Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 23.06.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 327
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Marek Stelar, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: © Kuba Magierowski
Redakcja: Anna Rozenberg
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-183-4
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Dom płonie. Pomarańczowe języki ognia strzelają w niebo, w oknach pojawiają się nowe, kolejne wypełzają spod okapu zachłannie, sięgając bitumicznych gontów pokrywających połacie dachowe i topiąc plastikowe rynny. Ogień huczy i strzela, tu i ówdzie pryskają iskry, kiedy jakaś część poszycia czy rozeschnięta ze starości krokiew eksploduje rozsadzona od wewnątrz ciśnieniem i żarem. Dym pełznie po dachu, odrywa się od niego i unosi, a potem ulatuje w ciemne, bezgwiezdne niebo, porwany do góry październikowym wiatrem. Smród spalenizny robi się już dokuczliwy, w oknie jednej z sąsiednich altan pojawia się nagle światło, a po chwili rozlega się krzyk:
– Pali się! Jezu, ludzie, Rosadowa się pali!
Nieopodal, na skraju zagajnika ktoś stoi i obejmując się wpół, w milczeniu patrzy na płonący budynek. Kiedy z domu obok wybiega jakaś kobieta z wiadrem, miejsce pod zagajnikiem jest już puste. Szumi wiatr, strzelają płomienie, sąsiadka upuszcza puste wiadro, łapie się za głowę i robi to samo, co przed chwilą postać ukryta pośród drzew. Wpatruje się w milczeniu w płonącą altanę, jej twarz wykrzywiona jest szokiem, przez usta nie może przejść już żadne słowo. Pojawiają się kolejni ludzie. Jedni stoją w bezruchu, świadomi, że już nic nie da się zrobić, inni, ci, którzy tej świadomości nie mają, biegają bez sensu wzdłuż zaniedbanego ogrodzenia.
Kiedy od strony Świnoujścia rozlega się odległy jeszcze jęk syren wozów strażackich, stojąca przy zagajniku postać znika na dobre, niezauważona przez nikogo. Żywioł nieubłaganie trawi dom z sykiem i trzaskiem, ludzie patrzą na ten wstrząsający spektakl, słuchają bezładnej kakofonii. Jedni biadolą, inni milczą, podmuchy gorąca uderzają w twarze.
To koniec. Koniec, ale i początek, bo jednym ogień zabiera życie, a innym je zmienia. I to bezpowrotnie.
Kilka dni wcześniej
Aspirant Gośka Podrzycka siedziała w cywilnym radiowozie na miejscu pasażera, patrzyła na profil prowadzącego auto Szenfelda i myślała sobie, że facet jest cholernie przystojny. Nie w ten prosty sposób, kiedy piękno jest puste i nie niesie nic poza sobą. Szenfeld był interesująco przystojny, Podrzycka miała świadomość, że to ten typ faceta, na którego zwracają uwagę wszystkie kobiety, bez wyjątku. A od kiedy Szenfeld był jej facetem, ta świadomość miała nieco inny wymiar i perspektywę.
Tym gapieniem się na niego usiłowała zająć myśli i odgonić tę, która wciskała się natrętnie przed wszystkie inne, powodując, że serce biło jej nieco szybciej. Jechali do zwłok, ale to nie tym przejmowała się teraz najbardziej. Chodziło o to, kto te zwłoki odnalazł.
Sporą część terenu zamykającą się między ulicami Żeromskiego, Bałtycką i Wojska Polskiego zajmował lasek porośnięty sosnami. To tam właśnie, niedaleko skrzyżowania w okolicach leśnego parkingu leżało ciało starszego mężczyzny. Na sto dwanaście zadzwoniła jakaś kobieta uprawiająca jogging, którą zaalarmował czyjś krzyk. Na miejsce pojechał patrol i tam okazało się, że obecność Podrzyckiej jest bardzo wskazana nie tylko ze względu na jej aktualny przydział służbowy w wydziale kryminalnym świnoujskiej komendy miejskiej. Powód był inny i to właśnie on budził w niej ogromną obawę.
Gdy zajechali z Szenfeldem na miejsce, Podrzycka zobaczyła zaparkowany na skraju leśnego duktu radiowóz. Za nim stało dwóch policjantów i ubrana w różowy, obcisły strój do biegania dziewczyna. Z założonymi ramionami patrzyła w stronę ściany drzew, gdzie znajdowała się jeszcze jedna, skulona postać.
Szenfeld zatrzymał auto, a Podrzycka, nie czekając, aż Paweł wyłączy silnik, wyskoczyła z samochodu. Nie dbała nawet o zamknięcie drzwi, tylko pobiegła od razu w stronę mężczyzny.
– Nie pozwolił się nawet dotknąć ani nie chciał rozmawiać – usłyszała głos kobiety.
– Wiem – odparła niemal bez tchu, zrobiła jeszcze parę kroków i zatrzymała się, oddychając szybko.
Krzysiek siedział na pniu zwalonego drzewa z głową ukrytą w przedramionach i kiwał się w przód i tył. Podrzycka poczuła ciężar w żołądku, jakby ktoś wcisnął do niego kulę do kręgli, osiemnastkę. Jej brat zachowywał się tak w chwilach największej paniki, kiedy strach wyłączał cały, niewielki zasób racjonalności, jaki Krzysiek posiadał od czasu wypadku. Zatrzymanie krążenia i niedotlenienie spowodowały nieodwracalne zmiany w mózgu i czterdziestoletni mężczyzna funkcjonował jak małe dziecko. Ciałem dorosłego władał umysł, który nigdy nie dojrzał, a jego rolę pełniła Podrzycka. Ale czasem nie było jej przy Krzyśku, tak jak w chwili, gdy jak zwykle wyszedł na swój spacer i znalazł coś, czego nigdy nie powinien znaleźć ani on, ani nikt inny.
Podrzycka zerknęła ponad jego głową i zobaczyła ciało. Mężczyzna leżał nieruchomo nieopodal w zaroślach sztywno jak kłoda, z ramionami wyciągniętymi wzdłuż tułowia i twarzą wciśniętą w mech. Białe niczym mleko włosy sterczały w nieładzie, szary płaszcz okrywał go starannie na podobieństwo całunu, co Podrzycką nieco zdziwiło. Wyglądało to, jakby ktoś poprawił materiał już po tym, jak mężczyzna upadł. Przyczyny śmierci nie dało się jeszcze określić, choć sam jej fakt wydawał się bezsporny, zważywszy na głębokość, na jaką twarz mężczyzny wciskała się w runo. Dywagacje na ten temat były więc przedwczesne, choć bardziej prawdopodobną wydawała się naturalna, jednak ten prochowiec opinający ciało i niepodwinięty nawet skrajem dawał Podrzyckiej do myślenia. Ale teraz miała co innego na głowie.
Podeszła ostrożnie do Krzyśka. Jej brat siedział odwrócony plecami do zwłok, skulony i wciąż kiwał się, jęcząc cichutko.
– Krzysiek… – Położyła mu dłoń na ramieniu i ścisnęła lekko. – Krzysiek, to ja.
Kiedy usłyszał jej cichy głos, podniósł głowę i spojrzał na nią. W jego szeroko otwartych oczach Podrzycka zobaczyła łzy i strach. Wstał i rzucił się w ramiona siostry. Przytuliła go mocno, a on wcisnął twarz w jej obojczyk. Jego włosy miały zapach słonego wiatru.
– Ćśśś – wyszeptała mu do ucha i pogłaskała go po głowie; pozwalał tak robić wyłącznie jej. – Już wszystko dobrze… Przestraszyłeś się, tak?
Poczuła, jak jego głowa rusza się w jej dłoniach, a pięści wciskają się w plecy pod łopatkami.
– Ten pan śpi, jest po prostu chory i zemdlał, tak jak mama kilka lat temu, pamiętasz? – zapytała spokojnym głosem.
Nie wiedziała, czy pamięta, ale i tak cieszyła się, że denat był czysty. Czasem musiała Krzyśkowi robić wyniki z krwi i jej widok wzbudzał w nim szał, po którym jeszcze przez kilka dni chodził jak nakręcony, kipiąc agresją.
Podrzycka obejrzała się, kiedy usłyszała dźwięk silnika samochodu. Od strony Świnoujścia nadjeżdżał właśnie ambulans. Sygnał dźwiękowy był wyłączony, błyskały tylko koguty.
– O, zobacz, przyjechał pan doktor, zaraz tego pana obudzi i zawiezie go do domu. Poczekasz w moim samochodzie? Albo jak chcesz, to pan ratownik pokaże ci wnętrze ambulansu, co ty na to?
Krzysiek, zaciekawiony, wysunął głowę z kryjówki w zgięciu jej szyi i spojrzał na karetkę. Chwilę później ratownik, który nie był w zasadzie potrzebny, prowadził go podskakującego z ekscytacji w stronę ambulansu. Lekarz przywitał się z Podrzycką i Szenfeldem, a potem zaczął zakładać lateksowe rękawiczki. Gośka kojarzyła go z jakichś czynności wymagających udziału karetki.
– Co my tu mamy? – zapytał, naciągając skraj jednej z rękawiczek wyżej na nadgarstek.
Zamiast odpowiedzieć, Szenfeld wskazał tylko zwłoki; niczego więcej nie trzeba było chyba dodawać. Lekarz ostrożnie podszedł do ciała, kucnął obok i zaczął mu się uważnie przyglądać. Po chwili wsunął palce między ramię a głowę i przytknął je do boku szyi. Trwał tak w bezruchu i ciszy kilkanaście sekund, a potem spojrzał na nich i sięgnął do głowy mężczyzny, próbując delikatnie nią poruszyć. Potem dotknął jeszcze tułowia i ramion, po czym wstał z kucek i odruchowo otrzepał kolana.
– Martwy, od jakichś dwóch godzin, zaczyna się rigor mortis – stwierdził. – Jestem co prawda anestezjologiem, ale wygląda na to, że ma skręcony kark. Oprócz tego rana cięta na lewej dłoni.
– Od noża? – zapytał Szenfeld.
– Możliwe, jest dość głęboka, cięcie jest czyste, musiała zostać zadana tuż przed śmiercią.
– Obrażenia obronne?
Lekarz spojrzał na Szenfelda znacząco.
– Nie jestem specjalistą medycyny sądowej, tylko anestezjologii, panie inspektorze.
– Nie jestem inspektorem, tylko komisarzem – odparł odruchowo Szenfeld, wpatrując się w ciało.
– Życzę panu, żeby to się jak najszybciej zmieniło – powiedział z rozbawieniem lekarz.
– Wątpię, ale dziękuję. – Szenfeld wyszczerzył zęby. – No dobrze, panie doktorze, dziękuję za współpracę, nie będziemy pana dłużej trzymać. Tylko proszę oczywiście o kartę informacyjną.
– Naturalnie.
Szenfeld westchnął i wyjął telefon, żeby ściągnąć na miejsce techników i prokuratora. Gdy odszedł na bok, żeby porozmawiać, z kim trzeba w spokoju, Podrzycka poszła do karetki. Ratownik, młody i sympatyczny z wyglądu chłopak, właśnie ściągał Krzyśkowi z palca pulsoksymetr.
– Będzie musiała pani taki kupić bratu, chyba mu się podoba – obwieścił z szerokim uśmiechem i Podrzycka uznała, że ratownik musi być sympatyczny nie tylko z wyglądu, ale i z natury.
Krzysiek rzadko kiedy pozwalał komukolwiek się dotknąć, a nawet zbliżyć do siebie.
Podziękowała ratownikowi, wzięła brata za rękę i wróciła z nim do Szenfelda, który chwilę temu skończył rozmowę przez telefon.
– Wszyscy święci już jadą – poinformował krótko Podrzycką.
Pokiwała z zamyśleniem głową i zerknęła na Krzyśka. Wpatrzony w ambulans powolnymi ruchami mierzwił sobie machinalnie włosy. Druga ręka kurczowo ściskała palce siostry.
– Wezmę auto i odwiozę go do domu – zdecydowała Podrzycka. – Zostanie z sąsiadką, a ja wrócę za góra kwadrans.
Szenfeld lekko zmarkotniał.
– Będziemy musieli go jakoś przesłuchać… – bąknął, zerkając na Krzyśka.
Krzysiek polubił Pawła, choć Szenfeld wciąż nie potrafił się wyzbyć lekkiej sztywności, wynikającej z braku kontaktu z osobami intelektualnie upośledzonymi. Wspólne wypady na pizzę czy lody sprawiły jednak, że obaj czuli się już dużo pewniej, przebywając ze sobą, nawet kiedy Podrzyckiej nie było przez jakiś czas w pobliżu.
Podrzycka spojrzała na Szenfelda ze zdumieniem.
– Jaja sobie robisz? – zapytała zduszonym z emocji głosem. – Przecież wiesz, że on praktycznie nie mówi?
– Wiem. – Szenfeld wzruszył ramionami. – Ale coś musimy zrobić. Skoro odkrył zwłoki, to przecież jest obligo. I nie możesz go stąd zabrać, bo będziesz miała zarzuty. Możesz go co najwyżej zawieźć do szpitala.
– Pojebało cię?
– Mówię, jaka jest procedura. Jako bliska osoba nie możesz z nim zostać sam na sam. Ale jest jeszcze jedna opcja: zawieziesz go do domu w asyście policjanta. I pojedziesz po niego też z nim.
– Ty możesz jechać ze mną.
– Jestem formalnie na czynnościach, Gerita. – Szenfeld popatrzył na nią poważnie. – Zaraz sprowadzę kogoś z prewencji i was zawiozą. Wrócisz z nimi.
– Pieprzyć. – Podrzycka wcisnęła rękę w kieszeń spodni. – Zostajemy. I to ja z nim porozmawiam. Prokurator nic z niego nie wyciśnie. Psycholog też nie.
– Jeśli się dogadasz z Kierwiczem, to proszę bardzo. To on zaraz przyjedzie, ma dziś dyżur.
– Dogadam się. Zaprowadzę Krzyśka do naszego auta, daj mi kluczyki. – Wyciągnęła z kieszeni dłoń.
Szenfeld wcisnął je w nią, przy okazji muskając opuszkami jej palce. Podrzycka uśmiechnęła się lekko i podrzuciła kluczyki.
– Zaraz wracam, amancie.
– Czekam, piękna. Pogadam jeszcze z tą biegaczką. – Wskazał kobietę stojącą jakieś pięćdziesiąt metrów od nich.
Wyglądała na zniecierpliwioną.
Podrzycka zostawiła Krzyśka w aucie ze swoim telefonem i bajkami. Po chwili na miejscu była już ekipa dochodzeniowo-śledcza i prokurator ze świnoujskiej rejonówki, o którym wspomniał Szenfeld. Adam Kierwicz był raczej niskim, szczupłym mężczyzną z burzą jasnych, niesfornych włosów powiewających na lekkim wietrzyku. Wyglądał bardzo młodo. Okulary w stalowych, modnych oprawkach miały mu chyba w zamierzeniu dodawać lat i powagi, ale wyglądało na to, że zamiar spełnił się tylko w tej drugiej kwestii.
Podrzycka przywitała się z nim uściśnięciem dłoni.
– Przykro mi, pani aspirant. – Kierwicz wiedział już chyba o Krzyśku. – Niefajna sytuacja.
Podrzycka krótko wyjaśniła mu resztę, czyli stan brata i wynikające z niego trudności. Kierwicz wysłuchał jej spokojnie, potem podparł się pod boki i zaczął przypatrywać się czubkom swoich butów, do których przylepił się mokry piasek.
– Państwo zakładacie, że brat pani aspirant znalazł zwłoki, ale oczywiście jesteście świadomi, że przebieg zdarzeń mógł być inny, a jego obecność w miejscu ich ujawnienia może mieć bezpośredni związek z zabójstwem…
– Dlaczego zakłada pan, że to zabójstwo? – zapytała głucho Podrzycka.
Kierwicz popatrzył na nią niezdecydowanie, jakby zastanawiał się, czy jest mało inteligentna, czy niezbyt doświadczona.
– Przecież po skręceniu karku nie umościł się sam we mchu w takiej pozycji, prawda? – Wzruszył lekceważąco ramionami. – Na pierwszy rzut oka widać, że ktoś go tak ułożył.
– Zgadzam się, ale to jeszcze nie oznacza, że ten ktoś go przedtem zabił z premedytacją. – Podrzycka chciała wykonać dokładnie taki sam ruch, ale stwierdziła, że to niepotrzebne. – Bo to mógł być wypadek: potrącenie albo nawet upadek z wysokości. Nie zna pan jeszcze szczegółów dotyczących mechanizmu powstania obrażeń.
– Przy potrąceniu miałby widoczne rany głowy. Przy upadku z wysokości również.
– Nie dodał pan: na pewno.
– Bo nie można tego stwierdzić z całą pewnością.
– Otóż to. – Jej uśmiech przypominał bardziej grymas, a wzrok był twardy jak granit. – I dlatego zanim wyciągnie pan najbardziej oczywiste wnioski, również te dotyczące mojego brata, proponuję rozważyć inne opcje, niemniej prawdopodobne.
Kierwicz wyraźnie zastanawiał się, jak zareagować. Podrzycka też się zastanawiała, ale nad tym, czy nie przesadziła. Z drugiej strony nie będzie sobie dawać dmuchać w kaszę.
– A ja proponuję, żeby nie łapała mnie pani za słówka, pani aspirant – powiedział prokurator spokojnym tonem, bez cienia zdenerwowania. – Fakt, na kwalifikację czynu jeszcze za wcześnie, ale jednak uwzględniłem dość wysokie prawdopodobieństwo, a pani dopuściła do głosu emocje wynikające z osobistego stosunku do sprawy. Można powiedzieć, że mamy remis.
Podrzycka już nabierała powietrza w płuca, ale przysłuchujący się dotąd w milczeniu ich werbalnej wymianie ciosów Szenfeld ubiegł ją.
– Rozmawiałem już z drugą osobą obecną tu po naszym przybyciu. – Wskazał na kobietę, która stała odwrócona do nich plecami kilkanaście metrów dalej z telefonem przy uchu. – Biegnąc tu, widziała brata aspirant Podrzyckiej jakieś sto metrów przed sobą. Szedł w tę stronę. Dotarła do niego tuż po tym, jak natknął się na ciało, dlatego jak sądzę, zakładaną przez pana wersję możemy spokojnie wykluczyć.
Kierwicz na chwilę ściągnął wargi w klasyczny ciup.
– Spisana? – zapytał.
– Tak.
Zdaniem Podrzyckiej Szenfeld zachował się profesjonalnie i nie miała na myśli faktu spisania personaliów świadka, bo to była oczywistość, tylko rzeczową odpowiedź, jakiej udzielił prokuratorowi spokojnym i opanowanym tonem.
Ona na miejscu Pawła chyba by prychnęła albo poczęstowała Kierwicza spojrzeniem, które zabija. Wyglądało na to, że aspirant Małgorzata Podrzycka musi jeszcze sporo się w tej robocie nauczyć. Przede wszystkim opanowania. Wymiana zdań sprzed chwili pokazała to dobitnie.
– Dobrze, ogarniemy to wszystko później, chyba już się zabierają za samo ciało – stwierdził Kierwicz. – Muszę zlecić przewóz zwłok do prosektorium.
Podeszli bliżej miejsca, gdzie leżał martwy mężczyzna. Ubrani w białe kombinezony technicy zaczęli go ostrożnie odwracać. Płaszcz nasiąknął wilgocią, był dużo ciemniejszy niż na plecach. Z przodu również nie zauważyli żadnych ran, a twarz denata, choć stężała, tchnęła spokojem, jakby śmierć przyszła niezauważona.
– Cholera… – mruknął nagle Szenfeld, drapiąc się w brodę.
– Co? – zapytała Podrzycka.
– Mam wrażenie, że gdzieś już go widziałem.
– Może po prostu jest stąd?
– Może… – Wzruszył ramionami. – To całkiem możliwe, pewnie mijałem go czasem na mieście, kto wie?
Jeden z techników ostrożnie rozpiął płaszcz i rozchylił jego poły. Pod spodem zobaczyli brązową, dwurzędową marynarkę zapiętą na wszystkie guziki, wyżej bielała koszula. Nie było szalika ani czegokolwiek innego, co chroniłoby szyję przed październikowym chłodem.
– Portfel, dokumenty, cokolwiek? – zapytał Kierwicz, skubiąc czubek nosa, który zdążył już poczerwienieć.
Jeden z techników pokręcił przecząco głową.
– No to mamy „enena” – mruknął z niezadowoleniem prokurator, a głośniej powiedział: – W takim razie odbitki palców poproszę. – Po chwili dodał, już bardziej do siebie: – Oby to nam coś dało. Buty czyste, a przecież gdyby tu przyszedł, musiałby mieć je przynajmniej lekko ubłocone. Ręce też czyste, z wyjątkiem tej rany…
Wszyscy obserwowali w milczeniu techników. Nagle Kierwicz odszedł gdzieś na bok, zapewne załatwić karawan, i Podrzycka z Szenfeldem zostali sami, wciąż wpatrzeni w kolegów pracujących spokojnie i powoli, za to dokładnie. Praktycznie nie komunikowali się ze sobą, doskonale wiedząc, co, jak i kiedy mają robić. Jeden pobierał właśnie do fiolki wyskrobiny spod paznokci lewej ręki denata, drugi zdejmował odbitki palców z prawej.
Podrzycka zadrżała nagle. Nie było bardzo zimno, październik przypominał raczej wrzesień, ale jednak trochę zmarzła na jesiennym wietrze. Szenfeld to zauważył.
– Może wracaj do niego, ja zostanę? – zaproponował.
Pokręciła zdecydowanie głową.
– Spokojnie, jest już dobrze – powiedziała. – Łatwo odwrócić jego uwagę.
– Okej, jak chcesz. – Szenfeld przysunął się i chciał chyba ją objąć i rozgrzać masażem ramienia, ale ona zrobiła kroczek w bok i mruknęła ostrzegawczo.
Nie lubiła manifestowania uczuć w pracy. Choć facetom i tak zdarzało się to rzadko, nawet poza pracą, nie uważała tego za stosowne. Na prywatne sprawy miejsce było w domu i we dwoje, a dla niej nawet takie muśnięcie stanowiło intymny gest.
Szenfeld zdążył się już do tego przyzwyczaić i, jak Podrzycka sądziła, nawet zaakceptować jej podejście. Udał, że nic się nie stało, więc objęła się szczelniej własnymi ramionami i dalej przypatrywała pracy techników.
To był jej pierwszy trup w karierze, a właściwie w kolejnym etapie kariery, który niedawno zaczęła. Nie chciała się wykazać, nie o to chodziło. Każde nowe doświadczenie traktowała z powagą, te kilka kursów kryminalistycznych, które zaliczyła w pracy, zawsze kończyła z najlepszymi wynikami, a teraz miała okazję zobaczyć to wszystko w praktyce, i tyle. A gdyby miała choć cień obawy, że Krzysiek będzie w jakikolwiek sposób cierpiał z powodu tego, co dziś zobaczył, rzuciłaby to w cholerę i zawiozła go do domu, nie pytając nikogo o pozwolenie. Wiedziała, że jej brat zapomni o tym dość szybko, może nawet już jutro. Innym wydawać się to mogło niezrozumiałe, zważywszy na jego emocjonalną reakcję, ale tak to już z ludźmi jest: na wszystko patrzą ze swojej perspektywy, a jeśli czegoś nie rozumieją, uznają to za dziwne. Tak jest przecież najprościej. Inna sprawa, że pewnych rzeczy zrozumieć się po prostu nie da. I Krzysiek był tego przykładem.
Zanim ciało zniknęło w worku na zwłoki, Podrzycka zrobiła zdjęcie twarzy denata swoim telefonem. Tak robili jej koledzy ze Szczecina, choć nie zawsze potrafili wyjaśnić dlaczego. Czy to był jakiś zwyczaj, dziwna pamiątka, forma notatki z zapisanymi razem z obrazem czasem i miejscem? Dopiero później jeden z nich wyznał jej, że podczas śledztwa chce sobie przypomnieć to wszystko, co mózg rejestruje nieświadomie na miejscu zbrodni. Ogląda wtedy zdjęcie zrobione na gorąco, jeszcze zanim teren zostanie upstrzony taśmami, znacznikami kryminalistycznymi, skalówkami oraz numerkami.
– Każdy szczegół ma znaczenie, Gośka – powiedział wtedy. – Nawet ten, którego istnienia nie jesteś wtedy świadoma. Nagle wyskakuje w najmniej spodziewanym momencie, wypuszczony z tego klastra pamięci, do którego nie miałaś wcześniej dostępu. Uwalnia go właśnie ta fota. To oczywiście nie zdarza się zawsze, niektórym nawet wcale. Mam w dupie, co ktoś sobie myśli, bo śledztwo to nie jest tylko logiczna zagadka i skrupulatne łączenie kropek. A ludzki mózg to nie komputer. Jest w tym wszystkim coś pomiędzy techniką, zasadami i schematami postępowania. Coś niedefiniowalnego, a jeśli chcę w to wierzyć tylko ja, to moja sprawa. To jak z leczeniem raka: idziesz do onkologa, ale imasz się wszystkiego, nawet soku z buraka, bo chodzi o twoje życie. Tylko tam sposoby alternatywne mogą zaszkodzić, zwłaszcza jeśli się wykluczają z tymi naukowymi, a jednak to je wybierasz. A ta fota w śledztwie niczemu nie przeszkadza, rozumiesz?
Nie rozumiała do końca, ale wzięła tę radę do siebie, zwłaszcza że Rędzia był jednym ze skuteczniejszych w tej robocie. A ona przecież dopiero zaczynała.
Schowała telefon, a w jej uszy wbił się wizg zapinanego zamka błyskawicznego, który przerwał ciszę niczym wystrzał. Nie był głośny, chodziło bardziej o zaskoczenie i dreszcz, który ją w tej samej chwili przeszedł.
– Wracamy? – Szenfeld podszedł do niej.
Oderwała wzrok od worka z ciałem i spojrzała na niego.
– Pogadajmy jeszcze z prorokiem i ustalmy, jak zrobimy z Krzyśkiem.
– Okej – zgodził się.
Podeszli oboje do Kierwicza, który scrollował telefon z jedną nogą opartą o pniak, na którym wcześniej siedział Krzysiek.
– Możemy porozmawiać? – zapytała Podrzycka.
Zachmurzona twarz prokuratora rozpogodziła się jak na zawołanie.
– Jasne. – Schował telefon do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
– Zapewne będzie pan chciał porozmawiać z moim bratem… – zaczęła ostrożnie Podrzycka.
– Nnno, wypadałoby.
– Rozumiem – chrząknęła. – Ale mam prośbę. Ze względu na jego stan wolałabym, żeby ta rozmowa odbyła się przy mnie i w bardziej przyjaznych dla niego okolicznościach. Mam na myśli, że nie w prokuraturze. Czasami bywa u mnie w pracy i przyzwyczaił się już do tego miejsca.
– Nie ma problemu, spotkajmy się w takim razie u was – zaproponował Kierwicz. – Skoro bywa w komendzie, to pewnie będzie mu łatwiej się otworzyć.
– Dokładnie o to chodzi. – Podrzycka uśmiechnęła się, nawet szczerze, co rzadko się jej zdarzało w kontakcie z obcymi ludźmi. – Ale mam jeszcze jedną, małą prośbę.
– Taaak? – Kierwicz uniósł brwi i Podrzyckiej wydało się, że na jego twarzy wykwitło rozbawienie.
– Chodzi o to, żeby to nie pan z nim rozmawiał, tylko ja. Wiem, jak to brzmi, ale on panu nic nie powie, choćby nie wiem, jak bardzo się pan starał. Po prostu taki jest.
– Myślę, że jest to możliwe. – Głos Kierwicza brzmiał nieco zachowawczo i Podrzycka uznała, że kolejna propozycja może już go rozsierdzić.
Doszła jednak do wniosku, że jeśli facet chce rzeczywiście osiągnąć w tej sprawie jakiś efekt, to środki do tego są mniej istotne, nawet jeśli w grę mogą wchodzić kwestie ambicjonalne.
– Kiedy będę z nim rozmawiać, proszę nic nie mówić, nie wtrącać się, ani nawet się nie ruszać – powiedziała. – Chodzi o to, żeby nie odwracać niczym jego uwagi. Jeśli będzie pan chciał o coś dopytać, proszę napisać mi wiadomość na telefon. Może tak być?
Kierwicz zrobił minę, jakby zastanawiał się, czy się roześmiać, czy wkurzyć. W końcu potarł nos i skrzywił się lekko.
– No dobrze, jeśli to jedyna możliwość, to spróbujmy. Tylko proponuję załatwić to jak najszybciej.
– Oczywiście, jedziemy od razu na Krzywoustego.
Nagle obok nich pojawiła się biegaczka. Jej różowy softshell odcinał się od neutralnego tła otoczenia i aż raził w oczy.
– Przepraszam, czy długo jeszcze? – zapytała lekko napastliwym tonem.
Kierwicz zamrugał gwałtownie, jakby właśnie uświadomił sobie, że kobieta wciąż tu jest. W zasadzie zapomnieli o niej chyba wszyscy.
– Eee, tak, mmm… Proszę panią o poczekanie z boku, za chwilę porozmawiamy, króciutko. I uprzedzając pytania, na pewno spotkamy się jeszcze w prokuraturze, w terminie późniejszym. Zaraz do pani podejdę.
Kobieta westchnęła nieco teatralnie.
– Przecież już rozmawiał ze mną ten pan. – Wskazała oczami Szenfelda.
– Ten pan jest policjantem, a ja jestem prokuratorem. – Kierwicz uśmiechnął się samymi ustami, oczy pozostały poważne.
– Czy mogę zadzwonić po męża? – burknęła.
– Tak, oczywiście.
Kiedy kobieta odeszła na bok, Podrzycka poszła do ich auta. Krzysiek bawił się właśnie motocyklem z klocków Lego, który zabrał ze sobą na spacer. Szenfeld miał pojechać do komendy samochodem Kierwicza, a prokurator z nią i Krzyśkiem ich autem.
Wyjeżdżając z leśnego duktu, Podrzycka przepuściła czerwonego Citroëna; za jego kierownicą siedział jakiś otyły mężczyzna. W lusterku zobaczyła, jak w jego stronę biegnie kobieta, która zawiadomiła policję. Wyglądało na to, że mąż uprzedził jej telefon. Podrzycka przypomniała sobie, że przecież rozmawiała już z kimś wcześniej, i zastanowiło ją, kto to mógł być. Kiedy Citroën przejechał, wrzuciła bieg i ruszyła dalej, a w połowie ulicy Żeromskiego minęła się z szarym vanem z logo przedsiębiorstwa pogrzebowego.
Dojechali pod komendę i Podrzycka w towarzystwie Kierwicza zaprowadziła brata na górę. Kiedy weszli do jej pokoju, w którym czekał już Szenfeld, Krzysiek pokazał wszystkim swój motor.
– O, jaka fajna maszyna, zawsze chciałem taką mieć! – Prokurator mile zaskoczył Podrzycką. – Pokażesz mi?
Krzysiek zazdrośnie przytulił zabawkę do piersi i się odwrócił.
– Dobra, może później. – Kierwicz nie wyglądał na urażonego, przez co zdobył u Podrzyckiej jeszcze jeden punkt.
– To co, zaczynamy? – Rozejrzała się po zebranych.
– Proszę. – Prokurator wskazał jedno z krzeseł i odszedł pod ścianę, opierając się o nią plecami.
Szenfeld siedział za swoim biurkiem pod oknem i się nie odzywał. Podrzycka ustawiła na środku pomieszczenia dwa krzesła naprzeciwko siebie, posadziła Krzyśka na jednym, sama zajęła drugie i pochyliła się w stronę brata.
– Słuchaj, musimy pogadać jeszcze o tym, co się stało na twoim spacerze. Wiesz, że jestem policjantką i ścigam złodziei, prawda? I akurat tak się składa, że zanim ten pan, którego znalazłeś, zasnął sobie w lesie, został okradziony…
Krzysiek wyprostował się nagle, a jego oczy się rozszerzyły.
– Mmm! – zawołał z oburzeniem.
– Spokojnie, chłopaku, nikt cię nie podejrzewa. – Podrzycka poklepała go uspokajająco po dłoni. – Jesteś świadkiem, a świadek to bardzo ważna osoba, która mówi policjantom, co widziała, żeby szybciej złapali złodzieja, rozumiesz? No właśnie. Więc po prostu chcieliśmy cię zapytać, czy może widziałeś tam kogoś, zanim znalazłeś tego śpiącego pana.
Krzysiek po chwili namysłu powoli pokiwał głową, unikając wzroku siostry. Podrzycka wiedziała, że teraz musi być wyjątkowo ostrożna. Nie mogła pokazać po sobie napięcia ani jakichkolwiek silnych emocji. Krzysiek wyczuwał je u ludzi i nie miało znaczenia, czy są dobre, czy złe, bo w obu przypadkach zamykał się w sobie jeszcze bardziej; za wstydu w tym pierwszym przypadku albo ze strachu, w drugim. Podrzycka uśmiechnęła się, zerkając w bok. Miała nadzieję, że Kierwicz wytrzyma, tak jak obiecał, i nie wtrąci się, psując wszystko.
– No to super – powiedziała do Krzyśka. – To może pobawimy się w zgadywankę, chcesz?
Zobaczyła błysk zainteresowania w jego oczach.
– Ja będę zadawać pytania, a ty będziesz kiwał głową na „tak”, a kręcił na „nie”, co ty na to?
Krzysiek ścisnął sobie dłonie, schował je między kolanami i zaczął się kręcić na krześle. Jego usta rozciągnęły się w półuśmiechu, a potem zachichotał.
– No to zaczynamy… – Podrzycka zrobiła zamyśloną minę i zaczęła głaskać się po podbródku. – Był wysoki?
Krzysiek pokręcił energicznie głową.
– Czyli niski… Był ubrany w coś ciemnego? – Znów zaprzeczenie. – Czyli jasnego. Miał pewnie kurtkę, bo jest dość chłodno… Tak, kurtkę? Świetnie. To teraz kolor… Czerwony? Nie… Szary? Niebieski?
Gdy dotarła do żółtego, wreszcie pokiwał głową na „tak”.
– A czapka? Miał czapkę? Nie miał… To nawet lepiej, bo teraz będziemy zgadywać kolor włosów. Czarne? Nie? Blond?
Nagle Krzysiek wstał, podszedł do niej i chwycił ją za kitkę, wydając z siebie krótkie stęknięcie. Tak zwykle artykułował zniecierpliwienie.
– Miał długie włosy, jak ja?
Zmarszczył brwi, dolna warga wysunęła się w wyrazie namysłu. Nagle nieśmiało wyciągnął rękę i dotknął piersi Podrzyckiej, a ona w tej samej chwili wyzwała się w myślach od idiotek.
– Kobieta? – zapytała z zaskoczeniem. – To była kobieta?
Krzysiek się rozpromienił. Nagle rozległo się głośne westchnięcie Kierwicza.
– To bez sensu – powiedział ze zniechęceniem w głosie. – Przecież ma na myśli tę biegaczkę, która do niego podeszła…
Podrzycka zacisnęła zęby i odwróciła głowę w jego stronę. Po punktach sprzed chwili nie było już śladu.
– Przecież prosiłam, prawda? – mruknęła, w ostatniej chwili opanowując się przed syknięciem.
– Ja rozumiem, ale mam mnóstwo roboty, a tu już chyba wszystko jest jasne?
– Tamta miała różowy softshell i czapkę, zgadza się? – zauważyła cierpko.
Kierwicz przewrócił oczami i zamknął się, ale było już za późno. Krzysiek siedział naburmuszony, unikając wzroku nawet Podrzyckiej. Perswazja niczego by nie dała i Gośka wiedziała, że rozmowa jest skończona, przynajmniej na razie. I nie była w stanie przewidzieć, kiedy będzie mogła do niej wrócić, jeśli w ogóle. Prokurator czuł się chyba winny, bo zagryzł wargę i lekko poczerwieniał.
– Dobrze, może spróbujemy z rysownikiem? – zaproponował nagle.
Podrzycka już miała powiedzieć mu dosadnie, co o tym sądzi, ale po krótkim namyśle stwierdziła, że to może być jednak dobry pomysł.
– Musiałby przyjechać na cito – powiedziała do Kierwicza. – Trzeba to załatwić jak najszybciej, rozumie pan? – Spojrzała na niego znacząco z nadzieją, że nie będzie wnikał, a przynajmniej nie teraz, przy Krzyśku.
Zrozumiał.
– Da pani radę załatwić? – zapytał tylko z lekkim ożywieniem w głosie.
Podrzycka zerknęła na Szenfelda. Ten puścił do niej oko i wyszedł z pokoju, a ona pochyliła się w stronę brata.
– Posłuchaj, może się uda i pobawimy się w coś fajnego. Przyjedzie do nas jeden pan, który ma taki tablet, podobny do tego, który masz w domu. Ale ten jego jest trochę inny. Będziecie na nim razem układać twarz tej pani, którą widziałeś. Chciałbyś?
Krzysiek namyślał się przez chwilę. Zniechęcenie walczyło w nim z entuzjazmem, Gośka to wiedziała. Zwykle tak to załatwiała, jak z dzieckiem; odwrócenie uwagi i atrakcyjny bodziec były najlepszym remedium na obrażanie się. A teraz wszystko zależało od tego, jak Szenfeld dogada się z komendą wojewódzką.
Kiedy Paweł wrócił, zorientowała się po jego minie, że jest szansa.
– Wysyłają na bombach – powiedział wyraźnie ucieszony.
– Czyli mamy jakieś półtorej godziny? – zapytał Kierwicz, odruchowo zerkając na zegarek.
– Mniej więcej – potwierdził Szenfeld.
Podrzycka chwyciła Krzyśka za rękę i popatrzyła mu w oczy.
– Zamówię pizzę, chcesz? I dam ci telefon, pooglądasz bajki, dopóki nie przyjedzie pan z tabletem, okej? I będziemy się bawić.
– Taaa! – Krzysiek klasnął w dłonie.
Odetchnęła z ulgą, Kierwicz i Szenfeld chyba też. Prokurator oznajmił, że wobec tego wróci tu za półtorej godziny. Podrzycka zamówiła przez aplikację pizzę z dostawą, potem posadziła Krzyśka za swoim biurkiem, dając mu telefon z odpalonymi na YouTubie „Pięciominutowymi sztuczkami”, które uwielbiał oglądać. To miało zapewnić im spokój na najbliższy czas.
Szenfeld zabrał się za jakąś papierologię, niedługo potem Podrzycka poszła odebrać pizzę od dostawcy. Gdy wracała z nią na górę, zaczepił ją wracający skądś do siebie Boruń, a jej przeszło przez myśl, że wygląda, jakby specjalnie na nią czatował, udając tylko, że gdzieś idzie. Nie wiedziała, czemu tak pomyślała, ale w końcu stwierdziła, że to nieistotne.
– Pozwolisz do mnie na chwilę? – zapytał komisarz, co uznała jednak za potwierdzenie swoich podejrzeń.
– Jasne. – Uśmiechnęła się do niego. – Zaniosę tylko pizzę na górę i już idę.
Komisarz Jakub Boruń był jej pierwszym szefem po powrocie do Świnoujścia. Podlegała mu jako kierownikowi rewiru dzielnicowych, sama do niedawna pełniwszy funkcję szefowej posterunku na Warszowie, gdzie kierowała pracą jego załogi. Od trzech miesięcy służyła już w wydziale kryminalnym, razem z Pawłem Szenfeldem, z którym tworzyła od niedawna oficjalną parę.
Zaniosła pizzę Krzyśkowi, zabierając mu w zamian swój telefon, i wróciła na dół. Boruń czekał na nią na korytarzu przed swoim gabinetem. Puścił ją w drzwiach, zamknął je za sobą i wskazał krzesło stojące przed biurkiem.
– Siadaj, proszę.
Sam zajął swoje, po drugiej stronie. Podrzycka usiadła i czekała. Wyglądało na to, że Boruń się nie spieszy, choć równocześnie w ruchach jego ciała było jakieś ledwo dostrzegalne napięcie. Przez chwilę patrzył nieobecnym wzrokiem w blat, gładząc go machinalnie opuszkami palców. Podrzycka czekała cierpliwie.
– Chciałem cię zapytać o tego denata w lesie… – zaczął w końcu.
– Tak, naczelniku?
Nazywała go tak z przyzwyczajenia i od początku służby w Świnoujściu. Ze Szczecina przeniosła się tu ponad osiem miesięcy temu, a tam i struktura w komendzie, i nomenklatura były nieco inne.
– Wiecie, kto to?
Podrzycka pokręciła przecząco głową.
– Nie, nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Ale Paweł twierdzi, że skądś go zna, co może świadczyć, że był mieszkańcem Świ…
– Masz jego zdjęcie? – Boruń przerwał jej niespodziewanie.
To mu się nigdy nie zdarzało. Był grzeczny, opanowany i nie pozwalał sobie na wybuchy złości, przynajmniej nie przy załodze komendy, a Podrzycka takich ludzi bardzo szanowała. Zapewne złe emocje tłamsił po prostu w sobie, ale ona, ilekroć dochodziła do tego wniosku, uznawała, że to nie jej sprawa. Miała swoje problemy. Zresztą jak każdy.
– Tak, zrobiłam jedno. – Zmarszczyła brwi.
– Pokażesz mi?
Coś, jakaś dramatyczna nuta w głosie jej dawnego przełożonego sprawiła, że Podrzycka poczuła lekki niepokój.
Nie spuszczając wzroku z twarzy Borunia, sięgnęła po telefon. Gdy miała urządzenie już w dłoni, aktywowała je, weszła w album ze zdjęciami i wybrała to ostatnie, a potem podała komórkę komisarzowi. Nie wyciągnął po nią ręki, jakby bał się jej dotknąć. Podrzycka podniosła ją więc wyżej i podstawiła Boruniowi niemal pod sam nos. Opuścił wzrok i wbił go w wyświetlacz, a potem nagle zbladł.
– Naczelniku? – Telefon lekko opadł.
Boruń spojrzał na Podrzycką martwym wzrokiem. Nie widziała nigdy wcześniej, żeby na kogoś tak patrzył.
– Naczelniku, w porządku? – Jej niepokój przerodził się w coś bliskiego autentycznemu strachowi.
– Nie bardzo, Gerita… – Grdyka Borunia poruszyła się nagle, kiedy z trudem spróbował przełknąć ślinę. – To… mój ojciec.
Obydwoje siedzieli przez dłuższą chwilę w milczeniu. Podrzycka miała ochotę zapalić. Teraz. Oczywiście nie mogła; ani tu, w gabinecie Borunia, ani w tej chwili. Przecież nie wyjdzie i go tak nie zostawi. Skubnęła odstającą skórkę przy kciuku, powstrzymując chęć jej odgryzienia.
– Jak pan to skojarzył? – zapytała, chowając telefon do kieszeni. – Bo pan wiedział prawie na pewno, że to był pana ojciec?
Boruń wlepił wzrok w blat biurka.
– To było przeczucie, ale pewne rzeczy świadczyły o tym, że to bardzo prawdopodobne.
– Jakie rzeczy? – Podrzycka zmarszczyła brwi.
Boruń schował twarz w dłoniach, westchnął ciężko i przetarł ją sobie, jakby zmywał z niej sen albo brud po całym dniu harówki.
– Ojciec miał alzheimera – powiedział, opuszczając ręce; palce zostawiły na policzkach i czole czerwonawe ślady. – Choroba była na dość wczesnym etapie, ale zaczęły się już zaniki pamięci i splątanie. Oraz ucieczki z domu. Wychodził czasem niespodziewanie i kręcił się po okolicy, ale zdarzało się, że ruszał gdzieś dalej, może powodowany chęcią odwiedzenia miejsc ze swojej młodości, którą pamiętał najlepiej. Wsiadał czasem do autobusu albo nawet pociągu. Ale był coraz mniej samodzielny, więc gubił się w połowie drogi i nie wiedział, jak trafić do domu.
– Mieszkał tutaj? To znaczy w Świnoujściu?
– Już nie. Od kilku lat, odkąd trochę zniedołężniał, a potem zaczęły się pierwsze objawy choroby, przebywał na stałe u mojej siostry, w Wałczu. Rano zadzwoniła do mnie, że tata znowu zniknął. Oczywiście zrobiliśmy, co trzeba, wszczęliśmy alarm, ale nie wpadłem na to, że mógłby przyjechać do Świnoujścia. A tym bardziej skutecznie, rozumiesz? Zwykle odnajdował się wcześniej, już w pociągu. Nigdy nie miał biletu i wpadał podczas kontroli, potem okazywało się, że nie pamięta, kim jest i gdzie mieszka, więc odstawiali go na najbliższy posterunek, gdzie dość szybko go identyfikowano, bo od razu po zniknięciu z domu dawałem o tym znać policyjnymi kanałami.
– On wrócił do domu…
– Nie jestem pewien, czy on był w ogóle świadomy, że tu kiedyś był jego dom. To strasznie dziwne i niezrozumiałe dla normalnie myślącego człowieka. W jednej chwili wyglądał, jakby wszystko doskonale pamiętał i kojarzył, w następnej mówił coś bez sensu, a czasem to wszystko się miksowało w coś pozornie logicznego, ale tylko dla kogoś, kto go nie znał. Ścieżki umysłu człowieka chorego na to gówno są pokręcone jak łańcuch na choince.
Podrzycka tylko pokiwała smutno głową. Trafność porównania dobiła ją. Wiedziała coś o tym. O tym, że to nie dotyczy tylko alzheimera.
– Wiesz, on malował. To było jego hobby. Nie był jakimś wybitnym artystą, ale lubił to. Nigdy nie było kłopotu z prezentem ani dla niego, ani od niego. Jemu kupowało się akcesoria malarskie, on dawał swoje obrazy. Malował głównie pejzaże i martwe natury. Morze, bukiety i te sprawy. Nie wiesz pewnie, do czego zmierzam, ale to właśnie po tych obrazach w szczególny sposób widać było tę degenerację umysłu. Jak się cofa, zapada, ubożeje. Traci kolory i kształty.
Podrzycka zorientowała się, że gryzie paznokieć kciuka.
– Nie miał przy sobie portfela ani dokumentów – poinformowała Borunia, wracając do meritum nie tylko ze względu na czas.
– Oczywiście, Ania ma je schowane. Po co miałby je mieć przy sobie, skoro nie wychodził z… – Boruń urwał, uświadamiając sobie bezsens swoich słów.
– Jak tu dotarł bez pieniędzy?
– Nie wiem. Fartem? Zdarza się. – Boruń wcisnął plecy w oparcie fotela, odpychając się od biurka; palce zaciśnięte były na krawędzi blatu. – Co teraz?
Podrzycka zagryzła lekko wargę. Sprzedałaby teraz Tuśkę i Ruperta, swoje koty, byle móc zapalić. Oddałaby je nawet za darmo.
– Normalny tryb, naczelniku. Świadkowie, monitoring, rozpytania, ustalenie trasy, jaką się poruszał, sekcja…
– Wiadomo, jak dokładnie zginął?
– Ze wstępnych oględzin wynika, że nastąpiło przerwanie rdzenia kręgowego w wyniku skręcenia karku. Co do udziału osób trzecich: wiadomo, że sam nie mógł się ułożyć w tej pozycji, ktoś to musiał zrobić, ale to nie oznacza automatycznie, że pana ojciec nie zginął w wyniku jakiegoś wypadku. Zastanawiająca jest tylko rana cięta na dłoni, niezbyt głęboka. Też mogła powstać przypadkiem. Wszystko trzeba sprawdzić.
– Mówisz o świadkach…
– Tak. – Podrzycka znów skubnęła skórkę; odstawała coraz bardziej i zaraz pewnie rozdrapie ją do krwi. – Mój brat widział na miejscu zbrodni jakąś kobietę. To mogła być postronna osoba, ale nie było jej na miejscu, kiedy przyjechaliśmy, i to nie ona zadzwoniła na sto dwanaście. A to już rodzi podejrzenia. Niedługo ze Szczecina powinien przyjechać rysownik, spróbujemy zrobić jej portret pamięciowy. Chce pan przy tym być?
– A mogę?
– Tak – odparła Podrzycka, absolutnie niepewna tego, co powiedziała.
Nie zależało to przecież od niej. Kierwicz po tym krótkim spotkaniu dał się jej poznać jako rozsądny facet, choć nieco raptowny, więc miała nadzieję, że nie będzie robił problemów.
– Paweł jest z moim bratem na górze, za chwilę powinien przyjechać też prokurator. Chce im pan sam powiedzieć to, co mi przed chwilą?
– Myślę, że tak będzie najlepiej – stwierdził Boruń z namysłem.
Podrzycka wstała, Boruń zrobił to samo. Wyszli na korytarz, komisarz zamknął drzwi na klucz.
– Pójdę jeszcze na papierosa, naczelniku – powiedziała Podrzycka, modląc się, żeby jej nie poprosił o towarzystwo w drodze na górę.
– Jasne, Gerita. – Uśmiechnął się. – Smacznego.
Podrzycka odprowadziła go wzrokiem, dopóki nie zniknął na schodach, a potem wyszła przed budynek komendy, żeby wreszcie zapalić. Nie spieszyła się. Śledząc dym ulatujący z jej ust, zastanawiała się, jak to wpłynie na pracę zespołu. Boruń nie miał nic wspólnego z kryminalnym, ale pracowali w jednym budynku, znali się wszyscy, a komisarz był lubiany. Wiedziała jedno: chłopaki staną na głowie, żeby tę sprawę wyjaśnić. I ona też.
Kończyła już papierosa, kiedy nagle obok niej stanął Szenfeld.
– Zostawiłeś Krzyśka samego? – zdziwiła się.
– Kuba pokazuje mu na telefonie zdjęcia klocków swoich chłopaków. Musiałem zajarać po tym, co mi powiedział. Krzysiek nie słyszał, gadaliśmy na ucho – uspokoił ją, widząc jej wzrok.
– Ile ci powiedział? – zapytała, a on spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Co masz na myśli?
– Tylko, że to jego ojciec, czy całą historię, która za tym stoi?
– Wiem, że miał alzheimera i ciężko było go czasem zatrzymać w domu siostry. Tyle.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
