Akadamia Mrocznych Zaklęć. Dom cienia - K.F. Breene, Shannon Mayer - ebook

Akadamia Mrocznych Zaklęć. Dom cienia ebook

Breene K.F., Shannon Mayer

4,3

Opis

Gdy Akademia rzuca rękawicę, podejmij wyzwanie!

Przyjęcie do elitarnej szkoły magii, potworów i zabójców nie było moim pomysłem na zdobycie wyższego wykształcenia, wiecie? Ale oto jestem, biorę udział w Próbach śmieci, żeby móc uzyskać prawo do zdobycia tajemnej wiedzy. I jakby problemów było za mało, inni uczestnicy zaczynają nagle znikać. Ludzie, którzy są moimi przyjaciółmi.

Nauczyciele uważają, że powinniśmy po prostu uważać na siebie, że powinniśmy zostawić poległych i nie zadawać pytań. Najwyraźniej myślą, że jesteśmy głupi! Dowiem się, co knują! W niebezpiecznym świecie, w którym nikt nie jest taki, jakim się wydaje, złota zasada jest prosta: nie ufaj nikomu. Dotarłam tak daleko, ufając swojemu instynktowi, i nie zamierzam się teraz wycofywać. Te dzieciaki nie zostaną pozostawione na śmierć… Nie na mojej warcie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 230

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (51 ocen)
28
14
7
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
iCate0

Całkiem niezła

Niby się dzieje dużo, ale jakby trochę o niczym? Nie wiem, chyba to nie jest po prostu moja seria :). Plus nie znoszę tego typu urwanych w połowie akcji zakończeń. W ogóle ta seria sprawa wrażenie, jakby została napisana jako jedna książka i podzielona randomowo na trzy tomy :/.
10
anetag51

Dobrze spędzony czas

👍
00
Darex977

Dobrze spędzony czas

Niezła
00

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Shadowspell Academy: The Culling Trials Book #2

 

Copyright © 2019 by K.F. Breene & Shannon Mayer

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Damian Pawłowski, Oliwia Żyłka

 

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Magdalena Owczarzak, Damian Pawłowski, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Martyna Wilner

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66657-48-9

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorek. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

Stałam pod prysznicem, zupełnie naga, w małym, gównianym domku zrobionym z kontenera. Było już trochę po północy i ostatnie, czego teraz pragnęłam, to tłumaczyć koledze z drużyny, dlaczego nie jestem chłopakiem. Generalnie bycie tutaj, na Próbach śmierci, znajdowało się raczej nisko na liście rzeczy, które chciałabym robić, teraz czy kiedykolwiek indziej.

Chwyciłam ręcznik i owinęłam nim tułów, zbyt późno reflektując się, że chłopaki nie zasłaniają swoich piersi, ale co niby miałam innego zrobić? Zostawić cycki na wierzchu? Nie było takiej opcji. Poza tym może kwestia ręcznika i tak już nie miała znaczenia – mleko się rozlało.

– Cholera – mruknęłam, chwytając jeszcze jeden ręcznik, po czym owinęłam się nim w ramionach, tworząc jeszcze dziwniejszą aranżację.

– Właśnie widziałem cycki – wyszeptał Pete. Miał czerwoną twarz i wielkie oczy. – Skąd ci się wzięły cycki?

Nagle rozległ się jeszcze jeden głos:

– Lepiej uważaj, komu mówisz… – Wzdrygnęłam się, słysząc co prawda znajomy, lecz zupełnie niespodziewany głos, a Pete wrzasnął.

W kącie pomieszczenia stał Orin i patrzył naPete’a z beznamiętną miną, przeszywając go wzrokiem.

– Jak długo tam stoisz? – rzuciłam, wciągając gwałtownie powietrze i naciągając ręczniki, po czym schowałam się do jednej z kabin.

– Stałem na straży – powiedział Orin, a ja zamknęłam drzwi na zasuwkę.

– Ale czego pilnowałeś? Drzwi czy mojego tyłka? Bo to pierwsze ni cholery ci nie wyszło.

– Twoja szyja odwróciła moją uwagę. Masz silne serce. Twoja krew pulsuje w bardzo przyjemnym rytmie…

– Czy ja widziałem cycki? – mamrotał Pete, najwyraźniej do siebie. – To niemożliwe. To tylko sen. Pewnie lunatykuję. Ale co to za sen, ja cię kręcę!

– Zamknij te przeklęte drzwi, Orin – wycedziłam. – Lepiej, żeby reszta nie słyszała tej rozmowy.

Drzwi zatrzasnęły się z cichym stuknięciem, a ja pośpiesznie zaczęłam się ubierać, najpierw wciągając stanik sportowy, a potem koszulkę i bokserki. Materiał przyklejał się do mokrej skóry, gdy się z nim mocowałam, jednocześnie słuchając majaczenia Pete’a:

– Były idealne. Krągłe i sterczące, z różowymi sutkami. Coś tu jest nie tak. Prawda? Wild jest chłopakiem. A chłopaki nie mają…

Otworzyłam drzwi i wyszłam z kabiny, po czym złapałam Pete’a za koszulkę i przygwoździłam go do ściany. Nachyliłam się nad nim i popatrzyłam na niego spod zmrużonych powiek.

– Nie widziałeś żadnych cycków, jasne?

Przyglądał mi się wielkimi oczami, jednak to nie moja niezbyt subtelna groźba zrobiła na nim takie wrażenie. Wciąż nie uwolnił się spod czaru kobiecej anatomii, która zaatakowała go, gdy poszedł się wysikać.

– Ogarnij się, człowieku. – Spoliczkowałam go wystarczająco mocno. – One służą do karmienia dzieci, na miłość boską. Posiada je co drugi dorosły.

Zamrugał powoli, po czym ściągnął brwi i zmarszczył nos.

– Ty masz cycki?

– No, geniuszem to on nie jest – stwierdził Orin, przewracając oczami.

Oplotłam palcami szyję Pete’a.

– Nie mam żadnych cycków, jasne? Jestem chłopakiem i wbij to sobie do głowy. Mam fiuta i płaską klatkę piersiową. Czaisz?

Na twarzy Pete’a pojawiło się zrozumienie, jego usta wyciągnęły się w głupim uśmiechu.

– Widziałem twoje cy…

Zacisnęłam mocniej palce na jego szyi, żeby wreszcie pojął. Nie chciałam go skrzywdzić. Lubiłam tego chłopaka.

– To naprawdę zaskakujące, że u człowieczych samców toleruje się tego typu zachowania – skwitował Orin.

– Nie wszyscy tacy są – powiedziałam, przypominając sobie, jak Rory, ten kłamliwy sukinsyn, przez przypadek zobaczył mnie kiedyś nago. Wszedł do łazienki, gdy brałam prysznic, myśląc, że to Tommy. Gdy niczego nie podejrzewając, pokazałam mu się goła, on zwyczajnie przeprosił, odwrócił się do mnie plecami i zapytał, czy potrzebuję czegoś ze sklepu. Nigdy więcej nawet słowem nie wspomniał o tej sytuacji, chociaż mogła stać się tematem okrutnych żartów ze strony jego i Tommy’ego.

Pete powinien dorosnąć.

Zamierzałam mu w tym pomóc.

– Jeśli piśniesz o tym choćby słówko, zabiję cię – powiedziałam ostro, niskim głosem. – Poderżnę ci gardło, gdy będziesz spał, a potem pozwolę ci się wykrwawić w tym przytulnym łóżeczku. Widziałeś mnie przy ostatnim wyzwaniu, więc wiesz, że nie blefuję. Mogłabym to zrobić.

Totalnie blefowałam. Ale Pete tego nie wiedział.

Zbladł, jego oddech przyśpieszył. Z przekonaniem pokiwał głową, gdy strach wreszcie przebił barierę dezorientacji i rozbawienia.

– Udaję chłopaka, żeby uratować brata – ciągnęłam. – Przyjechałam tutaj zamiast niego. Billy nie ma nawet szesnastu lat, nie zdołałby dotrzeć tak daleko. Szkodząc mi, szkodzisz mojej rodzinie, czy to jasne? A ja w obronie swojej rodziny jestem gotowa zabić.

Dziwnie ścisnęło mnie w żołądku. Nagle poczułam pewność. Przekonanie, że postępuję właściwie. Ta pierwotna część mnie nie blefowała. Zrobiłabym wszystko, żeby chronić rodzinę, a w tym miejscu mogłam zdobyć narzędzia, które mi to umożliwią. Było to dla mnie tak pewne, jak to, że jutro wstanie słońce. A żeby trzymać Billy’ego i może także Sam z dala od tego miejsca, wykorzystam te narzędzia do ataku, jeśli zajdzie taka potrzeba.

– Przecież nie sprowadzają aż tak młodych ludzi – powiedział z trudem Pete przez ściśnięte gardło. – To wbrew zasadom.

– Dzieciak nie potrafi skupić się na tym, że groziłaś mu śmiercią – odezwał się Orin. – Fascynujące. Chyba że po prostu tak bardzo ci ufa.

Puściłam go, zrobiłam krok do tyłu i pokazałam na siebie.

– Wild to chłopak. Jestem chłopakiem.

Pete pocierał obolałą szyję.

– Tak, jasne, nikomu nie powiem. Tylko że… – Zachmurzył się. – Oni nie biorą nawet geniuszy, jeśli nie skończyli siedemnastu lat. W akademii nie chodzi tylko o przedmioty nauczania, trzeba być w odpowiednim wieku, żeby we właściwy sposób panować nad swoją magią, zanim podejdzie się do próby.

Przeczesałam włosy palcami.

– Przyjemniaczek powiedział, że to załatwił.

– Kto? – zapytali jednocześnie.

– Sandman. Bokobrody. Mój osobisty Ponury Żniwiarz. Kiedy mnie tu meldował, powiedział, że załatwił Billy’emu udział. Wtedy było już oczywiste, że wie, kim naprawdę jestem. Zakładam, że nic nikomu nie powiedział, bo wyszedłby na partacza, gdyby pojawił się z niewłaściwym dzieciakiem.

– A dlaczego po prostu nie zwerbował ciebie? – zapytał Orin. – Masz skończone siedemnaście lat, prawda?

– Wspominał coś o moim postanowieniu, żeby nie brać w tym udziału. Ale nie dostałam żadnego listu ani nic.

– Aha. Któreś z twoich rodziców musiało wypełnić formularz – powiedział Pete. – Tylko dlaczego mieliby wykluczyć ciebie, ale już nie twojego brata?

Właśnie myślałam o tym samym, chociaż dręczyła mnie poważniejsza kwestia.

– To nie rodzice wypełnili formularz. – Nie zniosłabym wyjaśniania im tego. Nie chciałam rozmawiać o przedwczesnej śmierci matki ani o tym, że ojciec mógł niechcący przyczynić się do śmierci Tommy’ego.

A skoro już jesteśmy przy Tommym…

– Czy to możliwe, żeby ten formularz wypełnił brat albo siostra? – zapytałam.

Pete pokręcił głową.

– To musiałby być opiekun prawny.

– W takim razie kto mógłby…

– Hej!

Wszyscy aż podskoczyliśmy z wrażenia. W progu łazienki stał Ethan i patrzył na nas groźnie.

– Możecie się wreszcie zamknąć? Zrobiło się późno, a ja jestem zmęczony.

– Wybacz. – Pete trącił mnie łokciem. – Właśnie gadałem sobie z kumplem, wiesz.

Przewróciłam oczami i wyszłam z łazienki, myśląc o tym, co powiedział Bokobrody. Zastanawiało mnie, dlaczego akademia tak agresywnie werbowała Billy’ego, sporo czasu przed jego siedemnastymi urodzinami, skoro ja zostałam jakimś tajemniczym sposobem wykluczona. Coś mi tutaj nie grało. A raczej kolejna już rzecz mi nie grała. Musiałam zrozumieć, dlaczego moja rodzina stała się celem ataków – dlaczego matka próbowała trzymać nas z dala od tego świata.

Był ktoś, kogo mogłam o to zapytać. Rory. Jutro, w dniu odpoczynku, zamierzałam odnaleźć tego żałosnego, dwulicowego, tchórzliwego śmiecia i wydusić z niego informacje.

W taki czy inny sposób.

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

 

W małym, gównianym domku rozległa się syrena alarmowa, odbijając się echem od ścian na niewielkiej przestrzeni. Obudziłam się gwałtownie i usiadłam, a ponieważ spałam na górnym łóżku, rymnęłam głową o sufit. Jęknęłam głośno i przyłożyłam dłoń do czoła.

Zapaliły się światła, jednak nie zrobiło się zbyt jasno, co uświadomiło mi, że dzień jeszcze nie wstał.

– Szybko, szybko, szybko! – krzyczał ktoś do nas.

Coś łupnęło o podłogę. Chwilę później pokój wypełniły drobne błyski, sycząc i skwiercząc. Na zewnątrz ktoś wrzasnął.

– Co się dzieje? – Pete zwalił się na ziemię pode mną, podczas gdy ja rzuciłam się na drabinkę.

Ethan przełożył nogi przez barierkę swojego łóżka i zeskoczył, lądując w przykucu.

– Może dupek z niego, ale za to sprawny dupek – powiedziałam, próbując tego samego i na wpół ześlizgnęłam się, na wpół spadłam na podłogę. To niesamowite, że potrafię przebiec po kłodzie wiszącej nad przepaścią, unikając strzał i włóczni, ale ledwo umiem wstać z łóżka. Z drugiej strony, w moich żyłach nie krążyła adrenalina mimo całego tego hałasu. Ten teatrzyk był zdecydowanie irytujący, jednak niegroźny.

Kolejna seria minieksplozji zagłuszyła okrzyki i wrzaski dobiegające z podwórza – fajerwerki miały za zadanie przestraszyć nas i wykurzyć z domku.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i weszła kobieta z krótkimi platynowymi włosami i wąskimi ustami. Jej ubrania świadczyły o tym, że pojawiła się tutaj w ramach prób.

– Ruszać się! No już, ślimaki!

– Co się dzieje?! – wrzasnął Ethan, przekrzykując ryk syreny.

– Wasza druga próba zaczyna się za pół godziny. Jeśli nie zdążycie dotrzeć do bramy, możecie wracać do domu. Już! – Kobieta wyszła, a my ruszyliśmy jej śladem, nieprzytomni z niewyspania.

– Przecież dzisiaj miał być dzień wolny! – zawołał za nią Ethan, gdy popędziła wąską alejką prowadzącą do pozostałych domków. Ludzie czekali zbici w grupki, drużynami, przecierając oczy i kuląc się w chłodzie wczesnego poranka. Kolejne dzieciaki wychodziły z rezydencji, poruszając się niezgrabnie z powodu szoku, jakim była pobudka bladym świtem.

Pete przeciągnął się i stęknął.

– Ciągle jestem obolały po wczoraj.

– Tak jak my wszyscy. I właśnie dlatego powinniśmy mieć przerwę – psioczył Ethan.

– Ruszajcie do autobusów. – Kobieta podeszła do nas, pokazując, gdzie powinniśmy się kierować. – Ładujcie się.

– Kiedy ostatni raz akademia wprowadzała takie zmiany? Rekruci zawsze mieli dzień wolnego pomiędzy próbami. – Gregory zwrócił się do Pete’a.

Chłopak pokręcił głową.

– Wally by wiedziała. – Wskazał palcem. – Jest tam!

Wally odłączyła się od grupy dziewczyn i podbiegła do nas przez trawnik, machając rękami, jakby utknęła na bezludnej wyspie i dawała znaki obsłudze przelatującego nad nią samolotu.

– Nie powinna opuszczać swojej grupy, tak mi się wydaje – odezwał się cicho Pete.

Ethan przewrócił oczami i popchnął mnie, po czym złapał Pete’a za koszulkę i pociągnął go za sobą.

– Pośpieszcie się. Zdarzało im się zostawiać maruderów bez transportu.

– Nagle tak ci zależy na współpracy? – rzuciłam do niego oschle.

– Ktoś musi się potknąć, gdy będą nas gonić potwory – wypalił. Co zabawne, nawet przez sekundę nie pomyślałam, że żartuje.

Wally zrównała się z nami.

– Tylko trzy razy w historii Magicznych prób zmieniano harmonogram – oznajmiła zdyszana. – To bardzo ekscytujące.

– Dlaczego twoim zdaniem wprowadzają zmiany? – zapytał Gregory. – Może chcą nas szybciej posłać na zajęcia? Ale co im da te kilka dodatkowych dni?

Na parkingu przy rezydencji czekał na nas szereg wynajętych autobusów z otwartymi drzwiami. Przy każdym stał któryś z oficjeli. Nie widziałam ani Przyjemniaczka, ani Rory’ego.

– Który powinniśmy wybrać? – zapytał Pete.

– Chodźcie za mną. – Ethan przepchnął się przez tłum.

Przy czwartym busie od końca opiekująca się nim kobieta uniosła rękę.

– Miejsce tylko dla jednej drużyny. Chodźcie.

– To my. – Ethan zatrzymał gestem grupkę pięciu chłopaków, którzy stali znacznie bliżej pojazdu. – Znajdźcie sobie inny – oznajmił im z wyniosłością, co zabrzmiało groteskowo, ale zadziałało, bo wszyscy skulili się i odmaszerowali. Ethan obejrzał się na nas. – No, dalej.

– Dlaczego akurat ten? – zapytałam, nie dostrzegając różnicy.

Nie odpowiedział. Ominął puste miejsca na początku autobusu i zatrzymał się dopiero pod sam jego koniec. Wybrał na pierwszy rzut oka przypadkowe siedzenia i kiwnął głową na zajmujące je osoby.

– Siedzisz na moim miejscu. Rusz się.

Dwie dziewczyny z błyszczącymi oczami pędem spełniły jego polecenie, trzepocząc rzęsami i obsypując go przymilnymi uśmiechami.

Popatrzyłam na nie spode łba.

– Trochę asertywności, drogie panie.

– Ty też. I ty. – Ethan wskazał kilka innych foteli, które zaraz zostały zwolnione, tym razem przez równie oczarowanych facetów, po czym usiadł na jednym z nich i dał mi znak, żebym zajęła sąsiedni. To niesamowite, w jaki sposób reagowali na niego ludzie, i to obu płci.

– On zawsze ma taki posłuch? – zapytałam Wally. Ofiary Ethana znalazły nowe miejsca i drzwi autobusu się zamknęły.

– To w końcu Helix. – Dziewczyna wzruszyła ramionami i usiadła.

Najwyraźniej to wyjaśniało wszystko.

Wślizgnęłam się obok Ethana, a on wyciągnął z kieszeni kartkę grubszego papieru. Rozejrzał się, po czym rozłożył ją i odczytał tekst. Jego ręka zsunęła się do paska, gdzie z płóciennej pochewki wystawała różdżka.

– Po drugiej stronie masz komórkę, nerdzie? – rzuciłam trochę złośliwie. Nie planowałam wspominać o tym, że jestem biedna. Sama nie miałam ani komórki, ani paska, do którego mogłabym ją przypiąć. – Powinieneś przynajmniej mieć skórzany pasek. Takie są o wiele fajniejsze.

Autobus ruszył powoli, włączając się do karawany. Do środka wpadły promienie słońca i kilka osób zaczęło rozmawiać.

– Czy ja dobrze słyszałem, że nie masz bladego pojęcia o magii? – zapytał Ethan, składając ponownie kartkę, by schować ją do kieszeni.

– Tak, dobrze słyszałeś. To wszystko jest dla mnie zupełnie nowe.

– Ale udało ci się dotrzeć do końca tamtej próby Cienia.

– To była praca zespołowa. Powinieneś się tym zainteresować. – Wyjrzałam przez okno. Mijaliśmy drzewa i krzewy w pełnym letnim okwieceniu. Tyle dobrego, że nie było zbyt gorąco, zwłaszcza nie tak wcześnie rano. Jeśli ta próba okaże się równie wymagająca fizycznie jak poprzednia, za kilka godzin będziemy cierpieć katusze.

– Reszta drużyny do niczego się nie nadaje. Za to ty jesteś… – Między jego brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka. Wpatrywał się we mnie badawczo. – Dziwny.

– Świetnie. Doskonała obserwacja. – Odwróciłam się, bo niepokoiło mnie to jego spojrzenie. Był ostatnią osobą, którą chciałabym wtajemniczyć w swoją mistyfikację. Ludzie jego pokroju sprzedaliby tajemnicę oferującemu najwięcej, a gdyby „Billy” przypłacił to życiem, skwitowaliby to śmiechem.

– Znasz Rory’ego Wilsona? – zapytał.

Zmiana tematu mnie zaskoczyła. Zawahałam się przed odpowiedzią. Aż do wczoraj myślałam, że jesteśmy z Rorym przyjaciółmi. To była już przeszłość.

– Wychowaliśmy się razem.

– To niezłe ziółko.

– Od zawsze, tak.

– Jest najlepszym Cieniem w swojej klasie. Prawie najlepszym w całej szkole, chociaż uczy się dopiero na trzecim roku. No, teraz właściwie na czwartym.

– To kłamliwy tłumok, któremu zamierzam przy pierwszej okazji złoić skórę, przysięgam na Boga.

– Ale co tutaj robił? Na próbach? – zapytał Ethan.

Znowu się zawahałam, ponieważ nie miałam pojęcia, dokąd zmierzała ta rozmowa. A już na pewno nie spodziewałam się, że do tego miejsca.

– Nie wiem – przyznałam szczerze. Autobus skręcił w wąską piaszczystą drogę. Wzbił się kurz, zasłaniając widok. Niepokój sprawił, że serce zaczęło mi szybciej bić. – Nie powiedział mi, że się tu wybiera. Myślałem, że wyjechał do Nevady. Nawet wysłał mi stamtąd pocztówkę.

Ethan nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Zerknęłam na niego i zobaczyłam, że przygląda mi się z ukosa.

– Masz jakiś problem? – rzuciłam.

Świdrował mnie wzrokiem.

– Rory Wilson nie ma przyjaciół.

– Od wczoraj znam przyczynę. Do czego zmierzasz?

Autobus stanął i Ethan wypchnął mnie z fotela.

– Rory to wielka niewiadoma. Ludzie zastanawiają się, po której stronie stoi.

– Stronie czego? – Zajęłam miejsce w kolejce do wyjścia. Ethan milczał. Świetnie, kolejne pytanie bez odpowiedzi do kolekcji.

Pięć bram raz jeszcze górowało przed nami, z wartownikami na murze. Tak samo jak poprzedniego dnia.

Ethan wypuścił powietrze nosem, a ja odniosłam wrażenie, że to w założeniu miał być drwiący śmiech. Wskazał mi bramę, przed którą zebrał się raczej niewielki tłum. Drużyna ruszyła naszym śladem.

– Lepiej, żebyś w dalszym ciągu był użyteczny – oznajmił Ethan – inaczej któregoś dnia twój brak wiedzy cię dojedzie.

– Powinieneś pracować dorywczo jako twórca wróżb do ciastek. Byłbyś w tym mistrzem.

– To Dom Niewspominanych – odezwał się Pete, przerywając naszą wymianę zdań. – Dlaczego wybieramy akurat tę bramę?

– Musimy przejść wszystkie próby i musimy to zrobić razem. Znam pewien wzór, za którym powinniśmy podążać. – Ethan zadarł głowę, kiedy piękna kobieta z poprzedniego dnia przeszła po murze.

– Witajcie wszyscy – zaczęła.

Ethan nie zatrzymał się, żeby posłuchać.

– Ta próba jest najłatwiejsza. Wystarczy pokonać głupkowate stworzenia i znaleźć złoto. Wiem, gdzie je umieścili… mniej więcej… i znam podstawowe zaklęcia, które będą potrzebne. Jeśli wy zajmiecie się przeszkodami, powinno nam pójść jak z płatka. Miejmy nadzieję, że do czasu następnej próby nauczymy się współpracować i nie będziecie mnie spowalniać.

– Ten oszust zawsze wygrywa – powiedziała cicho Wally.

Brama otworzyła się i Ethan dał nam znak, żebyśmy poszli przodem.

– Wróć do swojej drużyny. Będziesz miała kłopoty. My będziemy mieli kłopoty przez ciebie! – Pete próbował odgonić Wally jak bezdomnego psa.

– Wy jesteście moją drużyną. Tamte są tylko współlokatorkami – odparła. – Akademia to w końcu załapie. Tak to działa, wiesz?

Gdy pokonaliśmy próg, przed nami pojawił się goły piach. Kilka rachitycznych krzaków rosło tu i tam, jedno samotne drzewo pięło się do nieba, z bezlistnymi gałęziami i wykręconym, sękatym pniem. Stopniowo otoczyła nas cisza, nienaturalna jak na tak ogromną przestrzeń. Mur za nami znikł, jego miejsce zastąpiła ciągnąca się aż po horyzont jałowa ziemia.

– Nigdy się do tego nie przyzwyczaję – rzuciłam, a tymczasem Ethan znalazł ścieżkę w popękanej ziemi i bez wahania na nią wszedł.

– Zapamiętałeś wszystkie właściwe ścieżki czy co? – zapytałam, rozglądając się w poszukiwaniu oznak niebezpieczeństwa. Ostrzegawczy dreszcz wstrząsnął moim ciałem, jednak nie wskazywał źródła zagrożenia. Zewsząd coś na nas czyhało, a my nie mieliśmy żadnych wskazówek.

Wybornie.

– Tak. Dobrze jest mieć wysoko postawionych przyjaciół. – Ethan zatrzymał się przed rozwidleniem, popatrzył w obie strony, po czym ruszył w prawo. – Tylko że nie pamiętam tego miejsca.

– Świetnie. – Popatrzyłam na pozostałych. – Co myślicie?

– To on jest oszustem. My tylko podążamy za naszym przywódcą – odparł Pete. – Możemy utrzymywać, że o niczym nie wiedzieliśmy.

– Zgadzam się. W tej chwili to najbardziej korzystny scenariusz. – Wally zatoczyła koło w trakcie marszu. – Dopiero kiedy przestaniemy mu być potrzebni, przyda nam się plan B.

– Mądra kobieta – stwierdził Ethan.

Zacisnęłam zęby. Kiedyś naprawdę pożałuje tego swojego przekonania, że wszyscy jesteśmy niekompetentnymi durniami. Już ja o to zadbam. W tej chwili jednak po głowie wciąż chodziły mi słowa Przyjemniaczka. Nie mogłam się wychylać. Niech Ethan skupia na sobie całą uwagę, żeby nikt już nie patrzył na mnie.

– Jesteśmy już prawie na miejscu, chyba – stwierdził nasz przewodnik, docierając do potrójnego rozwidlenia i wybierając drogę skrajnie po prawej. Najwyraźniej poprzednim razem dokonał właściwego wyboru.

– Na miejscu, czyli gdzie? – zapytałam, kierując się na lewo, zanim Ethan znowu nie wybrał prawej. I jeszcze raz. Mój umysł podpowiadał, że chodzimy w kółko, jednak orientacja w przestrzeni wskazywała, że kierujemy się na wschód. Ta ścieżka zdecydowanie przyprawiała o zawroty głowy.

– Na moście. To najłatwiejszy sposób na przejście na drugą stronę – odparł Ethan.

Z każdym naszym krokiem szum wody stawał się głośniejszy. W oddali majaczyła spieniona woda, kotłująca się w ogromnej rozpadlinie. Kropelki wody unosiły się w powietrzu, a promienie coraz mocniej przygrzewającego słońca rozszczepiały się w nich, tworząc tęczę. Potem ta wzburzona biel urywała się nagle, jakby spadała z klifu. Tylko że teren był płaski. Nie istniał żaden klif, żaden uskok. Wielki wodospad zmieniał się w strumień.

– Nie podoba mi się to – jęknęłam.

– Tam – rzucił Ethan, pokazując na prawo. Zaraz przyśpieszył.

– Mamy cały dzień. Nie musimy się śpieszyć – stęknął Pete, podbiegając, żeby nas dogonić.

– Nie tylko ja tutaj mam znajomości – stwierdził Ethan, nie zwalniając. – Kto pierwszy dotrze do złota, bierze wszystko. Chcę być tym pierwszym.

– Nie wystarczy ci już pieniędzy? – zapytał Orin, dryfując za nami bez żadnych widocznych oznak pośpiechu.

– Pieniędzy nigdy dość – odparł Ethan. – Ale rzecz nie w złocie. Tak naprawdę chodzi o wygraną. O chwałę.

Przez najwęższą partię rzeki przerzucono kamienny most. Konstrukcja była naprawdę wysoka, musiałam to przyznać, jednak płynęła pod nią ledwie strużka błotnistej wody, sięgająca zapewne nie wyżej niż do kolan.

– Na czym polega zadanie? – zapytała Wally.

– Musimy po prostu przejść przez most – odparł Pete, gdy zwolniliśmy przed kamiennymi schodkami.

– Nie będzie łatwo – stwierdził cicho Gregory. – Nie miejcie złudzeń.

Skądś dobiegł niski pomruk. Z początku nie potrafiłam rozpoznać źródła, jednak robił się coraz głośniejszy, aż w końcu spod mostu wyłonił się grzmiący ryk.

– Nie – rzuciłam, kręcąc głową, bo już doskonale wiedziałam, co nas czeka. Mama przeczytała mi w dzieciństwie wystarczająco dużo bajek, żebym wiedziała, co mieszka pod mostem. – Nie ma mowy.

Kolejny ryk, jak wypaczone „aaa”, zatrząsł ziemią, a moje zmysły zaczęły pracować na najwyższych obrotach. Wszystko we mnie krzyczało, żeby uciekać. Wydostać się stąd. Walka z tym, co czekało na nas pod mostem, była istnym szaleństwem. Nie pstrykasz lwa w nos, by bronić się przed nim pięściami. Nie. Wspinasz się na drzewo i ukrywasz jak tchórz. Prawda?

Spod mostu wysunęła się wielka zielona głowa, a ja wybuchnęłam niepohamowanym śmiechem. Nie potrafiłam się powstrzymać. Głowa była obrzydliwa, pokryta brodawkami, z szerokim nosem o wielgachnych dziurkach, z których ciekła żółta maź. Ogromna łapa chwyciła krawędź mostu, jej grube paznokcie były połamane i ubrudzone zaschniętą krwią.

– Kto idzie pierwszy? – zapytał Ethan, wyjmując różdżkę z płóciennej pochewki.

Wszyscy jednocześnie popatrzyli na mnie.

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 3

 

 

 

Pokręciłam głową, a pozostali wycofali się z dala od przerośniętego zielonego trolla, który właśnie gramolił się spod mostu. W ten sposób niechcący znalazłam się na przodzie. Ustawiłam się bokiem, żeby mieć w polu widzenia zarówno trolla, jak i zdrajców z drużyny.

– Prawdziwi z was przyjaciele – rzuciłam.

– Jesteś z nas najszybszy – stwierdziła Wally, nie odrywając wzroku od potwora. – Jeśli uda ci się go zwabić, może unikniemy walki.

– Czyli w skrócie chciała powiedzieć: ty przodem, Cieniu – rzucił Ethan. – Będę cię osłaniał, ale wszyscy wiemy, że poruszacie się z prędkością światła.

Spojrzałam na niego.

– Serio? Teraz ci się zebrało na komplementy?

Pete prychnął, ale nie wystąpił do przodu.

– Próbuje cię zmiękczyć, żebyś poszedł. Wiesz, zakłada, że jesteś tak samo głupi jak on.

Gromki ryk sprawił, że obróciłam gwałtownie głowę i zrobiłam kilka kroków do tyłu. Nie potrafiłam się powstrzymać. Może miałam raczej więcej odwagi niż rozumu, ale nawet ja wiedziałam, że to się fatalnie skończy.

Troll stał teraz pośrodku mostu i prezentował się w całej okazałości, napinając wielgachne łapy z popękanymi paznokciami. Stopy nie odstawały wyglądem od dłoni, podobny rdzawy brud wypełniał każdą szczelinę.

Jednak musiałam przyznać, że nie to zwracało głównie moją uwagę. Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Kiedy wspominałam, że prezentował się w całej okazałości, miałam na myśli calutką okazałość. Olbrzym miał ze dwa i pół metra wzrostu, a jego dłonie, stopy… i inne części ciała… były mniej więcej trzy razy za duże w stosunku do całości.

– Jakim cudem go sobie nie przydeptuje? – zastanawiał się na głos Pete. Mnie po głowie chodziło podobne pytanie, ale byłam wkurzona jak kot wrzucony do wody. A to sprawiało, że nie spanikowałam i nie pozwalałam, by zaczął rządzić mną strach.

– Włóż coś na siebie! – rzuciłam, celując palcem w trolla. – Nie ma czasu na takie rzeczy.

Troll zgiął się wpół i ryknął w moim kierunku, ukazując potrzaskane i połamane zęby, język rozszczepiony na trzy części i paszczę tak wielką, że mógłby zmieścić w niej całą moją głowę.

Poczułam łaskotanie strachu, wspinające się po plecach. Zdusiłam je w zarodku. Odepchnęłam od siebie, żeby nie miało nade mną władzy.

– Wyglądasz śmiesznie. Jak przerośnięty Shrek, wiesz?

– Wrzeszczenie na niego nie pomoże – powiedział Gregory gdzieś z tyłu.

– Serio? Jak jeszcze zamierzasz mnie oświecić? Powiesz mi, że papież jest katolikiem? – Zgarnęłam włosy, żeby nie wchodziły mi do oczu, i poprawiłam czapkę. – A co pomoże?

– Dlaczego go pytasz? – rzucił warkliwie Ethan. – Rusz się!

Przewróciłam oczami. Nie zrobiłam nawet kroku.

– Gregory?

– Jego słaby punkt jest w innym miejscu, niż ci się wydaje. Trolle potrafią…

Za naszymi plecami rozległ się trzask i zaraz rozbłysło światło, jakby ktoś odpalił fajerwerki. Gregory wrzasnął i coś smagnęło mnie w tyłek niczym bicz z metalowym czubkiem na sterydach.

– Co to ma być, do cholery?! – Skoczyłam do przodu, a żar i ból przeszywający mój prawy pośladek sprawiły, że wciągnęłam gwałtownie powietrze. Nagle oblał mnie zimny pot. Troll poderwał się, jakbym zahaczyła stopą o uruchamiający go drut.

– Ethan! – krzyknęła Wally. – Jak mogłeś to zrobić? On jest w naszej drużynie!

– Musi się ruszyć. Robi dzisiaj za przynętę.

Jakbym jeszcze potrzebowała jakiegoś potwierdzenia, kto przed chwilą we mnie strzelił i czym. Przyłożyłam dłoń do pośladka, jednak to nie on był teraz moim największym zmartwieniem.

Najwyraźniej przekroczyłam jakąś niewidzialną granicę – granicę, o której istnieniu Ethan musiał wiedzieć, skoro mnie przez nią przepchnął.

A teraz troll szarżował na mnie na pełnym gazie, z szeroko otwartą paszczą i wyciągniętymi rękami. Poruszał tymi swoimi przeklętymi palcami, jakby już szykował się do pochwycenia mnie.

Skoczyłam w prawo, kierując trolla z powrotem na most. Gdyby udało mi się zwabić go na drugą stronę, moja drużyna mogłaby śmiało przekroczyć rzekę. Może trzeba było zrobić jak z golemami z próby Cienia i zostawić trolla za plecami, by terroryzował kolejną grupę śmiałków.

Podbiegłam do wejścia na most i wspięłam się na kamienną balustradę, żeby zrównać się z trollem.

– Nie masz do mnie żadnych pytań? Czy to nie tak działają bajki? Nie powinieneś mi zadać jakichś pytań, zanim rzucisz się na mnie jak wariat z żądzą mordu w oczach?

– Nie, nie zagaduj do niego! Idź dalej! Inaczej rzuci na ciebie urok! – krzyczał Gregory.

Troll skrzywił się i poruszył potężnymi ramionami, zwalniając kroku.

– Chcesz pytanie, kaczuszko? A może rymowankę? Wydaje ci się, że możesz mnie przechytrzyć? – Wyciągnął usta w szerokim, groteskowym uśmiechu. – Daj mi chwilę, a zaraz cię będę miał.

Poruszył palcem wskazującym i środkowym lewej dłoni, a moją skórę ogarnęło dziwne, skwierczące uczucie. To była jego magia, jeśli miałam zgadywać. Trolle najwyraźniej potrafiły czarować.

Tarłam skórę, próbując pozbyć się tego nieprzyjemnego wrażenia, ale nagle przed oczami stanął mi pewien obraz – górujący nade mną troll i ja, leżąca z kończynami wykręconymi pod nienaturalnym kątem, oczami wielkimi jak spodki, wypełnionymi błaganiem o litość.

Zamrugałam i przetarłam powieki, żeby odegnać tę wizję. Starałam się ugruntować jakoś w rzeczywistości i otrząsnąć z obrazów, które mi narzucał. Nie do końca mi się to udało, ale przynajmniej już nie poświęcałam temu całej uwagi. Czułam w ciele pulsujący ból, jakby troll miażdżył mnie swoją wielką, mięsistą stopą.

Nogi zareagowały instynktownie i zaczęły się trząść tak bardzo, że musiałam je zablokować, by utrzymać równowagę.

– Widzisz? – wysyczał troll za moimi plecami. – Teraz już wszystko rozumiesz. Wiesz, co z tobą zrobię. Czym będę się rozkoszował, robiąc to raz za razem.

Gregory jęknął.

– To nie jest prawdziwe, Wild! Żaden z