Antyspołeczny - Pettigrew Nick - ebook + książka

Antyspołeczny ebook

Pettigrew Nick

4,1

Opis

„Jestem pracownikiem do spraw zachowań antyspołecznych. Jeśli się ze mną spotykasz, to znaczy, że coś w twoim życiu poszło nie tak”.

Przez dziesięć lat Nick Pettigrew był „antyspołecznym” (ASBO, anti-social behaviour officer). Funkcja ta – w Wielkiej Brytanii na porządku dziennym – nie ma w Polsce swojego odpowiednika.

Zadaniem antyspołecznego jest troska o to, by lokalna społeczność żyła w harmonii i zadowoleniu. Innymi słowy: żeby ludzie przynajmniej nie skakali sobie do gardeł. To trudny kawałek chleba. Wystarczająco trudny, gdy w twoim rewirze nic szczególnego się nie dzieje. Kiedy jednak stają ci na drodze obsesyjni zbieracze, marzące o sławie niedoszłe dżokejki, wyluzowani właściciele melin narkotykowych i skłonni do pieniactwa handlarze bronią, może rozpętać się istny chaos.

Antyspołeczny to nie tylko błyskotliwa diagnoza współczesnego społeczeństwa. To przede wszystkim niesamowicie zabawna i chwytająca za serce opowieść o pracy z ludźmi, o których większość wolałaby zapomnieć, i o rozwiązywaniu problemów, z którymi mało kto chciałby się mierzyć. Ta książka sprawi, że będziesz się śmiać, płakać i kipieć ze złości… i to czasami naraz, czytając jedno zdanie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (16 ocen)
7
5
3
1
0
Sortuj według:
bpawelski

Dobrze spędzony czas

Książka obrazuje problemy społeczne, na które władza i społeczeństwo zwracają zbyt mało uwagi w życiu codziennym.
00
Dotmagia

Dobrze spędzony czas

Humorystyczna książka, choć najczęściej jest to czarny humor, a śmiech przebija przez łzy, o zdecydowanie nie śmiesznych problemach. Widziana z perspektywy ASBO (anti-​social be­ha­vio­ur of­fi­cer) – pracow­nika ds. za­cho­wań an­ty­spo­łecz­nych, ta część społeczeństwa brytyjskiego, której jakoś - z najczęściej, niemniej jednak nie zawsze, zawinionych przyczyn, nie wiedzie się w życiu najlepiej. Narkomani, alkoholicy, psychicznie chorzy, społecznie nieprzystosowani, drobni dilerzy narkotykowi, bezradni imigranci, zapomniani przez system samotni emeryci, nieradzące sobie z życiem wielodzietne rodziny. Oni wszyscy istnieją gdzieś na obrzeżach "normalnego" społeczeństwa. Na Wyspach zajmuje się nimi ASBO, w Polsce te sprawy prowadzi chyba MOPS. Oni byli, są i będą. Jeżeli jednak ktoś chciałby poznać o tym, że wszędzie i wiecznie brakuje dla instytucji zajmujących się tymi "antyspołecznymi" środków, że politycy działają na pokaz, a z wielką pompą promowane programy społeczne są najczęśc...
00

Popularność




Dla Squibb – uwielbiam Twoje sajgonki

Tytuł oryginału Anti-Social. The Secret Diary of an Anti-Social Behaviour Officer

Copyright © Baby Rocket Ltd, 2020

First published in the United Kingdom by Century in 2020

Century20 Vauxhall Bridge RoadLondon SW1V 2SA

Century is part of the Penguin Random House group of companies whose addresses can be found at global.penguinrandomhouse.com

Niniejsza książka to literatura faktu, w której autor opisuje swoje życie, doświadczenia i wspomnienia. Nazwiska osób, nazwy miejsc, daty, kolejność i niektóre szczegóły wydarzeń zostały zmienione, by chronić prywatność wspomnianych tu osób.

PrzekładIwona Michałowska-Gabrych, Patrycja Zarawska

RedakcjaDominika Rychel

KorektaPracownia 12A

Adaptacja okładkiTomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this editionInsignis Media, Kraków 2021Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-66873-20-9

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Od autora

Pisałem tę książkę, gdy słowo „korona” kojarzyło się raczej z marką piwa niż z wirusem, który dotrze do każdego zakątka naszej planety. Nawet teraz, kiedy kreślę te zdania, wciąż nie wiemy, w jaki sposób koronawirus na dłuższą metę zmieni nasz świat.

Optymistyczna część mnie (która wbrew wszystkiemu, co obecnie się dzieje, nie chce zamilknąć) uważa, że będą to zmiany na lepsze. Może zaczniemy trochę bardziej doceniać opiekę społeczną albo przywrócimy należną pozycję systemowi ochrony zdrowia. Mam nadzieję, że przestaniemy postrzegać nisko opłacane zawody jako mało wartościowe i uświadomimy sobie, że istnieje coś takiego jak społeczeństwo. A nawet jeśli skończy się tylko na tym, że ludzie będą myć ręce po skorzystaniu z toalety, to też już coś.

Niezależnie od tego, w jaki sposób wirus zmieni świat, kwintesencja ludzkiej natury pozostanie taka sama i z pewnością zachowanie niektórych z nas będzie obciążeniem dla innych, a skoro tak, to potrzebne będą osoby wykonujące taką pracę jak ja. W niebie się nie przydamy, w piekle na naszą interwencję jest za późno, ale pomiędzy nimi wciąż musimy robić swoje.

Wszystko, co przeczytacie w tej książce, jest prawdą. Albo przydarzyło się mnie, albo usłyszałem o tym od kogoś, z kim współpracuję. Moja praca nie wymaga upiększeń. Gdybym zaczął koloryzować, byłoby to jak popijanie ketaminy red bullem albo rysowanie na błyskawicy sportowych pasów, jakimi niekiedy oznacza się samochody wyścigowe. Sami rozumiecie, że to bez sensu. Pewne dane, imiona i nazwiska zostały zmienione, by zapobiec identyfikacji niewinnych i winnych, jak również tych, którzy zarzekają się, że nie zawinili, choć z całą pewnością jest inaczej.

Prolog

Jestem pracownikiem do spraw zachowań antyspołecznych*. Jeśli się ze mną spotykasz, to znaczy, że coś w twoim życiu poszło nie tak. Dzień w dzień ludzie przychodzą do mnie z takimi sprawami:

„Nie chcę dłużej słuchać słowa »cipa« wykrzykiwanego raz za razem o trzeciej nad ranem noc w noc. Chyba nie żądam zbyt wiele?”.

Być może osoba mieszkająca nad tobą zatruwa ci życie swoim umiłowaniem kokainy, towarzystwa nieznajomych i bliżej nieokreślonego typu muzyki tanecznej. Mawiają, że narkotyki pomogły stworzyć niektóre z najwspanialszych muzycznych dzieł, jakie kiedykolwiek powstały, ale muszę dodać, że ich nadużywanie owocuje najgorszym gustem muzycznym, jaki można sobie wyobrazić. Nie zdarzyło mi się jeszcze dostać zgłoszenia, że ktoś o nieludzkiej porze słucha na cały regulator Nicka Drake’a.

Nie każdy ze stoickim spokojem przyjmuje okrzyki: „Bachory do piachu!”, dobiegające zza drzwi sąsiada, który (w odróżnieniu od rodziny z czwórką dzieci piętro niżej) mieszka sam. Albo może ktoś czuje się z lekka urażony, gdy nazywają go „pakistańską pizdą”. Moje obserwacje wskazują, że po pewnym czasie takie epitety odrobinę dają się we znaki.

„Nie możecie mnie eksmitować, mam astmę!”

Z drugiej strony przyczyną, dla której twoje życie przypomina bicie pracownika socjalnego po głowie scenariuszem serialu EastEnders, możesz być… ty sam. W dzisiejszych czasach odpowiedzialność nie cieszy się szczególną estymą. „Bądź odpowiedzialny” brzmi mniej więcej jak: „Do licha ciężkiego, weźże podnieś tę dupę z kanapy i idź do fryzjera!”. Czasem jednak trzeba unieść ręce i powiedzieć: „Dobra, przegiąłem”. Na przykład kiedyś policja zatrzymała jednego z naszych najbardziej kłopotliwych mieszkańców, który gonił sąsiada po ulicy, wymachując wokół głowy całym układem wydechowym samochodu niczym jakiś steampunkowy Darth Vader. „Taaa, wyobrażam sobie, jak to mogło wyglądać” – powiedział na widok mundurowych.

Jeśli sąsiedzi zgłaszają, że zalewasz im mieszkanie, a hydraulicy po włamaniu się do twojego lokum znajdują tam w pełni funkcjonalną hydroponiczną uprawę konopi i ani śladu człowieka, trudno zrzucać winę na przesadne zamiłowanie do przedsiębiorczości. Jeśli pobijesz niepełnosprawną osobę do tego stopnia, że straci wzrok w jednym oku, i powiesz, że to była zwykła sprzeczka, która wymknęła się spod kontroli, raczej nie zaskarbisz sobie sympatii. I lepiej, żebyś nie sikał z balkonu na podwórze i nie wmawiał mi, że to deszcz.

„Próbowaliśmy naprawdę wszystkiego, żeby tę osobę wykurzyć. Może pan ma jakiś pomysł?”

Albo może jesteś pracownikiem socjalnym, psychiatrą, strażakiem, hyclem czy nawet duchownym i trafiłeś na sąsiada, który stanowi prawdziwe utrapienie dla wszystkich wokół. Może nie umiesz sobie z nim poradzić, a może nie chcesz robić tego sam – kogo więc wzywasz? Biorąc pod uwagę fakt, że Pogromcy Duchów nie istnieją, pozostaję ja albo ktoś podobny.

Zachowania antyspołeczne są jak pornografia: trudno je zdefiniować, ale łatwo rozpoznać. Parlament próbował je uściślić za pomocą kilku aktów prawnych, czasem bardziej, czasem mniej trafnie.

Jak więc definiujemy zachowania antyspołeczne? Najnowsze ujęcie mówi o:

a) zachowaniach, których skutkiem było lub mogło być nękanie, zaniepokojenie lub zestresowanie drugiej osoby

b) zachowaniach potencjalnie wywołujących dyskomfort lub irytację jakiejkolwiek osoby w miejscu jej zamieszkania

c) zachowaniach wywołujących dyskomfort lub irytację kogokolwiek mieszkającego na danym obszarze.

Może się w tym zawierać wszystko: począwszy od przechowywania własnego moczu w kartonach po mleku po wysmarowanie fekaliami skrzynki na listy gejowskiej pary, bo komuś się nie podoba, że ma sąsiadów gejów.

Podwaliny pod to, co większość ludzi rozumie dziś jako zachowania antyspołeczne (ASB), położyła Crime and Disorder Act(Ustawa o przestępstwach i zakłóceniach porządku) z roku 1998. Była to próba umieszczenia wszystkich rodzajów zachowań, które dają w kość, lecz nie spełniają definicji przestępstwa, w jednym akcie prawnym. Dzięki tej ustawie powstały Anti-Social Behaviour Orders (Postanowienia dotyczące zachowań antyspołecznych) – bardzo medialne rozwiązanie prawne, które już nie istnieje, lecz ku irytacji każdego pracownika do spraw ASB w tym kraju ludzie wciąż się do niego odwołują. To trochę tak, jakbyśmy na serio dyskutowali o zagrożeniach ze strony sterowców albo upierali się, że w lokalnym sklepie Our Price wciąż można kupić płyty odtwarzające muzykę z prędkością siedemdziesięciu ośmiu obrotów na minutę.

Prawdę mówiąc, ustawa z roku 1998 była potwornie chaotyczna. Wprowadziła taki bałagan, że mające wdrażać jej postanowienia sądy magistrackie często nie wiedziały, co robić, i dała zbyt wielu organom zbyt wiele nieokreślonej władzy, podczas gdy w rzeczywistości potrzebna była tylko jedna wielka legislacyjna rózga z napisem „DOŚĆ!”.

Ale gdyby nie ta ustawa, nie robiłbym tego, co robię. Precyzowała ona bowiem, że każdy samorząd lokalny lub właściciel mieszkań socjalnych (organizacja charytatywna wynajmująca potrzebującym tanie mieszkania) musi mieć procedury postępowania w przypadku zachowań antyspołecznych (lokalne władze uwielbiają tworzyć procedury, bo to znacznie łatwiejsze niż robienie czegoś konkretnego). Tworzono zatem procedury udekorowane schematami blokowymi, deklaracjami misji i kluczowymi wskaźnikami efektywności, które w gruncie rzeczy sprowadzały się do zdania: „Pozostawiamy to w gestii ASBO”. Tym sposobem na przełomie tysiącleci, znudzony odbieraniem telefonów w administracji mieszkań socjalnych (odpowiadanie setki razy dziennie na pytania mieszkańców, jakie mają saldo na rachunku czynszowym, zamawianie fachowców do zatkanej ubikacji czy cieknącego dachu może się z czasem znudzić) postanowiłem zostać pracownikiem do spraw zachowań antyspołecznych.

Wytrwałem w tej pracy, przeżywając sukcesy i porażki, inwazję żab, rozpacz, wściekłość i zazdrość (oczywiście mam na myśli zazdrość moich przyjaciół, którzy skończyli studia w tym samym czasie co ja, a teraz wykonują zawody trudne do zdefiniowania w mediach i rzadko wiążące się z tym, że jakiś ćpun rzyga im na buty. Nie licząc, rzecz jasna, tych, którzy zostali dziennikarzami muzycznymi).

Ta książka opowiada o jednym roku mojej pracy: pracy, której poświęciłem kilkanaście lat życia i dzięki której granice mojej cierpliwości, współczucia oraz wytrzymałości psychicznej znacznie się przesunęły. Mam nadzieję, że po lekturze wyrobicie sobie pewne pojęcie o tym, jak działa maszyneria pilnująca porządku społecznego: tu coś odłupiemy, tam coś załatamy i będziemy trzymać kciuki, żeby nie wybuchło nam w twarz.

Jak chyba wszyscy mieszkańcy starożytnej Grecji, urodzony w 495 roku p.n.e. Zenon z Elei był filozofem. Stworzył serię paradoksów przypominających pytania, które na ogół spodziewasz się usłyszeć o drugiej w nocy od kogoś, kto przez cały wieczór palił zioło. W jednym z nich mowa o tym, że strzała wypuszczona w stronę celu przemierza połowę odległości do niego. Potem połowę pozostałej odległości. Potem połowę pozostałej i tak dalej. Według tej teorii strzała nigdy nie osiągnie celu. Dzisiaj żyjemy w podobnym paradoksie – paradoksie zaciskania pasa. Jeśli zmniejszysz finansowanie o połowę i robota wciąż się kręci, z pewnością możesz je zmniejszyć jeszcze o połowę, a potem o kolejną? Ludzie jednak nie mogą się rozdwoić, a kiedy nie masz do dyspozycji nikogo, kto mógłby wykonać potrzebną pracę – zatroszczyć się o starszych, uzależnionych czy chorych psychicznie – zadanie to spada na całą społeczność. A nie każdy ma warunki, by temu podołać.

Niniejsza książka przedstawia wyłącznie perspektywę jednej osoby. Nie napiszę, że mam na wszystko receptę, bo nie jestem felietonistą z gazety. Nie zamierzam udawać, że nie patrzę przez pryzmat własnego pochodzenia i poglądów społeczno-politycznych. Mogę natomiast zapewnić, że wszystkie moje opinie wykuły się w trakcie piętnastoletniej pracy z najwrażliwszymi warstwami społeczeństwa. Chciałbym mieć nadzieję, że daje mi to nieco większy wgląd w sytuację, niż mogłaby dać prywatna edukacja, studia na Oksfordzie lub Cambridge i błyskawiczna kariera w parlamencie. Mogę się z wami założyć o każde pieniądze, że nigdy nie zobaczycie mnie w programie Question Time, jak żądam przywrócenia kary śmierci za śmiecenie.

Na kartach tej książki relacjonuję rok, w ciągu którego przyglądałem się swojej pracy wnikliwiej niż kiedykolwiek przedtem i myślałem o wpływie, jaki ona na mnie wywiera. Czy jestem z natury człowiekiem posępnym i cynicznym, o poczuciu humoru gorzkim jak tania kawa, czy stałem się taki przez to, czym się zajmuję? Czy naprawdę pomagam ludziom, czy też robię tylko tyle, żeby nie podpaść przełożonym? Czy chcę pewnego dnia nagle się zorientować, że osiągnąłem wiek średni i wciąż tkwię w robocie, która każdego dnia wykańcza mnie psychicznie? Czy naprawdę chcę być zmuszony do zaczynania wszystkiego od nowa, kiedy każdego ranka będą mnie bolały stawy, a do czytania będę musiał używać okularów?

Jeśli nawet pod koniec książki nie odpowiem sobie na żadne z powyższych pytań, odpowiem przynajmniej na jedno: „Czy ja naprawdę chcę to dalej robić?”.

* W dalszej części książki używamy czasem skrótu ASBO (od anti-social behaviour officer). ASB to zachowania antyspołeczne (anti-social behaviour). Słowniczek skrótów zamieszczamy na końcu książki (przyp. tłum.).

Styczeń

Hasło: Stres101

Lek: sertralina 50 mg

2 stycznia

„Ona znowu tu jest! Oblewa nasz dom wodą i gapi nam się w okna. Błagam, niech pan coś zrobi!”

Jak zwykle po przerwie świątecznej, gdy wracam do biura, zastaję górę wiadomości od ludzi, którzy do nikogo innego nie mogą się zwrócić z problemami dotyczącymi kłopotliwych sąsiadów: imprez, awantur, odkurzania w środku nocy czy hałaśliwego seksu. Dzień jak co dzień.

Ten przypadek jednak się wyróżnia, bo teoretycznie mógłby być rozwiązany. Carla powinna teraz umierać w szpitalu, a Rachel czuć z tego powodu ulgę.

Rodzina Rachel to typowa „komórka społeczna” z dużego miasta: kobieta, mężczyzna i dwoje dzieci. Mąż Rachel jest słaby z angielskiego, za to oboje są silni w swojej chrześcijańskiej wierze. Wiodą spokojne życie w domu, który jest dla nich zdecydowanie za mały. Należą do ludzi, którzy zwracają się do administracji jedynie wtedy, gdy zostaną doprowadzeni do ostateczności.

W zeszłym roku Rachel skontaktowała się ze mną w sprawie sąsiadki, która coraz bardziej dawała się we znaki jej domownikom. Carla obrzucała ich wyzwiskami, wciskała do skrzynki listy z pogróżkami, opowiadała innym sąsiadom obrzydliwe kłamstwa, dobijała się do drzwi i okien domu Rachel. Dzieci coraz bardziej się jej bały. Jedno z nich zaczęło się moczyć w nocy, drugie nie chciało chodzić do szkoły w obawie przed spotkaniem „złej pani”.

Carla rzeczywiście była „złą panią”, ale w świecie zachowań antyspołecznych istnieją różne odcienie zła. Z całą pewnością złe było zachowanie Carli. Z całą pewnością trzeba było temu złu zaradzić, a potem wyciągnąć konsekwencje. Ale to nie wszystko.

Przypadek Carli przypomina grę w jengę, tyle że funkcję klocków pełnią skomplikowane czynniki medyczne i psychiatryczne. Gdy mamy do czynienia z tak złożoną sprawą, odruchowo pragniemy umyć od niej ręce. Niestety ja nie mam tej możliwości, bo zajmowanie się podobnymi przypadkami należy do moich zadań i gdybym próbował się wymigać, z pewnością znalazłbym się w ogniu pytań. Ciekawe, na którym etapie tej historii poddasz się ty, drogi czytelniku…

Urodzona w Ameryce Południowej Carla niezbyt dobrze radzi sobie z angielskim: zna tylko podstawy i woli, żeby ktoś pisał jej wiadomości na kartce, zamiast mówić. Gdybyś zobaczył ją na ulicy, obawiałbyś się nie jej, tylko tego, że może ją zdmuchnąć najlżejszy wiaterek. Jest drobniutka i przez cały czas wygląda, jakby lada chwila miała się przewrócić. Sprawiała wrażenie kogoś, kto próbuje zajmować jak najmniej miejsca.

Wciąż to czytasz?

Ma problemy z poruszaniem się i częściowo sparaliżowaną jedną stronę ciała, więc chodzi o lasce (tej samej, której kilkakrotnie użyła do walenia w drzwi sąsiadów). Wszystko to razem wzięte przyczyniło się do depresji.

Mam pisać dalej?

Zdiagnozowaną u Carli depresję tłumaczy również fakt, że z powodu niewydolności społecznej odebrano jej dziecko zaraz po urodzeniu, a następnie oddano je do adopcji. Osoby, które odwiedzały ją w domu, mówiły, że w pokoju gościnnym ma zaścielone dziecięce łóżeczko, oczekujące na chwilę, gdy Carla odzyska pieczę nad swoim maluchem, którego w rzeczywistości nigdy już nie miała zobaczyć.

Wiem, wiem.

Prawdopodobnie stąd wzięła się jej niechęć do wszystkich osób reprezentujących władzę – pracowników socjalnych, lekarza rodzinnego, każdego, kto próbował jej pomóc. „Pomoc” stała się dla niej synonimem odebrania dziecka.

A na domiar złego w głowie Carli, niczym zaciśnięta plutonowa pięść, rozrastał się nieuleczalny guz napierający na części mózgu odpowiedzialne za radzenie sobie z gniewem, kontrolę impulsów, wzrok, słuch i zdolności ruchowe, czego skutkiem była postępująca dezorientacja. Gdy krótko po wykryciu guza Carla zaszła w ciążę, polecono jej dokonać aborcji, ponieważ guz w głowie karmił się tymi samymi hormonami, których płód potrzebował do rozwoju. Zmierzała ku śmierci, tracąc po drodze kontrolę nad swoim życiem.

Zmuszona do wyboru między urodzeniem dziecka a leczeniem, wybrała to pierwsze. Wskutek tej dramatycznej decyzji stała się kobietą niepełnosprawną ruchowo, zagubioną, głuchą, wściekłą, przepełnioną bólem (wspominałem już o chronicznym bólu?), a ostatecznie i tak bezdzietną.

Taką właśnie osobę byłem zmuszony zatrzymać za złamanie postanowienia sądowego i skierować z powrotem przed oblicze sądu. Istniało poważne ryzyko, że guz uciskający jej mózg może ją skłonić do zrobienia czegoś, czego skutki będą nieodwracalne. Sąsiadka nie miała już siły. Poddały się również – wskutek tradycyjnego połączenia biurokracji, niewykorzystanych okazji, apatii i wiecznego niedofinansowania – lokalne instytucje pomocowe.

W końcu nie pozostało nic innego, jak zająć się sprawą, która spędzała mi sen z powiek – czyli wnieść pozew do sądu magistrackiego, nawet jeśli oznaczało to, że będę musiał zwiększyć sobie wieczorną dawkę piwa na uspokojenie.

Gdy po raz piąty w ciągu trzech tygodni Carlę zatrzymano za złamanie postanowienia sądu, policjant, który miał ją umieścić w areszcie, powiedział: „Nie wrobicie mnie w to”. Takie zachowanie zwykle jest po trosze skutkiem troski o aresztowaną osobę, a po trosze chęcią zredukowania liczby raportów, które musisz napisać, gdy ktoś wyzionie ducha w twojej celi.

W sprawie zdrowia psychicznego Carli miałem swoje zdanie, ale oczywiście nie posiadało ono wartości medycznej ani prawnej. Mogłem jedynie poprosić, żeby zdiagnozował ją ktoś wykwalifikowany. Jeśli cię aresztują, a policja uważa, że potrzebujesz pilnej pomocy lekarskiej lub psychiatrycznej, zawożą cię w „bezpieczne miejsce”, w którym możesz ją otrzymać. W przypadku Carli tym miejscem był pobliski oddział psychiatryczny*. Nie rokowała dobrze i prognozowano, że prosto stamtąd trafi do hospicjum. Była kobietą po czterdziestce ważącą jakieś czterdzieści pięć kilo, tragicznie nieszczęśliwą i śmiertelnie chorą.

A jednak wróciła do domu i teraz wrzeszczała na upiory w swojej głowie, próbując je wyegzorcyzmować i urządzając sąsiadce piekło na ziemi. Sterana życiem, umierająca, rozbita umysłowo kobieta kontra przerażona i wykończona rodzina, niewydolny system wsparcia i prawo pozbawione procedur pozwalających na rozwiązywanie takich spraw.

A w środku tego wszystkiego ja – i wszystkie oczy wpatrzone we mnie w poszukiwaniu wyjścia, którego nie ma. 2 stycznia, godzina dziewiąta piętnaście. Szczęśliwego Nowego Roku!

4 stycznia

Od miesięcy w naszej ekipie są dwa wakaty. W końcu dostaję wiadomość, że w poniedziałek dołączy do nas nowy człowiek, Simon. Nasz zespół stanowi część większej organizacji, która – podobnie jak inne lokalne samorządy oraz Arms’ Length Management Organizations czy Registered Social Landlords – wynajmuje potrzebującym tanie lokale. Jako „antyspołeczni” mamy pod swoim nadzorem wiele takich lokali – każdy z nas opiekuje się około 3 tysiącami – brak dwóch pracowników daje się nam więc we znaki i staramy się jak najszybciej ich kimś zastąpić.

Niestety praktycznie każdy, kto potrafi wykonywać tę pracę, wykonuje ją już gdzie indziej. To, co robimy, wymaga tak specyficznych umiejętności, że znalezienie kogoś o podobnym doświadczeniu i przeszkolenie go jest zadaniem wyjątkowo niewdzięcznym i na ogół się nie udaje.

Pytam szefa o tego Simona.

– Wcześniej tego nie robił, ale jest dobry w spisywaniu zeznań, więc powinien się szybko wdrożyć.

Witaj na pokładzie, Simonie.

7 stycznia

Ludzie żywią uzasadnione obawy o to, że ich dane mogą zostać wykorzystane w niecnych celach, zwłaszcza gdy chodzi o dane wrażliwe. Jeśli jednak obawiają się przekazywania danych przez policję innym organizacjom, to bezpodstawnie, bo ta jest wyjątkowo powściągliwa. To z przyzwyczajenia. Choć współpraca między policją a właścicielami nieruchomości trwa ponad piętnaście lat, policjanci wciąż traktują każdego, kto nie nosi pałki, jako potencjalnie podejrzanego. Do pewnego stopnia to zrozumiałe. Niektóre informacje, którymi się z nami dzielą, rzeczywiście mogłyby być bardzo przydatne dla niewłaściwych osób.

Na przykład z kilkutygodniowym wyprzedzeniem wiedziałem, że policja szykuje nalot na pewien lokal w poszukiwaniu narkotyków i broni. Szybki telefon do odpowiednich ludzi i poradzenie im, żeby wyczyścili strych przed piątą rano w następny piątek, uratowałyby ich towar wart tysiące funtów oraz pomógł ich zaufanym pracownikom dalej wykonywać robotę, zamiast użerać się z sądem.

Skłamałbym, gdybym napisał, że czasem mnie to nie kusi. Kto nie chciałby dzięki jednemu trzydziestosekundowemu telefonowi wykupić dwutygodniowych wakacji w miejscu bez betonu i ćpunów? Za cynk dilerzy hojnie sypnęliby groszem. Nie robię tego jednak – z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że to niemoralne oraz że mógłbym zostać namierzony. Pomijam fakt, że każdy szanujący się diler wydobyłby te informacje z pulchnego cywila w średnim wieku za friko metodą siłową.

Otrzymane od policji dane mógłbym też wykorzystać na wiele innych sposobów. Na przykład podać jakiemuś w gorącej wodzie kąpanemu lokalsowi adres mieszkającej w sąsiedztwie osoby skazanej w przeszłości za przestępstwa na tle seksualnym. Albo poinformować przemocowego partnera, gdzie obecnie mieszka jego przerażona eks z dziećmi. Na pewno jest na osiedlu ktoś, kto chętnie by się dowiedział, którzy z sąsiadów mają za sobą próby samobójcze, biją dzieci albo biorą metadon. Kombinacja dostępu do plotkarskich informacji i chęci podzielenia się nimi z typami spod ciemnej gwiazdy sprawia, że nie jesteś właściwą osobą do wykonywania naszej roboty.

Mieszkańcy zawsze się boją, że ktoś mógłby się dowiedzieć o ich rozmowach ze mną. W miarę upływu lat wypracowałem sobie takie zapewnienie, które chyba działa: „Jeśli powiesz mi coś w zaufaniu, a ja to zaufanie zawiodę, zwolnią mnie. I słusznie. Więc tego nie zrobię, bo z czego bym wtedy spłacał kredyt?”. Nasi najemcy nie mają powodu, żeby mi ufać, i nie winię ich za to, ale jeśli powiesz komuś, że za niewłaściwe wykonywanie swojej pracy zostaniesz zwolniony, zwykle wierzy.

W zeszłym roku mieliśmy pewien przypadek, który doskonale ilustruje trudności z wydobywaniem informacji. Chodzi o akcję pod nazwą Operacja Polska, przeprowadzoną przez policję przeciwko okolicznym dilerom. Na osiedlach, nad którymi sprawuję pieczę, nie ma problemu z narkotykami… tak jak w Atlantyku nie ma problemu z wodą. Są wszędzie. Ludzie, którzy biorą, ludzie, którzy muszą przestępować nad ich bezwładnymi ciałami w drodze do pracy, związana z narkotykami drobna przestępczość, policjanci tracący cenny czas na zajmowanie się nią, rzygi i siki, które trzeba sprzątnąć, dilerzy w wynajętych autach zaparkowanych w ciemnych zaułkach. Wyobrażanie sobie mojej pracy w miejscu, z którego zniknęły narkotyki, jest jak wyobrażanie sobie, że ze świata zniknął kolor czerwony.

Wymyślono więc Operację Polska, by pogrozić palcem szalejącej między wieżowcami kokainowo-heroinowej zawiei. Szczegóły operacji mogą pomóc w rozwianiu pewnych mitów na temat „problemu narkotykowego” – czegoś, co może być wam obce, jeśli mieszkacie w przyjemniejszym miejscu.

Operacja Polska ujawniła następującą strukturę: system jest zarządzany z samochodów dostarczających towar użytkownikom. Każdy samochód wspierają dwie osoby na rowerach, znajdujące się na samym dnie łańcucha pokarmowego i przeważnie najmłodsze. Zaczyna się zwykle we wczesnym wieku nastoletnim, kiedy masz dużo energii, żeby kursować na rowerze, a nie masz jeszcze kartoteki w policji, więc jeśli cię złapią, nie pójdziesz siedzieć. Zresztą złapanie nie stanowi problemu, bo rowerzyści nigdy nie wożą ze sobą pieniędzy ani towaru. Ich rolą jest spędzanie kupców – niczym nerwowych, katatonicznych owiec – w umówione miejsca. Mogą zarobić pięćdziesiąt funtów dziennie, co dla trzynastolatka jest całkiem zacną sumą.

W dwóch autach (prawie zawsze wynajętych, co nie pozwala policji zidentyfikować kierowców na podstawie tablic rejestracyjnych, za to daje kierowcy okazję do pokazania się w nowym audi zamiast w odrapanej corsie matki) krąży sześciu dilerów ulicznych. W ciągu ośmiogodzinnej zmiany zarobią sto pięćdziesiąt funtów. Kierowca prowadzi, pasażer na przednim siedzeniu wydaje towar, a uzbrojony typ z tyłu pilnuje forsy.

Ta ośmioosobowa ekipa (złożona wyłącznie z mężczyzn – w handlu narkotykami wciąż nie uświadczysz równości) posługuje się jednym numerem telefonu komórkowego. Operatorzy telefoniczni w swojej mądrości założyli na naszych osiedlach „terminale” – smukłe monolity z ekranami LCD pokazującymi w kółko filmik z wesołymi, atrakcyjnymi ludźmi robiącymi wesołe, atrakcyjne rzeczy – oferujące darmowe wi-fi, pozwalające naładować komórkę, wyszukiwać lokalne firmy i co najważniejsze, wykonywać darmowe trzydziestosekundowe połączenia telefoniczne. Terminale te szybko stały się obiektami kultu okolicznych ćpunów, którzy stłoczeni w sześć lub więcej osób wokół rozmówcy trzymającego zapisany na kartce numer telefonu czekają na informację, dokąd mają się udać.

Gdy już miejsce zostanie ujawnione, rowerzyści naganiają zbłąkanych i pilnują, żeby nikt się nie zniecierpliwił i nie poszedł szukać towaru gdzie indziej. Kojarzysz to uczucie, kiedy w piątkowy wieczór czekasz przy barze na swojego pierwszego drinka? Pomnóż to przez 4741 i dodaj wrzody na nogach.

W końcu przyjeżdża samochód (w autach siedzą zwykle ci nieco starsi i bardziej zaufani dilerzy, liczący od osiemnastu do dwudziestu paru lat). Chłopcy pospiesznie wydają towar, parkując bezczelnie na środku drogi. Po co się kryć? Kto ich powstrzyma, skoro robią to wszędzie?

Podczas jednego przystanku odbywa się do tuzina transakcji, zwykle na zasadzie „jeden plus jeden” (porcja cracku, porcja heroiny, bo kto nie lubi popić piwa czymś mocniejszym?) za dwadzieścia funtów. Narkotyki zapakowane są w plastikowe owijki oznaczone kolorami: czerwono-biała oznacza heroinę, a niebiesko-biała – crack. Maleńkie pakunki przechodzą z ust dilera do ust ćpuna: nawet gdyby ze schowka na rękawiczki wyskoczył nagle jakiś policyjny ninja, dowód przestępstwa zostałby połknięty, nim gliniarz zdążyłby go przechwycić. Ćpun nawet nie odczuje skutków takiej „bezpośredniej wymiany”, a diler dopiero później będzie się martwił, że połknął towar.

W ciągu niecałych dwóch minut można dokonać kilkunastu transakcji. Potem auto przemieszcza się w inne miejsce i dokonuje kolejnych. Średnio licząc, odbywają się one co pięć do dziesięciu minut przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Specjalista z branży usługowej potwierdziłby, że handlarze robią wszystko, jak trzeba: sprzedają klientowi to, czego chce, sami mu to przywożą i są dostępni o każdej porze. Porady „Pokrój klienta na plasterki za to, że zmarnował twój czas, nie mając dość forsy” stosować jednak nie polecam.

Pamiętacie, że cały ten handel odbywa się poprzez jeden numer telefonu? Na wszystkich osiedlach, na których działali dilerzy, policjanci w ramach Operacji Polska znaleźli dowody na istnienie ośmiu takich numerów, nadzorowanych przez dwóch dilerów mających bazę w pobliskim mieszkaniu. Tych dwóch zaopatrywał z kolei hurtowo diler średniego szczebla. Gdy w końcu go ujęto, w jego domu znaleziono dziewięćdziesiąt pięć kilo czystej kokainy. Jeśli ktoś ma problem z wyobrażeniem sobie takiej wagi, może to przeliczyć na dziewięćdziesiąt pięć opakowań mąki albo na jednego dorosłego guźca. W latach osiemdziesiątych Hollywood mogłoby dzięki temu funkcjonować przez jakieś sześć minut.

Dzięki Operacji Polska przez cztery miesiące monitorowano wszystkie połączenia wykonywane na te numery. Każdy z telefonów codziennie odbierał średnio 200 połączeń od klientów. Dilerzy zarabiali na tym biznesie ponad 2 miliony funtów rocznie (minus to, co wydali na pensje podwykonawców, towar, prawników, wynajem aut, kije baseballowe itd.). Jeśli sądzicie, że to duża suma, przypomnę, że mowa o jednym telefonie. Osiem telefonów dawało roczny przychód w wysokości 16 milionów funtów brutto dla dwóch ludzi znajdujących się zaledwie na drugim szczeblu dilerskiej drabinki.

Dziwne, że ktoś w ogóle pyta: „Dlaczego ludzie zostają dilerami?”, zamiast: „Dlaczego ktoś nie miałby zostać dilerem?”.

Wracając do Operacji Polska: opracowano plan, podstawieni gliniarze w cywilu kupili próbki, zrobiono naloty na mieszkania, aresztowano ludzi, prokuratura postawiła zarzuty i winnych skazano. Chłopcy z samochodów dostali średnio po dwa lata (niektórzy w zawieszeniu), a dilerzy średniego szczebla – około czterech. Według obecnych wytycznych najprawdopodobniej odsiedzą połowę z tego.

Żadnemu policjantowi oczywiście do głowy nie przyszło, żeby o czymkolwiek powiedzieć właścicielowi terenu, na którym działało ponad dwudziestu aresztowanych dilerów – mimo faktu, że moim zadaniem było pilnować, aby rewir był wolny od, hmmm, narkotyków i broni. Mimo faktu, że miałem prawo eksmitować rodziny, które o wszystkim wiedziały i milczały. Mimo faktu, że jeden z dilerów kilka lat temu wykupił mieszkanie swojej matki (położone w moim rewirze) za 315 tysięcy funtów w gotówce. Mimo wszystkich sposobów, w jakie mógłbym wesprzeć pracę policji, wykorzystując istniejące od lat możliwości prawne, policja uznała, że nie należy mnie wtajemniczać.

Widzicie? Oni naprawdę nie lubią się dzielić informacjami.

9 stycznia

Szesnaście godzin (czternaście, jeśli odliczyć dwie przerwy na lunch, które starałem się spędzić jak najdalej od niego) zajęło Simonowi wyprowadzenie mnie z równowagi w każdy możliwy sposób. Jest w tym naprawdę dobry. Nie żuje gumy z otwartymi ustami, produkując odgłosy ślimaka robiącego pompki jak Irene, z którą niegdyś pracowałem; nie zamęcza mnie teoriami spiskowymi jak dozorca o imieniu Nigel, który wie, kto naprawdę rządzi ONZ-etem (podpowiadam: Żydzi).

Nie – Simon tylko ze złowrogo dobrodusznym uśmiechem à la Dolores Umbridge sugeruje, że nie znam się na swojej robocie, i próbuje mi „pomóc”. Potrafi zmarnować godzinę mojego czasu na wypytywanie mnie, jak działają kamery monitoringu i co z tym wszystkim mają wspólnego lokalne władze, rozwiązania prawne i tak dalej. Jest tu nowy i nie spodziewałem się po nim, że będzie to wszystko wiedział, ale gdyby kompletny żółtodziób zajrzał chirurgowi przez ramię i zapytał: „Czy to naprawdę musi tak krwawić?”, można sobie wyobrazić, że chirurg lekko by się zdenerwował.

No i jeszcze sprawa materiałów biurowych.

W oczekiwaniu na to, aż przydzielimy mu prawdziwe zadanie, Simon – niczym zakonnica czekająca na otwarcie sanktuarium w Lourdes – obsesyjnie zainteresował się komodą z materiałami biurowymi (z jakiegoś powodu jedyną rzeczą, na jaką lokalne władze zawsze znajdują pieniądze, są materiały biurowe). Przez większość czasu spędzonego dotąd w pracy porządkuje segregatory, koszulki, karteczki, różnokolorowe długopisy, zszywacze (owszem, w liczbie mnogiej). Boję się, że jeśli dam mu wydruk z telefonami kontaktowymi do wszystkich członków zespołu, wkrótce na moim biurku pojawi się jego laminowana wersja z nadrukiem jednorożca.

10 stycznia

Raul ma niewiele ponad trzydziestkę, ale życiorys całkiem bogaty: przestępstwa z użyciem broni palnej, rabunki, zakłócanie porządku publicznego, narkotyki. Sporo, naprawdę sporo przestępstw narkotykowych. Większość aresztowanych dilerów łączą dwie cechy: głupota i lenistwo. Ich zatrzymanie nie jest skutkiem wyrafinowanych operacji policyjnych z udziałem działających w wielkiej konspiracji detektywów i supernowoczesnych technik monitorujących, tylko przejechania na czerwonym świetle drogim autem z wypożyczalni w towarzystwie dwóch kumpli, puszczania hałaśliwej muzyki, trzymania maczety w bagażniku i czterdziestu działek kokainy w schowku na rękawiczki. Codziennie przyjmują w mieszkaniu osiemdziesięciu gości i dziwią się, że sąsiadom coś się nie spodobało.

Dilerzy najwyraźniej nie są świadomi, że zioło cuchnie, więc jeśli trzymasz w salonie wypełnioną nim poszewkę na poduszkę, może je wyczuć każdy gliniarz przechodzący obok twoich drzwi. Moja żona jest fanką kuchennych gadżetów i sprawiła sobie sous-vide – wanienkę do gotowania potraw przez dwanaście godzin w zamkniętej próżniowo torebce. (Jej uzależnienie od sprzętu kuchennego zaowocowało podejściem eliminacyjnym: nowe urządzenie może zagościć w naszym domu jedynie wtedy, gdy inne z niego wylatuje). Zgrzewarkę próżniową i sto woreczków można kupić za niecałe trzydzieści funtów. Gdyby spakować w ten sposób marihuanę, ludzki nos by jej nie wyczuł. Ale żaden diler (z tych, którzy dali się złapać) nie zrobi czegoś, co wymaga odrobiny wysiłku.

Nawiasem mówiąc, psy używane do wykrywania narkotyków mają niesamowite możliwości. Kiedyś podczas rewizji na osiedlu opiekun takiego czworonoga opowiedział mi dwie nieprawdopodobne historie. Raz podczas pewnego festiwalu pies wskazał plecak jednego z uczestników, to znaczy w zrozumiały dla opiekuna sposób wykazał nim zainteresowanie. Plecak przeszukano, lecz narkotyków nie znaleziono. Wtedy pies wskazał zaplombowane pudełeczko wosku do włosów. Po otwarciu wosk wydawał się nietknięty, gdy jednak ekipa dogrzebała się do dna pudełka, znalazła tam tuzin owiniętych w celofan tabletek ecstasy. Wyczynem jest już sam fakt, że psy potrafią coś wyczuć w festiwalowym smrodzie, a co dopiero coś takiego.

W drugim przypadku pies wskazał osobę stojącą w kolejce do nocnego klubu. Przeszukano ją i nic nie znaleziono, ale opiekuna tknęło i zapytał: „Miała pani towar przy sobie i połknęła, tak?”. Osłupiała kobieta się przyznała. Okazało się, że pies wyczuł obecność narkotyków wewnątrz niej.

Filmowcy mają obsesję na punkcie genialnych przestępców, ale przeciętny uliczny diler jest cienki jak barszcz. Tak było z Raulem. W październiku policja zrobiła mu nalot na mieszkanie i znalazła „królewskiego pokera”: telefony komórkowe, stertę małych woreczków strunowych (takich, jakie widuje się wyrzucone na chodnik; często widnieje na nich wizerunek konopnego listka) i więcej pieniędzy, niż ktoś pokroju Raula powinien widzieć w życiu, a do tego asortyment konopi, kokainy i „przyprawy” (niebędącej niczym smakowitym, tylko syntetycznym narkotykiem, po którym ludzie zmieniają się w żywe trupy).

Jako że według wszelkich znaków na niebie i ziemi wizyta nie powstrzymała Raula przed dalszym handlowaniem, pod koniec grudnia gliny zrobiły kolejny nalot. Facet był po trzydziestce i nigdy w życiu nie zakosztował legalnej pracy, za to kartotekę miał tak długą, że wymagała indeksu, więc raczej trudno było przypuszczać, że nagle postanowi rzucić biznes i zostać nauczycielem w podstawówce.

Gdy policjanci wyważyli drzwi, w domu był tylko współlokator Raula. Zatrzymali go i rozpoczęli przeszukanie mieszkania. W tym momencie wrócił Raul. Nie przejmując się tym, że przed blokiem stoi radiowóz, a drzwi mieszkania są wyważone, wszedł do salonu jak gdyby nigdy nic i natychmiast został aresztowany. Znaleziono przy nim telefon z tysiącem wiadomości związanych z narkotykami. Wszystko przez to, że nie miał dość rozumu, żeby odpowiednio ocenić sytuację i ominąć mieszkanie szerokim łukiem.

Przyjął to jednak z humorem. W radiowozie opowiadał policjantom, że kiedy już wyjdzie za kaucją, zaczai się przed komisariatem i obleje kwasem pierwszego gliniarza, jaki mu się nawinie. Jego obrońca musiał się bardzo ucieszyć, czytając o tym w dokumentacji.

Idę więc do bloku Raula, by sprawdzić, czy utrudniał życie sąsiadom. Sąsiedztwo dilerów na ogół bywa uciążliwe, a jeśli uda nam się dowieść, że sprawiał kłopoty, będziemy mieli w ręku więcej narzędzi prawnych, żeby się go pozbyć.

Przed drzwiami mieszkania piętro wyżej widzę stertę przesyłek pocztowych, a gdy się zbliżam, w nozdrza uderza mnie fetor kocich szczyn, zepsutego mięsa i landrynek owocowych, którego nie da się z niczym pomylić. Jeśli raz poczułeś odór ludzkich zwłok, nie zapomnisz go nigdy. Pierwszy raz przeżyłem to kilka lat wcześniej. Mieszkańcy zawiadomili nas, że od pewnego czasu nie widują starszego pana z sąsiedztwa, więc wraz z doświadczoną administratorką poszedłem sprawdzić, czy mężczyzna jest w domu. Koleżanka uchyliła klapkę otworu na listy, wciągnęła powietrze i powiedziała: „Trup”. Na widok zaskoczenia na mojej twarzy zachęciła mnie, żebym sam powąchał. I rzeczywiście, z mieszkania dobiegał zapach przywodzący na myśl kawał mięsa, który przez parę dni leżał w temperaturze pokojowej, z dodatkiem landrynkowego aromatu ketonów powstających podczas rozkładu.

Koleżanka zadzwoniła na policję, która ma prawo dostać się do mieszkania bez nakazu sądowego, jeśli zachodzą obawy o stan zdrowia mieszkańców. Przyjechał sierżant z nowicjuszem – świeżo upieczonym konstablem, którego dają do pomocy i nauki starszemu koledze. Od razu było widać, że dla niego to też pierwszy trup. Gdy wyszli z mieszkania i potwierdzili nasze obawy, chłopak był zielony jak papierówka.

Prawdziwa śmierć rzadko bywa piękna. Nasz lokator miał ponad siedemdziesiąt lat i długą historię problemów zdrowotnych. Policjanci znaleźli go zaklinowanego między łóżkiem a ścianą. Przypuszczali, że chciał w nocy pójść do ubikacji, dostał ataku serca i przewrócił się nieszczęśliwie głową w dół. Oceniali, że od chwili śmierci minęło kilka tygodni, a ponieważ było lato, zaczął trochę… przeciekać.

Wielu tak odchodzi: nie na szpitalnym łóżku z rękoma skrzyżowanymi na piersi i w otoczeniu najbliższych, lecz tyłkiem do góry w mieszkaniu komunalnym, z płynami ustrojowymi kapiącymi na podłogę i pryszczatym konstablem, który ze wszystkich sił stara się na to wszystko nie narzygać.

Stoję więc przed drzwiami, których – niespodzianka! – nikt nie otwiera. Muszę wrócić do biura i zajrzeć do bazy, by się dowiedzieć, że od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku mieszkanie zajmuje niejaki Albert, obecnie osiemdziesięcioletni, z historią problemów psychicznych, konsekwentnie odrzucający wszelką pomoc służb społecznych.

Dzwonię na policję i proszę o sprawdzenie, czy wszystko u niego w porządku. Po wyważeniu drzwi funkcjonariusze znajdują Alberta na podłodze salonu, zawiniętego w kołdrę. Doświadczony sierżant mówi mi, że mieszkanie przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Albert nie ma – a raczej nie miał – łóżka, bieżącej wody ani prądu. Pokoje zasłane są gratami i kocimi odchodami. Wszędzie, niczym w nawiedzonym domu z wesołego miasteczka, wiszą pajęczyny. Ponadto znajdujemy 12 tysięcy funtów w gotówce. Albert nie ma bliskiej rodziny, więc jeśli pod jakimś workiem odchodów nie znajdą testamentu, forsę przejmie rząd (który za życia Alberta niewiele dla niego zrobił).

Przyjeżdżają ludzie z fundacji Celia Hammond Animal Trust i zabierają dwa koty, by znaleźć im nowe domy. Podejrzewają jednak, że w domu może być więcej zwierzaków, które ukryły się na dźwięk wyważanych przez policję drzwi. Pytają, czy ktoś (czyli ja) nie mógłby pójść tam później jeszcze raz, zostawić jakiejś karmy i sprawdzić, czy zostanie zjedzona.

11 stycznia

Nazajutrz udaję się do mieszkania Alberta uzbrojony w butelkę wody, miskę i trochę kocich przysmaków. Wydaje się to głupie, ale czuję, że jedyne, co jeszcze mogę zrobić dla zmarłego, to zapewnić opiekę jego kotom.

Mieszkanie wygląda tak fatalnie, jak opisała je policja – gorzej niż jakakolwiek znana mi narkotykowa melina. Albert kochał zwierzęta i wojsko. Ściany wytapetował wyciętymi z gazet zdjęciami żołnierzy i labradorów. Mała choineczka w salonie jest jak cios w serce. Wołam: „Kici, kici”, i grzechoczę woreczkiem z karmą, żeby wywabić domniemane koty, ale nic się nie dzieje, więc zostawiam dużą miskę z wodą i stosik kocich ciasteczek z zamiarem ponownego zajrzenia do domu po weekendzie.

Zanim wyjdę, mój wzrok pada na pusty fragment podłogi w salonie, gdzie Albert dokonał żywota. Nigdy nie zapomnę, co usłyszałem od policjantów: „Sądzimy, że śmierć zastała go w chwili, gdy pisał kartki świąteczne do siebie od swoich kotów”.

Z odrobiną ulgi przyjmuję fakt, że tego samego dnia dostaję kolejne zadanie. Tym razem chodzi o kobietę po trzydziestce, która wielokrotnie zgłaszała gwałty, jest uzależniona od kokainy, niedawno została zatrzymana przez policję po tym, jak na ulicy okładała się po twarzy, a obecnie jest zmuszana do udostępniania swego mieszkania jako miejsca, w którym uzależnieni od heroiny mogą we względnym spokoju ją zażywać.

Normalka.

14 stycznia

Wracam do mieszkania Alberta. Na szczęście żaden kot się nie ujawnił. Tak czy owak, prosto stamtąd udaję się do domu, żeby wziąć prysznic, a ciuchy wrzucić do pralki. Niektórych zapachów trudno się pozbyć.

17 stycznia

Idę do lekarki, żeby mi zmieniła lek przeciwdepresyjny. Sertralina przestała działać. Nie będę już mógł sobie podśpiewywać: „Może to nie jego wina, że potrzebna sertralina”, ale wolę zrezygnować z przyśpiewki, niż cierpieć. Ponieważ odczuwam początki otępienia, które zwykle poprzedza poważny epizod choroby, postanawiamy sprawdzić, czy zadziała mirtazapina. Lekarka uprzedza mnie o możliwych skutkach ubocznych w postaci zwiększonego apetytu i wyrazistych snów.

21 stycznia

„Napij się, jeśli nigdy nie widziałeś fiuta nazistowskiego pedofila”.

Istnieje taka pijacka zabawa – bardziej popularna w Stanach (gdzie picie uważane jest za coś, co wymaga pretekstu) niż w Wielkiej Brytanii (gdzie przestaje się pić tylko wtedy, gdy bierze się antybiotyki lub śpi) – która polega na tym, że ktoś rzuca jakieś zdanie, a pozostali muszą kupić sobie drinka, jeśli to zdanie jest dla nich prawdziwe.

Jeśli na przykład siedzisz w gronie rugbistów i mówisz: „Napij się, jeśli nigdy nie wetknąłeś kumplowi czegoś do tyłka w ramach zakładu”, kolejka raczej nie uszczupli funduszy uczestników. Jedną z korzyści płynących z pracy „antyspołecznego” jest to, że dostarcza ci ona dość materiału do zabawy w „Jeśli nigdy”, żebyś przez całą grę nie musiał kupować alkoholu.

Rano dzwoni mój szef. Mam jechać do mieszkania, w którym policja aresztuje właśnie jednego z naszych lokatorów i chce, żebyśmy dopilnowali, by po jego zabraniu można było zabezpieczyć lokal. Jeśli lokator dostanie poważne zarzuty i będzie musiał pozostać w areszcie, mieszkanie może stać puste tygodniami, a nawet miesiącami. A nikt raczej nie chciałby mieszkać w sąsiedztwie gnijących resztek jedzenia, cieknących rur czy opuszczonego zwierzaka.

Na ogół takie telefony odbieram po nalocie policji na lokale dilerów, bo handel narkotykami nie idzie w parze z utrzymywaniem porządku. Uprawy konopi zwykle stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo z powodu by-passu w skrzynce bezpieczników, przeładowanych gniazdek i nieszczelnej aparatury hydroponicznej, bo właścicieli bardziej interesują konopie niż prawidłowe działanie instalacji elektrycznej.

Tym razem sytuacja była inna. Lokatora aresztowano za wysyłanie obraźliwych listów. Nie, jak początkowo myślałem, do kogoś z sąsiedztwa (ludzie wysyłają kwieciście obraźliwe wiadomości do sąsiadów z najdrobniejszych powodów, od szczekania psa po posiadanie działającej pralki), lecz do policji.

Przez „obraźliwe” rozumiem tu „pełne hitlerowskiej symboliki i antysemickich gróźb”, „nazywające konkretnych funkcjonariuszy pedofilami” i „drwiące z funkcjonariusza, który zginął w obronie parlamentu przed atakiem terrorystycznym”. A to już trochę więcej niż sprzeczka o rzucanie petów.

Faceta namierzono dzięki pobranym z listów próbkom DNA. Autorzy nienawistnych wiadomości nie wycinają skalpelem literek z gazet w rękawiczkach chirurgicznych i sterylnych kombinezonach jak w filmach. Rzadko bywają tak skrupulatni. Ten nawet lizał koperty, żeby je zakleić.

– Pobrali DNA z listów? – pytam szefa. – To chyba kosztowne?

– Owszem, ale te listy stawały się coraz gorsze i policja obawiała się, że gość przejdzie do czynów.

– Musieli już mieć jego DNA w bazie, skoro go zidentyfikowali.

– Mieli. Był notowany za przestępstwa na tle seksualnym.

– Nazistowski przestępca seksualny? Nieźle.

Na miejscu zastaję tuzin gliniarzy. Potwierdzają, że lokal jest mocno zagracony i dlatego musieli nas wezwać. Mieszkania obsesyjnych zbieraczy mogą być przyczyną wielu niedogodności sąsiedzkich, więc muszę przeszukać pomieszczenia na okoliczność odchodów gryzoni, gnijącej żywności, stert łatwopalnych śmieci i tak dalej. Największym problemem policjantów jest jednak w tej chwili to, żeby nazistowski przestępca seksualny nie wyzionął ducha. Kiedy bowiem otworzył drzwi i usłyszał, czego od niego chcą, stracił przytomność. Gdy masz siedemdziesiąt cztery lata, chorujesz na serce i figurujesz w rejestrze przestępców seksualnych, wieść o tym, że zabierają cię z powrotem do pierdla, może poważnie obciążyć twój układ nerwowy.

Ratownicy medyczni nie przestają go cucić. Nieważne, kim jest: jak zawsze podchodzą do swojej pracy bezstronnie i usiłują ratować każde życie. Policjanci tymczasem ubolewają nad tym, ile pracy będzie ich kosztować jego niegodziwy atak serca. Wszelkie obrażenia doznane podczas prób aresztowania trafiają pod lupę IOPC – Independent Office for Police Conduct, Niezależnego Biura do spraw Postępowania Policji. W przypadku zgonu zostanie przeprowadzone szczegółowe śledztwo. Jakkolwiek zakończy się akcja ratunkowa, każdy papierek związany z aresztowaniem będzie prześwietlony w celu zbadania, czy neonazistowskiego przestępcy seksualnego nie spotkała ze strony policji jakaś niesprawiedliwość.

Tymczasem ktoś zostawił potrzebny dokument na komisariacie. Niby drobiazg, ale wystarczy, by podważyć legalność aresztowania, zmieniając kłopotliwą sytuację w koszmar. Jeden z konstabli dostaje polecenie sprawdzenia, czy dokumentu nie ma w samochodzie (innymi słowy, musi go wytrzasnąć choćby spod ziemi, bo w przeciwnym razie spędzi następny rok na pogadankach dla dzieci o bezpieczeństwie drogowym).

– Plus jest taki, że będziecie mieli mieszkanie do wynajęcia – mówi mi na powitanie sierżant i się szczerzy.

– Spoko. Może oszczędzimy sobie remontu, żeby nie tracić czasu?

– Jasne. Niech pan powie chętnym, że mogą się wprowadzić w poniedziałek, jeśli nie przeszkadzają im swastyki na ścianach. Ciekawe, co oni na to.

Jest z nimi policjant z Ringfence, jednostki nadzorującej sprawców przestępstw z użyciem siły i przestępstw seksualnych – pilnującej na przykład, żeby ci nie wyskoczyli do Tajlandii na odprężające wakacje z miejscowymi dzieciakami albo nie wprowadzili się do mieszkania nad żłobkiem. Niewiele osób jest w stanie wykonywać taką pracę i ja też bym się na nią nie pisał.

Klient wciąż leży bez życia na galerii przed swoimi drzwiami, a ratownicy robią, co w ich mocy. Cokolwiek się stanie, z pewnością w najbliższym czasie nie będę tu potrzebny. Chwilę później policja potwierdza moje przypuszczenia, informując, że musi przetrząsnąć mieszkanie w poszukiwaniu nielegalnych lub niebezpiecznych materiałów. Nie pojawiłoby się tu tylu gliniarzy, gdyby nie obawa, że w lokalu znajdują się groźne dla zdrowia przedmioty, urządzenia własnej produkcji i tak dalej. Biorąc pod uwagę, ile gratów nagromadził lokator, nie mam co wracać wcześniej niż następnego ranka.

Idę piętro wyżej, żeby w spokoju zadzwonić do biura. Nie zorientowałem się, że budynek ma konstrukcję zigguratu: kiedy wychodzę na galerię, widzę w dole bladą, nagą postać naszego nieszczęsnego lokatora. Ratownicy musieli przeciąć jego ubranie, żeby zastosować defibrylację, sprawdzić, czy nie ma dodatkowych obrażeń, założyć wenflony i tak dalej.

Muszę napisać to bez ogródek: widzę jego fiuta.

Z każdym uciśnięciem klatki piersiowej fiut podskakuje. Trzydzieści podskoków, dwa oddechy, kolejnych trzydzieści podskoków. Podskok, podskok, podskok. Oddech. Podskok, podskok, podskok. I tak dalej.

Tego samego dnia dowiaduję się, że facet zmarł na miejscu dwie godziny po moim odejściu. Ratownicy bezskutecznie próbowali go ratować przez cztery godziny.

Mam więc kolejny pocisk do makabrycznej amunicji w grze w „Jeśli nigdy”: „Napij się, jeśli nigdy nie widziałeś fiuta nazistowskiego pedofila”. Tak naprawdę jednak ostatnio rzadko w to grywam. O ósmej wieczorem wszyscy są już nawaleni jak messerschmitty, a ja wracam do domu całkowicie trzeźwy.

Kiedy opowiadam swojej drugiej połówce, jak minął mi dzień, podsumowuje: „Uuuu… no cóż, jest już u Führera”.

Teraz rozumiecie, dlaczego się z nią związałem.

24 stycznia

Koleżanki prowadzącej sprawę nie ma w biurze, więc muszę w jej imieniu zadzwonić do osoby zgłaszającej problem. Podobno to pilne. Sprawa ciągnie się od ponad półrocza, wygenerowała tony papieru i wciąż ani o krok nie zbliżyła się do rozwiązania. Czytam cały wątek e-mailowy, żeby się zapoznać z kluczowymi elementami, po czym dzwonię do ofiary, by omówić strategię na najbliższy czas.

– Czy rozmawiam z panią V.?

– Tak.

– Tu Nick. Poproszono mnie o telefon do pani. Przeczytałem notatki ze sprawy. Mam przed sobą wyszczególnienie wszystkich wydarzeń z grudnia i stycznia. Niestety…

– Co niestety?

– Zazwyczaj nie traktujemy turlania przez dziecko szklanej kulki po podłodze jako zachowania antyspołecznego…

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dla tej pani niedopuszczalne było, że małe dziecko od czasu do czasu turla po podłodze salonu szklane kulki.

– A resztę pan czytał? O tym, jak ciągle upuszcza na podłogę samochodzik ciężarowy?

Czytałem.

– To już przesada. Ściany wibrują, lampy się kołyszą…

„Nie pytaj jej, jak duża jest ta zabawka” – powtarzam w duchu jak mantrę. „Nie pytaj…”

– To nas wykańcza.

To zawsze ich wykańcza. Gdy ktoś zgłasza zachowanie antyspołeczne, pewne jest, że usłyszysz trzy rzeczy:

1. Lekarz zdiagnozował u niego depresję (o dziwo, prawie nigdy nie ma zaświadczenia lekarskiego, leków ani informacji od psychiatry, że pacjent cierpi na cokolwiek więcej niż lekkie rozdrażnienie. Jako osoba żyjąca ponad dwadzieścia lat ze zdiagnozowaną depresją i leczona farmakologicznie uważam to za nieco obraźliwe: to tak, jakbyś uderzył się w palec u nogi i twierdził, że dostałeś porażenia kończyn dolnych).

2. Niektóre – jeśli nie wszystkie – mieszkające z nim osoby mają astmę. Wyobrażam sobie ten odgłos: jakby non stop odbywały się tam lekcje jogi dla marudnych grubasów. Nikt jednak nie potrafił mi wyczerpująco wytłumaczyć, co to ma wspólnego z faktem, że ich sąsiad do późnej nocy ogląda telewizję.

3. TO ICH WYKAŃCZA.

Herkulesowym wysiłkiem powstrzymuję się od powiedzenia pani V., żeby sobie te szklane kulki wsadziła w dupę (uważając przy tym, żeby ich nie wypierdzieć i nie zakłócić spokoju sąsiadów mieszkających poniżej). Umawiamy się, że moja koleżanka po powrocie do pracy zajmie się sprawą.

27 stycznia

Co do wspomnianych przez moją lekarkę wyrazistych snów, byłoby lepiej, gdyby na ulotce mirtazapiny napisano: „Uwaga! Może wywoływać sny wyglądające jak dzieła Christophera Nolana nagrane w ultra HD z muzyką Hansa Zimmera wyciskającego z orkiestry siódme poty”.

Do tego po lekach jestem poirytowany, a w pracy, w której nawet Gandhi byłby gotów powiedzieć Matce Teresie, żeby poszła się pieprzyć z kozą, nie jest to dobra rzecz. Może jednak powinienem pogadać z tą lekarką.

28 stycznia

Dzwoni gliniarz z Ringfence z informacjami na temat zmarłego lokatora. Równolegle do śledztwa w sprawie listów z pogróżkami ma biec śledztwo w sprawie śmierci, które wykaże, czy policjanci nie przekroczyli uprawnień.

Współpracowałem już kiedyś z tym policjantem przy innej sprawie. Nowy lokator, który sprawiał problemy sąsiadom, podczas jakiejś kłótni powiedział, że jest przestępcą na tle seksualnym. Jeśli chciał zyskać przewagę w dyskusji, był to chyba najdziwniejszy sposób, jaki można sobie wyobrazić…

Nie udzielono mi o nim informacji. Policja udziela ich tylko wtedy, gdy uzna to za konieczne, a w tym wypadku Ringfence ocenił, że tak nie jest. Nie poznałem zatem szczegółów, ale funkcjonariusz przydzielony do jego obserwacji podrzucił mi pewne wskazówki.

Kiedy ów lokator poskarżył się na stan mieszkania, które mu przydzieliliśmy („To nora!” – jęczał. „Mieszkałem w znacznie lepszych miejscach!”), policjant skomentował: „Według mnie to mieszkanie jest przyjemniejsze niż cela, w której spędził dwadzieścia lat”. W ten sposób, choć teoretycznie niczego nie zdradził, dał mi do zrozumienia, jak poważnego czynu dopuścił się lokator.

Teraz jednak, gdy ten spłacił już dług wobec społeczeństwa i mieszkał w administrowanym przeze mnie lokalu, miałem obowiązek traktować go uprzejmie i z szacunkiem, dokładając starań, by czuł się dobrze w swoim nowym domu, w którym nikt nie próbuje mu wkładać do jedzenia pokruszonego szkła ani pobić go na śmierć kostką mydła umieszczoną w skarpetce.

Wkrótce stało się jasne, dlaczego ujawnił swoją przeszłość. W taki sposób załatwiał sobie nowe lokum, gdy to, w którym mieszkał, mu się nie podobało. W ciągu dwóch lat, które upłynęły od jego wyjścia na wolność, rezydował już w trzecim. Wkurzał sąsiadów, mówił im, że jest pedofilem, informował swojego stróża z Ringfence, że sąsiedzi o wszystkim wiedzą, a potem czekał, aż resztą zajmie się system.

Udało mi się zachować profesjonalne podejście dzięki temu, że troszczyłem się o innych mieszkańców. Wrzucenie przez okno koktajlu Mołotowa byłoby zagrożeniem dla rodziny mieszkającej nad nim. Pobicie odwetowe w drodze z monopolowego groziłoby więzieniem niewinnemu skądinąd sąsiadowi. Napisałem więc raport, w którym stwierdzałem, że życie delikwenta jest zagrożone i że przychylam się do wniosku o przeniesienie go poza nasz rewir. Jakimś cudem czuję się w porządku z myślą, że robię tak w niemal dziewięćdziesięciu procentach przypadków.

31 stycznia

W towarzystwie osoby z CMHT (lokalnej organizacji do spraw zdrowia psychicznego) odwiedzam Candice, która w zeszłym roku rzuciła w sąsiadkę** rowerem i okładała ją pięściami. Po tym, jak policja zgłosiła sprawę do sądu, stosunki Candice z sąsiadami bynajmniej się nie poprawiły. Z pewnością nie pomogło to, że ilekroć sprawczyni widzi ojca ofiary, wyzywa go od „zasranego piździelca”, a mijając na ulicy samą ofiarę, pluje jej pod nogi.

Candice cierpi na psychozę i dziś odwiedzam ją w towarzystwie osoby z zespołu zdrowia psychicznego. Jeśli nie zetknęliście się w pracy z psychotykami, pewnie wyobrażacie sobie kogoś z maską na twarzy, przywiązanego do wózka i miotającego wyzwiska w stronę agentów FBI. Taki obrazek, jeśli w ogóle się zdarza, jest jednak bardzo rzadki. Psychoza Candice to wynik schizofrenii, na którą kobieta się leczy (a raczej nie leczy, wnioskując z pogorszenia się jej stanu). W jej przypadku „psychoza” oznacza po prostu, że pacjentka ma słabszy kontakt z rzeczywistością niż większość ludzi, nie znaczy natomiast automatycznie, że zaraz kogoś skrzywdzi.

Trudno to wytłumaczyć sąsiadom schizofreników, którzy mogli być świadkami ich epizodów psychotycznych. Zwłaszcza gdy w trakcie jednego z nich chora kopniakiem zrzuciła kogoś ze schodów. Sąd jednak uznał, że o ile Candice usiłowała zmasakrować sąsiadkę, o tyle jej poczytalność była tylko chwilowo ograniczona. Stwierdzono, że nowy zestaw leków zminimalizuje prawdopodobieństwo powtórki takiej sytuacji (o ile, na litość boską, w ogóle będzie je brała!).

W efekcie nie tylko sąd nie ukarał Candice za atak, ale i my nie mogliśmy podjąć działań przeciwko niej, ponieważ uznano, że w chwili ataku miała ograniczoną poczytalność. Wyobraź sobie, że musisz to tłumaczyć osobie o posiniaczonej i pokaleczonej twarzy oraz jej załamanej matce. Jeśli sądzisz, że poczułbyś się wtedy jak bezużyteczny śmieć, masz całkowitą rację.

Poprosiłem ofiarę, żeby dała mi znać, jeśli sąsiadka znów zacznie się ciskać. Od paru tygodni sprawiała kłopoty, więc odwiedziłem ją wraz z osobą z CMHT i uznaliśmy, że choć jest w stanie psychozy funkcjonalnej, nie stwarza wystarczającego zagrożenia dla siebie lub innych, by musiała być hospitalizowana. Najwyraźniej jej nieświadomość tego, co zrobiła, poczucie, że jest prześladowana przez wszystkich w bloku, i wielkie pragnienie zrealizowania w wieku czterdziestu pięciu lat marzenia o karierze dżokejki nie wystarczały, by uznać ją za dostatecznie chorą.

Ustaliliśmy, że biegły z zakresu zdrowia psychicznego będzie odwiedzać Candice co tydzień w oczekiwaniu na moment, gdy jej stan pogorszy się wystarczająco, by znów wymagała hospitalizacji (wnosząc z faktu, że nie była nawet w stanie pokazać nam żadnych leków, z całą pewnością ich nie brała).

Gdy już trafi na oddział i zostanie ustabilizowana, być może poprzez zastrzyk wolno uwalniającej się substancji antypsychotycznej (tak zwanego depotu), wyjdzie dopiero wtedy, gdy jej stan się poprawi (ona sama chce za wszelką cenę uniknąć szpitala, bo większość leków antypsychotycznych sprawia, że robisz się okrąglutka jak De Niro przygotowujący się do roli, co może pomieszać ci szyki, jeśli pragniesz zostać dżokejką).

Taki cykl najpewniej będzie się powtarzać w nieskończoność, póki Candice nie wyzionie ducha.

Nie była to najprzyjemniejsza wizyta, więc do biura wracam z uczuciem ulgi. Zastaję tam Simona, który pyta, czy wiem, jak zamówić czterootworowe dziurkacze. Nie przestaje przy tym pieczołowicie układać w kolorowych folderach dwóch wywiadów z lokatorami – jedynych, jakie przeprowadził, odkąd zaczął z nami pracować.