Akta Odessy - Frederick Forsyth - ebook + audiobook
Opis

W końcowej fazie II wojny światowej, gdy ostateczna klęska Trzeciej Rzeszy wydawała się nieunikniona, dowódcy kierowanej przez Himmlera SS rozpoczęli przygotowania do ucieczki.
Z Niemiec wywieziono znaczne ilości złota, które zdeponowano na tajnych kontach bankowych; spreparowano fałszywe dokumenty tożsamości mające umożliwić nazistowskim oprawcom rozpoczęcie nowego życia w powojennej Europie i na innych kontynentach. Gdy w końcu alianci zajęli Berlin, okazało się, że większość esesmanów zniknęła. Dysponująca ogromnymi funduszami Tajna Organizacja Byłych Członków SS, w skrócie „Odessa”, zaczęła pod koniec lat 40. prowadzić aktywną działalność w Niemczech Zachodnich, dbając o bezpieczeństwo i interesy byłych oficerów złowrogiej formacji oraz bezwzględnie rozprawiając się ze wszystkimi, którzy próbowali wejść jej w drogę.

Pewnego dnia dziennikarz śledczy Peter Miller otrzymuje pamiętnik pozostawiony przez samobójcę – niemieckiego Żyda Salomona Taubera, w 1941 wywiezionego przez nazistów do getta w Rydze. Komendantem obozu, w którym śmierć poniosło ponad 80 tysięcy osób, był kapitan SS Eduard Roschmann, bezwzględny sadysta, nazywany „Rzeźnikiem z Rygi”. Okazuje się, że zbrodniarz żyje i cieszy się wolnością – Tauber widział go niedawno w Hamburgu. Miller jest wstrząśnięty pamiętnikiem i opisami przerażających zbrodni. Postanawia wytropić Roschmanna.

Zbiera informacje, rekonstruuje życiorys komendanta. Jego prywatne śledztwo, zataczające stopniowo coraz szersze kręgi, naprowadza go na trop „Odessy”. Zaniepokojona działalnością Millera organizacja, w której Roschmann odgrywa istotną rolę, wysyła za dziennikarzem zawodowego zabójcę. Poczynania samotnego mściciela obserwują także agenci izraelskiego Mossadu. Zaczyna się międzynarodowe polowanie...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 415

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

O książce

Jed­na z najsłyn­niej­szych po­wieści Fre­de­ric­ka For­sy­tha, sfil­mo­wa­na w 1974 z Jo­nem Vo­igh­tem i Ma­xi­mi­lia­nem Schel­lem w głównych ro­lach.

W końco­wej fa­zie II woj­ny świa­to­wej, gdy osta­tecz­na klęska Trze­ciej Rze­szy wy­da­wała się nie­unik­nio­na, dowódcy kie­ro­wa­nej przez Him­m­le­ra SS roz­poczęli przy­go­to­wa­nia do uciecz­ki. Z Nie­miec wy­wie­zio­no znacz­ne ilości złota, które zde­po­no­wa­no na taj­nych kon­tach ban­ko­wych; spre­pa­ro­wa­no fałszy­we do­ku­men­ty tożsamości mające umożliwić na­zi­stow­skim opraw­com roz­poczęcie no­we­go życia w po­wo­jen­nej Eu­ro­pie i na in­nych kon­ty­nen­tach. Gdy w końcu alian­ci zajęli Ber­lin, oka­zało się, że większość es­es­manów zniknęła. Dys­po­nująca ogrom­ny­mi fun­du­sza­mi Taj­na Or­ga­ni­za­cja Byłych Członków SS, w skrócie „Ode­ssa”, zaczęła pod ko­niec lat 40. pro­wa­dzić ak­tywną działalność w Niem­czech Za­chod­nich, dbając o bez­pie­czeństwo i in­te­re­sy byłych ofi­cerów złowro­giej for­ma­cji oraz bez­względnie roz­pra­wiając się ze wszyst­ki­mi, którzy próbo­wa­li wejść jej w drogę.

Pew­ne­go dnia dzien­ni­karz śled­czy Pe­ter Mil­ler otrzy­mu­je pamiętnik po­zo­sta­wio­ny przez sa­mobójcę – nie­miec­kie­go Żyda Sa­lo­mo­na Tau­be­ra, w 1941 wy­wie­zio­ne­go przez na­zistów do get­ta w Ry­dze. Ko­men­dan­tem obo­zu, w którym śmierć po­niosło po­nad 80 tysięcy osób, był ka­pi­tan SS Edu­ard Ro­sch­mann, bez­względny sa­dy­sta, na­zy­wa­ny „Rzeźni­kiem z Rygi”. Oka­zu­je się, że zbrod­niarz żyje i cie­szy się wol­nością – Tau­ber wi­dział go nie­daw­no w Ham­bur­gu. Mil­ler jest wstrząśnięty pamiętni­kiem i opi­sa­mi prze­rażających zbrod­ni. Po­sta­na­wia wy­tro­pić Ro­sch­manna. Zbie­ra in­for­ma­cje, re­kon­stru­uje życio­rys ko­men­dan­ta. Jego pry­wat­ne śledz­two, za­ta­czające stop­nio­wo co­raz szer­sze kręgi, na­pro­wa­dza go na trop „Ode­ssy”. Za­nie­po­ko­jo­na działalnością Mil­lera or­ga­ni­za­cja, w której Ro­sch­mann od­gry­wa istotną rolę, wysyła za dzien­ni­karzem za­wo­do­we­go zabójcę. Po­czy­na­nia sa­mot­ne­go mści­cie­la ob­ser­wują także agen­ci izra­el­skie­go Mos­sa­du. Za­czy­na się między­na­ro­do­we po­lo­wa­nie…

FRE­DE­RICK FOR­SYTH

Słynny pi­sarz i dzien­ni­karz bry­tyj­ski. Mając 17 lat, wstąpił do RAF-u i uzy­skał li­cencję pi­lo­ta woj­sko­we­go. Dwa lata później po­rzu­cił służbę w lot­nic­twie na rzecz dzien­ni­kar­stwa. W la­tach 1961-65 był ko­re­spon­den­tem Reu­te­ra w Ber­li­nie i Paryżu. W 1967 z ra­mie­nia BBC wy­je­chał do Bia­fry, skąd nada­wał re­por­taże z woj­ny z Ni­ge­rią. Wy­rzu­co­ny z pra­cy za rze­komą nie­obiek­tyw­ność, powrócił do Bia­fry jako wol­ny strze­lec i za­przy­jaźnił się z przywódcą se­ce­sjo­nistów. Świa­tową sławę przy­niósł pi­sarzowi wy­da­ny w 1971 thril­ler Dzień Sza­ka­la. Umoc­niły ją ko­lej­ne po­wieści i zbio­ry opo­wia­dań, m.in. Akta Ode­ssy, Psy woj­ny, Dia­bel­ska al­ter­na­ty­wa, Dez­in­for­ma­tor, Iko­na, We­te­ran, Mści­ciel, Afgańczyk, Ko­bra i Czar­na Li­sta. Łączny nakład książek For­sy­tha, uzna­ne­go za twórcę ga­tun­ku zwa­ne­go thril­le­rem po­li­tycz­no – spi­sko­wym, prze­kro­czył sto mi­lionów eg­zem­pla­rzy. Suk­ces li­te­rac­ki zdys­kon­to­wały licz­ne ad­ap­ta­cje ki­no­we i te­le­wi­zyj­ne, w tym głośny ob­raz Fre­da Zin­ne­man­na o próbie za­ma­chu na ge­ne­rała de Gaul­le’a.

www.fre­de­rick­for­syth.co.uk

Tego au­to­ra

DZIEŃ SZA­KA­LA

AKTA ODE­SSY

PSY WOJ­NY

PA­STERZ

DIA­BEL­SKA AL­TER­NA­TY­WA

CZWAR­TY PRO­TOKÓŁ

DEZ­IN­FOR­MA­TOR

PIĘŚĆ BOGA

IKO­NA

WE­TE­RAN

MŚCI­CIEL

AFGAŃCZYK

KO­BRA

CZAR­NA LI­STA

Tytuł ory­gi­nału:

THE ODE­SSA FILE

Co­py­ri­ght © Fre­de­rick For­syth 1972

All ri­ghts re­se­rved

First pu­bli­shed by Hut­chin­son, an im­printof The Ran­dom Ho­use Gro­up Ltd.

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © To­masz Wyżyński 2014

Re­dak­cja: Agniesz­ka Łodzińska

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-009-9

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książkę tę de­dy­kuję wszyst­kim dzien­ni­ka­rzom

Po­dzięko­wa­nia au­to­ra

Au­tor zwy­kle dziękuje tym wszyst­kim, którzy po­mo­gli mu na­pi­sać książkę, zwłasz­cza na trud­ny te­mat, i wy­mie­nia ich na­zwi­ska. Wszyst­kie oso­by, które udzie­liły mi po­mo­cy, choćby naj­skrom­niej­szej, w zdo­by­ciu in­for­ma­cji niezbędnych do na­pi­sania Akt Ode­ssy, zasługują na moją głęboką wdzięczność, lecz nie po­daję ich na­zwisk z trzech po­wodów.

Niektórzy daw­ni funk­cjo­na­riu­sze SS nie zda­wa­li so­bie spra­wy, z kim roz­ma­wiają, i nie wie­dzie­li, że to, co mówią, znaj­dzie się w książce. Inni zażądali, by ich nie wy­mie­niać jako źródła in­for­ma­cji o SS. W przy­pad­ku jesz­cze in­nych osób de­cyzję o nie­poda­wa­niu na­zwisk podjąłem dla ich własne­go do­bra.

F.F.

Wstęp

Tytułowa Ode­ssa to nie port na Ukra­inie ani nie nie­wiel­kie mia­sto w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, tyl­ko nie­miec­kojęzycz­ny skrót na­zwy Or­ga­ni­sa­tion der ehe­ma­li­gen SS-An­gehöri­gen, czy­li Or­ga­ni­za­cja Byłych Członków SS.

Jak po­wszech­nie wia­do­mo, SS była pa­ra­mi­li­tarną for­macją stwo­rzoną przez Adol­fa Hi­tle­ra i do­wo­dzoną przez He­in­ri­cha Him­m­le­ra, która wypełniała w Niem­czech za­da­nia spe­cjal­ne w okre­sie dyk­ta­tu­ry na­zistów od 1933 do 1945 roku. W tym cza­sie SS stała się państwem w państwie; dys­po­no­wała również własny­mi siłami zbroj­ny­mi. Jed­nym z jej zadań było za­pew­nie­nie bez­pie­czeństwa Trze­ciej Rze­szy; SS wpro­wa­dzała w życie plan Hi­tle­ra mający na celu oczysz­cze­nie Nie­miec i Eu­ro­py ze wszyst­kich ele­mentów uzna­nych za „nie­god­ne życia”, znie­wo­le­nie „słowiańskich pod­lu­dzi” oraz eks­ter­mi­nację wszyst­kich Żydów miesz­kających na kon­ty­nen­cie – mężczyzn, ko­biet i dzie­ci.

Aby osiągnąć te cele, SS za­mor­do­wała około czter­na­stu mi­lionów lu­dzi, w tym sześć mi­lionów Żydów, pięć mi­lionów Ro­sjan, dwa mi­liony Po­laków, pół mi­liona Romów oraz pół mi­liona przed­sta­wi­cie­li in­nych na­ro­do­wości, łącznie z bli­sko dwu­stu tysiącami Niemców i Au­striaków nieżydow­skie­go po­cho­dze­nia, choć rzad­ko się o tym wspo­mi­na. Byli to lu­dzie upośle­dze­ni umysłowo albo fi­zycz­nie lub tak zwa­ni wro­go­wie Rze­szy, w tym ko­mu­niści, so­cjal­de­mo­kra­ci, li­be­rałowie, wy­daw­cy, dzien­ni­ka­rze i du­chow­ni głoszący nie­wy­god­ne poglądy – lu­dzie odważni i postępujący zgod­nie z własnym su­mie­niem. W następnej ko­lej­ności wy­mor­do­wa­no ofi­cerów We­hr­mach­tu po­dej­rza­nych o nie­lo­jal­ność wo­bec Hi­tle­ra.

W okre­sie swo­je­go ist­nie­nia SS i sym­bo­li­zujące ją dwie błyska­wi­ce stały się sym­bo­lem bez­względne­go okru­cieństwa. Żadna inna or­ga­ni­za­cja w hi­sto­rii nie zy­skała so­bie równie złowro­giej opi­nii.

Pod ko­niec woj­ny naj­star­si rangą funk­cjo­na­riu­sze SS zda­wa­li so­bie sprawę z klęski Rze­szy i nie mie­li złudzeń, jak cy­wi­li­zo­wa­ny świat po­trak­tu­je ich zbrod­nie. Roz­poczęli se­kret­ne przy­go­to­wa­nia do uciecz­ki – po­sta­no­wi­li zniknąć i roz­począć nowe życie pod no­wy­mi na­zwi­ska­mi, po­zo­sta­wiając brze­mię winy resz­cie na­ro­du nie­miec­kie­go. W tym celu po­ta­jem­nie wy­wie­zio­no z Nie­miec ogrom­ne ilości złota należącego do SS, które zde­po­no­wa­no na taj­nych kon­tach ban­ko­wych; przy­go­to­wa­no fałszy­we do­ku­men­ty i tra­sy uciecz­ki. Kie­dy alian­ci w końcu zajęli Niem­cy, większość zbrod­nia­rzy wo­jen­nych zniknęła.

Es­es­ma­ni założyli spe­cjalną or­ga­ni­zację mającą po­ma­gać w uciecz­ce. Nosiła ona nazwę „Ode­ssa”. Kie­dy naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nych przestępców udało się prze­rzu­cić do za­przy­jaźnio­nych krajów, człon­ko­wie or­ga­ni­zacji zaczęli snuć am­bit­ne pla­ny. Wie­lu nig­dy nie opuściło Nie­miec i żyło pod fałszy­wy­mi na­zwi­ska­mi; inni wrócili chro­nie­ni przez nowe tożsamości. Kil­ku naj­wyższych rangą po­zo­stało za gra­nicą, by kie­ro­wać or­ga­ni­zacją z bez­piecz­ne­go miej­sca.

Ode­ssa miała do wy­ko­na­nia pięć zadań. Pierw­szym z nich było umożli­wie­nie daw­nym es­es­ma­nom le­gal­nej pra­cy w Re­pu­bli­ce Fe­de­ral­nej Nie­miec stwo­rzo­nej przez aliantów w 1949 roku. Dru­gie po­le­gało na prze­nik­nięciu do nie­miec­kich par­tii po­li­tycz­nych, przy­najm­niej na naj­niższym szcze­blu. Trze­cim za­da­niem Ode­ssy było po­kry­cie kosztów obro­ny po­sta­wio­nych przed sądem zbrod­nia­rzy wo­jen­nych z SS, do cze­go wy­naj­mo­wa­no naj­lep­szych ad­wo­katów, oraz działania utrud­niające ści­ga­nie daw­nych to­wa­rzy­szy bro­ni. Czwar­te za­da­nie po­le­gało na zakłada­niu przed­siębiorstw, które byłyby pro­wa­dzo­ne przez byłych es­es­manów, by mo­gli ko­rzy­stać z go­spo­dar­czej pro­spe­ri­ty w trak­cie od­bu­do­wy Nie­miec po 1945 roku. Ostat­nie za­da­nie miało cha­rak­ter pro­pa­gan­do­wy – należało prze­ko­nać nie­miecką opi­nię pu­bliczną, że mor­der­cy z SS byli po pro­stu zwykłymi żołnie­rza­mi, pa­trio­ta­mi, którzy służyli oj­czyźnie, i nie zasługują na prześla­do­wa­nia, ja­kie ich spo­tkały ze stro­ny wy­mia­ru spra­wie­dli­wości.

Ogrom­ne fun­du­sze, ja­ki­mi dys­po­no­wała Ode­ssa, spra­wiły, że re­ali­za­cja tych zadań w dużej mie­rze się po­wiodła. Spra­wy kar­ne pro­wa­dzo­ne przez za­chod­nio­nie­miec­kie sądy prze­ciw­ko zbrod­nia­rzom wo­jen­nym oka­zały się farsą. Ode­ssa kil­ka­krot­nie zmie­niała nazwę i jej człon­ko­wie za­prze­cza­li, że taka or­ga­ni­za­cja kie­dy­kol­wiek po­wstała; z tego po­wo­du wie­lu Niemców twier­dzi, że Ode­ssy w ogóle nie ma. Fakt po­zo­sta­je fak­tem – Ode­ssa ist­nie­je i łączy to­wa­rzy­szy bro­ni spod zna­ku tru­piej główki.

Cho­ciaż Ode­ssa od­no­si suk­ce­sy w osia­ga­niu pra­wie wszyst­kich swo­ich celów, nie­kie­dy po­no­si porażki. Do naj­większej z nich doszło wczesną wiosną 1964 roku, gdy Mi­ni­ster­stwo Spra­wiedliwości w Bonn na­gle otrzy­mało paczkę do­ku­mentów wysłaną przez ano­ni­mową osobę. Nie­licz­ni urzędni­cy, którzy wi­dzie­li znaj­dującą się tam listę na­zwisk, na­zwa­li otrzy­mane do­ku­menty ak­ta­mi Ode­ssy.

1

Wy­da­je się, że każdy do­sko­na­le pamięta, co robił dwu­dzie­ste­go dru­gie­go li­sto­pa­da 1963 roku, gdy do­wie­dział się o śmier­ci Joh­na Ken­ne­dy’ego. Ame­ry­kański pre­zy­dent zo­stał za­strze­lo­ny o dwu­na­stej dwa­dzieścia dwie lo­kal­ne­go cza­su Dal­las; wia­do­mość o jego śmier­ci po­da­no o trzy­na­stej trzy­dzieści tego sa­me­go cza­su. W No­wym Jor­ku była wte­dy czter­na­sta trzy­dzieści, w Lon­dy­nie dzie­więtna­sta trzy­dzieści, a w Ham­bur­gu dwu­dzie­sta trzy­dzieści.

Pe­ter Mil­ler wra­cał tego dnia sa­mo­cho­dem do cen­trum Ham­bur­ga, od­wie­dziw­szy matkę miesz­kającą w Osdorf, jed­nym z od­ległych przed­mieść mia­sta. Było zim­no i padał deszcz ze śnie­giem. Za­wsze od­wie­dzał matkę w piątek wie­czo­rem – chciał spraw­dzić, czy zro­biła niezbędne za­ku­py na week­end, a po­nad­to czuł się zo­bo­wiązany składać jej wi­zytę raz na ty­dzień. Gdy­by miała te­le­fon, po pro­stu by dzwo­nił, ale go nie po­sia­dała, więc jeździł do Osdorf. Właśnie dla­te­go nie chciała za­in­sta­lo­wać te­le­fonu.

Mil­ler miał jak zwy­kle włączo­ne ra­dio i słuchał mu­zy­ki nada­wa­nej przez Nord­deut­scher Rund­funk. O wpół do dzie­wiątej znaj­do­wał się na szo­sie w Osdorf, dzie­sięć mi­nut jaz­dy od miesz­ka­nia mat­ki, gdy na­gle prze­rwa­no w pół słowa pio­senkę i roz­legł się pełen napięcia głos spi­ke­ra:

– Ach­tung, Ach­tung! Na­da­je­my ważny ko­mu­ni­kat. Pre­zy­dent Ken­ne­dy nie żyje. Po­wta­rzam, pre­zy­dent Ken­ne­dy nie żyje.

Mil­ler ode­rwał wzrok od uli­cy i po­pa­trzył na podświe­tloną skalę często­tli­wości w górnej części ra­dia, jak­by się spo­dzie­wał, że to, co zo­ba­czy, za­prze­czy temu, co usłyszał. Może od­bie­rał niewłaściwą stację, która na­da­je non­sen­sy?

– Jezu… – szepnął, na­cisnął pedał ha­mul­ca i zje­chał na pra­we po­bo­cze. Ro­zej­rzał się. Na długiej, sze­ro­kiej, pro­stej au­to­stra­dzie pro­wadzącej z Al­to­ny do śródmieścia Ham­bur­ga inni kie­row­cy usłysze­li tę samą wia­do­mość i również zjeżdżali na po­bo­cze, jak­by nie byli w sta­nie jed­no­cześnie słuchać ra­dia i pro­wadzić auta.

Mil­ler wi­dział za­pa­lające się światła sto­pu sa­mo­chodów jadących przed nim; kie­row­cy skręcali w pra­wo i za­trzy­my­wa­li się, by słuchać nada­wa­nych wia­do­mości. Po le­wej stro­nie przed­nie re­flek­to­ry aut wyjeżdżających z mia­sta zaczęły się gwałtow­nie kołysać; tam­ci kie­row­cy również skręcali w kie­run­ku chod­ni­ka. Wy­prze­dziły go dwa sa­mo­chody. Pierw­szy z nich zatrąbił gniew­nie, a Mil­ler za­uważył, że kie­row­ca stu­ka się w czoło, dając do zro­zu­mie­nia, że uważa go za wa­ria­ta.

Wkrótce się do­wie, pomyślał.

Ra­dio prze­stało nada­wać lekką mu­zykę, którą zastąpił marsz żałobny – naj­wy­raźniej spi­ker miał go pod ręką. Od cza­su do cza­su od­czy­ty­wał naj­now­sze wia­do­mości po­da­wa­ne przez agen­cje in­for­ma­cyj­ne. Po­ja­wiły się szczegóły na te­mat za­ma­chu: jaz­da otwar­tym au­tem przez Dal­las, strze­lec wy­bo­ro­wy w oknie ma­ga­zy­nu podręczników szkol­nych. Nie wspo­mnia­no o aresz­to­wa­niu spraw­cy.

Z auta znaj­dującego się z przo­du wy­siadł kie­row­ca i pod­szedł do wozu Mil­le­ra. Zbliżył się do le­wych drzwi ja­gu­ara, po czym zo­rien­to­wał się, że miej­sce kie­row­cy z ja­kichś nie­zro­zu­miałych po­wodów znaj­duje się po pra­wej stro­nie, i ob­szedł sa­mochód. Nosił kurtkę z kołnie­rzem ze sztucz­ne­go fu­tra. Mil­ler opuścił szybę.

– Słyszał pan? – spy­tał mężczy­zna, po­chy­lając się w stronę okna.

– Tak – od­po­wie­dział Mil­ler.

– Nie­wia­ry­god­ne! – rzu­cił mężczy­zna. W całym Ham­bur­gu, Eu­ro­pie i na całym świe­cie zupełnie obcy lu­dzie roz­ma­wia­li ze sobą o za­ma­chu na Ken­ne­dy’ego. – Myśli pan, że to ko­mu­niści? – spy­tał.

– Nie wiem.

– Jeśli to oni, może to ozna­czać wojnę – rzekł mężczy­zna.

– Praw­do­po­dob­nie – od­parł Mil­ler. Chciał, by nie­zna­jo­my so­bie po­szedł. Jako dzien­ni­karz wy­obrażał so­bie cha­os pa­nujący w re­dak­cjach ga­zet w całych Niem­czech – pośpiesz­nie wzy­wa­no pra­cow­ników, by przy­go­to­wać na ju­tro rano wy­da­nie spe­cjal­ne. Należało na­pi­sać ne­kro­lo­gi, zre­da­go­wać, złożyć i złamać set­ki szpalt. Nie­ustan­nie dzwo­niły te­le­fo­ny, a dzien­ni­karze usiłowa­li zdo­być co­raz więcej in­for­ma­cji na te­mat śmier­ci człowie­ka, który leżał te­raz na sto­le sek­cyj­nym w Dal­las.

W tym mo­men­cie Mil­ler żałował, że nie jest stałym pra­cow­ni­kiem jed­nej z ga­zet. Trzy lata wcześniej zo­stał wol­nym strzel­cem; spe­cja­li­zo­wał się w dzien­ni­kar­stwie śled­czym i pisał ar­ty­kuły do­tyczące przestępczości, po­li­cji i kry­mi­nal­ne­go półświat­ka. Mat­ce bar­dzo się to nie po­do­bało i twier­dziła, że się za­da­je z „po­dej­rza­ny­mi ty­pa­mi”. Ar­gu­men­ty Mil­lera, że stał się jed­nym z naj­bar­dziej po­szu­ki­wa­nych dzien­ni­ka­rzy śled­czych w Niem­czech, nie były w sta­nie jej prze­ko­nać, iż jest to pra­ca god­na jej je­dy­ne­go syna.

Słuchając wia­do­mości nada­wa­nych przez ra­dio, Mil­ler in­ten­syw­nie myślał, jak wy­ko­rzy­stać śmierć Ken­ne­dy’ego do na­pi­sa­nia ar­ty­kułu związa­ne­go z Niem­ca­mi, który można by sprze­dać miej­sco­wej pra­sie. Re­akcją rządu nie­miec­kie­go zajmą się dzien­ni­ka­rze z Bonn; re­dak­cje ber­lińskie będą pisać o wi­zy­cie ame­ry­kańskie­go pre­zy­den­ta w tym mieście w czerw­cu zeszłego roku. Nie był w sta­nie wymyślić żad­ne­go cie­ka­we­go te­ma­tu mogącego za­in­te­re­so­wać je­den z nie­miec­kich ko­lo­ro­wych ty­go­dników, z którymi współpra­co­wał.

Mężczy­zna po­chy­lający się nad oknem za­uważył, że Mil­ler myśli o czymś in­nym, i uznał to za oznakę żalu po śmier­ci pre­zy­den­ta. Szyb­ko prze­stał mówić o groźbie wy­bu­chu woj­ny świa­to­wej i przy­brał ten sam poważny wy­raz twa­rzy.

– Ja, ja, ja… – mruknął z mądrą miną, jak­by od daw­na prze­wi­dy­wał taki rozwój wy­da­rzeń. – Ame­ry­ka­nie to lu­dzie skłonni do prze­mo­cy, mówię panu, skłonni do prze­mo­cy. Jest w nich rys bru­tal­ności, której Niem­cy nig­dy nie zro­zu­mieją.

– Ja­sne – od­rzekł Mil­ler z roz­tar­gnie­niem. Mężczy­zna wresz­cie zro­zu­miał, że Pe­ter nie ma ocho­ty z nim roz­ma­wiać.

– Cóż, muszę je­chać do domu – rzekł i wy­pro­sto­wał się. – GrUss Gott. – Ru­szył stronę swo­je­go sa­mo­cho­du.

Mil­ler ocknął się z zamyśle­nia.

– Ja, gute Na­cht! – zawołał przez otwar­te okno, po czym za­mknął je, po­nie­waż od stro­ny Łaby za­ci­nał wiatr niosący deszcz ze śnie­giem. Z ra­dia do­bie­gał marsz żałobny, a spi­ker po­in­for­mo­wał, że tego wie­czo­ru nie będzie nada­wa­na mu­zy­ka roz­ryw­ko­wa, tyl­ko ko­mu­ni­ka­ty z naj­now­szy­mi wia­do­mościa­mi i mu­zy­ka poważna.

Mil­ler usiadł wy­god­nie na skórza­nym sie­dze­niu swo­je­go ja­gu­ara, oparł się i za­pa­lił roth-han­dla, moc­ne­go pa­pie­ro­sa bez fil­tra o brzyd­kim za­pa­chu – była to ko­lej­na rzecz, na którą skarżyła się jego mat­ka.

Za­wsze ist­nie­je po­ku­sa za­sta­na­wia­nia się, co by było, gdy­by… Zwy­kle jest to bez­sen­sow­ne zajęcie, po­nie­waż to, co mogłoby się wy­da­rzyć, na za­wsze po­zo­sta­nie za­gadką. Jed­nak można przy­pusz­czać, że gdy­by Mil­ler nie miał tego wie­czo­ru włączo­ne­go ra­dia, nie za­trzy­małby się na po­bo­czu dro­gi na pół go­dzi­ny, nie za­uważyłby ka­ret­ki po­go­to­wia, nie do­wie­działby się o ist­nie­niu Sa­lo­mo­na Tau­be­ra ani Edu­ar­da Ro­sch­man­na, a bli­sko trzy i pół roku później państwo Izra­el praw­do­po­dob­nie prze­stałoby ist­nieć.

Do­pa­lił pa­pie­ro­sa, wciąż słuchając ra­dia, otwo­rzył okno i wy­rzu­cił nie­do­pałek na ulicę. Uru­cho­mił sil­nik ja­gu­ara XK 150 S, a ma­szy­na zawyła pod długą po­chyłą maską jak rozwście­czo­ne zwierzę, po czym zaczął z niej do­bie­gać spo­koj­ny, za­do­wo­lo­ny po­mruk. Mil­ler za­pa­lił re­flek­to­ry, spoj­rzał do tyłu i włączył się w stru­mień aut jadących drogą do Osdorf.

Do­je­chaw­szy do Stre­se­man­n­stras­se, za­trzy­mał się na czer­wo­nym świe­tle, gdy na­gle usłyszał za sobą sy­gnał ka­ret­ki po­go­to­wia. Minęła go z le­wej stro­ny, zwol­niła nie­co, prze­je­chała skrzyżowa­nie na czer­wo­nym świe­tle, nie­znacz­nie zwol­niła, po czym prze­mknęła Mil­le­ro­wi tuż przed no­sem i skręciła w pra­wo w Da­im­ler­stras­se. Za­re­ago­wał od­ru­cho­wo. Puścił sprzęgło i ja­gu­ar ru­szył w od­ległości dwu­dzie­stu metrów za ka­retką.

Po chwi­li zaczął żałować, że nie po­je­chał pro­sto do domu. Praw­do­po­dob­nie nie było to nic cie­ka­we­go, choć nig­dy nic nie wia­do­mo. Ka­ret­ki po­go­to­wia ozna­czały kłopo­ty, a kłopo­ty mogły ozna­czać te­mat na ar­ty­kuł, zwłasz­cza gdy do­tarło się na miej­sce jako pierw­szy, a ak­cja ra­tun­ko­wa zakończyła się przed przy­by­ciem eta­to­wych re­por­terów za­trud­nio­nych w ga­ze­tach. Mógł to być duży wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, pożar w ma­ga­zy­nach por­to­wych lub w ka­mie­ni­cy czyn­szo­wej, gdzie na wyższych piętrach zo­stały uwięzio­ne dzie­ci. Możliwości były nie­zli­czo­ne. Mil­ler za­wsze woził ze sobą w schow­ku na ręka­wicz­ki apa­rat fo­to­gra­ficz­ny z fle­szem, po­nie­waż nikt nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć, co się wy­da­rzy na jego oczach.

Znał człowie­ka, który szóste­go lu­te­go 1958 roku cze­kał na sa­mo­lot na lot­ni­sku w Mo­na­chium – kil­ka­set metrów od miej­sca, gdzie stał, roz­biła się ma­szy­na wioząca zespół piłkar­ski Man­che­ste­ru Uni­ted. Nie był za­wo­do­wym fo­to­gra­fem, po pro­stu wyjął apa­rat, który wziął ze sobą na nar­ty, i pstryknął pierw­sze zdjęcia płonącego sa­mo­lotu. Ko­lo­ro­we ty­go­dni­ki zapłaciły mu za nie przeszło pięć tysięcy funtów.

Ka­ret­ka skręciła w la­bi­rynt wąskich, brud­nych uli­czek Al­to­ny. Minęła stację ko­le­jową i ru­szyła w stronę rze­ki. Kto­kol­wiek sie­dział za kie­row­nicą sa­ni­tar­ki Mer­ce­de­sa, znał Ham­burg i umiał do­brze pro­wa­dzić. Ja­gu­ar mógł roz­wi­jać większą prędkość, ale miał tward­sze re­so­ry; Mil­ler czuł tyl­ne koła pod­ska­kujące na śli­skich ko­cich łbach.

Prze­je­chał koło skle­pu z częścia­mi sa­mo­cho­do­wy­mi fir­my Menck i dwie uli­ce da­lej do­tarł na miej­sce. Ka­ret­ka skręciła w bied­ny, za­nie­dba­ny, słabo oświe­tlo­ny zaułek, w którym stały zruj­no­wa­ne ka­mie­ni­ce i blo­ki miesz­kal­ne. Za­trzy­mała się przed jed­nym z nich, gdzie par­ko­wał już wóz po­li­cyj­ny. Na da­chu sa­mo­cho­du kręciło się nie­bie­skie światło, rzu­cając wid­mo­wy po­blask na twa­rze gapiów tłoczących się koło drzwi.

Krzep­ki sierżant po­li­cji w pe­le­ry­nie prze­ciw­desz­czo­wej krzyknął do zgro­ma­dzo­nych, by się cofnęli i po­zwo­li­li ka­ret­ce pod­je­chać do drzwi. Sa­mochód wśli­zgnął się w po­wstałą lukę. Kie­row­ca i sa­ni­ta­riusz wy­sie­dli, po­bie­gli do tyl­nych drzwi sa­mo­cho­du i wyciągnęli pu­ste no­sze. Za­mie­ni­li kil­ka słów z sierżan­tem i pośpie­szy­li na górę.

Mil­ler za­par­ko­wał ja­gu­ara w od­ległości dwu­dzie­stu metrów po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy. Uniósł ze zdzi­wie­niem brwi. Nie był to wy­pa­dek ani pożar, nic nie gro­ziło żad­nym dzie­ciom. Praw­do­po­dob­nie po pro­stu ktoś do­stał zawału. Wy­siadł z sa­mo­cho­du i pod­szedł do grup­ki lu­dzi stojących półko­lem przed wejściem do ka­mie­ni­cy; sierżant po­li­cji usiłował ich od­sunąć, by zro­bić drogę dla sa­ni­ta­riu­szy.

– Mogę wejść na górę? – spy­tał Mil­ler.

– W żad­nym wy­pad­ku. Oso­by po­stron­ne nie mają tu wstępu.

– Je­stem dzien­ni­ka­rzem – rzekł Mil­ler i po­ka­zał ham­burską le­gi­ty­mację pra­sową.

– A ja je­stem po­li­cjan­tem – od­po­wie­dział sierżant. – Ni­ko­mu nie wol­no wcho­dzić. Scho­dy są wąskie i nie­bez­piecz­ne. Za chwilę zejdą sa­ni­ta­riu­sze.

Sierżant pełniący służbę w jed­nej z nie­bez­piecz­nych dziel­nic Ham­bur­ga był potężnie zbu­do­wa­nym mężczyzną, miał około stu osiem­dzie­sięciu pięciu cen­ty­metrów wzro­stu. W swo­jej prze­ciw­desz­czo­wej pe­le­ry­nie stał z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, po­wstrzy­mując na­pie­rających gapiów. Sta­no­wił za­porę nie do prze­by­cia.

– Co się tu stało? – spy­tał Mil­ler.

– Nie wol­no mi udzie­lać in­for­ma­cji. Proszę spy­tać później w ko­mi­sa­ria­cie.

Po scho­dach zszedł mężczy­zna w cy­wil­nym ubra­niu i za­trzy­mał się na chod­ni­ku. Na jego twarz padł snop światła z po­li­cyj­ne­go volks­wa­ge­na i Mil­ler go roz­po­znał. Cho­dzi­li ra­zem do szkoły śred­niej w Ham­bur­gu. Na­zy­wał się Brandt i był te­raz młod­szym in­spek­to­rem po­li­cji w Al­to­nie.

– Cześć, Karl!

Słysząc swo­je imię, młody funk­cjo­na­riusz odwrócił się i po­pa­trzył na tłum za ple­ca­mi sierżanta. Za­uważył Mil­le­ra w światłach z da­chu wozu po­li­cyj­ne­go i uniósł prawą rękę. Uśmiechnął się sze­ro­ko; na jego twa­rzy ma­lo­wało się za­do­wo­le­nie i zdzi­wie­nie.

– W porządku, sierżan­cie, proszę go prze­puścić. Jest nie­szko­dli­wy.

Funk­cjo­na­riusz opuścił dłoń i Mil­ler prze­szedł koło nie­go. Uścisnął rękę Brand­to­wi.

– Skąd się tu wziąłeś, Pe­ter?

– Je­chałem za ka­retką.

– Cho­ler­ny sęp… Czym się te­raz zaj­mu­jesz?

– Tym co za­wsze. Dzien­ni­kar­stwem. Je­stem wol­nym strzel­cem.

– Wygląda na to, że ci się do­sko­na­le po­wo­dzi. Wi­duję two­je na­zwi­sko w ko­lo­ro­wych ma­ga­zy­nach.

– Star­cza na życie. Słyszałeś o Ken­ne­dym?

– Tak. Cho­ler­na spra­wa. Wy­obrażam so­bie, co się w tej chwi­li dzie­je w Dal­las. Cieszę się, że to się nie zda­rzyło w Ham­bur­gu.

Mil­ler skinął głową w stronę słabo oświe­tlo­nej sie­ni domu, gdzie paliła się naga żarówka, rzu­cając żółte światło na łuszczące się ta­pe­ty.

– Sa­mobójstwo. Jakiś mężczy­zna otruł się ga­zem. Sąsie­dzi po­czu­li za­pach i we­zwa­li po­licję. Do­brze, że nikt nie za­pa­lił zapałki. Wszędzie cuchnęło jak cho­le­ra.

– Nie był to przy­pad­kiem gwiaz­dor fil­mo­wy? – spy­tał

Mil­ler.

– Ależ tak, na­tu­ral­nie. Za­wsze miesz­kają w ta­kich miej­scach. Nie, to jakiś sta­ru­szek. Wyglądał, jak­by od daw­na nie żył. Co­dzien­nie mamy ta­kie przy­pad­ki.

– Cóż, miej­sce, w którym te­raz jest, na pew­no nie jest brzyd­sze od tego domu.

In­spek­tor uśmiechnął się lek­ko i po­pa­trzył na dwóch pielęgnia­rzy, którzy po­ko­na­li sie­dem ostat­nich schodków i ze­szli do sie­ni ze swo­im ładun­kiem. Brandt się obrócił.

– Odsuńcie się. Prze­puśćcie ich!

Sierżant na­tych­miast zaczął krzy­czeć i od­py­chać tłum. Dwaj sa­ni­ta­riu­sze wy­szli na chod­nik i ru­szy­li w stronę otwar­tych drzwi ka­ret­ki. Brandt i Mil­ler po­szli za nimi; Mil­ler nie­co z tyłu. Nie chciał pa­trzeć na zmarłego, nie miał na­wet ta­kie­go za­mia­ru. Po pro­stu szedł za Brand­tem. Kie­dy sa­ni­ta­riu­sze do­tar­li do drzwi mer­ce­de­sa, pierw­szy z nich umo­co­wał no­sze na pro­wad­ni­cy, a dru­gi przy­go­to­wał się, by je wsunąć do środ­ka po­jaz­du.

– Niech pan po­cze­ka – rzekł Brandt, odsłonił koc przy­kry­wający twarz zmarłego i oznaj­mił: – To tyl­ko for­mal­ność. Muszę na­pi­sać w ra­por­cie, że asy­sto­wałem przy prze­no­sze­niu zwłok do ka­ret­ki i trans­por­cie do kost­ni­cy.

Wewnątrz mer­ce­de­sa paliły się ja­skra­we światła i Mil­ler spoglądał przez dwie se­kun­dy na twarz sa­mobójcy. Miał wrażenie, że jesz­cze nig­dy nie wi­dział kogoś tak sta­re­go i tak brzyd­kie­go. Wsku­tek za­tru­cia tlen­kiem węgla war­gi zmarłego były sine, a skóra po­kry­ta cętka­mi. Zresztą na­wet za życia nie mógł być przy­stoj­ny. Na łysej czasz­ce znaj­do­wało się kil­ka ko­smyków rzad­kich włosów. Oczy były za­mknięte. Twarz spra­wiała wrażenie wy­cieńczo­nej, a z po­wo­du bra­ku sztucz­nej szczęki po­licz­ki były tak głęboko za­pad­nięte, że nie­mal do­ty­kały wnętrza ust, co spra­wiało, że mar­twy człowiek przy­po­mi­nał de­mo­na z fil­mu gro­zy. Pra­wie nie było widać warg i do­cho­dziły do nich pio­no­we zmarszcz­ki; Mil­lerowi przy­po­mniała się za­su­szo­na ludz­ka głowa spre­pa­ro­wa­na przez tu­bylców z do­rze­cza Ama­zon­ki, która miała za­szy­te usta i wyglądała po­dob­nie. Na po­licz­kach mężczy­zny były dwie nie­re­gu­lar­ne, pio­no­we bli­zny biegnące od skro­ni do kącików warg.

Brandt zerknął na zwłoki, przy­krył je z po­wro­tem ko­cem i skinął głową w stronę sa­ni­ta­riu­sza. Zro­bił krok do tyłu, a mężczy­zna wsunął no­sze do am­bu­lan­su, za­trzasnął drzwicz­ki i po­szedł do szo­fer­ki. Ka­ret­ka od­je­chała, a ga­pie zaczęli się roz­cho­dzić.

– Skończo­ne, idźcie już! – po­mru­ki­wał na nich sierżant. – Nie ma nic więcej do ogląda­nia! Wra­caj­cie do domów!

Mil­ler spoj­rzał na Brand­ta i uniósł ze zdzi­wie­niem brwi.

– Cza­rujące…

– Tak. Bied­ny dzia­dy­ga. Żaden te­mat dla pra­sy, praw­da? Mil­ler zro­bił zbo­lałą minę.

– Kom­plet­nie bez­war­tościo­wy. Co noc ktoś popełnia sa­mobójstwo. Lu­dzie umie­rają na całym świe­cie, ale nikt nie zwra­ca na to uwa­gi. Te­raz li­czy się tyl­ko śmierć Ken­ne­dy’ego.

Brandt roześmiał się szy­der­czo.

– Cho­ler­ni dzien­ni­ka­rze…

– Spójrz­my praw­dzie w oczy. Lu­dzie chcą czy­tać tyl­ko o Ken­ne­dym. Dla­te­go ku­pują ga­ze­ty.

– Tak. Cóż, muszę wra­cać do ko­mi­sa­ria­tu. Do zo­ba­cze­nia, Pe­ter.

Uścisnęli so­bie dłonie i się roz­sta­li. Mil­ler ru­szył z po­wro­tem w stronę dwor­ca ko­le­jo­we­go w Al­to­nie, wje­chał na główną drogę pro­wadzącą do śródmieścia Ham­bur­ga i po dwu­dzie­stu mi­nu­tach wy­siadł z ja­gu­ara na pod­ziem­nym par­kin­gu przy Han­sa­platz, dwieście metrów od domu, na którego naj­wyższym piętrze znaj­do­wało się jego miesz­ka­nie.

Trzy­ma­nie sa­mo­cho­du przez całą zimę na pod­ziem­nym par­kin­gu było kosz­tow­ne, lecz sta­no­wiło jedną z eks­tra­wa­gan­cji, na ja­kie so­bie po­zwa­lał. Lubił swo­je dość dro­gie miesz­ka­nie, po­nie­waż znaj­do­wało się wy­so­ko i miał z nie­go do­bry wi­dok na ru­chli­wy bul­war Ste­in­damm. Nie przej­mo­wał się ubra­niem i je­dze­niem; mając dwa­dzieścia dzie­więć lat i sto osiem­dzie­siąt cen­ty­metrów wzro­stu, roz­wi­chrzo­ne ciem­ne włosy i oczy, które po­do­bają się ko­bie­tom, nie mu­siał nosić ele­ganc­kich ubrań. Za­zdro­sny przy­ja­ciel po­wie­dział mu kie­dyś: „Zawróciłbyś w głowie na­wet za­kon­ni­cy”. Mil­ler przyjął to ze śmie­chem, ale uwa­ga spra­wiła mu przy­jem­ność, bo wie­dział, że to praw­da.

Miał trzy praw­dzi­we pa­sje: spor­to­we sa­mo­cho­dy, dzien­ni­kar­stwo i Si­grid, choć cza­sem ze wsty­dem przy­zna­wał, że gdy­by stanął wo­bec ko­niecz­ności do­ko­na­nia wy­bo­ru między Sigi a ja­gu­arem, Sigi mu­siałaby zna­leźć so­bie in­ne­go ko­chan­ka.

Po za­par­ko­wa­niu sa­mo­cho­du przyj­rzał mu się w świe­tle lamp palących się na par­kin­gu. Uwiel­biał na nie­go pa­trzeć.

Zda­rzało się, że przy­sta­wał, by go po­dzi­wiać, na­wet zbliżając się do nie­go na uli­cy. Nie­kie­dy dołączał do nie­go jakiś prze­cho­dzień, który nie zda­wał so­bie spra­wy, że auto należy do Mil­le­ra, i mówił z po­dzi­wem: „Świet­ny wóz!”.

Nor­mal­nie młody dzien­ni­karz pra­cujący jako wol­ny strze­lec nie jeździ ja­gu­arem XK 150 S. Części za­mien­ne były w Ham­bur­gu pra­wie nie do zdo­by­cia, zwłasz­cza że wersję XK, z której mo­del S był ostat­ni, prze­sta­no pro­du­ko­wać w 1960 roku. Mil­ler sam na­pra­wiał sa­mochód; w nie­dzie­le prze­bie­rał się w kom­bi­ne­zon ro­bo­czy i spędzał długie go­dzi­ny pod pod­wo­ziem lub grze­biąc w sil­ni­ku. Ma­szy­na miała trzy gaźniki i zużywała mnóstwo pa­li­wa, które kosz­to­wało masę pie­niędzy, gdyż ben­zy­na była w Niem­czech bar­dzo dro­ga, ale Mil­ler nie żałował tego wy­dat­ku. Na­grodą były strasz­li­wy ryk wy­do­by­wający się z rur wy­de­cho­wych, gdy wci­skał na au­to­stra­dzie pedał gazu, i potężna siła wgnia­tająca go w fo­tel, kie­dy brał zakręty na górskich dro­gach. Usztyw­nił za­wie­sze­nie przed­nich kół, a po­nie­waż ja­gu­ar miał z tyłu twar­de re­so­ry, do­sko­na­le trzy­mał się na­wierzch­ni – na zakrętach Mil­ler bez tru­du wy­prze­dzał in­nych kie­rowców, których sa­mochody kołysały się na miękkich re­so­rach. Wkrótce po kup­nie auta Mil­ler prze­ma­lo­wał je na czar­no i ozdo­bił żółtymi pa­sa­mi na bo­kach. Sa­mochód wypro­du­ko­wano w Co­ven­try w An­glii i nie był to mo­del prze­zna­czo­ny na eks­port, toteż kie­row­ni­ca znaj­do­wała się po pra­wej stro­nie, co cza­sem stwa­rzało trud­ności przy wy­prze­dzaniu, lecz po­zwa­lało zmie­niać bie­gi lewą ręką, a prawą trzy­mać kie­row­nicę. Mil­ler lubił ten sposób pro­wa­dze­nia.

Wciąż nie mógł się na­dzi­wić, że udało mu się go kupić. Około pół roku wcześniej, w le­cie, cze­kał w ko­lej­ce u fry­zje­ra, by się ostrzyc, i otwo­rzył ma­ga­zyn mu­zycz­ny. Nor­mal­nie nie czy­tał plo­tek na te­mat gwiazd mu­zy­ki pop, ale nie było nic in­ne­go do czy­tania. Rozkładówkę poświęcono błyska­wicz­nej ka­rie­rze czte­rech długowłosych młodych An­glików, którzy nie­mal z dnia na dzień sta­li się między­na­ro­do­wy­mi gwiaz­da­mi. Twarz z pra­wej stro­ny, przed­sta­wiająca młodzieńca o wy­dat­nym no­sie, nic mu nie mówiła, ale miał wrażenie, że gdzieś już wi­dział trzy po­zo­stałe oso­by wi­docz­ne na fo­to­gra­fii.

Tytuły dwóch płyt, dzięki którym zespół stał się sławny, Ple­ase Ple­ase Mei Love Me, Do również nic mu nie mówiły, ale trzy twa­rze nie dawały mu spo­ko­ju przez następne dwa dni. I wresz­cie go olśniło – dwa lata wcześniej, w 1961 roku, młodzi An­gli­cy śpie­wa­li w nie­wiel­kim ka­ba­re­cie koło Re­eper­bahn. Po ko­lej­nym dniu przy­po­mniał so­bie jego nazwę; wpadł tam kie­dyś na drin­ka, by po­roz­ma­wiać z ważnym źródłem w świe­cie przestępczym, gdy zbie­rał in­for­ma­cje o gan­gu Sankt Pau­li. Star Club. Po­je­chał tam i spraw­dził umo­wy. Było ich wte­dy pięciu – trzech, których roz­po­znał, i dwóch in­nych: Pete Best i Stu­art Sutc­lif­fe.

Z ka­ba­re­tu udał się do fo­to­gra­fa, który robił zdjęcia re­kla­mo­we dla im­pre­sa­ria Ber­ta Ka­emp­fer­ta, i od­ku­pił od nie­go na pniu pra­wa au­tor­skie do wszyst­kich zdjęć. Jego ar­ty­kuł Jak Ham­burg od­krył Be­atlesów opu­bli­ko­wa­no pra­wie we wszyst­kich ko­lo­ro­wych ty­go­dni­kach i cza­so­pi­smach mu­zycz­nych w Niem­czech; prze­dru­ki uka­zały się również za gra­nicą. Za otrzy­ma­ne pie­niądze Mil­ler kupił ja­gu­ara, którego za­uważył wcześniej w sa­lo­nie sa­mo­cho­do­wym; wsta­wił go tam bry­tyj­ski ofi­cer, po­nie­waż jego ciężarna żona prze­stała się w nim mieścić. Z wdzięczności nabył również kil­ka płyt Be­atlesów, ale pusz­czała je tyl­ko Sigi.

Odwrócił się, wy­szedł z par­kin­gu po ram­pie pro­wadzącej na ulicę i ru­szył w stronę miesz­ka­nia. Do­cho­dziła północ i cho­ciaż mat­ka jak zwy­kle podała mu o szóstej ob­fi­ty posiłek, zno­wu był głodny. Usmażył so­bie ja­jecz­nicę i wysłuchał noc­nych wia­do­mości. Mówio­no wyłącznie o Ken­ne­dym, przede wszyst­kim oma­wiając jego związki z Niem­ca­mi, po­nie­waż nie było żad­nych no­wych in­for­ma­cji z Dal­las. Po­li­cja wciąż szu­kała zabójcy. Spi­ker mówił ob­szer­nie o sym­pa­tii Ken­ne­dy’ego dla Niemców, jego wi­zy­cie w Ber­li­nie la­tem po­przed­nie­go roku i słyn­nym zda­niu wy­po­wie­dzia­nym po nie­miec­ku: Ich bin ein Ber­li­ner.

Po­tem od­two­rzo­no na­gra­ne wystąpie­nie bur­mi­strza Ber­li­na Za­chod­nie­go Wil­ly’ego Brand­ta, prze­ma­wiającego głosem zdu­szo­nym z emo­cji, i od­czy­ta­no oświad­cze­nia kanc­le­rza Lu­dwi­ga Er­har­da oraz byłego kanc­le­rza Kon­ra­da Ade­nau­era, który ustąpił piętna­ste­go paździer­ni­ka.

Mil­ler wyłączył ra­dio i po­szedł spać. Żałował, że w domu nie ma Sigi, bo lubił się do niej przy­tu­lać, gdy był w złym na­stro­ju. Później zwy­kle upra­wia­li seks, po czym za­pa­dał w twar­dy sen. Iry­to­wało to Sigi, bo w ta­kich chwi­lach za­wsze miała ochotę roz­ma­wiać o małżeństwie i dzie­ciach. Ale ka­ba­ret, w którym tańczyła, za­my­ka­no do­pie­ro przed czwartą w nocy, a w piątki, gdy na Re­eper­bahn roiło się od przy­jezd­nych z pro­win­cji i tu­rystów, na­wet później. Goście ku­po­wa­li szam­pa­na dzie­sięć razy drożej niż w re­stau­ra­cji, by sta­wiać go ubra­nym w krótkie spódnicz­ki dziew­czy­nom o ob­fi­tych biu­stach. Sigi miała najkrótszą spódniczkę i naj­większy biust.

Mil­ler za­pa­lił jesz­cze jed­ne­go pa­pie­ro­sa i za kwa­drans dru­ga zasnął. Przyśniła mu się odrażająca twarz mar­twe­go star­ca ze slumsów Al­to­ny.

• • •

Kie­dy w Ham­bur­gu Pe­ter Mil­ler jadł o północy ja­jecz­nicę, w kom­for­to­wym sa­lo­nie domu przy­le­gającego do szkoły jeździec­kiej w po­bliżu pi­ra­mid w Gi­zie sie­działo pięciu mężczyzn. W Egip­cie była pierw­sza w nocy. Mężczyźni zje­dli dobrą ko­lację, a wia­do­mość o śmier­ci Ken­ne­dy’ego, która do­tarła do nich czte­ry go­dzi­ny wcześniej, wpra­wiła ich w zna­ko­mi­ty hu­mor.

Trzech z nich było Niem­ca­mi, po­zo­stałych dwóch Egip­cja­na­mi. Żona go­spo­da­rza i właści­cie­la szkoły jeździec­kiej –ulu­bio­ne­go miej­sca spo­tkań ka­ir­skiej śmie­tan­ki to­wa­rzy­skiej i członków kil­ku­na­sto­ty­sięcznej ko­lo­nii nie­miec­kiej – poszła spać, więc pięciu mężczyzn mogło roz­ma­wiać swo­bod­nie.

W skórza­nym fo­te­lu klu­bo­wym, obok okna zasłoniętego żalu­zja­mi, sie­dział Hans Ap­pler, nie­gdyś spe­cja­li­sta do spraw żydow­skich w na­zi­stow­skim Mi­ni­ster­stwie Pro­pa­gan­dy dok­to­ra Jo­se­pha Go­eb­bel­sa. Przy­je­chał do Egip­tu tuż po zakończe­niu woj­ny, prze­rzu­co­ny tam przez Odessę, przy­brał arab­skie na­zwi­sko Sa­lah Chaf­far i zo­stał do­radcą do spraw Żydów w egip­skim Mi­ni­ster­stwie do spraw Et­nicz­nych. Trzy­mał w ręku szkla­neczkę whi­sky. Po jego le­wej stro­nie sie­dział Lu­dwig He­iden, inny eks­pert Go­eb­bel­sa, pra­cujący w tym sa­mym mi­ni­ster­stwie. Przyjął wiarę muzułmańską, odbył piel­grzymkę do Mek­ki i zwra­ca­no się do nie­go „hadżi”. Z po­wodów re­li­gij­nych pił sok po­ma­rańczo­wy. Obaj mężczyźni byli fa­na­tycz­ny­mi na­zi­sta­mi.

Pierw­szym Egip­cja­ni­nem był pułkow­nik Chams Edi­ne Ba­dra­ne, oso­bi­sty ad­iu­tant mar­szałka Ab­de­la Ha­ki­ma Ame­ra, później­sze­go mi­ni­stra obro­ny Egip­tu, w 1967 roku ska­za­ne­go na śmierć za zdradę po woj­nie sześcio­dnio­wej. Pułkow­nik Ba­dra­ne po­padł wówczas w niełaskę i prze­stał pełnić ważne funk­cje. Dru­gim Egip­cja­ni­nem był pułkow­nik Ali Sa­mir, szef Mu­kha­ba­ra­tu, taj­nej egip­skiej służby wy­wia­dow­czej.

W ko­la­cji uczest­ni­czyła także szósta oso­ba, gość ho­no­ro­wy, który szyb­ko wrócił do Ka­iru, gdy o go­dzi­nie dwu­dzie­stej pierw­szej trzy­dzieści cza­su ka­ir­skie­go po­da­no wia­do­mość o śmier­ci pre­zy­den­ta Ken­ne­dy’ego. Był to An­war as-Sa­dat, prze­wod­niczący egip­skie­go Zgro­ma­dze­nia Na­ro­do­we­go, bli­ski współpra­cow­nik pre­zy­den­ta Na­se­ra i jego następca.

Hans Ap­pler uniósł szkla­neczkę.

– Ken­ne­dy, przy­ja­ciel Żydów, nie żyje. Pa­no­wie, wznoszę to­ast.

– Mamy pu­ste szkla­necz­ki – za­pro­te­sto­wał pułkow­nik Sa­mir.

Go­spo­darz nalał gościom szkoc­kiej whi­sky z bu­tel­ki wyjętej z kre­den­su.

Nikt z obec­nych nie zdzi­wił się, że Ken­ne­dy’ego na­zwa­no przy­ja­cie­lem Żydów. Czter­na­ste­go mar­ca 1960 roku, gdy pre­zy­den­tem Stanów Zjed­no­czo­nych był wciąż Dwi­ght Eisen­ho­wer, w ho­te­lu Wal­dorf-Asto­ria w No­wym Jor­ku odbyło się taj­ne spo­tka­nie pre­mie­ra Izra­ela Da­vi­da Ben Gu­rio­na z kanc­le­rzem Nie­miec Kon­ra­dem Ade­nau­erem. Dzie­sięć lat wcześniej ta­kie spo­tka­nie byłoby nie­możliwe. To, co wówczas uzgod­nio­no, wy­da­wało się nie­wia­ry­god­ne na­wet w 1960 roku i właśnie dla­te­go szczegóły spo­tka­nia wy­ciekły do pra­sy do­pie­ro wie­le lat później, a pre­zy­dent Na­ser nie po­trak­to­wał poważnie in­for­ma­cji do­star­czo­nych pod ko­niec 1963 roku przez Odessę i pułkow­ni­ka Sa­mi­ra z Mu­kha­ba­ra­tu.

Dwaj po­li­ty­cy pod­pi­sa­li umowę, która prze­wi­dy­wała, że Niem­cy Za­chod­nie udzielą Izra­elo­wi kre­dy­tu w wy­so­kości pięćdzie­sięciu mi­lionów do­larów rocz­nie. Jed­nak­Ben Gu­rion szyb­ko się prze­ko­nał, że pie­niądze to jed­no, a bez­piecz­ne i pew­ne źródło uzbro­je­nia to coś zupełnie in­ne­go. Pół roku później umowę z ho­te­lu Wal­dorf-Asto­ria uzu­pełnio­no ko­lej­nym po­ro­zu­mie­niem, pod­pi­sa­nym przez mi­nistrów obro­ny Nie­miec i Izra­ela, Fran­za Jo­se­fa Straus­sa i Szy­mo­na Pe­re­sa. Prze­wi­dy­wało ono, że Izra­el ma pra­wo wy­ko­rzy­sty­wać środ­ki przy­zna­ne w ra­mach kre­dy­tu na za­kup bro­ni w Niem­czech.

Ade­nau­er, zdając so­bie sprawę z nie­zwy­kle kon­tro­wer­syj­ne­go cha­rak­te­ru dru­giej umo­wy, zwle­kał przez wie­le mie­sięcy, aż do li­sto­pa­da 1961 roku, gdy po­je­chał do No­we­go Jor­ku i spo­tkał się z no­wym pre­zy­den­tem Stanów Zjed­no­czo­nych, Joh­nem Fit­zge­ral­dem Ken­ne­dym. Pre­zy­dent zaczął wy­wie­rać na­ci­ski na so­jusz­ni­ka. Nie chciał eks­por­to­wać ame­ry­kańskiej bro­ni bez­pośred­nio do Izra­ela, lecz zależało mu, by Izra­el ją otrzy­mał. Państwo żydow­skie po­trze­bo­wało myśliwców, sa­mo­lotów trans­por­to­wych, hau­bic ka­li­bru sto pięć mi­li­metrów, dział, wozów bo­jo­wych, trans­por­terów opan­ce­rzo­nych i czołgów. Przede wszyst­kim czołgów.

Niem­cy mie­li to wszyst­ko, prze­ważnie pro­duk­cji ame­ry­kańskiej – sprzęt woj­sko­wy ku­po­wa­no w USA w ra­mach umo­wy of­f­se­to­wej za­war­tej z NATO, prze­wi­dującej sta­cjo­no­wa­nie wojsk ame­ry­kańskich w Niem­czech, lub pro­du­ko­wa­no na li­cen­cji ame­ry­kańskiej.

Pod na­ci­skiem Ken­ne­dy’ego umowę Strauss-Pe­res wpro­wa­dzo­no w życie.

Pierw­sze nie­miec­kie czołgi zaczęły do­cie­rać do Haj­fy pod ko­niec czerw­ca 1963 roku. Trud­no było utrzy­mać to w ta­jem­ni­cy przez dłuższy czas – w ope­ra­cji uczest­ni­czyło zbyt wie­le osób. Ode­ssa do­wie­działa się o do­sta­wach uzbro­je­nia dla Izra­ela pod ko­niec 1962 roku i szyb­ko po­in­for­mo­wała Egip­cjan, z którymi jej agen­ci mie­li do­sko­nałe kon­tak­ty.

W dru­giej połowie 1963 roku sy­tu­acja zaczęła się zmie­niać. Piętna­ste­go paździer­ni­ka ustąpił i prze­szedł na eme­ry­turę na­zy­wa­ny „Li­sem z Bonn” i „Gra­ni­to­wym Kanc­le­rzem” Kon­rad Ade­nau­er. Jego miej­sce zajął Lu­dwig Er­hard, po­li­tyk cieszący się po­pu­lar­nością w społeczeństwie jako twórca nie­miec­kie­go cudu go­spo­dar­cze­go. Nie­ste­ty, był słaby i chwiej­ny w po­li­ty­ce za­gra­nicz­nej.

Na­wet w cza­sie ka­den­cji Ade­nau­era gru­pa członków za­chod­nio­nie­miec­kie­go rządu żądała unie­ważnie­nia kon­trak­tu na sprze­daż bro­ni do Izra­ela i wstrzy­ma­nia do­staw, nim się zaczęły. Sta­ry kanc­lerz uci­szył ich kil­ko­ma la­pi­dar­ny­mi zda­nia­mi, a miał taką władzę, że za­mil­kli.

Er­hard był zupełnie in­nym człowie­kiem, na­zy­wa­no go „Gu­mo­wym Lwem”. Kie­dy zo­stał kanc­le­rzem, frak­cja prze­ciw­ników eks­por­tu bro­ni do Izra­ela, związana z Mi­ni­ster­stwem Spraw Za­gra­nicz­nych, które sta­rało się utrzy­my­wać do­bre sto­sun­ki z kra­ja­mi arab­ski­mi, znów zaczęła kry­ty­ko­wać pro­jekt. Er­hard zaczął się wahać. Jed­no­cześnie John Ken­ne­dy z de­ter­mi­nacją wy­wie­rał presję na Niem­cy, by tę broń prze­ka­zy­wały.

Później Ken­ne­dy zginął w za­ma­chu. Wcze­snym ran­kiem dwu­dzie­ste­go trze­cie­go li­sto­pa­da naj­większym pro­ble­mem było py­ta­nie, czy pre­zy­dent Lyn­don John­son prze­sta­nie na­ci­skać na Niem­cy i czy po­zwo­li nie­zde­cy­do­wa­ne­mu kanc­le­rzo­wi z Bonn wy­co­fać się z kon­trak­tu. Nie zro­bił tego, ale w Egip­cie bar­dzo na to li­czo­no.

Go­spo­darz przyjęcia od­by­wającego się pod Ka­irem napełnił gościom szkla­necz­ki, po czym pod­szedł do kre­den­su i nalał so­bie whi­sky. Na­zy­wał się Wol­fgang Lutz i uro­dził się w 1921 roku w Man­n­he­imie. Był nie­gdyś ma­jo­rem We­hr­mach­tu i fa­na­tycz­nym an­ty­se­mitą; w 1961 roku wy­emi­gro­wał do Ka­iru i otwo­rzył szkołę jeździecką. Miał ja­sne włosy, błękit­ne oczy i szczupłą twarz. Był ulu­bieńcem ka­ir­skiej eli­ty po­li­tycz­nej oraz ko­lo­nii nie­miec­kiej miesz­kającej nad Ni­lem, złożonej głównie z na­zistów.

Odwrócił się w stronę gości i na jego twa­rzy po­ja­wił się sze­ro­ki uśmiech. Jeśli miał on w so­bie coś fałszy­we­go, nikt tego nie za­uważył. A miał. W rze­czy­wi­stości Lutz był Żydem po­chodzącym z Man­n­he­imu i w1933 roku, w wie­ku dwu­na­stu lat, wy­emi­gro­wał do Pa­le­sty­ny. Na­zy­wał się Zeev i miał rangę rav se­re­na (ma­jo­ra) ar­mii izra­el­skiej. Był w tym cza­sie naj­ważniej­szym agen­tem wy­wia­du izra­el­skie­go w Egip­cie. Dwu­dzie­ste­go ósme­go lu­te­go 1965 roku prze­pro­wa­dzo­no re­wizję w jego domu i od­na­le­zio­no na­daj­nik ukry­ty pod ka­fel­ka­mi w łazien­ce. Lut­za aresz­to­wa­no, po czym dwu­dzie­ste­go szóste­go czerw­ca tego sa­me­go roku ska­za­no na dożywot­nie ciężkie ro­bo­ty. Wy­pusz­czo­no go pod ko­niec 1967 roku – jako część wy­mia­ny na tysiące egip­skich jeńców wo­jen­nych. Czwar­te­go lu­te­go 1968 roku wrócił wraz z żoną do Izra­ela sa­mo­lo­tem, który wylądował w por­cie lot­ni­czym Lod.

Ale w dniu, gdy za­mor­do­wa­no Ken­ne­dy’ego, wszyst­ko to należało do przyszłości – aresz­to­wa­nie, tor­tu­ry, zbio­ro­wy gwałt na żonie. Lutz uniósł szkla­neczkę w stronę uśmiech­niętych twa­rzy gości.

W rze­czy­wi­stości nie mógł się do­cze­kać, by wy­szli, bo pod­czas ko­la­cji je­den z nich po­wie­dział coś, co miało ogrom­ne zna­cze­nie dla Izra­ela. Lutz pragnął zo­stać sam, iść do łazien­ki na piętrze domu, wyjąć na­daj­nik ze skryt­ki pod ka­fel­ka­mi i wysłać wia­do­mość do Tel Awi­wu. Mimo to zmu­szał się do uśmie­chu.

– Śmierć Żydom i ich przy­ja­ciołom! – wzniósł to­ast. – Sieg Heil!

• • •

Na­za­jutrz rano Pe­ter Mil­ler obu­dził się tuż przed dzie­wiątą i prze­ciągnął się le­ni­wie pod wielką pu­chową kołdrą, która przy­kry­wała sze­ro­kie łóżko. Czuł ciepło Sigi leżącej obok i od­ru­cho­wo przy­tu­lił się do niej od tyłu, tak że jej poślad­ki do­tknęły jego brzu­cha, co au­to­ma­tycz­nie wywołało u nie­go erekcję.

Sigi, śpiąca za­le­d­wie od czte­rech go­dzin, prychnęła z iry­tacją i od­sunęła się w stronę skra­ju łóżka.

– Prze­stań… – wy­mam­ro­tała przez sen.

Mil­ler wes­tchnął, obrócił się na ple­cy i uniósł ze­ga­rek, spoglądając w półmro­ku na cy­fer­blat. Wstał z łóżka, włożył szla­frok i po­szedł roz­sunąć zasłony. Pokój zalało sza­re li­sto­pa­do­we światło. Zmrużył oczy i po­pa­trzył w dół na Ste­in­damm. Był so­bot­ni ra­nek i pa­no­wał nie­wiel­ki ruch. Mil­ler ziewnął i po­szedł do kuch­ni, by za­pa­rzyć pierwszą z nie­zli­czo­nych filiżanek kawy wy­pi­ja­nych każdego dnia. Mat­ka i Sigi robiły mu wymówki, że żyje pra­wie wyłącznie kawą i pa­pie­ro­sa­mi.

Pijąc kawę i paląc pierw­sze­go po­ran­ne­go pa­pie­ro­sa, Mil­ler za­sta­na­wiał się, czy tego dnia po­wi­nien zro­bić coś spe­cjal­ne­go. Do­szedł do wnio­sku, że nie. Naj­bliższe wy­da­nia ty­go­dników będą poświęcone pre­zy­den­to­wi Ken­ne­dy’emu, praw­do­po­dob­nie na­wet przez mie­siąc. Nie zaj­mo­wał się obec­nie żad­nym kon­kret­nym te­ma­tem. W so­botę i w nie­dzielę trud­no jest skon­tak­to­wać się z kimś w biu­rze, a urzędni­cy nie lubią, gdy na­ga­bu­je się ich w domu. Mil­ler skończył nie­daw­no serię uda­nych ar­ty­kułów na te­mat au­striac­kich, pa­ry­skich i włoskich gang­sterów, którzy roz­poczęli działalność na Re­eper­bahn, ośmiu­set­me­tro­wej uli­cy w Ham­bur­gu, gdzie ist­niały dzie­siątki noc­nych klubów i bur­de­li, lecz nie do­stał jesz­cze za nie ho­no­ra­rium. Za­sta­na­wiał się, czy nie zażądać prze­le­wu od re­dak­cji, której sprze­dał ar­ty­kuły, lecz uznał, że nie ma to sen­su. I tak zapłacą, a na ra­zie nie bra­ko­wało mu pie­niędzy. Z wyciągu ban­ko­we­go, który otrzy­mał trzy dni wcześniej, wy­ni­kało, że ma na kon­cie przeszło pięć tysięcy ma­rek, co po­win­no wy­star­czyć na pe­wien czas.

– Twój pro­blem po­le­ga na tym, że je­steś le­ni­wy – rzekł do swo­je­go od­bi­cia w jed­nym z ron­dli ide­al­nie wy­pu­co­wa­nych przez Sigi, zmy­wając filiżankę.

Dzie­sięć lat wcześniej, gdy kończył służbę woj­skową, cy­wil­ny urzędnik do spraw za­trud­nie­nia spy­tał go, kim chciałby zo­stać.

– Bo­ga­tym próżnia­kiem – od­po­wie­dział. I cho­ciaż tego nie osiągnął, a było to mało praw­do­po­dob­ne, te­raz, w wie­ku dwu­dzie­stu dzie­więciu lat, w dal­szym ciągu uważał to za rozsądne pra­gnie­nie.

Zaniósł do łazien­ki ra­dio tran­zy­sto­ro­we, za­mknął za sobą drzwi, by Sigi się nie obu­dziła, i wysłuchał wia­do­mości, goląc się i biorąc prysz­nic. Głównym te­ma­tem było aresz­to­wa­nie mężczy­zny po­dej­rza­ne­go o zabójstwo Ken­ne­dy’ego. Jak ocze­ki­wał, au­dy­cja do­ty­czyła wyłącznie za­ma­chu na pre­zy­den­ta.

Wy­tarłszy się, wrócił do kuch­ni i znów za­pa­rzył kawę, tym ra­zem dwie filiżanki. Zaniósł je do sy­pial­ni, po­sta­wił na noc­nym sto­li­ku, zdjął szla­frok, wszedł pod kołdrę i położył się koło Sigi, której pu­szy­ste ja­sne włosy leżały roz­rzu­co­ne na po­dusz­ce.

Miała dwa­dzieścia dwa lata i w szko­le była mi­strzy­nią w gim­na­sty­ce. Mówiła, że mogłaby zro­bić ka­rierę olim­pijską, gdy­by nie wiel­ki biust, który nie mieścił się w żad­nym ko­stiu­mie. Po ukończe­niu na­uki zna­lazła pracę jako na­uczy­ciel­ka wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go w szko­le dla dziewcząt. Po roku zo­stała strip­ti­zerką w Ham­bur­gu z pro­ste­go i oczy­wi­ste­go po­wo­du – za­ra­biała pięć razy więcej niż na­uczy­ciel­ka.

Cho­ciaż roz­bie­rała się do naga w noc­nym klu­bie, była bar­dzo za­wsty­dzo­na sprośnymi uwa­ga­mi na te­mat swo­je­go ciała, jeśli wi­działa osobę, która je wy­po­wia­da.

– Cho­dzi o to, że na es­tra­dzie ni­cze­go nie widzę z po­wo­du świa­teł, więc się nie wstydzę – wyjaśniła kie­dyś z wielką po­wagą roz­ba­wio­ne­mu Mil­le­ro­wi. – Gdy­bym wi­działa gości, chy­ba uciekłabym ze sce­ny.

Kie­dy już się ubrała, nie miała oporów przed sia­da­niem przy sto­li­ku, by cze­kać, aż je­den z klientów po­sta­wi jej drin­ka. Można było za­ma­wiać tyl­ko szam­pa­na, pół bu­tel­ki lub, jesz­cze le­piej, całą bu­telkę. Sigi do­sta­wała piętnaście pro­cent od każdego zamówie­nia. Cho­ciaż pra­wie wszy­scy klien­ci, którzy sta­wia­li jej szam­pa­na, mie­li na­dzieję na znacz­nie więcej niż go­dzin­ne ga­pie­nie się na jej ob­fi­ty biust, nig­dy nie uda­wało im się zaciągnąć jej do łóżka. Była miłą, wy­ro­zu­miałą dziew­czyną, toteż przyj­mo­wała lu­bieżne pro­po­zy­cje klientów z łagod­nym żalem, a nie, jak inne dziew­czyny z noc­ne­go klu­bu, z po­gar­dliwą od­razą ukrytą pod olśnie­wającymi uśmie­cha­mi.

– Bied­ni mali lu­dzie – rzekła kie­dyś do Mil­le­ra. – Nie mają do kogo wra­cać do domu. Po­win­na tam na nich cze­kać jakaś miła ko­bie­ta.

– Bied­ni mali lu­dzie?! – za­pro­te­sto­wał Mil­ler. – To obleśni star­cy z kie­sze­nia­mi pełnymi pie­niędzy.

– Cóż, nie by­li­by tacy, gdy­by ktoś o nich dbał – od­po­wie­działa Sigi, prze­ko­na­na, że jej ko­bie­ca lo­gi­ka jest nie do oba­le­nia.

Mil­ler przy­pad­kiem wi­dział jej występ w ba­rze Ma­da­me Ko­kett koło Cafe Ke­ese na Re­eper­bahn, gdy po­szedł tam po­roz­ma­wiać z właści­cie­lem, sta­rym przy­ja­cie­lem i in­for­ma­to­rem. Sigi była wy­so­ka, miała pra­wie sto osiem­dzie­siąt cen­ty­metrów wzro­stu i ob­fi­te kształty, które u niższej dziew­czy­ny mogłyby wy­da­wać się nie­pro­por­cjo­nal­ne. Roz­bie­rała się przy mu­zy­ce, wy­ko­nując ty­po­we zmysłowe ge­sty ze znu­dzo­nym wy­ra­zem twa­rzy cha­rak­te­ry­stycz­nym dla strip­ti­ze­rek. Mil­ler wi­dy­wał już po­dob­ne występy i po­pi­jał drin­ka, nie oka­zując za­in­te­re­so­wa­nia.

Ale kie­dy zdjęła sta­nik, wy­trzesz­czył oczy, a jego ręka, unosząca szkla­neczkę do ust, znie­ru­cho­miała. Właści­ciel lo­ka­lu po­pa­trzył na nie­go z sar­do­nicz­nym uśmie­chem.

– Nieźle zbu­do­wa­na, co? – ode­zwał się.

Mil­ler mu­siał przy­znać, że w porówna­niu z nią dziew­czy­ny z „Play­boya” wyglądają na ciężko nie­dożywio­ne. Miała ogrom­ne pier­si, lecz były one tak jędrne, że w ogóle nie opa­dały.

Pod ko­niec występu, gdy roz­legły się bra­wa, z twa­rzy dziew­czy­ny zniknął znu­dzo­ny wy­raz ty­po­wy dla za­wo­do­wych strip­ti­ze­rek. Nieśmiało ukłoniła się pu­blicz­ności i uśmiechnęła się – przy­wo­dziła na myśl młode­go psa, który uczy się do­pie­ro apor­to­wać pta­ki i któremu ta sztu­ka po raz pierw­szy się udała, choć nikt na to nie li­czył. Mil­le­ro­wi spodo­bał się właśnie jej uśmiech, a nie ta­niec lub fi­gu­ra. Spy­tał, czy mógłby po­sta­wić jej drin­ka, i posłano po nią.

Po­nie­waż Mil­ler sie­dział w to­wa­rzy­stwie właści­cie­la klu­bu, Sigi nie chciała pić szam­pa­na i po­pro­siła o gin z wodą so­dową. Ku swo­je­mu zdzi­wie­niu Mil­ler od­krył, że jest bar­dzo miła, i spy­tał, czy mógłby ją od­wieźć do domu po zakończe­niu występów. Po chwi­li wa­ha­nia zgo­dziła się. Mil­ler roz­gry­wał sprawę na zim­no i tej nocy nie próbował jej po­de­rwać. Była wcze­sna wio­sna, więc Sigi wyszła z ka­ba­re­tu ubra­na w skrom­ny wełnia­ny płaszcz, a Mil­ler do­szedł do wnio­sku, że ce­lo­wo nie chce zwra­cać na sie­bie uwa­gi.

Po trzech mie­siącach po­szedł z nią do łóżka, a później za­su­ge­ro­wał, by się wpro­wa­dziła. Sigi była osobą pro­sto­li­nijną i szyb­ko doszła do wnio­sku, że chce wyjść za Pe­te­ra Mil­le­ra. Je­dy­ny pro­blem po­le­gał na tym, jak to osiągnąć – czy śpiąc z nim, czy nie śpiąc. Za­uważyła, że Mil­ler łatwo po­tra­fi zdo­by­wać part­ner­ki, jeśli ma na to ochotę, toteż po­sta­no­wiła się wpro­wa­dzić i uczy­nić jego życie tak kom­for­to­wym, że ze­chce ją poślubić. Pod ko­niec li­sto­pa­da miesz­ka­li ze sobą już od sześciu mie­sięcy.

Mil­ler nie zwra­cał szczególnej uwa­gi na porządek w domu, lecz na­wet on mu­siał przy­znać, że Sigi jest świetną go­spo­dy­nią. Była także zna­ko­mitą ko­chanką; po­tra­fiła cie­szyć się sek­sem. Nig­dy nie wspo­mi­nała bez­pośred­nio o małżeństwie, lecz usiłowała to dys­kret­nie za­su­ge­ro­wać. Mil­ler uda­wał, że tego nie za­uważa. Kie­dy spa­ce­ro­wa­li ra­zem nad je­zio­rem Al­ster, za­trzy­my­wała się cza­sem koło ja­kie­goś brzdąca bawiącego się z ro­dzi­ca­mi.

– Och, Pe­ter, czy ten mały nie jest cu­dow­ny?!

– Tak, cu­dow­ny – od­po­wia­dał półgębkiem Mil­ler. Później bo­czyła się na nie­go przez go­dzinę, że nie zro­zu­miał alu­zji. Mimo to byli ra­zem szczęśliwi, zwłasz­cza Mil­ler, który ko­rzy­stał ze wszyst­kich wygód małżeństwa i mógł re­gu­lar­nie upra­wiać seks z Sigi, a jed­no­cześnie nie był ni­czym związany. Taki układ ide­al­nie mu pa­so­wał.

Wypił połowę filiżanki kawy, wśli­zgnął się do łóżka, objął Sigi od tyłu i zaczął de­li­kat­nie do­ty­kać jej pod­brzu­sza. Wie­dział, że ją to obu­dzi. Po kil­ku mi­nu­tach za­mru­czała z za­do­wo­le­niem i przewróciła się na ple­cy. Po­chy­lił się nad nią, nie prze­stając jej do­ty­kać, i zaczął całować jej pier­si. Po chwi­li, wciąż ro­ze­spa­na, wydała z sie­bie kil­ka długich po­mruków, po czym do­tknęła dłońmi pleców i pośladków Mil­le­ra. Dzie­sięć mi­nut później zaczęli upra­wiać seks, jęcząc i dy­gocąc z roz­ko­szy.

– Ale mi urządziłeś po­budkę! – rzu­ciła później z wy­rzu­tem.

– Są gor­sze spo­so­by… – od­parł Mil­ler.

– Która go­dzi­na?

– Do­cho­dzi dwu­na­sta – skłamał, zdając so­bie sprawę, że byłaby wściekła, gdy­by się do­wie­działa, że jest do­pie­ro wpół do je­de­na­stej i że spała za­le­d­wie pięć go­dzin. – Jak chcesz, możesz jesz­cze spać.

– Mmm. Dzięki, ko­cha­nie. Je­steś dla mnie taki do­bry – od­po­wie­działa i znów zasnęła.

Mil­ler wypił resztę swo­jej kawy, a także kawę Sigi, i po­szedł w stronę łazien­ki, gdy na­gle za­dzwo­nił te­le­fon.

– Pe­ter?

– Tak. Kto mówi?

– Karl.

Mil­ler nie po­znał dzwo­niącego.

– Karl?

– Karl Brandt – od­po­wie­dział znie­cier­pli­wio­ny głos.

– Co się dzie­je? Jesz­cze śpisz? Mil­ler oprzy­tom­niał.

– Ach, to ty, Karl. Prze­pra­szam, przed chwilą się obu­dziłem. Co się stało?

– Posłuchaj, cho­dzi o tego zmarłego Żyda. Chciałbym z tobą po­roz­ma­wiać.

Mil­ler był za­sko­czo­ny.

– Ja­kie­go zmarłego Żyda?

– Wczo­raj wie­czo­rem otruł się ga­zem w Al­to­nie. Nie pamiętasz?

– Oczy­wiście, że pamiętam – od­rzekł Mil­ler. – Nie wie­działem, że to Żyd. O co cho­dzi?

– Chciałbym z tobą po­roz­ma­wiać – od­po­wie­dział in­spek­tor po­li­cji. – Ale nie przez te­le­fon. Możemy się spo­tkać?

Dzien­ni­kar­ski umysł Mil­le­ra na­tych­miast zaczął pra­co­wać. Jeśli ktoś ma coś do po­wie­dze­nia, lecz nie chce roz­ma­wiać przez te­le­fon, musi uważać sprawę za ważną. Brandt, in­spek­tor po­li­cji, na pew­no nie byłby taki ostrożny, gdy­by cho­dziło o zwykłe głupstwo.

– Na­tu­ral­nie – rzekł do słuchaw­ki. – Mo­gli­byśmy zjeść ra­zem lunch?

– Zgo­da – od­parł Brandt.

– Do­brze. Sko­ro uważasz, że to coś cie­ka­we­go, chętnie ci go po­sta­wię. – Mil­ler wy­mie­nił nazwę małej re­stau­ra­cji na Gan­splatz, umówił się z Brand­tem na pierwszą i odłożył słuchawkę. Był za­in­try­go­wa­ny, bo nie wy­obrażał so­bie, co może być cie­ka­we­go w sa­mobójstwie sta­re­go człowie­ka w slum­sach Al­to­ny, Żyda czy Niem­ca.

W trak­cie posiłku młody in­spek­tor uni­kał te­ma­tu, który stał się przy­czyną spo­tka­nia, ale gdy po­da­no kawę, prze­szedł do rze­czy.

– Ten sta­ry człowiek…

– Tak, co z nim?

– Na pew­no słyszałeś, co naziści ro­bi­li z Żyda­mi pod­czas woj­ny, a na­wet wcześniej?

– Oczy­wiście. Uczo­no nas o tym w szko­le, praw­da? Mil­ler był za­in­try­go­wa­ny i zakłopo­ta­ny. Kie­dy miał dzie­sięć lub je­de­naście lat, do­wie­dział się od na­uczy­cie­li, po­dob­nie jak większość młodych Niemców, że jego kraj po­no­si winę za strasz­li­we zbrod­nie wo­jen­ne. W owym cza­sie nie miał pojęcia, o czym mowa, ale przyjął to do wia­do­mości. W później­szym okre­sie trud­no było się do­wie­dzieć, o czym właści­wie mówio­no w szko­le. Nie było ni­ko­go, kogo można by za­py­tać; nikt nie chciał o tym roz­ma­wiać, ani na­uczy­cie­le, ani ro­dzi­ce. Do­pie­ro jako młody mężczy­zna zaczął trochę czy­tać na ten te­mat; to, cze­go się do­wie­dział, wzbu­dziło w nim obrzy­dze­nie, ale uważał, że go to nie do­ty­czy – zda­rzyło się to w in­nej epo­ce, w in­nym miej­scu, da­le­ko od Nie­miec. Ani on sam, ani jego oj­ciec, ani mat­ka w tym nie uczest­ni­czy­li. Uważał, że nie ma to nic wspólne­go z Pe­te­rem Mil­lerem, więc nie in­te­re­so­wały go na­zwi­ska, daty, szczegóły. Za­sta­na­wiał się, dlacze­go Brandt po­ru­sza ten te­mat.

Po­li­cjant za­mie­szał kawę zażeno­wa­ny. Nie wie­dział, co mówić.

– Ten sta­ru­szek, który popełnił sa­mobójstwo wczo­raj wie­czo­rem, to nie­miec­ki Żyd – rzekł w końcu. – Był w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym.

Mil­ler przy­po­mniał so­bie twarz mar­twe­go człowie­ka na no­szach wi­dzianą po­przed­nie­go wie­czo­ru. Czy tak umie­rają ofia­ry obozów? Non­sens. Osiem­naście lat wcześniej uwol­ni­li go alian­ci, a po­tem mógł umrzeć ze sta­rości. Mimo to nie mógł za­po­mnieć jego twa­rzy. Nig­dy wcześniej nie wi­dział więźnia obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go, przy­najm­niej świa­do­mie. Nig­dy też nie spo­tkał żad­ne­go zbrod­nia­rza wo­jen­ne­go z SS, nie miał co do tego wątpli­wości. Na pew­no roz­po­znałby kogoś ta­kie­go. Różniłby się od nor­mal­nych lu­dzi.

Przy­po­mniał so­bie re­la­cje pra­so­we na te­mat pro­ce­su Eich­man­na, który odbył się dwa lata wcześniej w Je­ro­zo­li­mie. Ga­ze­ty pisały o nim przez wie­le ty­go­dni. Pamiętał twarz człowie­ka w szkla­nej klat­ce i swo­je wrażenie – Eich­mann wyglądał prze­ciętnie, przygnębiająco zwy­czaj­nie. Czy­tając spra­woz­da­nia z pro­ce­su, po raz pierw­szy zaczął ro­zu­mieć, co robiła SS i dla­cze­go wie­lu zbrod­nia­rzy uniknęło kary. Ale zbrod­nie te popełnio­no w Pol­sce, Ro­sji, na Węgrzech, w Cze­chosłowa­cji, da­le­ko i daw­no temu. Nie bu­dziły w Mil­le­rze oso­bi­stych emo­cji.

– I co z tego, że był w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym? – spy­tał in­spek­to­ra.

W od­po­wie­dzi Brandt wyjął z tecz­ki paczkę za­wi­niętą w brązowy pa­pier i położył ją na sto­li­ku.

– Zo­sta­wił pamiętnik. Tak na­prawdę nie był wca­le sta­ry. Miał pięćdzie­siąt sześć lat. Wygląda na to, że robił no­tat­ki, cho­wał je w onu­cach, a po woj­nie na­pi­sał na ich pod­sta­wie pamiętnik.

Mil­ler po­pa­trzył na paczkę bez większe­go za­in­te­re­so­wa­nia.

– Gdzie to zna­lazłeś?

– Pamiętnik leżał koło zwłok. Wziąłem go, za­brałem do domu i prze­czy­tałem wczo­raj wie­czo­rem.

Mil­ler po­pa­trzył py­tająco na daw­ne­go ko­legę ze szkoły.

– Ja­kieś nie­przy­jem­ne spra­wy?

– Kosz­mar­ne. Nie miałem pojęcia, że ci lu­dzie przeżyli taki kosz­mar.

– Dla­cze­go przy­niosłeś mi ten pamiętnik? Brandt miał zakłopo­taną minę. Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Myślałem, że może na­pi­szesz na jego pod­sta­wie ar­ty­kuł.

– Kto jest te­raz właści­cie­lem pamiętni­ka?

– Zgod­nie z pra­wem po­win­ni go otrzy­mać spad­ko­bier­cy Tau­be­ra. Ale nig­dy ich nie znaj­dzie­my. Więc chy­ba należy do po­li­cji. Tra­fiłby do ar­chi­wum i nikt nig­dy by do nie­go nie zaj­rzał. Możesz go za­trzy­mać, jeśli chcesz. Tyl­ko ni­ko­mu nie mów, że ci go dałem. Nie chcę mieć kłopotów w pra­cy.

Mil­ler zapłacił ra­chu­nek i dwaj mężczyźni wy­szli z re­stau­ra­cji.

– W porządku, prze­czy­tam, ale nie obie­cuję, że mnie to za­cie­ka­wi. Może to tyl­ko ma­te­riał na ar­ty­kuł do cza­so­pi­sma hi­sto­rycz­ne­go?

Brandt uśmiechnął się lek­ko i spoj­rzał na Mil­le­ra.

– Je­steś cy­nicz­nym dra­niem – rzekł.

– Nie – od­parł Mil­ler. – Po­dob­nie jak większość lu­dzi in­te­re­suję się teraźniej­szością. A ty? Po dzie­sięciu la­tach służby w po­li­cji po­wi­nie­neś pa­no­wać nad emo­cja­mi. Ten pamiętnik zro­bił na to­bie wrażenie, praw­da?

Brandt po­pa­trzył na paczkę pod pachą Mil­le­ra i skinął po­wo­li głową.

– Tak, zro­bił – od­po­wie­dział poważnym to­nem. – Nie przy­pusz­czałem, że to był taki kosz­mar. Na­wia­sem mówiąc, to nie tyl­ko hi­sto­ria. Ostat­ni akt ro­ze­grał się wczo­raj wie­czo­rem w Ham­bur­gu. Do wi­dze­nia, Pe­ter.

In­spek­tor odwrócił się i od­szedł, nie zdając so­bie spra­wy, jak bar­dzo się mylił.

2

Pe­ter Mil­ler za­brał brązową paczkę do domu. Do­tarł tam tuż po trze­ciej, rzu­cił pa­ku­nek na stół w ba­wial­ni i przed przystąpie­niem do lek­tu­ry po­szedł za­pa­rzyć duży dzba­nek kawy.

Usiadł z filiżanką w ulu­bio­nym fo­te­lu, za­pa­lił pa­pie­ro­sa i otwo­rzył paczkę. Pamiętnik miał formę sko­ro­szy­tu w tek­tu­ro­wych okład­kach po­kry­tych czar­nym pla­sti­kiem; koło grzbie­tu znaj­do­wał się me­ta­lo­wy zszy­wacz po­zwa­lający wyj­mo­wać po­szczególne ar­ku­sze lub do­da­wać nowe, gdy­by oka­zało się to po­trzeb­ne.

Pamiętnik składał się ze stu pięćdzie­sięciu stron ma­szy­no­pi­su, naj­wy­raźniej wy­stu­ka­nych na sta­rej ma­szy­nie, gdyż niektóre li­te­ry znaj­do­wały się po­nad wier­sza­mi, inne poniżej, a jesz­cze inne były znie­kształcone lub nie­wy­raźne. Wy­da­wało się, że większość stro­nic na­pi­sa­no wie­le lat wcześniej lub pi­sa­no w ciągu dłuższe­go cza­su – cho­ciaż schlud­ne i czy­ste, miały cha­rak­te­ry­stycz­ny żółtawy od­cień świadczący o sta­rości. Jed­nak na początku i na końcu do­da­no kil­ka no­wych ar­ku­szy, naj­wy­raźniej na­pi­sa­nych za­le­d­wie kil­ka dni wcześniej. Wyglądały na coś w ro­dza­ju wstępu i epi­lo­gu. Umiesz­czo­ne na nich daty wska­zy­wały, że po­wstały dwu­dzie­ste­go pierwsze­go li­sto­pa­da, czy­li dwa dni wcześniej. Mil­ler do­szedł do wnio­sku, że zmarły wy­stu­kał te stro­ny na ma­szy­nie, gdy podjął de­cyzję o popełnie­niu sa­mobójstwa.

Zerknąwszy na kil­ka początko­wych aka­pitów, Mil­ler zdzi­wił się, po­nie­waż pamiętnik na­pi­sa­no czy­stym, po­praw­nym sty­li­stycz­nie nie­miec­kim, świadczącym o tym, że au­tor był osobą wy­kształconą i kul­tu­ralną. Na okładce przy­kle­jo­no kwa­drat białego pa­pie­ru osłonięty kawałkiem ce­lo­fa­nu, który miał go chro­nić przed za­bru­dze­niem. Na pa­pie­rze wid­niał tytuł na­pi­sa­ny atra­men­tem dużymi dru­ko­wa­ny­mi li­te­ra­mi: PAMIĘTNIK SA­LO­MO­NA TAU­BE­RA. Mil­ler usiadł wy­god­nie w fo­te­lu, otwo­rzył sko­ro­szyt na pierw­szej stro­nie i zaczął czy­tać.

PAMIĘTNIK SA­LO­MO­NA TAU­BE­RA

WSTĘP

Na­zy­wam się Sa­lo­mon Tau­ber, je­stem Żydem i wkrótce umrę. Po­sta­no­wiłem zakończyć swo­je życie, bo nie ma ono żad­nej war­tości, nie zo­stało mi już nic do zro­bie­nia. Nie zre­ali­zo­wałem ni­cze­go, co chciałem osiągnąć; wszyst­kie moje wysiłki poszłyna mar­ne. Zło, którego byłem świad­kiem, prze­trwało i za­trium­fo­wało, a do­bro odeszło, wy­szy­dzo­ne i znie­ważone. Wszy­scy moi przy­ja­cie­le, ofia­ry prześla­do­wań, nie żyją, a ota­czają mnie tyl­ko prześla­dow­cy. W dzień widzę na uli­cach ich twa­rze, a w no­cy­widzę twarz mo­jej żony­Esther, która umarła daw­no temu. Przeżyłem, po­nie­waż była jed­na, ostat­nia rzecz, którą chciałem zro­bić – jed­na, ostat­nia rzecz,którą chciałem­zo­ba­czyć,a te­raz wiem,że to nig­dy nie nastąpi.

Nie czuję nie­na­wiści ani żalu do na­ro­du nie­miec­kie­go. Niem­cy­to do­bry­naród. Na­ro­dy­nie są złe; złe są tyl­ko jed­nost­ki. An­giel­ski fi­lo­zof Bur­ke miał rację, gdy­na­pi­sał: Mie­wiem, jak­przy­go­to­wać akt oskarżenia prze­ciw­ko całemu­na­ro­do­wi. Wina zbio­ro­wa nie ist­nie­je. Bi­blia opi­su­je, jak Bógch­ciał znisz­czyć So­domę i Go­morę za występki ich­miesz­kańców, ale żył tam je­den spra­wie­dli­wy i zo­stał oszczędzo­ny. Wina jest sprawą in­dy­wi­du­alną, po­dob­nie jak zba­wie­nie.

Kie­dy przeżyłem get­to w Ry­dze i obóz kon­cen­tra­cyj­ny w Stut­tho­fie, a po­tem marsz śmier­ci do Mag­de­bur­ga, gdy w kwiet­niu 1945 roku bry­tyj­scyżołnie­rze wy­zwo­li­li moje ciało, choć du­sza po­zo­stała w kaj­da­nach, nie­na­wi­dziłem świa­ta. Nie­na­wi­dziłem lu­dzi, drzew i ka­mie­ni; czułemsię ofiarą spi­sku, który­spra­wił, że cier­piałem. Przede wszyst­kim zaś nie­na­wi­dziłem Niemców. Pytałem, tak jak wie­le razy w ciągu po­przed­nich czte­rech lat, dla­cze­go Bóg nie wytępił ich do ostat­nie­go człowie­ka, łącznie z ko­bie­ta­mi i dziećmi, dla­cze­go nie starł ich miast i domów z po­wierzch­ni zie­mi. Nie­na­wi­dziłem Go za to, że tego nie zro­bił; wołałem, że opuścił mnie i mój naród, skłoniw­szy wcześniej Żydów do uwie­rze­nia, że są na­ro­dem­wy­bra­nym; mówiłem na­wet, że Boga nie ma.


Kiedy przyjechały ciężarówki, by wywieźć Żydów, nikt nic nie zrobił. Wszyscy siedzieli w  domach, milczeli. Zaczęli nawet wierzyć w  nazistowską propagandę. Właśnie tacy są ludzie, zwłaszcza w  Niemczech. Jesteśmy bardzo karnym narodem.