Ania z lechikich pól - Maria Dunin-Kozicka - ebook

Ania z lechikich pól ebook

Dunin-Kozicka Maria

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

„Ania z Lechickich Pól” Marii Dunin-Kozickiej to opowieść o losach jednej dziewczyny na tle burzliwych wydarzeń pierwszych dekad XX wieku. Towarzyszymy Ani od dzieciństwa, przez lata młodości, aż po dorosłość, obserwując jej dojrzewanie, pierwsze doświadczenia, rozstania i powroty oraz poszukiwanie własnego miejsca w świecie.

Życie Ani zostaje naznaczone historią, która wielokrotnie wystawia ją na ciężkie próby. Wojna, rewolucyjny chaos, utrata rodzinnego domu i rozłąka z najbliższymi sprawiają, że bohaterka musi wcześnie nauczyć się samodzielności i stawić czoło przeciwnościom losu. Mimo doświadczeń nie traci jednak wrażliwości, ciekawości świata i wiary w ludzi.

Kolejne tomy pokazują jej przemianę: od dziecka wychowanego w świecie kresowego dworu, przez młodą dziewczynę zdobywającą wykształcenie i poznającą życie, aż po dojrzałą kobietę, która sama podejmuje decyzje dotyczące swojej przyszłości. Na kartach powieści osobiste losy Ani splatają się z historią Polski i Europy, a motyw rodziny, pamięci, miłości i poszukiwania własnych korzeni powraca w coraz to nowych odsłonach.

„Ania z Lechickich Pól” to rozległa, wielopokoleniowa opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu, o utraconym świecie i próbie odnalezienia się w świecie, który nieustannie się zmienia. (AI)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 346

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Trzy części historii Ani z lechickich pól

Karta redakcyjna

O autorze

Błysk pierwszej miłości

W rodzinnym gnieździe

Malinki i dziadzio

Trzy części historii Ani z lechickich pól

Karta redakcyjna

Redaktor prowadząca: Donata Cieślik

Korekta: Krystyna Krajewska

Copyright © Wydawnictwo Czarno na białym, Warszawa 2026

Wydawnictwo Czarno na Białym sp. z o.o.

ul. 1 Sierpnia 28/48

02-134 Warszawa

[email protected]

Warszawa 2026

Koncepcja graficzna: Donata Cieślik

Ilustracja okładkowa; wygenerowana z AI

Skład, łamanie, konwersja: Dawid Szulik

ISBN: 978-83-68582-09-3

O autorze

(1877–1948)

polska powieściopisarka i nowelistka, z domu Izbicka. Urodziła się 12 października 1877 roku w Odessie, w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Kształciła się w Krakowie, m.in. na Wyższych Kursach Żeńskich Adriana Baranieckiego.

Około 1900 roku wyszła za mąż za Kaliksta Dunin-Kozickiego i zamieszkała w rodzinnym majątku męża, Lemieszówce na Ukrainie. Doświadczenia życia na Kresach oraz wydarzenia rewolucji i wojny stały się później ważnym źródłem jej twórczości. W 1918 roku opuściła Lemieszówkę; po pobycie w Kijowie i Odessie przybyła z córką Anną do Warszawy.

Debiutowała w 1924 roku. Jej najbardziej znane dzieło — Burza od Wschodu. Wspomnienia z Kijowszczyzny (1918–1920) — ukazało się w 1925 roku i zostało wysoko ocenione przez współczesnych. Największą popularność przyniósł jej jednak trzytomowy cykl Ania z Lechickich Pól, wydawany w latach 1931–1934: Dziecięctwo, Młodość i Miłość Ani.

Podczas okupacji niemieckiej mieszkała w Warszawie. Po powstaniu warszawskim przeniosła się do Krakowa, gdzie zmarła 12 stycznia 1948 roku.

Spis treści

Trzy części historii Ani z lechickich pól

Karta redakcyjna

O autorze

Błysk pierwszej miłości

W rodzinnym gnieździe

Malinki i dziadzio

Niebo się chmurzy

Zerwana struna

Pioruny i tęcze

Rozbite gniazdo

Iskry w popiołach

Niespodzianka

Purpurowe róże

Nowe powikłania

Początek dramatu

Rozłąka

Sama wśród obcych

Matka i syn

Bez wieści

Przypisy

Błysk pierwszej miłości

Rodzina zebrana była przy podwieczorku. Miejsce zmarłej przed rokiem pani domu zajęła starsza siostra, ciocia Misia, której falująca, podstrzyżona czupryna, stanowiła jedyną chyba oznakę emancypacji1. Zielone bowiem oczy tej niezamężnej krewnej promieniały blaskami łagodnej nieśmiałości i bezgranicznego uczucia dla osieroconej siostrzenicy. Głębia tego uczucia tak była niezmierna, że na samym jej dnie znalazłaby cichutka ciocia Misia — w razie nadzwyczajnej potrzeby — odwagę do stawiania oporu despotycznemu szwagrowi, siedzącemu naprzeciw niej, przy drugim końcu owalnego stołu.

Byłby to czyn heroiczny, gdyż despotyzm pana Wojciecha, jedyna wada jego nieskazitelnego charakteru, uniezależniał go od rodziny i znajomych, wywołując samowładcze rozstrzyganie każdej życiowej sprawy. Tylko wobec żony, niezwykle pięknej i dobrej, uginała się ta stalowa natura, topniejąc niby wosk rozgrzany ogniem bezgranicznego uczucia, ale w owej chwili podwieczorkowej herbaty wyraz twarzy pana domu nie zwiastował żadnej ustępliwości. Spojrzenie jego niebieskich źrenic spoczywało z wyniosłym chłodem na wytwornej postaci czarnookiego młodzieńca, rozmawiającego z ożywieniem z siedemnastoletnią Alinką, przyszłą dziedziczką ślicznych Malinek. Na wprost dwojga tych młodych znajdował się trzydziestokilkuletni mężczyzna o wyniosłym czole, z odrzuconymi w tył ciemnymi włosami. Jego szare, mądre oczy badały przenikliwie wyraz twarzy owego przystojnego bruneta, którego małe, miękko wykrojone usta i nieco zbyt duży orli nos widniały często w profilu, gdy zwracał się ku swej uroczej sąsiadce. Półgłosem rzucane słowa świetnego causera2 wywoływały ciepłe, różane tony na licach dziewczęcia, fiołkowe oczy mieniły się przy tym aksamitną ciemnią bratków, to znów lśniły przejrzyście niby dwa jasne ametysty. Za każdym takim objawem rodzącego się, wiośnianego uczucia, nagły ból przesuwał się po wygolonej, rozumnej twarzy obserwatora i znikał wnet, poskromiony wolą. Miejsce przy stole pomiędzy nim, a panem domu nie było zajęte, pomimo iż nakrycie wskazywało, że miało swe przeznaczenie. Służący Jakub, którego całe życie upłynęło w tym wiejskim dworze i który miał przekonanie, że chyba śmierć usunie go z zajmowanego stanowiska — krzątał się sprawnie dookoła stołu, bacząc pilnie na idealne wywiązywanie się ze swego obowiązku.

Przez otwarte okna wdzierały się oddechy silnie pachnących kwiatów i dolatywał łagodny szum leciwych drzew parku. Gromadki szaroniebieskich gołębi snuły się po alei wjazdowej, gruchając rozgłośnie i czekając nieustępliwie na sypane im szczodrą dłonią Alinki (a czasem Jakuba) okruchy pieczywa. Soczyste trawniki rozpościerały się falą niziutkiej zieleni aż hen! pod mocarne grzywacze drzewne. Gdzieś w oddali puszyły się pawie, dumne ze swych szmaragdowych wachlarzy i swawolnie igrały rasowe źrebaki na zagrodzonej dla nich przestrzeni. Wiatr pomykał chyżo i lekko, wiosłując w powietrzu jednym skrzydłem z niebieskiego lazuru, a drugim z promieni słonecznych. Czarowny maj siał hojnie swe krótkotrwałe wdzięki na ten piękny i cichy dwór wiejski, zdając się być symbolem dobrego smaku i niezachwianej harmonii. Tylko w duszach zebranych w nim ludzi brak było owej podstawowej łączności, mogącej zestrzelić w jedno ognisko myśli i poglądy na życie. Wśród potocznej rozmowy sprzeczne prądy krzyżowały się wraz ze spojrzeniami, wywołując napiętą atmosferę.

Wtem tętent kłusującego konia zwrócił powszechną uwagę, a przed oknami jadalni przemknęła szybko sylwetka młodej amazonki, trzymającej się wyśmienicie na damskim siodle.

— Nareszcie Bisia zdecydowała się pożegnać swoje buraki! — padł wesoły okrzyk z ust Alinki. — Proszę mi wierzyć, że gdyby można było zatrzymać słońce w biegu jak to uczyniono przed wiekami, Bisia nie zawahałaby się ani na chwilę przed tak ryzykownym czynem! Sen jest wedle niej niepotrzebnym skracaniem życia ludzkości!

— Czyżbym istotnie tak się wyraziła? — zabrzmiał spokojny głos panny Balbiny, wchodzącej spiesznie do pokoju. — Przepraszam wszystkich za spóźnienie, ale nie możemy dać sobie rady z tym nawałem wiosennej pracy! Znów nowa szkoda w lesie! — zwróciła się do pana domu, który ogarniał ją wzrokiem pełnym życzliwego uznania. — Trzy sosny ścięte! Dlaczego Jakub nie nalał mi herbaty?! Wypiłabym duszkiem zimną, bo mam jeszcze moc zajęcia w polu! Za chwilę jadę!

— I my pojedziemy konno do lasu! Dobrze, ojczulku?! — zaproponowała żywo Alinka. — Cóż ty na to, Edmundzie?! — przechyliła w bok główkę, patrząc z uśmiechem na sąsiada.

— Najchętniej! — przystał młody. — Wszakże w tym lesie znalazłem kwiat paproci! — zniżył głos, przeznaczając te poetyczne słowa li tylko dla ślicznego dziewczęcia, ale nielitościwa panna Balbina wyłowiła je bystrym słuchem i rąbnęła chłodno:

— Ośmielam się wątpić! Kwiat paproci zakwita o północy, a o tej porze woli pan znajdować się w wygodnym łóżku, niż w naszej leśnej puszczy, w Podbórzu!

Alinka spłonęła rumieńcem niezadowolenia:

— Naszego lasu nie można nazywać puszczą, a zresztą Edmund wyszedł chyba z lat, kiedy się mali chłopcy boją ciemności?! — z wyzwaniem w oczach patrzyła na starszą od siebie o kilka lat pomocnicę ojca przy gospodarstwie, ale opalona twarz panny Balbiny nie straciła zwykłego spokoju. Znać było po niej, że każde swe zdanie opiera na mocnych przesłankach i nie da się zachwiać w swych ugruntowanych poglądach.

Ciocia Misia wtrąciła się szybko do rozmowy, gdyż wszelkie dysonanse były dla jej słodkiej natury wręcz nie do zniesienia:

— Jeśli i ty, Wojciechu, pojedziesz konno, to my z panem Zygmuntem będziemy wam towarzyszyli wolantem. Czy panu moja propozycja dogadza? Dość się pan napracował w zimie nad tymi naukowymi rozprawami! Proszę teraz używać wsi w całej pełni!

Uczony pochylił się w uprzejmym ukłonie:

— Taka wycieczka to rozkosz istna dla mieszczucha, łaskawa pani! W ogóle, czaruje mnie wszystko w tych cudnych Malinkach. Wszystko!... — powtórzył ciszej, wpatrując się w Alinkę z taką mocą uczucia, jak gdyby pragnął wziąć ją na ręce, przytulić do piersi i nieść przez całe życie ponad cierniami losu, nie troszcząc się zgoła o własne, udręczone stopy.

Błysk ironii strzelił z pięknych oczu Edmunda na widok tego cichego entuzjazmu rywala. Mierzył go niechętnym wzrokiem w milczeniu. Złotowłosa Alinka spąsowiała jak róża, którą w miłym dziewczęcym zakłopotaniu wyjęła z żardinierki 3 stojącej na stole, zatapiając w jej wonnych płatkach delikatny, zgrabny nosek. Panna Balbina stłumiła westchnienie podnoszące mimowiednie jej szczupłą pierś. Czatujące spojrzenie cioci Misi biegło po wszystkich nieco lękliwie, tylko pan domu rozparł się wygodnie na krześle i z serdeczną przyjaźnią patrzył na uczonego.

Za oknami, w parku, gwizdały, ćwierkały i nawoływały się ptaki.

Chwilowe milczenie zebranych oprzytomniło pana Zygmunta. Wstrząsnął się nieznacznie i powiedział żywo:

— Powinienem właściwie mieć wyrzuty sumienia, że swoją bytnością w Malinkach odrywam naszego szanownego gospodarza od zajęć rolnych. Znamy się od tak dawna, że różne światowe przesądy nie mogą dla nas istnieć! Jeśli to się nie zmieni od jutra — mówił jasnym, żartobliwym głosem — to chyba będę zmuszony...

— Nie kończ, mój drogi! — przerwał mu pan Wojciech. — Poświęciłem ci dzień twego przyjazdu, aby okazać jak miłym jesteś dla mnie gościem. Jutro nie będziesz mnie prawie widział. Zastąpią mnie moje panie. A teraz, jedźmy! Jakubie! Każ Antoniemu osiodłać konie i wolantem zajechać przed ganek.

— Słucham pana dziedzica! — wyprostował się Jakub służbiście, jak gdyby stawał na baczność i uczyniwszy zwrot w prawo, wyszedł z jadalni.

Ruszyli się wszyscy od stołu.

— Idę zmienić strój do konnej jazdy! — oznajmiła Alinka i w nagłym porywie zalotności cisnęła zgrabnie trzymaną w ręce różę w twarz Edmundowi.

— Bataille des fleurs4 ! — plasnęła w dłonie z uciechą. — A ty jak mi odpowiesz?!

Przepaściste oczy Edmunda sypnęły pękiem iskier w stronę złotowłosej kuzynki. Wpili się w siebie wzrokiem, on — kusząco, ona — z wdziękiem podbitej władczyni.

Brązowe źrenice panny Balbiny, obserwującej tę niemą scenę, zamigotały gniewnie pod wyrazistymi łukami ciemnych brwi:

— Widzę, że nie doczekam się państwa tak prędko, więc jadę sama! — odezwała się nieco szorstko i jak błyskawica przesunąwszy się przez jadalnię, zniknęła za drzwiami.

— Zatrzymujesz wszystkich, Alinko! — zawołał tnącym głosem pan Wojciech. Konie będą za chwilę, bo rozporządzenie wydałem jeszcze z rana. Przebierz się i nie marudź, jeśli łaska.

Dziewczyna skoczyła ku ojcu z lekkością sarenki i położyła mu na ramionach białe maleńkie ręce o różowych paznokietkach:

— Takim tonem mówisz do mnie, ojczulku, jakbyś miał ochotę dać mi klapsa! A ja przecież w tym roku skończyłam Sacré Cœur5 i tak ci wyrosłam na schwał, że wyglądam przynajmniej na lat dwadzieścia! Prawda, ojczusiu! — wtuliła świeże usta w policzek pana Wojciecha i sączyła nimi delikatne pocałunki.

— Któż ci się oprze, ty mała czarodziejko! — wyrwały się cioci Misi słowa zachwytu.

Edmund uczynił gest ręką, jakby zmiatał pióropuszem pył dookoła stóp dziewczęcia:

— Nie mogę się dość nadziwić, jak taka cudna orchidea przyszła na świat w tej zimnej, mglistej Polsce?! — wyraził pełne pochlebstwa zdumienie.

— Zamiast zastanawiania się nad tym faktem, idź mój kochany i przebierz się również! — wpadł mu w słowa oschle pan Wojciech. — Wróciłeś z Antwerpii i Paryża, więc zapewne olśnisz nas modnym strojem! — zdjął ze swych ramion dłonie córki.

— Nie tylko strojem, ojczulku — ujęła się gorąco za kuzynem Alinka — ale i dyplomem ukończonej akademii handlowej!

— Drogo to kosztowało! — skonkludował chłodno wielbiciel bezwzględnej prawdy. — Jego matka wie coś o tym! — spojrzał z ukosa na niestropionego bynajmniej krewnego, który wygłosiwszy swobodnie:

— Wuj ma do mnie jakieś uprzedzenie. Proszę wierzyć, że jestem dla siebie jeszcze surowszym sędzią! — skłonił się uprzejmie i opuścił jadalnię.

Wkrótce jechali wszyscy według ułożonego programu. Alinka w czarnej sukiennej amazonce, której wykwintny krój uwydatniał jej smukłe kształty, w dżokejce na jasnych włosach, dosiadała wprawnie białej jak śnieg arabki, która jęła przebierać pod nią rasowymi, nerwowymi nóżkami, po czym wyciągniętym kłusem ruszyła przez park i bramę wjazdową na szeroką drogę do lasu.

— Noc i jutrzenka! — wyrzucał z siebie gorączkowe słowa Edmund, jadąc obok kuzynki i śpiesząc się z rozżarzaniem tlejącego w jej sercu ognika zanim ten nieznośny wuj weredyk6 nie dopędzi ich na swym karogniadym Piorunie. — Noir et blanc7 ! Przecudne masz pomysły i wyglądasz jak boginka, moja urocza rusałko, mój kwiecie jabłoni!

— Nie śpieszcie się tak! — wołał za nimi pan Wojciech. — Nie jesteśmy na polowaniu par force! Czy słyszysz, Alinko?!

— Słyszę ojczusiu! — odkrzyknęła dziewczyna — ale to Leda tak mnie unosi!

— Widzę, że ojciec chce cię wydać za tego starego mantykę — szeptał dalej Edmund, przechylając się z konia w stronę chyżej amazonki. — Przecież to niemożliwe, śmieszne, wprost nie do pomyślenia! Ty — cud wiośniany i taki nudny, cnotliwy profesor! Alinko! Ty nie zgodzisz się na takie...

— Nareszcie was dogoniłem! — zabrzmiał tuż przy nich niezadowolony głos. Ciemna głowa Pioruna z rozdętymi chrapami zrównała się z Ledą i pan Wojciech pochwyciwszy mocno uzdę kłusującej arabki, jął hamować bystrość jej biegu.

— Nie wyrywajcie się naprzód! Leda jest bardzo nerwowa. Może ponieść, a wówczas nie wiem, czy Alinka da sobie z nią radę. Jedźmy wolno. Chcę się przyjrzeć naszym zasiewom.

Małe czerwone usta Edmunda zacisnęły się gniewnie. Czarne oczy, ślące przed chwilą fale uwielbienia — stały się nagle złe, fosforyzujące. Wuj przeszkadzał mu w napawaniu się rozkwitem pąka dziewczęcej miłości, który pod jego umiejętnym tchnieniem miał się zmienić w kwiat o płomiennej barwie. Ściągnął cugle karemu hunterowi tak ostro, iż ów stanął dęba.

— Czy on się już oświadczył?! — pytał z niepokojem ciocię Misię uczony. Śledził on z wolantu całą tę scenę i w jasnowidzeniu uczucia pojmował jej motywy.

— Nie! — odparła szybko.

Serce niemłodej panny dziwnie było rozdwojone. Widziała rosnącą miłość siostrzenicy dla przystojnego i wykwintnego kuzyna, a gorąca chęć, aby fiołkowe źrenice Alinki nie skąpały się w rosie cierpienia i zawodu, nakazywała jej sprzyjanie Edmundowi. Coś jej wszakże mówiło, że głęboka toń uczucia tego poważnego szlachetnego człowieka, który jadąc obok niej, słał wszystkie swe myśli do stóp złotowłosej amazonki — stokroć jest piękniejsza, niż wszystkie skry brylantowe zalotów tamtego. Spojrzała na swego towarzysza przyjaźnie. Jego regularne rysy tchnęły prawością. Podbródek znamionował spokojną wolę. Matowa biel czoła uwypuklała dostojne kształty, za którymi taiły się skarby wiedzy. Ciocia Misia westchnęła. Szkoda, że Alinka temu właśnie nie oddała serca! Zwłaszcza wobec jawnej niechęci szwagra wobec Edmunda sprawa komplikuje się wręcz niesłychanie. Niezmierna wiara w rozum i prawość towarzysza skłoniły ją do odkrycia mu istotnego stanu rzeczy.

— Nie oświadczył się! — powtórzyła. — Widzi pan przecież dysonans pomiędzy nim, a Wojciechem. Zaczęło się to niemal od pierwszej chwili przyjazdu chłopca do Malinek i rośnie aż do jakiegoś obopólnego wybuchu. Najpierw poszło im o powstanie! Pan sam jest synem powstańca, stąd ta dawna nasza zażyłość i wie pan jaką aureolą otacza mój szwagier wspomnienie bohaterów narodowych z 318i 639 roku! A tu, proszę sobie wyobrazić, Edmund kiedyś przy obiedzie rozpoczął biegłe wywody o szkodliwym romantyzmie tych ludzi. Najnowsze badania historyczne — mówił przekonującym tonem — dowodzą, iż powstania w Polsce stworzyli i podżegali masoni, którym chodziło o to, abyśmy nie zjednoczyli się z Rosją, bo wówczas wyższość kultury polskiej w połączeniu z bogactwem i obszarem tej Eurazji10 dałaby niesłychane wyniki, uniemożliwiające cele masonerii. Powstańcy byli zatem właściwie szkodnikami, ślepcami zezwalającymi na użycie ich jako narzędzi destrukcji wobec własnego narodu! Co się ze mną działo, gdy tego słuchałam, może sobie pan wyobrazić! Ukradkiem, z lękiem, spojrzałam na Wojciecha. Krwawe plamy wykwitły mu na policzkach, oczy rzucały błyskawice, żyły na czole wystąpiły jak nabrzmiałe pręgi. Wrzał cały od skłębionych myśli. Tonem nie znoszącym oporu przemówił: Bolesne to dla mnie nad wyraz, że ty, wnuk powstańca, wyrażasz się tak lekceważąco o tych, którzy nie zawahali się przed złożeniem daniny z krwi i życia dla wykazania żywotności ducha polskiego. Nie byłbyś z pewnością zdolny do takiego bohaterstwa! Proszę cię, abyś przy mnie tej sprawy już więcej nie poruszał!

— Ostro, ale sprawiedliwie! — zawyrokował uczony, śledząc wciąż wzrokiem posuwających się umiarkowanym kłusem jeźdźców. — Cóż na to Edmund?

— Najuprzejmiejszym głosem odpowiedział: Zastosuję się do życzenia wuja!I zaczął opowiadać Alince o najnowszych kreacjach mody w Paryżu.

— Zadziwiająca giętkość! — mruknął pan Zygmunt z lekką ironią.

Jakiś czas milczeli oboje. Koła wolantu turkotały głośno, tocząc się po dobrze utrzymanej szosie. Wzorowo dokonane zasiewy roztaczały się po dwóch stronach niby zielone aksamitne dywany, na których wiatr rysował lśniące jak srebro szlaki. Las był już niedaleko.

— Byłyśmy z Alinką świadkami jeszcze jednego starcia! — podjęła swe opowiadanie ciocia Misia. — Zgadało się coś o najnowszych kierunkach w literaturze i sztuce. Edmund zabrał głos i w niezmiernie ciekawy sposób przedstawił nam obraz twórczości artystów francuskich. Że obdarzony jest wybitną inteligencją, to każdy mu przyzna, ma przy tym dar wymowy, więc porwał nas swymi słowami. Nawet Wojciech był pod jego urokiem, gdy nagle chłopak wygłosił takie zdanie: To jest istotny Duch Świata! Mój szwagier poruszył się i żywo spytał: Co masz na myśli? Bo wedle mnie istotnym Duchem Świata — jest Bóg! — Pobłażliwy uśmiech wygiął małe usta Edmunda: Tak! To jest przekonanie ludzi starego autoramentu, ale tęgie umysły naszej epoki nazywają Duchem Świata wszystkie dzieła geniuszu ludzkiego, wszystkie rzeźby, wynalazki, poematy, obrazy, architekturę, prace inżynieryjne, słowem to wszystko, co dźwiga ludzkość w wiecznym postępie, co przyczynia się do jej rozkwitu, stając się jednocześnie nieśmiertelnym Pięknem i Wiedzą!

— Ten młodzik odrzuca wszelkie boskie pierwiastki! — podkreślił mocno uczony, który przez cały czas łowił uważnie każde słowo swej towarzyszki.

— Coś podobnego oświadczył mu Wojciech. A wie pan jak na to zareagował ten mój siostrzeniec, który budzi we mnie chwilami jakąś głuchą obawę, chociaż znam go od dziecka i kocham?!... Oto — delikatnym ruchem przyłożył rękę do piersi, a potem do czoła i powiedział dobitnie: Wuju kochany! Wierzę w to wszystko, co promieniuje z wzniosłego serca i umysłu! Anglicy dawno już osądzili, że najwartościowszym tworem na świecie jest uczciwy człowiek! Czy ten uczciwy człowiek ma być koniecznie ateuszem?! — sarknął niechętnie mój szwagier i byłby dalej zapewne nacierał na Edmunda, ale ktoś z sąsiedztwa zajechał w tej chwili przed nasz dwór, obezwładniając tym samym impet Wojciecha. Pan wie jaki zeń raptus?! Ale oto już wjeżdżamy do lasu.

Młody uczony napawał się w milczeniu ciszą leśną, wolną od ludzkich głosów, rozbrzmiewającą jedynie szumem ptasiego życia. Rudopienne sosny zieleniały górą niby olbrzymie, spadające parasole. Plamy słońca, przedzierającego się przez drobne listowie sędziwych brzóz, drgały na białej korze i błądziły u ich stóp, na mchu. Brązowe kolumny dębów unosiły wzwyż ku niebu dostojne swe korony. Jechali szlakiem zielonej darni, gdyż las podzielony był na rewiry i utrzymany starannie. Pan Wojciech zbliżył się ku nim na swym lśniącym Piorunie:

— Stań, Antoni! Tu w pobliżu jest wzgórek z rosnącymi na nim trzema dębami. Może się tam rozłożycie, kochani państwo, a ja tymczasem skoczę przyjrzeć się ściętym sosnom i ocenić straty! — zawrócił konia i zniknął wkrótce za zakrętem.

Uczony pomógł cioci Misi wysiąść z wolantu i podbiegł żywo do zaróżowionej amazonki, chcąc potrzymać jej Ledę, ale Edmund wyprzedził go i uwiązawszy wierzchówkę do drzewa, odwrócił się twarzą do Zygmunta. Patrzyli na siebie przez chwilę z niemą, groźną wrogością.

— Proszę mi podać koszyk z wolantu, panie Zygmuncie — zawołała dziewczyna spiesznie.

— Patrz, Alinko, jakie śliczne kwiaty! Widzisz?! — wskazywał Edmund szpicrutą. — Różowieją z dala! Chodź! Narwiemy cały pęk i udekorujemy improwizowany salon pod dębami! — magnetyzował ją czarnymi oczyma, w których lśniły błyski nakazu.

Dziecięca wesołość przemknęła po twarzy Alinki. Nagłym ruchem zerwała z głowy małą czapeczkę i cisnęła ją w bok, na murawę. Ukośny snop promieni słonecznych padł na jej włosy, rozpalając ukryte w nich złote połyski. Zęby błysnęły najczystszą bielą w ślicznym rozchyleniu ust:

— Dobrze! — zgodziła się. — Goń mnie! — i pomknęła rączo naprzód, ująwszy z obu stron dłońmi przydługą nieco czarną amazonkę.

Chłopak rzucił się za biegnącą kuzynką, a młody uczony stał na miejscu jak wryty i patrzył w ślad za nimi. Już przyklękli na ziemi. Zrywają kwiaty leśne... mówią, szeptem zapewne, bo żaden dźwięk nie dolatuje słuchu pokonanego rywala... wpatrują się w siebie... Usta Zygmunta wygięły się w bolesnym skrzywieniu, tak jak gdyby uczuł gryzący smak zazdrości. Opanował się jednak. Szybkim zdecydowanym krokiem powrócił do cioci Misi, śledzącej również niespokojnym wzrokiem ten postęp w zalotach młodych. Rozłożył się obok niej, podpierając głowę jedną ręką. Milczeli czas jakiś, zatopieni w myślach.

— Jak się to wszystko skończy? — westchnęła niemłoda panna, zapominając, iż porusza sprawę tak drażliwą dla zakochanego beznadziejnie człowieka.

— Bardzo prosto! — odpowiedział Zygmunt nerwowo. — Rozpieszczona jedynaczka pokona opór ojca. Zaśpiewają im wkrótce Veni Creator11i dopiero późniejsze życie wykaże, ile będzie trwałego szczęścia w skojarzeniu natur tak różnych?! Oby się nie zawiodła! — zwiesił głowę w zadumie.

Z dala mroczna świątynia lasu ziała ciszą. Dolatywało uparte i nieustające pukanie dzięcioła.

— Alinko! — krzyknęła ciocia Misia, przykładając rękę do ust. — Gdzie jesteś?! Wracajcie! — Nie śmiała narzucać się siostrzenicy zbyt natrętną opieką, albowiem dziewczyna wnet po przyjeździe do domu, oznajmiła jej z przymilnym uśmieszkiem, że jest już dorosła i samodzielna! Dziecinne to było zdanie, ale wchodziła tu jeszcze w grę bezkrytyczna wprost miłość ciotki.

— Hop! Hop! Zaraz, zaraz, ciotuchno! — dobiegła przytłumiona odpowiedź.

Milczący towarzysz uniósł się na łokciu i otrząsnął z zamyślenia:

— Pani widzi, jak gorąco kocham tę przecudną dziewczynę, która w moich oczach wyrosła i rozwinęła się w kwiat, budzący tęskne pożądania! Zgniótłbym swój zawód i ból, gdyby ją wziął ktoś godniejszy ode mnie, ale jeśli zwycięzcą ma być ten pyszałek, ten egoista, to oschłe serce?!... — porwał się na równe nogi i mówił dalej namiętnie i gorzko: — Ona się chlubi jego dyplomem, ale zapomina jednocześnie, że ten najdroższy kuzynek siedział pięć lat w akademii handlowej zamiast dwóch tylko! Panicz hulał, a matka zapracowywała się na śmierć, dając lekcje, bo nie starczyło na wszystkie zachcianki gagatka! Dopiero gdy pan Wojciech napisał mu wręcz, że jako bliski krewny tej opuszczonej matki, czuje się w obowiązku zaopiekować się nią wobec grożącej z wyczerpania choroby serca — dopiero wówczas ten wykwintny Petroniusz przysiadł, jak to mówią, fałdów, zdał egzaminy i z dyplomem w kieszeni powrócił z Antwerpii do Warszawy.

— Nie wiedział, że matka zamęcza się lekcjami, gdyż nie pisała mu o tym — sprostowała ostry sąd ciocia Misia.

— Tak?! Więc skądże brało się tyle pieniędzy?! Z tego malutkiego kapitaliku?! I pani go broni?! — wyrzucał jej żywo.

— Chciałabym, aby nie potrzebował wcale mojej obrony! — wykrzyknęła załamującym się głosem. — Wojciech wraca! — zauważyła nagle, przysłuchując się bliskiemu już tętentowi kopyt końskich. Znów będzie nowa przykrość, gdy zobaczy, że Alinki nie ma tu z nami! Doprawdy, niech to się już raz skończy, tak, albo inaczej, bo serce mi pęknie z tych wszystkich wzruszeń i niepokojów!

Zygmunt wyszedł śpiesznie na zieloną taśmę murawy i jął iść w stronę, gdzie zniknęli młodzi, ale dojrzał wnet na końcu wyciętej w lesie alei, kroczącego luzem Pioruna, i trzy zbliżające się postacie. Ruszył na ich spotkanie.

— Przepraszam cię, kochany Zygmuncie, za nietakt mojej córki! — mówił doń za chwilę pan Wojciech, głosem mieniącym się akcentami niezadowolenia. — Młode to jeszcze, niewyrobione i wyszło jej z głowy, że nie jednego ma gościa, ale dwóch! Daruj jej tę płochość dziecięcą, bo to się więcej nie powtórzy.

Zanim młody uczony zdążył wymówić jakieś słowo protestu, dziewczyna podała mu obie swe delikatne, białe jak lilie ręce:

— Ojczulek skarcił mnie najsłuszniej! Przepraszam pana! Wpatrzony w nią Zygmunt otrzymał uśmiech w darze. Pochylił się i ucałował kolejno ciepłe, maleńkie dłonie.

— Już zgoda między nami! Widzisz ojczusiu?! Pan Zygmunt lepszy od ciebie! A teraz chodźmy do cioci Misi, która tam na pewno snuje, biedactwo kochane, jakąś scenę z dramatu: Ojciec i córka! — Swawolny śmiech obił się o chropawe pnie drzew, rozjaśniając twarze trzech mężczyzn.

Słońce kłoniło się już ku ciemnej linii horyzontu, gdy wolant zajechał z powrotem przed dwór w Malinkach. Pan Wojciech wysforował się naprzód i zsiadłszy z konia, podszedł do stojącej opodal panny Balbiny. Alinka z kuzynem przelecieli koło nich pędem, krzyknąwszy wyjaśniająco:

— Odprowadzimy tylko wierzchowce do stajni i natychmiast wracamy!

— Czas z tym skończyć! — powiedział zniżonym głosem pan domu do swej zaufanej pomocnicy.

— Ładna para! Szkoda! — westchnęła z żalem. — Ale wobec takiego charakteru, im prędzej — tym lepiej! Będzie ciężka przeprawa z Alinką! — dodała.

— Cóż robić?! Przecina się wrzód, aby nie zatruł organizmu! — zakonkludował pan Wojciech stanowczo.

Na drugi dzień po rannej kawie, gdy młodzi układali plan przejażdżki łódką po stawie, wuj zbliżył się do siostrzeńca:

— Proszę cię, Edmundzie na parę słów do mego gabinetu.

— Służę wujowi — odparł uprzejmie. — Idź tymczasem, Alinko nad staw i poczekaj tam na mnie. Pan również zechce nam towarzyszyć?! — zwrócił się z wyszukaną grzecznością do Zygmunta.

Tamten skłonił się chłodno:

— Dziękuję za propozycję. Niestety, mam jeszcze na parę dni pilne zajęcie. Muszę dokończyć moją rozprawę i wysłać ją do Warszawy. — Pomimo tych słów, został w jadalni, przerzucając ostatnie dzienniki.

— Czekam na ciebie! — przypomniał pan Wojciech tonem, nie zwiastującym pogodnej rozmowy.

Wyszli obaj, zostawiając w sercu dziewczyny nagły wstrząs niepokoju. Czego ojczulek może chcieć od Edmunda?! I ten jego chmurny wzrok, ten głos mrożący?!... Nie! Nie pójdzie nad staw! Woli pozostać w domu!

Wybiegła z jadalni i weszła do przechodniego pokoju, gdzie stały szafy z wiktuałami i skrzynie z futrami. Usiadła na jednej z nich i czekała, co dalej się stanie, czując, iż myśli jej zmącone są do dna.

Tymczasem za ścianą, w gabinecie, Edmund usiadł swobodnie na staroświeckiej sofie, założył nogę na nogę, oplótł rękami kolana i czekał cierpliwie na przemówienie wuja. Że miał to być jakiś dotkliwy pater noster12 — nie wątpił ani przez chwilę. Wierzył jednak w swój takt światowca i w zręczność, z jaką rozpraszał dotychczas nasuwające się chmury.

Pan Wojciech chodził z jednego kąta pokoju w drugi z założonymi w tył rękoma. Wreszcie zatrzymał się przed siostrzeńcem i patrząc mu bystro w oczy, odezwał się:

— Znasz mnie od lat twych dziecięcych. Wiesz zatem, że nie owijam nigdy prawdy w papierki, tylko wprost przystępuję do celu. Zapytuję cię tedy: Czy chcesz się żenić z Alinką?!

Skurcz zakłopotania przemknął po wyrazistej twarzy młodzieńca. Wahającym się głosem dał niepewną odpowiedź:

— Byłoby to dla mnie wielkim szczęściem!... Tak, kochany wuju!... Ale — nie posiadam żadnego stanowiska... Proponują mi dopiero posadę w Kijowie.

— Rozumiem — gospodarz domu ściągnął brwi i smagał zmieszanego chłopca błyskiem pogardy. — Dobrze się składa, bo gdybyś nawet miał takie zamiary — nie dostałbyś mojej córki! Ponieważ jednak nie stać cię na uczciwą miłość, a pragniesz jej zawrócić w głowie, co czynisz z istotną maestrią, to najlepiej będzie jeśli...

— Opuszczę Malinki natychmiast! — dokończył zań Edmund gwałtownie. Porwał się z sofy, wyprostował całą swą szczupłą, niewielką postać i — przeraźliwie blady, wwiercał się pałającymi oburzeniem czarnymi źrenicami w spokojne oblicze wuja. Wymawiano mu dom! Stary weredyk przekroczył wszelkie granice możliwości.

— Skoro ci to dogadza, to nie mogę cię zatrzymywać! — powiedział wuj, nie odwracając jeszcze przez chwilę swych nieugiętych oczu od wzburzonej twarzy chłopca, po czym nacisnął dzwonek.

Cisza zaległa pokój. Słychać było jeno odgłos kroków chodzącego równo pana domu i przyspieszony oddech gościa, mającego krtań ściśniętą z gniewu i podniecenia.

— Jakubie — zwrócił się pan Wojciech łagodnie, gdy w otwieranych drzwiach stanął na progu służący. — Niech Antoni pospieszy się z założeniem koni do powozu. Panicz otrzymał ważną wiadomość i musi koniecznie zdążyć na południowy pociąg!

— Słucham! — wyraził się lakonicznie wierny przyjaciel. Młodszy o parę lat od właściciela Malinek, chłop z tejże wsi, przekradał się ongi ze swoim paniczem do szeregów powstańczych. Stąd też łączyły ich dalej więzy niezachwianej ufności. Rad był w duszy, że ten modny laluś opuszcza Malinki.

Jego zaloty nie zyskały uznania Jakuba, przywiązanego do córki dziedzica bardziej może, niż do własnej.

Alinka zeskoczyła ze skrzyni i chwyciła za rękę idącego przez ciemnawy pokój służącego:

— Czy to naprawdę dla panicza mają zaprzęgać do powozu?! — spytała gorączkowym, stłumionym głosem, a usłyszawszy potwierdzenie, oparła się o ścianę i przymknęła oczy... Sądziła, iż świat zakołysał się wraz z nią. Kocha go, kocha i nie da sobie odebrać! Zdawało się jej, że jakiś nieugięty upór rośnie w niej wraz ze świadomością pierwszego wiośnianego uczucia! Z tablicy wiszącej obok zdjęła szybko jeden z licznych kluczy i wymknęła się na palcach, lekko i skrycie, z dworu do parku. Przebiegła pędem kilka alei, a potem skryła się w gęstwinie owocowego sadu. Dopadła wreszcie małej bramki tkwiącej w murze otaczającym sadybę dworską i przykucnęła w zaroślach.

Ojczulek nie pozwoliłby mi się z nim rozmówić, ani pożegnać sam na sam — myślała z goryczą. — Tu nikt nas nie zobaczy, a poczciwy Antoni będzie milczał jak grób! Skoro tylko posłyszę turkot, otworzę furtkę i wyskoczę na drogę — planowała sobie niby wytrawny spiskowiec.

Tymczasem we dworze sprawy szły swoim torem. Edmund zdołał w końcu, po długim, zaciętym milczeniu, opanować zranioną ambicję i przybrać maskę poprawnej uprzejmości.

— Wuj pozwoli mi, oczywiście, złożyć moje uszanowanie i pożegnanie cioci Misi i życzyć szczęścia kuzynce, z którą nieprędko się zobaczymy. Zdecydowany jestem dorobić się milionów w złotym Kijowie! — wyrzekł ceremonialnie.

— Ależ i owszem. Proszę cię, mój kochany! — zgodził się pan Wojciech z nikłym uśmiechem na ustach.

Weszli do jadalni, gdzie zastali ciotkę, podlewającą troskliwie kwiaty na oknach. Młody uczony siedział przy stole, trzymając w ręku gazetę i błądząc po niej z roztargnieniem oczami.

Edmund rzucił okiem na zegarek:

— Jak to czas prędko leci! Nasza pogadanka i moje rozmyślania o przyszłości trwały całe pół godziny! Wuj zakomunikował mi ważną nowinę (ledwo dostrzegalna ironia zadźwięczała w jego matowym głosie), wobec czego zmuszony jestem pędzić co tchu do Warszawy. Dziękuję drogiej cioci za dobroć dla mnie i za psucie mnie wiejskimi przysmakami! — ujął delikatnie ręce oszołomionej ciotki i złożył na nich długi, serdeczny pocałunek. — Nie widzę tu Alinki — mówił dalej z zupełną na pozór swobodą. — Czeka na mnie przy łódce! Pan będzie tak uprzejmy — (spojrzał na Zygmunta, a małe, pięknie skrojone usta zacisnęły mu się na chwilę zjadliwym wyrazem) i zechce złożyć jej w moim imieniu zapewnienie szczerego żalu z powodu naszego tak nieoczekiwanego rozstania. Wujowi również składam — odwrócił się ku spacerującemu w milczeniu panu domu, ale napotkał wzrok tak twardy, że odpadła go nagle cała robiona swada i uczuł się niemal przygwożdżonym do ziemi.

Turkot podjeżdżającego powozu uwolnił wszystkich od kłopotliwej nad wyraz sytuacji.

— Ten poczciwy Antoni! Jak się pospieszył, aby mi dogodzić! — rzucił Edmund od niechcenia, przybierając znów pozę wyrobionego światowca. — Żegnam łaskawych państwa, bo istotnie — zerknął na zegarek na ręku — czas wielki na mnie! Dziękuję Jakubie za pamięć o mojej walizce! — dodał, widząc przez otwarte okno służącego, wkładającego do powozu eleganckie przybory podróżne.

— Do widzenia, chłopcze! — powiedziała ciocia Misia lekko drżącym głosem, obejmując Edmunda i całując go w czoło. — Niech cię Bóg prowadzi i pomaga we wszystkich zamiarach!

— Wątpię czy nasz nowomodny siostrzeniec czuje potrzebę takiej opieki — zauważył spokojnie pan Wojciech. — Jedź szczęśliwie — dodał. — Życzę ci prędkiego zdobycia świetnego stanowiska ze względu na twoją biedną, spracowaną matkę!

Mężczyźni podali sobie kolejno ręce, ścisnąwszy je z obopólnym chłodem i Edmund ubrawszy się z błyskawicznym pośpiechem, wskoczył lekko do powozu. Zgrzytałby chętnie zębami z tłumionej pasji, gdyby nie wrodzone mu rzeczywiste zamiłowanie do piękna i estetyki. Jechał tedy, nie oglądając się za pozostałymi na ganku, kamienny na pozór, trawiąc doznane upokorzenie. Zraniona duma cierpiała w nim bezgranicznie, gdyż ambitny był ponad wszelką miarę. Serce brało w tej udręce podrzędny zgoła udział. Alinka podobała mu się bezsprzecznie, tak, może nawet zakochał się trochę w jej fiołkowych oczach i ślicznej, subtelnie rzeźbionej twarzy. Ale brać na barki obowiązki rodzinne, żenić się w dwudziestym czwartym roku życia — nie! Nigdy! Nie zachęciły go do tego szalonego kroku nawet urocze Malinki! Po pierwsze — są tam długi, po drugie nie wiadomo czy ten nieznośny impetyk oddałby mu je, a wreszcie — chęć kawalerskiej wolności była w tym młodym homme àfemmes13 tak mocna, że złoto całego świata nie skusiłoby go do takiej transakcji. Wyobrażał sobie również, że gdyby kiedyś w przyszłości zakładał gniazdo rodzinne, to żona ma być jemu za wszystko obowiązana, aby tym łacniej mógł nią dowolnie rządzić.

— Nasza panienka stoi przy murze! — przerwał mu te rozmyślania Antoni, odwracając się z kozła.

Edmund wychylił się z powozu i spojrzał na drogę. Zgrabna postać dziewczęcia w białej powiewnej sukni rysowała się z dala niby krzew białej róży wykwitający na tle czerwonej cegły ogrodzenia. Konie jechały szparko, więc za chwilę ujrzał chłopak dokładnie zaróżowioną ze wzruszenia twarz kuzynki, pociemniałe fiolety jej źrenic i drobne, wdzięczne usteczka rozchylające się w okrzyku:

— Stój, Antoni! — podbiegła do pojazdu i wskoczyła na stopień: — Chodźmy do sadu. Bramka otwarta. Prędzej! — objęła smagłą dłoń ukochanego ślicznymi palcami i pociągnęła go za sobą, wołając półgłosem:

— Antoni poczeka chwilkę! Dobrze, mój złoty Antoni?! — Dlaczego tak nagle wyjeżdżasz?! — spytała gorączkowo, gdy się znaleźli oboje po drugiej stronie muru, w cieniu rozłożystej jabłoni.

— Wuj tego sobie życzy — wyrwała mu się z ust szczera prawda.

Dziewczyna zarzuciła mu obie ręce na szyję:

— Ale przecież ty mnie kochasz i ja ciebie kocham! Nie możemy się rozstać dla czyjejś fantazji! Poczekamy do mojej pełnoletności! Dobrze?! Ja czuję, że nigdy o tobie nie zapomnę! A ty?! — wpatrywała się weń miłośnie i trwożnie zarazem.

— Ja również. Ale widzisz, ojciec nie chce mi ciebie dać! Czyż możemy iść wbrew jego woli?! — usiłował wywikłać się z więzów Amora, nie dając całkowitego obrazu rzeczywistości.

Serdeczny lęk przepłynął przez oczy dziewczyny, tak jakby ostry wiatr zakołysał bratkami:

— Odmówił?! Zupełnie odmówił?! Ja myślałam, że nie chce, abyśmy się wzajemnie bałamucili teraz, gdy nie masz jeszcze dobrej posady i dlatego ciebie wyprawia! Masz obowiązki wobec matki! Ale to niemożliwe, żeby odebrał ci wszelką nadzieję?! Co?! Powiedz?! — zazierała mu głęboko w oczy, pragnąc znaleźć na ich dnie skarby niezłomnego uczucia, jakim pałało jej obudzone serce.

Rozkoszne ciepło biło od wiotkiej, przytulonej do młodzieńca kuzynki. Świeży jej oddech palił mu policzek. Gotowość oddania się jemu na całe życie — była rozbrajająco dziecięca i namiętna zarazem. Tak blisko miał jej usta koloru dojrzałej poziomki, z wygiętą w górę linią kącików! Gdyby nie czujny rozsądek, podszyty sporą dozą egoizmu — pochwyciłby ją w ramiona, przegiął złotą główkę, spiłby z tych ust nieznających pocałunku nektar pierwszego upojenia, a nawet przysiągł miłość do zgonu!... Ale wspomnienie twardej ręki wuja i lęk przed kobiercem ślubnym oblały go zimną wodą.

Z subtelnością estety, unikającego brutalnych posunięć, ujął delikatnie szczupłe w przegubach dłonie Alinki i powoli rozluźnił jej uścisk:

— Znam ciebie lepiej, niż ty siebie samą! — powiedział czule. — Byłabyś nieszczęśliwa, gdybyś musiała zerwać z ojcem! Uprzedził się do mnie, a wiesz dobrze, że nikt go nie przekona!

— Alinko! — zabrzmiał z oddali głos, pełen trwożnej pieczołowitości.

Dziewczyna przyłożyła palec do ust:

— Ciocia Misia mnie szuka! Muszę iść! Edmundzie! — skoczyła ku niemu, jakby przyciągnięta magnetyzmem jego pysznych, głębokich oczu i obdarzyła go przeciągłym, ciepłym pocałunkiem. — Jedź! — popychała go w stronę bramki, gdyż olśniony doznanym wrażeniem, stał w miejscu, niepewny, jak ma teraz postąpić.

— Pamiętaj o mnie i bądź mi wierny! — szepnęła mu jeszcze do ucha i jak strzała frunęła tam, skąd dolatywało nowe, niegłośne wołanie:

— Gdzieżeś ty się schowała, dziewczyno?! Odezwij się! Alinko!

Pan Wojciech spotkał w parku biegnącą jedynaczkę i rzekł łagodnie:

— Szukam cię nad stawem, ale widzę, że wracasz z innej zupełnie drogi. Gdzie byłaś, dziecko kochane?!

— Żegnałam się z Edmundem! — wyznała dziewczyna odważnie.

— Mam nadzieję, że pożegnałaś się z nim na zawsze?! — powiedział krótko. — Słyszałem wiele o jego licznych, romantycznych przygodach za granicą. Dopóki żyję, nie zobaczysz już więcej tego rozamorowanego fircyka, tego paniczyka bez Boga i wiary, który zresztą poprzestawał na zawracaniu ci głowy, nie mając najlżejszej ochoty do wzięcia cię za żonę!

— To nieprawda! — krzyknęła Alinka z dziecinną porywczością.

— Pierwszy raz w życiu zadano mi kłamstwo — stwierdził pan Wojciech z powagą. — Czy mam ci dać słowo honoru, że mówię prawdę?

— Ojczulku! — załkała dziewczyna. — Przecież sam nie chcesz tego małżeństwa! Edmund mi to przed chwilą oznajmił i twierdził nawet, że nie byłabym szczęśliwa, gdybym poszła wbrew twemu życzeniu! Widzisz, źle go sądzisz! Znamy się od dzieci! Cóż dziwnego, że teraz, gdy dorośliśmy!...

— Ale czy powiedział, że pragnie cię poślubić?! — natarł pan Wojciech na córkę, a widząc jej twarz, ukrytą w dłoniach i ramiona, wstrząsane gwałtownym łkaniem, objął ją wpół i szepnął:

— On ciebie niewart, dziecino moja! Wykreśl go ze swej pamięci!

Alinka wyrwała się ojcu z uścisku:

— Nigdy, nigdy o nim nie zapomnę! Ojczulek łamie moje serce, zabiera szczęście! Niech i tak będzie! Pójdę do klasztoru! Tak, tak! — powtarzała z zaciętością. — Dziś jeszcze napiszę do Matek! Chętnie mnie wezmą do swego grona! Albo nie! Dokuczyło mi życie! Utopię się!... — i szlochając na cały głos, odbiegła od ojca, znikając w gąszczu krzewów parkowych.

— Co ty mówisz?! Bój się Boga, Alinko! Grzeszysz takimi słowami, a mnie rozdzierasz serce! — wołała ciężkim, jakby martwym głosem ciocia Misia, która posłyszawszy te rozpaczliwe wykrzykniki, dążyła spiesznym krokiem do odnalezionej wreszcie siostrzenicy.

— To twoja wina, Wojciechu! — łamała ręce, patrząc na szwagra bez lęku. — Trzeba się było wpierw dobrze nad wszystkim zastanowić! — I przyłożywszy obie dłonie do ust, aby ustokrotnić błagalny okrzyk: Alinko! rzuciła się w pogoń za nieszczęśliwą dziewczyną!

Pan Wojciech stał na miejscu, oparty rękami o laskę, z głową ku ziemi nieco pochyloną i — milczał.

Przeszło lat kilkanaście.

W rodzinnym gnieździe

Ślicznie pani wygląda w tej sukni! Prześlicznie! Doprawdy przypominają mi się dziecięce bajki o ondynach, mieszkających na dnie wód! — puściła wodze swemu zachwytowi właścicielka eleganckiej pracowni strojów kobiecych Madame Cornélie, ogarniając wprawnym spojrzeniem stojącą przed lustrem klientkę. — Panno Felciu! — zwróciła się do swej pomocnicy, klęczącej na posadzce i upinającej bok seledynowej, połyskliwej wieczorowej sukni. — Trochę wyżej. Ot tak, doskonale! Pani figura nadaje się do wszelkich fantazji! Istny skarb dla mistrzyni mody, umiejącej z tego korzystać!

— Cała tedy zasługa po pani stronie! — uśmiechnęła się młoda i dziwnie urocza kobieta, przechylając nieco w bok głowę, aby jednym rzutem oczu ocenić trafność wypowiadanego przed chwilą sądu. Lustro odbiło jej postać z cichym, acz wymownym pochlebstwem, gdyż uśmiech tający się dotąd w kącikach ust, rozsłonecznił nagle jej twarz podobną do kamei i zamigotał tysiącem iskierek w dużych, fiołkowych źrenicach.

— Już można zdejmować, panno Felciu! Ostrożnie! — komenderowała właścicielka firmy tonem dowódcy, gotującego się do wygrania bitwy. — Na ramieniu przypięłam szpilką! Ten rękaw z gazy — marzenie! Śliczna toaleta wyjdzie z naszej pracowni! Co prawda nie każda kobieta umie tak nosić wykwintne stroje jak pani. I ta opalona cera, niby brzoskwinia na słońcu! Nie byłam nigdy w Malinkach, ale sądząc z opowiadania pani — nie ma chyba bardziej czarującego miejsca na świecie! Szkoda, że już państwo musieli wrócić do miasta. Warszawa duszna i pełna kurzu o tej porze!

— Trudna rada! — wyjaśniła urocza klientka, zdejmując ostrożnie, przy pomocy uprzejmej panny Felci szklące się połyskami jedwabie mierzonej sukni i wkładając angielski, spacerowy kostium i jasną bluzkę. — Wszak to początek września i starsze dzieci nie mogą opuszczać lekcji w szkołach. Mój ojciec przyjechał z nami, tak mu żal było rozstać się z Anią. Leciutko podsuwa nam myśl, że dla zdrowia maleńkiej lepszy byłby ten wrzesień spędzony w Malinkach, niż w zakurzonym mieście, ale mąż dyplomatycznie udaje, iż nie rozumie tych aluzji. Przy tym na Brzozowej, gdzie mieszkamy, warunki zdrowotne są naprawdę świetne. Powietrza od Wisły i słońca mamy w bród!

Właścicielka pracowni zwróciła się z serdecznym wyrazem twarzy do małej dziewczynki, siedzącej na kanapie z lalką w ręku i zapatrzonej przez cały czas w stojącą przed lustrem młodą kobietę z uwielbieniem, dochodzącym do niemej, palącej się w ciemnoniebieskich oczach dziecięcej egzaltacji.

— Czy ta śliczna laleczka także była zadowolona z pobytu w Malinkach? — spytała żartobliwie. — Jaki ma na sobie piękny i modny płaszcz! A te sznurowane, czerwone buciki?! Cacko, doprawdy! I kapelusik ze strusim piórkiem! — Czy wolno wiedzieć, gdzie się twoja córka tak wykwintnie ubiera, Aniu?!

— W Maison Annette! — zaśmiała się wesoło matka dziewczynki, nakładając na jasne włosy zgrabny, niewielki kapelusz i poprawiając nad czołem złocisty loczek. — Wszystko to, co pani widzi jest dziełem Ani! Te malutkie paluszki umieją śmiało prowadzić ostrza nożyczek i nadawać kształty bluzek, spódniczek, koszulek dla lalek różnym cennym gałgankom! Wyrasta to spod tych drobnych rączek całymi stosami!

Madame Cornélie, polska patriotka, urągająca swym francuskim szyldem nakazom caratu mającym zrusyfikować przynajmniej pozornie Warszawę, plasnęła w dłonie z zapałem:

— To nadzwyczajne! Ależ to geniusz igły z tego małego pisklątka! Nigdy mi pani o tym nie wspominała! Może zasłynie kiedyś w całym świecie i prześcignie samego Wortha14?! To nie do wiary! Co za dokładność w robocie! Czekajże, dziecinko kochana! Brak ci pewno materiałów do roboty? Zaraz przyniosę mnóstwo prześlicznych kawałków! Musisz mi tylko pokazać, co z tego wszystkiego uszyjesz! — i miła pani Kornelia, wyszła do pracowni, skąd wróciła za chwilę, niosąc w ręku pęk kolorowych skrawków i powiewając nimi wesoło w powietrzu.

Mamusia przypatrywała się Ani z uśmiechem, podszytym tkliwością. Kochała ją daleko goręcej, niż resztę swych dzieci i nic w tym nie było dziwnego. Ta sześcioletnia, wątła i poważna dziewczynka, na której bladej twarzyczce różowiła się jedynie jasnokoralowa plama usteczek, zdawała się ukrywać w sobie duszyczkę, mogącą się zerwać lada chwila do odlotu tam, skąd niedawno spłynęła do tej kruchej, choć wdzięcznej powłoki cielesnej. MadameCornélie patrzyła również na Anię dziwiąc się jej milczeniu.

— Powiedz szczerze, maleńka! Jeśli te skrawki ci się nie podobają, przyniosę inne! — przynaglała dziewczynkę do odpowiedzi.

— Zachwycona jest nimi! Niech mi pani wierzy! — tłumaczyła mamusia z tym słonecznym uśmiechem, jakim podbijała serca wszystkich, na których padł jej odblask. — Milczenie Ani pełne jest niedopowiedzianych słów. To już taka dziwnie poważna natura! — wciągała na ręce jasne rękawiczki, a każdy jej ruch kojarzył się harmonijnie z wytwornością smukłej postaci.

— Dziękuję pani — wymówiły zwięźle koralowe usteczka Ani, choć serduszko dziewczynki skakało po prostu z radości na widok tak cudnych, przecudnych gałganków. Już teraz wszystkie lalki będą mogły pójść na Bal wróżek, urządzany przez jedną z młodocianych rówieśniczek. Dotychczas wszakże ogromne były troski i wątpliwości, czy jedna przynajmniej, Aldona weźmie udział w tym wyścigu lalek o najpiękniejszą, uszytą własnoręcznie przez każdą z dziewczynek toaletę.

— Idziemy już, Aniuś! — przerwała mamusia te pełne triumfu rozmyślania swej córeczki. Znała jej skupioną i zamkniętą w sobie duszyczkę, nie dziwiła się przeto wcale obojętnej na pozór postawie dziewczynki.

— Dziękujmy raz jeszcze — spojrzała na nią wesoło — i żegnajmy się z panią Kornelią. Tatuś i dziadzio nie lubią spóźniania się na obiad! Wyszły obie z salonu mód, kierując się z Senatorskiej w stronę Starego Miasta.

Przedziwna polska jesień malowała czuby drzew po ogrodach i lasach purpurą i złotem, ale tu, na ulicach Warszawy przeciągała tylko niedbale promiennym wiechciem po dachach i murach obojętnych na to dotknięcie kamienic, wśród których snuli się liczni przechodnie, spragnieni ostatnich ciepłych pozdrowień słońca. Ania szła obok matki z szybkością, na jaką pozwalały jej drobne nóżki, gdyż zegar na ratuszu wskazywał tak nieoczekiwanie późną godzinę, iż pani Alina przyśpieszyła kroku, pragnąc zjawić się w porę na obiad. Świergotliwy głosik dziewczynki podawał chwilami do wiadomości matki jakiś ułamek przepełniającego ją zachwytu nad pięknymi istotnie skrawkami drogich i gustownych materii, a jej widok wywoływał w oczach wielu mijanych przechodniów powtarzające się stale wrażenie: — Jakież to miłe dziecko!

Największym urokiem Ani były jej włosy — złociste, miękkie i jedwabiste jak pela. Zwijały się one w naturalne loki, opadające w połyskliwych skrętach na szczupłe ramionka dziewczynki i czyniące jej głowę w granatowym berecie niezmiernie podobną do portretu pazia.

— Już jesteśmy blisko domu! — powiedziała z westchnieniem ulgi mamusia. — Dziadzio nie uznaje niepunktualności, więc trzeba mu dogadzać, jest naszym gościem i takim kochanym gościem! Ale — spojrzała żywo na dziewczynkę — może zmęczyłaś się, córuchno?! Przecież można było wziąć dorożkę! Że też nie pomyślałam o tym! — i nagle roześmiały się obie tak srebrzyście, jakby swawolny potok przetoczył się przez wał usypanych drobnych kamieni.

— Nie zmęczyłam się, mamusiu, tylko czuję, że mam nóżki! Ale Bisia mówi, że to znaczy, że rosnę! To dobrze — zapewniała matkę dziewczynka. — Może chłopcy przestaną mnie nazywać królową elfów! Co, mamusiu?! Chciałabym być wysoką, wysoką, bo na dole czasem okropnie duszno i ciasno. Pamięta mamusia wtedy w teatrze na Kopciuszku? Taki tłum! Starszym lepiej było u góry, więcej mieli powietrza, a ja myślałam, że się zaduszę!

Pani Alina zaśmiała się szczerze, tak ją ubawiło określenie dziewczynki. Wchodziły już obie na schody dużej kamienicy i za chwilę dzwoniły do drzwi wejściowych na drugim piętrze. Szybkie kroki dały się słyszeć poza szklaną i okratowaną taflą, drzwi się otworzyły, a na progu stanął niemłody, szczupły mężczyzna o srebrnej czuprynie na jeża i takimże niewielkim zaroście.

— Nareszcie jesteście, zbiegi! — zawołał głosem, w którym energia łączyła się przedziwnie z dobrocią. — Czekamy na was! Przewiozłem już Zygmunta do jadalnego pokoju!

— Ależ nie ma jeszcze trzeciej, ojczulku kochany! — zapewniała pośpiesznie pani domu, zdejmując żakiet i kapelusz. Potrząsnęła leciutko głową, przy czym jej jasne włosy nabrały od razu puszystej falistości. — Idę do jadalni. Brygidko! — zwróciła się do tęgiej, wiejskiej służącej, rozbierającej Anię z płaszczyka. — Dawajcie zaraz obiad!

W jadalni już było gwarno jak w rojącym się ulu. Trójka starszych dzieci — czternastoletni Michaś, młodszy od niego o rok Pawełek i jedenastoletnia Hala, rozhukane, roześmiane, zdrowe urwisy wpadli właśnie przed chwilą po lekcjach w szkole z hałasem do domu. Stojąc przy stole i pożerając w oczekiwaniu na obiad okazałe pajdy15 świeżego chleba, przeplatali energiczne poruszania szczękami nie mniej energicznym i głośnym komunikowaniem ojcu ostatnich nowin szkolnych. W fotelu na kółkach siedział pan domu, niepospolity uczony i przysłuchiwał się z zajęciem każdemu słowu rozprawiającej młodzieży. Zajmowało go wszystko, co się tyczyło rozwoju dzieci, ich charakterów, zabaw, sportów, szkolnych ambicji. Korzystał z każdej chwili wspólnych posiłków, aby — (sternik niewidoczny, a tak bardzo kochany) — przygotować do walki z oceanem życia ich łódź, stojącą dotychczas w zatoce rodzinnego gniazda. Atak paralityczny zwalił na łoże cierpienia i bezwładu tego wielkiego przyrodnika przed czterema już przeszło laty. Zbiegli się wówczas do niego najznakomitsi lekarze miasta, pragnąc gorąco uratować dla wiedzy polskiej życie wybitnego człowieka. Przy troskliwej, fachowej opiece i po długiej kuracji umiejętność medyczna odniosła triumf nad ciężką chorobą. Umysł przyrodnika odzyskał dawną prężność twórczości, tylko nóg nie opuścił stały niedowład i pan Zygmunt przykuty został do ruchomego fotela. Rozwiały się w nicość nadzieje otrzymania katedry uniwersyteckiej, którą już mu obiecywano ze względu na jego zasługi w świecie nauki, ale uczony przyjął całe to doświadczenie losu z niewzruszonym spokojem. Najpiękniejszą bowiem cechą tego podniosłego umysłu był splot bezbrzeżnej miłości dla wiedzy z uczuciem głębokiej wiary. Poddawał się wyrokom boskim z ufnością chrześcijanina, umiejącego powiedzieć nie słowami, lecz duszą całą:

— Niech się stanie nie moja wola, ale Twoja, o Panie!

Po powrocie do względnego zdrowia wezwał do siebie lekarzy przyjaciół i z pogodnym uśmiechem prosił ich o wypowiedzenie mu istotnej w swym stanie prawdy po odbytym konsylium. Taka jednak mężna i niezłomna stanowczość brzmiała w jego głosie dobrotliwym na pozór, że nikt nie odważyłby się na zbywanie go mglistymi ogólnikami.

— Kochany Zygmuncie! — odezwał się najstarszy z eskulapów poważnie. — Możesz żyć lata całe, albo umrzeć znienacka, jeśli nastąpi pęknięcie naczynka w mózgu.

Uczony wyciągnął obie dłonie do zgromadzonych i ściskał je kolejno:

— Dziękuję wam za tę otwartość! Jakież to szczęście, że moja rodzina ma opiekuna w naszym nieocenionym dziadziu, którego siły i zdrowie zdają się rokować długie życie! Pragnąłbym tylko mieć dość czasu, aby moje odkrycia naukowe przelać na papier dla przyszłych pokoleń. Może moi następcy obalą w proch moje twierdzenia, ale każda omyłka ludzi nauki, to jeden krok naprzód ku poznaniu bezwzględnej Prawdy!

Od tej chwili minęło kilka lat w zupełnym spokoju i rodzina oswoiła się z wolna z widokiem ojca paralityka, pogrążonego przez cały dzień w pisaniu dzieł naukowych i przewożonego na ruchomym fotelu do jadalni w porach wspólnych posiłków. Przeciążenie programem szkolnym za czasów rosyjskich, czyniące z uczących się dzieci woły robocze, ciągnące z mozołem pod wysoką górę wiedzy ogromny wóz, naładowany zbędnymi często wiadomościami — sprawiało iż jedynie pomiędzy jednym łykiem, a drugim toczyły się przy tym stole rozmowy szczere, otwarte — ukazywała się głąb duszy dziecięcej, łaknącej piękna i ideału. Więc i teraz, gdy pani Alina weszła powiewnym swym krokiem do jadalnego pokoju, Michaś z Pawełkiem opowiadali ojcu o wspaniałych zamiarach Bratniaka, a twarz uczonego wyrażała gotowość pomocy w tej sprawie.

Zegar, stojący w rogu, wybił poważnym basem sakramentalną trzecią godzinę.

— A co?! Widzi ojczulek, że się nie spóźniłam! — zawołała przekornie młoda kobieta.

Na dźwięk jej głosu cała trójka dzieci rzuciła się ku niej z okrzykiem radości, całując ręce i najśliczniejszą buziuchnę, a szare oczy uczonego przykuły się do uroczej postaci żony, młodszej odeń o lat kilkanaście, z wyrazem bezbrzeżnego uczucia.

— Czy zadowolona jesteś z nowej sukni, Alinko?! — zapytał głębokim, ciepłym tonem.

Pani domu przerwała na chwilę rozlewanie zupy do podawanych jej talerzy: — Nadzwyczajnie! Wyobraź sobie seledynowosrebrzyste połyski — na boku podpięcie i zwieszające się nenufary — toż samo na lewym ramieniu! Bajka!

— Będziesz wyglądała jak ondyna wodnica! — zawyrokował uczony.

Nagły uśmiech podniósł kąciki ust mamusi, przy czym błysnęły zęby drobne i lśniące jak perły nanizane półkolem:

— To samo twierdzi pani Kornelia! Chyba to prawda, bo przecież nie umówiliście się co do identyczności takiego sądu!

— Naturalnie, że prawda! — skonstatował krzykliwie Michaś. — Wszyscy moi koledzy, znający mamusię nazywają ją zawsze: Lorelei!

— Tss! Zlituj się, Michasiu, nie podnoś tak głosu! — mitygował chłopca dziadzio Wojciech. — Minąłeś się z powołaniem, a raczej zbyt późno ujrzałeś światło dzienne. Powinieneś był jako herold ogłaszać turnieje na cześć pięknych niewiast!

— Z niego to tak bucha, jak gejzery w Islandii — zaśmiała się Hala trochę złośliwie.

— Michaś temu nie winien, że ma tyle krzyku w środku! — zabrzmiał nagle dźwięczny głosik Ani, broniącej ukochanego, starszego brata.

Zaśmiali się wszyscy ochoczo, a Michaś, rzuciwszy w stronę Ani serdeczne: Dziękuję ci, Aniątko, oznajmił stanowczo Hali:

— Możesz być pewna, że gdybyś żyła w tych czasach, nie zmęczyłbym gardła oznajmianiem turniejów na twoją cześć! Błędni rycerze uwielbiali słodycz w kobiecie!

— Hm! Kto wie?! — wymknęły się dziewczynce tajemnicze słowa.

Miała jasnokasztanowate włosy z miedzianym połyskiem, zielone oczy, usta jak mak szkarłatne i cerę kreolki. Odziedziczyła tę niezwykłą urodę po babce, żonie dziadzia Wojciecha i starsze koleżanki, naśladując Sewera, mawiały o niej, że jest bajecznie kolorowa! Brała udział we wszystkich żywych obrazach i przedstawieniach na pensji, a potwierdzenie tego, że jest naprawdę bardzo ładna, szeptało jej nieraz lustro, gdy się w nim przeglądała.

Pan Zygmunt spojrzał na starszą córeczkę bacznie:

— I ja również nie jestem pewien, czy byłabyś, Halko, damą serca któregoś z tych trubadurów! Im nie chodziło wcale o piękne włosy, albo o czarujące oczy! Szukali oni ideału kobiety w kobiecie, byli sługami najwyższego piękna duchowego i często nie znali nawet tej, dla której imienia krzyżowali szpady z innym, podobnie jak oni, romantycznym poszukiwaczem przygód!

Hala zarumieniła się jaskrawo, pojmując, że przenikliwość ojca wykryła jej tajne myśli, a Pawełek rzucił przez stół pytanie najmłodszej siostrzyczce:

— A ty, Aniątko, czy chciałabyś być opiewaną przez jakiegoś rycerza?!

Króciutkie i stanowcze: — Nie! — padło z bladoróżowych usteczek Ani.

— Nie?! Dlaczego nie?! — dopytywał się ciekawie Pawełek.

— Bo zanadto by o mnie mówiono, a dla kobiety jest najlepiej, kiedy o niej wcale nie mówią! — wygłosiła mała z całą powagą.

Szalony śmiech buchnął ze wszystkich stron i posypały się pytania:

— Skąd przyszło ci to na myśl, Aniu?

Ale mała nie stropiła się bynajmniej i odparła rezolutnie:

— Słyszałam jak dziadzio tak mówił do tatusia, a tatuś na to powiedział: Pewno, że tak! — więc musi to być prawda!

Pan Zygmunt porozumiał się wzrokiem z dziadziem. Trzeba być ostrożniejszym wobec tej uważającej na każde ich słowo dziewczynki. Istotnie mówił tak kiedyś o zmroku spierając się lekko na temat pani Aliny i nie zwrócili uwagi, że pod koniec dyskusji weszła Ania do salonu i zajęła się swymi lalkami.

Podano już deser. Obiad się kończył. Chłopcy przywieźli fotel ojca do salonu, który był właściwie sanktuarium rodzinnym, gdyż tam, pod jednym z trzech okien przesiadywał stale uczony za olbrzymim biurkiem, zapełnionym książkami i materiałami do jego prac naukowych. Dziadzio Wojciech wszedł również za zięciem i wyprawiwszy chłopców z pokoju, zamknął drzwi do jadalni. Przeszedł się kilka razy po salonie, założywszy w tył ręce, po czym stanął przed fotelem pana Zygmunta:

— Niepotrzebnie zachęcasz Alinkę do bywania w świecie, mój drogi! — powiedział niezadowolonym lekko tonem. — Mąż chory, jej miejsce w domu!

Uczony patrzył na ojca żony nieporuszenie poważnymi oczami:

— Nie zapominajmy o jej młodości! Miała siedemnaście lat, gdy wyszła za mnie! Czworo dzieci! Dość się nakłopotała po nocach, czuwając nad nimi, pielęgnując w chorobach! A teraz — nie mogę jej dać pełni życia, do jakiej ma prawo! Niech się przynajmniej choć czasem zabawi. Zresztą — to nie bal, tylko raut literacki!

Dziadzio unosił się, widząc, że nie przekona zakochanego męża:

— Dziś raut, jutro five16na sto osób, za parę miesięcy — karnawał! Po co narażasz ją na pokusy światowego życia, pełnego lekkości i zbytków?! Wiesz przecież, jaki to słaby charakter?! Przypomnij sobie, jak zadurzyła się w tym wytwornym gagatku, Edmundzie, w tym samochwale i egoiście! Jakie to były szlochy i zaklęcia, że dla niej już tylko trumna, albo klasztor! wobec mego stanowczego veto17. No i co?! Uległa mej woli i twojej wytrwałej miłości! Wyszła za ciebie!

Pan Zygmunt wyciągnął rękę, jakby chciał powstrzymać naganę teścia. Głęboka czułość wzbierała w jego szarych oczach.

— Byłem z nią szczęśliwy przez tych kilkanaście lat, ojcze!

— Wiem. Patrzę trzeźwo. Jest pod twoim szlachetnym wpływem i absolutnie nic jej zarzucić nie można! Rad jestem, że nie widzę i nie zobaczę nigdy, na jakie moralne manowce poprowadziłby ją taki mąż jak Edmund! Zwłaszcza, gdyby w grę weszło uczucie! Oho! Krwawiłoby mi się serce z żalu nad losem Alinki, w rzeczywistości tak dobrej i słodkiej! Nieprzeparty czar od niej wieje — wszystko to prawda. Cóż — kiedy woli jej brak! To nie Ania, która już teraz wie, czego chce!

Niedostrzegalny prawie uśmiech na ustach zięcia był całą odpowiedzią. Bystry wzrok dziadzia złowił go jednak w przelocie:

— Tak, tak! Tobie się zawsze wydaje, że Ania to moja faworytka, że przesadzam w mym sądzie o niej! A ja ci mówię, że ona będzie kiedyś chlubą rodziny! Znam się na ludziach, mój drogi! Taka poważna, zamknięta w sobie duszyczka, a jednocześnie te niesłychanie miłe i świeże porywy dziecięcej swobody i wesołości! Niepospolite macie dziecko, Zygmuncie!

— Nie spieram się wcale ze zdaniem ojca! — zaśmiał się cicho uczony i spojrzał w kąt niedaleko swego biurka, gdzie urządzony był pokoik dla lalek i gdzie stały różne zabawki Ani. — Leży teraz maleńka dla wzmocnienia sił po obiedzie w swoim pokoju, ale niedługo wstanie i przyjdzie do mnie. Czy ojciec wie, że ona mi nic nie zawadza?! — ciągnął dalej z odcieniem tkliwości w głosie. — Całymi godzinami krząta się tam, przy tej szafeczce z sukniami i bielizną lalek, albo gotuje im obiady na tej maleńkiej kuchence, a tak się porusza cichutko, że nie słyszę jej wcale. Przeciwnie — powiedziałbym nawet, że jej obecność w pokoju tak na mnie działa ożywczo, jakby w tym kącie rosła w doniczce konwalia. A nie zniósłbym tu nikogo innego, przy mojej wytężonej pracy.

Dziadzio Wojciech zacierał ręce i śmiał się z zadowoleniem. Jego niebieskie oczy lśniły iskierkami dumy:

— Wygłosiłeś przed chwilą największą pochwałę na cześć mojej drogiej wnuczusi, sam może o tym nie wiedząc. Nie będziemy zatem więcej o tym mówili. Skoro rozważyłeś jakąś sprawę wszechstronnie — nie powracaj już do niej nigdy! — cytował z naciskiem ulubione swe zdanie. — Ale widzę również, że nie dacie mi teraz Ani do Malinek?! — postawił kwestię jasno. — Poczekałbym na nią do jutra!

— Ojcze kochany! — przemówił serdecznie uczony. — Przecież ona była od początku maja w Malinkach. Niech trochę posiedzi z nami, w domu. Skoro tylko pierwszy śnieg upadnie — proszę przysłać tu Bisię po naszą maleńką.

— Zgoda! — dziadzio uścisnął mocno rękę zięcia, którego cenił nad wyraz. Verbum nobile! Chociażby ten śnieg spadł w listopadzie — mam twoje słowo!

— Oczywiście — stwierdził swe przyrzeczenie pan Zygmunt.

— Dziadziu! — zaanonsował krzykliwie Michaś, otwierając drzwi z hałasem — Pawełek już pobiegł na dół po samochód. Czas jechać na dworzec! Dziadzio mnie zobowiązał do pilnowania godziny, dlatego przyszedłem!

— Słusznie! Odwieziecie mnie obaj. Gdzie mamusia i Ania?! Wołajcie Halę. Niech Brygidka znosi pakunki i walizę. Żegnajmy się, dzieci najdroższe. Obyśmy się zobaczyli jak najprędzej w dobrym zdrowiu i powodzeniu! — ściskał dziadzio kolejno wszystkie kochane i najbliższe dla siebie istoty, zostawiając na koniec pożegnanie z najmłodszą wnuczką. — To na deser — mówił, tuląc energicznie wykrojone usta do bladej twarzyczki dziewczynki, zarzucającej mu na szyję łapięta nieopisanie wdzięcznym i ufnym ruchem.

— Samochód już czeka, dziadziu! — wyrzucił jednym tchem zadyszany Pawełek.

— Dobrze. Żegnajcie, kochani! A piszcie często i obszernie!

Już dziadzia nie ma i cicho w mieszkaniu. Mamusia poszła do swego pokoju i tam, ułożywszy się na szezlongu, czyta najnowszą ciekawą książkę. Umysł mamusi jest ogromnie wrażliwy i bystry z natury. Interesuje ją wszystko, co tylko ma związek ze sztuką, muzyką i literaturą. Polityka ma w niej obojętnego widza, albo słuchacza. Nie zna się na tym i nic nie poradzi, więc nie zawiera nigdy decydującego w tych kwestiach głosu.

Ania wsuwa się do salonu i cichutko, bezszelestnie dochodzi do swego kącika. Lubi go niezmiernie, gdyż czuje się tam królową w państwie milczących lalek, z którymi rozmawia w duszy bezgłośnie, wiedząc z góry, jaką odpowiedź włoży im jej fantazja w ukarminowane, zaciśnięte usta. Lubi również usiąść na małym stołeczku, oprzeć łokcie na podniesionych kolanach i ująwszy głowinę w różowe dłonie, patrzeć w skupieniu na piszącego ojca. Jego profil suchy i czysty zdaje się trwać nieporuszenie, niby wycięta w kości słoniowej rzeźba. Ciemne włosy, przetkane z rzadka srebrnymi nitkami, odrzucone są w tył z czoła. Opuszczone powieki tają myśli, spływające na papier za pomocą szybko posuwającego się pióra, którym kieruje szczupła, przejrzysta, jakby uduchowiona ręka.

O szarej godzinie pan Zygmunt odkładał na bok to pióro i ciepłym głosem rzucał pytanie:

— Czy jesteś tu, Aniu? Chodź do mnie! Dziewczynka wysuwała się ze swego kąta, gdzie o tej porze słała zwykle łóżeczka dla lalek i zamiatała ich pokój malutką miotełką. Szła do ojca tak cicho na wyprężonych stópkach, że w lekkim mroku wczesnego wieczoru zdawała się płynąć ku niemu drobniutka i wdzięczna w błękitnej, albo różowej sukience i białym haftowanym fartuszku z malusieńkimi kieszoneczkami. Niosła przed sobą, cisnąc do piersi, swój nieodzowny, drewniany stołeczek.

— Siadaj, córeczko! Cóż mi dziś powiesz nowego? — uczony pochylał się ku dziewczynce i białą swą szczupłą dłonią pieścił łagodnie jej główkę i spadające, puszyste loki.

— Tatusiu! — Ania wznosiła z ufnością ku ojcu ciemnoniebieskie oczy: — Michaś opowiadał mi wczoraj o cudownej lampie Alladyna! Tatuś wie?! Tyle skarbów pod ziemią, aż oczy bolą od patrzenia! Rubiny, brylanty w takich sypankach drewnianych jak u dziadziusia w Malinkach kasza jęczmienna, albo gryczana! Ach! jak ja bym chciała, tatusiu, trafić do takiego cudownego miejsca! Zobaczyć te cuda na własne oczy! — i Ania wzdychała smętnie, wiedząc już od starszego rodzeństwa, że te wszystkie czarodziejskie przygody są bardziej na niby, aniżeli naprawdę!

— Tak, marzysz o cudach opisywanych w Tysiącu i jednej nocy18, a nie chcesz widzieć, córeczko, stokroć piękniejszych cudów, jakie wokoło ciebie rozsypała hojna dłoń Boga! — Uczony opierał się głową o skórzane plecy fotela, a splecione palce rąk składał na kolanach. Mówił powoli, głębokim tonem. — Widziałaś przecież tyle razy maleńka, najzwyklejsze żołędzie w ogrodzie u dziadzia, nieprawdaż? Czy przyszło ci kiedy na myśl, że z czegoś tak niewielkiego może wyrosnąć wspaniały, niebotyczny, rozłożysty dąb?! Czyż trzeba większego cudu?! Przypatrz się uważnie zwykłym kwiatom na łąkach! Czyż liczko najśliczniejszej z twoich czarodziejek wróżek da się porównać z delikatnością ich płatków! Na każdym kroku stąpasz wśród cudów, dziecinko, tylko oczka twoje jeszcze na nie zamknięte! Jakże pragnąłbym dożyć tej chwili, kiedy podrośniesz, kiedy będę mógł wziąć cię za rączkę i pokazać ci skarby nieporównanie cudowniejsze od wszystkich skarbów Alladyna! — tu głos mówiącego nabierał odcienia melancholijnej wątpliwości.

Malutka i ciepła dłoń Ani przesuwała się pieszczotliwie po szorstkim rękawie ojcowskiego ubrania:

— Dożyjesz, tatusienieczku! Dlaczego nie miałbyś dożyć?! Przecież zdrów jesteś zupełnie, kiedy tak dużo piszesz! — i pod wpływem nowej fali pytań, zwierzała się ojcu tajemniczym półszeptem:

— Tatuś wie?! Dostałam wczoraj wieczorem od mamusi małego klapsa!

— Widocznie zawiniłaś — solidaryzował się uczony z żoną, chociaż sam był przeciwnikiem wszystkich kar cielesnych, stosowanych wobec dzieci.

— Czytałam w łóżku już po pacierzu Historię o Marysi i krasnoludkach. Tatuśku, byłam ciekawa końca, więc zapaliłam sobie taki malusieńki kawałek świecy i raptem zobaczyłam cień mamusi nad sobą! Tak się zlękłam, aż mi książka z ręki wypadła! A mamusia taką miała zagniewaną twarzyczkę, jakby to słoneczko, co to mamusia ma w serduszku, schowało się gdzieś daleko! Niegrzeczna rączka! — powiedziała mamusia i dała mi klapsa i poszła prędko, stukając obcasikami. Nie chcę dostawać klapsów od mamusi! Tatuś rozmawia przecież co wieczora z Panem Bogiem, prawda, tatusiu?! To proszę Go poprosić, aby zesłał na mnie Ducha Świętego, żebym ja przez okładkę wiedziała, jaki będzie koniec powiastki! W dzień mi tego nie trzeba, bo mam dużo czasu, tylko wieczorem! Dobrze, tatuśku?!

— Dobrze. Przedstawię dziś wieczorem twoją prośbę Panu Bogu — składał uczony przyrzeczenie poważnym głosem. — Ale ty w zamian obiecaj, córeczko, że będziesz zawsze pamiętała, zawsze — przez całe twe życie — że twój ojciec nie położył się nigdy na spoczynek bez odmówienia wieczornego pacierza. Czy przyrzekasz mi to, Aniu?!

— Przyrzekam — dziewczynka powtórzyła ulegle nieznane jej dotąd słowo — i obiecuję (to brzmiało z zupełnym zrozumieniem przyjmowanego obowiązku), że nie zapomnę nigdy o wieczornym pacierzu tatusiu!

Niekiedy — uchylały się o tej szarej godzinie drzwi od salonu i na progu stawała — mamusia. Serduszko Ani trzepotało się z radości w wątlutkiej piersi, jak ptak strząsający kropelki rosy w słonecznej jutrzni. Bo chociaż dziewczynka kochała swym skupionym, nie rozpraszającym się uczuciem i chorego, mądrego tatusia, i dziadka Wojciecha, który ją tak czule przyjmował i gościł w tych najśliczniejszych Malinkach, i swoje starsze rodzeństwo, nie mówiące nigdy inaczej o niej jak: nasze drogie Aniątko! — ale ponad wszystkich na świecie Ania podziwiała mamusię. Mamusia to była cud nad cudami! Takiej drugiej mamusi nie było przecież na świecie! Może sobie tatuś nie wierzyć, że wróżki zlatują do kołyseczki małego dziecka i przynoszą mu różne dary jako najlepsze i kochające matki chrzestne, ale dlaczego w takim razie mamusia jest taka podobna do wróżki Dobrutki, tej miłej i dobrej opiekunki pokrzywdzonych królewien, a której wizerunek Ania oglądała z niegasnącym zachwytem tyle i tyle razy na obrazku we francuskiej książce Hali: Les contes des fées19 ?! Dlaczego mamusia w balowej, wyciętej sukni, w błyszczącej przepasce na czole jest tak przecudna, że skoro Ania ujrzała ją w takim stroju, to ze zdumienia i szczęścia nie mogła przemówić słowa! Przecież to wróżka Pięknotka! Też same jasne, faliste włosy, też same fiołkowe, ogromne oczy mieniące się liliowymi blaskami jak duże, ciemne ametysty w broszce u piersi i też same ramiona i ręce, różowo mleczne, zgrabniutkie, zakończone paznokietkami, jak płatki róży! A skądże ten zapach róży, jakim mamusia jest tak przepojona, że nawet jej oddech — to zapach kwiecia?! A te jej opowiadania przecudne, a takie prawdziwe, jakby tam wszędzie sama bywała?! Wszystko, to dary, niezwykłe dary tych matek chrzestnych, tych wróżek, w których istnienie tatuś nie wierzy! Za każdym razem, kiedy mamusia stawała w mroku niedalekiego wieczoru na progu salonu, Ania wpatrywała się w nią z bijącym sercem, czy nie ujrzy promienia jasności, z owego chowanego pod sukienką na piersiach, czarodziejskiego słoneczka?!

Ale nie!... Popielate cienie wieczoru nie prześwietlały się żadnym odbłyskiem, tylko dźwięczny głos mamusi rzucał wesołe pytanie:

— Może wam coś zagrać, wielki i mały filozofie?!

— Prosimy bardzo! — odpowiadał tatuś pospiesznie i tyle głębokiej radości zawierało się w tych prostych słowach, jakby niewidzialny promień z mamusinego słoneczka ocieplił i natchnął nowym życiem jego zagrożone serce.

Mamusia szła przez salon lekkimi, posuwistymi krokami. Wszystko w niej było wdziękiem, wszystko tchnęło niewysłowioną harmonią. Podchodziła do fortepianu, którego białe klawisze lśniły w mroku płaskimi grzbietami i