Angielka w Nowym Jorku - Carole Mortimer - ebook
Opis

Angielska studentka Cynthia Hammonds przyjeżdża na tydzień do Nowego Jorku na zaproszenie przyjaciela. Spodziewa się, że Jonathan pokaże jej miasto, lecz on całe dnie spędza na planie serialu, a wieczorami zabiera ją na przyjęcia z udziałem nowojorskich elit. Na jednym z przyjęć pijany Jonathan robi jej awanturę. W obronie Cynthii staje właściciel stacji telewizyjnej Lucien Steele. To dzięki niemu od tej pory nowojorska przygoda Cynthii nabierze zupełnie innych barw…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 150

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Carole Mortimer

Angielka w Nowym Jorku

Tłumaczenie: Zofia Uhrynowska-Hanasz

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Wspaniały widok, prawda?

Thia zamarła. Na dźwięk głębokiego męskiego głosu, który rozległ się za nią w ciemności, przeszedł ją dreszcz. Odwróciła się szybko, poszukując w mroku mężczyzny, który się do niej odezwał.

W świetle księżyca dostrzegła w odległości paru kroków za sobą postać. Mężczyzna stał samotnie na balkonie okalającym luksusowy apartament na czterdziestym piętrze jednego z nowojorskich wieżowców. Mdłe światło sączące się przez otwarte balkonowe drzwi wraz z gwarem i śmiechami jakichś pięćdziesięciu uczestników przyjęcia pozwalało stwierdzić jedynie, że mężczyzna jest bardzo wysoki, ciemny i szeroki w ramionach.

Palce Thii zacisnęły się na barierce.

– Owszem, wspaniały – odparła dobitnie.

– Pani jest Brytyjką – zauważył.

– Z Londynu – ucięła krótko w nadziei, że mężczyzna pochwyci cierpką nutę w jej głosie i zostawi ją w spokoju.

Nowojorska noc bowiem, ze wszystkimi jej urokami, nie była jedynym powodem, dla którego piętnaście minut temu Thia wyszła na balkon, podczas gdy reszta towarzystwa celebrowała pojawienie się gościa honorowego w osobie amerykańskiego biznesmena i miliardera Luciena Steele’a. Fakt, że przyszło tak wielu aktorów, aktorek i polityków, świadczył o tym, jak ważny był to gość.

Po zachwytach Jonathana nad Steele’em Thia poczuła się lekko rozczarowana łysiejącym, tęgawym, niewysokim mężczyzną. A może to pieniądze i władza czyniły go tak atrakcyjnym? Mimo wszystko była zadowolona, że zamieszanie związane z jego przybyciem pozwoliło jej wymknąć się na balkon, gdzie mogła samotnie spędzić parę chwil.

Nie zamierzała więc dzielić ich z jakimś nieznajomym mężczyzną.

– Brytyjka z Londynu, która unika przyjęcia? – odezwał się głębokim męskim głosem, z nutą rozbawienia.

Zaliczywszy trzy podobne przyjęcia w ciągu czterech dni, jakie upłynęły od jej przybycia do Nowego Jorku, Thia musiała przyznać, że poczuła się nimi lekko znudzona; po prostu się jej przejadły. Na pierwszym nawet się dobrze bawiła – poznała wiele ciekawych osób, które do tej pory widywała tylko w telewizji, światowej sławy aktorów i aktorek, a także polityków z pierwszych stron gazet. Jednakże sztuczność panującej na tych bankietach atmosfery stała się nużąca. Rozmowy się powtarzały i były za głośne, tym bardziej śmiechy. Goście obnosili się ze swoim bogactwem i prześcigali w przechwałkach.

Nadmiar spotkań towarzyskich sprawił też, że Thia miała bardzo mało czasu na osobiste rozmowy z Jonathanem, człowiekiem, dla którego przyjechała do Nowego Jorku.

Jonathan Miller był angielską gwiazdą Sieci, nowego amerykańskiego serialu telewizyjnego, którego akcja działa się w Nowym Jorku. Sensacyjną Sieć reżyserował gospodarz dzisiejszego wieczoru, Felix Carew, a Miller partnerował w wątku miłosnym jego młodej, pełnej seksapilu żonie Simone.

Serial natychmiast stał się hitem, a Jonathan ulubieńcem miejscowej śmietanki towarzyskiej. Jak się w ciągu tych czterech dni okazało, tej śmietanki było w Nowym Jorku pod dostatkiem!

Wszyscy jednak bez najmniejszych skrupułów ignorowali kobietę, z którą go widywano na przyjęciach, kiedy się okazało, że nie jest ona osobą wpływową ani w kręgach towarzyskich, ani politycznych.

Ale Thii to nie przeszkadzało. Bardzo szybko doszła do wniosku, że ma tak samo niewiele wspólnego z nowojorską elitą, co ta elita z nią.

Naturalnie cieszył ją sukces Jonathana. Przyjaźnili się od kilku lat, a poznali się w jednej z londyńskich restauracji, gdzie Thia pracowała jako kelnerka na nocną zmianę, żeby móc w dzień studiować na uniwersytecie.

Spotkali się całkiem przypadkowo. Jonathan grał w teatrze po drugiej stronie ulicy i zaczął wieczorami wpadać na jakiś posiłek.

Lubili sobie wtedy pogadać, a nawet przez kilka tygodni umawiali się na randki. Ale jakoś między nimi nie zaiskrzyło i związek szybko zmienił kategorię na „to tylko przyjaźń”. Nagle, cztery miesiące temu, Jonathan dostał główną rolę w telewizyjnym serialu Sieć i Thia doszła do wniosku, że jeśli przeniesie się do Nowego Jorku, to i „tylko przyjaźń” się skończy.

W ciągu paru miesięcy po wyjeździe dzwonił kilka razy. Były to nieobowiązujące przyjacielskie rozmowy, a potem nagle miesiąc temu Jonathan przyleciał do Anglii na weekend, zapewniając ją o swojej tęsknocie i nalegając na spotkania. Było przyjemnie. Thia wzięła wolne w weekend, tak żeby wieczorem mogli zjeść razem kolację, a w ciągu dnia pochodzić po muzeach i iść na spacer do parku, zanim Jonathan wróci do Nowego Jorku.

Jakież było jej zdumienie, kiedy dwa dni później dostała do domu przez posłańca tygodniowy bilet pierwszej klasy na samolot do Nowego Jorku!

Natychmiast zadzwoniła do Jonathana, naturalnie po to, żeby mu powiedzieć, że nie może przyjąć od niego takiego prezentu. Jonathan jednak bronił się, że go na to stać, a poza tym – co ważniejsze – koniecznie chce jej pokazać Nowy Jork, a Nowemu Jorkowi ją.

Duma podpowiadała jej, że powinna się dalej opierać, ale Jonathan był bardzo przekonujący, a ponieważ Thia od lat nie mogła sobie pozwolić na urlop, pokusa była zbyt silna, by jej nie ulec. Zgodziła się więc, jednak pod warunkiem, że Jonathan zamieni bilet pierwszej klasy na klasę standard. Wobec finansowych trudności, z jakimi się borykała, uznała, że wydawanie tak wielkich pieniędzy na bilet lotniczy byłoby czymś nieprzyzwoitym.

Jonathan zapewnił ją, że będzie miała w jego mieszkaniu oddzielną sypialnię i że po prostu zależy mu na tym, żeby się razem nacieszyli Nowym Jorkiem.

Tylko że jej wyobrażenie o ich wspólnie spędzonym czasie w Nowym Jorkiem daleko odbiegało od czekającej ją rzeczywistości. Co wieczór mianowicie brali udział w przyjęciach, takich jak dzisiejsze, a następnego dnia rano Jonathan odsypiał ich skutki. Jednocześnie późne popołudnia i wczesne wieczory mijały mu zwykle w odosobnieniu w towarzystwie Simone Carew, z którą pracował nad scenariuszem.

Thia zaczynała się zastanawiać, po co Jonathan w ogóle ją zaprosił do Nowego Jorku, skoro właściwie nie miał dla niej czasu.

Była wyraźnie poirytowana faktem, że i teraz gdzieś zniknął z Simone wkrótce po tym, jak się pojawili na przyjęciu, które rzekomo było tak bardzo dla niego ważne z uwagi na obecność miliardera Luciena Steele’a, właściciela stacji telewizyjnej odpowiedzialnej za Sieć. W tej sytuacji stawała się łatwym łupem dla mężczyzn takich jak ten, który stał teraz za nią w ciemnościach…

No może niezupełnie takich. Jeszcze nigdy nie spotkała nikogo, kto by tak silnie na nią oddziaływał…

– Coś pięknego… – wyszeptał nieznajomy zmysłowym głosem, wyłaniając się z mroku i stając przy poręczy obok niej.

Serce dziewczyny skoczyło jak szalone; poczuła delikatny cytrynowy zapach jego wody kolońskiej.

Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, jednocześnie zadzierając głowę, tak bardzo przewyższał ją wzrostem mimo jej niebotycznych obcasów. W świetle księżyca rysy jego twarzy wydawały się ostre, męskie: mocna szczęka, kształtne usta, orli nos i wydatne kości policzkowe. No i te jasne migotliwe oczy…

Oczy przenikliwe, bardziej skupione na niej niż na panoramie Nowego Jorku.

Thia opanowała kolejny dreszcz, świadoma intensywnego wzroku nieznajomego, z którym była kompletnie sama.

– Ciekawe, czy już towarzystwo wylizało do połysku ręcznie robione buty z włoskiej skóry Luciena Steele’a, jak pan myśli? – wyrwało jej się w zdenerwowaniu, ale po chwili zreflektowała się i przeprosiła za swoją szorstkość. – Proszę wybaczyć, to było z mojej strony bardzo niedelikatne. – Zdawała sobie sprawę, w jakiej mierze Jonathan zawdzięczał swój sukces w Stanach życzliwości Steele’a. Nieraz to podkreślał.

– Ale bardzo szczere… – skwitował sucho mężczyzna.

– Być może. – Thia skinęła głową. – W każdym razie jestem przekonana, że pan Steele w pełni zasługuje na tak liczne dowody wdzięczności, z jakimi się spotyka.

Mężczyzna błysnął białymi zębami. Uśmiech był cierpki, pozbawiony humoru.

– A może ten człowiek jest tak nieprzyzwoicie bogaty i wpływowy, że nikt nie śmie mu nic powiedzieć?

– Możliwe – przyznała, po czym wyciągnęła rękę. – Cynthia Hammond – przedstawiła się, próbując przywrócić rozmowie normalność. – Ale wszyscy mówią na mnie Thia.

Mężczyzna wziął ją za rękę, która w jego silnej ciemnej dłoni wydawała się dziwnie jasna. W kontakcie z jego ciałem Thia poczuła się speszona.

– Nigdy nie ulegałem zbiorowym sugestiom, dlatego będę panią nazywał Cyn…

I znów zmysłowy sposób, w jaki wymówił to słowo, przyprawił ją o gęsią skórkę.

Jonathan może sobie znikać z Simone nawet i na całe czterdzieści minut, ale to jeszcze nie znaczy, że Thia ma tu stać i pozwalać się uwodzić jakiemuś przystojniakowi, który prezentował się nieprzyzwoicie seksownie w swoim niewątpliwie kosztownym smokingu, chociaż niestety zapomniał się przedstawić…

– A pan…?

Znów błysk białych zębów w ciemności, ale tym razem był to uśmiech filuterny.

– Lucien Steele.

– Nie sądzę! – parsknęła.

– Nie sądzi pani? – Wyraźnie rozbawił go jej sceptycyzm.

– No właśnie, nie sądzę – powtórzyła zdecydowanie.

Uniósł ciemną brew.

– A to dlaczego?

– Przede wszystkim jest pan za młody na miliardera Luciena Steele’a, który własną pracą dorobił się majątku – odparła. Oceniała tego mężczyznę na jakieś trzydzieści kilka lat. Ponadto miała na uwadze kilka rzeczy, które wiedziała o Steele’u od Jonathana, jak choćby to, że jest nie tylko najbogatszym nowojorczykiem na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat, ale także i najbardziej wpływowym.

Mężczyzna obojętnie wzruszył ramionami.

– Cóż mogę na to powiedzieć? Przede wszystkim moi rodzice byli bogaci, a ja zarobiłem swój pierwszy milion, kiedy miałem dwadzieścia jeden lat.

– A poza tym – podjęła z determinacją Thia – widziałam pana Steele’a, kiedy przyszedł.

Trudno było nie zauważyć nabożeństwa, z jakim witali go inni goście. Ci niewiarygodnie bogaci i piękni ludzie, wszyscy, bez wyjątku, zamilkli, kiedy w drzwiach pojawił się Lucien Steele. Felix Carew, sam przecież człowiek z silną pozycją w branży, dosłownie łamał nogi, spiesząc powitać gościa.

Z politowaniem pokiwała głową.

– Lucien Steele ma niewiele po czterdziestce, jest o kilkanaście centymetrów niższy od pana, tęgawy i ogolony na łyso. – Szczerze mówiąc, na pierwszy rzut oka gość wydał się Thii bardziej podobny do oprycha niż do najbogatszego i najbardziej wpływowego człowieka w Nowym Jorku!

– To musiał być Dex.

– Dex…? – powtórzyła z powątpiewaniem.

– Mhm. – Obojętnie skinął głową. – Nadzwyczaj poważnie traktuje swoje obowiązki mojego osobistego ochroniarza. Do każdego pomieszczenia wchodzi przede mną. Właściwie nie bardzo wiem, dlaczego to robi. Pewnie wyobraża sobie, że za każdymi drzwiami czyha na mnie skrytobójca.

Pochwyciła w jego głosie – w głosie Luciena Steele’a? – nutę rozbawienia i poczuła się z lekka speszona. Zwilżyła usta i zapytała:

– A gdzie jest teraz Dex?

– Prawdopodobnie pełni straż po drugiej stronie tych drzwi.

Ciekawe, czy Dex ma za zadanie pilnować, żeby nikt się nie wymknął na balkon, czy może uważać, żeby Thia nie wróciła do środka, dopóki ten człowiek nie będzie sobie tego życzył.

Zmarszczyła brwi. Znów zauważyła tę otaczającą go naturalną aurę władczości i pewnej arogancji, jaką wyczuła na samym początku.

Zupełnie jakby był przyzwyczajony do tego, że wszyscy mu się podlizują…

Lucien nie wypuszczał z uścisku drżącej już teraz dłoni Cyn, czekając, aż dziewczyna, która spoglądała na niego tajemniczymi ciemnoniebieskimi oczami spod długich rzęs, zaczerpnie tchu.

– Czy to ten sam Lucien Steele, który jest właścicielem Steele Technology, Steele Media, Steele Atlantic Airline i Steele Industries i tych wszystkich innych Steele Coś-Tam? – mruknęła pod nosem.

Wzruszył ramionami.

– Taka dywersyfikacja w interesach wydała mi się wskazana.

Thia zdecydowanym ruchem wysunęła rękę z jego dłoni, a następnie mocno uchwyciła się poręczy.

– Ten sam Lucien Steele miliarder?

– Pani już to chyba mówiła… – skinął głową.

Thia głęboko zaczerpnęła tchu, uwydatniając pełne piersi i twarde sutki. Lucien wiedział, że muszą być smakowite.

Kiedy chwilę wcześniej wchodził do apartamentu Felixa i Simone Carew, natychmiast zauważył kobietę, którą już teraz znał jako Cynthię Hammond. Jakże mogło być inaczej? Stała samotnie w głębi wielkiej sali, przyciągając wzrok czarnymi włosami, które jedwabistą kaskadą opadały poniżej ramion, i niebieskimi oczami w delikatnej pięknej porcelanowej twarzy.

Dziewczyna miała na sobie długą do kostek sukienkę pod kolor oczu, odsłaniającą ramiona i częściowo biust. Jej gładka lśniąca blaskiem pereł skóra przypominała lekko zabarwioną różem bladą kość słoniową. Palce dosłownie świerzbiły Lucienia, by jej dotykać.

Prosty krój niebieskiej sukni podkreślał linię pełnych piersi, wąską talię i lekko zaokrąglone biodra, każąc Lucienowi zastanawiać się, czy Cyn nosiła pod suknią jeszcze cokolwiek innego.

Ale tym, co go naprawdę w niej zaintrygowało, nie była naturalna piękność Thii ani nawet doskonałość jej ciała, tylko fakt, że zamiast starać się dopchać do niego, jak to robiła większość gości, wykorzystała związane z jego przybyciem zamieszanie, by się dyskretnie wymknąć na balkon.

I nie wróciła nawet wtedy, kiedy zdołał się wyrwać tym, którzy – jak to określiła – „lizali do połysku jego ręcznie robione buty z włoskiej skóry”. Ciekawość Luciena wzrosła – a mało co było w stanie ją jeszcze pobudzić – do tego stopnia, że gdy tylko się uwolnił od grona agresywnych wielbicieli, wyszedł za nieznajomą na balkon.

Thia ponownie nabrała tchu, nieświadomie uwydatniając swoje wdzięki.

– Chciałam pana bardzo przeprosić za moją niedelikatność. Oczywiście to mnie w najmniejszym stopniu nie usprawiedliwia, ale nie mogę powiedzieć, żeby to był dla mnie udany wieczór – wyznała szczerze. – Pewnie w ten sposób odreagowałam mój nie najlepszy nastrój, chociaż oczywiście to nie jest powód do tego, żebym się niegrzecznie o panu wyrażała czy była wobec pana niemiła.

Lucien uniósł brew.

– Przypuszczam, że nie zna mnie pani jak dotąd dostatecznie dobrze, żeby móc z taką pewnością osądzać, czy zasługuję na to, żeby się o mnie niegrzecznie wyrażać albo być wobec mnie niemiłą – odparł z przekąsem.

– Oczywiście, że nie… – akcent położony na słowa „jak dotąd” zbił ją z tropu. – Potrząsnęła głową. – Tak czy inaczej nie powinnam się tak śmiało wyrażać o kimś, kogo znam tylko z mediów.

– Szczególnie, że wiemy, jak te media potrafią być nierzetelne – ciągnął przekornie Lucien.

– No właśnie! – entuzjastycznie podchwyciła Thia, po czym przerwała, wpatrując się w niego niepewnie. – Zaraz… zaraz… czy to przypadkiem światowe media w dziewięćdziesięciu procentach nie należą do pana?

– To by było sprzeczne z regulacjami prawnymi dotyczącymi monopolu – odparł obojętnie.

– A czy miliarderzy zawracają sobie głowę takimi drobiazgami jak regulacje prawne? – spytała prowokacyjnie Thia.

Lucien zachichotał.

– Owszem, jeśli nie chcą, żeby ich wzięli za fraki i doprowadzili przed sąd.

Na dźwięk jego zmysłowego śmiechu Thia poczuła znajome mrowienie w krzyżu. Musiała też przyznać, że mimo całej irytacji, jaką w niej budził ten człowiek, zaczynała się dobrze bawić – może po raz pierwszy od przyjazdu do Nowego Jorku.

– Czy nie jest pani zimno? – Zanim zdążyła odpowiedzieć, Lucien Steele zdjął marynarkę i okrył nią jej nagie ramiona. Marynarka sięgała jej niemal do kolan i pachniała cytrynową świeżością, a za sprawą jej ciepła dotarł do Thii bardziej przyziemny i zmysłowy zapach mężczyzny, który ją nosił.

– Ależ nie, dziękuję…

– Proszę się nie krępować. – Obiema rękami przytrzymał marynarkę, którą usiłowała zdjąć.

Pod wpływem ciepła jego rąk przenikającego przez materiał poczuła ten sam co poprzednio dreszcz.

Lucien niechętnie cofnął ręce i stanął obok niej przy barierce, wpatrując się w jej twarz jasnymi srebrzystoszarymi oczami. Dopasowana wieczorowa koszula podkreślała jego szerokie barki i szczupłą talię nad wąskimi biodrami i długimi nogami.

– Dlaczego ten wieczór jest dla pani nieudany? – próbował się delikatnie dowiedzieć Lucien.

Dlaczego? Dlatego, że wypad do Nowego Jorku w najmniejszym stopniu nie spełniał jej oczekiwań. Dlatego, że kolejny raz została przyprowadzona na przyjęcie, a potem bardzo szybko pozostawiona samej sobie przez… no cóż, to prawda, że Jonathan nie był jej chłopakiem, jednak z pewnością uważała go za przyjaciela. Ale co to za przyjaciel, który po kilku minutach znika z gospodynią wieczoru, pozostawiając ją na pastwę tych wszystkich nowojorskich pięknoduchów.

Ostatnio jej nie najlepszy nastrój pogłębiła niepokojąca świadomość bliskości stojącego obok niej mężczyzny – ciepło i uwodzicielski zapach jego marynarki, które sprawiały, że czuła się jakby nim otoczona.

No i wreszcie Thia nie potrafiła sobie poradzić z podnieceniem, jakie sygnalizowało jej ciało.

Wzruszyła ramionami.

– Po prostu źle się czuję na tego rodzaju przyjęciach.

– Dlaczego?

Skrzywiła się, nie chcąc kolejny raz tego wieczoru urazić Luciena.

– Taka już jestem.

Skinął głową.

– A gdzie się pani dobrze czuje? Jest pani może aktorką?

– Absolutnie!

– To może aktorką in spe?

– Słucham?

Wzruszył ramionami.

– Chodzi mi o to, czy może pani zamierza zostać aktorką.

– A, rozumiem. – Thia uśmiechnęła się smutno. – Nie, tym zupełnie nie jestem zainteresowana.

– Modelką?

– Rzeczywiście, z moim wzrostem metr pięćdziesiąt pięć! – parsknęła.

– Nie pomagasz mi, Cyn. – W jego głosie nuta rozbawienia mieszała się z nutą lekkiego zniecierpliwienia. W ciągu ostatnich czterech dni Thia obcowała z nowojorską elitą dostatecznie często, żeby wiedzieć, że nikt nie będzie tracił czasu na dotrzymywanie towarzystwa studentce i kelnerce. Lucien Steele też przestanie się nią interesować, kiedy tylko zaspokoi swoją ciekawość. Co wcale nie będzie takie złe…

Z determinacją zadarła podbródek i wygłosiła:

– Jestem nikim i przyjechałam do Nowego Jorku na wycieczkę.

Lucien nie zgodził się przynajmniej z częścią tego oświadczenia. Cynthia Hammond z całą pewnością była kimś. Kimś, a ściślej, kobietą, której uroda, a także umiejętność prowadzenia rozmowy wydały mu się tak intrygujące, jak tego po niej oczekiwał…

Uniosła brwi.

– To, jak sądzę, będzie dla pana wystarczającym pretekstem do tego, żeby się grzecznie ulotnić?

Lucien zmrużył oczy.

– A dlaczego miałbym to zrobić?

Wzruszyła ramionami.

– Z tego samego powodu, dla którego robili to wszyscy, których poznałam w Nowym Jorku, kiedy się przekonywali, że jestem dla nich kompletnie nieprzydatna.

Owszem, znając nowojorską socjetę tak dobrze, jak znał ją Lucien, bez trudu mógł sobie wyobrazić, że w takiej sytuacji każdy bez najmniejszych skrupułów okazałby swój brak zainteresowania.

– Już chyba wspominałem, że nie kieruję się owczym pędem. Czy to się nie potwierdza? To znaczy… – Jej blade policzki zabarwił rozkoszny rumieniec. Thia na moment zamknęła oczy, a następnie spojrzała na niego z wyrazem skruchy.

– Raz jeszcze przepraszam, ale naprawdę mam dziś zły dzień. – Westchnęła.

Lucien skinął głową.

– Czy może chciałaby pani stąd wyjść? Moglibyśmy gdzieś skoczyć na drinka.

Zamrugała, prezentując swoje długie rzęsy.

– Przepraszam…?

Lucien uśmiechnął się, ale bez humoru.

– Tak się składa, że i ja nie znoszę tego rodzaju przyjęć.

– Ale przecież pan jest gościem honorowym!

– Tym bardziej, kiedy jestem gościem honorowym.

Przyjrzała mu się badawczo, próbując się zorientować, czy przypadkiem Lucien nie prowadzi z nią jakiejś gry. Ciekawe zresztą, jakie miałoby to mieć dla niej znaczenie. Jednak niewzruszone spojrzenie jego jasnych oczu i poważny wyraz twarzy upewniły ją, że ma do czynienia z człowiekiem, który rzadko – o ile w ogóle – prowadzi jakieś gry.

Lucien całkiem serio namawiał ją, żeby razem opuścili przyjęcie państwa Carew…

Tytuł oryginału: Rumours on the Red Carpet

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2013

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Łucja Dubrawska-Anczarska

© 2013 by Carole Mortimer

© for the Polish edition by Arlekin – Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Światowe Życie są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1062-1

ŚŻ – 575

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com