Ambasador - Krzysztof Beśka - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Ambasador ebook i audiobook

Krzysztof Beśka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Warszawa, maj 1926 roku. Prywatny detektyw Stanisław Stein otrzymuje zlecenie: ma śledzić żonę porucznika Wojska Polskiego. Gdy na ulicach zaczyna się krwawa konfrontacja między oddziałami rządowymi a jednostkami marszałka Piłsudskiego, klient Steina staje się pierwszą ofiarą walk, a detektyw posądzony o jego zabójstwo. Na dodatek ktoś porywa wdowę. Rozpoczyna się gra o życie.

Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? I jaką rolę odgrywa w niej nowy ambasador Królestwa Hiszpanii?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 334

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 9 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Tomasz Ignaczak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Na tę wiadomość wielu ludzi było przygotowanych, na innych spadła ona jak grom z jasnego nieba. „Jak to?”, „Dlaczego?” „Co teraz będzie?” – zadawano takie albo podobne pytania.

W urzędach urywały się telefony, w rozgłośniach radiowych szukano płyt z muzyką poważną, a w zwykłych domach – żałobnych strojów i krepy. Ktoś jeszcze nie wierzył w tę informację najgorszą z możliwych, winą za podłe plotki obarczając wywiady wrogich ościennych państw, ale pewnie byli i tacy, którzy w tym momencie… zacierali dłonie.

I wciąż powtarzano to jedno krótkie zdanie:

– On nie żyje… – rzekł do siebie, chyba nie po raz pierwszy, kierowca taksówki, która zatrzymała się na rogu Placu Napoleona i Świętokrzyskiej, tuż przy nowym pasażerze.

Kiedy usłyszał adres, pod który miał jechać, jakaś niewidzialna ręka ścisnęła mu gardło.

– Powązki Wojskowe – sprecyzował ów pasażer, zajmując miejsce na tylnym siedzeniu.

– Proszę. – Szofer skinął głową i włączył licznik, a na koniec mimo wszystko się uśmiechnął.

Ruszyli. Cisza nie trwała jednak długo, bo w taki czas, a trwał maj roku 1935, po prostu nie mogła. Zbyt wiele pytań cisnęło się na usta, zbyt wiele wątpliwości niepokoiło.

– Ale się złożyło, co? – odezwał się kierowca, spoglądając na pasażera we wstecznym lusterku. Najpewniej wyraz jego twarzy kazał pociągnąć myśl kawałek dalej, nieco śmielej: – No bo dziś jest dwunasty maja, nie? Ktoś tam na górze nieźle to sobie zaplanował…

Pasażer skinął głową. Bo i rzeczywiście – był to wyjątkowy zbieg okoliczności.

A potem zapatrzył się w okno samochodu, przyglądając się Warszawie, zupełnie jakby widział ją po raz pierwszy. Jednocześnie jego myśli, czy to po słowach rezolutnego taksówkarza, czy niezależnie od nich, zaczęły się cofać o niemal dekadę. Do tamtego maja, kiedy to nic nie zapowiadało tego, co lada chwila miało się wydarzyć.

Chociaż niektórzy chyba czuli, że coś się święci…

Prolog

1

Kilka osób stojących w kolejce do kas biletowych na dźwięk gwizdka parowozu poruszyło się niespokojnie. I dalej poczęły spoglądać na swoje czasomierze, jeśli kto miał. Już niejeden zegarek z dewizką wyciągany wystudiowanym ruchem z kieszonki kamizelki błysnął w świetle lamp pod sufitem. A jeśli zapomniały nakręcić je rano i wskazówki zatrzymały się już jakiś czas temu, przyszło im porównywać godzinę z tą, którą wskazywały zegary na Dworcu Głównym w Warszawie. Ale i im nie zawsze można było wierzyć, bo przecie ktoś, człowiek, nastawia je i nakręca. A potem trzeba odebrać bolesną lekcję w postaci nocy spędzonej na twardej ławce w poczekalni.

Jak lekko musi się czuć ktoś, kto nigdzie się nie wybiera ani nawet na nikogo nie czeka! – pomyślała. Ciekawe tylko, czy to po nim widać? Po ruchach na przykład. Albo po oczach.

– Pani w tej kolejce? – Jej uszu dobiegł głos, ale kiedy się obejrzała, nie zobaczyła nikogo, co znaczyło, że to nie do niej skierowane było pytanie.

O czym to dumała? A, o miejscowych łazikach. O tych, na których uwagę zwracało się z powodu niezbyt czystego kołnierzyka ich białej koszuli tudzież spodni wypchanych na kolanach; oni nigdzie się nie wybierali. Jeszcze niedawno zadawali szyku w takim czy innym biurze, może nawet w ważnym urzędzie. Gdyby ich jednak zapytać, co tu robią, buńczucznie by zapewniali, że na kogoś czekają. Czego by nie powiedzieli, to że ten i ów wraca ze świata, a od tego spotkania zależy wszystko. Albo że to oni sami wybierają się za ocean, tam gdzie szybciej udało się przezwyciężyć kryzys i w ogóle wszystko lepsze, tymczasem przyszli sprawdzić godziny odjazdów pociągów nad morze…

– Pytałem, czy pani stoi w tej kolejce? – Znów ten sam głos. Tym razem rozejrzała się dokładniej i dopiero po chwili skonstatowała, że pytanie zadał jej… karzełek.

Był to pan w latach, więc większość udręki związanej ze swoją przypadłością miał już za sobą i może nawet potrafił się z tego śmiać. Miał na sobie trzyczęściowy garnitur z tenisu, a pod pachą zrolowaną gazetę. Modny kapelusz Borsalino dodawał mu kilkunastu centymetrów.

– Nie. – Odsunęła się z przepraszającym uśmiechem, poprawiając pasek torebki zawieszonej na prawym ramieniu.

Wiedziała, że zbyt długie przebywanie w tym miejscu skończy się tym, że ktoś do niej zagada. Pytanie „pana karzełka”, jak go w myślach, chyba sympatycznie i z szacunkiem, nazwała, to jeszcze nie było to, bo oceniła je jako całkiem niewinne.

Cofnęła się o kilka kroków, niemal pod ścianę hali dworcowej, i spojrzała na tablicę z odjazdami pociągów. Wzrok szybko natrafił na znajome nazwy miast, w tym na tę jedną, najmilszą sercu, czyli miasto rodzinne, gdzie wciąż mieszkali jej rodzice.

Nieraz się zastanawiała, jak by zareagowali, gdyby w przedwieczornej godzinie ktoś z nich na dźwięk dzwonka otworzył drzwi i ujrzał ją stojącą na progu. Na pewno serdecznie by uściskali, to raz, ale potem zaczęłyby się pytania, czy nie jest aby w kłopocie, dociekania, kręcenie głową. A ojciec na bank pomyślałby: „a nie mówiłem!”. Potem wypowiedziałby te słowa na głos, choć jeszcze cicho. Znała ich dobrze!

Spędziłaby noc w swoim łóżku, w swoim pokoju, gdzie na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, ale rano prócz jajecznicy na śniadanie bankowo dostałaby całą litanię.

Wzdrygnęła się. Przeniosła spojrzenie na inne nazwy stacji. Paryż. Paris, jak stało na tablicy. Tu jej wzrok zatrzymał się na dłuższą chwilę. No tak, nie mogło być inaczej. Ile godzin zajęłaby jej ta podróż? To nieważne. Czułaby się jak Izabela Łęcka z Lalki Prusa. I nie miało znaczenia, jaka to była kobieta, jak bardzo wyrachowana, ilu i jakich mężczyzn by z nią podróżowało. To temat drugorzędny. W tym momencie liczyła się tylko podróż do Francji, Najlepiej to czułaby się w przedziale zupełnie sama, o!

– Panna nie szukasz aby miejsca? – znów coś zaskrzeczało blisko niej niczym wrona o szarej godzinie.

– Nie rozumiem. – Wzruszyła ramionami, aż jej się pasek torebki znów z ramienia zsunął.

Nagabywaczka, kobieta może koło pięćdziesiątki, ubrana schludnie, ale bez szaleństw, z twarzą szeroką i małymi świdrującymi oczkami, także należała do gatunku tych ludzi, którzy przebywają na Dworcu Głównym w Warszawie, mimo że nigdzie się nie wybierają. A czy kogoś oczekują? Już było wiadomo, że owszem. I dzisiejsze polowanie może się zakończyć sukcesem.

– Służba w domu na Mokotowie. Gotowanie, sprzątanie, pranie… – Kobiecina też miała swoją litanię i właśnie nadszedł moment, by wyrzucić ją z siebie z prędkością maszyny do szycia. – Wychodne trzy razy w tygodniu. Co do pensji, złociutka, na pewno się dogadamy. Gdzie twoje bagaże? – Rozejrzała się wokół swojej rozmówczyni.

– Nie mam.

Ale i na to stara miała odpowiedź, a jednocześnie diagnozę:

– Wyszłaś z domu tak, jak stałaś? Z torebką jeno. Wyrzucili. Biedne dziecko…

Wyciągnęła rękę, by pogładzić po policzku zgodzoną właśnie dziewczynę, ta jednak zdążyła się odsunąć. W dodatku jakby się ocknęła albo po prostu znudziła jej się ta zabawa.

– Idźże, matka! – sarknęła. – Nie stać was na mnie i jeszcze długo nie będzie stać.

Ale i nagabywaczka była przygotowana na cięższą przeprawę z kandydatką do służby, bo zmęłła w ustach soczyste przekleństwo, a przed splunięciem pod nogi powstrzymała ją obecność podłogi, brudnej, ale jednak podłogi. I nagle jak się nie rozedrze:

– Złodziejka! Ludzie, okradła mnie!

Nie było nikogo, kto nie spojrzałby w tej chwili w ich kierunku. Dziewczyna się tego nie spodziewała, oj, nie. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. Uciekać? To jak przyznać się do winy, zresztą pewnie zanim dobiegłaby do drzwi, ktoś by ją pochwycił, a może zdążył zadać kilka bolesnych ciosów, a nawet pozbawiłby przytomności, z czego potem łatwo mógłby się wytłumaczyć, bo przecie złodziejka, a może nawet skrytobójczyni.

– Zamknąć ją do kozy, aresztować natychmiast! – seplenił jakiś staruszek z twarzą czerwoną od gniewu, wymachując pięścią.

Tłumek zebrał się już spory, najwyraźniej nawet wielu ludzi zapomniało, że się na pociąg spieszy, a może było przekonanych, że ten na nich poczeka, skoro takie rzeczy się dzieją.

Po chwili przez ciżbę przedarł się policjant.

– Co tu się dzieje? – zapytał budzącym respekt barytonem.

Że ukradła, pobiła, niemal zabiła – to powtarzali najbardziej zaciekli świadkowie, wskazując winną. Tylko nie jejmość, owa poszkodowana, ta bowiem już wycofała się rakiem, prawdopodobnie na widok mundurowego. Tym samym plan, co to wypalił wcześniej wiele razy, teraz wziął w łeb. Gdy rewirowy zapytał o okradzioną, uczestnicy zbiegowiska nadal wygrażali rękami i gardłowali. To snadź ważne już nie było. Ważne, że mieli winną, prawda?

– Pani pozwoli ze mną. – Właściciel granatowego munduru zacisnął dłoń na szczupłym ramieniu nieszczęsnej dziewczyny, do pozostałych zaś warknął: – Koniec widowiska. Rozejść się!

Tłum się posłusznie rozstąpił. Ledwo jednak policjant wraz z zatrzymaną znalazł się na zewnątrz wianuszka, puścił ją i zwolnioną ręką sprężyście „uderzył w dach”.

– Panie poruczniku… – wyrzucił z siebie tylko tyle, bo został zgaszony jednym gestem.

– Spocznij – rzucił niegłośno oficer. – Znam sprawę, przejmuję zatrzymaną.

– Tak jest. – Rewirowy znów zasalutował, ale już nie z taką werwą.

Tym sposobem miał bowiem problem z głowy, nie dociekał, a przecie mógł, bo nie był to oficer żandarmerii, ale jakiś inny. W milczeniu i z największą powagą przekazali sobie aresztowaną. Oficer nie chwycił jej jednak jak tamten, czyli powyżej łokcia, ale spokojnym gestem wskazał kierunek, ona zaś ruszyła przed siebie.

– To chyba jaka szpiegowska historia… – spekulował ktoś, bo widać przypomniał sobie słynną Matę Hari i jej smutny koniec, inny zaś mało subtelnie całą sprawę podsumował:

– Ułan se dzisiaj zarucha!

Porucznik i dziewczyna, odprowadzani przez kilkanaście par czujnych oczu, ruszyli ku wyjściu z hali dworca. Po chwili znaleźli się na ulicy.

– Co ci znów do głowy strzeliło, Wanda… – powiedział ledwo słyszalnie, otwierając przed nią drzwiczki Fiata zaparkowanego przy krawędzi ulicy.

– Nic, drogi mężu. Jest sobota, wieczór taki piękny, więc wyszłam sobie na spacer… – odpowiedziała niewinnym głosem, by po chwili zniknąć we wnętrzu samochodu.

– Jeszcze o tym porozmawiamy! – sarknął.

Już nie mogła widzieć, jak porucznik przewraca oczami i kręci głową. Z pewnością jednak usłyszała jego uderzenie dłonią w dach auta i rzucone w stronę uchylonego okna kierowcy:

– Do domu – zaordynował. – A potem do koszar.

2

Czarny Cadillac 57 zatrzymał się u wylotu Agrykoli, by przepuścić dorożkę jadącą Aleją Ujazdowską w stronę Śródmieścia; zdawało się, że przygarbiony wozak na koźle drzemie. Jeszcze chwila oczekiwania, aż przetoczy się „jedynka” zmierzająca w przeciwnym kierunku, z Powązek na Plac Unii Lubelskiej, i już droga była wolna. Voilà! Automobil niespiesznie, wręcz dostojnie skręcił w lewo, w Belwederską, i również skierował się na południe.

Znalazłszy się na jednej z głównych arterii, kierowca przyspieszył. Przez następne sekundy przez boczne okna limuzyny można było zobaczyć twarze pasażerów podróżujących zatłoczonym tramwajem. Mimo wszystko były uśmiechnięte i radosne, trwała wszak pogodna i ciepła majowa niedziela.

– Mamy jeszcze trochę czasu. Lepiej nie być za wcześnie… – stwierdził półgłosem siedzący obok kierowcy mężczyzna w mundurze z dystynkcjami majora, po czym spojrzał przez ramię w stronę tylnej kanapy, jakby czekał na potwierdzenie.

Nikt mu jednak nie odpowiedział. Niezrażony tym oficer ponownie utkwił spojrzenie w przedniej szybie automobilu. Wiedział też, że słów, które wypowiedział przed chwilą, najprawdopodobniej nie będzie mógł powtórzyć w najbliższym czasie.

Tak, wszystko inne zawiodło, wszelkie środki perswazji, i trudno im się teraz będzie zatrzymać. Osobiście miał gdzieś politykę, był żołnierzem i jego powinnością było wykonywanie rozkazów. Ech, żeby to wszystko było takie proste jak, no właśnie, prowadzenie pojazdu. Nawet gdy zjeżdża z górki, tak jak oni przed chwilą, minąwszy Belweder, zawsze przecie można nacisnąć na hamulec…

Rozległ się trzask zapalanej zapałki. Po chwili w plecy siedzących na przednich siedzeniach mężczyzn uderzyła gęsta chmura dymu tytoniowego. Była to pierwsza oznaka życia, jaką dał podróżujący z tyłu pasażer, odkąd wyjechali.

Major wiedział, że to, co ma się dzisiaj wydarzyć, nie jest łatwe i człowiek siedzący za jego plecami, gdyby tylko mógł, prawdopodobnie w ogóle nie wyruszyłby w tę podróż. Takich momentów przez tych osiem lat, odkąd Polska na powrót znalazła się na mapach Europy, było sporo. O jednych mówiło się głośno, o innych ciszej, a były i takie, o których należało zapomnieć, zanim się jeszcze wydarzyły.

Dzisiaj był ten ostatni przypadek…

Tymczasem jechali już Sobieskiego. Ruch był tu dużo mniejszy, a właściwie to nie było go wcale, za to po chwili minęli pociąg kolejki wilanowskiej jadący w stronę Warszawy. Zabudowa po obu stronach ulicy też była coraz niższa, licha, za chwilę i ona zniknie.

Automobil, nieźle już rozpędzony, minął zabudowania Sadyby, by następnie skręcić w lewo. Droga, zrazu twarda, szybko zamieniła się w wyboisty dukt, więc automobilem trzęsło.

Wreszcie zatrzymali się na rozległej polanie. Major, odpowiedzialny za powodzenie całej wyprawy i biegły w topografii, nie mógł nie wiedzieć, że kawałek dalej płynie Wisła. Kiedy wczoraj wieczorem dowiedział się o miejscu spotkania, przez chwilę rozważał nawet, czy nie powinni skorzystać z jednostki flotylli rzecznej. W końcu jednak koncept ten włożył między bajki i wybrał jeden z Cadillaców, które mieli na wyposażeniu od czasu zakończenia wielkiej wojny.

– Są. – Szofer przerwał ciszę.

Rzeczywiście, od strony rzeki zbliżało się do nich trzech mężczyzn. Dwóch słusznego wzrostu szło po bokach trzeciego, o głowę niższego, do tego w meloniku, podczas gdy tamci mieli na głowach wyświechtane cyklistówki. Nietrudno było się domyślić, który spośród nich jest tym najważniejszym. I który za chwilę wejdzie do środka, jakby był samym premierem, marszałkiem Sejmu albo głową obcego państwa.

Co prawda w tym ostatnim przypadku protokół dyplomatyczny mówił, że powinno mu się wyjść na spotkanie z uśmiechem, niechby i przyklejonym. Jednak sytuacja była, powtórzmy, wyjątkowa, a spotkanie nieoficjalne, a nawet – powiedzmy to wreszcie – tajne.

Major wyszedł z pojazdu, w kilku szybkich ruchach obciągnął bluzę mundurową i poprawił pas z kaburą i koalicyjką.

– Dzień dobry. – Mężczyzna w meloniku dotknął ręką ronda i zapewne oczekiwał, że oficer odpowie mu, sprężystym ruchem oddając honor, tak się jednak nie stało.

Zamiast tego chwilę później otworzył przed nim tylne drzwi, co też mu nie było w smak, bo przypominał w tym momencie szwajcara przed jednym z warszawskich hoteli, no ale przed tym uciec już nie mógł. W tej samej chwili swoje miejsce zwolnił także szofer. Zamykane drzwi automobilu huknęły jednocześnie.

Wojskowi odeszli kawałek w kierunku, z którego przyjechali, draby w cyklistówkach cofnęły się zaś ku rzece. Spotkanie stało się faktem. Kapralowi aż się ręce trzęsły, bynajmniej nie od niedawnej jazdy po nierównościach. Chciał sięgnąć po papierosy, ale oficer był szybszy i podsunął mu pod nos otwartą srebrną papierośnicę.

– Majorowskie – dorzucił żartem, wszak obaj palili ten sam gatunek, czyli Egipskie. – Dziękuję. – Podoficer zrewanżował się, podając ogień; płomyk zatańczył na wietrze od rzeki, ale na szczęście nie zgasł. – Pan major wie, skąd oni się w ogóle znają? – Ruchem głowy wskazał na samochód.

– Nie – odpowiedział oficer, jakby miał przed sobą równego stopniem. – Mogę się jedynie domyślać, że jeszcze z dawnych lat. Może razem wysadzali pociągi…

Cisza. Silniejszy powiew wiatru przeczesał krzaki wiślanej kępy.

– Co teraz będzie? – zapytał po chwili szofer.

– Dobrze będzie.

Tak naprawdę oficer sam był pełen obaw jak chyba nigdy przedtem: o nowy rząd, kiedy powstanie i czy w ogóle. O sejmową większość, o zasiadające w ławach warcholstwo i o to, czy wszyscy, włącznie z człowiekiem, którego tutaj potajemnie przywieźli, mają jeszcze do tego cierpliwość. Czy może trzeba będzie postawić sprawę na ostrzu noża, a w konsekwencji uściskać żonę i dzieci przy porannym wyjściu z domu, bo może to będzie ostatni raz, bo mundur i broń przy pasie nosi nie od parady.

Ostatnie pytanie zrodziło to, co działo się zaledwie kilka kroków od nich, w czarnym Cadillacu 57. Owoż marszałek Józef Piłsudski we własnej osobie rozmawiał tam w cztery oczy z kimś, kto na co dzień z pewnością nie zarabiał na chleb uczciwą pracą.

Oczywiście major musiał znać jego personalia, adres i „historię choroby”, jak to kilka dni temu w rozmowie z Marszałkiem, również w cztery oczy, żartem nazwali. Inaczej takie spotkanie nie mogłoby się przecież odbyć, a tym bardziej w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc.

– Załatwione – posłyszeli słowa mężczyzny w meloniku, gdy po kilku minutach wyszedł z Cadillaca, ale nie zamykał jeszcze drzwi. – Ale wtedy będziemy już kwita…

W odpowiedzi z wnętrza samochodu wyleciał obłoczek tytoniowego dymu.

3

W niedzielny wieczór, parę minut przed dwudziestą drugą, w Pałacu Kronenberga przy Placu Saskim paliły się już nieliczne światła. Agenor Płucisz przystanął i potoczył wzrokiem po fasadzie budynku. Nigdy tam nie był, bo niby jak? Za wysokie progi, jak to mówią.

W takich momentach zawsze zaczynała działać jego wyobraźnia, mimo że człowiek ów nie był smarkaczem, dobiegał trzydziestki i dawno powinien przestać myśleć o niebieskich migdałach.

– Kiedyś będę taki miał… – mruknął pod nosem, kopnął niewielki kamyk i przeciął ulicę.

Kto jakimś cudem usłyszałby te słowa, a do tego znałby osobiście tego człowieka, a niechby i tylko z widzenia, pewnie czujnie nastawiłby uszu. Boć to oznaczało, że się coś grubszego szykuje. Warszawskie pałace to nie były średniowieczne zamki, gdzie mogli wylać na ciebie wiadro wrzątku albo gorącej smoły, kamieniem w łeb poprawić, ledwo zbliżyłbyś się pod ich mur. Wielu stołecznych bogaczy zdążyło się już o tym boleśnie przekonać przez te lata, odkąd Agenor Płucisz, przez znajomych zwany Agrestem, znalazł swoje miejsce w warszawskiej ferajnie.

Przejdźmy się z nim kawałek. Oto Agenor minął róg znamienitej Kamienicy Malhome’a i tym sposobem znalazł się na ścisłym Placu Saskim, który znów zasługiwał na miano placu, nic bowiem na nim nie stało i można było przeciąć go na ukos, biec przed siebie na oślep, jak tylko fantazja podpowiadała. No, prawie…

Tak, jeszcze niedawno oczom jego ukazałaby się potężna sylweta zwieńczona kopułami przypominającymi wielkie cebule. Sobór Świętego Aleksandra Newskiego, którego budowę Rosjanie zakończyli w roku 1912, brzydki nie był. Jednak znaczył, co znaczył, więc po osiemnastym roku jego los był właściwie przesądzony.

I oto w ubiegłym roku się dopełniło. Nie spieszono się, bo wcale nie szło o to, by z nienawiścią zniszczyć. Że coś tam niedawno stało, a prace rozbiórkowe jeszcze trwają, a może nie wszystkie dziury w ziemi jeszcze zasypano, świadczyło jedynie niewielkie, krzywe ogrodzenie.

Agenor Płucisz jako zwyczajny mieszkaniec Warszawy wszystko to wiedział. Śmiechem zbywał plotki, że podczas prac rozbiórkowych natrafiono na zakopane tam skarby carskiej rodziny. Albo że to nie skarby, a tajne archiwum polskiego rządu z powstania styczniowego.

Ale wiedział jeszcze coś, o czym już zwykli zjadacze chleba pojęcia nie mieli i lepiej niech tak pozostanie…

– Ty! – posłyszał nagle po kilku chwilach marszu. – Stój!

Agrest zatrzymał się, jak kazali, i spojrzał w stronę, skąd wołali, czyli Pałacu Saskiego. Jego kolumnada dzieliła na równe części niebo nad Wolą, różowe jeszcze po zachodzie słońca. I to właśnie z tamtego kierunku zbliżało się do niego dwóch żołnierzy z długą bronią. W nikłym świetle można było dostrzec szarże: kapral i starszy szeregowy.

– Dokumenty – zażądał starszy stopniem.

– A o co chodzi? – zapytał Agrest bez złości.

Nie była to pierwszyzna, choć z wojskiem miał mało wspólnego, a kiedy w dwudziestym wszyscy szli, by powstrzymać nawałę ze wschodu, on leżał w łóżku zlany potami z podejrzeniem grypy hiszpanki. Dopiero poniewczasie zdał sobie z przerażeniem sprawę, że mogli go użyć jako broni biologicznej przeciw Iwanowi i wysłać pod Radzymin!

– Jest taka potrzeba – odpowiedział podoficer.

Na takie dictum Agenor Płucisz grzecznie sięgnął w zanadrze i podał mundurowemu wyświechtany, wręcz rozpadający się kawałek papieru. Był to glejt jeszcze z pieczątką właściwego dla Solca cyrkułu carskiej policji. Personalia i adres wypisano tam wyraźnie, ale cyrylicą. Był to jedyny dokument tożsamości, jakim człowiek ten się posługiwał, odkąd chodził po tym świecie. Snadź na razie za granicę się nie wybierał, a najdalej to był w Grójcu.

– W porządku. – Dowódca patrolu oddał papier z obrzydzeniem rysującym się na twarzy. – Nie kręcić mi się bez potrzeby w pobliżu obiektów wojskowych…

Agrest już miał na końcu języka, gdzie takowe, bo jakoś armat nie widzi, więc może niech mu łaskawie wskażą, to będzie nauka na przyszłość. Może nawet więcej tu nie przyjdzie, skoro takie przepisy. Jednak pokornie skinął głową, coś mruknął jeszcze, po czym schował papier. Następnie wciąż w tym samym tempie i z rękami w kieszeniach podążył w kierunku narożnika placu, gdzie swój początek, a może koniec miała krótka uliczka Ossolińskich.

Mijając płot otaczający to, co pozostało po soborze, nagle jednak przystanął i zbliżył się do ogrodzenia, jakby chciał załatwić przy nim palącą potrzebę. Tak przynamniej zaraz pomyśleli żołnierze, którzy nie spuszczali go z oka. Na to też był przecież paragraf! Ech, trzeba go było jednak zatrzymać, zaprowadzić skutego na odwach, może nawet profilaktycznie ten bandycki ryj obić, bo facet był szemrany, to pewne.

Kapral spojrzał pytająco na podkomendnego, ten na dowódcę. Jeszcze wszystko było możliwe. Kiedy jednak ponownie spojrzeli w tamtym kierunku, mężczyzny już nie było…

Redakcja

Aleksandra Zok-Smoła

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Krzysztof Beśka, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384302972

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

1

2

3

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści