Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Czternaście powieści. Czternaście trucizn. Czternaście perfekcyjnych zbrodni.
Agatha Christie znała się na truciznach jak nikt inny, a bohaterowie jej kultowych powieści stosowali je częściej niż jakąkolwiek inną metodę morderstwa. Wybór zabójczej substancji nigdy nie był przypadkowy. Każda z nich stanowiła wskazówkę. Każdy objaw był zagadką do rozwiązania.
Jak to możliwe, że mikroskopijne dawki niektórych związków chemicznych potrafią zabić w kilka minut? Dlaczego arsen działa inaczej niż cyjanek? Skąd mistrzyni kryminału czerpała swoją niepokojącą wiedzę o śmiertelnych substancjach?
Kathryn Harkup, chemiczka i miłośniczka kryminałów, przygląda się czternastu powieściom Agathy Christie z perspektywy naukowej, by udzielić odpowiedzi na pytania:
• jakie prawdziwe sprawy kryminalne mogły zainspirować pisarkę,
• jak poszczególne trucizny wpływają na ludzki organizm i dlaczego prowadzą do śmierci,
• czy mordercze metody z powieści można by zastosować w prawdziwym życiu – dawniej i dziś.
To książka o nauce, zbrodni i genialnej wyobraźni, w której mroczna fikcja spotyka się równie przerażającą rzeczywistością…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 339
Data ważności licencji: 12/31/2030
Tytuł oryginału: A is for Arsenic: The Poisons of Agatha Christie
Przekład: Renata Czernik Redaktorka inicjująca: Katarzyna Nawrocka Redakcja: Dominika Synowiec, Monika Szeliga Korekta: Jędrzej Szulga Projekt okładki: Neil Stevens Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak
Copyright © Kathryn Harkup, 2015 Copyright for the Polish edition and translation © JK Wydawnictwo, 2026 This translation of A Is for Arsenic is published by JK Wydawnictwo Anna Rogala spółka komandytowa by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc.
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-12-6 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
To był początek wszystkiego. Nagle zobaczyłam jasno drogę przed sobą. Postanowiłam popełnić nie jedno morderstwo, lecz morderstwa na wielką skalę.
Agatha Christie, I nie było już nikogo
Podążała za nieskończonymi rozwiązaniami łatwych sposobów na śmierć.
William Shakespeare, Antoniusz i Kleopatra
Agatha Mary Clarissa Christie (1890–1976), „królowa kryminału”, figuruje w Księdze Rekordów Guinnessa jako najpoczytniejsza autorka wszech czasów. Sprzedała mniej egzemplarzy tylko od Biblii i Shakespeare’a (jednak jej książki przetłumaczono na więcej języków niż dzieła angielskiego dramaturga). Christie jest także autorką Pułapki na myszy – sztuki teatralnej, która nieprzerwanie utrzymuje się na światowych scenach dłużej niż jakiekolwiek inne przedstawienie. To również ona stworzyła postacie dwóch z najsłynniejszych detektywów w historii literatury: Herkulesa Poirota i panny Marple. Twórczość Christie nie tylko zyskała uznanie krytyków i przyniosła autorce wiele nagród, ale zdobyła jej też nieśmiertelność i do dziś cieszy się ogromnym zainteresowaniem.
Wielu próbowało odkryć sekret jej sukcesu, chociaż sama Christie zawsze uważała się za pisarkę jedynie „popularną” i otwarcie przyznawała, że nie tworzy wielkich dzieł literatury ani nie daje głębokich wglądów w naturę ludzką. W swoich utworach nie epatowała brutalnością ani nie starała się szokować przemocą. Choć na kartach powieści Christie umieściła niejedne zwłoki, to kreowane przez nią intrygi zwykle wywoływały ciekawość i uśmiech czytelników śledzących fałszywe tropy, mylne wskazówki i błyskotliwe rozwiązania. Była mistrzynią snucia opowieści i układania zagadek, potrafiła jednocześnie bawić i podsuwać czytającym łamigłówki, które wydawały się nie do rozwiązania.
Historie kryminalne Christie wielokrotnie dowodziły, że była wirtuozem zmyłki. Potrafiła podsuwać wskazówki wprost pod oczy czytelnika, nieraz je uwypuklając, a mimo to była pewna, że większość i tak dojdzie do fałszywych wniosków. Gdy w finale historii ujawniał się sprawca, czytelnicy zwykle mieli pretensje do siebie, że przeoczyli coś oczywistego, albo wracali do lektury jeszcze raz, by przekonać się, iż tropy były obecne od samego początku.
Christie wykorzystywała swoją szczegółową wiedzę na temat niebezpiecznych substancji chemicznych i leków, by konstruować intrygi powieści. Używała trucizn w większości swoich książek, znacznie częściej niż inni pisarze jej epoki, i robiła to z dużą precyzją, nie wymagając jednak od czytelników żadnej specjalistycznej wiedzy medycznej. Objawy i dostępność poszczególnych substancji przedstawiała jasno i przystępnie, dzięki czemu nawet ktoś z wykształceniem medycznym czy toksykologicznym nie miał większej przewagi nad zwykłym czytelnikiem1. Zrozumienie naukowych podstaw działania trucizn, po które sięgała Christie, jedynie pozwala lepiej docenić jej pomysłowość i kunszt w budowaniu intrygi.
Wiedza Agathy Christie o truciznach była naprawdę wyjątkowa. Rzadko który pisarz mógł się poszczycić tym, że jego książki trafiały do rąk patologów i służyły im jako punkt odniesienia w rzeczywistych przypadkach zatruć (zob. s. 329). Kilka osób, które miały okazję zapoznać się z A jak arszenik we wczesnym etapie pracy, pytało mnie: „Skąd ona to wszystko wiedziała?”. Odpowiedź jest prosta: jej wiedza wynikała z osobistego doświadczenia w pracy z truciznami oraz z życiowej fascynacji tym tematem, choć oczywiście nie w sensie kryminalnym.
W czasie I wojny światowej Christie pracowała jako pielęgniarka w szpitalu w Torquay. Lubiła swoje zajęcie, ale gdy w placówce otwarto nową aptekę, zaproponowano jej przeniesienie. Nowa rola wymagała dodatkowego szkolenia i zdania egzaminów kwalifikujących do pracy jako asystentka aptekarza odpowiedzialna za wydawanie leków. Christie uzyskała te uprawnienia w 1917 roku.
W tamtym czasie – i przez wiele kolejnych lat – recepty lekarskie przygotowywano ręcznie w aptekach i szpitalnych ambulatoriach. Trucizny i silnie działające środki były starannie odważane i sprawdzane przez innych pracowników przed wydaniem pacjentowi.
Do lekarstw często dodawano nieszkodliwe składniki, takie jak barwniki czy aromaty, by dostosować je do przyzwyczajeń pacjentów. Jak wspominała Christie w swojej autobiografii, zdarzało się jednak, że wielu wracało do apteki z pretensją, iż lek nie wyglądał albo nie smakował tak jak zwykle. Jeśli dawka właściwego środka była podana prawidłowo, wszystko było w porządku, choć zdarzały się pomyłki.
Przygotowując się do egzaminu w Apothecaries Hall, Christie uczyła się chemii i farmacji nie tylko w teorii, lecz także w praktyce pod okiem kolegów z apteki szpitalnej. Oprócz pracy i nauki brała też prywatne lekcje u farmaceuty w Torquay, pana P., który w ramach szkolenia pewnego dnia pokazał jej, jak prawidłowo przygotowuje się czopki. Było to zadanie trudne i wymagające wprawy. Farmaceuta roztopił masło kakaowe, dodał lek, a następnie pokazał, kiedy należy wyjąć czopki z form, zapakować je i oznaczyć stężenie części leku jako „jedna na sto”2. Christie była jednak przekonana, że farmaceuta się pomylił i dodał dawkę w proporcji „jedna na dziesięć” – dziesięciokrotnie silniejszą i potencjalnie niebezpieczną. Dyskretnie sprawdziła jego obliczenia i upewniła się, że miała rację. Nie mogąc otwarcie zwrócić mu uwagi, a jednocześnie obawiając się skutków podania takiego leku, udała, że się potknęła, i zrzuciła czopki na podłogę, po czym rozdeptała je. Później przeprosiła i posprzątała bałagan. Nową partię przygotowano już z prawidłowym stężeniem.
Pan P. wykonywał swoje obliczenia w systemie metrycznym, choć w Wielkiej Brytanii w tamtym czasie znacznie częściej posługiwano się jeszcze miarami imperialnymi. Agatha Christie nie ufała systemowi metrycznemu, bo jak mówiła: „Największe niebezpieczeństwo polega na tym, że jeśli się pomylisz, błąd powiększa się dziesięciokrotnie”. Wystarczyło źle postawić przecinek, by wynik obliczeń był poważnie zafałszowany. Większość farmaceutów w tamtych latach lepiej znała tradycyjny system aptekarski, w którym dawki mierzono w jednostkach zwanych granami3.
Christie niepokoiło nie tylko roztargnienie pana P. Któregoś dnia wyjął on z kieszeni brązową bryłkę i zapytał ją, co to może być. Nie potrafiła odpowiedzieć, a on wyjaśnił, że to kurara, trucizna, którą południowoamerykańscy myśliwi smarowali groty strzał. Substancję tę można połknąć bez szkody dla zdrowia, ale wprowadzona do krwiobiegu działa śmiertelnie. Pan P. przyznał, że nosi ją przy sobie, bo „daje mu poczucie siły”. Po niemal 50 latach Christie wykorzystała tę osobliwą postać, tworząc farmaceutę w Tajemnicy Bladego Konia.
Do roku 1917 Christie miała już na koncie kilka wierszy i opowiadań, z których część została opublikowana. Po przeczytaniu Tajemnicy żółtego pokoju Gastona Leroux postanowiła spróbować własnych sił w napisaniu powieści detektywistycznej i wspomniała o tym swojej siostrze, Madge, która wówczas odnosiła większe sukcesy literackie niż Agatha. Siostra stwierdziła, że to bardzo trudne zadanie, i założyła się z nią, że nie zdoła tego zrobić. Choć nie była to formalna umowa, wystarczyła, by zmobilizować Christie do pisania. Pracując w aptece szpitalnej, miała czas, by układać w głowie fabułę i tworzyć postacie, a otoczona butelkami pełnymi trucizn postanowiła, że to właśnie one staną się narzędziem zbrodni.
Tak powstała jej pierwsza powieść – Tajemnicza historia w Styles. Christie pokazała w niej swoją szczegółową wiedzę o strychninie. Na publikację musiała jednak poczekać kilka lat – wysyłała rękopis do różnych wydawnictw, aż wreszcie w 1920 roku został przyjęty. Po ukazaniu się książki Christie otrzymała swoją najcenniejszą recenzję w czasopiśmie „Pharmaceutical Journal and Pharmacist” (Przegląd farmaceutyczny). „Ta powieść ma rzadką zaletę: została napisana poprawnie” – napisał recenzent, przekonany, że autorka musiała mieć przygotowanie farmaceutyczne albo korzystała z rady specjalisty.
Premiera książki Tajemnicza historia w Styles dała początek długiej i udanej karierze Christie, choć sama uznała się za pisarkę zawodową dopiero po trzech kolejnych powieściach. Przez całe swoje pisarskie życie utrzymywała żywe zainteresowanie truciznami i lekami, natomiast po broń palną sięgała niechętnie, otwarcie przyznając, że balistyka pozostaje jej obca. Naukowe szczegóły dotyczące wybieranych przez nią trucizn były starannie opracowane. Na przestrzeni lat zgromadziła pokaźną bibliotekę medyczno-prawną, a najczęściej czytanym tomem w jej zbiorach była Extra Pharmacopoeia Martindale’a (Dodatkowa Farmakopea Martindale’a).
Podczas II wojny światowej Christie ponownie podjęła pracę jako ochotniczka w aptece szpitalnej, tym razem w University College Hospital w Londynie. Po odnowieniu kwalifikacji pracowała tam już regularnie: dwa pełne dni w tygodniu, trzy półdniówki oraz w sobotnie poranki. Często zastępowała też innych, gdy nie mogli dotrzeć do szpitala. Dzięki tej pracy na bieżąco poznawała nowe leki i zmiany w praktyce farmaceutycznej. W tym okresie coraz więcej recepturowych preparatów zaczęto przygotowywać z wyprzedzeniem, co sprawiało, że Christie miała sporo wolnego czasu na wymyślanie nowych historii dla swoich powieści i konstruowanie wyjątkowo podstępnych intryg4.
Christie korespondowała również ze specjalistami, aby sprawdzić wiarygodność swoich pomysłów. W 1967 roku zwróciła się do jednego z ekspertów z pytaniem, jakie byłyby skutki dodania talidomidu do lukru na torcie urodzinowym. Chciała się dowiedzieć, po jakim czasie trucizna zaczęłaby działać i jaka dawka w granach byłaby potrzebna. Ostatecznie jednak nigdy nie sięgnęła po ten motyw w żadnej ze swoich powieści.
Christie tworzyła w czasach tak zwanego Złotego Wieku powieści detektywistycznej. W latach 20. i 30. XX wieku gatunek ten traktowano bardzo poważnie. W 1928 roku Ronald Knox5 (1888–1957) sformułował swój Dekalog powieści detektywistycznej, zbiór dziesięciu zasad, których autorzy kryminałów mieli przestrzegać w imię uczciwości wobec czytelnika. Brzmiały one następująco:
Przestępcą musi być ktoś, kto pojawił się na początku książki, ale nie może to być postać, której myśli zostały ujawnione czytelnikowi.
Wykluczone jest pojawianie się w powieści wszelkich przejawów sił nadprzyrodzonych i ponadnaturalnych.
W powieści może występować nie więcej niż jedno tajne przejście lub pomieszczenie.
Nie mogą występować żadne do tej pory nieodkryte trucizny i urządzenia, jeśli na końcu książki będą one wymagały długiego i naukowego wyjaśniania ich działania.
W książce nie może się pojawić żaden Chińczyk.
Detektyw nie może kierować się intuicją ani działać dzięki przypadkowi.
Detektyw nie może być sprawcą zbrodni.
Detektyw musi ujawniać jedynie takie wskazówki, które czytelnik jest w stanie na bieżąco zweryfikować.
Przyjaciel detektywa (Watson) nie może ukrywać żadnych swoich myśli, a jego inteligencja powinna być tylko nieco niższa od przeciętnego czytelnika.
Bracia bliźniacy i sobowtóry nie mogą pojawić się w opowieści, jeśli czytelnik nie został na to wcześniej przygotowany.
Agatha Christie złamała niemal wszystkie zasady, a najbardziej spektakularnie ukazała to w Zabójstwie Rogera Ackroyda. Książka ta w chwili publikacji wzbudziła konsternację i całe szpalty prasowych artykułów rozpisywały się, zarzucając autorce oszustwo. Dziś jednak powieść ta uchodzi za jedną z najlepszych historii detektywistycznych w dziejach gatunku. Kiedy Christie nie łamała reguł wprost, naginała je do granic możliwości. Mimo to była jednym z założycieli Detection Club, towarzystwa skupiającego autorów kryminałów, do którego należeli m.in. G.K. Chesterton, Dorothy L. Sayers oraz sam Ronald Knox, twórca Dekalogu. Zasady Knoxa przyjęto w klubie jako swoisty kodeks etyczny pisarzy powieści detektywistycznej. Członkowie składali też przysięgę w ramach rozbudowanego rytuału inicjacyjnego.
Czy przyrzekacie, że wasi detektywi będą naprawdę rozwiązywać powierzone im zbrodnie, korzystając wyłącznie z rozumu, którym ich obdarzycie, i nie opierając się na boskim objawieniu, kobiecej intuicji, czarach, kuglarskich sztuczkach, przypadkach losowych ani aktach siły wyższej?
Christie traktowała przysięgę nieco poważniej niż zasady Knoxa, jednak zawsze potrafiła zachować uczciwość wobec czytelników. Była dumna z tego, że nigdy nie „oszukiwała”. Wskazówki były obecne, ale to czytelnik musiał je dostrzec i właściwie zinterpretować.
Pisząc o truciznach, Christie zawsze grała fair. Nie opisywała substancji niewykrywalnych, starannie sprawdzała objawy przedawkowania i dbała, by jak najdokładniej oddać w swoich powieściach zarówno dostępność trucizn, jak i możliwości ich wykrycia. Zdarzały się jednak wyjątki, takie jak serenit w Karaibskiej tajemnicy, benvo w powieści Pasażer do Frankfurtu i calmo w książce Zwierciadło pęka w odłamków stos6. Wszystkie te substancje były czystym wymysłem Christie, choć nadała im cechy bardzo podobne do barbituranów. Warto dodać, że tylko raz posłużyła się taką fikcyjną substancją, by uśmiercić postać w powieści Zwierciadło pęka w odłamków stos. W pozostałych przypadkach wymyślone leki nie miały istotnego znaczenia dla fabuły.
W twórczości Christie trucizna nie była tylko prostym sposobem na pozbycie się bohatera. Choć często pojawiały się u niej klasyczne środki, jak arszenik czy cyjanek, korzystała też z niezwykle szerokiej gamy innych substancji, tak licznych, że nie da się ich wszystkich omówić w tej książce. Wiele z tych substancji poznała jeszcze podczas pracy w aptece. W 1917 roku w lekach nadal wykorzystywano środki o silnym działaniu, takie jak strychnina, fosfor, koniina czy tal. Dziś nie znajdziemy ich już w Farmakopei Brytyjskiej, ponieważ usunięto je z powodu dużej toksyczności i niewielkiej wartości leczniczej. Inne związki, jak morfina, fizostygmina, naparstnica, atropina czy barbiturany, do dziś mają zastosowanie w medycynie. Jak zauważył Paracelsus (1493–1541), lekarz i twórca toksykologii: „Wszystko jest trucizną i nic nie jest nią całkowicie. To dawka sprawia, że coś staje się trucizną lub lekarstwem”. Christie rozumiała to doskonale i potrafiła wykorzystać także mniej oczywiste substancje, jak nikotyna czy rycyna, nadając im ogromne znaczenie w fabule. Objawy, dostępność i możliwość wykrycia danej trucizny często stanowiły ważne tropy i punkty zwrotne w jej powieściach. Przykładem może być znakomicie skonstruowana powieść Pięć małych świnek, w której ważną rolę odgrywa szalej jadowity i zawarty w tej roślinie związek chemiczny koniina. Sposób, w jaki działa na organizm, jego smak i czas potrzebny na ujawnienie objawów idealnie współgrają z chronologią wydarzeń w książce (zob. s. 178–183)7.
Agatha Christie, wykorzystując motyw trucizn w swoich powieściach, nie ograniczała się jedynie do własnych doświadczeń i znajomości tematu. Z pasją zgłębiała historie prawdziwych zbrodni i dobrze orientowała się w głośnych morderstwach minionych lat. W swoich powieściach odwoływała się do autentycznych spraw i postaci trucicieli, takich jak Herbert Rowse Armstrong, Frederick Seddon czy Adelaide Bartlett. Bywało też, że to właśnie okoliczności prawdziwych zbrodni stawały się punktem wyjścia dla jej fabuł.
Powieść Pani McGinty nie żyje powstała na bazie słynnej sprawy doktora Hawleya Harveya Crippena, który został skazany za otrucie swojej żony i powieszony w 1910 roku. W piwnicy londyńskiego domu Crippena odkryto ludzkie szczątki. Fragmenty ciała, owinięte w jego piżamę, zawierały śmiertelną dawkę bromowodorku hioscyny. Tymczasem Crippen uciekł statkiem do Kanady w towarzystwie swojej kochanki, Ethel le Neve, przebranej za chłopca. Kapitan jednak nie dał się zwieść i wysłał do brytyjskiej policji depeszę radiową. Inspektor Dew wyruszył szybszym statkiem i zatrzymał parę, gdy ich jednostka zawinęła do portu w Montrose. W powieści Pani McGinty nie żyje dochodzi do kilku morderstw mających ukryć tajemnicę sprawcy – jego matka była kochanką mężczyzny, który zabił żonę i zakopał ją w piwnicy.
Powieść Próba niewinności przedstawia historię Jacka Argyle’a, uznanego za winnego zabójstwa własnej matki. Lata później, już po śmierci Jacka w więzieniu, w domu rodziny Argyle pojawia się nieznajomy z dowodem na to, że chłopak był niewinny. Jeśli więc nie on zabił swoją matkę, to kto z rodziny ponosi winę za ten czyn? Za tło powieści posłużyła jej głośna sprawa otrucia z 1875 roku. Charles Bravo po błyskawicznym romansie poślubił bogatą młodą wdowę, Florence Ricardo. Zaledwie cztery miesiące po ślubie zasłabł po kolacji, którą spożywał wspólnie z żoną i jej przyjaciółką, Jane Cox. Trzy dni później zmarł, choć opiekował się nim doktor James Gully, dawny kochanek Florence. Sekcja zwłok wykazała, że został otruty jednorazową dawką antymonu. Śledztwo zakończyło się niejednoznacznym werdyktem, choć szeroko spekulowano, że Charles Bravo mógł popełnić samobójstwo.
Późniejsze doniesienia prasowe ujawniły, że relacje między Jane Cox a Charlesem Bravo były napięte, a Cox była świadkiem kłótni małżonków o związek Florence z doktorem Gullym. Wszczęto drugie śledztwo, które w praktyce stało się procesem obu kobiet. Werdykt brzmiał: „umyślnie spowodowane morderstwo”, lecz nie było wystarczających dowodów, by wskazać, kto podał śmiertelną dawkę antymonu. W tym czasie obie kobiety nie były już przyjaciółkami. Powszechnie podejrzewano, że pani Bravo dolała truciznę do wina męża, próbując zrzucić winę na Jane. Prawdziwego sprawcy nigdy nie ustalono. Christie podsumowała tę historię słowami: „Florence Bravo, porzucona przez rodzinę, zmarła samotnie, nadużywając alkoholu. Jane Cox, odtrącona i pozostawiona z trójką synów, dożyła późnej starości, żyjąc z piętnem morderczyni. Doktor Gully został zrujnowany zawodowo i towarzysko”. Dodała też: „Ktoś był winny i udało mu się uniknąć kary. Ale pozostali byli niewinni i to właśnie oni ponieśli konsekwencje”.
Po raz pierwszy sięgnęłam po książki Agathy Christie jako nastolatka. Uwielbiałam jej opowieści, choć wątpię, bym wówczas potrafiła docenić ich naukowe walory. Powrót do powieści i opowiadań w trakcie pracy nad tą książką sprawił, że jeszcze bardziej podziwiam nie tylko wiedzę Christie, lecz także sposób, w jaki potrafiła wpleść ją w swoją twórczość. Dla wielu nauka wydaje się odstręczająca, ale Christie umiała wyjaśnić wszystko, co potrzebne, by zrozumieć znaczenie trucizny, nie odciągając przy tym uwagi czytelnika od samej intrygi. W tej książce przyjrzę się 14 truciznom, które Christie wprowadzała do swoich powieści, oraz prawdziwym przypadkom, które mogły stać się dla niej inspiracją albo które same inspirowały się jej twórczością. To opowieść o jej pomysłowości, mistrzowskim budowaniu intrygi i dbałości o naukową dokładność.
Morderstwo to nic trudnego
Trucizna królów i król trucizn.
Anonim
Nazwa „arszenik” stała się niemal synonimem trucizny, można wręcz powiedzieć, że stanowi on wzorzec substancji używanej w celach przestępczych. Ma za sobą długą i „chlubną” historię morderstw oraz zamachów, sięgającą czasów starożytnych Greków i trwającą aż po współczesność. To właśnie z arszenikiem najczęściej kojarzy się twórczość Agathy Christie, choć w rzeczywistości tylko ośmiu bohaterów w czterech powieściach i czterech opowiadaniach zginęło od tej substancji, a niektórzy z nich umierają poza bezpośrednim przebiegiem wydarzeń, bez szczegółowego opisu objawów. To zaledwie niewielki ułamek spośród ponad 300 postaci, które pisarka uśmierciła na kartach swoich książek. W istocie użycie arszeniku u Christie wypada dość skromnie, zważywszy na jego ponurą sławę. Pojawia się on jednak w wielu jej utworach, a nawet znajdujące się w nich przelotne wzmianki często odsłaniają, jak dogłębnie autorka znała działanie tej trucizny.
W powieści Morderstwo to nic trudnego8 z 1939 roku pojawia się zabójstwo z użyciem arszeniku ze szczegółowym opisem zarówno objawów zatrucia, jak i rozważaniami nad sposobem podania trucizny. Akcja rozgrywa się w scenerii typowej dla czasów Christie, w spokojnej angielskiej wiosce, w której dochodzi do serii tajemniczych zbrodni. Emerytowany detektyw Luke Fitzwilliam podejmuje się rozwiązania zagadki. W sprawę wciąga go starsza pani Lavinia Pinkerton, którą poznaje w pociągu, podróżując do Londynu. Kobieta opowiada, że jedzie do Scotland Yardu, by zgłosić trzy podejrzane zgony w swojej rodzinnej miejscowości: Amy Gibbs, która zmarła po wypiciu farby do kapeluszy (tak, farby do zmiany koloru kapelusza), omyłkowo wziętej za syrop na kaszel; Tommy’ego Pierce’a, który spadł z dachu podczas mycia okien; oraz Harry’ego Cartera, który wpadł z mostu do rzeki i utonął po wieczorze spędzonym w pubie. Czy to były wypadki, czy ktoś im w tym „pomógł”? Panna Pinkerton jest przekonana, że to nie przypadek, i zapewnia Fitzwilliama, że kolejną ofiarą będzie doktor Humbleby.
Początkowo Fitzwilliam nie traktuje słów starszej pani poważnie. Gdy jednak w gazecie natrafia na nekrologi zarówno panny Pinkerton, jak i doktora Humbleby’ego, postanawia przyjrzeć się sprawie bliżej. Wyrusza do wioski, z której pochodziła kobieta, i zaczyna badać wszystkie ostatnie zgony, a tych było zaskakująco wiele. Każdy z nich wygląda na nieszczęśliwy wypadek lub efekt choroby, ale niezwykle duża liczba pochówków budzi podejrzenia, że w wiosce dzieje się coś znacznie poważniejszego. Szczególną uwagę Fitzwilliam zwraca na śmierć pani Horton, żony majora Hortona, która zmarła w ubiegłym roku po długiej chorobie. Kobieta przez pewien czas przebywała w szpitalu z rozpoznaniem ostrego zapalenia żołądka. Choć objawy mogły mieć naturalne podłoże, równie dobrze mogły wskazywać na zatrucie arszenikiem…
Arsen (As) jest 14 najpowszechniejszym pierwiastkiem w skorupie ziemskiej, choć w przyrodzie występuje naturalnie jako składnik związków chemicznych, a nie w swojej czystej postaci. Po raz pierwszy udało się go wyizolować w XIII wieku i okazał się szarym półmetalem9. Nazwa „arszenik” wywodzi się z perskiego słowa zarnikh, oznaczającego „żółty aurypigment”, czyli jaskrawo zabarwiony związek arsenu i siarki. Z perskiego termin ten został przetłumaczony na grecki jako arsenikon, spokrewniony z innym greckim słowem, arsenikos, znaczącym „męski” lub „silny”, i w tej formie utrwalił się w europejskich językach. Mówiąc o arszeniku jako o truciźnie, najczęściej mamy na myśli „biały arszenik”, czyli trójtlenek arsenu (As₂O₃) lub inne jego toksyczne pochodne. Sam czysty arsen jest znacznie mniej niebezpieczny, ponieważ organizm ludzki nie przyswaja go tak łatwo10.
Trujące właściwości związków arsenu były znane już w czasach Kleopatry. Gdy egipska królowa postanowiła odebrać sobie życie, pragnęła, by śmierć przyszła szybko i bez bólu, a jej ciało zachowało urodę. Według przekazów testowała różne trucizny na swoich niewolnikach, obserwując skutki. Jedną z nich był właśnie arszenik, jednak uznała, że śmierć po nim jest zbyt bolesna i odrażająca. Ostatecznie wybrała ukąszenie żmii, choć ten sposób również był dalekim od łagodnej śmierci, a jej ciało wymagało później upiększenia.
W okresie renesansu otrucia arszenikiem stały się popularnym sposobem dokonywania zabójstw, a szczególną sławą na tym polu cieszyła się rodzina Borgiów. Mówiono, że Borgiowie posypywali arszenikiem wnętrzności zabitego świniaka i zostawiali je, aby zgniły. Powstałą masę suszono na proszek, który nazywano La Cantarella i dodawano go do potraw lub napojów. Gdyby sam arszenik nie zdołał odebrać życia, toksyny powstające przy rozkładzie wnętrzności zwykle dobijały ofiarę. Zastosowanie arszeniku ma dwie zasadnicze zalety. Po pierwsze nie ma on smaku, który mógłby ostrzec przyszłą ofiarę. Po drugie objawy zatrucia arszenikiem bardzo przypominają symptomy zatruć pokarmowych, cholery czy dyzenterii, które na różnych etapach dziejów były powszechne.
W XVI i XVII wieku trucie uważano za typowo włoską umiejętność, co wynikało częściowo z reputacji Borgiów11, słynnej Toffany, zawodowej trucicielki, która sprzedawała swoje śmiercionośne kosmetyki ozdobione wizerunkami świętych, oraz Rady Dziesięciu, jednego z organów władzy w Wenecji. Rada utrzymywała swoją pozycję, eliminując potencjalnych przeciwników, a nawet posuwała się do publicznego poszukiwania trucicieli. Dysponowała też własnym, sprawdzonym zapasem trucizn przeznaczonych do niechlubnych celów.
W XVII wieku popularność arszeniku dotarła także na francuski dwór królewski. Członkowie arystokracji zostali przyłapani na współpracy z La Voisin, słynną trucicielką, o której mówiono również, że uczestniczyła w czarnych mszach. Śledztwo objęło tak wiele wpływowych osób, że powołano specjalny trybunał, Chambre Ardent, czyli „Płonący Sąd”, nazwany tak od sposobu wykonywania wyroków na osobach uznanych na winne przez 12 sędziów. Aby uniknąć skandalu i politycznych konsekwencji, obrady odbywały się potajemnie, a ich wyniki przedstawiano wyłącznie królowi. Jeden z sędziów, Nicolas Gabriel de La Reynie, napisał: „Życie ludzkie można tanio kupić. Trucizna stała się jedynym rozwiązaniem większości rodzinnych problemów”. Arszenik był wówczas najchętniej wybieraną trucizną, używano go tak często, że zyskał potoczną nazwę poudre de succession, czyli „proszek na dziedziczenie”.
Przed XVII wiekiem wiele wpływowych osób zaczęło zatrudniać oficjalnych testerów jedzenia, a ostrożność co do tego, kto przygotowuje ich posiłki i napoje, była uzasadniona. Krąży wiele opowieści o sposobach zabójstw, które pozwalały obejść próbujących potrawy testerów. Historie o rękawiczkach i butach jeździeckich nasączonych trucizną, rzekomo zabijających przez kontakt ze skórą, są najpewniej przesadzone, ale badania wykazały, że zatruta koszula jest, przynajmniej w teorii, możliwą metodą podania arszeniku. W takim przypadku brzeg koszuli nasączano roztworem arsenu i zostawiano do wyschnięcia. Materiał mógł wydawać się nieco sztywniejszy, lecz nie było na nim innych widocznych śladów. Kontakt odsłoniętej skóry pośladków z arszenikiem mógłby potencjalnie doprowadzić do wchłonięcia dawki śmiertelnej, zwłaszcza jeśli do mieszaniny dodano środek pęcherzotwórczy, który uszkadzał skórę i przyspieszał wchłanianie do krwiobiegu.
Zatrucia arszenikiem przez długi czas były domeną bogatych i wpływowych ludzi. Osoby o skromniejszych środkach finansowych musiały szukać innych sposobów, by się nawzajem eliminować. Rewolucja przemysłowa wygenerowała jednak ogromne zapotrzebowanie na metale takie jak żelazo i ołów, a wydobywane rudy często były zanieczyszczone arsenem. Aby otrzymać czysty metal, rudy podgrzewano w wysokiej temperaturze, przez co arsen łączył się z tlenem z powietrza i tworzył trójtlenek arsenu. Osadzał się on w kominach w postaci białego proszku, który trzeba było regularnie zeskrobywać, aby komin się nie zatkał. Zamiast wyrzucać ten biały arsen jako odpad, przemysłowcy dostrzegli w nim źródło zysku i zaczęli sprzedawać go jako truciznę na szczury, pluskwy, karaluchy i inne szkodniki bytujące w domach (włączając w to ludzi). Ceny gwałtownie spadły i wkrótce każdy mógł sobie pozwolić na ilość arsenu wystarczającą, by pozbyć się niechcianego krewnego czy niewygodnego wroga.
Nietrudno się domyślić, że liczba zatruć arszenikiem zaczęła rosnąć. Czytelnicy XIX-wiecznej brytyjskiej prasy mogli odnieść wrażenie, że morderstwa z użyciem arszeniku przybrały rozmiary epidemii, a najczęściej oskarżano o nie kobiety z klasy robotniczej. W rzeczywistości procesów o otrucie było bardzo niewiele. Nawet w okresie największego medialnego poruszenia w całej Anglii i Walii odbywały się zaledwie dwa lub trzy procesy rocznie. Nagłe zgony budziły podejrzenia, lecz często podsycały je lokalne plotki rozsiewane przez osoby mające osobiste urazy wobec zmarłych, a także sensacyjne artykuły w prasie. W 1849 roku w Anglii odnotowano 20 tysięcy podejrzanych zgonów, z czego 415 wiązano z otruciem, ale tylko 11 mogło mieć charakter zabójstwa, i nie wszystkie zakończyły się wyrokiem skazującym. W tamtym czasie prowadzenie śledztwa utrudniał fakt, że objawy zatrucia arszenikiem łatwo można było pomylić z chorobą, a nie istniała jeszcze żadna metoda pozwalająca wykryć arsen w ciele ofiary. Stało się zrozumiałe, że trzeba to zmienić, i zaczęto opracowywać sposoby identyfikacji arsenu w tkankach ludzkich. Wczesne metody okazały się jednak zawodne, a uzyskane wyniki trudne do przedstawienia, zwłaszcza w sądzie. Trafnie ukazuje to przypadek Johna Bodle’a.
W 1832 roku brytyjski chemik James Marsh (1794–1846) został poproszony o zbadanie sprawy śmierci 80-letniego rolnika George’a Bodle’a. Marsh wykrył arsen w jelitach zmarłego oraz w filiżance kawy, z której pił, jednak próbki przygotowane na potrzeby procesu szybko uległy zepsuciu, a ława przysięgłych uznała jego techniczne wyjaśnienia za niezrozumiałe. W rezultacie podejrzany, wnuk rolnika John Bodle, został uniewinniony. Później przyznał się do zabójstwa, ale nie można go już było ponownie sądzić. Rozwścieczony Marsh postanowił opracować test na obecność arsenu na tyle prosty, by zrozumiał go nawet najmniej bystry przysięgły. Chciał, by członkowie ławy przysięgłych mogli zobaczyć arsen na własne oczy.
Marsh skonstruował szklaną rurkę w kształcie litery U – z jednym końcem otwartym, w którym umieszczał badany płyn, oraz drugim, zakończonym zwężoną dyszą, gdzie znajdował się kawałek cynku. Gdy ciecz dosięgała cynku, nawet śladowa ilość arsenu przekształcała się w arsenowodór (AsH₃), który zapalał się podczas wydostawania się z dyszy. Do płomienia przykładano zimną porcelanową miseczkę, na której powierzchni osadzał się czysty metaliczny arsen. Z czasem urządzenie udoskonalono, lecz w czasach Agathy Christie wciąż było w użytku. Sama pisarka, przygotowując się do egzaminu z farmacji, ćwiczyła test Marsha razem ze swoją koleżanką, wykorzystując do tego ekspres do kawy marki Cona, który ostatecznie im eksplodował.
Test Marsha po raz pierwszy wykorzystano w procesie karnym w 1840 roku. Posłużył się nim słynny toksykolog Mathieu Orfila (1787–1853), który został poproszony o zbadanie sprawy śmierci pana Charlesa Pouch-Lafarge’a. Kiedy Marie Capelle poślubiła Charlesa w 1839 roku, oboje wierzyli, że wchodzą w związek z osobą zamożną. W rzeczywistości Marie miała jedynie skromny posag, choć uważała się za osobę wyższego stanu. Otrzymała staranne wykształcenie w elitarnych szkołach i była przekonana, że pochodzi z królewskiego rodu. Charles natomiast przedstawiał się jako zamożny właściciel huty żelaza, lecz w rzeczywistości mieszkał w maleńkiej wiosce, w wilgotnym, pełnym szczurów domu w zrujnowanym majątku. Część posiadłości przerobił na odlewnię, co niemal całkowicie opróżniło jego kieszeń. Małżeństwu od początku nie układało się dobrze, a sytuacja nie wydawała się poprawiać aż do chwili, gdy Marie nakłoniła męża, by przepisał testament na jej korzyść. W okresie świątecznym Charles wyjechał do Paryża w poszukiwaniu inwestorów dla nowego przedsięwzięcia, a Marie wysłała mu paczkę z prezentem bożonarodzeniowym. Świadkowie z domu Lafarge’ów widzieli, jak wkładała do pudełka pięć małych ciastek, swoje zdjęcie i czuły list. Kiedy przesyłka dotarła do Paryża, jej zawartość nie zgadzała się z tym, co widziano wcześniej u Marie – zamiast pięciu małych ciastek w pudełku znajdowało się jedno duże. Po jego zjedzeniu Lafarge poważnie się rozchorował. Choć zdołał odzyskać siły na tyle, by wrócić do domu, wkrótce ponownie zachorował i niedługo potem zmarł. Podejrzewano, że przyczyną śmierci było zatrucie arszenikiem, zwłaszcza że widziano, jak Marie kupowała arsen, tłumacząc, że potrzebuje go do zwalczania szczurów w domu. Orfila został wezwany, by ustalić, czy to właśnie arsen był przyczyną śmierci Charlesa. Jego zeznanie oraz wyniki testu Marsha stanowiły wystarczające dowody, by ława przysięgłych uznała Marie za winną morderstwa12.
W sprawie Lafarge do dziś istnieją wątpliwości co do winy Marie. Nigdy nie udowodniono, że to ona podmieniła ciastka ani że w ogóle miała ku temu sposobność. Inny toksykolog, François-Vincent Raspail (1794–1878), również podważył wiarygodność dowodów. Wykazał, że cynk, którego Orfila użył przy wykonywaniu testu Marsha, był zanieczyszczony arsenem. Oznaczało to, że test mógł dać wynik pozytywny nawet wtedy, gdyby w ciele Charlesa w ogóle nie było trucizny. Zeznanie Raspaila pojawiło się jednak zbyt późno – Marie została skazana na dożywotnie więzienie, zanim dotarł do sądu. Raspail zwrócił uwagę na jedyny poważny mankament testu Marsha: był po prostu zbyt czuły. W kryminalistyce możliwość wykrycia 0,02 miligrama arsenu uznaje się za zaletę, ale w XIX wieku ten pierwiastek był niezwykle powszechny, zwłaszcza w europejskich gospodarstwach domowych. Wkrótce okazało się, że arsen można znaleźć niemal wszędzie.
Tak zwany biały arsen ma postać białego proszku, łudząco podobnego do cukru lub grubo mielonej mąki, dlatego czasem dochodziło do tragicznych pomyłek. Wiktoriańska Anglia znała też problem fałszowania żywności. Wytwórcy słodyczy często dodawali do wyrobów daft, czyli obojętną substancję, jak choćby gips czy sproszkowaną kredę, żeby zwiększyć objętość i obniżyć koszty produkcji. W 1858 roku pewien cukiernik z Bradford sięgnął po beczkę, przekonany, że znajduje się w niej daft, i użył znajdującego się tam białego proszku do przygotowania partii słodyczy, nie zdając sobie sprawy, że w beczce był biały arsen. Kiedy dzieci zaczęły je jeść, szybko stało się jasne, że doszło do tragedii. Zatrute słodycze natychmiast wycofano ze sprzedaży, lecz zanim to zrobiono, 200 osób ciężko zachorowało, a 20 zmarło. Z dzisiejszej perspektywy trudno w to uwierzyć, ale nikt nie poniósł za to konsekwencji.
Dla porównania w 1836 roku kucharka Eliza Fenning została skazana na śmierć za rzekomą próbę otrucia domowników, u których pracowała. Cała rodzina, a wraz z nią sama Eliza, poważnie zachorowała po zjedzeniu przygotowanych przez nią klusek (choć ostatecznie wszyscy wrócili do zdrowia). Kilka tygodni wcześniej z domu zniknęło opakowanie arsenu. Elizę skazano na podstawie bardzo słabych dowodów, mimo że inni mieszkańcy mieli równie dobrą sposobność, by dodać truciznę do potrawy, a może, co bardziej prawdopodobne, doszło po prostu do tragicznej pomyłki.
W XVIII wieku przemysłowcy zaczęli wykorzystywać rosnące ilości odpadów arsenowych z hut żelaza nie tylko do wytwarzania trutek na szczury. Wiele związków arsenu ma intensywne barwy i od tysięcy lat wykorzystywano je jako pigmenty, np. aurypigment (As₂S₃) o głębokim żółtym odcieniu, czy realgar (AsS), minerał o barwie rubinowej czerwieni. W 1775 roku do tej listy dołączyła zieleń Scheelego (CuHAsO₃), wynaleziona przez Carla Wilhelma Scheelego (1742–1786). Związki arsenowe były ogromnym krokiem naprzód w porównaniu z roślinnymi barwnikami używanymi wcześniej, ponieważ ich kolory okazały się trwalsze, a sama produkcja – tania i prosta. Wiktoriańska moda na intensywne odcienie czerwieni i zieleni sprawiła, że arsen zaczął być wykorzystywany niemal do wszystkiego: do barwienia tapet, ubrań, zabawek, a nawet jedzenia, w tym słodyczy i lukru na ciastach13.
Barwniki arsenowe w tapetach stanowiły bezpośrednie zagrożenie głównie dla pracowników ich wytwórni, którzy wdychali pył zawierający arsen. W domach zauważono jednak, że w sypialniach z takimi tapetami było mniej pluskiew. Początkowo uznano to za zaletę i sprzedaż zaczęła rosnąć. Wkrótce jednak okazało się, że to, co zabijało owady, szkodziło również ludziom. Do przyklejania tapet używano kleju zrobionego z mąki i wody. W wilgotnym klimacie Wysp Brytyjskich tworzył on doskonałe warunki do rozwoju pleśni. Arsen zwykle hamował jej wzrost, ale niektóre gatunki potrafiły się przystosować, rozkładając truciznę chemicznie i usuwając ją z otoczenia. W 1893 roku Bartolomeo Gosio (1863–1944) jako pierwszy wykazał, że pleśń Penicillium brevicaule (dziś znana jako Scopulariopsis brevicaulis) rozkłada skrobiowy klej, uwalniając gaz arsenowy, którego badacz nie potrafił zidentyfikować, ale który miał charakterystyczny czosnkowy zapach. Gaz ten nazwano „gazem Gosia”; w rzeczywistości był to jednak silnie toksyczny gaz trójmetyloarsyny [As(CH₃)₃], opisany dopiero w 1933 roku. W efekcie zalecono zmniejszenie zawartości arsenu w tapetach, jednak ostrzeżenia te pojawiły się zbyt późno dla pewnego słynnego Francuza.
Śmierć Napoleona Bonapartego w 1821 roku od dawna budzi liczne spekulacje. W ostatnich miesiącach zesłania na Wyspie Świętej Heleny cesarz czuł się bardzo źle i był pod opieką wielu lekarzy, zarówno francuskich, jak i brytyjskich. Cierpiał na silne bóle żołądka, a leczenie nie przynosiło żadnych rezultatów. Po jego śmierci sekcję zwłok przeprowadziło siedmiu lekarzy, którzy uznali, że przyczyną zgonu był rak żołądka. Mimo to szybko rozeszły się pogłoski o otruciu. Jak łatwo się domyślić, Francuzi obwiniali Brytyjczyków, a Brytyjczycy Francuzów. W tamtym czasie nie istniały jednak wiarygodne metody pozwalające potwierdzić lub wykluczyć zatrucie.
W latach 60. XX wieku przebadano pasma włosów Napoleona, obcięte tuż po jego śmierci i zachowane jako pamiątki. Odkryto w nich wyjątkowo wysokie stężenie arsenu, co natychmiast wzbudziło pytania o jego źródło. Jedna z hipotez mówiła, że pochodził on z tapet w jego pokoju. Gdy w latach 80. znaleziono próbkę tej tapety, analiza wykazała znaczne stężenie arsenu – 0,12 g/m²14. Już w 1893 roku badania dowiodły, że tapety zawierające od 0,015 do 0,6 g/m² arsenu mogą powodować problemy zdrowotne, a nawet wartości tak niskie jak 0,006 g/m² są potencjalnie niebezpieczne15. Wilgotny i ciepły klimat Wyspy Świętej Heleny sprzyjał rozwojowi pleśni na tapetach, jednak nawet w takich warunkach trudno przypuszczać, by wytworzyła ona tyle trójmetyloarsyny, by zabić Napoleona. Tapeta mogła jednak przyczyniać się do jego pogarszającego się stanu zdrowia. Napoleon zrobił to, co zrobiłby każdy na jego miejscu – wezwał lekarza. Niestety, ci, którzy się nim zajmowali, nie tylko mu nie pomogli, lecz wprowadzili do jego organizmu kolejne toksyczne związki w postaci leków, choć zapewne nie z zamiarem otrucia.
Leki, jakimi dysponowali lekarze w XIX wieku, były nieliczne, a stosowano je głównie dlatego, że wywoływały zauważalne reakcje organizmu, takie jak wymioty, biegunka czy obfite pocenie się. Poprawa stanu zdrowia pacjenta była najczęściej dziełem przypadku, bo o badaniach klinicznych czy wizytach kontrolnych nikt jeszcze nie słyszał. Chorzy często wracali do zdrowia mimo wysiłków lekarzy, a nie dzięki nim. Najsilniejsze substancje działające na organizm człowieka były zarazem wyjątkowo toksyczne, dlatego torba każdego XIX-wiecznego lekarza prawdopodobnie zawierała środki, które dziś uznaje się za skrajnie niebezpieczne.
Jednym z powszechnie stosowanych w XIX wieku leków był tzw. roztwór Fowlera, tonik przepisywany na różne dolegliwości. Wprowadzono go do Farmakopei Brytyjskiej w 1809 roku, początkowo jako środek przeciw malarii. Nie miał smaku, co czyniło go bardziej znośnym do przełknięcia aniżeli używana w tym samym celu chinina. Z czasem liczba recept na roztwór Fowlera rosła, podobnie jak lista chorób, na które go przepisywano – począwszy od schorzeń skóry, a skończywszy na astmie. Głównym składnikiem preparatu był oczywiście arsen, występujący w postaci arseninu potasu (K₃AsO₃)16.
Z tego powodu odkrycie arsenu w zwłokach osoby z epoki wiktoriańskiej nie było niczym niezwykłym. W przypadku oskarżenia o otrucie prokuratura musiała więc nie tylko udowodnić, że to właśnie arsen był bezpośrednią przyczyną śmierci, a nie przypadkowym składnikiem organizmu, ale także wykazać, skąd trucizna pochodziła i w jaki sposób została podana ofierze.
W 1851 roku uchwalono ustawę o arsenie mającą na celu uregulowanie i kontrolę jego sprzedaży17. Nakładała ona obowiązek zapisywania każdej transakcji w specjalnym rejestrze, wraz z nazwiskiem kupującego, ilością zakupionej substancji i celem jej użycia. Ustawa wymagała też, by arsen przeznaczony do celów innych niż medyczne lub rolnicze był barwiony sadzą lub indygo, aby zapobiec tragicznym pomyłkom, takim jak ta z zatrutymi słodyczami. Niestety, w przepisach pozostawiono wiele luk. Na przykład nie określono, kto może sprzedawać związki arsenu, a osoba planująca zbrodnię z użyciem trucizny z pewnością nie miałaby oporów przed wpisaniem fałszywych danych do rejestru. Z czasem przepisy zaostrzono i sprzedaż trucizn ograniczono do wybranych zawodów i miejsc, głównie aptek, a osoba kupująca musiała być znana farmaceucie lub przedstawiona przez kogoś, kto znał obie strony. W teorii istniał więc system pozwalający śledzić potencjalnych trucicieli poprzez rejestry, lecz w praktyce zdobycie arsenu wciąż było zaskakująco łatwe. W księgach sprzedaży można było bez trudu wpisać wiele „legalnych” zastosowań, a to na oskarżycielu spoczywał obowiązek udowodnienia, że intencje kupującego były zupełnie inne.
Sprawy o otrucie mogły się dodatkowo komplikować, jeśli oskarżony powoływał się na tzw. obronę styryjską. Był to argument prawny mający tłumaczyć obecność dużych ilości arsenu w organizmie zmarłego. W 1851 roku w jednym z wiedeńskich czasopism medycznych ukazał się raport opisujący mężczyzn z austriackiego regionu Styria, którzy regularnie spożywali arszenik. Żuli oni grudki trójtlenku arsenu lub wcierali go w tosty dwa lub trzy razy w tygodniu. Zaczynali od porcji wielkości ziarenka ryżu, a następnie stopniowo zwiększali dawkę, aż mogli przyjmować ilości uznawane za śmiertelne, i to bez widocznych skutków ubocznych. Według nich arszenik działał pobudzająco, twierdzili, że „daje im wiatr”, czyli pozwala łatwiej oddychać podczas ciężkiej pracy fizycznej w rzadkim górskim powietrzu. Mężczyźni uważali też, że dzięki niemu nabierają masy i mają zdrowszy wygląd. Arszenik stosowały również kobiety, wierząc, że nadaje im pełniejsze kształty i cerę w odcieniu „brzoskwiń ze śmietaną”.
Rzeczywiście, arszenik niszczył bakterie powodujące niedoskonałości skóry, ale jednocześnie wywoływał obrzęki, zatrzymując wodę w mięśniach oraz rozszerzając naczynia włosowate, co nadawało policzkom różowy kolor. Można by przypuszczać, że taki nawyk powodował złe samopoczucie, jednak niektórzy twierdzili, że to właśnie brak regularnej dawki sprawiał, iż czuli się gorzej. Na pierwszy rzut oka mogło się więc wydawać, że rozwijają odporność na arszenik, co byłoby wygodne dla każdego, kto podejrzewał, że ktoś próbuje go otruć. W rzeczywistości jednak nie chodziło o prawdziwą tolerancję. Spożywanie większych ilości arszeniku było możliwe dlatego, że przyjmowano go w formie większych grudek, a nie jako drobny proszek czy roztwór. Znaczna część trucizny była wydalana, zanim zdążyła wchłonąć się do krwiobiegu.
Po doniesieniach o styryjskich „pożeraczach arszeniku”, ich atrakcyjnym wyglądzie i rzekomo doskonałym zdrowiu zwyczaj ten szybko rozprzestrzenił się w Europie i Ameryce. Arszenik zaczął być stosowany jako środek upiększający i nakładano go bezpośrednio na skórę lub rozpuszczano w wodzie i pito w niewielkich ilościach, wierząc, że poprawia ogólny stan zdrowia. Agatha Christie znała historię „arszenikożerców” i w Złu, które żyje pod słońcem opisała wdowę, która, mając za męża zjadacza arszeniku, uniknęła skazania za jego zabójstwo.
Arszenik jest trucizną kumulującą się w organizmie, dlatego jego stężenie u osób regularnie go zażywających stopniowo rosło, aż osiągało poziom niebezpieczny, a nawet śmiertelny. Nawet jeśli przyczyna śmierci nie była przypisywana zatruciu, ciała „arszenikożerców” stosunkowo łatwo było rozpoznać pośmiertnie, ponieważ arszenik działał jak konserwant, zabijając bakterie odpowiedzialne za rozkład. W Styrii istniał zwyczaj, by po 12 latach ekshumować zmarłych i przenosić ich szczątki do krypty, gdyż na cmentarzach było mało miejsca. Ciała osób zażywających arszenik znajdowano w zaskakująco dobrym stanie, były tak dobrze zachowane, że bliscy potrafili je rozpoznać nawet po latach. Obecność arszeniku w zwłokach mogła się stać źródłem niektórych legend o wampirach, które narodziły się w Europie Środkowej i Wschodniej.
Właściwości konserwujące arszeniku sprawiły, że zaczęto go używać w procesie balsamowania. Zrezygnowano z tego dopiero wtedy, gdy odkryto, że może on maskować obecność tej substancji w przypadkach otrucia. W efekcie zakazano stosowania arszeniku w balsamowaniu, zastępując go formaldehydem. Nawet to jednak nie rozwiązało problemu, ponieważ arsen jest pierwiastkiem powszechnie występującym w glebie, dlatego ciało zmarłego mogło go wchłonąć z otoczenia, w którym zostało pochowane.
Arsen bardzo silnie wiąże się z atomami siarki, których w ludzkim organizmie jest wiele, zwłaszcza we włosach. Dzięki temu włosy stanowią cenne źródło informacji o ekspozycji na arsen w czasie życia, gdyż pierwiastek ten odkłada się w cebulkach włosowych już w ciągu kilku godzin od spożycia. Wraz ze wzrostem włosa arsen pozostaje w jego strukturze w stałym miejscu. Ponieważ włosy rosną w dość równym tempie, około centymetra miesięcznie, możliwe jest odtworzenie historii kontaktu z trucizną poprzez analizę kolejnych odcinków włosa. Jednocześnie oznacza to, że włosy zwłok zanurzonych w cieczy zawierającej arszenik mogą wchłonąć go jak gąbka i zatrzymać w sobie, co prowadzi do wyższych stężeń niż w samej cieczy. Z tego względu podczas sekcji zwłok należało uważać, by włosy nie miały kontaktu z płynami ustrojowymi, gdyż mogłoby to sztucznie podnieść poziom arszeniku i sprawiać wrażenie długotrwałego zatrucia. Podobną ostrożność zachowywano przy ekshumacjach – ciało należało wydobywać tak, by nie zabrudzić włosów ziemią, a próbki gleby z okolic grobu trzeba było pobrać i przebadać.
W epoce wiktoriańskiej udowodnienie zatrucia arszenikiem stawało się coraz trudniejsze, a złożoność takich spraw dobrze pokazuje przypadek Jamesa Maybricka. W 1889 roku 50-letni Maybrick zachorował – skarżył się na bóle żołądka i silne wymioty. Opiekowała się nim jego żona, 26-letnia Amerykanka Florence. Para niedawno się pogodziła po gwałtownej kłótni spowodowanej romansem Florence z przyjacielem jej męża. Sam James również miał liczne romanse, lecz to niewierność żony doprowadziła do przemocy i wydziedziczenia jej z testamentu. James był hipochondrykiem i regularnie zażywał różne „cudowne specyfiki” dostępne bez recepty. Podczas ostatniej choroby poprosił żonę o swoje proszki. Florence dodała je jak zwykle do butelki z wywarem mięsnym przygotowanym dla męża do picia.
Niestety, tym razem stan Jamesa nie uległ poprawie. Wkrótce przyjechała jego rodzina, by upewnić się, że ma zapewnioną odpowiednią opiekę lekarską. Florence nie cieszyła się w domu sympatią, zwłaszcza po tym, jak przechwycono jej list do kochanka, w którym napisała, że mąż jest „śmiertelnie chory”. Po tym incydencie nie pozwolono jej już przebywać w pokoju chorego. Kiedy kilka tygodni później James zmarł, podejrzenia od razu padły na nią.
Podczas procesu prokuratura wykazała, że Florence kupiła muchobójcze arkusze nasączone arsenem. Kobieta twierdziła, że zamierzała wykorzystać je do przygotowania toniku do twarzy, ponieważ skończył jej się zwykły środek do pielęgnacji skóry i chciała zrobić własny. Wraz z arkuszami kupiła także balsam zawierający benzoes i wodę bzową, czyli składniki typowe dla takich kosmetyków. Zanurzenie arkusza w zimnej wodzie uwalniało około ¾ granów arsenu, co nie stanowiło dawki śmiertelnej, ale zalanie go wrzątkiem powodowało wypłukanie niemal całej zawartości trucizny, czyli ponad dwóch granów, ilości bliskiej dawce śmiertelnej. Wysoka temperatura usuwała również barwnik z papieru. Muchobójcze arkusze sprzedawano w paczkach po sześć sztuk i wyraźnie oznaczano jako trujące. Ilość arsenu w poszczególnych arkuszach różniła się, lecz analiza przeprowadzona na potrzeby procesu wykazała, że każdy z nich zawierał przynajmniej jedną dawkę wystarczającą do zabicia człowieka18.
W rzeczywistości Florence Maybrick wcale nie musiała kupować muchobójczych arkuszy, żeby wykorzystać zawarty w nich arsen, ponieważ w ich domu było go pod dostatkiem. Podczas przeszukania policja znalazła liczne butelki z kosmetykami i „cudownymi lekami”, z których wiele zawierało tę truciznę. Ilość arsenu w domu wystarczyłaby, by zabić 50 osób, natomiast w ciele Jamesa znaleziono go stosunkowo niewiele. Obrońcy Florence powołali lekarzy, którzy zeznali, że James zmarł z przyczyn naturalnych. Nikt nie widział, by Florence podawała mężowi arsen, a na kilka dni przed jego śmiercią nie miała żadnego kontaktu z nim ani z jego jedzeniem czy lekarstwami. Mimo to ława przysięgłych uznała zgromadzone dowody za wystarczające do skazania jej za morderstwo. Wyrok śmierci zamieniono na więzienie, ponieważ wciąż istniały wątpliwości dotyczące tego, czy James rzeczywiście zmarł z powodu zatrucia arsenem, a nie co do winy samej Florence. Kobieta przez całe 14 lat więzienia utrzymywała, że jest niewinna. Po uwolnieniu prowadziła spokojne i uczciwe życie.
Gdy Agatha Christie rozpoczynała karierę pisarską, związki arsenu wciąż były stosunkowo łatwo dostępne, występowały w składzie leków tonizujących, pestycydów i środków chwastobójczych. W pierwszej połowie XX wieku arsen stopniowo wycofywano z użycia, zastępując go bezpieczniejszymi substancjami. Część specjalistycznych zastosowań przemysłowych przetrwała, a jedynym współczesnym medycznym zastosowaniem trójtlenku arsenu pozostało leczenie ostrej białaczki promielocytowej. Nawet ta terapia niesie jednak ryzyko zatrucia arszenikiem.
Toksyczność trójtlenku arsenu i pokrewnych związków wynika z ich zdolności do zakłócania podstawowych procesów chemicznych zachodzących w organizmie. Związki arsenu łatwo wchłaniają się przez skórę, płuca i układ pokarmowy, co od wieków wykorzystywali truciciele, dodając arsen do jedzenia, napojów lub lekarstw.
Arsen może występować w dwóch głównych postaciach chemicznych: jako arseniany i arseniny, z których każda oddziałuje na organizm w inny sposób. Arseniany (AsO₄³−) mają strukturę i właściwości chemiczne bardzo zbliżone do fosforanów (PO₄³−), dlatego organizm nie potrafi ich od siebie odróżnić. Fosforany pełnią w ciele wiele istotnych funkcji: wzmacniają kości, stanowią część struktury DNA oraz biorą udział w procesach magazynowania i przekazywania energii. W domu elektryczność jest formą energii, której używamy, by zasilać urządzenia, natomiast wewnątrz ciała energia z jedzenia, które spożywamy, i tlenu, którym oddychamy, jest wykorzystywana do wytwarzania związku chemicznego zwanego adenozynotrifosforanem, czyli ATP. Wymiana grup fosforanowych w cząsteczce ATP umożliwia reakcje chemiczne potrzebne do życia, zachodzące w łagodnych warunkach środowiska biologicznego. Arseniany są zabójcze, ponieważ mogą zastępować fosforany w strukturze ATP. Problem w tym, że arsen jest mniej reaktywny niż fosfor, przez co reakcje, w których bierze udział, przebiegają znacznie wolniej lub całkowicie ustają, a to może mieć katastrofalne skutki dla organizmu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Chemicy, farmaceuci i inni specjaliści z podobnym wykształceniem mogą w trakcie lektury szybko odrzucić pewne możliwości, ale ujawnienie sprawcy okazuje się dla nich równie zaskakujące jak dla każdego innego czytelnika. [wróć]
Czyli jedna część leku na sto części masy. [wróć]
Christie posługiwała się jednostką gran w wielu swoich książkach, ale w tej publikacji podaję równowartości w gramach (g) lub miligramach (mg, czyli tysięcznych częściach grama). Jeden gran odpowiada 64,79891 mg. [wróć]
W czasie wojny Christie zdołała napisać dwanaście powieści. [wróć]
Knox był księdzem, teologiem, spikerem radiowym BBC i autorem powieści detektywistycznych. Bohaterem jego książek był detektyw Miles Bredon. [wróć]
W Stanach Zjednoczonych książka ukazała się pod skróconym tytułem The Mirror Crack’d (Pęknięte lustro). [wróć]
Co ciekawe, przez długi czas, gdy Christie dopracowywała fabułę, zamierzała, by ofiara została zastrzelona, trudno jednak sobie wyobrazić, jak miałoby to wyglądać w ostatecznej wersji powieści. [wróć]
W Stanach Zjednoczonych powieść ukazała się pod tytułem Easy to Kill (Łatwo jest zabić). [wróć]
Arszenik znajduje się na pograniczu metali i niemetali, czyli ma cechy charakterystyczne dla obu tych grup pierwiastków. [wróć]
W dalszej części rozdziału, o ile nie zaznaczono inaczej, termin „arszenik” odnosi się do trójtlenku arsenu. [wróć]
Choć w rzeczywistości sami Borgiowie pochodzili z Hiszpanii. [wróć]
Ta sprawa mogła zainspirować Agathę Christie do wykorzystania motywu zatrutego ciasta w powieści Po pogrzebie. W książce do jednej z osób podejrzanych o morderstwo trafia kawałek tortu weselnego z domieszką arsenu. Ofiara zjadła jego część, a resztę schowała pod poduszkę, wierząc w tradycję, że dzięki temu przyśni jej się przyszły mąż. Choć poważnie zachorowała, udało jej się przeżyć, a to tylko dlatego, że nie zjadła całego ciasta. [wróć]
Agatha Christie wspomina o zieleni Scheelego i jej użyciu w tapetach w powieści Spotkanie w Bagdadzie. Gdy jedna z postaci zapada na „ciężkie zapalenie żołądka i jelit”, pojawia się podejrzenie zatrucia arsenem. „Zastanawiam się – mówi sir Rupert – czy to nie przypadkiem sprawka zieleni Scheelego…” [wróć]
g/m² oznacza gramy na metr kwadratowy. [wróć]
W tamtym okresie za bezpieczne uznawano stężenie arsenu w tapetach mieszczące się w granicach od 0,001 do 0,005 g/m². [wróć]
Wiadomo, że Charles Darwin stosował roztwór Fowlera – początkowo jako student, by leczyć egzemę, a później przyjmował go przez większą część dorosłego życia. Może to częściowo tłumaczyć problemy zdrowotne, z którymi zmagał się w kolejnych latach. [wróć]
W Stanach Zjednoczonych nie uchwalono wówczas podobnej ustawy. Badanie przeprowadzone w 1877 roku wykazało, że sprzedaż trucizn wciąż nie była tam w żaden sposób regulowana. Dziś sytuacja wygląda oczywiście zupełnie inaczej. [wróć]
Agatha Christie doskonale znała sprawę Maybricków i w powieści Tajemnicza historia w Styles opisała sposób pozyskiwania trucizny przez moczenie muchobójczych arkuszy w wodzie. [wróć]
