Antysystem - Wojciech Cejrowski, Paweł Lisicki - ebook
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

O wszystkim bez kompromisów.

„Polska sama się wykańcza… Mamy dwa zwalczające się plemiona. To trochę jak w walce kogutów. Walki kogutów są w Europie chyba ściśle zakazane, ale kiedyś nakręciłem na ten temat odcinek „Boso przez świat”. Nie ma tak, żeby koguty mogły się pogodzić, one muszą się zadziobać, jeden zawsze próbuje dopaść drugiego. Teraz kogut Nawrocki stoi naprzeciwko koguta Tuska i muszą się dziobać.” Wojciech Cejrowski i Paweł Lisicki - dwóch niepokornych dziennikarzy - stworzyli Antysystem, gdzie nie żongluje się prawdą i gdzie niewygodne tematy nie istnieją. Potwierdzane są za to tezy, które jeszcze jakiś czas temu były niepopularne i stawiane są nowe, które zapewne za chwilę się uzasadnią. Bo zmieniają się czasy i zmieniają się ludzie, którzy do utrzymania władzy i bogactwa muszą zmienić narrację. Nasi Autorzy potrafią tę zmianę uchwycić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 390

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka

Karta tytułowa

 

CZĘŚĆ 1 Spór o Trumpa

 

Strategia Trumpa wobec Europy

Grudzień 2025

Paweł Lisicki: Przyjechał Pan do Polski, a tu spora awantura: Stany Zjednoczone przyjęły nową strategię bezpieczeństwa i wielu ludzi twierdzi, że to koniec. Ameryka stawia na izolacjonizm, porzuca Europę i Polskę, następuje koniec dobrych relacji. Pewnie się Pan z tym zetknął?

Wojciech Cejrowski: Tak, słyszę takie głosy. Ambasadorowie z różnych krajów w Europie albo wypowiadają się płaczliwie, albo milczą, bo nie wiedzą, co powiedzieć. To jest świadectwem braku jakiejkolwiek koncepcji. Za każdym razem, kiedy Donald Trump przedstawi coś konkretnego, to ci ludzie nie mają żadnej kontry. Nie byli przygotowani na żadne idee, na żadne pomysły, które przychodzą z Ameryki. Tymczasem dyplomacja powinna polegać także na tym, że coś się przewiduje. W tym celu wysyłamy przecież ambasadorów, żeby na miejscu orientowali się, co tam słychać i co się będzie działo. Dzięki temu jeszcze przed wybuchem wojny w Sudanie wiemy, że się pokłócą i Sudan pęknie na dwie połowy. Możemy się na to przygotować, bo na miejscu już czuć tę sytuację. Tymczasem w przypadku Trumpa ambasadorowie są zawsze zaskoczeni. Czego by nie powiedział, tylko się oburzają: że nie wysyłał im wcześniej sygnałów, że to nie jest tak, jak oni by chcieli… To nieprawda. W Ameryce narasta określona sytuacja, Unia Europejska powinna się jakoś wobec tego faktu ustawić. Tak bywa, że na świecie zdarzają się rzeczy negatywne. Na przykład: idzie zima, a Panu zepsuł się piec. To jest zdarzenie negatywne, więc musi Pan jakoś zareagować. Kupuje Pan nowy piec albo naprawia stary. Coś Pan robi! Politycy europejscy postępują inaczej. Są oburzeni, że Trump ma pomysł na Amerykę, bo to jest inny pomysł niż ich własny. Ich zdaniem Ameryka powinna wysyłać pieniądze do NATO, płacić składki za Francję i za Niemcy. Powinna kupować broń za pieniądze amerykańskiego podatnika, a potem przekazywać ją różnym krajom w Europie. Tak zresztą było do pierwszej kadencji Trumpa. Kiedy Trump dokonuje zmiany, co zresztą zapowiadał, to oni są zaskoczeni i oburzeni…

P.L.: Gdy pierwszy raz usłyszałem o nowej strategii bezpieczeństwa, to pomyślałem, że mamy powód do niepokoju. Z przekazów medialnych, polskich i zagranicznych, wynika, że Stany Zjednoczone porzucają Europę, a kwestia bezpieczeństwa na naszym kontynencie przestaje być dla Waszyngtonu jakkolwiek istotna. Sięgnąłem jednak później do oryginalnego tekstu strategii i doszedłem do wniosku, że istnieje wielka niespójność pomiędzy przekazem medialnym a faktami. Moim zdaniem amerykańska strategia stanowi po prostu pochwałę realizmu politycznego – i to realizmu głęboko osadzonego w interesie narodowym kraju. Amerykańska strategia przedstawia oczywiście interes amerykański, ale ten dokument stwarza zarazem szansę dla wszystkich innych państw, które chciałyby działać w podobny sposób. Tekst stawia trzy pytania. Po pierwsze, czego chcą Stany Zjednoczone? Po drugie, jakimi środkami dysponują, żeby to osiągnąć? Po trzecie, jak połączyć cele i środki we wspólnej strategii? Mówię o tym, żeby pokazać, jak spójny i realistycznie napisany jest to dokument. Podam jeden konkretny przykład, który dotyczy Unii Europejskiej. Na podstawie tekstu strategii Trumpa różni komentatorzy uznali, że mamy do czynienia z izolacjonizmem i działaniem antyeuropejskim. Tymczasem prawda jest zupełnie inna. W strategii czytamy, że kontynentalna Europa utraciła udział w światowym PKB z 25 procent w 1990 roku do 14 procent dziś, częściowo z powodu krajowych i ponadnarodowych regulacji, które podważają kreatywność i pracowitość. To jest absolutnie oczywiste…

W.C.: To jest po prostu fakt – rzetelny opis rzeczywistości.

P.L.: Dokładnie. Co więcej, dane odnoszą się do Unii Europejskiej z roku 1990, która była przecież blokiem o wiele mniejszym niż obecnie, bez państw Europy Środkowej – nie było w niej Polski, Węgier, Czech, Słowacji, państw bałtyckich, Rumunii, Bułgarii… Teoretycznie więc kiedy wszystkie te kraje dołączyły do Unii w roku 2004, to procentowy udział w światowym PKB powinien skokowo wzrosnąć i w roku publikacji strategii, czyli 2025, wynosić 30 czy nawet 35 procent. Tymczasem zamiast wzrosnąć, spadł do 14 procent. To jest po prostu stan chorobowy – paraliż, w którym organizm poszerza się, ale ma coraz mniej sił życiowych. Czy można mieć pretensje do Donalda Trumpa o to, że to stwierdza? Moim zdaniem strategia nie daje żadnej realnej podstawy do tego, by uznać ją za „atak na Europę”.

W.C.: Donald Trump stawia sobie pewne cele i ogarnia wzrokiem środki, które pozwalają mu do nich dojść. Sprawdza, czym dysponuje. Przypatruje się również swoim partnerom w zakresie bezpieczeństwa światowego, czyli krajom europejskim, które są członkami NATO. Amerykanie widzą, że kiedyś Unia Europejska była silna i liczyła się na świecie, bo jej gospodarka stanowiła 25 procent gospodarki światowej. Unia rozszerzyła się terytorialnie, ale jej moc po prostu się skurczyła. Ona się nadyma, pochłania kolejne kraje, których bogactwo i produkcja powinny wzrastać – ale tak się nie dzieje. Oczywiście w Unii Europejskiej będą tłumaczyć, że to tak wcale nie jest: świat po prostu rozwija się dużo szybciej, więc chociaż unijna gospodarka kolosalnie wzrosła, to nie może nadgonić… Tyle że to jest właśnie najgorsze: świat rozwija się szybciej od nas, a my, pomimo rozszerzania się, cały czas się kurczymy. To oznacza, że gospodarcza konstrukcja Unii Europejskiej jest wadliwa, bo kraje Trzeciego Świata, które nie mają tej konstrukcji, rozwijają się bardziej dynamicznie. Unijni urzędnicy i politycy dziwią się, że Trump im to wytknął. Przecież był w ONZ i wygłosił przemówienie. Wszystko tam powiedział. Europejscy przywódcy też tam byli, ale najwyraźniej pozatykali uszy i nie zrobili notatek. Ja przypomnę, co powiedział Trump. Stwierdził wtedy, że Europa popełnia samobójstwo gospodarcze. Upiera się przy regulacjach klimatycznych, twierdzi, że europejskie kominy mają wpływ na klimat. Kiedy zaczyna wprowadzać te wszystkie ograniczenia, to zaczyna dławić gospodarkę. Zdławiona gospodarka oznacza zmniejszenie siły militarnej, bo Europy nie stać już na to, żeby kupić różne rzeczy do strzelania. Trump powiedział też, że Europa osłabia się polityką migracyjną. Jak nie wierzycie, mówił, spójrzcie na Amerykę: zamknąłem granice, sytuacja gospodarcza się poprawiła. Zlikwidowałem przymus wiatraków, paneli słonecznych i inne głupoty, zacząłem wydobywać ropę – wzrost gospodarczy jest kolosalny. Wszystko to Trump ogłosił otwartym tekstem. Nie było tam europejskich ambasadorów? Nie słyszeli tego, co mówił, i są nagle zdziwieni, kiedy zobaczyli strategię bezpieczeństwa?

P.L.: To, co napisano w strategii USA na temat Unii Europejskiej, to tylko drobna część całości – zaledwie podrozdział. Więcej miejsca poświęca się kwestiom istotniejszym z perspektywy USA. W tekście krytykuje się też głęboki kryzys kulturowy. Strategia wskazuje, że gospodarczy upadek Europy blednie w obliczu kryzysu cywilizacyjnego, który grozi wręcz „wymazaniem” Europy. To bardzo mocne słowa, ale ponownie – oparte na faktach; przecież wszyscy widzimy, co się dzieje w państwach europejskich w związku z masową migracją oraz demontażem kultury w kluczu lewicowej ideologii. Następnie strategia mówi o instytucjach ponadnarodowych, które podważają wolność polityczną i suwerenność, a także o polityce migracyjnej, która przekształca kontynent. Dokument krytykuje również europejską cenzurę, tłumienie opozycji politycznej, dramatyczny spadek dzietności czy wyzbywanie się tożsamości narodowej i poczucia własnej wartości. Amerykanie trafili w samo sedno. Przecież to właśnie te sprawy stanowią clou problemu Europy.

W.C.: To ja to przetłumaczę jeszcze na polski. Przychodzi chłop do baby, czyli Trump do Europy, i mówi: „Kochanie, przestajesz być wiarygodnym partnerem w tym transatlantyckim małżeństwie. Nie ćwiczysz. Nie masz pieniędzy. Popełniasz samobójstwo gospodarcze. Jak mam dalej ci ufać? W dodatku u nas w domu, w Ameryce, szanujemy wolność słowa, mamy ją wpisaną do konstytucji – a ty wprowadzasz na swoim terenie zamordyzm. To nie jest tak, że wyrzucam cię nagle z domu. Nie; mówię ci, że przestajemy się rozumieć. Kiedyś istniały sprawy cenne dla nas obojga. To reszta świata stosowała cenzurę. Tak robił Związek Sowiecki, zresztą w Rosji nadal tak postępują. To źli ludzie; ale teraz ty robisz to samo. Jak to możliwe? Przestajesz być partnerem Ameryki”. Mówiąc krótko, Trump nikogo nie opuścił: stwierdził tylko fakty. Europa przestaje być partnerem militarnym, bo się nie zbroi; przestaje być partnerem handlowym, bo podupada gospodarczo. Dla Ameryki wniosek jest jasny: czas robić interesy z kimś innym. Europa przestaje być nawet partnerem muzealno-intelektualno-kulturowym, bo stosuje cenzurę i o pewnych rzeczach mówić w Europie nie wolno. Partnerstwo na takich zasadach jest niemożliwe.

P.L.: W strategii jeszcze jeden element jest ważny. Wiele miejsca poświęca się zalewowi migrantów, który niszczy poszczególne państwa. To bardzo istotne także dla Polski, bo nieco wcześniej przez nasz kraj przetoczyła się duża debata na temat tak zwanych uchodźców. Chodziło o to, czy Polska jest zwolniona z ich przyjmowania, czy nie. Donald Tusk ogłosił, że jest zwolniona, ale w dokumencie, który Polska podpisała, napisano coś innego, znacznie bardziej ograniczonego: jedynie tyle, że może ubiegać się o zwolnienie.

W.C.: Jeżeli będzie się ubiegać, to mogą tę naszą petycję rozpatrzyć pozytywnie – albo negatywnie. Jeżeli rozpatrzą pozytywnie, to być może tylko tymczasowo. Czyli na chwilę się zgodzą, a później i tak przyślą nam wszystkie kolory tęczy.

P.L.: A jeżeli ich nie przyjmiemy, to będziemy musieli płacić… Mnie najbardziej uderzyło, że w debacie o migracji nikt nie zadał podstawowego pytania: do czego w ogóle potrzebny jest Unii Europejskiej traktat dotyczący przyjmowania imigrantów? Przecież psim obowiązkiem każdego państwa jest pilnowanie własnych granic. Skoro Unia Europejska już istnieje, powinna zajmować się tym, jak pomóc w obronie granic państw członkowskich, a nie tym, kto ilu przyjmie imigrantów lub jaką karę zapłaci, jeżeli ich nie przyjmie.

W.C.: „Powinna”? Pan chyba nie zrozumiał koncepcji Unii Europejskiej.

P.L.: Zrozumiałem, chcę tylko pokazać absurd tej sytuacji.

W.C.: Unia Europejska od samego początku zajmowała się likwidacją granic. Nigdy nikt nie mówił o ich strzeżeniu! Obronę granic i bezpieczeństwo spychano zawsze na NATO – Ameryka jest silna, więc niech nas broni, nikt nas wtedy nie zaatakuje. Tak myślano we Francji, Niemczech czy Holandii jeszcze przed włączeniem Polski do Unii. Politycy w tych krajach nie przejmowali się zbrojeniami ani ćwiczeniem swoich wojsk, bo byli przekonani, że Ameryka jest na posterunku – w końcu przez całą zimną wojnę pilnowała w Europie swoich interesów. Zresztą rzeczywiście tak było, bo Amerykanom mocno na tym zależało: gdyby Rosja pochłonęła kolejne połacie Europy i łyknęła gospodarkę zachodnich Niemiec albo i Francji, to stałaby się zbyt silna i mogłaby próbować konfrontacji z Ameryką. Stany Zjednoczone nie chciały dopuścić do tego, by Związek Sowiecki cokolwiek jeszcze chapnął. Dlatego w wyraźnym interesie USA leżało stacjonowanie w Europie wojsk. To wszystko się skończyło, bo Francja i Niemcy nie są już wiarygodnymi partnerami, ani w gospodarce, ani w obronie. W dodatku Ameryka skupiła się bardziej na własnych finansach i bezpieczeństwie. Amerykanie doszli do wniosku, że mogą zabezpieczyć swoje interesy w inny sposób, bez Europy, skoro nie ma z niej żadnych korzyści. Europa się zwija, więc handel z nią i tak jest coraz mniej korzystny; w sprawie bezpieczeństwa postawiono na doktrynę Monroe, czyli okopanie się wokół własnego kontynentu. Waszyngton chce mieć pod kontrolą Amerykę Południową i szczególnie Centralną, tak żeby nie wchodzili tam Chińczycy i Ruscy; chce też kontrolować Kanał Panamski. Dodatkowo Amerykanie zaczęli patrzeć na północ, ku Grenlandii, tak żeby rządzić na wodach w tym regionie. Amerykanie będą się bronić na swoim terenie.

P.L.: Dokładnie tak mówi strategia. Dosłowny cytat: „[…] nie jest wcale oczywiste, czy niektóre państwa europejskie będą dysponować gospodarkami i siłami zbrojnymi wystarczająco silnymi, by pozostać wiarygodnymi sojusznikami”[1]. Czysta prawda, bo jeżeli zwija się gospodarka, gwałtownie spada dzietność, a migranci rozsadzają państwa od środka, to kraje unijne po prostu nie są w stanie zapewnić swojej pozycji jako stabilni partnerzy. Amerykanie nie chcą jednak Europy porzucać, wskazują raczej na możliwość uzdrowienia. Piszą, że ich intencją jest, by Europa pozostała europejska, odzyskała cywilizacyjną pewność siebie i porzuciła swoją błędną koncentrację na dławieniu gospodarki i nadmiernych regulacjach. Dlatego właśnie strategia bezpieczeństwa USA to szansa dla tych wszystkich, którzy chcą skończyć z dławieniem europejskiej gospodarki i szaleństwem ideologii, a rozpocząć obronę granic i przywracanie normalności.

W.C.: Trump powiedział: „Kochanie, jeżeli doprowadzisz się do porządku, to ja chcę żyć z tobą dalej pod jednym dachem. Zerwiesz z cenzurą, zakończysz zielone szaleństwa, weźmiesz się za normalną produkcję, zaczniesz się znowu rozmnażać, przywrócisz kontrolę granic – kiedy ponownie staniesz się normalną Europą, możemy znowu gadać”. Teza, że Trump porzucił Europę, jest nieprawdziwa z jeszcze jednego powodu. W strategii napisano, że Ameryka nie ma o czym gadać z Unią Europejską, ale może rozmawiać z poszczególnymi krajami – z każdym inaczej. Czy dany kraj jest członkiem Unii, czy nie, to jego sprawa. Jeżeli będzie mieć jakieś karty, które dla Amerykanów są wartościowe, to porozumienie będzie możliwe jakby obok Unii Europejskiej. Donald Trump nie chce rozwalać Unii Europejskiej. Unia w ogóle go nie obchodzi. On chce ją zignorować. Nie będzie rozmawiać z Brukselą, będzie rozmawiać z Bukaresztem. Jeżeli Bukareszt powie: „Nie, musisz najpierw zadzwonić do Brukseli”, no to koniec interesów. Dla Ameryki sens ma rozmowa na poziomie narodowym. To najbardziej podoba mi się w tej koncepcji, bo to bardzo pozytywne podejście. Możemy usiąść w Warszawie i porozmawiać o współpracy Ameryki z Polską, a jeżeli Polska ma jakieś ograniczenia ze względu na Unię Europejską – to już Polski problem, Trumpa to nie interesuje.

P.L.: Przeczytam Panu jeszcze coś. Strategia ogłasza, że Europa pozostaje dla Stanów Zjednoczonych „kluczowa” – zarówno strategicznie, jak i kulturowo. Nie wiem, jak można takie słowa odczytać jako deklarację porzucenia Europy. To tylko odrzucenie idiotycznej propagandy unijnej, a nie Europy jako takiej. Być może panikarskie reakcje na tę strategię bezpieczeństwa wynikają z faktu, że w dokumencie nie prezentuje się Rosji jako zagrożenia. Nie ma ani słowa o tym, że Moskwa jest straszna i trzeba z nią walczyć. Federacja Rosyjska występuje tam raczej jako potencjalny sojusznik i partner USA; mówi się o przywróceniu warunków stabilności strategicznej w relacjach między Ameryką a Rosją. Tak czy inaczej, stawiam tezę, że znaczna część komentatorów w ogóle nie czytała tego dokumentu. Po prostu wytworzyli sobie w głowach kompletnie fałszywy obraz, bo uważają, że Trump powinien myśleć dokładnie tak jak oni – a jeżeli ma jakąkolwiek własną ideę i podkreśla amerykański interes, to oni od razu widzą w tym zdradę.

W.C.: Oni nie dopuszczają myśli, że ktokolwiek może mieć wizję inną niż oni. Stąd bierze się też cenzura. Powiem Panu coś na temat Rosji. Z perspektywy Europy Rosja jest straszna, tak się to postrzega. Dokument o tym nie mówi, bo dla Ameryki Rosja wcale nie jest straszna – a strategia jest pisana z amerykańskiego punktu widzenia. Ameryka nie boi się Rosji – ani gospodarczo, ani militarnie. Donald Trump ocenił siły swoje i Putina, a następnie doszedł do wniosku: jesteśmy silniejsi. Rosja byłaby dla Ameryki straszna tylko wtedy, gdyby zdecydowała się na konflikt nuklearny. Stany Zjednoczone uznały jednak, że to jest nieprawdopodobne, bo taki konflikt po prostu się Rosji nie opłaca. W związku z tym Rosja nie stwarza dla Ameryki realnego zagrożenia. Może być obrzydliwa albo może być nęcąca, obojętnie, to zupełnie inny porządek. Amerykanie nie boją się, że Rosjanie ich zaatakują albo pokonają gospodarczo. Strategia jest odzwierciedleniem tego przekonania.

P.L.: Mówiąc o tym, że Rosja jest straszna, powtórzyłem po prostu ogólnie przyjęty w Polsce i Europie pogląd.

W.C.: Bo dla Polski Rosja jest straszna. Gdyby postanowiła zająć Polskę, to byłaby straszna – to byłaby okupacja.

P.L.: To jest oczywiście osobne pytanie, czy miałaby powód, żeby tak robić. Tak czy inaczej…

W.C.: Proszę Pana, kraj, który nie będzie się bronił, można połknąć za darmo. Donald Tusk już się całował czy tam przytulał z Putinem w Smoleńsku.

P.L.: No i spacerował z nim za rączkę po molo w Sopocie.

W.C.: Kochają się.

P.L.: W strategii czytamy też, że według Amerykanów zdecydowana większość Europejczyków chce pokoju, tyle że to pragnienie nie przekłada się na politykę, w dużej mierze z powodu omijania procesów demokratycznych przez rządy. Kolejny raz Amerykanie trafiają w sedno. Mówią wprost to, czego nie chcą powiedzieć politycy europejscy. Jedynym przywódcą konsekwentnie głoszącym potrzebę pokoju w kontekście Ukrainy jest premier Węgier, Viktor Orbán. Cała reszta nie chce o tym słyszeć.

W.C.: Dla Ameryki sprawa Ukrainy to nie jest numer jeden. Owszem, to problem istotny, ale nie najważniejszy. Jeżeli Ameryce uda się Ukrainę pochłonąć gospodarczo, to może i zrobi się z nimi jakiś interes, ale nic na siłę.

P.L.: W strategii zapisano też, że Stany Zjednoczone chcą wspierać opór wobec obecnego kursu Europy wewnątrz poszczególnych państw europejskich. To akurat uważam za naiwne, bo takiego oporu po prostu nie ma, przynajmniej nie na większą skalę. Jest jednak także coś pozytywnego z polskiej perspektywy. Amerykanie chcą wzmacniać „zdrowsze państwa Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej poprzez więzi handlowe, sprzedaż uzbrojenia, współpracę polityczną oraz wymianę kulturalną i edukacyjną”[2]. Stany Zjednoczone pokazują w ten sposób, gdzie w Europie dostrzegają jakąś perspektywę. Jest w tym również Polska.

W.C.: Powiedział Pan, że Amerykanie chcą wspierać opór, tyle że oporu nie ma. Otóż ja myślę, że w sytuacji Europy wystarczy jeden kraj, który przyjmie z radością propozycję Trumpa. Dogadujemy się na poziomie państw narodowych, pomijamy Brukselę. Jeden odważny kraj – to wystarczy, bo inni będą patrzeć. Jeżeli się okaże, że to działa i temu krajowi poprawiła się sytuacja gospodarcza i zaczyna kwitnąć pod każdym względem, to wtedy rozpocznie się zmiana. Niechby na propozycję Trumpa przystały Węgry. Nagle zrobi im się łatwiej również w relacjach z Unią Europejską, bo Trump będzie ich wspierać, kiedy w Brukseli będą łapać za telefon. Jeżeli to się uda, opór pojawi się również w innych państwach. Ktoś powie na Słowacji: „Popatrzcie na Węgry, my chcemy tak samo”. Dalej już pójdzie.

P.L.: Zgadzam się. Problem polega na tym, że chociaż jakaś zmiana może zajść na Węgrzech albo na Słowacji, to mnie zależy na tym, by zaszła w Polsce. Chciałbym, żeby tu pojawił się jakiś ruch, który byłby gotów skorzystać z tej szansy. Niestety, kiedy przyjrzymy się naszym politycznym przywódcom, to niczego takiego nie ma. Oni w ogóle nie są w stanie myśleć w takich kategoriach. Sądzę w każdym razie, że jedną rzecz udało się tu udowodnić: ci, którzy krytykują strategię bezpieczeństwa USA, twierdząc, że to jest zerwanie z Europą, albo w ogóle jej nie czytali, albo celowo zrobili z niej karykaturę. Nie wykluczam, że chodzi o to drugie. W końcu wszyscy ci eurokraci są na garnuszku Brukseli. Po prostu udają, że nie słyszą tego, co mówi do nich Trump, bo sprzedali się zupełnie innej sile.

W.C.: Trump zresztą wcale do nich nie mówił. W tej strategii pisze o Europie, ale kieruje swoje przesłanie do obywateli USA. Do Europy mówił na forum ONZ. Strategia bezpieczeństwa to dokument dla Stanów Zjednoczonych, określający ich cele na najbliższe lata. Nie jest tajny, dlatego możemy go czytać, ale to tekst wewnętrzny: od Amerykanów dla Amerykanów. Nikt nie zwraca się tam wprost do Europy; pisze się tylko, że w przyszłości Ameryka będzie starała się utrzymać kontakty z Europejczykami na tej zasadzie, że zadzwoni się do przywódcy konkretnego państwa, żeby zrobić jakiś interes, na przykład do Orbána.

P.L.: To swoją drogą symptomatyczne, że kiedy myślimy o jakimś europejskim polityku, który mógłby nawiązać sensowną współpracę z Trumpem, to jest to właśnie Orbán. Nie Emmanuel Macron, nie Friedrich Merz, nawet nie Keir Starmer – tylko premier niewielkiego państwa, ale zarazem człowiek, który chyba jako jedyny myśli w kategoriach suwerenistycznych.

W.C.: Ameryka będzie jeszcze rozmawiać z Turcją, czyli z dyktatorem Erdoğanem. To są normalne stosunki międzynarodowe: na świecie jest cała masa dyktatorów, z którymi można się bić, jeżeli są za blisko; ignorować ich, jeżeli są daleko; albo się z nimi dogadać, bo to wychodzi taniej. Wszystkiego na świecie nie da się naprawić i załatwić; to zresztą nie jest sprawa Ameryki. Potrzebują lotnisk dla amerykańskich samolotów w Turcji, to dogadują się z tureckim dyktatorem. Turcja jest poza tym w NATO, gospodarczo też się porozumieją, bo silny facet w Ankarze gwarantuje, że sytuacja będzie pod kontrolą. Dzięki temu Stany Zjednoczone wiedzą, że jeżeli zawrą z Turcją umowę, to ona będzie stabilna. Rozmowa z takim Donaldem Tuskiem jest dla odmiany bez sensu, bo to nie jest stabilny facet. Dziś mówi co innego niż wczoraj, a jutro powie jeszcze coś innego. Z takim gościem nie warto podpisywać traktatów. Polska w ogóle jest niestabilna, bo nie wiemy, kto będzie za chwilę rządził, a każdy następny kwestionuje wszystko, co podpisali poprzednicy, nawet jeżeli było to mądre. Dlatego Ameryka nie będzie robić z Polską dużych interesów. Może załatwi coś doraźnie, bo musi uważać: za chwilę będzie zmiana władzy i poprzednia umowa pójdzie do kosza.

P.L.: Przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl w związku z tym, co można wyczytać o strategii USA w polskich mediach. Mówię: polskich, ale problem właśnie w tym, że one często wcale nie są polskie. Niech się Pan teraz postawi w roli szefa jakiegoś koncernu medialnego z centralą w Berlinie, Düsseldorfie czy Monachium. Czyta Pan amerykańską strategię bezpieczeństwa, a tam czarno na białym napisano, że państwa Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej są „zdrowsze”. Człowieka po prostu szał ogarnia: przecież to jest „niemiecka” Europa Środkowa, to oni ją zbudowali, to oni ją uczyli i pokazywali, czym jest europejskość; a tu nagle takie słowa…

W.C.: Trumpa w ogóle nie interesuje europejskość, tylko to, czy coś się opłaca Ameryce.

P.L.: Tak, ale nie o to mi chodzi. Niech się Pan po prostu wczuje w rolę takiego Niemca…

W.C.: W rolę Niemca z Monachium mam się wczuć?

P.L.: Tylko po to, żeby zrozumieć wściekłość i urażoną ambicję, która przejawia się później w próbie przeinaczenia dokumentu USA w mediach. Przecież Niemcy są przekonani, że to oni powinni wszystkich pouczać i być wzorem dla całej Europy Środkowej.

W.C.: No dobrze, z tym że Niemcy nie budowali, ale też rozwalali – wywołali dwie wojny światowe. To były duże „przedsięwzięcia” militarne i gospodarcze, które przyniosły masę trupów. To jest niemieckie dzieło.

P.L.: Wszystko to, oczywiście, prawda. Moja konkluzja ze strategii bezpieczeństwa USA jest taka, że dawno już nie było tak korzystnej sytuacji, którą Polska mogłaby wykorzystać. To część pozytywna. Negatywna jest taka, że nie widzę siły, która mogłaby się na to zdobyć.

W.C.: Tylko czy Polska ma jakiś lewar? Czy są jakieś karty? Ja tego nie widzę. Może są jakieś blotki, tylko wszystkie opatrzone słowem „jeżeli”. „Jeżeli” Amerykanom zależy na bazie wojskowej na naszym terenie, to my możemy to załatwić… To jest jednak niepewne, bo jak Amerykanom nie będzie zależało na trzymaniu wojska w Polsce, to my nie mamy karty, żeby je mimo wszystko przytrzymać. Dlatego, powtarzam, wszystko jest oparte na „jeżeli”. Myślę sobie jednak tak: kiedy Węgry zaczną zawierać umowy bilateralne z Ameryką, z pominięciem Brukseli, dobrze na tym wychodząc – to zobaczy to także ktoś u nas, nawet jakiś polityczny cynik. Dojdzie do wniosku, że to się po prostu opłaca, bo może coś na tym ugrać. Na przykład powie w Brukseli, że on, oczywiście, bardzo kocha Unię Europejską, ale my tu teraz w Polsce rozmawiamy z panem Trumpem, a on nie chce mieć z wami do czynienia. Trump im powie to samo – i to zwiększy naszą siłę oddziaływania wobec eurokratów. Trump może w tym pomóc, bo powie mu się: „Proszę pana, możemy zawrzeć ten interes, tylko Bruksela stawia opór. Ma pan na nich jakąś pałkę?”. Wtedy Trump wyciągnie jakąś pałkę, kolejne cło albo inne rzeczy.

P.L.: Kończymy zatem pozytywnym przesłaniem, że jest konkretna szansa. Szukamy tylko kogoś, kto potrafiłby z niej skorzystać.

1 Cyt. za: https://www.bbc.com/polska/articles/czxg0dwrdrko.

2 Cyt. za: https://defence24.pl/geopolityka/miejsce-europy-w-nowej-strategii-bezpieczenstwa-narodowego-usa.

 

Szaleństwo za Bidena… i normalność za Trumpa

Kwiecień 2023

Paweł Lisicki: Koniec marca 2023 roku to czas swoistego apogeum szaleństwa ideologii gender. W chrześcijańskiej szkole w mieście Nashville w stanie Tennessee doszło do masakry. Dwudziestoośmioletnia kobieta uzbrojona w pistolet maszynowy zamordowała troje uczniów i troje członków kadry pedagogicznej. Morderczyni uważała, że jest mężczyzną. Z jej wypowiedzi wynikało, że chciała dokonać zemsty na chrześcijanach: sama chodziła właśnie do tej szkoły i pragnęła odegrać się za to, że nauczano tam tradycyjnych wartości. Jakby tego było mało, dokładnie kilka dni po tej tragedii prezydent Joe Biden wziął udział w obchodach genderowego „święta”: Dnia Widzialności Osób Transpłciowych. Wszystko to razem robi wrażenie przerażającego koszmaru. Zastanawiam się, jak Pan może jeszcze wytrzymać w Ameryce?

Wojciech Cejrowski: W Polsce też trudno wytrzymać, kiedy władza zajmuje się promocją satanizmu. Bo to jest właśnie sekta satanistyczna: bawią się w Pana Boga. Bóg ustalił dwie płcie. Więcej nie ma. Ktoś może mieć wadę genetyczną i jego organizm nie jest w stanie się zdecydować, czy iść w lewo, czy w prawo – to się zdarza. Nie zmienia to faktu, że istnieją dwie płcie, bo tak to ustanowił Pan Bóg. Jeżeli masz w głowie inne warianty niż te dwa, które nadał Pan Bóg, to jesteś wariatem. Masz coś nie tak z klepkami. Mówisz sobie: „Ja jestem wprawdzie facet, ale wsadzę sobie w tyłek pióra, bo chcę wyglądać jak kobieta”. No dobra, jesteś świrnięty, nie mieszaj mnie w to. Nie bez powodu powiedziałem, że ludzie, którzy to promują, to jest sekta satanistyczna. To szatan uzurpował sobie boskie prerogatywy. Na świecie są różne sekty, na przykład mormońska albo jehowicka, ale one nie próbują odbierać Panu Bogu władzy. Mówiąc w skrócie, źle studiują Pismo Święte. Z sektą satanistów jest inaczej. Chcą przejąć władzę nad naturą. W tej sekcie satanistycznej są zarówno klimatolodzy, którzy chcą kontrolować klimat, jak i tacy, którzy chcą kontrolować płeć. Nie dziwię się, że ci ludzie atakują niewiniątka chrześcijańskie. Satanistom chrześcijaństwo przeszkadza. Buntują się przeciwko niemu, bo chrześcijanie – katolicy czy baptyści, obojętnie – mówią, że Pan Bóg dał tylko dwie płcie i nikt nie może nic z tym zrobić. Sataniści nie chcą tego zaakceptować i twierdzą, że jak facet obetnie sobie ptaszka, to się zrobi kobietą. Otóż nie. Dalej będziesz facetem, tylko z obciętym ptaszkiem.

P.L.: Mnie najbardziej szokuje to, że te absurdalne czy wręcz satanistyczne poglądy przeniknęły do centrum amerykańskiego życia. Gdyby takie rzeczy funkcjonowały tylko gdzieś na marginesie, a zwolennicy tego wariactwa dokonywali swoich eksperymentów i szaleństw w jakiejś piwnicy, oddzieleni murem od społeczeństwa, to pewnie nikt nie zwracałby na to większej uwagi. Problem w tym, że ten obłęd jest gorąco wspierany przez obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Joe Bidena, a także przez wielu najważniejszych polityków Partii Demokratycznej. Zastanawiam się, jak to możliwe, że to, co powinno być kompletnie zmarginalizowane, nagle znalazło się w głównym nurcie życia politycznego – do tego stopnia, że Joe Biden bierze udział w „święcie” transpłciowców.

W.C.: Żeby to wyjaśnić, potrzebny byłby dłuższy wywód. To jest związane z problemem, który pokazuje lista Epsteina. Cała masa wysoko postawionych ludzi jest uzależniona od zboczonego seksu. Nie wiem, jak oni docierają do tego punktu: może najpierw uzależniają się od pornografii, później od coraz mocniejszych rzeczy, jak ze wszystkim. Ktoś pali jednego jointa na miesiąc przy okazji jakiejś imprezy, a kończy, dając sobie w żyłę albo wciągając w nos kokainę. Uzależnienia zawsze eskalują. W każdym razie ludzie z listy Epsteina robią bardzo złe rzeczy. W tle jest również pedofilia. Nie wiem, czy Joe Biden był tego uczestnikiem. Wiemy za to na pewno, że jest sługą tego systemu. Jego syn, Hunter Biden, został wychowany w katolickim domu – tyle że Biden jest katolikiem proaborcyjnym, czyli żadnym. Huntera wychował na dziwkarza i narkomana. Joe Biden mówił do tej pory, że Hunter to najlepszy i najbardziej inteligentny człowiek, jakiego zna. Tymczasem na laptopie miał zboczone sceny. Facet filmował się na golasa w wannie z prostytutkami, kiedy wciągał kreskę.

P.L.: Dodatkowo opowiadał, że jest Bogiem. Na jednej ze scen krzyczał, powołując się rzekomo na swojego ojca, że jest tak potężny jak Bóg. To rzeczywiście szaleństwo.

W.C.: Z takiego środowiska wywodzi się Joe Biden i cała ta spółka. Stany Zjednoczone to najpiękniejszy projekt w historii świata, ufundowany na wartościach płynących od Boga. Kiedy czyta się Deklarację niepodległości czy amerykańską konstytucję, to wszędzie są odwołania do Boga. Jeżeli człowiek ma jakieś prawa, których nie można mu odebrać, to dlatego, że nadał je Pan Bóg. Nigdy w historii nie było lepszego pomysłu i lepszego państwa. Nic dziwnego, że taki projekt jest atakowany przez diabły – i to nie byle jakie, ale najmocniejsze. Piekło chce zakończyć historię USA, bo to jest chrześcijańska i najpiękniejsza sprawa.

P.L.: Obaj dorastaliśmy mniej więcej w tym samym czasie. Wtedy w świadomości Polaków Stany Zjednoczone uchodziły za ideał wolności, obrony prawa natury. Czytaliśmy pewnie wiele książek, które opisywały funkcjonowanie amerykańskiej demokracji, równowagę władz, otwartość, fundamentalne zasady… W ostatnich latach jesteśmy jednak coraz częściej bombardowani przez informacje, które – wydawałoby się – po prostu nie mogą być prawdziwe. Przyznam, że jestem tym w pewnym sensie zasmucony. Naprawdę żałuję, że Stany Zjednoczone przeżywają tak wielki kryzys. Przecież to, od czego zaczęliśmy rozmowę, to są historie z domu wariatów. Tymczasem można mieć wrażenie, że nie ma siły, która potrafi nas przed tym obronić.

W.C.: Pan Bóg musiałby to posprzątać, nie ma innej rady. Może Pan Bóg podeśle nam Donalda Trumpa i nastąpi jakieś przebudzenie. Tyle że uzależnienia od złych rzeczy są długotrwałe. Nie da się z tego wyjść z dnia na dzień. Tak jak z alkoholizmem. Kto miał nieszczęście to przeżyć i teraz liczy swoje dni bez flaszki, ten wie, jak to działa: to uzależnienie psychiczne i chemiczne. Cały organizm pracuje zgodnie, żeby człowieka cofnąć do nałogu. Tak samo jest z uzależnieniami związanymi ze sferą seksualną. Dlatego teraz cała Ameryka musiałaby zdobyć się na walkę z uzależnieniem. To będzie bardzo trudny proces, może nawet niewykonalny. Słuchałem niedawno znanego komentatora Glenna Becka, który mówił o upadku Ameryki. Jeżeli wierzymy w Pana Boga, to musimy uznać, że wszystkie rzeczy mają na Ziemi skończony czas. Umiera każdy człowiek i każda roślina, umierają też cywilizacje. Być może skończył się także czas tego pięknego projektu, jakim były Stany Zjednoczone – i właśnie obserwujemy ich śmierć.

P.L.: Projekt amerykański od samego początku był zbudowany na uznaniu istnienia Boga i odwołaniach do prawa naturalnego. Ta idea była związana z koncepcją, która przyświecała również osiemnastowiecznej Wielkiej Brytanii, uchodzącej za kolebkę zachodniej demokracji. Mam wrażenie, że także w tym kraju szaleństwo narasta w podobnym tempie i przybiera analogiczne rozmiary. Przeczytałem niedawno, że brytyjski parlament przyjął ustawę, która zakazuje modlitwy w odległości 150 metrów od klinik aborcyjnych – czyli miejsc, gdzie zabija się dzieci nienarodzone. Co kluczowe, zakazano nawet modlitwy myślnej – czyli we własnej głowie! Ktoś, kto milcząco stoi i się modli, łamie prawo… To jest tak chora ustawa i tak głęboko sprzeczna ze wszystkim, co dawniej konstytuowało samo pojęcie Zachodu, że nawet nie wiem, jak to skomentować. Wygląda na to, że Wielka Brytania po prostu zamieniła się w Sowiety.

W.C.: To prawda: mamy przestępstwo myśli. To wszystko zaczęło się od konkretnego przypadku, kiedy pewna kobieta, pani Isabel Vaughan-Spruce, modliła się bezgłośnie, a jakiś policjant miał o to problem. Czepię się jednak jeszcze czegoś. Powiedział Pan: „klinika aborcyjna”. Tak to się dzisiaj określa, ale klinika jest do leczenia. To, o czym mówimy, służy do zabijania ludzi. To jest jakiś obóz koncentracyjny albo krematorium. Tam się wykonuje wyroki śmierci – zgodne z prawem i na życzenie. To tak, jakbym ja zażyczył sobie, żeby wykonać wyrok śmierci na kimś, kogo nie lubię. Państwo wysłałoby lekarza, który na życzenie jednej osoby musiałby wykonać taki wyrok. Miejsce, w którym zabija się niewinne dzieciątka, nie ma nic wspólnego z kliniką. Podkreślam, że ja Pana nie atakuję za użycie tego zwrotu, mówię po prostu do naszych odbiorców. Natomiast co do meritum, to rzeczywiście Wielka Brytania to już są Sowiety. Jeżeli nie można używać niektórych słów ani nie można się pomodlić… Przypomina się Archipelag Gułag Sołżenicyna, gdzie dostawało się wieloletni wyrok za użycie złego słowa w jakimś kontekście. W Londynie jest Hyde Park, gdzie można było przyjść i powiedzieć wszystko. To się skończyło.

P.L.: To prawda. Co więcej, brytyjska ustawa mówi o 150 metrach. To bardzo daleko. W Polsce jest prawo, które zabrania handlować alkoholem w odległości stu metrów od kościoła. Kiedy je wprowadzano, rozgorzała ostra debata: przepisy miały doprowadzić do bankructwa wielu restauracji czy kawiarni. Teraz w Wielkiej Brytanii trzeba będzie wyznaczyć jakieś kręgi wokół tych mordowni. Konieczny będzie system kontrolny, kamery, drony, funkcjonariusze. Jeżeli ktoś pojawi się w promieniu 150 metrów, trzeba będzie go chyba zatrzymać i pytać, o czym myśli. Bo gdyby się przypadkiem modlił za zabijanie dzieci… Tylko jak udowodnić, o czym człowiek myślał? To jest kompletny absurd.

W.C.: To wcale nie ma być logiczne. To ma Panu wysłać taki komunikat: „Uważaj, bo jak będziesz podskakiwać, to my ci zrobimy krzywdę”. Ja przecież mógłbym przyjechać do Londynu z różańcem w ręku. Idę ulicą, modlę się. Nie wiem, gdzie jest takie miejsce, w którym zabijają dzieci. Akurat przechodzę obok. Skoro nie wiedziałem, że jest tam mordownia, to pewnie modliłem się w innej intencji: na przykład żeby nie było pandemii. To wolno mi czy nie? Pewnie też nie wolno, bo sataniści nie chcą, żeby człowiek modlił się do Pana Boga. Albo jeżeli ja bym mieszkał 80 metrów od tego miejsca? To wolno mi wieczorem odmówić pacierz? A jeżeli się z mamusią umówię na wspólny różaniec latem i będzie słychać przez okno, że się modlimy? Jakie są przepisy wykonawcze w takiej sytuacji? Moim zdaniem to oznacza, że tam nie wolno się w ogóle modlić. Nawet krzyża nie wolno powiesić na ścianie, bo będzie widać przez okno – i już jest Pan przestępcą.

P.L.: A co, jeśli w obrębie tych 150 metrów byłby kościół?

W.C.: Zburzyć – bo te przepisy to jest kult szatana. Nawet jeżeli kościół był tam wcześniej, na przykład od XVIII wieku. Ta ustawa nie jest przemyślana. Zaznaczam, to nie jest spójna, logiczna koncepcja. Chodzi o zastraszenie.

P.L.: Moją uwagę przykuwa fakt, że brytyjski parlament przyjął te rozwiązania przytłaczającą większością głosów. Mówimy o miejscach, w których zabija się dzieci – i choćby z tego powodu taka większość to coś wstrząsającego. Jest jednak jeszcze aspekt praktyczny. Przepisy są przecież absurdalne: nie da się ich zrealizować, bo należałoby w zasadzie całkowicie zakazać życia religijnego wokół takich miejsc, w tym życia „wewnętrznego”, myślnego, które jest z natury ukryte i niewidzialne.

W.C.: Spodziewam się, że po cichu biją temu brawo muzułmanie, w Londynie bardzo liczni. Cieszą się, że trochę się usunie chrześcijan. Gwarantuję Panu, że muzułmanom nikt nie zabroni się modlić tam, gdzie chcą. Gdyby blisko takiej mordowni przyszedł imam, to policjant zrobi sobie patrol w innym miejscu. Ta ustawa jest skierowana przeciwko chrześcijaństwu. Nie musi być logiczna ani sensowna, ma po prostu uderzać. To będzie rodzić męczenników. Kościół wiele razy w swojej historii ocalał tylko dlatego, że byli męczennicy. Nasze modlitwy byłyby mniej skuteczne, gdyby nie oni. Krew męczenników powoduje, że Pan Bóg jest bardziej łaskawy.

P.L.: Pierwszy raz tak to przedstawił Tertulian, teolog z przełomu II i III wieku. Mówił, że krew męczenników jest zasiewem nowych chrześcijan. To jak z rzucaniem ziarna – dzięki męczennikom Kościół po prostu rośnie.

W.C.: Dał nam przykład sam Pan Jezus, jak zwyciężać mamy. Umarł męczeńsko na krzyżu, przelewając krew, która nas odkupiła. Dlatego musimy zawsze znajdować męczenników, w każdym kryzysie i w każdym czasie. Gdybyśmy mieli w Polsce odważnych księży, takich jak kardynał Stefan Wyszyński, to łatwiej byłoby nam znieść czas pandemii. Księża mogli się postawić. Jeżeli władza chce wyganiać z kościoła, to niech wygania – nam nie wolno! Musieliby być gotowi na męczeństwo. Pogodzić się z tym, że w razie czego pójdą siedzieć – ale nie zamkną kościoła, bo mają obowiązek udzielać sakramentów. Wystarczyłaby gotowość do takiego małego męczeństwa: przecież tu nie zapadały wyroki śmierci, tylko kary finansowe lub ewentualnie więzienie. Taka odwaga pozwoliłaby ocalić Kościół w pandemii przed upadkiem. Tymczasem odwagi zabrakło, do upadku doszło i coraz mniej ludzi chodzi do kościoła. Kardynał Wyszyński postąpił inaczej. Poszedł na męczeństwo. Nie wiedział, co z nim zrobią. To były czasy stalinowskie, mogli mu wpakować kulkę w tył głowy. Godził się z tym, że zginie śmiercią męczeńską. Wcześniej mieliśmy ojca Maksymiliana Kolbe, który poszedł do bunkra śmierci z pełną świadomością tego, co go czeka. Był męczennikiem, uratował jedno życie. Zasiew z tego był jednak o wiele większy, na wiele lat do przodu. Kolejny przykład to ksiądz Jerzy Popiełuszko. Wielu ludzi wróciło dzięki niemu do Kościoła. Na jego mszy pogrzebowej był milion ludzi. To są przykłady męczenników! Gdyby w Anglii pojawili się męczennicy, którzy w imię wolności obywatelskich i swobód religijnych nie poddadzą się przepisom i zaczną modlić się pod kliniką aborcyjną, godząc się z więzieniem – to Kościół zacząłby rosnąć, a sam przepis trzeba byłoby zlikwidować. Męczenników jednak nie ma.

P.L.: Męczenników nie ma, a w naszej zwariowanej epoce, w której Joe Biden fetuje wszystkie możliwe szaleństwa, naprawdę by się przydali.

Styczeń 2025

Wojciech Cejrowski: Mam wrażenie, że dziennikarze nie będą mogli nadążyć za Trumpem. Przez cztery lata nikt się nie wyśpi. Tuż po zaprzysiężeniu Donald Trump podpisał dwieście dekretów! Od razu zrealizował całą masę obietnic wyborczych. Te dekrety musiały być wcześniej przygotowane. Trump miał cały sztab ludzi, który na to pracował. Jeszcze nie zaczął urzędować, a już zrobił robotę.

Paweł Lisicki: Wreszcie widzę sprawczość. Ludzie wybierają polityków po to, żeby coś zrobili. Zwykle jednak nic nie robią. Tak jest w Europie: wielkie głosowania, oczekiwanie zmiany, a później wszystko po staremu. Niby chcą, ale albo nie wychodzą im przygotowania, albo muszą zawrzeć kompromis. Efekt jest ten sam, ostatecznie nic się nie udaje. Donald Trump pokazuje, że można inaczej. Przedstawił obietnice, został wybrany – i realizuje to, co zapowiedział.

W.C.: Takie też było przemówienie inauguracyjne Trumpa. Przedstawił konkretną agendę rzeczy do wykonania i ludzie są przekonani, że rzeczywiście to zrobi. Niech Pan dla odmiany pokaże w Polsce kogokolwiek, kto spodziewa się, że kandydat w wyborach zrealizuje po ewentualnym zwycięstwie swoje zapowiedzi. Nikogo takiego Pan nie znajdzie, bo my nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Coś takiego jak zrealizowana obietnica w Polsce nie występuje.

P.L.: To prawda, politycy zabili wiarę w ich szczerość.

W.C.: Zdarza się, że polityk zrealizuje jakąś obietnicę wyborczą, ale zwykle tylko w ograniczonym zakresie. Mówi, że chciał zrobić tak, jak zapowiadał, ale się, prawda, nie dało… Politycy gadają, że zrobią, ale nie zastanawiają się jak. Zaprosiłem do swojej kajuty Sławomira Mentzena, który ubiegał się o urząd prezydencki. Zapunktował, bo dokładnie przeczytał, jakie prezydent ma uprawnienia. Zorientował się, że o niektórych rzeczach nie powinien mówić, bo i tak nie może tego zrealizować. Inni niestety nie mają tej świadomości albo takich oporów. Siada taki na stołku i myśli: „O cholera, naobiecywałem ludziom różnych rzeczy, ale nie mam tego jak zrobić. Obiecałem im 500+, ale nie ma pieniędzy” – i tak dalej. W przypadku Donalda Trumpa jest zupełnie inaczej. Dokładnie wyliczył, co może zrobić. W Stanach Zjednoczonych jest oczywiście tak, że dekrety prezydenckie można dość łatwo odwrócić. Następny prezydent ma swobodę ich skreślenia. Trump zresztą też z tego skorzystał – skreślił 78 dekretów Joe Bidena, bardzo szkodliwych dla Ameryki. To dotyczyło między innymi Zielonego Ładu.

P.L.: Zielony Ład przydałoby się skreślić również w Polsce…

W.C.: Polacy już protestują przeciwko tym wszystkim restrykcjom. Mają dosyć, bo to jest coś, co rozumieją – Zielony Ład po prostu dotyka ich codzienności. Tak też było w Ameryce. Joe Biden wprowadził Zielony Ład kilkoma dekretami, ale nie utrwalił tego w Kongresie. Dekret jest w USA prawem tymczasowym, można go zmienić jednym podpisem. Dla prezydenta to wygodne, jeżeli chce coś szybko zrobić: podpisał i dla jego urzędników to jest świętość, od razu muszą wykonać. Jeżeli to ma być jednak stałe prawo, to prezydent musi iść na Kapitol i poprosić Kongres, żeby to utrwalili. Dekret to element władzy wykonawczej, ale władzę ustawodawczą ma Kongres. Prezydent może w ramach inicjatywy zaproponować jakąś ustawę i Kongres albo to przeprowadzi, albo nie. Skreślenie 78 dekretów Bidena przez Trumpa to jest realizacja obietnicy wyborczej. Oprócz Zielonego Ładu Trump odrzucił też wszystkie te idiotyzmy, które Pan nazywa genderyzmem.

P.L.: No, ja nie jestem autorem tego pojęcia.

W.C.: W naszych rozmowach tak Pan mówi.

P.L.: Tak się przyjęło to określać. W tej kwestii Donald Trump rzeczywiście dokonuje zmiany. Za prezydentury Joe Bidena ideologia gender była nieomal oficjalną ideologią państwa. Tymczasem w przemówieniu inauguracyjnym prezydent USA ogłosił, że istnieją tylko dwie płcie! Pomyślałem: „Na Boga, wreszcie wraca rozum i normalność! Wreszcie wraca zdrowy rozsądek. To koniec szaleństwa”.

W.C.: Fraza „zdrowy rozsądek” też padła w tym przemówieniu. Bo rzeczywiście wcześniej mieliśmy do czynienia z szaleńcami. Donald Trump tak nie określił swojego poprzednika, ale wobec jego ludzi padło wiele bardzo ostrych słów. Biden tego wszystkiego słuchał, a przynajmniej był na miejscu – bo jak zwykle przysypiał w swoich pieluszkach. Obok niego byli jednak autorzy wszystkich szaleństw. Genderyzm zniszczył na przykład sport kobiecy. Student college’u wie, że za dobre wyniki w zawodach pływackich są stypendia sportowe. Jest jednak kiepskim pływakiem. Dlatego idzie do dziekanatu i oświadcza, że jest dziewczyną. Tak poczuł i już, ma do tego prawo, bo tak mówi genderyzm! W związku z tym zostaje przepisany do żeńskiej drużyny i tam nagle ma dobre wyniki. Inny zboczeniec może sobie wymyślić, że jest wprawdzie bogaty, więc jemu stypendium niepotrzebne, ale chętnie popatrzy sobie na dziewczyny w szatni i pod prysznicem. Więc ogłasza, że jest kobietą i wchodzi do damskiej przebieralni. Dziewczyny w ręcznikach chowają się po szafach, a ten się śmieje. Takie rzeczy zostały przez Trumpa zlikwidowane.

P.L.: Trump zlikwidował w sprawie gender jeszcze jedną rzecz. Przypomniał, do czego służy wojsko. Armia to nie jest organizacja, która ma promować transpłciowe szaleństwa. Tęczowe wariactwo nie powinno mieć żadnego wstępu do wojska, bo wojsko musi odstraszać przeciwników. Trump podkreślił, że jego celem jest uniknąć nowych wojen – ale żeby ten cel zrealizować, to trzeba mieć armię, która wzbudza prawdziwy strach. Jak przeciwnicy USA mają bać się wojska, które lata tęczowym helikopterem? A taki helikopter załatwił dla wojska właśnie Joe Biden. Wprowadzał też do wojska regularnych genderowych politruków.

W.C.: To wszystko już wyjechało, zakończone jednym podpisem. Z dnia na dzień skończył się cyrk, w którym faceci przebierali się za baby i zostawali generałami. Teraz tacy ludzie zamiast do armii pójdą tam, gdzie ich miejsce, czyli do psychiatry. Mają się liczyć umiejętności, zresztą nie tylko w wojsku, bo to jest szerszy problem. Na przykład w pożarnictwie w Kalifornii pozatrudniali na głównych stanowiskach jakieś lesbijki. Chcieli wypełnić standardy, które sami wprowadzili w ramach swojego szaleństwa. Żeby to zrobić, musieli zwolnić doświadczonych facetów. Tymczasem kiedy wybuchły wielkie pożary, te kobiety po prostu sobie nie poradziły. Nie wiedziały, co mają robić. Parytet w kategorii „lesbijki” kosztował Kalifornię wymierne straty. Strażak musi być silny: gość z nadwagą na czwartym piętrze padł nieprzytomny i trzeba go znieść. Tego nie załatwi lesbijka. Tak samo jest w wojsku: trzeba wziąć kolegę na plecy i wynieść z linii frontu. Natury się nie oszuka: nieważne, ile by trenowała, Gośka nigdy nie wyćwiczy takich mięśni, jakie ma jej kolega Rysiek.

P.L.: Bardzo istotne jest to, że Trump otwarcie odwołuje się do Boga. W swoim przemówieniu mówił, że ocalał cudem – dlatego że ma coś do zrobienia. Patrzy zatem na swój urząd jako na instrument w rękach Opatrzności.

W.C.: Tak, Trump uważa, że Bóg ocalił go przed kulą w czoło, żeby teraz on mógł ocalić Amerykę. Mówił o tym otwartym tekstem, zresztą nie pierwszy już raz. Dobrze, że tego nie unika. Przecież jego przemówienia inauguracyjnego słuchał cały świat.

P.L.: Warto to porównać z wystąpieniami polskich i europejskich przywódców. Kiedy słyszą słowo „Bóg”, to ze strachu uciekają od razu do kąta…

W.C.: Czyli to są diabły, proszę Pana. Takie zachowanie świadczy, że mają jakiś kompleks. Boją się Boga, bo są w porozumieniu z szatanem. Rachunek jest prosty. Gdyby Pan wierzył na przykład w krasnale, to ja bym w ogóle się o to nie czepiał. Co mnie to obchodzi? Mam to gdzieś, bo ja w krasnale nie wierzę. Uważam, że nie istnieją, więc się ich nie boję. Jeżeli jednak Rafał Trzaskowski zdejmuje krzyże ze ścian, to znaczy, że jemu moja wiara w krzyż przeszkadza. Skoro mu przeszkadza, to oznacza, że on też wierzy, że krzyż to jest prawda – tylko że nie chce się z Bogiem zgodzić. Przecież gdyby Trzaskowski uważał, że ten facet na krzyżu to jakaś tam wątpliwa postać, może nawet niehistoryczna, to dlaczego miałby coś robić? Doszedłby do wniosku, że chrześcijanie mogą sobie wierzyć w swoje gusła, to nie jego sprawa. A jednak mu to przeszkadza; reaguje nerwowo, kiedy słyszy o Bogu, tak samo jak podobni mu politycy. Wniosek jest prosty: oni wierzą w Boga, tylko współpracują ze stroną przeciwną. Wiara chrześcijańska Donalda Trumpa była kiedyś płytka. Po zamachu zrobiła się jednak głębsza. Trump rozumie, że Bóg z jakiegoś powodu go ocalił – śmierć minęła go o kilka milimetrów.

P.L.: Decyzje Trumpa są w efekcie swoistą fangą w nos wymierzoną światowemu i amerykańskiemu lewactwu.

W.C.: Ja bym tak tego nie określił. Ludzie zagłosowali na Trumpa, bo zapowiedział powrót zdrowego rozsądku, czyli koniec chorego szaleństwa. To nie jest prawicowy czy lewicowy program, to jest po prostu normalność. On nie dał prztyczka w nos światowej lewicy, tylko odsunął od władzy bandę szaleńców. Kiedy starej babci jest zimno w tyłek, bo władza wprowadza Zielony Ład, to nie ma to żadnych barw politycznych. Ona po prostu marznie.

P.L.: Trump wycofał Stany Zjednoczone z Porozumienia paryskiego, które demonizuje emisję dwutlenku węgla. Pokazał prawdziwą siłę charakteru, bo powiedział „stop” narracji, zgodnie z którą Ziemia szybko nagrzewa się wskutek działalności człowieka.

W.C.: Chińczycy i tak budują nowe kopalnie węglowe. To drugie mocarstwo na kuli ziemskiej, a kopią, jak trzeba.

P.L.: Tyle że w Chinach udają, że jest inaczej. Robią to, co Pan powiedział, ale publicznie twierdzą, że wprowadzają różne zielone rozwiązania. Polski premier powiedział kiedyś, że klimatyzm to jest religia w Unii Europejskiej, w związku z tym on nie może mu się sprzeciwić. Donald Trump też wie, że to jest religia czy właściwie sekta, ale jednak potrafił się sprzeciwić. Na tym polega prawdziwa polityka. Wrażenie zrobił na mnie jeszcze jeden element przemówienia Trumpa, a mianowicie to, jak mocno podkreślał znaczenie wolności. Nowy prezydent mówił, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by nie było tak jak za czasów Joe Bidena, kiedy ludziom odbierano swobody, uniemożliwiano wygłaszanie własnych opinii i tak dalej. Dotyczy to także pandemii. Trump ogłosił, że przywraca do służby wszystkich, których zawieszono ze względu na sprzeciw wobec restrykcji związanych z COVID-19. Ci, którzy wykazali się siłą charakteru i odpornością na dziką propagandę Big Pharmy, wrócą w aureoli zwycięzców. To jest coś pięknego.

W.C.: Wśród wojskowych były wiwaty, bo ich koledzy z osiągnięciami na polu chwały wrócą do służby – i to na takich zasadach, by zrekompensować im utracony czas, w tym niezdobyte gwiazdki czy awanse.

P.L.: Tego wszystkiego słucha się jak jakiejś bajki, w której człowiek przechodzi próbę. Wszystko traci – ale na końcu zostaje doceniony i odzyskuje to, co mu odebrano. Wydawałoby się, że w prawdziwym życiu to się nie zdarza – a tu proszę bardzo! Trump zafundował nam powrót do klasycznej idei sprawiedliwości. Przetrwałeś, nie ugiąłeś się – zostaniesz wynagrodzony.

W.C.: Przeszliśmy w Ameryce przez strasznie ciemną dolinę. Cztery lata Bidena były jak w piosence Kaczmarskiego: rzeka drąży wąwóz, a jego ściany zamykają się nad naszymi głowami. Tak właśnie było. Okropny, czarny okres. Z Białego Domu wychodziły coraz gorsze dokumenty. Człowiek się dowiadywał, że musi pozbyć się swojego sprawdzonego, taniego pick-upa, bo będzie musiał za kilka lat kupić nowy, elektryczny samochód. W Europie ten wąwóz cały czas się pogłębia i zamyka, nie ma żadnego światła. W Ameryce się udało, być może dlatego, że system polityczny na to pozwala. W 2015 roku Donald Trump wszedł do wyścigu o prezydenturę spoza Partii Republikańskiej. Zjechał po swoich schodach w złotym budynku i ogłosił, że będzie kandydować. W Ameryce nie trzeba się nigdzie zapisywać, wystarczy oświadczenie woli. Dzięki temu można wedrzeć się do partii i ją przejąć, jeżeli zdobędzie się poparcie. Na początku establishment partyjny był przeciwko Trumpowi, ale Trump pokazał, że warto na niego postawić. Przecież Marco Rubio, który został teraz sekretarzem stanu, był jego kontrkandydatem, kłócili się w debatach o różne rzeczy. Teraz razem pracują. W Polsce takie rzeczy są niemożliwe.

P.L.: Trump jest silny, bo ma za sobą ludzi. Z kolei ludzie mają za sobą rzeczywistość. W Polsce i Europie lud nie może się przebić. Ilekroć wyłoni w wyborach swoich przedstawicieli, ci go zdradzają. Ledwie tylko obejmują władzę, okazuje się, że z obietnic wyborczych nici: tego się nie da, tamtego nie wolno, tu zmieniły się warunki. Politycy wygłaszają jałowe przemówienia, bo muszą ukrywać swoją bezsilność. Trump może mówić wprost, bo jego strategia jest jednoznaczna: wszystko, co robi, ma służyć interesowi państwa i narodu.

W.C.: Kategoria narodu jest kluczowa. Trump często mówi, że robi coś dla Amerykanów. Wie, że państwo to jest twór stworzony przez ludzi dla ludzi. Schodzi na niższy poziom niż politycy w Polsce, którzy często robią coś dla państwa, a raczej dla systemu. Chodzi im o to, żeby system dalej działał. Nie zastanawiają się, jak to wpłynie na życie obywateli. Trump nie interesuje się systemem samym w sobie, schodzi niżej, jego zajmuje naród. Jeżeli państwo działa sprawnie, ale krzywdzi obywatela, to trzeba ten fragment państwa zlikwidować. Tak właśnie będzie teraz w Ameryce, bo Trump zapowiedział likwidację wielu ustaw. Obiecał, że jeżeli wprowadzi jeden nowy przepis, to usunie dziesięć innych. W pierwszej kadencji to było 1 : 2. Jeżeli wprowadzał jedną regulację prawną, która utrudnia życie obywatelom, to w zamian skreślał dwie inne, tak żeby to życie ułatwić. Priorytetem Trumpa jest to, żeby Amerykanom lepiej się żyło. Mają lepiej zarabiać, a dzięki temu poprawi się stan całego państwa. Taka to jest filozofia.

P.L.: Kiedy Donald Tusk zapowiada jakieś działania, to na końcu jest zawsze jeden cel: wzmocnienie Europy. Mówi o tym jasno, jakby to było ważne samo w sobie. Ja bardzo przepraszam, ale co mnie obchodzi wzmacnianie Europy? Najważniejszym zadaniem polskiego polityka jest wzmocnienie polskiego państwa i troska o polskich obywateli. Tymczasem Tusk zachowuje się tak, jakby to w ogóle nie było ważne, bo jedyne, co się liczy, to Europa. To wskazuje na kompletne oderwanie Tuska i ludzi jego pokroju od ludu, który ich wybrał. Politycy mają psi obowiązek reprezentować naród, tymczasem zostają przejęci albo po prostu przekupieni przez elity, którym później służą. Wielkość Donalda Trumpa polega na tym, że jest prawdziwym trybunem ludowym, autentycznym reprezentantem narodu.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Karta redakcyjna

COPYRIGHT © by Wojciech CejrowskiCOPYRIGHT © by Paweł LisickiCOPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026

WYDANIE I

ISBN 978-83-8375-308-9

Kod produktu: 4000696

Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska

REDAKCJAPaweł Chmielewski

KOREKTARadosław Miśkiewicz

PROJEKT OKŁADKISzymon Wójciak

W PROJEKCIE WYKORZYSTANO CYTAT Z OBRAZUPaolo Uccello – Święty Jerzy i smok, utwór w domenie publicznej

SKŁAD WERSJI [email protected]

PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]

DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/

WYDAWCARobert Łakuta

MARKETINGLuiza Kwiatkowska Urszula Słonecka

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]

Tył okładki