63,99 zł
Zbyt długo historia Afryki była przedstawiana przez pryzmat kolonializmu i niewolnictwa – teraz nadszedł czas, by poznać ją na nowo!
Zeinab Badawi, brytyjska dziennikarka i badaczka sudańskiego pochodzenia, przywraca Afryce należne miejsce w globalnej historii. Jako potomkini rdzennych Afrykanów sięga do korzeni kontynentu, by opowiedzieć jego historię tak, jak powinno się ją znać – bez filtrów zachodnich narracji.
Dzięki setkom rozmów, jakie autorka odbyła z historykami, archeologami i lokalnymi opowiadaczami, poznasz nieznane do tej pory fakty. Wyrusz w niezwykłą podróż przez tysiąclecia: od pierwszych ludzi przez starożytne cywilizacje i niezwykłych afrykańskich władców aż po walkę o wolność i tożsamość.
To nie jest kolejna książka o Afryce napisana z europejskiego punktu widzenia, ale historia opowiedziana z perspektywy tych, którzy ją tworzyli.
Odkryj prawdziwą historię Afryki – opowieść, która należy do nas wszystkich.
Wszyscy pochodzimy z Afryki, dlatego ta książka jest dla każdego.
Zeinab Badawi oddała głos Afryce. Upomniała się o jej historię – widzianą z perspektywy rdzennych mieszkańców. Chciałoby się powiedzieć: wreszcie. W efekcie dostaliśmy kompendium dla każdego, kto chciałby zweryfikować stereotypowe wyobrażenia o tym kontynencie. Afryka to nie tylko doświadczenie niewolnictwa i kolonializmu. To historia początków ludzkości, dynamicznego rozwoju kultur, niezwykłych władców i zadziwiającej sztuki. A poza tym – jak pisze Badawi – wszyscy jesteśmy z Afryki.
Lidia Raś, weekend.gazeta.pl
Zeinab Badawi to brytyjska dziennikarka, prezenterka telewizyjna i reżyserka sudańskiego pochodzenia. Znana jest przede wszystkim z pracy w BBC – jako prowadząca takie programy jak Global Questions oraz HARDtalk. Od 2021 roku kieruje Szkołą Studiów Orientalnych i Afrykańskich (SOAS) przy Uniwersytecie Londyńskim. Ukończyła studia z zakresu filozofii, polityki i ekonomii (PPE) na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz historię i antropologię Bliskiego Wschodu na SOAS. Jej książka Afrykańska historia Afryki znalazła się w finale prestiżowego wyróżnienia Nero Book Award.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 526
Data ważności licencji: 4/8/2029
Tytuł oryginału: An African History of Africa. From the Dawn of Humanity to Independence
Copyright © Zeinab Badawi 2024
First published as AN AFRICAN HISTORY OF AFRICA in 2024 by WH Allen, an imprint of Ebury Publishing. Ebury Publishing is part of the Penguin Random House group of companies
Mapy: © Helen Stirling
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2025
Copyright © for the translation by Agnieszka Sobolewska
Opieka wydawnicza: Rafał Czech
Opieka redakcyjna: Anna Małocha, Dagmara Małysza
Przyjęcie tłumaczenia: Iwona Dziemidowicz
Adiustacja: Anna Śledzikowska / Wydawnictwo JAK
Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK, Janina Burek / Wydawnictwo JAK
Promocja i marketing: Martyna Dziadek
Projekt okładki: Monika Drobnik-Słocińska
Fotografia na okładce: Kommunaga / Adobe Stock
Fotografia autorki: Jamie Simonds
Wydanie I, 2025
ISBN 978-83-8135-557-5
www.wydawnictwohistory.pl
www.otwarte.eu
Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o.,
ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków
Dystrybucja: SIW Znak.
Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla mojej matki Asi Malik i mojego ojca M.K. Badawiego
Wszyscy ludzie pochodzą z Afryki, więc ta książka jest dla wszystkich.
Afryka to kolebka ludzkości, jednak jej dawna i współczesna historia w większości nie są powszechnie znane. A ten kontynent ma niezwykłą przeszłość: pełną pasjonujących opowieści o walecznych królowych, królach, wodzach, o kapłanach i kapłankach; o potężnych cywilizacjach rozkwitających na brzegach rzek albo w cieniu świętych gór; o imponujących budowlach wyciosanych w skałach, wspaniałych bibliotekach kryjących prace niejednego odkrywcy, szlakach, którymi ciągnęły kupieckie karawany, i placach targowych rozbrzmiewających głosami handlarzy, podróżników, rolników, muzyków i kuglarzy.
Dla wielu z nas historia Afryki zaczyna się dopiero kilkaset lat temu, wraz z przybyciem Europejczyków. Zdominowały ją tematy niewolnictwa, imperializmu i kolonializmu, a spisana została głównie przez zachodnich historyków, misjonarzy i odkrywców. I chociaż ich prace mają ogromne znaczenie, historia Afryki to coś więcej.
Chciałam napisać tę książkę, ponieważ żałuję, że sama wiele lat temu nie mogłam podobnej przeczytać. Jako osoba urodzona pod afrykańskim niebem od dawna byłam świadoma bogatej historii kontynentu. Była to jednak wiedza fragmentaryczna, a ja na próżno szukałam przystępnego i stosunkowo wyczerpującego opracowania na temat dziejów Afryki, które podkreślałoby najważniejsze rozdziały tej opowieści – i było napisane przez Afrykanów.
W końcu mnie samej trafiła się okazja, by podjąć się takiego projektu. W sumie zajął mi on ponad siedem lat. Odwiedziłam przez ten czas ponad trzydzieści afrykańskich krajów i podróżowałam po nich w poszukiwaniu doświadczeń, które pozwoliłyby mi opowiedzieć historię Afryki z perspektywy jej mieszkańców. Materiałem do książki stały się moje rozmowy i wywiady z dziesiątkami osób, od naukowców akademickich po zwyczajnych zaangażowanych obywateli, którzy objaśniali mi swoją kulturę, historię i opowiadali o odwiedzanych przeze mnie niezwykłych miejscach. Niektóre z nich, jak starożytne ruiny Erytrei czy Szinkit w Mauretanii, były położone z dala od uczęszczanych szlaków, dotarcie do innych zaś, na przykład do Timbuktu w Mali czy terenów ludu Hausa w północnej Nigerii, okazywało się trudne albo ryzykowne. Korzystałam chyba ze wszystkich środków transportu znanych człowiekowi, od lśniących nowoczesnych samochodów z napędem na cztery koła po wielbłądy i wózki ciągnięte przez osiołka. Byłam pod ogromnym wrażeniem piękna kontynentu: cudów natury, takich jak wodospady na rzece Zambezi w Zimbabwe, rozległa wyżyna Katanga w Demokratycznej Republice Konga czy góry Wirunga w Rwandzie.
Chcę przedstawić dzieje Afryki wszystkim czytelniczkom i czytelnikom, którzy chcieliby wyjść poza krótkowzroczność postimperialnej edukacji, a zwłaszcza uczniom i uczennicom o afrykańskich korzeniach, pragnącym lepiej poznać swoją historię. Większość ludzi miałaby trudności z wymienieniem jakiegokolwiek afrykańskiego króla, może poza Tutanchamonem, przy czym mało kto umiałby podać daty jego panowania. Były prezydent pewnego afrykańskiego państwa wyznał mi, że lepiej zna imiona angielskich średniowiecznych królów niż władców panujących w tym okresie w Afryce. Nie jest to książka akademicka, nie chodzi mi też ani o konfrontowanie ze sobą przeciwstawnych narracji, ani dokonywanie porównań cywilizacji. Moim celem jest zapewnienie przeciwwagi dla licznych negatywnych wyobrażeń na temat kontynentu i jego mieszkańców, przedstawienie ustaleń afrykańskiej nauki, która długo pozostawała w cieniu, tak byśmy mogli lepiej zrozumieć dzieje tych terenów, i ukazanie w ten sposób innej, uczciwszej historii Afryki.
Książka stanowi ogólny zarys dziejów kontynentu od początków ludzkości do ery współczesnej. Na pewno nie wyczerpuje tematu, a wielu aspektów historii nie mogłam tu zawrzeć. Koncentrowałam się w jak największym stopniu na historii prekolonialnej, a nie na tym, co działo się w XX wieku, gdyż historii najnowszej i bieżącym wydarzeniom poświęca się więcej uwagi i szerzej się o nich pisze. Wybrałam osobistości, które w znacznej mierze ukształtowały kontynent, bo uważam, że historię najłatwiej zrozumieć, kiedy przemówi nam do wyobraźni. Opisywane postacie to przede wszystkim władcy, ponieważ źródła zaczerpnięte z afrykańskiej tradycji ustnej dotyczą głównie życia i czynów przywódców. Z góry przepraszam tych, którzy będą mieli mi za złe pominięcie pewnych osób. W jednej książce nie wystarczyło miejsca na wspomnienie wszystkich, którzy na to zasługiwali. Starałam się omówić wszystkie regiony Afryki i podkreślić istotną rolę, jaką w ich dziejach odegrały kobiety.
Zaczynamy od narodzin ludzkiego gatunku: od tego, co decyduje o naszej wyjątkowości, oraz od tego, jak rozwijały się ludzkie społeczeństwa i kultury. Oddaję tu swoisty hołd naszym wspólnym początkom. W rozdziale 2 przenosimy się do starożytnego Egiptu, by przyjrzeć się temu najbardziej znanemu fragmentowi afrykańskiej historii. Mniej słynne są dzieje starożytnego Sudanu, Etiopii i Erytrei – cywilizacji, po których pozostały wspaniałe pomniki, a które opisuję w trzech kolejnych rozdziałach. Następnie, w rozdziałach 6 i 7, zagłębiam się w opowieść o dawnych czasach w Afryce Północnej oraz o silnym wpływie, jaki ten region wywarł na trzy główne religie monoteistyczne. Bajecznie bogaty Mansa Musa, czternastowieczny król imperium Mali, jest głównym bohaterem rozdziału 8, w którym przyglądamy się także królestwom Afryki Zachodniej. Rozdział 9 dotyczy mniej znanego handlu zniewolonymi Afrykanami – po szlakach wiodących przez Ocean Indyjski, trwającego tysiąc lat. W rozdziale 10 opowiem zaś o Beninie – od lat trwają starania o powrót do kraju (dzisiejszej południowej Nigerii) słynnych rzeźb i płaskorzeźb zwanych brązami z Beninu. Są one przykładem zagrabionych afrykańskich dzieł sztuki, których 90 procent znajduje się dziś poza kontynentem. Następny rozdział opowiada o południowych królestwach Afryki, między innymi o Wielkim Zimbabwe, cywilizacji, co do której Europejczycy nie chcieli wierzyć, że zbudowali ją Afrykanie. Tematem dwóch kolejnych jest lud Asante (Aszanti), a w szczególności królowa matka Yaa Asantewaa. W rozdziale 14 wracamy do tragicznej kwestii niewolnictwa – tym razem przyjrzymy się wpływowi transatlantyckiego handlu na Afrykę i jej mieszkańców. Rozdziały 15, 16 i 17 opisują europejskie inwazje oraz okupację, ale bohaterami zawsze są Afrykanie, między innymi zuluski król Czaka, królowa Njinga (Nzinga) i heroiczne społeczności, które sprzeciwiały się europejskiemu panowaniu i walczyły o wolność. Epilog jest okazją do refleksji nad przyszłością kontynentu oraz nad tym, jak ją kształtuje afrykańska młodzież.
Mam nadzieję, że lektura pozwoli ci poszerzyć i pogłębić wiedzę o historii Afryki, a także zachęci do dokładniejszego poznawania poruszonych przeze mnie tematów.
Zbierając materiały do książki, miałam okazję i przywilej poznać najlepszych afrykańskich naukowców i najlepsze naukowczynie. Nawet na niedofinansowanych uniwersyteckich wydziałach zachowują oni niesamowitą pasję, dyscyplinę intelektualną i błyskotliwość, warto więc ich przedstawić znacznie szerszemu gronu odbiorców. Każdy i każda z uczonych, z którymi się spotkałam, poświęcili mi mnóstwo czasu, nawet jeśli z powodu niebezpieczeństw na drodze i napiętego grafiku czasem się spóźniałam. Tak bardzo chcieli zostać wysłuchani, że wszyscy co do jednego (i co do jednej) traktowali moje spóźnienie pobłażliwie, a nasze rozmowy często się przeciągały, aż w końcu musiałam pędzić na następne spotkanie.
Wiele też zaczerpnęłam z wyjątkowego projektu o nazwie General History of Africa (Powszechna historia Afryki), czyli GHA, który jest jednym z najpilniej strzeżonych sekretów kontynentu: to dzieje Afryki spisane głównie przez afrykańskich uczonych. Projekt rozpoczął się na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, w okresie szybkiej dekolonizacji. Przywódcy kilku afrykańskich państw, które właśnie zdobyły niepodległość, uznali, że chcą zdekolonizować także swoją historię, więc zwrócili się do UNESCO (Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Oświaty, Nauki i Kultury) o pomoc w realizacji tego zamierzenia. UNESCO stworzyło specjalny komitet, który wyznaczył czołowych historyków, antropologów, archeologów i ekspertów z innych dziedzin – w sumie mniej więcej trzystu pięćdziesięciu uczonych, głównie Afrykanów – do pracy nad projektem. Opracowali oni jedenaście tomów (a kolejne są przygotowywane) obejmujących dzieje kontynentu od początków ludzkości i ewolucji człowieka aż po czasy współczesne. Korzystali ze źródeł pisanych, także tych, które wcześniej pomijano, oraz archeologii, sztuki, pieśni, poezji, przekazów ustnych, tradycji, tańca, rzemiosła i archeobotaniki. GHA stał się dla mnie inspiracją i kompasem, więc za jego przykładem oparłam się przede wszystkim na afrykańskich i nieeuropejskich źródłach, w przeciwieństwie do licznych historii Afryki napisanych przez zachodnich autorów.
Uderzyły mnie słowa zmarłego niedawno kenijskiego paleoantropologa, doktora Richarda Leakeya, dobrego przyjaciela, którego będzie mi, tak jak wielu innym, bardzo brakować. Powiedział mi, że koniecznie trzeba walczyć z uprzedzeniami, jakie żywią niektórzy ludzie „w myśleniu o Afryce. Przełamanie ich zapewne trochę potrwa, ale musimy je przełamywać i to właśnie robimy – nie za pomocą bajek, lecz faktów”. Ta książka jest więc moją próbą takiego właśnie przełamywania uprzedzeń faktami.
ROZDZIAŁ 1
Nasza rodzina i inne homininy
Czekałam z niecierpliwością, aż młody pracownik muzeum otworzy zamknięte na klucz drzwi. Za chwilę miałam poznać supergwiazdę – co prawda nieżyjącą od kilku milionów lat. Z wielkim respektem musnęłam delikatnie jej dłoń koniuszkiem palca i poczułam się, jakbym nawiązała kontakt z dawno zaginioną krewną. To była Lucy, w Etiopii zwana Dinkenesh – przedstawicielka linii ewolucyjnej, która w końcu wydała nas: Homo sapiens sapiens, co po łacinie znaczy „człowiek rozumny”.
Nasza historia, historia ludzi współczesnych, zaczyna się w Afryce. Ten wspólny początek powinien łączyć nas w sposób umożliwiający nam wyjście myślami poza rasę, do czasów, w których takie różnice nie istniały. Kiedy przyglądamy się długiej historii ludzkości, staje się jasne, że zróżnicowanie rasowe powstało stosunkowo niedawno. Genetyka podsuwa nam fakty zaprzeczające kulturowemu konstruktowi rasizmu. W przyszłości mogą pojawić się nowe interpretacje genetyczne, ale obecne ustalenia wskazują, że cechy „rasy białej” pojawiły się 8000–12 000 lat temu, długo po wielu genetycznych podziałach w samej Afryce. Niestety, jak mówił nieżyjący już kenijski paleoantropolog doktor Richard Leakey, niektórzy wciąż nie chcą „w pełni przyjąć do wiadomości, że ludzie, czy to niebieskoocy Europejczycy, czy jasnoskórzy Azjaci, pochodzą z Afryki”1.
Skamieniałości odkrywane przez doktora Leakeya i jego rodziców, równie znakomitych paleoantropologów, Louisa i Mary Leakeyów, były przełomowymi znaleziskami w tych latach XX wieku, kiedy nadal prowadzono badania mające obalić teorię, że wszyscy pochodzimy z Afryki, a więc pierwotnie byliśmy czarni. Na przykład znalezienie w 1929 roku w Chinach kompletnej czaszki, należącej do – jak go nazwano – człowieka pekińskiego, skłoniło władze w Pekinie do sfinansowania badań chińskich paleontologów, które miały dowieść, że Homo sapiens najpierw wyewoluował w Azji albo że człowiek pekiński był przodkiem współczesnych mieszkańców Azji Wschodniej. Podejmowano takie starania jeszcze w XXI wieku.
Nie ma już naukowego sporu co do tego, że wszyscy jesteśmy częścią pierwotnej afrykańskiej diaspory. Wciąż dokonuje się nowych odkryć paleontologicznych, nadal brakuje zdecydowanej większości kawałków tej poszatkowanej i wciąż zmieniającej się układanki, ale nawet jeśli trwają dyskusje co do dokładnego miejsca na kontynencie, w którym zaczęła się historia człowieka, wiadomo, że było to w Afryce. Jesteśmy afrykańskim zwierzęciem, afrykańskim gatunkiem, który skolonizował świat w różnym czasie i na różne sposoby. Żaden człowiek na Ziemi nie może zaprzeczyć, że jego pierwszym domem jest Afryka.
Mniej więcej 3–2 miliony lat temu przyszło wielkie zlodowacenie, które wybiło większość zwierząt na lądach i w morzach. Afryka była regionem najmniej dotkniętym epoką lodową, życie nadal tu kwitło. Kiedy na kontynencie rozprzestrzeniły się mokre, ciepłe obszary trawiaste, w takich siedliskach powstały idealne warunki ewolucji małp człekokształtnych: goryli, szympansów, a później homininów czy hominidów (istot „pośrednich” pomiędzy małpą a człowiekiem), z których w końcu wyewoluowaliśmy my, ludzie współcześni. Ssaki naczelne ostrożnie zeszły z drzew, by zamieszkać na ziemi, a swoje bezpieczeństwo uzależniały raczej od rozumu niż siły.
Wiktoriański biolog Charles Darwin pierwszy zauważył, w książce O pochodzeniu człowieka z 1871 roku, że skoro afrykański goryl i szympans najbardziej nas przypominają pod względem anatomii, a występują tylko w Afryce, to w takim razie ludzki gatunek też musiał się tam narodzić. Chociaż może rozumowanie Darwina nie spełniało dzisiejszych standardów naukowych, jego teoria była przełomowa, a kreacjoniści i liczni religijni konserwatyści odnosili się do niej ze wstrętem.
Goryle można dziś spotkać tylko w kilku miejscach w Afryce, głównie w regionie Wielkich Jezior. Ponad jedna trzecia z tysiąca ocalałych goryli górskich żyje pod ochroną w dzikich lasach Parku Narodowego Wirunga na terenie pasma gór wulkanicznych, biegnącego przez części Rwandy, Demokratycznej Republiki Konga i Ugandy. Wyruszyłam na spotkanie z przedstawicielami tego zagrożonego gatunku w północnej Rwandzie. Była to prawdziwa ekspedycja, z długą wędrówką od świtu i przedzieraniem się przez gąszcz roślinności lśniącej od porannej rosy. Moje wysiłki się opłaciły: w końcu przez liście dostrzegłam goryle. Para dorosłych, w tym majestatyczny srebrzystogrzbiety samiec, leżała rozleniwiona, jakby cieszyła się porannym słońcem, a dwa młode gorylątka koziołkowały z niewielkiego wzniesienia i bawiły się na błotnistej ziemi. Niesamowicie było zobaczyć, jak podobne są do ludzi. Goryle żyją w grupach rodzinnych, a ich ruchy, psoty i miny bardzo przypominają nasze. W istocie z danych wynika, że DNA ludzi i goryli różni się tylko w 1,75 procent, znaczniej mniej, niż wcześniej zakładano. (Genom szympansów – naszych najbliższych krewnych – różni się od naszego tylko w 1,37 procent).
Kiedy Charles Darwin zaproponował teorię o pochodzeniu człowieka z Afryki, inni naukowcy spróbowali poskładać ewolucyjny łańcuszek prowadzący od goryli i szympansów do ludzi, badając wymarłe gatunki homininów. W ich szczątkach szukali przede wszystkim oznak dwunożności. Cecha ta, wykształcona jakieś 6 milionów lat temu, oznaczała, że ssaki naczelne mogły swobodnie używać dłoni. Dzięki temu po dalszych trzech milionach lat homininy zaczęły wykorzystywać swoją inteligencję do wytwarzania narzędzi i polowania z bronią, w czym pomagała im zdolność rotacji nadgarstka – cecha, którą mają tylko małpy człekokształtne i ludzie. Stała dwunożność jest już czymś wyłącznie ludzkim. Teoria postulowana przez ekspertów z początków XX wieku, takich jak australijski paleoantropolog Raymond Dart, zakłada, że dwunożność rozwinęła się dlatego, że po zmianie klimatu część lasów ustąpiła miejsca formacjom trawiastym, gdzie efektywniejsze było poruszanie się na dwóch nogach. Podczas długiego etapu pośredniego homininy nadal miały przeciwstawny duży palec u stóp, umożliwiający zwinne wspinanie się po drzewach, by uciekać przed drapieżnikami grasującymi na ziemi, a dzięki rotacji w nadgarstkach mogły przeskakiwać z gałęzi na gałąź.
Kiedy około 4,4 miliona lat temu homininy przyjęły postawę wyprostowaną, nastąpiły zmiany anatomiczne w dłoniach, barkach, łokciach, miednicy i kręgosłupie. Kolejne ewoluujące gatunki homininów coraz bardziej przypominały współczesnych ludzi.
Naukowcy chcieli ustalić datę oddzielenia się linii ewolucyjnej człowieka od innych naczelnych. Przełomowego odkrycia dokonano w 2001 roku. Po dziesięciu latach przekopywania wydm na Saharze w północnym Czadzie francusko-czadyjska ekipa paleontologów została nagrodzona za swoje wysiłki. Naukowcy znaleźli skamieniałe kości, część czaszki i żuchwę przypisywane małpoludowi, którego nazwali Toumai, co w miejscowym języku daza znaczy „nadzieja na życie”. Niektórzy eksperci uważają, że Toumai, Sahelanthropus tchadensis, pochodził (albo pochodziła) z gatunku naczelnych, będącego wspólnym przodkiem ludzi i szympansów. Dowody molekularne wskazują, że Toumai żył (żyła) mniej więcej w okresie, kiedy rozeszły się linie goryli/szympansów i człowieka, około 7 milionów lat temu, ale nie wiadomo, czy chodził (chodziła) czasem na dwóch nogach. W każdym razie to właśnie wtedy zaczął się ewolucyjny proces, w którego wyniku staliśmy się w pełni dwunożni.
Przeskoczmy o 4 miliony lat w przód, do jednego z najsłynniejszych odkryć: Lucy, celebrytki w świecie paleontologii. Należała do gatunku australopiteków Australopithecus afarensis, a imię zawdzięcza piosence Beatlesów Lucy in the Sky with Diamonds, którą nadawano w radiu w obozowisku w Harar we wschodniej Etiopii, kiedy w 1974 roku znaleziono jej szkielet. W Etiopii Lucy nazywa się Dinkenesh, co w języku amharskim znaczy „jesteś wspaniała”, i tak właśnie będę o niej mówić.
W Muzeum Narodowym w stolicy Etiopii Addis Abebie można zobaczyć model pokazujący, jak prawdopodobnie wyglądała Dinkenesh. Jej prawdziwy szkielet jest przechowywany pod kluczem w klimatyzowanym pomieszczeniu, gdzie utrzymuje się optymalną temperaturę dla zachowania jej szczątków. Znaleziono aż 40 procent kośćca Dinkenesh, a jego poszczególne części, pieczołowicie opisane i sklasyfikowane, są przechowywane w specjalnych wyściełanych szufladach. Oglądanie i dotykanie kości Dinkenesh pod okiem profesora Yohannesa Haile-Selassie, jednego z czołowych etiopskich paleontologów, było wspaniałym przeżyciem. Profesor nazwał ją „ikoną paleoantropologii”, dodając, że eksperci tacy jak on nadal wiele się dzięki niej uczą.
Szkielet Dinkenesh
The bone fragments belonging to Lucy – © Bloomberg / Contributor / Getty Images
Yohannes opowiedział mi o życiu Dinkenesh 3,2 miliona lat temu. Rekonstrukcja jej głowy wskazuje, że dolną połowę twarzy miała wysuniętą do przodu – a więc różniła się ona od płaskich twarzy współczesnych ludzi – jej mózg nie był większy niż u małp człekokształtnych. Szczęki miała stosunkowo małe, ale zęby duże. Ta dorosła osobniczka mierzyła około metra i ważyła niecałe 30 kilogramów. Regularnie chodziła na dwóch nogach, co uwalniało jej ręce, proporcjonalnie dłuższe od naszych. Używała dłoni do wytwarzania prostych narzędzi, takich jak zaostrzone gałązki, żeby łowić ryby, wykopywać termity czy zabijać drobne zwierzęta. W pobliżu jej szczątków znaleziono skamieniałe jaja żółwi i krokodyli, co przemawia za teorią, że w poszukiwaniu pożywienia mogła plądrować gniazda gadów. Jej dieta opierała się jednak głównie na roślinach, w tym owocach.
Dinkenesh prawdopodobnie spała na drzewach, szukając tam bezpiecznego schronienia. Według jednej z teorii zmarła, jak na ironię, na skutek upadku z drzewa. Mimo że Dinkenesh ma status supergwiazdy w historii homininów, współcześni ludzie nie są jej bezpośrednimi potomkami. Należy ona jednak do linii ewolucyjnej, która w końcu doprowadziła do nas.
Pierwsze dowody na istnienie homininów odkryto znacznie wcześniej. Profesor Raymond Dart znalazł szczątki istoty zwanej dzieckiem z Taung wśród skał wapiennych w Prowincji Przylądkowej Północnej w Republice Południowej Afryki w 1924 roku. Dziecko żyło około 2,8 miliona lat temu i należało do gatunku homininów zwanego Australopithecus africanus. Znalezisko przechowuje Uniwersytet Witwatersrand w Johannesburgu. Wybitny południowoafrykański paleoantropolog profesor Francis Thackeray zwrócił mi uwagę na mózgoczaszkę oraz przód twarzy i dolną szczękę i wyjaśnił, że przez kilkadziesiąt lat uważano, iż nasi przodkowie homininy byli żarłocznymi drapieżnikami – „małpami zabójcami”. Znalezione w pobliżu skorupki jajek interpretowano więc jako pozostałości obiadu dziecka z Taung. Francis pokazał mi jednak pęknięcia w czaszce i oczodołach, tłumacząc, że w latach dziewięćdziesiątych naukowcy tacy jak on zaczęli dostrzegać, że te uszkodzenia wyglądają podobnie do tych obserwowanych u współczesnych małp zabitych przez orły. Wydaje się, że dziecko z Taung znajdowało się nie w jaskini, która była jego domem, tylko w gnieździe olbrzymiego drapieżnego ptaka, prawdopodobnie pradawnego orła, który je zabił i tam przywlókł. Znalezisko przywołuje więc czasy, kiedy nasi przodkowie byli zarówno łowcami, jak i zwierzyną. Dziecko z Taung, pierwszy hominin znaleziony w Afryce, sprawiało wrażenie znacznie bardziej archaicznego gatunku niż podobne szczątki odkrywane w tym czasie gdzie indziej. Stanowiło pierwszą wskazówkę, że Charles Darwin mógł mieć rację co do tego, iż człowiek pochodzi z Afryki.
W 1947 roku, a więc dwadzieścia trzy lata po odkryciu dziecka z Taung, południowoafrykańscy paleontolodzy Robert Broom i John T. Robinson znaleźli czaszkę homininki w jaskiniach Sterkfontein, na północ od Johannesburga. Homininkę nazywano panią Ples – mianem nieco zgrabniejszym od naukowej nazwy Plesianthropus transvaalensis. Po dwóch milionach lat spoczywania w pokoju głowa pani Ples została rozerwana na kawałki w wyniku wybuchu dynamitu przy wydobywaniu wapienia. Naukowcy złożyli czaszkę z powrotem, tak że jest niemal kompletna. Pani Ples, tak jak i Dinkenesh, miała nieduży mózg, podobnej wielkości jak mózg szympansa i trzy razy mniejszy od naszego, ale chodziła na dwóch nogach. Stanowiła istotne znalezisko – jej czaszka okazała się pierwszym dowodem, że dwunożność wyewoluowała na długo przed znaczącym powiększeniem się rozmiarów mózgu. Eksperci potrafią ocenić, czy hominin poruszał się na dwóch nogach, na podstawie otworu w tyle czaszki zwanego otworem potylicznym wielkim, przez który łączy się ona z kręgosłupem i rdzeniem kręgowym. Usytuowanie tego otworu u pani Ples – pionowo w dół – wskazywało na jej dwunożność.
W Afryce żyły w tym samym czasie różne rodzaje homininów, a naukowcy cały czas próbują ustalić pokrewieństwo między poszczególnymi gatunkami, takimi jak dziecko z Taung, pani Ples i Dinkenesh. Wiemy tyle, że różne linie wymarły, a tylko jedna, rodzaj Homo, prowadziła wprost do nas, ludzi współczesnych. Musimy teraz przenieść się z naszym śledztwem na wschód kontynentu.
Wielkie Rowy Afrykańskie, ogromne rozpadliny w skorupie ziemskiej biegnące przez Tanzanię, Kenię i Etiopię, są prawdziwą kopalnią szczątków homininów, świetnie zachowanych w ich glebach i skałach. Wędrując wśród pyłu i kamieni wąwozem Olduvai w północnej Tanzanii, przyglądałam się warstwom osadów gliny, piaskowca i zlepieńców, które tworzyły się przez miliony lat. W 1959 roku urodzona w Anglii kenijska paleoantropolożka Mary Leakey znalazła tu wyjątkowo dobrze zachowaną, niemal kompletną czaszkę, a przy niej kamienne narzędzia. Osobnika nazwano Zinjem, od Zinjanthropus boisei, a ostatecznie nadano gatunkowi nazwę Paranthropus boisei. Wcześniej myślano, że takie homininy żyły 500 tysięcy lat temu, ale ku zdumieniu współczesnych naukowców Zinj mógł pochodzić sprzed 1,75 miliona lat, a jego zęby wskazywały, że był roślinożercą.
Z ulgą stwierdziłam, że w miejscu, gdzie znaleziono jego czaszkę, umieszczono tabliczkę upamiętniającą to pionierskie odkrycie Mary Leakey. Była ona budzącą respekt kobietą z charakterem, miała niewielkie wykształcenie formalne, ale przejawiała wyjątkowy talent do archeologii i wykopalisk. Wyszła za Louisa Leakeya, archeologa i antropologa z Cambridge, i pod koniec lat trzydziestych XX wieku przeprowadziła się z nim do Afryki Wschodniej, gdzie prowadzili wykopaliska w wąwozie Olduvai. Wiele wcześniejszych odkryć Mary, kobiety zajmującej się dziedziną zdominowaną przez mężczyzn, przypisano Louisowi.
W 1961 roku wysiłki Mary i Louisa Leakeyów zostały nagrodzone kolejnym ważnym znaleziskiem w Olduvai: tym razem były to niepełna czaszka i szczęka dolna sprzed 1,7 miliona lat – a więc należące do osobnika nieco młodszego od Zinja. To jeszcze nie wszystko: czaszka znacznie bardziej przypominała czaszkę człowieka współczesnego niż australopiteka czy parantropa. Miała dużą mózgoczaszkę, co wskazywało, że ten hominin mógł zrobić bardziej finezyjny użytek z rąk – precyzyjniej manipulować przedmiotami, takimi jak kamienie i narzędzia do odcinania mięsa od kości. Nazwano go Homo habilis, czyli człowiekiem zręcznym.
W 1984 roku ekipa pod kierownictwem syna Louisa i Mary, Richarda Leakeya, dokonała zdumiewającego odkrycia, które pozwoliło uzupełnić ogromną lukę w naszej wiedzy na temat ewolucji człowieka. Współpracownicy Leakeya znaleźli w rejonie jeziora Turkana w północnej Kenii szczątki przedstawiciela grupy, której już blisko było do nas. To chłopiec znad jeziora Turkana, czyli Homo erectus, co znaczy człowiek wyprostowany. Ten gatunek żył 1,5 miliona lat temu i w przeciwieństwie do innych linii ewolucyjnych, takich jak Homo habilis, które wymarły, Homo erectus przetrwał i ewoluował. Chłopiec znad jeziora Turkana miał prawdopodobnie około dwunastu lat, nie zdążył wejść w okres dojrzewania. Jest to najbardziej kompletny ze znalezionych dotychczas szkieletów homininów. Chłopiec miał półtora metra wzrostu.
Większość ekspertów uważa, że Homo erectus nauczył się rozpalać ogień, pocierając o siebie krzemienie, więc miał mniejszą klatkę piersiową (a zatem także jelita) i zęby, bo jadł miękkie, poddane obróbce termicznej jedzenie, a dzięki większemu spożyciu białka szybciej powiększał się jego mózg. Mniej więcej w tym samym czasie rozwinął się język, prawdopodobnie z dużym użyciem mlasków („cmokających” czy „kląskających” dźwięków). Możliwe, że chłopiec znad jeziora Turkana porozumiewał się w taki właśnie sposób. Mózg Homo erectus robił się coraz większy, aż około 400 tysięcy lat temu ten hominin stał się archaicznym Homo sapiens. Po kolejnych 200 tysiącach lat przekształcił się w pełni w Homo sapiens, pod względem anatomicznym takiego samego jak my. Homo sapiens sapiens, człowiek współczesny, w pełni ukształtował się genetycznie około 100 tysięcy lat temu.
Mniej więcej 90 tysięcy lat temu Homo sapiens sapiens rozprzestrzenił się w całej Afryce. Na kontynencie prawdopodobnie żyło wtedy około miliona ludzi w niewielkich społecznościach liczących po niemal sto pięćdziesiąt osób.
A potem nastąpiła katastrofa. Niektóre części Afryki zaczęły wysychać, brakowało jedzenia i wody. Nasi przodkowie nagle musieli ze sobą konkurować o kurczące się zasoby i znaleźć sposób na przetrwanie. Dawniejsze homininy, w szczególności Homo erectus, emigrowały z Afryki już 2 miliony lat wcześniej, ale dopiero 90–60 tysięcy lat temu wiele zdesperowanych Homo sapiens sapiens postanowiło szukać szczęścia poza ojczystym kontynentem. W zjawisku ludzkiej migracji nie ma nic nowego.
Pierwsze grupy dotarły na Półwysep Arabski, skąd dalsi pionierzy wyruszyli do Europy i Azji. Spotkali tam różnych potomków Homo erectus – neandertalczyków i Homo heidelbergensis w Europie, w Azji natomiast grupy denisowian, Homo floresiensis, Homo longi, Homo luzonensis i najprawdopodobniej także inne gatunki archaicznych ludzi. W tamtym czasie byliśmy tylko jednym prowincjonalnym afrykańskim składnikiem przyprawiającej o zawrót głowy mieszanki ludzkich gatunków. Przez wiele tysiącleci współistnieliśmy z naszymi genetycznymi kuzynami, z którymi dzieliliśmy nie tylko te same krajobrazy, ale także coś bardziej intymnego – geny, bo się z nimi krzyżowaliśmy. Do dziś Europejczycy i ich potomkowie mają w swoim genomie pozostałości DNA neandertalczyków, a mieszkańcy Azji, ludy Pacyfiku oraz rdzenni Amerykanie – ślady genów innych homininów. Nie rozumiemy dokładnie, dlaczego tylko nasza gałąź przetrwała, możliwe jednak, że pewną rolę odegrały tu nasze większe zdolności poznawcze i zmieniające się środowisko, więc inne archaiczne gatunki człowieka wymarły, nie wytrzymując konkurencji z naszej strony.
Jeszcze 8000–12 000 lat temu wszyscy ludzie byli ciemnoskórzy. Blada cera, jasne włosy i jasne tęczówki wyewoluowały dopiero, kiedy Homo sapiens wyemigrowali z Afryki i zaadaptowali się do innych klimatów, co z czasem doprowadziło do powstania zróżnicowanych cech rasowych, które widzimy dziś. Nasza linia, rodzaj Homo, i nasze w nim miejsce są przedmiotem wielu badań, domysłów i sporów. Coraz więcej dowodów wskazuje na to, że archaiczni ludzie wyewoluowali w różnych częściach Afryki. Z absolutną pewnością możemy jednak stwierdzić, że 99 procent historii naszej ewolucji rozegrało się na tym kontynencie. Każdy z żyjących dziś ludzi jest albo Afrykaninem, albo potomkiem afrykańskich migrantów.
Homo sapiens sapiens bardzo szybko zaczęli się angażować w typowo ludzkie działania, takie jak tworzenie sztuki dla sztuki. Na pustyni Sahara w północnej Mauretanii wspięłam się kamienistą ścieżką, by podziwiać efekty artystycznej ekspresji na ścianach jaskiń na szczycie Agrour Amogjar płaskowyżu Adrar. Liczące 5 tysięcy lat naskalne malowidła były fascynujące: żyrafa, słoń, gazela, mężczyzna z wyciągniętymi rękami i kobiety o przesadnie uwydatnionych biodrach, co niewątpliwie miało być oznaką płodności. Wyżej dostrzegłam rysunek słońca z promieniami oraz cztery koła, które mają podobno symbolizować pory roku.
Doktor Slimane Hachi, tryskający energią dyrektor Narodowego Centrum Badań Prehistorycznych, Antropologicznych i Historycznych (CNRPAH) w Algierze, zrobił mi szybki kurs sztuki prehistorycznej. Stwierdził, że Algieria, najrozleglejsze państwo w Afryce, ma tak dużo sztuki naskalnej, że jest „największym na świecie muzeum na otwartym powietrzu!”. Oglądaliśmy razem wspaniałe zdjęcia naskalnych malowideł z Tasili Wan Ahdżar sprzed około 10 tysięcy lat, przedstawiających pejzaże i dzikie zwierzęta, takie jak bawoły, żyrafy i słonie. A także ogromne postacie ludzkie z kolistymi głowami. W miarę rozwoju gatunku ludzkiego na saharyjskich skałach zaczęto przedstawiać rolników, pasterzy, poganiaczy wołów i owce – symbole dawno zaginionego świata, niczym rozbitkowie na oceanie piasku.
Najstarsze malowidło naskalne znalezione dotychczas w Afryce pochodzi sprzed 26–28 tysięcy lat. Znajduje się w Namibii i składa z siedmiu kamiennych płyt. Białym, ochrowym i ciemnografitowym pigmentem wymalowano na brązowoszarym kwarcycie różne zwierzęta. Naskalne i jaskiniowe malowidła nie są bynajmniej pierwszymi dziełami sztuki stworzonymi przez Homo sapiens. Jedną z rzeczy, które czynią nas ludźmi, jest zdolność konceptualizacji przyszłości i przeszłości. Tacy eksperci jak doktor Hachi nie mają pewności, kiedy dawni ludzie zaczęli rozwijać niezbędną do tego wyobraźnię i abstrakcyjne rozumowanie. Być może najstarszym przedmiotem pokazującym myślenie symboliczne jest gładki kawałek kamienia o długości mniej więcej czterech centymetrów, pochodzący sprzed 75–100 tysięcy lat, znaleziony w jaskini Blombos 300 kilometrów na wschód od Kapsztadu, a dziś przechowywany w muzeum w Johannesburgu. Kiedy trzymałam go w dłoni pod czujnym okiem kustosza, wyglądał jak zupełnie zwyczajny czerwony kamyk. Kustosz zwrócił mi uwagę na wydrapany na nim wzór z kresek układających się w romby przecięte trzema równoległymi liniami. W jaskini Blombos znaleziono także dużą muszlę z resztkami sproszkowanej ochry, która służyła do wyrobu pigmentów i farby do ozdabiania ciała lub twarzy. Jej wiek szacuje się na 100 tysięcy lat – byłby to z pewnością najstarszy zestaw do makijażu na świecie. Prehistoryczni ludzie najwyraźniej byli tacy jak my: tworzyli sztukę, rozmawiali, opowiadali sobie historie i żarty, śpiewali, muzykowali i tańczyli, mieli własne systemy wierzeń i własną duchowość. Taka jest kondycja ludzka w Afryce i wszędzie na świecie, dawniej i dziś.
Eksperci, którzy chcą dogłębniej zrozumieć nasze społeczne i kulturowe początki, mogą się wiele dowiedzieć z obserwacji wyjątkowej społeczności łowców-zbieraczy, zwanej Hadzabe lub Hadza. Lud Hadzabe zamieszkuje region Wielkiego Rowu Wschodniego w Tanzanii, na skraju równiny Serengeti. To ostatnia grupa etniczna, która poluje na grubą zwierzynę tak, jak robili to nasi przodkowie. Prehistoryczni ludzie byli łowcami-zbieraczami, łowili ryby w potokach za pomocą lin z pnączy i haczyków z kości, szukali w leśnym poszyciu owoców, miodu oraz orzechów, a na trawiastych równinach z dzidami w dłoni polowali na zwierzynę. Kiedy na jednym obszarze wyczerpały się zasoby, przenosili się na następny. Taki tryb życia prowadziliśmy przez 99 procent naszej historii.
Bardzo chciałam poznać Hadzabe, odkąd przeczytałam o nich w pracy błyskotliwego tanzańskiego profesora Audaxa Mabulli, dyrektora Muzeum Narodowego Tanzanii. Pojechałam nad jezioro Eyasi, niecałe sto kilometrów od krateru Ngorongoro, żeby ich odwiedzić. Ten krater to najlepiej zachowana wulkaniczna kaldera na świecie. Homo sapiens sapiens i nasi przodkowie żyli w tym ekosystemie od ponad 3 milionów lat. Na obszar zamieszkiwany przez Hadzabe składają się rozległe zielone tereny ukształtowane w wyniku erupcji wulkanów. Ostatni odcinek podróży w buszu można było pokonać tylko pieszo, przedzierając się przez gęste zarośla. Mój przewodnik i tłumacz David Maragu szedł przodem i odgarniał bujną roślinność, torując nam drogę.
Po dłuższej chwili dostrzegliśmy kilka niewielkich szałasów z gałęzi i liści ukrytych wśród drzew. Na polanie siedziała w kucki na ziemi grupa kilkunastu mężczyzn w futrzanych nakryciach głowy z ogonów pawianów, a obok tliło się ognisko. Śpiewali, jeden zaś grał melodyjnie na prostym instrumencie strunowym umieszczonym pod brodą. Za nimi widać było wysokie baobaby, a na ich gałęziach wisiały czaszki i fragmenty kości upolowanych zwierząt.
Jak wyjaśniał profesor Mabulla, Hadzabe, w sumie około tysiąca osób, żyją w niewielkich autonomicznych grupach. Dziś tylko mniej więcej jedna czwarta zachowuje tradycyjny tryb życia, utrzymując się wyłącznie ze zbieractwa i łowiectwa. Nie hodują zwierząt ani nie uprawiają roślin, mają za to psy myśliwskie i przemieszczają się za migrującą zwierzyną, przenosząc się co kilka tygodni na nowe tereny, gdzie budują szałasy. Chociaż kolejne rządy Tanzanii proponują Hadzabe stałe schronienie, wielu członków ludu woli żyć tak jak nasi przodkowie. W istocie odrzucenie przez nich atrybutów nowoczesności oraz ich głęboki związek z naturą są pouczającą lekcją dla nas wszystkich, którzy zmagamy się ze szkodami wyrządzonymi środowisku przez działalność człowieka i pogoń za dobrami materialnymi.
Hadzabe prowadzą niezwykle wspólnotowe życie. Nocą śpią wszyscy razem, ale za dnia kobiety i dzieci przebywają w innej części obozowiska. Zauważyłam, że dzieci w tej dwudziestopięcioosobowej społeczności były wychowywane kolektywnie przez wszystkie kobiety. Taka praktyka, zwana przez antropologów rozszerzonym rodzicielstwem (lub allorodzicielstwem), jest w Afryce dość rozpowszechniona. Na przykład u ludu Kung w Botswanie każdym dzieckiem zajmuje się wielu dorosłych, a starsze dzieci często włączają się w opiekę nad młodszymi. W pewnym badaniu ludu Efe w Demokratycznej Republice Konga stwierdzono, że niemowlętami do osiemnastego tygodnia życia zdążyło zajmować się średnio czternaścioro allorodziców. Paleoantropolodzy uważają, że podobny system opieki działał w społeczeństwach prehistorycznych ludzi oraz łowców-zbieraczy, a zdaniem niektórych dzisiejszych psychiatrów może on zmniejszyć stres i presję odczuwaną przez matki i ograniczyć lęki u dzieci. Koncepcja rodziny nuklearnej jest nowym wynalazkiem, idącym na przekór ewolucyjnej historii naszego gatunku i obcym Hadzabe. Chociaż praktykują oni seryjną monogamię, związki mogą trwać krótko, więc kobieta może nie być pewna, kto jest ojcem jej dziecka.
Społeczeństwo Hadzabe jest egalitarne, jego członkowie wszystkim się dzielą. Kobiety i dzieci szukają jadalnych bulw, zbierają dzikie rośliny i jagody, a także zabijają drobne zwierzęta, takie jak myszy i małe ptaki. Zbieranie miodu przypada jednak mężczyznom. Hadzabe nie przechowują jedzenia. Jeśli upolują duże zwierzę, zjadają je w ciągu pięciu dni. Żadna jego część się nie marnuje. O świcie chłopcy towarzyszą mężczyznom w wyprawie do buszu, by patrzeć, jak starsi polują, i się od nich uczyć. Zanim wyruszyłam z Hadzabe na łowy, jeden z nich pokazał mi, jak naciągać cięciwę łuku. Moja próba strzelania wypadła żałośnie – zawstydził mnie trzylatek, którego strzała doleciała dalej niż moja. Myśliwi noszą skóry pawianów, żeby wyglądem i zapachem upodobnić się do zwierząt i dzięki temu móc podejść bliżej ofiary. Zaostrzone strzały maczają w truciźnie pozyskiwanej z roślin lub chrząszczy. Jeśli postrzelone zwierzę nie zginie od razu, trucizna je osłabi, a kiedy w końcu umrze, Hadzabe trafią do niego, obserwując krążące nad padliną sępy. Tego dnia wróciliśmy do obozowiska z pustymi rękami.
Zbieracka wyprawa kobiet okazała się bardziej owocna, bo to pewniejsze źródło pożywienia niż męskie polowanie – i zawsze tak było! Po powrocie mężczyźni wspięli się na baobaby po wbitych w pnie kołkach i narwali owoców w twardych łupinach. Wieczorem wszyscy zjedli gotowaną potrawkę z owoców baobabu i warzyw korzeniowych – wegańskie niebo w gębie.
O zmierzchu siedzieliśmy wszyscy przy ognisku, gawędząc wesoło za pośrednictwem tłumacza, który pomógł mi nawiązać relację z Hadzabe. Mówią oni językiem hadzane, niepowiązanym z żadnym innym afrykańskim językiem, chociaż można zauważyć pewne podobieństwa z językami mlasków ludów Khoisan ze wschodniej, środkowej i z południowej Afryki, zaliczanych czasem do rodziny języków nigero-kongijskich2.
Hadzabe wierzą, że sztuka naskalna w rejonie jeziora Eyasi wyszła spod ręki ich przodków. Malowidła przedstawiają dzikie zwierzęta, stylizowane postacie ludzkie oraz czerwone abstrakcyjne wzory złożone z koncentrycznych kręgów albo kropek i kresek. Znajdziemy tam rysunki owoców baobabów i jagód, a także ludzi celujących do zwierząt z łuków. Niektóre z tych malowideł mogli wykonać szamani, którzy po zjedzeniu psychoaktywnych roślin doświadczali halucynacji i wrażenia postrzegania świata spoza własnego ciała. Dla naszych przodków rośliny lecznicze były ważne, podobnie jak dla dzisiejszych Afrykanów. Hadzabe gotują korę mondoko i stosują ją do robienia kompresów. Przy nieżytach dróg oddechowych piją wywar z kory morongodako. Jednak dawniej, jak tłumaczył profesor Mabulla, jeśli ktoś nie reagował na kurację i był zbyt chory czy słaby, żeby migrować wraz z innymi, społeczność nie miała innego wyboru, jak tylko zostawić taką osobę i pozwolić działać naturze.
Nie możemy być pewni, jak wyglądały systemy wierzeń prehistorycznych ludzi, ale Hadzabe do dziś wierzą w kosmologię obejmującą słońce, gwiazdy i księżyc. Nie mają rozbudowanych rytuałów pogrzebowych ani hierarchii religijnej. Podobnie jak Hadzabe, archaiczne społeczeństwa łowców-zbieraczy chowały zmarłych w skalnych wnękach czy rozpadlinach, być może z przedmiotami zwanymi wyposażeniem grobowym. Robiły tak również inne gatunki, takie jak neandertalczycy.
W Afryce istnieje wiele autochtonicznych systemów wierzeń, odzwierciedlających różnorodność jej mieszkańców, ale jest między nimi także sporo podobieństw. Powinnam tu zaznaczyć, że chociaż używam określenia „afrykańskie religie” jako wygodnego skrótu, wiąże się z nim pewien problem terminologiczny. Słowo „religia” tak bardzo kojarzy się z tradycjami abrahamowymi, że rzutuje to na nasze rozumienie afrykańskich duchowych idei i wierzeń, zaciemniając ich obraz. Na opisach systemów wyznaniowych Afryki dokonywanych przez zachodnich uczonych, teologów i misjonarzy odbiły się ich własne perspektywy religijne. Nieżyjący już kenijski naukowiec John Mbiti zauważył: „Te wcześniejsze opisy zostawiły nam terminy nieadekwatne, pejoratywne, pogardliwe i pełne uprzedzeń”3.
Na przykład angielski antropolog E.B. Tylor w swojej książce Primitive Culture (Kultura prymitywna) z 1871 roku nazwał afrykańskie praktyki religijne „animizmem” – od łacińskiego słowa anima oznaczającego oddech lub duszę. Pisał, że „ludy prymitywne” wierzą, iż każdy przedmiot ma własną duszę, wszechświat zamieszkują więc niezliczone duchy, które są czczone w ramach swoistego politeizmu. Umiejscawiał afrykańską duchowość na najniższym szczeblu religijnej ewolucji. Termin „animizm” nadal jest powszechnie stosowany, chociaż afrykańscy naukowcy już dawno od niego odeszli, uznając, że błędnie oddaje duchowe wierzenia, które ma opisywać. Dopiero w połowie XX wieku pojawiły się poważne, życzliwsze sposoby podejścia do tradycyjnych afrykańskich wierzeń, a Mbiti wniósł istotny wkład w naszą wiedzę na ten temat4. Według niego w większości afrykańskich języków nie ma nawet słowa oznaczającego religię, nie istnieją też święte pisma. Wciąż praktykowane religie Afryki, takie jak wodun, wodu, orisza i inkice, są otwarte na ciągłe zmiany i nowości, ale nie należy ich rozważać w kategoriach monoteizmu czy politeizmu. Wszystkie te afrykańskie wierzenia łączą wspólne cechy, na przykład koncepcja pewnej siły, jednocześnie transcendentnej i immanentnej, przenikającej całe stworzenie, obecnej w drzewach, roślinach, wietrze i innych aspektach przyrody – stąd błędna nazwa „animizm”.
Niezwykle trwałe w zachodnich poglądach na afrykańskie tradycje okazało się także przekonanie, że Afrykanie uprawiają „kult przodków”, odrzucane przez rodzimych naukowców. Po raz pierwszy użył tego terminu angielski uczony Herbert Spencer w swojej książce Zasady socjologii z 1885 roku, opisując związek między „dzikimi” ludami, jak je nazywał, a duchami zmarłych. W rzeczywistości według większości tradycyjnych wierzeń afrykańskich przodkowie istnieją w innym świecie czy wymiarze i mogą być przyzywani, by interweniować w bieżących sprawach. W społeczności można znaleźć „świętych ludzi” – byty duchowe, które są pośrednikami między tymi na ziemi a tymi, którzy odeszli. Żywych łączy z tymi w zaświatach głęboka więź. Zmarli nadal tworzą część rodziny, odmawia się za nich modlitwy i składa ofiary, by „dobro” emanowało z nich i docierało na ziemię. To bardzo praktyczna duchowość. Nie ma koncepcji piekła czekającego na grzeszników ani raju, do którego mają trafić wierzący. Nie zachęca się do przestrzegania zasad moralnych po to, by zapewnić sobie szczęśliwą egzystencję w zaświatach – liczy się obecne życie. W tym sensie tradycyjne religie afrykańskie często w mniejszym stopniu dotyczą jednostki, a w większym społeczności. Wiele czytelniczek i wielu czytelników zapewne zna słowo ubuntu z języka nguni w południowej Afryce, które można tłumaczyć jako „człowieczeństwo wobec innych” albo „jestem tym, kim jestem, dzięki temu, kim wszyscy jesteśmy”, a które oddaje istotę rdzennych afrykańskich wierzeń.
Pathisa Nyathi, ekspert od kultury Zimbabwe, zabrał mnie na wzgórza Matobo w Matabelelandzie na spotkanie z członkami pewnej społeczności, którzy odprawiali ceremonię przyzywania duchów przodków. Patrzyłam jak zahipnotyzowana na grupę złożoną z czterech mężczyzn i jednej kobiety: siedząc na ziemi, zawodzili głośno, klaskali i wywoływali imiona swoich przodków, prosząc, by opiekowali się ich potomstwem. Pathisa tłumaczył, że afrykańskie wierzenia duchowe nie mają doktrynalnego charakteru i że obca jest im idea nawrócenia, wobec czego nigdy nie dochodziło do wojen religijnych wynikających z konfliktów między poszczególnymi systemami wierzeń. Wydało mi się to niezwykle ciekawym i trzeźwym spostrzeżeniem. W świecie, w którym religia tak często bywa czynnikiem zaogniającym konflikt, wszyscy moglibyśmy się uczyć od Hadzabe, wyznawców tradycyjnych afrykańskich wierzeń.
Chociaż przez prawie cały okres istnienia naszego gatunku żyliśmy jako łowcy-zbieracze, to w ciągu ostatnich 12 tysięcy lat – co stanowi 1 procent tego czasu – doświadczyliśmy najbardziej spektakularnej przemiany. Około 8000–10 000 lat temu w Afryce panował bardzo wilgotny klimat. Tryb życia mieszkańców rozległych obszarów kontynentu, w tym pustyni Sahara, znacznie mniejszej niż dziś, i większych lasów równikowych, wiązał się ściśle z wodą.
W przedziale między 7000 a 5000 r. p.n.e. ludzie stali się pasterzami i rolnikami. Zaczęliśmy się porozumiewać i współpracować ze sobą, a także tworzyć więzi wykraczające poza te oparte wyłącznie na pokrewieństwie. Około 7000 r. p.n.e. mieszkańcy wybrzeży zaczęli łowić ryby i skorupiaki występujące w dużej obfitości w lagunach i ujściach rzek. Grupy ludzi, dla których ryby stanowiły główne źródło pożywienia, osiedlały się nad oceanami, morzami, jeziorami i rzekami i zaczęła przemawiać do nich koncepcja wspólnej produkcji żywności. Dalej polowali oni na żyrafy, antylopy i bawoły, ale zaczęli także chronić i hodować zwierzęta, z których mieli najwięcej pożytku, takie jak dzikie kozy, owce, a później bydło, stopniowo udomawiając te gatunki. Dawne ludy pasterskie częściej pozyskiwały ze zwierząt mleko niż mięso, a dzisiejsi Masajowie wciąż prowadzą podobny tryb życia. Nazwa tego ludu pochodzi od języka maa, którym się posługują. Żyją w północnej Tanzanii i południowej Kenii, a skamieniałości udomowionych zwierząt dowodzą, że ludy pasterskie od dawna zamieszkiwały ten region.
Odwiedziłam osadę Masajów na równinie Serengeti na północy Tanzanii. W około trzydziestu chatach mieszkały liczne rodziny wielopokoleniowe. Kiedy wysiadłam z samochodu, żeby uścisnąć dłonie kilku przedstawicielek społeczności, które czekały, by mnie powitać, od razu uderzyła mnie ich elegancja: były to wysokie, smukłe kobiety w szatach barwy głębokiej czerwieni, z ogolonymi głowami o pięknym kształcie, miały długie szyje obwieszone misterną biżuterią z koralików, a rozciągnięte płatki uszu ozdobione kolczykami. Nieopodal dostrzegłam małego chłopca biegnącego przed zadbanym stadkiem owiec, które posłusznie za nim podążały – odpowiedzialność za zaganianie zwierząt hodowlanych spoczywa na masajskich chłopcach i ich wiernych psach. Masajowie są koczownikami, przenoszą się wraz ze swoimi zwierzętami z miejsca na miejsce w poszukiwaniu nowych pastwisk. Osada była opasana ogrodzeniem z ciernistych gałęzi akacji, zbudowanym dla ochrony przed dziką fauną Serengeti. Chaty z błota, patyków, traw i krowiego łajna są budowane przez kobiety, za spoiwo służy krowi mocz.
Kinama Marite, lokalny masajski przewodnik, który mówił po angielsku barwnie i w świetnym stylu, powiedział mi, że bydło jest dla Masajów wszystkim: „Bez krów nie ma mleka, nie ma mięsa, więc nie ma też Masajów”. Wszystkie podstawowe potrzeby zaspokajają dzięki bydłu: pozyskują z niego jedzenie, mleko, skóry i łajno wykorzystywane jako materiały budowlane. Tradycyjnie masajscy wojownicy pili krew krów, żeby się wzmocnić, a Kinama twierdził, że sam to robił całkiem często – żartował, że jest to świetne lekarstwo na kaca. Społeczności pasterskie w całej Afryce, nie tylko Masajowie, od zawsze musiały jak najlepiej wykorzystywać zasoby środowiskowe, co zapewniło im wyjątkową zdolność przetrwania i adaptacji, a także wysoko rozwinięty system solidarności.
Na początku VII tysiąclecia p.n.e. społeczności żyjące w głębi lądu zaczęły budować osady i uprawiać ziemię będącą własnością wspólną. Początkowo ludzie hodowali między innymi proso, pszenicę i sorgo. Odkąd takie zboża wymagały zabiegów człowieka, żeby dobrze rosnąć, można mówić o ich udomowieniu – tak właśnie rozwinęło się rolnictwo. Dowody archeologiczne uzyskane z kamiennych narzędzi wskazują, że do około 1000 r. p.n.e. rolnictwo zdobyło istotne przyczółki na większości kontynentu.
Rodzina rolników, z którą spędziłam dzień w rejonie wzgórz Matobo w południowym Zimbabwe, była zżytą gromadką. Jako drobni farmerzy uprawiają ziemię metodami niewiele się różniącymi od tych, którymi posługiwali się ich przodkowie. Charles Dube, jego dwie przyjacielskie, choć nieśmiałe żony, Kukhanya i Sibongile, oraz matka Cezanne hodują między innymi kukurydzę i fasolę szparagową, a nadwyżki sprzedają na rynku. Można powiedzieć, że rolnictwo to sprawa rodzinna – była niedziela, więc dzieci nie szły do szkoły, tylko pomagały w gospodarstwie. Uprawa ziemi jest pracochłonna, a pola Dube’ów nadal są zasilane tylko deszczem, więc narażone na kaprysy pogody: przy dużych opadach uprawy zostają zalane, przy małych – następuje susza. Rodzina nie może więc rozwinąć produkcji na większą skalę. Dube’owie używają bardzo prostego sprzętu, ale to takie same żelazne narzędzia wiele stuleci temu odmieniły rolnictwo w Afryce.
Żelazo, metal występujący obficie w skorupie ziemskiej, jest mocniejsze i bardziej uniwersalne od miedzi i jej stopu – brązu. Rudy żelaza znajdowano w znacznej części Afryki. Należało je wydobyć z ziemi i wytopić w piecach w wysokiej temperaturze (1200°C), zanim dało się z nich zrobić coś przydatnego. Wynalezienie wytopu żelaza około 2500 r. p.n.e. umożliwiło wytwarzanie bardziej wytrzymałych narzędzi: toporków i motyk, używanych w rolnictwie, kociołków, używanych także do przechowywania i transportowania żywności, oraz broni. Wiedzę i umiejętności dotyczące wyrobu żelaza zachowywano w obrębie rodzin jako cenne atuty przynoszące szacunek i zaszczyt. W niektórych społecznościach wierzono, że dobry kowal posiada ducha, który podpowiada, gdzie znaleźć złoża żelaza i jak je wytapiać. Najdawniejszymi afrykańskimi cywilizacjami, które rozwijały się z dużym powodzeniem, były te, które po mistrzowsku opanowały wytwarzanie żelaza, na przykład starożytni Egipcjanie i kultura Nok z wyżyny Dżos w Afryce Zachodniej.
A zatem jakieś 7000–5000 lat temu wykształciły się dwa odrębne typy afrykańskich społeczności: koczownicze ludy pasterskie, bazujące na hodowli bydła, oraz bardziej osiadli rolnicy, którzy budowali stałe schronienia z takich materiałów, jak błoto, kamienie i trzcina. Oczywiście wielu z nich jednocześnie polowało, łowiło ryby i zbierało dziko rosnące rośliny jadalne. Ziemia rzadko była własnością prywatną, więc Afryka nie doświadczyła wstrząsów z powodu buntów chłopów przeciwko elicie posiadaczy gruntów, jak to miało miejsce w feudalnej Europie, gdzie chłopi pańszczyźniani harowali na rzecz panów, którym przyznawano ziemię w zamian za lojalność wobec króla. Afryka rozwijała się poza ramami prywatnej i państwowej własności gruntów znacznie dłużej niż inne kontynenty.
Brak licznej klasy właścicieli ziemskich nie znaczył jednak, że afrykańskie społeczności były egalitarne. Istniały bogate elity posiadaczy dużych stad zwierząt. Kiedy ludzie zaczęli żyć we wspólnotach, stały się potrzebne zorganizowane grupy mężczyzn, które zaganiałyby wspólne bydło i dokonywałyby wypadów na tereny innych społeczności, wyłonili się wtedy wodzowie. Te elity prosperowały i gromadziły majątek, a do jego ochrony tworzyły armie i zawierały strategiczne sojusze, żeniąc się z kobietami z innych grup. Chcąc zachować swój status, wodzowie wprowadzili dziedziczny system panowania. Otaczali swoich poddanych opieką w zamian za ich lojalność, pracę i służbę. W wielu częściach Afryki posiadanie bydła było i wciąż pozostaje niezwykle istotnym czynnikiem decydującym o władzy i zamożności.
Kiedy okrzepła metalurgia żelaza, znacznie efektywniejsze stało się produkowanie, pozyskiwanie, przygotowywanie i przechowywanie żywności, więc w całej Afryce ludzie mieli więcej czasu na inne rzeczy. Zaczęli świadczyć usługi i wytwarzać towary, na przykład ozdoby, na wymianę. W ten sposób powstał nowy system gospodarczy, w którym część ludzi przestała samodzielnie uprawiać żywność i zaczęła kupować ją od rolników, a to dało początek sieciom handlowym. W niektórych regionach Afryki społeczności rolnicze rozwinęły zaawansowane metody uprawy i nawadniania pól, co prowadziło do kształtowania się bardziej zróżnicowanego trybu życia. Na całym kontynencie pojawiły się ośrodki miejskie, a później królestwa i imperia, zasiedlone przez energicznych, zaradnych mieszkańców i rządzone przez barwnych, charyzmatycznych królów i królowe, których wojska walczyły w bitwach i jeśli zwyciężyły, zgarniały cały łup. O tych pradawnych kulturach nie wiemy jednak aż tak dużo jak o jednej wspaniałej cywilizacji, której często nawet nie uznaje się za afrykańską.
ROZDZIAŁ 2
Dar Nilu
Żadna inna cywilizacja w Afryce nie zawładnęła masową wyobraźnią w większym stopniu niż starożytny Egipt. Cały świat słyszał o piramidach, świątyniach, zmumifikowanych szczątkach, sarkofagach, artefaktach, skarbach i nastoletnim królu Tutanchamonie, a książki na ich temat mogłyby zapełnić niejedną bibliotekę. To jedyny aspekt afrykańskiej historii, o którym powszechnie uczy się w szkołach: pamiętam, jak bardzo mnie ten temat zachwycił i wciągnął, kiedy byłam uczennicą w Londynie.
Herodot, grecki historyk z V w. p.n.e., poświęcił Egiptowi cały tom swoich Dziejów, w którym nazywał ten kraj „darem Nilu”. Rzymian fascynowała egipska sztuka, a wiele stuleci później renesansowi artyści w Europie wykorzystywali hieroglificzne symbole i inne aspekty egipskiej kultury.
Kampania cesarza Napoleona Bonapartego w Egipcie (1798–1801), podczas której towarzyszyli mu archeolodzy, przyniosła naukowy przełom. Odkrycie przez członków ekspedycji kamienia z Rosetty, gęsto zapisanego staroegipskim pismem, wywołało wielką sensację i właściwie zapoczątkowało całą dyscyplinę egiptologii.
Także style architektoniczne w Europie i Ameryce Północnej czerpały z egipskich wpływów. Egyptian Hall, który stanął w 1812 roku przy londyńskiej Piccadilly, był pierwszym w Anglii budynkiem z egipskimi motywami i elementami, takimi jak dyski słoneczne, papirusowe kolumny i nachylone ściany boczne. Na całym świecie stawiano obeliski, chociażby pomnik Waszyngtona w Stanach Zjednoczonych, a na cmentarzach budowano piramidy dla upamiętnienia zmarłych – Highgate Cemetery w Londynie ma nawet aleję Egipską. Pod koniec XIX wieku, kiedy Brytyjczycy umocnili kolonialną kontrolę nad Egiptem, kraj przyciągał więcej europejskich turystów, którzy korzystali z jego dostępności, w porównaniu z innymi częściami Afryki.
W 1922 roku zainteresowanie Egiptem osiągnęło nowy poziom po odkryciu grobowca Tutanchamona, a w nim tysięcy artefaktów, między innymi klejnotów i mebli. Wkrótce w Europie i Ameryce Północnej zaczęto masowo produkować przedmioty oraz sztukę w stylu egipskim: biżuterię, ubrania, kosmetyki, obrazy, rzeźby. Sami Egipcjanie wykorzystali apetyt na wszystko co egipskie i wytwarzali towary na rynek krajowy i międzynarodowy. Nadal zresztą to robią, co wie każdy turysta, który odwiedził ten kraj. Popularną powieść brytyjskiej pisarki Agathy Christie z 1937 roku Śmierć na Nilu zainspirowały jej liczne podróże do Egiptu.
W XIX i XX wieku egiptomania dotarła do wyższych sfer artystycznego świata w Paryżu. Słynny francuski rzeźbiarz Auguste Rodin czerpał inspirację z egipskich rzeźb i płaskorzeźb, podobnie jak Włoch Alberto Giacometti, którego Głowa Isabel z około 1937 roku uderzająco przypomina popiersie królowej Nefretete (Nefertiti). Europejczykom starożytny Egipt zaczął się kojarzyć z egzotyką, bogactwem i luksusem, ale za Atlantykiem miał on szczególne znaczenie dla potomków afrykańskich niewolników, którzy walczyli o uznanie ich za równoprawnych obywateli.
Afroamerykańscy artyści tacy jak protegowany Rodina Meta Vaux Warrick Fuller korzystali z blasku Egiptu nie tylko artystycznie, ale także politycznie. Wykonany przez Fullera posąg Etiopia z 1921 roku przedstawia czarną kobietę wyłaniającą się z zawojów mumii jako symbol odrodzenia czarnych. Fuller pisał: „Oto grupa, która kiedyś tworzyła historię, a teraz budziła się z długiego snu, stopniowo odwijała bandaże swojej zmumifikowanej przeszłości i zwracała się z powrotem ku życiu, z wyczekiwaniem, lecz bez strachu i przynajmniej z pełnym gracji gestem”. Intelektualiści i artyści tworzący w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku ruch, który nazwano renesansem Harlemu, uznali starożytny Egipt za cywilizację afrykańską i wykorzystywali jego kulturę do wyrażania przekazu o emancypacji i czarnej dumie. „Najwspanialszym chyba okresem egipskiej historii – twierdził Fuller – jest okres czarnych królów”1. Takie odczucia nadal są szeroko rozpowszechnione zarówno wśród afrykańskiej diaspory, jak i na samym kontynencie, co budzi kontrowersje czy wręcz zajadłe dyskusje.
Wielu ludzi, także w samym Egipcie, postrzega staroegipską historię jako w pewnym sensie inną, odrębną od reszty kontynentu. W tej myśli kryje się pogląd, że tak wielka cywilizacja nie mogła się wyłonić z „czarnej Afryki” i że za ukształtowanie jej początków oraz rozwoju w jakiś sposób odpowiadają siły spoza kontynentu.
Na początku 2023 roku ogromne poruszenie wywołała sprawa obsadzenia czarnej brytyjskiej aktorki Adele James w roli Kleopatry w fabularyzowanym serialu dokumentalnym Netflixa wyprodukowanym przez Afroamerykankę Jadę Pinkett Smith. Egipskie Ministerstwo Turystyki i Starożytności ostro skrytykowało serial za nieścisłości w przedstawianiu „faktów historycznych i naukowych” na temat etnicznego pochodzenia Kleopatry – miała ona grecko-macedońskie korzenie. Adele James odpowiedziała na krytykę w egipskich mediach społecznościowych: „Pokazuje to, w jakim stopniu niektórzy ludzie w Egipcie woleliby się zdystansować od reszty Afryki”.
Znany egipski komik i komentator Bassem Youssef zabrał głos w tej awanturze w wywiadzie w amerykańskiej telewizji: „Według mnie problem nie dotyczy koloru skóry […] mamy w Egipcie zróżnicowaną populację. Chodzi o fałszowanie historii przez ruch afrocentryczny, który zaczął w poprzednim stuleciu uczyć Afroamerykanów o bogatej historii królestw Afryki Zachodniej, ale nie mogą oni twierdzić, że to ich przodkowie zbudowali starożytny Egipt, takie twierdzenie jest zawłaszczaniem mojej kultury”.
Podobny spór wybuchł w lutym 2023 roku wokół afroamerykańskiego komika Kevina Harta – w Egipcie podniosły się głosy, by odwołać jego występy w tym kraju z powodu zarzucanego mu poparcia dla „afrocentryzmu” w historii starożytnego Egiptu. I rzeczywiście, ostatecznie Kevin Hart się wycofał.
Wnioskowanie z tych reakcji w Egipcie, że u podstaw takich sprzeciwów leży rasizm, byłoby nadmiernym uproszczeniem. Jak tłumaczył Bassem Youssef sprawa ma mniej wspólnego z rasą, a więcej z wymazywaniem Egipcjan z ich własnej historii w kulturze popularnej i nauczaniu. Jednak takie dyskusje nie są niczym nowym i przypominają mi moje rozmowy z Afrykanami zaangażowanymi w projekt UNESCO General History of Africa (GHA) na temat etniczności starożytnych Egipcjan. Nieżyjący już senegalski badacz Cheikh Anta Diop, który był współautorem rozdziałów o starożytnym Egipcie w GHA, wywołał wielkie poruszenie w latach siedemdziesiątych, kiedy kategorycznie stwierdził, że starożytni Egipcjanie byli nie tylko Afrykanami, ale także „Murzynami”. Kilku innych współautorów GHA odżegnywało się od jego poglądów.
Tożsamość mieszkańców starożytnego Egiptu budzi wiele emocji, ponieważ zbudowali oni tak spektakularną cywilizację, że ludzie o afrykańskich korzeniach naturalnie bardzo by chcieli, by postrzegano ją jako część ich dziedzictwa. W końcu kiedy Mezopotamia i starożytny Egipt ewoluowały jako cywilizacje z miastami, rozwiniętym rolnictwem i pismem, na świecie nadal dominowali koczowniczy łowcy-zbieracze.
Egipcjanie byli pierwszym ludem w Afryce podbitym przez Arabów w latach czterdziestych VII wieku i większość z nich dziś właśnie za Arabów się uważa, przez co dla niektórych identyfikowanie się jako Afrykanin nie jest takie oczywiste. Moim zdaniem nie chodzi o to, by definiować starożytny Egipt jako afrykański lub nie na podstawie rasy jego mieszkańców, tylko o potrzebę zakwestionowania naszych definicji, a może naszych stereotypów co do Afrykanów. W Afryce panuje większa różnorodność rasowa i etniczna niż na wszystkich innych kontynentach, nie da się więc – i nie ma po co – redukować „afrykańskości” do rasy. Egipt od samego początku miał bliskie związki z otaczającymi go kulturami zarówno z Afryki, jak i zachodniej Azji. Jednak jego położenie na afrykańskim kontynencie sprawia, że w ostatecznym rozrachunku jest, był i zawsze będzie afrykański.
Najstarsze dowody archeologiczne na zasiedlenie brzegów Nilu przez ludzi pochodzą z około 7000 r. p.n.e., ale ten obszar był już prawdopodobnie zamieszkany dużo wcześniej. Około 3000 r. p.n.e. przybyło tu więcej migrantów z innych części Afryki, zwabionych nadrzecznym klimatem, kiedy na Saharze robiło się sucho. Te grupy ściągały na wąski pas ziemi w dolinie Nilu i osiedlały się na żyznych brzegach rzeki. Osadnicy prowadzili proste życie: polowali, hodowali zwierzęta i uprawiali ziemię. Z nadrzecznego mułu budowali lepianki, a w miarę rozwoju cywilizacji przeszli do wytwarzania z niego cegieł mułowych z domieszką słomy i wody.
Serce toczącego się tu życia stanowił potężny Nil. Na tę rzekę składa się Nil Błękitny, którego źródła biją na południowym wschodzie, na wyżynach Etiopii, oraz dłuższy Nil Biały, biorący swój początek w dorzeczu rzeki Kongo w górach Ruwenzori. Oba Nile spotykają się w sudańskiej stolicy Chartumie i stąd płyną już jako jedna rzeka, meandrująca przez Sudan w kierunku Egiptu. Przez lata dwa razy udało mi się odwiedzić Chartum akurat w odpowiednim momencie, by zobaczyć na własne oczy niezwykłe zjawisko, kiedy wody dwóch Nilów pozostają w trakcie konfluencji – zlewania się – oddzielne: wygląda to tak, jakby przebiegała między nimi linia prosta – po jednej jej stronie widać jasną szarość Nilu Białego, po drugiej niebieskawozielony odcień Nilu Błękitnego. Kolor nadają im niesione przez wodę osady, a Nil Błękitny przynosi bogaty, żyzny muł, na którym od tysiącleci opiera się rozwój egipskiego rolnictwa. Obecne napięcia między Egiptem a Etiopią, przez którą płynie 85 procent Nilu Błękitnego, dotyczą głównie Tamy Wielkiego Odrodzenia – otwartej w 2020 roku zapory z elektrownią wodną. Mieszkańcy Egiptu boją się, że zmniejszy ona ich własne zasoby wodne.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 3
Królestwo Kusz
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 4
Ezana z Aksum i powstanie chrześcijańskiego królestwa
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 5
Krzyż i półksiężyc
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 6
Rzymska Afryka i Amazygowie
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 7
Islam i dynastie Afryki Północnej
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 8
Mansa Musa i królestwa Afryki Zachodniej
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 9
Tippu Tib i pierwsi handlarze niewolników
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 10
Odlane w brązie
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 11
Południowe królestwa
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 12
Awans Asante: Osei Tutu i Abena Pokou
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 13
Odwaga Asante: Prempeh i Yaa Asantewaa
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 14
Niewolnictwo i ocalenie
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 15
Ziemia, złoto i chciwość
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 16
Królestwo Konga i wyścig o Afrykę
Dostępne w wersji pełnej
ROZDZIAŁ 17
Opór i wyzwolenie Afryki
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Mimo dołożenia wszelkich starań wydawcy i autorce nie udało się ustalić właścicieli praw autorskich do niektórych zdjęć zamieszczonych w tej książce. Wydawca i autorka są gotowi uznać prawowitych właścicieli praw autorskich na podstawie dowodów materialnych i będą wdzięczni za wszelkie informacje co do ich tożsamości.
Dostępne w wersji pełnej
