Adresat nieznany - Barbara Gordon - ebook
lub
Opis

Powieść autorstwa Barbary Gordon, jednej z najbardziej poczytnych autorek w czasach PRL. Książka jest przykładem "kryminału milicyjnego" - gatunku literatury popularnej, który wykształcił się w tamtym okresie. Publikacja będzie bez wątpienia interesująca dla miłośników nietuzinkowych kierunków literackich. Powieści milicyjne doskonale oddają nastroje czasów PRL, zwłaszcza, że opisywane w nich śledztwa prowadzą zwykle oficerowie milicji. Pewne rzeczy z przeszłości lepiej przemilczeć. Bo tam, gdzie zaczyna się zbrodnia, kończy się pewność. Janek Lingwena przychodzi na świat 1 stycznia 1939 roku. Gdy pewnego dnia jako młodzieniec staje w drzwiach swojej ciotki wdowy, kobieta doskonale zdaje sobie sprawę, że razem z nim przybywają również kłopoty. Chłopak przyjeżdża do Lipowa z pewną sprawą. W swoim portfelu nosi ostatni list od ojca, uwikłanego w historię tamtejszej fabryki. Wszystko zaczyna się komplikować. Wraz z pojawieniem się Janka Lingewna, mieszkańcy miasteczka, którzy cokolwiek mogli wiedzieć, giną w tajemniczych okolicznościach. Jednak mężczyzna nie odpuszcza, pragnie zmierzyć się z prawdą. Czuję się bezbronny tylko wobec jednej osoby, pięknej Różyczki Łagunówny... Sprawę przejmuje kapitan Chmura.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 156


Barbara Gordon

Adresat nieznany

Saga

Adresat nieznanyprzełożyła tytuł oryginału Copyright © 1962, 2019 Barbara Gordon i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726191752

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

1. Gość w dom

„Gość w dom — Bóg w dom“ — powiada staropolskie przysłowie, dopatrując się w przybyciu gościa błogosławieństwa dobrotliwych sił wyższych. Autor owego przysłowia sprzed wieków nie znał jednak mojego siostrzeńca, Janka Lingwena.

Moja wersja tradycyjnego przysłowia brzmi: „Janek w dom — kłopot w dom“. Liczne przykłady potwierdzają słuszność tej trawestacji. Fantazja nie opuściła bowiem Janka ani na chwilę od momentu urodzenia. Urodził się zaś podczas sylwestrowej zabawy, kiedy rodzinne i przyjacielskie grono witało pierwszy dzień stycznia fatalnego 1939 roku. Fakt ten zdarzył się w Łodzi, gdzie siostra moja, Ela, zamieszkała po wyjściu za mąż. Szwagier mój pracował jako inżynier-chemik w jednej z tamtejszych dużych fabryk. We wrześniu podczas wojennej tułaczki Ela razem z Jankiem zdążyła dotrzeć do mnie, do Warszawy, zanim rozpoczęło się oblężenie miasta. I oto pewnego dnia zastałyśmy mojego siostrzeńca turlającego się z niemałą uciechą po kojcu z niemieckim niewypałem, który wpadł przez wybite okno. Nie chciał go oddać za żadne skarby i ryczał, kiedy oniemiałe z przerażenia usiłowałyśmy mu odebrać tę zabawkę.

Pierwsze lata okupacji Lingwenowie spędzili pod Warszawą. Szwagier ukrywał się, ponieważ przed wybuchem wojny pracował nad jakimś wynalazkiem, na którym mogło zależeć okupantom. Lingwena odnaleziono jednak i po wywiezionym do Rzeszy ślad zaginął. Ani razu nie otrzymaliśmy od niego wiadomości. Ela przeniosła się wtedy do mnie, do Warszawy. Janek rósł i mężniał. Z tajnych gazetek wycinał gołąbki albo latawce i puszczał je przez okno na ulicę.

Mieszkałyśmy po Powstaniu z Elą pod Krakowem na wsi. Zastanawiałyśmy się, co mamy dalej począć. Wiedziałam, że moje mieszkanie w Warszawie nie istnieje. Zresztą, zbyt wiele tragicznych wspomnień odpychało mnie od gruzów. Zginęli moi najbliżsi, pozostałam samotna. Postanowiłam osiedlić się w którymś z małych miasteczek na Ziemiach Zachodnich.

— Nowe otoczenie, nowi ludzie, inne życie. Będzie mi lżej — mówiłam do Eli, gdy protestowała gwałtownie.

— A ja jadę z powrotem do Łodzi — stwierdziła kategorycznie. — Juliusz żyje — mówiła o mężu — Juliusz na pewno żyje. Tylko w Łodzi możemy się odnaleźć. I tam przez znajomych prędzej uzyskam o nim jakąś wiadomość.

Przyjaciele Juliusza pomogli Eli urządzić się, ale wieści żadnych o koledze nie mieli.

Raz na dwa czy trzy lata spotykałyśmy się z Elą. Obie pracowałyśmy i obie nie miałyśmy pieniędzy na dość dalekie i uciążliwe podróże. Z mojego małego Lipowa nad samym niemal brzegiem Odry do Łodzi nie blisko. Od czasu do czasu Ela przysyłała mi Janka na wakacje. Buszował po miasteczku. Raz chciał koniecznie z kolegami przeprawić się łódką na drugi brzeg rzeki. Zmoczonych i ledwo żywych wyłowili z wody żołnierze WOP-u. Musiałam długo tłumaczyć się, że chłopcy na pewno nie mieli zamiaru przekroczyć granicy, chociaż co do tego nie miałam absolutnej i niezachwianej pewności.

Gdy Janek kończył szkołę i rozpoczynał studia uniwersyteckie, jego odwiedziny urwały się. Dla młodego człowieka takie małe miasteczko niewielką przedstawia atrakcję. W ubiegłym roku na jesieni Ela umarła. Niestety, leżałam wtedy w szpitalu ze złamaną nogą i nie mogłam pojechać na pogrzeb.

Tak więc się złożyło, że Janka nie widziałam właściwie od pięciu lat i kiedy pewnego lipcowego dnia młoda, opalona, szczupła twarz pojawiła się przede mną w oknie mojego kiosku, nie zorientowałam się w pierwszej chwili, że to właśnie on. Pomyślałam tylko, że ta twarz i wesołe, niebieskie oczy przypominają mi kogoś bardzo znajomego.

— Poproszę o „Przegląd Sportowy“ i paczkę grunwaldów — odezwał się zaczepnie i wtedy uświadomiłam sobie, że czas jak gdyby cofnął się o małe trzydzieści lat i oto słyszę trochę wyzywający i kapryśny ton i głos mojej młodszej siostry.

Postanowiłam dać smarkaczowi nauczkę.

— Mój młody człowieku — odpowiedziałam mentorskim tonem — po pierwsze sportowiec powinien wiedzieć, że nowy „Przegląd“ wychodzi dopiero jutro, a skoro tak, to wiadomo, iż starego numeru z pewnością już nie ma w sprzedaży. A po drugie, jak się widzi starą ciotkę po pięciu latach, przede wszystkim mówi się jej ładnie „dzień dobry“.

Roześmiał się hałaśliwie. Skutek moich pouczeń okazał się fatalny. Natychmiast wpakował się do mojej budki. Że zaś, na oko licząc, ma mniej więcej metr osiemdziesiąt wzrostu, zawadził głową o górną półeczkę, z której posypały się starannie ustawione książki, przeważnie z gatunku tych, co to się o nich mówi „cegły“. Od prawdziwych cegieł różnią się jednak tym, iż trudno je sprzedać. Jedna z buteleczek perfum „Ty i ja“ stłukła się i po budce rozszedł się słodki i mdły zapach. Mój siostrzeniec usiadł na stosie pism przeznaczonych do zwrotu i śmiał się nadal, podczas gdy ja rozcierałam ramiona, zgniecione przez niego w czułym uścisku.

— Zorientowałem się, że mnie ciocia nie poznaje — dudnił uszczęśliwiony — no to zrobiłem zgrywę. Gdyby ciocia dalej udawała Greka — wyjaśnił uprzejmie — to bym zaraz spytał o adres obywatelki Milwidowej.

— Podając się — wpadłam w jego ton — za wysłannika Polskiego Radia, Telewizji, Kroniki Filmowej oraz „Kulis“ w celu zrobienia ze mną wywiadu pod tytułem „Świat widziany przez okienko budki z gazetami“. To do ciebie podobne.

Trzepnął z trzaskiem dłonią w kolano. Przy tym ruchu teczka z papeterią pod nazwą „Róża wiatrów“, wsparta o nylonowy kubek ze szczoteczkami do zębów pofrunęła na podłogę, gubiąc po drodze swoją zawartość.

— Ciotka w dechę — oświadczył z aprobatą.

— W co, przepraszam?

Nie zdążył mi wytłumaczyć dokładniej swego sformułowania, gdyż Zygmuś Piętka, syn mojej sąsiadki, przywlókł paczkę z popołudniowym transportem prasy. Zygmuś nie bezinteresownie pełnił funkcję łącznika pomiędzy mną i autobusem, dowożącym dwa razy dziennie pisma. Za to musiałam dla niego rezerwować „Rozrywki umysłowe“.

Rozkładałam właśnie gazety i tygodniki, gdy szybkę przesłonił cień i w okienku ukazała się uśmiechnięta twarz dziewczyny.

— Dobry wieczór, pani Milwidowa — jej głos brzmiał żywo i dźwięcznie — ma pani jeszcze „Express“? Pani mi da szybciutko. Wyskoczyłam na chwilkę, stary będzie się pieklił...

Podałam gazetę i resztę ze złotówki. Oczywiście zdążyła już zauważyć mojego gościa. Spod długich ciemnych rzęs jej bystre czarne oczy rzucały w stronę Janka spojrzenia, które w dawnych romansach określano jako „powłóczyste“. Dla obserwującego taką rzecz z boku, podobne wywracanie oczami przedstawia się co najmniej zabawnie. Nie wiem jednak czemu od najdawniejszych chyba czasów strony wzajemnie sobą zainteresowane nie rezygnują z tego komicznego chwytu. Widocznie jest skuteczny.

Janek natychmiast zaczął się podejrzanie kręcić na stosie gazet. Najwyraźniej usiłował wydostać się z kiosku, ale zanim zdołał to uczynić, dziewczyna już zniknęła w szklanych drzwiach budynku stojącego na skos od mojej budki. Mieściła się w nim poczta.

— Kto to? Ta... ta sikorka — usiłował zlekceważyć osobę, której zapewne poświęcał w tej chwili cały wysiłek myślowy.

— Janku, nie wyrażaj się, bardzo cię proszę — zgromiłam go surowo i na pocieszenie dodałam — nazywa się Różyczka Łagunówna. Pracuje na poczcie. W okienku. Bardzo miła dziewczyna i proszę cię...

— Ciao, ciao, ciociul Zjawiam się wieczorem na wyżerkę. I proszę o pierogi z wiśniami. Koniecznie. Ciocia robi klasa pierogil

Plecak i to dość pokaźnych rozmiarów pozostawił u stóp zrujnowanego stosu gazet, na których siedział. Oczywiście to ja będę musiała dźwigać jego bagaż do domu.

Piorunujące wrażenie, jakie wywarła Różyczka, widocznie nie zdołało zabić w nim przyrodzonego apetytu. Zawsze miał dobry apetyt. Pamiętałam o tym i westchnęłam z rozpaczą. Moje jednoosobowe gospodarstwo przedstawiało się bardzo skromnie.

Spojrzałam za nim. Cwałował co tchu w kierunku urzędu pocztowego. Wąskie niebieskie dżinsy zgrabnie opinały jego długie, proste nogi, kwiecista koszula, wypuszczona na wierzch zwracała uwagę coraz liczniejszych o tej porze na Rynku spacerowiczów.

Kończył się dzień, mieszkańcy Lipowa ciągnęli do swojego „śródmieścia“, by załatwić sprawunki, przejść się po Rynku, wstąpić na piwo do gospody lub na lody do cukierenki po drugiej stronie, obejrzeć po raz tysięczny do znudzenia znajome twarze i poplotkować. Małe kamieniczki, tworzące czworobok dookoła niedużego, zgrabnego ratusza odbudowane i odnowione, złociły się ciepłym, żółtym kolorem w słońcu, które już chyliło się ku zachodowi. Głośnik radiowęzła wykrzykiwał zachęty do tępienia stonki. Wszystko jak co dzień. Wszystko prawie jak od lat, znane i niezmienne. Ale wysoka, jasnowłosa postać, zatrzaskująca za sobą energicznie szklane drzwi pocztowego urzędu, sprowadziła jednak dla mnie na ten obraz miasta i ludzi jakąś odmianę. Odmiana ta miała w sobie szczyptę niepokoju.

Może ktoś pomyśleć: ot, jak zdziwaczała ta Zuzanna Milwidowa, od kiedy przestała pracować w miejscowej radzie narodowej i przeszedłszy na emeryturę zajęła się dodatkową pracą w kiosku „Ruchu“. Nieprawda. Przypuszczam, że zrzędzeniem po prostu usiłuję pokryć wzruszenie, jakie mnie ogarnęło, kiedy zobaczyłam tego chłopaka. W rzeczywistości bardzo go lubię. Przecież to jedyny już w tej chwili na świecie mój krewny. Ucieszyłam się z jego przyjazdu i powiedziałam mu o tym wieczorem, kiedy siedzieliśmy w moim pokoju przy otwartym oknie.

Janek wcinał już drugą miskę pierogów z wiśniami, polanych suto śmietaną.

— W tym roku kończę nareszcie tę moją chemię — mówił, oblizując starannie łyżkę — nie wiem jeszcze, gdzie dostanę posadę. Może by się ciocia do mnie przeniosła, co?

— Dziękuję ci, ale chyba nic z tego — odpowiedziałam, i mimo woli mój wzrok powędrował nad rzekę, widoczną z wysokości małej skarpy, na której stał domek. Pachniały lipy. Rzeka srebrzyła się w świetle księżyca. W ogródku dzwoniły świerszcze. Było zacisznie i przytulnie. — Widzisz, mój drogi, ja... jak by ci to powiedzieć... przywykłam do tego miejsca. Ale ty przyjeżdżaj częściej.

— Fakt, nie reklama. Ładnie tu, owszem. Ja już, wie ciocia, trochę zapomniałem. Dawno nie byłem. Ładnie — powtórzył i zamyślił się.

Sprzątnęłam ze stołu i zaparzyłam kawę. To taki mały luksus, na który pozwalam sobie od czasu do czasu wbrew zaleceniom lekarza.

Janek przycichł. Zdziwiłam się: czyżby nowo zawarta znajomość nastroiła go lirycznie?

— Ale nie powiedziałeś mi jeszcze — zagadnęłam go, ustawiając na stoliku filiżanki z kawą — jakie bogi cię tu sprowadziły. Czy tylko sentyment rodzinny do starej ciotki? Przyznaj się. A w ogóle jak tu się dostałeś? Przecież autobus przyjechał po twoim zjawieniu się.

Podniósł na mnie swoje niebieskie oczy. Miały wyraz poważny i skupiony.

— Istnieje jeszcze auto-stop, kochana cioteczko. Naturalny sposób poruszania się po świecie, praktykowany zwłaszcza przez bezpieniężną i żądną przygód młodzież.

Wzruszyłam ramionami. Człowiek po to wymyślił środki lokomocji, żeby sobie ułatwić życie.

— Koleżkowie powędrowali dalej — ciągnął — a ja się urwałem. Lipowo stanowi bardzo atrakcyjny cel letniej wycieczki. Nie gniewaj się na mnie... ale nie tylko dlatego, że tu mieszka najmorowsza ze wszystkich ciotek świata. Mam tu... Mam tu pewną ważną sprawę do załatwienia.

Urwał i wypił całą filiżankę gorącej jak piekło kawy jednym łykiem.

Przeczucia mnie nie zawiodły. „Ważna sprawa“ Janka! Już wiedziałam: będą kłopoty.

2. Urwany trop

Następnego dnia miałam wolne przedpołudnie, zmieniamy się bowiem z moją wspólniczką. Jeden tydzień pracuję do obiadu, ona zaś po południu, drugi na odwrót: ona rano, ja wieczorem. Wprawdzie w ten sposób zarabiam mniej, ale za to mam trochę czasu dla siebie.

Moja wspólniczka, pani Anastazja Weberowa, jest wdową, jak ja, i też jest samotna. Nasza praca, ustawiczne obcowanie z ludźmi, pozwala nam o tym — przynajmniej na pół dnia — zapomnieć. Wprawdzie sądzę, iż pani Anastazja mogłaby sobie znaleźć bardziej interesujące i popłatne zajęcie. Jest ode mnie młodsza, jej wysoka i wyprostowana postać promieniuje siłą. Nie lubię jednak wtrącać się w niczyje sprawy. Toteż gdy zaproponowała mi współpracę, chętnie na to przystałam.

Tak więc, pani Anastazja zasiadła za szybką kiosku, ja zaś z wielką radością zgodziłam się na propozycję Janka, żeby przejść się z nim nad rzekę.

Rzadko spotkać można tak piękne okolice, jak otoczenie Lipowa. Doprawdy, dziwne, że nie odkryto jeszcze dotychczas ich uroku i nie urządzono tu jakiegoś wielkiego wczasowiska. Być może stoi temu na przeszkodzie nadgraniczne położenie tej miejscowości. W każdym bądź razie my, Lipowianie, mamy tu niezliczone atrakcje. Piękne, pełne kwiatów łąki schodzą aż do rzeki, w której można się kąpać i łowić ryby. Można też odbywać przejażdżki łódką lub żaglówką. Nie opodal ciągną się gęste lasy mieszane, najpiękniejsze jesienią. Mnóstwo w nich jagód i grzybów. Drogi są dobre, ostatnio wyreperowano je starannie.

Brak tylko może rozrywek. Prócz cukierenki, gospody, miejskiej biblioteki — niezbyt zresztą zasobnej — nie ma właściwie prawie nic. Raz na tydzień objazdowe kino. Chyba że ktoś lubi ruiny. Nie mówię o ruinach zwykłych, miejskich. Tych już nie widać, prawie wszystkie domy i domki zostały odbudowane. Mówię o takich ruinach, które lubią młodzi poszukiwacze przygód i amatorzy romantycznych opowieści. Tuż bowiem za miastem wśród mokradeł i zarośli na sporym skalistym pagórku widnieją gruzy dużej starej budowli. Jeszcze podczas wojny część starego pałacu hrabiów Rozenkranzów była zamieszkała. Obecnie gnieżdżą się tam tylko stada kawek wśród osmalonych resztek murów. Oczywiście, przyrosła do tych ruin legenda o jakichś ukrytych tam skarbach, ale wątpię, aby tkwiło w tym cokolwiek prawdy. Miejscowi chłopcy spenetrowali każdy zakątek i załom muru, nie słyszałam jednak, aby ktokolwiek wzbogacił się po owych poszukiwaniach.

Sądziłam, że Janek będzie chciał odwiedzić to wzgórze. Dawniej, kiedy przyjeżdżał do mnie na wakacje, często wyrywał się w tamtą stronę. Nie pozwalałam mu wtedy na te wycieczki. Obawiałam się, że zabłądzi w podziemnych przejściach, albo zasypią go zmurszałe ściany. Widocznie wszakże gust do romantyki opuścił go w miarę zgłębiania tajemnic chemii. Nie okazywał zbytniego zapału do oglądania ruin zamku. Poszliśmy więc nad rzekę. Janek pływał jak ryba w wyzłoconej i wygrzanej przez słońce wodzie, która zdawała się występować z niskich i płaskich brzegów. Ja zaś leżałam wśród wysokiej i pachnącej trawy i przesłoniwszy oczy ciemnymi okularami patrzyłam w jasne, bezchmurne niebo.

Mogłabym właściwie powiedzieć w tej chwili, że mimo wszystko, co przeszłam w życiu, jestem szczęśliwa, gdyby nie drobny, lecz dokuczliwy cień niepokoju, nurtujący mnie od wczorajszego wieczora.

Podczas naszej wieczornej rozmowy Janek poprzestał na zapowiedzi, że przygnała go do Lipowa „jakaś sprawa“. Nie kwapił się z bliższymi wyjaśnieniami. Było to z pewnością niezwykłe, mój siostrzeniec nie należał bowiem nigdy do osób skrytych i małomównych. Teraz, gdy wywracał w iskrzącej się wodzie koziołki, prychał jak młody koń i usiłował ochlapać mnie, leżącą na brzegu, pomyślałam sobie, że zapewne przesadzam z moim niepokojem. I cóż to za tajemnice może mieć taki wesoły, zdrowy, młody chłopak, włóczący się, jak tysiące jego rówieśników, autostopem po kraju podczas wakacji? Może zażartował sobie ze mnie, żebym nie posądziła go o rodzinny sentymentalizm.

Myliłam się jednak.

Gdy wyszedł na brzeg i położył się obok mnie, wystawiając twarz ną słońce, padła z jego strony dość nieoczekiwana propozycja:

— A może byśmy, ciociu, przespacerowali się w stronę Zakola? Zdaje się, że to niedaleko stąd.

— Zakola? — zdziwiłam się szczerze. Ten spacer nie budził we mnie entuzjazmu. — Zlituj się, a cóż tam ciekawego?

— Tam kiedyś była fabryka... — mruknął od niechcenia.

— No była. Ale stoi pusta, nieczynna. Urządzenia wywieźli Niemcy. Nikt się nią dotychczas nie interesował. Może masz zamiar zostać jej dyrektorem?

Odpowiedział mi nie od razu. Zapalił papierosa i leniwie śledził kółka dymu rozwiewające się w czystym i drżącym od upału powietrzu.

— Czy nie mówił cioci ktoś, co to była za fabryka? Co tam wyrabiano?

Wzruszyłam ramionami:

—Podobno jakieś sztuczne tworzywa

— Więc jednak... — szepnął jakby do siebie. W tonie głosu wyczułam podniecenie.

Musiałam mu wyjaśnić sprawę do końca:

— Nie wiem czy ktokolwiek powie ci coś bliższego na ten temat. Kierownictwo składało się z Niemców, i ci, rzecz jasna, wyjechali. Załogę stanowili ludzie przywiezieni tu na roboty przymusowe z różnych krajów. Chyba, żeby... — ale wpierw chciałam się dowiedzieć, jaki to nagły powód skłania mego siostrzeńca do tak żywego interesowania się opuszczoną fabryką. Zapytałam go więc dość obcesowo: — Ale co to wszystko cię obchodzi, mój drogi chłopcze?

Westchnął z patetyczną rezygnacją:

— Widzę, że muszę jednak wtajemniczyć ciocię w pewne aspekty tej sprawy. I tak by mi ciocia nie dała spokoju. Wprawdzie nie lubię powierzać sekretów kobietom. No, ale cioci właściwie nie zaliczam do kobiet — dodał łaskawie.

Połknęłam to pochlebstwo bez entuzjazmu. Długo grzebał w swoim chudym studenckim portfelu. Zawartość plastikowej oprawki stanowiły głównie zdjęcia dziewcząt, ubranych bardzo kuso, ale wyposażonych za to w ogromne, rozczochrane grzywy. Wreszcie z którejś z wewnętrznych przegródek portfela Janek wydobył małą kopertę. Otworzył ją i podał mi skrawek zżółkłego i postrzępionego papieru, przestrzegając:

— Tylko ostrożnie, ciociu.

Nic z tego nie rozumiałam. Na kawałku kartki czyjaś ręka nakreśliła ołówkiem co następuje: „Dok. ukr. w Z.“ Spojrzałam na Janka pytająco. Zapalał nowego papierosa. Palce drżały mu lekko. Na mnie nie patrzał. Powiedział cicho:

— To ostatnia wiadomość od ojca.

Oczywiście na usta cisnęły mi się rozmaite okrzyki wyrażające zaskoczenie, zdumienie, zasmucenie i inne temu podobne uczucia. W porę jednak zapanowałam nad sobą. Mój siostrzeniec prawdopodobnie liczył na mój rozsądek, nie zaś na ciekawość i czułości. Zapytałam więc krótko:

— Kiedy to dostałeś?

— Na jesieni — w głosie jego wyczułam ulgę, że tak właśnie zareagowałam na nowinę. — W zeszłym roku, krótko przed śmiercią mamy. Przyszedł jakiś gość, odszukał nas przez znajomych. Przyjechał z zagranicy w odwiedziny do krewnych. Pierwszy raz po wojnie był w kraju. Tłumaczył się, że dlatego dopiero teraz... Że nie chciał przysyłać listownie, bo przecież gdyby się uparł, mógłby nas odnaleźć, przez Czerwony Krzyż, czy jak. Dziwak, no nie? Chociaż, bo ja wiem, może i miał rację.

Z dalszego opowiadania mojego siostrzeńca, snutego właściwym mu, telegraficznym stylem, wynikało, że ów człowiek pod koniec wojny znalazł się w jednym obozie z ojcem Janka. Juliusz Lingwen dogorywał i nie spodziewał się, że dożyje momentu wyzwolenia. Gdy nabrał zaufania do przygodnego towarzysza niedoli, poprosił go, by po wojnie oddał rodzinie notatkę, nagryzmoloną na skrawku starego listu. Notatka ta dotyczyła wynalazku, nad którym Juliusz Lingwen pracował wiele lat i który stał się przyczyną jego nieszczęść. Niektórzy ludzie z otoczenia, w którym działał przed wojną, wiedzieli, o co chodzi, jaki jest cel uporczywych dociekań i doświadczeń młodego inżyniera-chemika.

— Chodziło, ciociu, o sztuczne tworzywo, jak to się dziś mówi potocznie. Konkretnie — wyjaśniał Janek — ojciec wynalazł formułę stopu bardzo lekkiego i wytrzymałego.

— I do czego to miało służyć? — byłam ciekawa. Słyszałam z opowiadań Eli o pracy Juliusza, ale nie mówiła mi nigdy dokładnie, na czym ona polegała.

Janek zapalił się:

— Do wielu rzeczy. Na przykład jako obudowa samolotu. Części wagonów, maszyn. Bo ja wiem jeszcze, co...

W każdym bądź razie Niemcy zorientowali się dokładnie w przydatności nowego stopu czy też materiału dla swoich celów gospodarczych i wojennych. Ktoś musiał ich poinformować dość sumiennie o wynalazku Juliusza. Ów wynalazek w momencie wybuchu wojny znajdował się w stadium próbnej produkcji. Zanim Niemcy zdążyli zająć fabrykę, Juliusz zniszczył całą dokumentację. Formuła i sposób jej zastosowania pozostały Jedynie w pamięci wynalazcy. Po pewnym czasie władze okupacyjne wytropiły i odnalazły Juliusza Lingwena. Wywieziono go...

Rozglądałam się po otaczającym mnie krajobrazie, jak gdybym ujrzała go pierwszy raz w życiu.

— Do Lipowa? — powtórzyłam z najwyższym zdumieniem, narażając się beztrosko na potępienie ze strony Janka. Mądry, nowoczesny człowiek, jego zdaniem, niczemu się nie zwykł dziwić.

— Do Lipowa — potwierdził z naciskiem. — Ojciec podał temu gościowi oczywiście niemiecką, starą nazwę miejscowości. Co się nalatałem, żeby się dowiedzieć, jak to się zwie teraz! I niech sobie ciocia wyobrazi, że zbudowano, czy też rozbudowano tu specjalnie całą fabrykę, całe zakłady przemysłowe dla zrealizowania tego wynalazku.

— Ale przecież twój ojciec... — nie śmiałam dokończyć W to nie mogłam uwierzyć.

— Mój ojciec — powiedział Janek tonem prawie oficjalnym — mój ojciec był fajny facet. Znała go ciocia, no nie? Ale jego szantażowano. Że matka, że ja... Ciocia rozumie. Więc udawał, że coś tam dla nich pitrasi. Ale to nie było wcale to, do czego już doszedł przed wojną. Takie jakieś próby robił, na tyle oczywiście z sensem, żeby się nie pokapowali, że z nich sobie struga wariatów. Ale tak kręcił, żeby nic z tego nie mieli. Zresztą, ci co tu z nim byli, inżynierowie niemieccy, woleli siedzieć sobie spokojnie w zakładach, zamiast iść na front. Więc też centrali w Berlinie mydlili oczy...

Z opowieści wysłannika Juliusza Lingwena wynikało, że zakłady zaczęto ewakuować, gdy zbliżał się front. Maszyny i urządzenia wywieziono. Inżynierów odesłano do Berlina. Robotników skierowano do obozów. Los załogi podzielił także Lingwen. Nie chciał jednak, żeby jego wynalazek przepadł bez śladu. Spodziewał się śmierci, dla Janka chciał ocalić swoją pracę. Gdzieś na terenie Lipowa przy pomocy jednego ze współwięźniów ukrył odtworzoną z pamięci dokumentację swojego wynalazku. Notatka, którą wręczył przyjacielowi z obozu na wypadek, gdyby przyjaciel ten przeżył go, miała posłużyć Eli do odnalezienia papierów. Lingwen był przekonany, że po wojnie Lipowo znajdzie się w obrębie granic Polski.

— A czy ten... przyjaciel... — postawienie tego pytania sprawiało mi trudność. — Ten przyjaciel... kiedy się rozstał z twoim ojcem?

— Cioci chodzi o to, czy był przy śmierci ojca. Nie, nie był i nie wie, kiedy się to stało. Rozdzielono ich, ten facet został skierowany do jakiegoś innego obozu.

— Czy ta kartka na pewno pochodzi od twojego ojca? Ty może nie pamiętasz, ale po Polsce łaziło po wojnie wielu nabieraczy. Pletli byle co. Czasem dla zysku, czasem po prostu tak sobie...

— Nie wyglądał na takiego. Nic od nas nie chciał. Po co by to robił? Zresztą, mama rozpoznała pismo ojca.

— Jakie masz wobec tego zamiary?

Zdziwił się, że w ogóle zadaję podobne pytanie. Oczywiście, miał zamiar przystąpić do poszukiwań, odnaleźć ukrytą dokumentację wynalazku i spowodować uruchomienie produkcji w tej właśnie fabryce. W Lipowie.

— Chciałem napisać o tym wszystkim cioci od razu, na jesieni. Ale ciocia była w szpitalu. No i głowy nie miałem, kiedy mama umarła. W zimie zresztą i tak bym tu nic nie zdziałał. Trzeba będzie pewno kopać, a nie chcę zwracać niczyjej uwagi. No i rozumie ciocia: egzaminy... — to ostatnie wypadło dość lekceważąco.

— A dlaczego, mój drogi, robisz z tego taką tajemnicę? Nie lepiej by było, gdybyś zainteresował całą tą sprawą odpowiednie ministerstwo, czy jakiś instytut naukowy? No, ostatecznie milicję, czy bo ja wiem...

Pokręcił głową:

— Nie takie to proste, jak ciocia myśli. Wspominałem o tym jednemu z moich profesorów. Równy gość. Ale cóż, on mówi, że na to potrzebne fundusze. Na poszukiwania i tak dalej. Kto zaryzykuje, jak nie ma tego w planie? I nie wiadomo na dodatek, czy to, co dwadzieścia lat temu mogło stanowić rewelację, przedstawia jeszcze dziś jakąś wartość. W tej dziedzinie nastąpił wielki skok. Wygłupiłbym się i tyle. Nie, nie. Ja muszę sam to znaleźć i sprawdzić, czy ma jakiś sens.

— Ale tu warto by popytać ludzi. A nuż coś wiedzą?

— Nie chciałbym. Czy ciocia może ręczyć za wszystkich co tu mieszkają? A może, skoro urządzenia wywieziono, ktoś, kto je w tej chwili posiada, chętnie by się dobrał do dokumentacji, nie sądzi ciocia? Miałby komplet sprawy. Tylko maszyny w ruch puścić i gotowe. Fertig.

Nie, nie za wszystkich w naszym miasteczku mogłam ręczyć. Byli tu chyba po dziś dzień i tacy, których powiązania z dawnymi gospodarzami tej ziemi mogły jeszcze być żywe. Prawdopodobnie mój siostrzeniec miał rację i wykazywał więcej roztropności ode mnie. Oczywiście, gdyby zaczął pytać ludzi i myszkować, całe miasto nie mówiłoby o niczym innym. Miałam jednak dla niego niespodziankę, którą ujawniłam dopiero teraz, gdy ciekawość moja została całkowicie zaspokojona:

— A wiesz, właśnie na Zakolu mieszka ktoś, kto może nam być pomocny.

Janek poderwał się z trawy niemal jednym skokiem. Złapał mnie za obie ręce i zmusił do opuszczenia wygodnej pozycji.

— I ciocia mi teraz to mówi! Kto to?

— Dziadek twojej najnowszej sympatii.

— Jakiej znów sympatii? — udawał, że nie rozumie.

— Różyczki. Tej z poczty. Stary Łaguna opowiadał mi kiedyś, że pracował w tej fabryce.

Że Janek ma długie nogi, o tym wiedziałam. Że wysportowany chłopak może szybko biegać — to też nie stanowiło rewelacji. Ale, że potrafi tak mnie zmuszać niemal do kłusa — tego się nie spodziewałam.

Przez podmokłe łąki i zagajnik po niecałym kwadransie dotarliśmy do Zakola. Wielkie hale, pozbawione dachów i okien, przedstawiały ponury widok. Ludzie bali się min i nikt tam nie chodził. Dlatego chyba zakłady znajdowały się w dość możliwym stanie, materiałów do odbudowy miasta szukano w bardziej dostępnych miejscach.

Nie opodal, w kilku willach, pobudowanych zapewne dla personelu inżynierskiego, zamieszkało trochę nowych osadników.

W jednym z tych domów Szymon Łaguna osiedlił się z wnuczką. Był jej jedynym opiekunem, gdyż rodzice dziewczynki nie żyli. Założył tu sobie ogrodnictwo. Utrzymywał się zarówno ze sprzedaży kwiatów i warzyw, jak i z porad, udzielanych tym z miasta, którzy wokół swoich siedzib mieli ogrody.

— Bo ja, proszę pani — mówił do mnie na wiosnę, sadząc barwne petunie w moich balkonowych skrzynkach — jak tu pracowałem we wojnę, to zawsze sobie myślałem: piękna ziemia. Chciałoby się tu mieszkać na stare lata. Jak mnie stąd na roboty powieźli do bauerów, tak tylko i kręciłem głową, żeby wrócić. No i wróciłem. Ładna ziemia. Dobra ziemia.

Szymona Łagunę zastaliśmy w momencie opuszczania domku. W dużej płóciennej torbie miał już przygotowane swoje narzędzia ogrodnicze, jakieś ciecze, maści, sekator, nóż.

Ucieszył się, gdy mnie zobaczył, ale jednocześnie wykazywał zakłopotanie. Częstował wspaniałymi malinami, spoglądając z niepokojem na zegarek:

— Kiedy już raz nareszcie mnie pani odwiedziła, to ja jak na złość muszę iść. Doktor mnie zamówił. Ogródek ma piękny, nie powiem. Róże mam mu dziś szczepić. Nawet wizyty dzisiejsze odwołał. Tak się w różach kocha. Nie mogłem mu nijak odmówić.

Widziałam, że Janek się niecierpliwi. Przedstawiłam go Łagunie jako mojego siostrzeńca i wspomniałam, że chcielibyśmy z nim porozmawiać o pewnej poważnej sprawie:

— Bo pan mówił mi kiedyś, że pan pracował w czasie wojny w tej fabryce. Ojciec mojego siostrzeńca też tu wtedy był. Więc siostrzeniec chciałby się czegoś dowiedzieć... — tłumaczyłam dość niezręcznie.

— Przepraszam, a jak nazwisko pana? — stary patrzał uważnie spod nastroszonych, siwych brwi.

— Lingwen. Jan Lingwen. Ojciec mój miał na imię Juliusz.

— Lingwen — szepnął Łaguna — mój Boże...

— Znał go pan? — gorączkował się Janek.

Twarz starego ogrodnika wyrażała najżywszé poruszenie. Mamrotał coś do siebie pod nosem, niewiele jednak z tego mogłam zrozumieć. Że kto by się spodziewał... Że syn „naszego inżyniera“. To znów mówił o Juliuszu „pan Julek“. Wyjąkał w końcu, że koniecznie musi wobec tego z nami porozmawiać. Ale nie teraz, nie teraz. Patrzał to na zegarek, to na niebo, które od północy zaczynało się chmurzyć, zapowiadając burzę. Sprawa róż doktora absorbowała go w tej chwili bez reszty. Janek się złościł, widziałam to po jego zaciśniętych ustach. Nie wiedział jednak, że na starego Łagunę nie ma lekarstwa, kiedy się uprze. Żadna też siła nie zmusi go do mówienia, gdy nie ma na to ochoty.

Uzgodniliśmy, że Łaguna przyjdzie do nas wieczorem, po zaszczepieniu róż doktora i po zakończeniu mojego urzędowania w kiosku. Zegarek starego przypominał bowiem i mnie o obowiązku. Pani Anastazja nie powinna pokutować w tym upale na skutek moich komplikacji życiowych.

Ruszyliśmy razem, we trójkę, w stronę miasta. Janek próbował jeszcze podczas drogi nakłonić Łagunę do zwierzeń. Ale stary milczał. Nie było to jednak milczenie zacięte czy ponure. Wyglądał tak, jak gdyby przetrawiał w sobie nieoczekiwaną naszą wizytę, spotkanie z synem człowieka, którego znał i jak by się zastanawiał nad swoim dalszym postępowaniem. Był w sposób dość widoczny zdenerwowany. Jankowi przyglądał się bacznie i badawczo. Pytał, co robi, nad czym pracuje, co się stało z matką. Kiwał głową i przygryzał cybuszek wygasłej fajeczki.

Rozstaliśmy się przed moją budką. Zajęłam w niej miejsce, Janek zaś skwapliwie skorzystał z okazji i pobiegł w kierunku urzędu pocztowego.

— Cóż to, ogród pani zakłada? — odezwał się żartobliwie zza szybki do mnie męski głos. Mężczyzna skinął głową w stronę oddalającego się Łaguny.

Uśmiechnęłam się uprzejmie, choć nie bardzo lubiłam kierownika naszej przystani i tak zwanego „ośrodka sportów wodnych“. Pan Feliks Swist był raczej pupilem mojej wspólniczki. Pani Anastazja wesoło pokiwała mu ręką. Zabierała się już wprawdzie do wyjścia, ale jeszcze zdążyła podać swojemu klientowi odłożony najnowszy „kryminał“.

— Ach, nie — roześmiałam się z przypuszczenia Śwista. — Mój ogródek mieści się w dwóch skrzynkach.

Widziałam starego Łagunę jak w ślad za Jankiem wszedł do budynku pocztowego. Niedługo tam jednak bawił. O wiele dłużej pozostał na poczcie mój siostrzeniec. Obawiam się, że zostanie filatelistą.

Wieczorem długo siedzieliśmy z Jankiem na balkonie czekając na Łagunę. Mocno i słodko pachniały petunie, zasadzone przez niego wiosną. Z daleka poszczekiwały psy. Od strony rynku przez jakiś czas słychać było muzykę z głośnika radiowęzła, ale i ona wkrótce umilkła i nad miastem zapanowała cisza. Zza lasu dolatywał grzmot i błyskało się. Nadchodziła burza. Bezszelestnie przelatywały nad naszymi głowami lelki. Milczeliśmy. Janek od czasu do czasu spoglądał na zegarek z fosforyzującymi wskazówkami. Niecierpliwił się. I ja nie wiedziałam, co mam o tym sądzić. Czyżby stary rozmyślił się? Czy nie chce w ogóle mówić o minionych, wojennych przeżyciach?

Wreszcie Janek nie wytrzymał. Wsunął do kieszeni papierośnicę i zapałki, z plecaka wygrzebał potężnych rozmiarów latarkę.

— Dokąd się wybierasz? — spytałam, pełna obaw. To, co miało zwyczaj przychodzić mu do głowy, nigdy nie wędrowało ścieżkami rozsądku.

— Wyjdę Łagunie na spotkanie. Pewno zasiedział się tam i trajluje z doktorem o obyczajach mszyc. Znam takich! Wyciągnę go stamtąd, bo będziemy czekać do świtu.

— A pamiętasz przynajmniej, w której stronie mieszka doktor Świtajło? — zawołałam, gdy był już na schodach.

— Pamiętam, pamiętam! — odkrzyknął tak głośno, że z sąsiednich drzwi wyjrzała zaniepokojona pani Piętkowa.

— Dzieci śpiąl Jak można tak hałasować po nocy... — mruknęła niezadowolona, ale gdy mnie zobaczyła, umilkła. Stanowiłam dla niej niewyczerpane źródło porad gospodarskich i drobnych pożyczek „do pierwszego“.

Pozostałam sama. Obejrzałam raz jeszcze skrupulatnie kartkę, ostatni znak życia od Juliusza Lingwena. „Dok. ukr. w Z“ — to mogło oznaczać różne miejsca ukrycia dokumentacji.