Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niepokorna artystka - Carole Mortimer

Właściciel firmy deweloperskiej Jonas Buchanan, chce kupić od Mary McGuire magazyn nad Tamizą, by w tym miejscu zbudować luksusowy apartamentowiec. Mary uparcie odmawia. Odziedziczyła budynek po dziadku, urządziła w nim pracownię malarską i nie zamierza się jej pozbyć za żadną cenę. Jonas, człowiek interesu, nie potrafi zrozumieć tych sentymentalnych motywów. Zaczyna się spotykać z Mary, licząc, że z czasem ją przekona, lecz znajomość przybiera nieoczekiwany dla Jonasa kierunek…

Opinie o ebooku Niepokorna artystka - Carole Mortimer

Fragment ebooka Niepokorna artystka - Carole Mortimer

Carole Mortimer

Niepokorna artystka

Tłumaczenie: Monika

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mac przystanęła gwałtownie w połowie schodów wiodących w dół z drugiego piętra dawnego magazynu, który przekształciła na dom mieszkalny. Przestraszył ją widok człowieka stojącego w ciemnej, cienistej alei poniżej.

Gdy wyszedł z cienia, zmarszczyła brwi. Z miejsca, w którym stała, barczysty mężczyzna w ciemnym wełnianym płaszczu do kostek wyglądał na olbrzyma. Przydługie czarne włosy, zaczesane do tyłu, kontrastowały z jasnymi, niebieskimi czy też szarymi oczami. W innej sytuacji Mac chętnie przeniosłaby na płótno twarde, męskie oblicze z wydatnymi kośćmi policzkowymi, długim prostym nosem, pięknie wyrzeźbionymi ustami i mocną linią żuchwy. Wydatniejsza dolna warga świadczyła o zmysłowości.

Lecz obecnie fizyczna atrakcyjność przybysza nie miała dla niej żadnego znaczenia. Jego rysopis mógłby się przydać jedynie policji, gdyby się okazało, że odwiedził ją w nieuczciwych zamiarach.

Powstrzymała drżenie, gdy owionął ją lodowaty wiatr. W początkach grudnia zimno przenikało do szpiku kości.

– Czym mogę panu służyć? – zapytała, poprawiając sweter. Musiała użyć obu rąk, żeby wyciągnąć na wierzch długie kruczoczarne włosy. Uczyniła to tak szybko jak to możliwe, niemal pewna, że będzie zmuszona zastosować chwyty ju-jitsu, które opanowała podczas studiów.

Nieznajomy wzruszył szerokimi ramionami.

– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, czy zastałem pannę Mary McGuire?

Znał jej nazwisko!

Żaden z przyjaciół nie używał jej imienia. Ale ten obcy oczywiście do nich nie należał.

Zerknęła na jasno oświetloną pracownię za plecami, potem znów na przybysza.

– Kto chciałby to wiedzieć?

– Rozumiem pani niepokój. Nie wątpię, że panią wystraszyłem. Bardzo przepraszam, ale pragnę zapewnić, że nie mam złych zamiarów. Pragnę tylko pomówić z panną McGuire.

– Ale czy panna McGuire życzy sobie rozmawiać z panem?

– Mam nadzieję, że tak – odparł z niewesołym uśmiechem. – Ale niepotrzebnie tracimy czas. Możemy tak przegadać całą noc.

– Wątpię. – Mac pokręciła głową. Doszła do wniosku, że jednak nie będzie potrzebowała umiejętności samoobrony. – Patelsowie zamykają sklep równo za dziesięć minut.

– Kto to taki? – spytał intruz, unosząc brwi.

– Właściciele sklepiku na rogu, dwie przecznice dalej. Zamierzam tam zdążyć przed zamknięciem. Proszę ustąpić mi drogi.

Zeszła dwa schodki niżej, tak że mieli głowy na tej samej wysokości.

Stwierdziła, że jego oczy są jednak niebieskie. Intensywnie błękitne.

Patrząc w nie, wstrzymała oddech. Równocześnie czuła subtelny, korzenny zapach wody po goleniu czy też kolońskiej. Mimo że nieznajomy emanował siłą, Mac oceniła, że mogłaby z nim wygrać. W ju-jitsu nie decydują rozmiary, lecz technika, a tę świetnie opanowała.

Obcy obserwował ją spod wpółprzymkniętych powiek.

– Skoro wychodzi pani z domu pani McGuire, to znaczy, że jest pani jej koleżanką.

– Jest pan pewien?

Jonas pożałował swojej decyzji złożenia wizyty Mary McGuire. Z pewnością postąpiłby bardziej stosownie i nie naraził jej znajomej na stres, gdyby wcześniej zadzwonił i umówił się na jakiś termin, dogodny dla obu stron. Przyszedłby w ciągu dnia, najlepiej w takiej porze, gdy nikt inny jej nie odwiedza.

Szczupła drobinka z czarnymi włosami miała szare oczy w kształcie migdałów. Według oceny Jonasa za bardzo wzięła sobie do serca opowieści o konających z głodu artystach. Nosiła za duży roboczy kombinezon i biały podkoszulek. Olbrzymi kardigan mogłaby dwukrotnie owinąć wokół szczuplutkiej sylwetki. Miała drobne, chude ręce i niemal przezroczystą skórę. Znoszone niebieskie tenisówki nie chroniły stóp przed grudniową wilgocią i zimnem.

Jonas spędził ostatni tydzień na prowadzeniu interesów w Australii. Załatwił wszystko po swojej myśli, lecz po powrocie z gorącego klimatu dotkliwiej niż zwykle odczuwał angielskie chłody, mimo że narzucił na garnitur ciepły kaszmirowy płaszcz.

Tej kruchej istotce zimno musiało jeszcze bardziej dokuczać, zwłaszcza że dla ochrony przed zimnem nosiła tylko sweter.

– Jeszcze raz przepraszam, że panią wystraszyłem – powiedział, ustępując jej z drogi, by mogła zejść na chodnik.

Czubek jej głowy sięgał mu poniżej podbródka. Mimo mikrej postury uniosła dumnie głowę i popatrzyła na niego drwiąco.

– Wcale mnie pan nie wystraszył – odparła, po czym owinęła ciaśniej kardigan wokół ciała i pospieszyła w swoją stronę.

Jonas nadal obserwował ją spod opuszczonych powiek, gdy przystanęła pod lampą na rogu, by jeszcze raz zerknąć na niego przez ramię. Miała bladą owalną twarz. Kruczoczarne włosy do pasa lśniły niebieskawo w świetle lampy, zanim znikła za rogiem.

Smutno pokręcił głową, po czym wszedł po żelaznych schodach wiodących do pracowni Mary McGuire. Miał nadzieję, że potraktuje go uprzejmiej niż jej koleżanka o wyglądzie ubogiej sierotki. Choć, prawdę mówiąc, specjalnie na to nie liczył.

Po dokonaniu zakupów Mac pogawędziła kilka minut z Patelsami. Lubiła tych sympatycznych ludzi. Otworzyli minimarket w dogodnym punkcie przed dwoma laty. Inda oczekiwała narodzin pierwszego dziecka za dwa miesiące.

Mac zwolniła kroku, gdy ujrzała na najniższym stopniu schodów nieproszonego gościa. Gdy podeszła z torbą zakupów, błękitne oczy rozbłysły.

– Chyba nie zastał pan panny McGuire? – zagadnęła, przystając przed nim.

Minęło piętnaście minut od chwili, gdy Jonas dotarł na szczyt metalowych schodów i zadzwonił do drzwi. Ponieważ odpowiedziała mu cisza, zapukał. Z tym samym skutkiem. Zapalone światło w pracowni powiedziało mu, że właścicielka jest obecna albo też wyszła na krótko przed chwilą, co nasunęło mu myśl, że to nikt inny tylko sama Mary McGuire przed paroma minutami spieszyła po zakupy.

Nie bardzo mógł w to uwierzyć. Krucha dziewczynina wyglądała na zagłodzoną. Workowate ciuchy bardziej pasowałyby do bezdomnej osoby niż do młodej, lecz uznanej artystki. Od trzech lat odnosiła spektakularne sukcesy. Jej obrazy cenili zarówno nabywcy, jak i eksperci. Krytycy wychwalali pod niebiosa jej subtelną kolorystykę i niepowtarzalny styl.

Niezależnie od artystycznych dokonań zdolna malarka od sześciu miesięcy pozostawała dla Jonasa przysłowiową solą w oku.

Wciąż nie mieściło mu się w głowie, że to ona. Nie pasowała do jego wyobrażeń. Wstał powoli i obrzucił ją krytycznym spojrzeniem.

– Czy nie byłoby prościej od razu poinformować mnie, że to pani jest panną McGuire?

Panienka wzruszyła szczupłymi ramionami.

– Być może, ale mniej zabawnie.

Zaciśnięte usta Jonasa wyraźnie mówiły, że nie cierpi, gdy ktoś z niego kpi.

– Teraz, gdy ustaliliśmy pani tożsamość, może moglibyśmy wejść na górę i chwilkę porozmawiać? – zaproponował lodowatym tonem.

– Nie – ucięła krótko, patrząc mu śmiało w oczy.

– Dlaczego?

– Ponieważ nadal nie wiem, z kim mam do czynienia – wyjaśniła cierpliwie.

– Z człowiekiem, którego od pół roku wodzi pani za nos.

Mac zmierzyła go wzrokiem spod zmarszczonych brwi tylko po to, by ponownie stwierdzić, że nigdy wcześniej go nie widziała. Mężczyzny o wzroście ponad metr osiemdziesiąt i groźnej, lecz przystojnej twarzy, żadna kobieta nie mogłaby zapomnieć. Stanowczo pokręciła głową.

– Przykro mi, ale nie kojarzę, o czym pan mówi.

Obcy wykrzywił zmysłowe usta w ironicznym grymasie.

– Może nazwa Buchanan Construction nasunie jakieś skojarzenia?

Owszem, raczej przerażające – przemknęło jej przez głowę, gdy patrzyła na twarde, męskie rysy. Na twarz bezwzględnego człowieka.

– Rozumiem, że pan Buchanan postanowił przysłać jednego ze swych fagasów, ponieważ łagodna perswazja nie przyniosła rezultatu?

Przybysz zrobił wielkie oczy.

– Uznała mnie pani za kogoś w rodzaju goryla przysłanego w celu nastraszenia pani?

– Dlaczego nie, skoro odwiedził mnie już jego prawnik, osobista asystentka i główny budowniczy?

– Ponieważ nie zatrudniam ochroniarzy – odparł lodowatym tonem, choć pulsowanie zaciśniętej szczęki świadczyło o wielkim wzburzeniu.

Postanowił tego wieczoru osobiście złożyć wizytę upartej malarce, żeby przemówić jej do rozsądku. Nawet mu przez myśl nie przemknęło, że przyjdzie mu wysłuchiwać zniewag od chuderlaka metr pięćdziesiąt w łachach jak ze śmietnika!

Tym razem panna McGuire otworzyła szeroko oczy.

– Pan jest panem Buchananem? – wykrztusiła z bezgranicznym zdumieniem.

Nareszcie nieco zbił z tropu tę zbyt pewną siebie istotę.

– Zdziwiona?

Delikatnie powiedziane. Mac określiłaby swoją reakcję mianem szoku.

Znała nazwę Buchanan Construction. Trudno ją przeoczyć, gdy widniała na rozlicznych miejscach budowy w całym Londynie, a tym bardziej po wizycie ich radcy prawnego, który usiłował ją namówić do odsprzedania firmie dawnego magazynu przystosowanego do celów mieszkalnych.

O tak, pamiętała ją doskonale. Tyle że wyobrażała sobie jej właściciela jako pana po pięćdziesiątce, który lubi zapalić cygaro i wypić brandy po siedmiodaniowym obiedzie.

Tymczasem człowiek, który przed nią stał, wyglądał mniej więcej na trzydzieści pięć lat. Zdrowa opalenizna świadczyła o braku nałogów, a wysportowana sylwetka nie wskazywała na skłonności do obżarstwa. Mac zerknęła na niego z ukosa.

– Ma pan prawo jazdy albo cokolwiek innego, co mogłoby potwierdzić pańską tożsamość?

Jonas popatrzył na nią spode łba. Podróżował po całym świecie w interesach. Jak dotąd nikt go nie legitymował. Zniecierpliwiony, sięgnął po portfel do kieszeni płaszcza.

– Czy karta kredytowa wystarczy?

– Nie.

Jonas zastygł bez ruchu z ręką w kieszeni.

– Dlaczego?

– Potrzebuję dokumentu ze zdjęciem. Każdy może pokazać kartę kredytową na nazwisko Jonasa Buchanana.

– Podejrzewa pani, że ją sfałszowałem? – dopytywał z niedowierzaniem.

– Niekoniecznie. Równie dobrze mógł ją pan ukraść. Ale prawo jazdy ze zdjęciem by mnie przekonało – nie dawała za wygraną.

Jonas zacisnął zęby.

– O ile założymy, że go nie sfałszowałem ani nie ukradłem.

– Rzeczywiście, o tym nie pomyślałam.

Nie, zdecydowanie nie powinienem przychodzić tu pod wpływem impulsu, pomyślał Jonas, coraz bardziej sfrustrowany. W końcu wyciągnął paszport, którego nie zdążył wyjąć z kieszeni, odkąd wczoraj powrócił z Sydney. Udane negocjacje w Australii przekonały go, że po miesiącach bezowocnych starań bezpośrednia rozmowa z właścicielką starego magazynu przyniesie oczekiwany efekt.

– Proszę bardzo – warknął, wręczając jej dokument.

Mac odebrała go ostrożnie, żeby nawet przelotnie nie dotknąć jego palców. Otworzyła paszport na stronie ze zdjęciem. Ona na swoim zdjęciu w paszporcie wyglądała na szesnaście lat i jak z listu gończego. Brakowało tylko numeru więziennego. Za to fotografia intruza doskonale oddawała jego męską urodę.

Szybko przeczytała dane pod spodem: Jonas Edward Buchanan, obywatel brytyjski. Z daty urodzenia wynikało, że ostatnio skończył trzydzieści pięć lat. Przez chwilę rozważała, jaką strategię przybrać. Mogłaby prowadzić zabawę w ciuciubabkę, póki nie wyczerpie jego cierpliwości, albo...

– Co mogę dla pana zrobić, panie Buchanan? – spytała uprzejmie.

– Musimy porozmawiać, panno McGuire – odburknął, nie kryjąc zniecierpliwienia.

– Nie widzę takiej potrzeby. – Minęła go, wkraczając na schody swojego domu. Naprawdę nie widziała powodów, żeby wystawać na zimnie, kiedy już stwierdziła, że jej nie obrabuje. – Za minutę zgaszę światło na klatce schodowej. Najlepiej, żeby zdążył pan do tego czasu wyjść na oświetloną ulicę – doradziła. Nie odwracając głowy, wyciągnęła klucze z kieszeni kombinezonu, by otworzyć drzwi.

Jonas jeszcze przez sekundę patrzył na nią z narastającą złością, po czym pokonując schody po dwa stopnie, stanął tuż za jej plecami.

– Musimy porozmawiać – wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Proszę mi przysłać list – doradziła. Otworzyła drzwi, weszła do środka, odwróciła się twarzą do niego i śmiało spojrzała mu w oczy.

– Napisałem już sześć. Nie raczyła pani odpowiedzieć na żaden.

– Zawsze istnieje szansa, że odpowiem na siódmy.

– Jakoś w to wątpię – odparł, wstawiając stopę pomiędzy futrynę i drzwi, żeby nie zatrzasnęła mu ich przed nosem.

Otworzyła je ponownie. Na blade policzki wystąpił rumieniec, szare oczy błyszczały.

– Proszę zabrać nogę albo zadzwonię po policję, żeby usunęła pana siłą.

Jonas wyraźnie widział, że jego obecność nie napawa jej lękiem, a tylko drażni.

– Proszę tylko o dwie minuty, do jasnej cholery!

– Jestem zajęta.

Mac nie kłamała. W sobotę miała ważną wystawę w galerii. Musiała do tego czasu skończyć jeszcze jeden obraz. Zresztą żadne słowa nie zdołałyby jej przekonać do sprzedaży magazynu, który z takim pietyzmem przekształciła na dom mieszkalny.

Dziadek zostawił go jej po śmierci przed pięcioma laty. Tak jak wiele innych składów towarowych, wyszedł z użycia, gdy Londyn przeszedł na inne, wygodniejsze środki transportu niż rzeczny. Trzykondygnacyjny budynek doskonale nadawał się na miejsce zamieszkania i pracownię malarską. Z zewnątrz nadal wyglądał tak samo, lecz parter przeznaczyła na garaż i pomieszczenia gospodarcze. Na pierwszym piętrze mieszkała, a drugie przekształciła w studio.

Niestety teren, na którym stał magazyn, ostatnio przyciągnął deweloperów takich jak Jonas Buchanan. Stopniowo wykupywali nieruchomości wzdłuż rzeki, by zbudować na nich luksusowe apartamentowce. Bezpośredni widok na rzekę stanowił najmocniejszy atut i wabik dla klientów.

Pan Buchanan miał pecha, że dom Mac stał właśnie w tak atrakcyjnym otoczeniu. Westchnęła ciężko.

– Już dałam odpowiedź pańskiemu prawnikowi, asystentce i budowniczemu – przypomniała z naciskiem. – Nie zamierzam sprzedać nieruchomości ani teraz, ani w przyszłości. Czy to jasne?

Twarz Jonasa Buchanana zdradzała najwyższe rozdrażnienie.

– Chyba zdaje sobie pani sprawę, że zimą ten teren stanie się hałaśliwym placem budowy?

– Przecież go pan ogrodził – odparła, wzruszając ramionami.

– Ogrodzenia nie stłumią hałasu ciężarówek przywożących materiały. Robotnicy będą stukać młotkami, coraz wyżej, w miarę jak domy będą rosły. Wkrótce przyjadą wielkie dźwigi. Jak sobie pani wyobraża dalszą pracę w takim rozgardiaszu?

Mac zmrużyła oczy.

– Tak samo jak przez ostatnie miesiące, kiedy burzył pan stare budowle dookoła.

– Kilkakrotnie proponowałem, że przeniosę panią w inne miejsce...

– Żadne inne mi nie odpowiada – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – To mój dom. Pozostanie nim również wtedy, gdy zbuduje pan i sprzeda swoje luksusowe apartamenty.

I będzie szpecił widok lokatorom, którzy zapłacą za nie miliony funtów, dokończył Jonas Buchanan w myślach.

– Z mojego doświadczenia wynika, że każdy ma swoją cenę, Mary.

– Mac.

– Słucham?

– Wszyscy znajomi nazywają mnie Mac, nie Mary – wyjaśniła. – Być może ludzi, z którymi pan ma do czynienia, można kupić – dodała z pogardą. – Ale moja rodzina i znajomi mają swój honor. Ja też.

Jonas pojął, jakie zadanie nałożył wcześniej na barki podwładnych. Nigdy nie spotkał równie upartej, zadziornej i nierozsądnej osoby. Kolejny raz zacisnął zęby.

– Wie pani, gdzie mnie szukać, kiedy zmieni pani zdanie.

– Nigdy do tego nie dojdzie. A teraz proszę mi wybaczyć. Naprawdę jestem zajęta – dodała, unosząc hebanowe brwi.

A Jonas to niby nie był? Realizował milionowe projekty na całym świecie. Zawsze cenił własny czas. Nie zamierzał więcej go tracić na tę upartą kobietę. Zbyt wiele czasu i pieniędzy zainwestował, żeby rozpocząć budowę przed nowym rokiem, by teraz pozwolić zrujnować swoje plany temu upartemu indywiduum. Przez następnych kilka minut patrzył na nią spode łba po tym, jak cichutko zamknęła za sobą drzwi i zgasiła światło.

Widocznie uznała, że za mało jej zaproponował. Musiał poszukać jakichś bardziej przekonujących argumentów, by skłonić ją do przeprowadzki.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Uśmiechnij się, Mac – zachęcał Jeremy Lyndhurst, pięćdziesięciokilkuletni współwłaściciel prestiżowej galerii Lyndwood, gdy pierwsi goście zaczęli napływać na wieczorny wernisaż. – Jakoś przeżyjesz kilka godzin uprzejmego zachowania w przyzwoitym stroju. Potem znów będziesz się mogła zachowywać jak buntowniczka i włożyć swoje łachy.

Mac zachichotała. Zdawała sobie sprawę, jakie męki cierpi nienagannie ubrany Jeremy, patrząc na jej wymazane farbami kombinezony. W ciągu ostatnich kilku tygodni właśnie w takim stroju przynosiła mu kolejne świeże obrazy, dziś udostępnione do oglądania wyłącznie na indywidualne zaproszenia.

Magnus Laywood – partner Jeremy’ego, nie tylko w interesach – wysoki blondyn po czterdziestce, stał w drzwiach, witając coraz liczniejszych gości. Większość z nich stanowili krytycy i kolekcjonerzy oraz kilku bogatych wielbicieli sztuki.

Wystawiono dwadzieścia obrazów Mac. Jeremy i Magnus wyeksponowali je na jasnokremowych ścianach. Do każdego indywidualnie dobrali oświetlenie podkreślające walory dzieła.

Mac po raz pierwszy zgodziła się na urządzenie tego typu wystawy indywidualnej. Gdy wreszcie nadszedł ten wieczór, z nerwów drżały jej kolana.

Jeremy wziął lampkę szampana od przechodzącego kelnera i wręczył malarce.

– Wypij to. Pozieleniałaś na twarzy – dodał ze śmiechem.

– Nigdy nie miałam tak strasznej tremy – przyznała Mac, upijając łyk pienistego trunku.

– Och, mieć znowu dwadzieścia siedem lat! – westchnął Jeremy.

Mac upiła kolejny łyk.

– A jeśli im się nie spodobają? – jęknęła.

– Nie zapraszałem idiotów. Zobaczysz, że odniesiesz sukces – uspokajał Jeremy. – Wiem, że to niełatwe, ale spróbuj potraktować tę imprezę jak dobrą zabawę.

Cały kłopot w tym, że Mac niechętnie wystawiała swoje prace. Najtrudniej było jej sprostać społecznym konwenansom, ale musiała przez to przejść, żeby je sprzedać i zarobić na życie.

– Spróbuję. O mój Boże! – wykrzyknęła na widok człowieka przy drzwiach, pogrążonego w rozmowie z Magnusem.

Rozpoznała bowiem Jonasa Buchanana.

Dorównywał wzrostem Magnusowi, lecz w przeciwieństwie do sympatycznego blondyna wyglądał niemal groźnie z tymi ciemnymi włosami i przenikliwymi zimnymi oczami.

Serce Mac przyspieszyło rytm na jego widok. Ubrany jak większość panów w wieczorowy garnitur od doskonałego krawca i śnieżnobiałą koszulę z muszką, był niewątpliwie najatrakcyjniejszym z gości.

– Co cię zaniepokoiło? – zainteresował się Jeremy, nim podążył za jej spojrzeniem. – Kto to taki? – dodał, zerkając z aprobatą na przybysza. Długoletni związek z Magnusem nie uczynił go odpornym na urodę innych mężczyzn.

Mac oderwała wzrok od Jonasa i przeniosła go z powrotem na współwłaściciela Lyndwood Gallery.

– Powinieneś to wiedzieć. Przecież sam go zaprosiłeś.

– Nie sądzę. – Jeremy jeszcze raz rzucił okiem na przybysza, usiłując go sobie przypomnieć. – Kto to jest?

Mac nieprędko wydobyła głos ze ściśniętego gardła.

– Jonas Buchanan.

– Ten Jonas Buchanan? – dopytywał się z niedowierzaniem. Najwyraźniej znane nazwisko zrobiło na nim silne wrażenie.

Z tego co Mac wiedziała, nie istniał żaden inny Jonas Buchanan. Jeremy pokiwał głową z satysfakcją, jakby uzyskał rozwiązanie zagadki.

– Teraz rozumiem. Przyszedł z Amy Walters.

Mac ponownie zerknęła w jego kierunku. Rzeczywiście Jonas ujmował pod łokieć wysoką rudowłosą piękność. Gawędzili po cichu, podchodząc do grupki gości. Jonas przewyższał pozostałych panów co najmniej o kilka centymetrów. Mac gwałtownie odwróciła głowę.

– Amy jest krytykiem sztuki. Pisze recenzje dla „The Individual” – wyjaśnił Jeremy na widok jej niepewnej miny.

Zupełnie niepotrzebnie. Wiedziała, co Amy robi. Zdziwiło ją tylko, że przyprowadziła ze sobą osobę, za którą Mac nie przepadała. Postawiła ją w niezręcznej sytuacji. Przewidywała, że niełatwo jej będzie zachowywać się uprzejmie wobec Amy, gdy zostaną sobie przedstawione, widząc u jej boku aroganckiego, butnego przedsiębiorcę.