na siebie, obaliły wzniesione nieprawdopodobnym wysiłkiem moai sąsiadów, pozbawiły je głów i na koniec nie tylko się nawzajem pozabijały, ale też zjadły. To, że przez ruiny świata Rapa Nui brnęli w końcu jeszcze koloniści, pędząc przez wyludniony ląd wielkie stada owiec i bydła, że ostatnich mieszkańców wyspy zagnali do ogrodzonych areałów albo jako niewolników uprowadzili na strome peruwiańskie wybrzeże do wydobywania guana, było tylko dopełnieniem nieszczęścia, które miało swój początek w sercu wyspy, a nie gdzieś daleko od niej.

Jego matka – powiedział chudy mężczyzna – zmarła przed czterema laty, według opinii lekarza na zakażenie krwi, w rzeczywistości jednak zapewne z głodu. Prawie wszystko, co zjadła albo do zjedzenia czego jego ojciec zmuszał ją podczas swoich rzadkich odwiedzin, przez całe lata zwracała po kryjomu. Czasem jeszcze dziś ma w uszach ten odgłos wymiotowania, który słychać było po każdym posiłku, jeśli chyłkiem poszedł za nią długim, ciemnym korytarzem w domu rodzinnym w Hanga Roa do toalety.

Ale może to głodowanie, to poszczenie było rozpaczliwą próbą uwolnienia się od losu jej ludu i powrotu, tak, do „ciała astralnego”, tak powiedziała, do ciała astralnego, które byłoby wreszcie wolne od tej nieszczęsnej zależności od kilku kęsów chleba. Bo kto nie odczuwał głodu chleba, ten nie odczuwał również głodu pól, pastwisk, władzy, nie chciał nikim rządzić, nikogo zabijać, nikogo zjadać. To było może to, co widziały moai, kiedy odwracały się plecami do Pacyfiku, najpotężniejszego żywiołu tej ziemi, żeby patrzeć tylko ku wnętrzu wyspy i zaglądać w serca jej mieszkańców.

I on – powiedział chudy mężczyzna – po śmierci swojej matki, niechcący i z początku nawet nie zdając sobie z tego sprawy, przejął ten brak apetytu pewnie jako dziedzictwo i spełnił może w ten sposób marzenie jej życia. Bo inaczej niż ona, którą jednak czasem nachodziło łakomstwo, kiedy nocami po kryjomu i pijana snem pchała w siebie w ciemnej kuchni, co tylko znalazła, ale potem jednak każdy kęs zwracała, on być może stracił chęć do jedzenia na zawsze.

Chudy mężczyzna trzymał się poręczy relingu tak mocno, że zbielały mu kostki palców. Kiedy piana zmoczyła mu wierzchy dłoni, tak że teraz błyszczały, jego skóra wydała się tak delikatna, wręcz szklista, jak poprzecinane najdelikatniejszymi żyłkami siatkoskrzydła muchy złotook.

Czy mogło być coś bardziej oczywistego – powiedział i bujał się w przód i w tył, nie puszczając poręczy – niż w czasach biedy, w czasach głodu wyruszyć w drogę do ojczyzny boga i prosić o wsparcie, o uwolnienie od tego pożerającego wszystko głodu – w drogę do Manu Motu Motiro Hiva, wyspy, za którą zaczynała się nieskończoność? Ilu Rapa Nui przepadło w czasie tej pielgrzymki? Nawet jeśli potrafili po mistrzowsku uwzględniać w swoich nawigacyjnych kalkulacjach nie tylko gwiazdy, ale także kontury i barwę fal, prądy morskie, siłę wiatru, nawet ornamenty lotu ptaków, była to nadal żegluga na tratwie z balsy, na pęku trzciny! – przy stanie morza takim jak tutaj.

Rybitwy czarnogrzbiete – powiedział chudy mężczyzna i wskazał na podobne do mew nieme ptaki o czarno-białych skrzydłach, które wzleciały z pokrytej ptasimi odchodami skalnej wieży i krążyły zaciekawione nad naszym statkiem. Rybitwy czarnogrzbiete były dla Rapa Nui święte. Ich pojawienie się zwiastowało wiosnę albo to, co na Wyspie Wielkanocnej jako wiosnę świętowano. Cały rok, ba, czas jako taki był przez te ptaki niejako wprawiany w ruch. Być może to właśnie te wysiadujące tu jaja, uznane za święte rybitwy czarnogrzbiete dały początek wierze, że tu mieszka bóg. Czyż nie było godne uwagi, jakie życie istniało na tej wulkanicznej skale i jakie cudowne imiona miało to życie – burzyki brunatne, głuptaki maskowe, oceanniki czarnobrzuche, atolówki… One wszystkie gniazdowały tutaj.

Kiedy chudy mężczyzna sięgnął do kieszonki koszuli i wyjął z niej nasączony wodą kawałek ciemnego chleba, myślałem, że będzie próbował karmić rybitwy, które tu, tak daleko od wszelkich morskich szlaków, być może nie znały ludzi ani statków. Ale chudy mężczyzna włożył sobie ten mokry chleb do ust i ze wzrokiem skierowanym na czarną, tańczącą przed nami wyspę zaczął powoli jeść.

Śpiew rewirowy

Widziałem w oddali kogoś, kto stał przed ruiną baszty w mającym prawie dziewięć tysięcy kilometrów długości wale obronnym, który w kraju jego budowniczych nosi nazwę Wanli Chang Cheng – „Niewyobrażalnie długi mur”, ale przez resztę świata zwany jest Wielkim Murem Chińskim.

Rano spadł śnieg, a ja od kilku godzin wędrowałem koroną Muru przez góry Yan Shan między Simatai a Jinshanling w prowincji Hebei. Jak uniesiona wiatrem girlanda, która osiadła na szczytach i graniach, Mur ze swoimi blankami, wieżami strażniczymi i pożarowymi wił się przez bezludną górską okolicę, opadał wraz ze stromymi pasmami wzgórz w niezamieszkane doliny, z których równie stromo wspinał się ponownie, i odpowiednio do biegu jakiegoś górskiego grzbietu zmieniał kierunek, aby po kolejnym zakręcie powrócić na idealną linię wytyczoną przez zapomnianych budowniczych i generałów.

Gdyby nie wczesny śnieg, który sprawił, że wszystko, co ciemne – mury, ruiny, skały – rysowało się jeszcze wyraźniej, tak oddalona ode mnie postać nie zwróciłaby mojej uwagi. Ale teraz zdawało mi się nawet, że ktokolwiek tam stał, trzymał lornetkę na wysokości oczu i patrzył w moją stronę.

W czasie mojej wędrówki tym fragmentem Muru, który z powodu stromizn i zrujnowanych odcinków był mało uczęszczany, od dwóch godzin nie spotkałem żywej duszy i byłem zaskoczony, mając teraz przed sobą kogoś, kto najwyraźniej nadchodził z przeciwnego kierunku. Na cienkiej powłoce śniegu nie widać było żadnych śladów.

Postać nie ruszała się z miejsca, podczas gdy ja pokonywałem kolejne siodło, brnąc w mokrym śniegu zacienionym zejściem, a potem podejściem, i już się obawiałem, że przy wieży stanę naprzeciw jakiegoś żołnierza albo strażnika, który zabroni mi dalszej wędrówki ze względu na kruchość Muru. Największa budowla ludzkości raz po raz służyła okolicznym mieszkańcom jako kamieniołom, jeszcze Armia Ludowo-Wyzwoleńcza Mao Tse-tunga używała kamieni z Muru do budowy mostów i dróg zaopatrzenia, ale odkąd wał był pod ochroną jako zabytek, pełnili na nim służbę strażnicy, także ochotnicze posterunki kontrolne, czasem nawet w bardzo odległych okolicach.

W Pekinie słyszałem o zawodach biegaczy, w których zwyciężał ten, kto bez zatrzymania przebiegł najdłuższy dystans na zabronionych, zamkniętych odcinkach Muru. Oprócz około pięciuset kilometrów dobrze zachowanych albo dobrze odrestaurowanych, w każdej chwili dostępnych odcinków Muru były tysiące kilometrów często zarośniętego, pośród gąszczu nierozpoznawalnego jako obiekt architektoniczny, zrujnowanego wału.

Ale kiedy po żmudnym podejściu odcinkiem tak stromym jak oparta o ścianę drabina dotarłem wreszcie do owej postaci, nie miałem przed sobą ani żołnierza, ani biegacza, lecz siwowłosego Europejczyka, który mimo zimna był bez czapki i po uprzejmym powitaniu zaczął przeklinać śnieg.

Mr. Fox z walijskiego hrabstwa Swansea był birdwatcherem, przyjacielem ptaków, i od wczesnych godzin rannych wędrował koroną Muru, żeby obserwować i fotografować ptaki śpiewające, a także nagrywać za pomocą maleńkiego cyfrowego magnetofonu ich śpiewy, ostrzegawcze piski i wojownicze okrzyki. Był to czterdziesty pierwszy odcinek Muru, który przemierzał w ten sposób.

Ale co takiego – powiedział Mr. Fox – można zobaczyć i usłyszeć przy tym śniegu? Rozumiał je jak najbardziej: ptaki śpiewające w większości nienawidziły śniegu tak jak on i nastroszone siedziały teraz cicho w swoich kryjówkach, żeby oszczędzać siły w dniu, w którym pożywienie było niedosięgłe, pogrzebane pod zimną bielą. Jeden skowrończyk mongolski (Calandrella cheleensis), jeden drozd rdzawogardły i jedna muchodławka wspaniała… to było tego ranka wszystko.

Mr. Fox mieszkał w Hongkongu jako autor i tłumacz instrukcji obsługi do chwili, kiedy ta kolonia koronna została zwrócona Chińskiej Republice Ludowej, po czym przeszedłszy na emeryturę, przeniósł się wraz z żoną, archeolożką, która raz po raz zajmowała się Wielkim Murem, do Szanghaju, jej rodzinnego miasta. Stamtąd przyjechał trzy dni temu nocnym pociągiem do Pekinu i z dworca autobusowego Dongzhimen wyruszył bezzwłocznie w drogę do tego odcinka Muru, ostatniego, jaki mu jeszcze pozostał w prowincji Hebei. Po czym dziś zaczął padać śnieg. Śnieg w październiku!

Fox w ciągu tych dni zamierzał kontynuować kompletowanie swojego zbioru ptasich głosów, albumu, który docelowo miał obejmować wszystkie gatunki ptaków śpiewających żyjące w cieniu Muru: ogromną chmarę trzepoczącą wokół Wielkiego Smoka. W Chinach Mur przyrównywany jest wszak niekiedy do smoka, który ma język zanurzony w wodach Morza Żółtego, podczas gdy uderzeniami ogona smaga wydmy pustyni Gobi, wywołując burze piaskowe.

Wanli – powiedział Mr. Fox – chińskie określenie długości Wielkiego Muru, według dawnej jednostki miary, którą każda dynastia definiowała inaczej i która mogła być odpowiednikiem równie dobrze trzystu, jak i prawie sześciuset metrów, oznacza nie tylko „dziesięć tysięcy li”, ponieważ li było też znakiem nieskończoności, niewyobrażalności, a więc mur długości dziesięciu tysięcy li był „dziesięć tysięcy razy niewyobrażalnie” długi.

Oczywiście spierano się zawsze, ile w przeliczeniu na kilometry wynosi dokładnie długość Muru: czy należy uwzględnić ten czy tylko ów okres jego budowy oraz czy wolno mierzyć także góry, rzeki i jeziora, jako naturalne bariery wbudowane niejako w Wanli Chang Cheng, czy też nie, ale to nie ma dla niego – powiedział – żadnego znaczenia. On idzie śladem ptasich śpiewów wzdłuż linii Wielkiego Smoka, który zależnie od dynastii, losów sukcesji i przebiegu wojen pełzł raz w tę, raz w tamtą stronę. A ta linia mierzy prawie dziewięć tysięcy kilometrów.

Whisky? Czy mam ochotę na łyk? Fox nigdy nie wchodził na Mur bez płaskiej butelki z irlandzką whisky. Irlandzka, z republiki, z południa, nie ta z zagrożonej zamachami bombowymi północy, jest – powiedział – łagodniejsza i jego ulubiona.

Ściśle rzecz biorąc, wszystko to było pomysłem jego żony. Towarzyszył jej, to było przed prawie trzydziestu laty, w podróży do prowincji Ningxia. Mur biegł tam raz po raz przez nieciekawe tereny, strefy przemysłowe, rafinerie i wzdłuż parujących wysypisk odpadów. Ale akurat w Ningxia pewien ptak, Turdus mandarinus, kos chiński, śpiewał tak zachwycająco, że oboje byli urzeczeni, a on pomyślał o swoim ojcu, który często z lampą czołówką siedział pod drzewami w Swansea i próbował gorączkowo zanotować na papierze nutowym melodie, które w ciemności zaczynał wyśpiewywać jakiś słowik czy kos. Potem ojciec wkomponowywał diatoniczne interwały, trójdźwięki i pochody chromatyczne na przykład śpiewu kosa w swoje utwory na orkiestrę dętą.

A przecież pieśni ptaków śpiewających nie służyły jedynie miłości i zachowaniu gatunku, lecz w o wiele wyższym stopniu były śpiewem rewirowym i musiały za sprawą swojej donośności, różnorodności i wirtuozerii albo trzymać rywala na dystans, albo zmuszać go do ucieczki. No cóż, muzyka dęta jego ojca w pewnym sensie takie też wywoływała reakcje. Kosy w każdym razie potrafiły naśladować kilkanaście innych ptasich głosów, nawet dźwięki ze świata ludzi, płacz małego dziecka, daleki warkot silnika, śmiechy, wycie syren… i ośpiewywały w ten sposób granice swoich terytoriów, jednocześnie jakby wyśmiewając wszelką ociężałość, przyziemność i każdego, kto nie miał tego nieopisanego szczęścia być anielsko upierzonym, anielsko śpiewającym stworzeniem, któremu w każdej chwili wolno było wznieść się w powietrze albo rzucić się z najwyższych wież, drzew i skał w przepaść, opadając, rozpostrzeć skrzydła, nagle zawisnąć i dać się wiatrowi ponieść z powrotem w niebo.

On i jego żona słuchali wtedy w Ningxia oczarowani, po czym patrząc na zarośniętą gęstymi krzewami resztkę Wielkiego Muru, ona powiedziała: śpiew. To też była jakaś możliwość. Śpiew rewirowy zamiast murów najeżonych blankami! Sekwencje dźwięków zamiast kamieni, pieśni graniczne!

Oboje wyobrazili sobie, że ten niewyobrażalnie długi mur zastąpią jednym wielkim chórem, złożonym z uszeregowanych jeden za drugim śpiewów rewirowych: wałem z pieśni, już to delikatnych i czystych jak szkło, już to przekornych, figlarnych, lecz w każdym wypadku będących sekwencjami niedającej się zignorować, niedającej się zagłuszyć melodii, która musiała każdego intruza lub napastnika albo tak porazić, że wystraszony dawał drapaka – albo tak zauroczyć, że zapominał o swojej żądzy, swojej nienawiści czy chęci walki i nie był już zdolny do niczego innego oprócz słuchania w zachwycie.

Co za wizja – powiedział Mr. Fox – kolejnym odcinkom Muru zbudowanym pod rządami dynastii Qin i Han, i jak tam się one nazywały, Wei, Zhou, Tang, Liao czy Ming, przyporządkować ptasie pieśni, które śpiewane były dalej i były śpiewane jeszcze nawet wtedy, kiedy najtęższe mury i rzekomo niezdobyte wieże obronne dawno rozpadły się w proch.

Może państwo tak niemuzykalnego człowieka jak Mao Tse-tung już choćby dlatego nie mogło przetrwać, że było ono pierwszym i jedynym ze wszystkich dotychczasowych państw chińskich, w którym zabijano ptaki śpiewające nie po to tylko, aby zaspokoić czyjeś głupie łakomstwo jak w niektórych krajach europejskich, ale w którym miliony wszystkich ptaków bez wyjątku wybito w każdej prowincji tej tak zwanej republiki ludowej jako szkodniki pożerające zbiory. Podobno zdarzyła się w tym kraju wiosna, kiedy niebo nad Pekinem istotnie było wolne od ptaków. Wolne od ptaków! Co za wolność.

Podczas gdy Mr. Fox opowiadał o dynastiach i państwach, których żadne, choćby najdłuższe, choćby najpotężniejsze wały nie mogły uchronić przed biegiem czasu, o ptakach i ludziach, nadal panowała cisza, śnieżna cisza na koronie Muru. Ale kiedy podał mi płaską butelkę, proponując pożegnalny łyk, w koronie drzewa pod nami, z której słońce zrzucało teraz poduszki śniegu, znowu dał się słyszeć drozd rdzawogardły, którego głos Fox nagrał już rano. „Śpiew jesienny” – jak powiedział – cichszy i bardziej kameralny, ale artystycznie doskonalszy, bardziej radosny niż pieśni wiosenne, bo uwolniony od przynajmniej niektórych powinności związanych z topnieniem śniegu, choćby od zalotów miłosnych i rozrodu. To było w końcu, przynajmniej trochę, jak u ludzi, jak u niego samego: ptak jesienny nie musiał już nikomu specjalnie imponować. Śpiewał, jeśli śpiewał, bardziej dla siebie niż dla kogoś lub przeciw komuś innemu.

Śpiew drozda towarzyszył nam jeszcze przez chwilę, gdy na tym niewyobrażalnie długim Murze znów oddalaliśmy się od siebie i każdy z nas zmierzał do swojego celu, on do Simatai, ja do Jinshanling, każdy po śladach drugiego.

Herzfeld

Widziałem otwarty grób w cieniu wysokiej jak wieża araukarii. Drzewo przewyższało znacznie wszystkie inne drzewa w otoczonej szumiącymi lasami eukaliptusowymi górskiej wiosce w brazylijskim stanie Minas Gerais. Kiedy podmuch wiatru przepływał raz po raz przez jego koronę i budził się w niej ledwie słyszalny szmer, przypominający oddech śpiącego, złotobrązowe nasiona w kształcie kropli uwalniały się z niezliczonych szyszek, tkwiących na łuskowatych gałęziach, i spadały na niewielką grupkę żałobników, spływały na gontowy dach domu szachulcowego, który mógłby równie dobrze stać w południowych Niemczech, na grządki kwiatowe, plecione krzesła, na tuż przy grobie zaparkowaną półciężarówkę, której drzwiczki były szeroko otwarte, i pukały też raz za razem w zabitą gwoździami, spuszczoną już do ziemi drewnianą trumnę, w której w błękitnym szlafroku leżał senhor Herzfeld. Tego dnia wczesnym rankiem umarł w ramionach swojej żony i mógł być pochowany w przydomowym ogrodzie. Burmistrz, który był akurat w podróży służbowej w Belo Horizonte, zezwolił na to telefonicznie i bez dalszych formalności z uwagi na panujący upał.

Poznałem Herzfelda trzy dni wcześniej na przyjęciu ogrodowym w São Paulo przy nakrytym białym obrusem, ozdobionym kwiatami stole pod białymi parasolami od słońca. Podał mi mały talerzyk obłuskanych, gotowanych nasion araukarii, smakujących jak orzeszki piniowe, i powiedział, że w tych nasionach zawarta jest nie tylko moc i wola życia jednego z najstarszych z punktu widzenia historii ewolucji drzew na ziemi, ale także jego tytaniczna istota: czterdzieści metrów i więcej może brazylijska araukaria wznosić się ku niebu, ku słońcu, ku gwiazdom, i w tej wspaniałej postaci dożyć setek, ba, tysiąca lat. Powiedział, że swój letni dom wzniósł w górach Minas w cieniu takiej araukarii.

Senhor Herzfeld, syn brandenburskiego fabrykanta igieł do szycia, przybył jako młody mężczyzna wraz ze swoją siostrą z Niemiec, przez Anglię i Francję, a następnie przepełnionym statkiem razem z innymi emigrantami do Brazylii, w czasie kiedy jego ojczyzna, a wraz z nią wiele europejskich krajów, miała być na tysiąc lat przybita do swastyki. Ale nawet wtedy, kiedy te tysiąc lat przerodziło się w zaledwie kilka niekończących się lat pełnych przerażenia i uleciało z dymem w czasie wojny światowej, senhor Herzfeld i jego siostra nie chcieli już wracać do kraju, który zabił ich rodziców i siedmiu krewnych z powodu ich pochodzenia czy nazwiska. Po tych wszystkich zmarłych nic tam nie mogło już być przecież takie, jak było.

Wspólnie z przyjacielem z Pernambuco senhor Herzfeld zaczął handlować skórami, szlachetnymi odmianami drewna, agatami i wieloma surowcami swojej nowej ojczyzny, i któregoś sierpniowego popołudnia mógł, stojąc na molo w Rio de Janeiro i trzymając w dłoni pierścionek ze szmaragdem, z bijącym sercem obserwować, jak pewna dziewczyna z Niemiec schodzi po trapie przybyłego z Hamburga statku transatlantyckiego. Kiedy potem na molo trzymał tę dziewczynę po raz pierwszy od czterech lat znowu w ramionach i nie wypuścił jej z nich nawet wtedy, kiedy usłyszał delikatny brzęk pierścionka ze szmaragdem, który wypadł mu z dłoni, wydawało mu się, że w jego życiu nie będzie już nigdy szczęśliwszej chwili.

Zjadłem talerzyk gotowanych nasion araukarii do jednego, potem jeszcze drugiego kieliszka wódki z trzciny cukrowej, a Herzfeld opowiadał – o dziwnych, labiryntowych wzorach na szerokich krawatach swojego ojca, który nigdy nie przekroczył progu synagogi, ale w każdą niedzielę chodził wystrojony w te labirynty do kościoła; opowiadał o dłoniach swojej matki, które, kiedy siedziała bez ruchu, stawały się białe, ale nigdy zimne; i opowiadał o maleńkiej stópce porcelanowej tancerki w czerwonych pantofelkach, kawałku figurki z Miśni, którą to stópkę przez całe lata nosił przy sobie jako talizman i dopiero po swoim weselu wyrzucił do morza w pobliżu Santos – policjant w cywilu rozbił tę figurkę w mieszkaniu jego rodziców podczas aresztowania ojca… i opowiadał, opowiadał, aż wokół nas zapaliły się lampiony i jeden gość po drugim pożegnał się i oddalił w noc. Kiedy żona Herzfelda, owa dziewczyna z Niemiec, zaczęła naglić do wyjścia, bo w domu czekały pies i dwa głodne koty, ten zaproponował, żebym nazajutrz odwiedził go w jego biurze w dzielnicy Higienópolis. Tam chciał opowiadać dalej, ja miałem tam dalej pisać.

I następnego dnia w ciemnym biurze, udekorowanym kwarcami i szlifowanymi agatami, ametystami, lśniącymi druzami i najpiękniejszymi drogimi kamieniami Brazylii, Herzfeld rzeczywiście opowiadał dalej, aż także ten dzień dobiegł końca, podczas gdy on ani razu nie dotarł do czasów teraźniejszych. Było już ciemno, kiedy zaproponował, żebyśmy kontynuowali naszą rozmowę w jego letnim domu w Minas Gerais, gdzie spędzi najbliższe dni, które w São Paulo bywają nieznośnie gorące. Jego zięć ma zamiar odwiedzić go tam już pojutrze i może mnie zabrać swoim samochodem.

Ale kiedy w dniu zaplanowanej podróży w moim pokoju hotelowym zadzwonił rano telefon, jego zięć po przedstawieniu się zrobił zagadkowo długą pauzę, po czym powiedział, że Herzfeld zmarł w nocy w swoim letnim domu. On i jego żona szukają właśnie w szafach zmarłego garnituru do trumny, żeby potem pojechać do Minas. Jeszcze przed zachodem słońca Herzfeld zostanie tam pochowany.

Zięć, również obecny na przyjęciu ogrodowym, które jakby odsunęło się nagle w odległą przeszłość, nie był ani zdziwiony, ani nie zadawał pytań, kiedy poprosiłem go, żeby zabrał mnie ze sobą, jak było uzgodnione, toteż wyjechaliśmy czarnym jeepem z miasta, a potem jechaliśmy godzinami przez jedną wieś po drugiej, podczas gdy córka Herzfelda doprowadziła życie swojego ojca wreszcie do teraźniejszości, mówiąc o jego strachu przed tropikami, który mimo tego, że jej ojciec handlował towarami z Bahii, Amazonii, Mato Grosso czy Alagoas, nie pozwolił mu postąpić choćby kroku poza szerokość geograficzną Rio de Janeiro w tropikalną północ. W drodze do Minas mieliśmy też spełnić prośbę żony Herzfelda: kupić trumnę, we wsi bowiem nie było żadnego stolarza. Wobec tego zatrzymaliśmy się przed jednym ze sklepów, przed którymi w wielu mijanych wsiach wystawione były na pokaz wzdłuż drogi trumny we wszystkich kolorach, wykonane z wszelkich rodzajów drewna i na wszelkie sposoby ozdobione.

Stolarz, który pełnił również funkcję grabarza, miał ramię na temblaku, a dłoń w grubym, zakrwawionym opatrunku: tego dnia, jak powiedział, podczas czyszczenia rewolweru postrzelił się w rękę i może nam wprawdzie sprzedać dowolną trumnę, a także towarzyszyć nam do zmarłego, ale potem nie będzie mógł pomóc ani podczas wkładania ciała do trumny, ani podczas jej grzebania, może nam tylko udzielić wskazówek.

Z trumną z desek eukaliptusowych umieszczoną na dachu jeepa jechaliśmy w czwórkę dalej. Grabarz bezskutecznie napominał nas, abyśmy odmówili chociaż „Zdrowaś Mario”. Teraz nikt już nic nie opowiadał.

Kiedy dotarliśmy do celu, czekała na nas przy biało malowanej furtce ogrodowej żona Herzfelda: dziewczyna z trapu, dziewczyna z Niemiec. Była bardzo blada. Podobno Leon wstał w nocy, żeby napić się wody, i długo, zbyt długo nie wracał. Poszła go szukać i znalazła siedzącego i opartego o piec kaflowy. Jeszcze oddychał, ledwo słyszalnie, i miał zamknięte oczy, i nie odpowiadał, kiedy usiadła przy nim i chciała mu pomóc jednak wstać, pomóc wrócić do łóżka, do życia. Ale nie mogła go, nie chciała zostawić ani przez sekundę samego, choćby po to, żeby przywołać pomoc. I tak podtrzymywała go i prosiła, żeby został, został przy niej, jeszcze przez chwilę został z nią, aż usłyszała jego głębokie westchnienie, po którym zapanowała martwa cisza.

Na zewnątrz paliło słońce, ale w domu płomień świecy migotał w przeciągu przy zasuniętych zasłonach. Senhor Herzfeld siedział oparty o piec kaflowy swojego domu jak w zimowe wieczory, kiedy także w Minas potrafiło być zimno. Na jego twarzy leżała biała chusteczka z wyszytymi inicjałami, które nie pasowały ani do imienia jego żony, ani do jego imienia. Chusteczka zsunęła się na podłogę, kiedy jego zięć poprosił mnie o pomoc i zamierzaliśmy ułożyć go na zasłanej poduszkami sofie. Usta miał lekko otwarte, na szkliwie siekacza tlił się odblask płomienia świecy, maleńka gwiazdka.

Stężenie pośmiertne nie pozwoliło nam ubrać go w przywieziony garnitur, wobec tego spróbowaliśmy ułożyć senhora Herzfelda w trumnie odzianego w błękitny szlafrok w pozycji kogoś śpiącego. Jakże ciężki był człowiek, który żadnym ruchem ani żadnym tchnieniem nie mógł sprawić, by jego tragarzom lżej było go nieść.

Stolarz udzielał nam wskazówek, dyrygował nami zabandażowaną ręką i jednocześnie przemawiał pośpiesznie do zmarłego, prosił go szeptem o przebaczenie za zakłócanie jego właśnie rozpoczętego wiecznego odpoczywania, prosił go, żeby jednak pozwolił tu jeszcze trochę się przesunąć i tam jeszcze odrobinę, prosił go na litość boską nie utrudniać tak bardzo sprawy nam, swoim pomocnikom, swoim oddanym sługom, upominał jednak także nas, żebyśmy pozbyli się wreszcie naszych zahamowań i wcisnęli zmarłego ze wszystkich sił do ciasnego wnętrza trumny, jako że dla senhora Herzfelda czas bólu na zawsze minął.

Potem przywołał obu pracowników ogrodowych, którzy wykopali grób pod araukarią. Ci weszli do domu żałoby obnażeni do pasa, zlani potem, przeżegnali się i szeptem odmówili modlitwę. Kiedy potem wspólnie z nimi wynieśliśmy trumnę z półmroku domu na jaskrawe światło ogrodu, czekała tam już mała gromadka żałobników, dziesięć, dwanaście osób w jasnych i lekkich letnich ubraniach, niektórzy z zapłakanymi twarzami. Jeden z sąsiadów podjechał swoim pick-upem na skraj grobu i otworzył szeroko drzwiczki. Kiedy opuszczaliśmy trumnę na konopnych sznurach w głąb czerwonej ziemi, z głośników wbudowanych w te drzwiczki rozległo się „Bliżej do Ciebie, mój Boże”.

Jeśli każde z nasion araukarii, które w tej godzinie spadały na żałobników, na grób, na ogród, na dach letniego domu i na trumnę, zawierało możliwość tysiącletniego życia, to – podczas gdy córka Herzfelda recytowała jeden z wierszy Goethego, szepcząc tak cicho, że pośród podmuchów wiatru nie rozumiałem ani słowa, a jego żona po raz ostatni mówiła do swojego ukochanego Leona nad otwartym grobem w pustkę – wraz z tymi nasionami spływało na nas z gałęzi coś w rodzaju wieczności.

Zbieracze gwiazd

Widziałem na parkingu ulicznej kawiarni w nadmorskim mieście San Diego w Kalifornii kelnera, który się przewrócił. Mężczyzna pozornie bez wysiłku balansował z opartą na ramieniu tacą pełną napojów, kiedy potknął się o kabel przeciągnięty od akumulatora jednego z samochodów do teleskopu. Teraz leżał pośród skorup kieliszków, butelek i filiżanek, które zamierzał postawić przed gośćmi, jacy wyszli na zewnątrz albo już od wielu godzin siedzieli na przyniesionych składanych krzesłach między zaparkowanymi samochodami i przez lornetki, teleskopy lub gołym okiem wpatrywali się w wieczorne niebo, na którym pobłyskiwały pierwsze gwiazdy.

Chociaż jego spodnie były rozerwane na kolanie, a kwiaty maku nadrukowane na koszuli przypominały plamy krwi, wydawało się, że mężczyzna nie odniósł żadnych obrażeń. W milczeniu, bez słowa skargi, ale też choćby jednego przekleństwa podniósł się, sięgnął po dużą, okrągłą mosiężną tacę, która podczas jego upadku potoczyła się z brzękiem pod zaparkowany kabriolet, i zaczął na czworakach zbierać ociekające kawą, winem, sokami owocowymi czy po prostu wodą skorupy i gromadzić je na tacy.

Wieczornym i nocnym niebem tych marcowych dni ciągnęła jedna z najjaśniejszych komet minionego tysiąclecia, ciało niebieskie o średnicy zaledwie sześćdziesięciu kilometrów, którego złotożółto świecący ogon pyłu i niebieski ogon gazu pozostawiały na nocnym niebie ślad długości pięćdziesięciu milionów kilometrów. Poprzedniego wieczoru ta gwiazda-miotła minęła w odległości około dwustu milionów kilometrów punkt swojego największego zbliżenia do Ziemi i pędziła teraz z powrotem w otchłanie wszechświata, z których się wynurzyła. Po miesiącach, w których pojawiała się na nocnym niebie jako najjaśniejsze światło obok wielkiego Syriusza, miała teraz stopniowo znów zmniejszać się i kurczyć, by w końcu zniknąć i powrócić dopiero około 4535 roku. Na cześć swoich dwóch odkrywców, Alana Hale’a i Thomasa Boppa, którzy niezależnie od siebie zaobserwowali ją podczas pomiarów gromady kulistej m70 w gwiazdozbiorze Strzelca, została ochrzczona mianem komety Hale’a-Boppa – i wkrótce po jej wejściu w pole widzenia gołego oka stało się jasne, że w historii ludzkości żadne światło niebieskie nie skupiło na sobie tylu spojrzeń.

W minionych tygodniach, podczas długich wędrówek przez pustynię Mojave i w Sierra Nevada, często widziałem kometę Hale’a-Boppa nad sylwetkami ośnieżonych grzbietów górskich albo czarnymi połaciami pustyni, a w radiu mojego samochodu terenowego raz po raz słyszałem doniesienia o lękach, nadziejach, marzeniach i hipotezach astronomicznych związanych z tym wędrującym światłem. Religijni fantaści i członkowie sekt – mówiono – widzą w tej komecie nie tylko ciało niebieskie, ale także boski znak, który zapowiada rychły koniec świata albo nadejście wszechmocnego zbawiciela.

Gwiazda-miotła ze swoim podwójnym ogonem – trzeci, utworzony z sodu, widać było tylko w teleskopach największych obserwatoriów astronomicznych – stała się podczas tych niemal sześciuset dni, kiedy to jej rosnący, a potem słabnący blask można było obserwować także gołym okiem, zjawiskiem na niebie tak zwyczajnym, że tego wieczoru na parkingu ulicznej kawiarni nie zebrałaby się chyba tak liczna publiczność, gdyby nie drugie widowisko, które można było śledzić w bezpośrednim sąsiedztwie komety – mianowicie z utęsknieniem oczekiwane przez miłośników gwiazd i astrofotografów zaćmienie Księżyca.

Położenie kawiarni na wzgórzu z rozległym widokiem na światła miasta i nieba przyciągnęło ponad setkę gości i obserwatorów, którzy już późnym popołudniem zaczęli ustawiać swoje teleskopy, statywy i kamery między przyczepami kempingowymi, i przy winie, piwie bądź sokach owocowych, siedząc wokół okrągłych stolików, oceniali prawdopodobieństwo, że zmienne zachmurzenie tego dnia przesłoni widowisko, i zastanawiali się, czy nakazem chwili nie jest odpowiednio wczesny, akurat jeszcze możliwy wyjazd na mniej zachmurzone obszary pustynne. Jak wolno czas upływał na takich rozmowach.

Ale kiedy zaczęło się zmierzchać, zrobiło się ciemno, zapadła noc i wszystkie chmury jak odciągnięte sznurami pierzchły, by odsłonić kometę, rozgwieżdżone niebo i jeszcze niezacieniony Księżyc, czas zaczął płynąć szybko. A gdy potem nadszedł ów wyliczony co do sekundy moment, kiedy Księżyc bezwolnie i niepowstrzymanie zaczął ześlizgiwać się w cień Ziemi, tracąc z każdą chwilą coraz więcej swojego światła i w ten sposób pozwalając komecie błyszczeć jeszcze jaśniej, czas zaczął mknąć. Okrzyki świadków zaćmienia zgromadzonych na parkingu – „Księżyc! Księżyc! Zaczyna się!” – brzmiały jak wołanie na alarm i kazały ostatnim już gościom wybiec z kawiarni na dwór.

A potem był już tylko bezchmurny firmament i ciemny plac pełen ludzi spozierających w milczeniu ku gwiazdom, między którymi najjaśniejsza kometa tysiąclecia przepływała obok zaciemnionego Księżyca – i był też mimo to, i wciąż jeszcze za frontem oświetlonych okien ten długi, pusty bufet, zza którego kelner wyniósł swoją ciężko obładowaną tacę w noc, a potem przemykał między autami i teleskopami, i raz po raz podnosił przy tym wzrok ku niebu, aż nagle dał się słyszeć ów złowieszczy brzęk i mężczyzna legł w zasiewie skorup.

Ale podczas gdy tam daleko, daleko w przestrzeni nieba widowisko biegło niewzruszenie swoim torem, cień Ziemi, nasz lodowaty cień, przesuwał się po księżycowych pustyniach, a kometa Hale’a-Boppa z prędkością prawie stu sześćdziesięciu tysięcy kilometrów na godzinę ponownie oddalała się od naszej planety, na upstrzonym plamami oleju nocnym parkingu zaczął się spektakl nacechowany inną jasnością.

Bo choć miało trwać długo, bardzo długo, zanim znów zapadłaby porównywalnie piękna ciemność, i choć oddalająca się kometa, stopniowo blednąca i niknąca, miała powrócić dopiero za przeszło dwa i pół tysiąca lat, ale nigdy, nigdy już w historii tego uniwersum nie miała być widziana w tak bliskim sąsiedztwie zaćmionego Księżyca, odwrócili się… nie, nie wszyscy świadkowie i widzowie, ale jednak liczni, o wiele liczniejsi, niż można by oczekiwać, od tego ewenementu, tego niepowtarzalnego kosmicznego wydarzenia, żeby zająć się leżącym kelnerem, odwrócili się plecami do nieba, pochylili nad milczącym, zażenowanym mężczyzną, podali mu wyciągnięte ręce, a kiedy nie chciał wstać, tylko na czworakach zabrał się do zbierania rozsypanych skorup, uklękli obok niego i zbierali razem z nim te nawet w zaćmionym blasku Księżyca połyskujące skorupy z czarnego asfaltu, jakby zbierali gwiazdy.

Niebiański most

Widziałem łańcuch czarnych, skalistych wzgórz, o które biły wydmy. W ciągu dwugodzinnej jazdy samochodem terenowym przez północne krańce marokańskiej Sahary pozbawione drzew pasmo wzniesień wyrosło z piaszczysto-kamienistego pustkowia, aż w końcu widoczne stały się potężne kamienne stożki, wieńczące wiele spośród kopulastych wierzchołków wzgórz. Na płaskim skalistym grzbiecie sterczał cały rząd takich stożków i upodabniał go do olbrzymiej, zbrojnej w kły szczęki.

Czarny strumień głazów, spływający spod owych kłów do osłoniętej od wiatru niecki, gdzie miał być teraz rozładowany samochód i rozbity namiot, pozbawiony był wszelkiej roślinności. Nie było nawet ostów, cierni czy porostów. Kierowca samochodu, odziany w indygową daraa, tunikę koczowników, owinął sobie czarną chustę wokół głowy i twarzy, tak że pozostała tylko wąska szpara na oczy, dał mi znak, żebym szedł za nim, i zaczął się wspinać.

Chociaż miał na nogach tylko skórzane sandały, a porywisty wiatr raz po raz przemieniał jego sięgającą ziemi tunikę w żagiel, bez trudu, nieraz wręcz tańcząc, utrzymywał równowagę nawet wtedy, kiedy jakiś kamień osuwał mu się spod sandału albo poryw wiatru zachwiał nim na chwilę. Przy tym, mimo stromego podejścia, starczyło mu jeszcze tchu, żeby kontynuować rozpoczęte podczas jazdy opowieści.

Od zachodu parła w naszą stronę bladożółta piaskowa chmura, która wgryzała się coraz wyżej i wyżej w błękit nieba. Musieliśmy się pośpieszyć, jeśli nie chcieliśmy narazić się na to, że w drodze powrotnej do obozu stracimy orientację w wirujących woalach piasku.

Trzy tysiące lat i więcej, niekiedy tysiąc lat więcej – powiedział kierowca – liczą te kamienne stożki, te kurhany, wzniesione przez jakiś pustynny lud, którego imię nie przetrwało do naszych czasów. Pozostały po nim tylko te groby. Niektórych zmarłych, jak odkryli archeolodzy, niesiono zapewne setki kilometrów przez pustynię, setki kilometrów przez rozżarzoną, niezamieszkaną krainę tylko po to, żeby pochować ich na tym bezludziu.

Powodem tego była – powiedział kierowca – opowieść, którą przekazywano sobie przez tysiąclecia, mówiąca o gwieździe, o meteorycie, który spadł w nocy z nieba i rozbił się w tej niecce, teraz okolonej łańcuchem czarnych wzgórz. Widoczny z daleka ognisty ogon musiał wydać się naocznym świadkom, koczownikom, którzy już wówczas przemierzali tę okolicę, mostem światła przyćmiewającym swoim blaskiem wszystkie gwiazdy, mostem łączącym na czas jednego tchnienia niebo i ziemię.

Nawet jeśli ten niebiański most zgasł już w chwili, kiedy rozbłysnął, musiał w oczach świadków pozostawić po sobie nie tylko poświatę oślepiającego obrazu, ale także niezatarte wspomnienie, przekazywane dalej, coraz dalej przez stulecia, aż dotarło ono do najdalszych obrzeży pustyni i wszędzie tam, gdzie o nim usłyszano, skłaniało żałobników do udania się w drogę tutaj.

Czyż istniało miejsce wiecznego spoczynku budzące większą nadzieję, bardziej niezakłócone niż ziemskie zakończenie mostu, który z przepełnionego cierpieniem, wyschłego świata, rozdzieranego burzami piaskowymi i wojnami, prowadził do gwiazd? I czyż nie było ostatnią i może największą, pełną miłości posługą oddaną zmarłym, kiedy niesiono ich przez pustynię, tygodniami, miesiącami przez pustynię, żeby pochować ich tu, pod kamiennymi stożkami, których końce skierowane były ku gwiazdom?

Dziś w nocy – powiedział kierowca i wskazał na front chmur piaskowych, który stopniowo zaczynał połykać na zachodzie pasmo wzgórz – dziś w nocy nad obozowiskiem będą widoczne w blasku naszych lamp jedynie tumany piasku, ale kto kiedykolwiek choćby tylko słyszał o tym moście światła, ten w swojej wyobraźni potrafi nawet w czasie burzy piaskowej zbudować go na nowo jako najkrótszą drogę do gwiazd.

Śmierć w Sewilli

Widziałem w przepiękną Niedzielę Palmową na wielkiej arenie w Sewilli czarnego andaluzyjskiego byka. Jakby był piastą koła utworzonego przez dwanaście tysięcy widzów, które kręciło się z szumem wokół niego, stał nieruchomo, ciężko oddychając, zaplątany we wzór śladów walki na głęboko zrytym piasku, i zdawał się zapatrzony w swojego wroga, toreadora na koniu, który czekał na niego w odległości pięciu, może sześciu długości końskiego grzbietu. Między łopatkami byka tkwiło sześć banderilli, owiniętych kolorowym papierem włóczni długości ramienia, które przypominały bukiet połamanych kwiatów. Z każdym oddechem zwierzęcia z zadanych mu ran wydobywała się krew i zostawiając kręty ślad na jego sierści, spływała do kopyt.

Trzej rejoneadorzy, toreadorzy na koniach, mieli tego niedzielnego popołudnia otworzyć sezon walk byków – zaprezentować najstarszą formę tych walk i w sześciu kolejnych korridach zabić sześć byków. Inaczej niż w wypadku matadora walczącego pieszo, toreadora na koniu nie wspierali pikadorzy z lancami i opancerzonymi końmi ani banderillerzy z kolorowymi włóczniami. Wszystko, co było do zrobienia w zakresie wykonywanej tanecznym krokiem, poddanej ścisłym regułom pracy w celu zadania śmierci, musiało pozostać dramatem, rozgrywającym się wyłącznie między jeźdźcem, jego koniem i bykiem. Rejoneador nie machał ani kapą, ani muletą, żadną z tych różowych bądź czerwonych płacht, którymi w pieszej walce byk winien być zwodzony i prowadzony, lecz takiego popołudnia jak to nieosłonięte ciało konia zastępowało wszelkie płachty i podsuwało bykowi cel ataku, który za pomocą figur wysokiej szkoły andaluzyjskiej jazdy konnej musiał być chroniony przed jego rogami.

Tej Niedzieli Palmowej pięć byków było już zabitych i wywleczonych z areny przez zaprzęgi mułów, kiedy wypadł na nią z mroku corralu ten ostatni, teraz ciężko sapiący, ociekający krwią, i zatrzymał się nagle pośrodku pustej przestrzeni, jak gdyby był zaskoczony, zdumiony, ba, przerażony, że nie wypuszczono go z powrotem na jego pastwisko gdzieś wysoko nad Zatoką Kadyksu, gdzie spędził dotychczasowe cztery lata swojego życia, tylko w tę nagą, ryczącą pustkę, w której to w tę, to w tamtą stronę ciągnęły się ślady krwi. Mimo to z początku reagował na pokrzykiwania rejoneadora zgodnie z oczekiwaniami i atakował jeźdźca i jego pysznego siwka. Ale w odróżnieniu od pięciu zabitych przed nim jego ataki sprawiały wrażenie, jakby galopował nie po to, żeby obalić, przebić, zabić, tylko żeby usunąć przeszkodę z drogi prowadzącej z powrotem na jego pastwisko. Z czasem jego ataki stawały się coraz bardziej niemrawe, gdy to, co zagradzało mu tę drogę, nie dawało się dosięgnąć ani odepchnąć, tylko dźgało go i raniło.

Dwukrotnie jeździec puszczał cugle, dopadał byka z uniesionymi jakby w triumfalnym geście rękami, w których trzymał banderille, i w pełnym galopie wbijał mu te kolorowe, zaopatrzone w zakrzywione haki włócznie między łopatki. Ale także ból nie wprawił byka w ową pełną agresji wściekłość, której od niego żądano – i wobec tego w końcu publiczność zaczęła się chórem domagać, żeby ukarać jego nieruchawość, jego tchórzostwo czarnymi banderillami, banderillas negras – owiniętymi w czarny papier, kolor hańby, włóczniami, które, zaopatrzone w dłuższe haki, głębiej wbijały się w ciało.

Dopiero kiedy te banderille spadły na niego z rąk rejoneadora jak dwie czarne błyskawice, byk wreszcie wpadł w szał, który ku zachwytowi publiczności zmusił jeźdźca do wykazania się całym swoim kunsztem. Galopując w zmiennym tempie, wykonując pesady i lewady, chody boczne i kurbety, dopuszczał rogi byka nieraz na szerokość dłoni do swoich butów, do boków konia, by niedostrzegalnym ściągnięciem cugli albo ściśnięciem udami boków siwka skłonić go do wybawiającego z opresji, pełnego gracji, tanecznego manewru wymijającego.

Zagrożenie śmiercią, towarzyszące każdej figurze tego tańca, kiedy mógł zostać przebity i rozerwany koński brzuch, zwoje kiszek mogły wypaść w piach, jeździec mógł zostać przygnieciony przez swojego śmiertelnie zranionego rumaka albo z nogą uwięzioną w strzemieniu powleczony pod kopyta i rogi, a tam stratowany czy przebity na wylot, podkreślało niesamowitość tego panowania nad koniem bez pejcza i szpicruty, panowania nad jego śmiertelnym strachem.

Publiczność oszalała, kiedy rejoneador po serii wirtuozersko sparowanych ataków wycofał siwka tanecznym chodem bocznym dokładnie w tempie ponownego natarcia i dopuścił przy tym byka tak blisko siebie, że mógł się nagle wychylić daleko z siodła i oprzeć łokieć między rogami napastnika – wesprzeć się na łbie byka! – i w ten sposób uczynić swoje ciało pomostem między szalejącym czarnym bykiem a śmiertelnie przerażonym białym koniem. Po czym w ułamku sekundy wyprostował się, spiął konia, wykonując z nim piruet, tak że byk trafił w pustkę.

Szalona prędkość wszystkich tych ruchów sprawiła, że w pierwszej chwili nie zauważono, że siwek został jednak ugodzony, skaleczony jednym z rogów. Przeciągłe chóralne westchnienie wypełniło arenę, kiedy pokazał się szeroki strumień krwi, spływający po prawym boku konia i ukazujący jego biel jako jeszcze bardziej delikatną i cenną. Ale rejoneador machnął ręką. Nie chciał nowego konia, pochylił się tylko nisko nad zaplecioną w warkocze grzywą zwierzęcia, nad jego śnieżnobiałą szyją, i ucałował oboje jego uszu, zanim wyszeptał coś, jakieś uspokajające słowo, jakieś polecenie, jakąś prośbę. I jeszcze raz westchnęła arena, kiedy krwawiący siwek po tym podszepnięciu padł nagle razem ze swoim jeźdźcem na kolana przed bykiem. A ten otrząsnął się i ruszył, jakby chciał stratować ten gest pokory – czy może była to drwina? – i cwałował prosto na konia, który wydawał się już zgubiony, kiedy jeździec w ostatniej chwili poderwał go i skłonił do wykonania zbawczego zwrotu.

Sprawujący pieczę nad walką prezydent, który siedział pod baldachimem gdzieś pośród wiwatującej publiczności, dał znak do tertio de la muerte, trzeciej, ostatniej części korridy, i rejoneador odebrał już przy bandzie od pomocnika krótką lancę, którą miał, zadając śmiertelny cios, zatopić w bukiecie banderilli, kiedy w chwili spowodowanego zmęczeniem zawahania, gdy jeździec i koń dźwignęli się z wyrysowanego na piasku wzoru śladów walki, a byk w odległości pięciu, może sześciu długości końskiego grzbietu zdawał się zapatrzony w swojego wroga – rozległ się krzyk, który dobiegł z tanich rzędów wysoko w górze, i nie można było rozpoznać, czy był to krzyk mężczyzny, czy kobiety: Indulto! Łaski! Ułaskaw go!

Tym okrzykiem publiczność rzadko, bardzo rzadko domagała się łaski dla byka, który walczył tak dzielnie, tak porywająco, że zasługiwał na wypuszczenie z areny, na opatrzenie ran i spokojny żywot na rodzinnych pastwiskach. Indulto! Ale to żądanie łaski musiało być na takiej arenie jak ta w Sewilli zgłoszone przez chór tysięcy głosów, a nie przez zaledwie jeden cienki głos, jedyny tej Niedzieli Palmowej.

Rejoneador podniósł wprawdzie głowę, rozejrzał się wokół siebie i popatrzył w dal, ale kiedy także ten jeden głos zamilkł pośród pełnego napięcia milczenia areny, wyprostował się w siodle i uniósł lancę, jakby w ten sposób dawał jedynie umówiony od wieków znak bykowi. A ten raz jeszcze, i początkowo jakby przezwyciężając wielkie zmęczenie, ruszył przed siebie, ale potem coraz szybciej i niepowstrzymanie pędził wprost na niego.

Duchy

Widziałem duchy. Było ich siedem, nie: osiem! Niemal bezkształtne, wysokie jak drzewa, jak wieże, wirowały blisko siebie na jednej z owych pustyń lawy i kamieni, które pokrywają bezludny centralny płaskowyż Islandii.

Było wietrzne październikowe popołudnie, dość późna pora roku jak na dłuższe podróże i wędrówki przez pustacie płaskowyżu, ale ponieważ meteorologowie nie prognozowali skoków ciśnienia atmosferycznego, od szeregu dni wraz z pewnym fotografem z Reykjaviku przemieszczałem się samochodem terenowym – a w nieprzejezdnym górskim terenie pieszo – zawiłymi szlakami między lodowcami Langjökull, Hofsjökull i wielkim Vatnajökull. Noce spędzaliśmy w naszym namiocie po odwietrznej stronie skalnych wież albo w jednej z rozrzuconych po okolicy, od tygodni już nieodwiedzanych chat czy szałasów biwakowych, które w islandzkiej głuszy stoją otworem przed szukającymi schronienia. W lodowate wieczory kąpaliśmy się niekiedy w gorących źródłach.

Fotograf chciał, korzystając z dobrej pogody, poświęcić się swojej pasji, która raz po raz wiodła go nie tylko na pustkowia Islandii, ale także w góry i na pustynie całego świata: fotografował znaki przydrożne, tak najnowsze, jak najstarsze, prehistoryczne i nowożytne kamienne słupki, stożki, kolumny albo wykute w skale znaki orientacyjne, i w ten sposób zdjęcie po zdjęciu zbierał wszystko, co mogło komuś pomóc dotrzeć do celu albo przynajmniej znaleźć drogę powrotu lub ucieczki.

Podążaliśmy prastarymi, od stuleci używanymi szlakami, ale też od dawna porzuconymi, które zastąpiono drogami wytyczonymi na nowo, i widzieliśmy na zawianych czarnym piaskiem skrzyżowaniach i rozwidleniach dróg kamienne kopczyki, które kiedyś chronione były przepisami wyspy równie surowo jak samo życie: zniszczenie albo przestawienie tych znaków karano śmiercią lub okaleczeniem, ponieważ wszystkie drogi przez pustynię prowadziły tak czy owak ku morzu, a tylko w pobliżu wybrzeży można było znaleźć pożywienie, schronienie, towarzystwo ludzi. Kto zatem plątał drogi tam prowadzące, ten tracił prawo do przebywania w tym towarzystwie i wraz z prawem do łaski – prawo do życia.