A jak Arszenik. Trucizny Agathy Christie - Kathryn Harkup - ebook

A jak Arszenik. Trucizny Agathy Christie ebook

Harkup Kathryn

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czternaście powieści. Czternaście trucizn. Czternaście perfekcyjnych zbrodni.

Agatha Christie znała się na truciznach jak nikt inny, a bohaterowie jej kultowych powieści stosowali je częściej niż jakąkolwiek inną metodę morderstwa. Wybór zabójczej substancji nigdy nie był przypadkowy. Każda z nich stanowiła wskazówkę. Każdy objaw był zagadką do rozwiązania.

Jak to możliwe, że mikroskopijne dawki niektórych związków chemicznych potrafią zabić w kilka minut? Dlaczego arsen działa inaczej niż cyjanek? Skąd mistrzyni kryminału czerpała swoją niepokojącą wiedzę o śmiertelnych substancjach?

Kathryn Harkup, chemiczka i miłośniczka kryminałów, przygląda się czternastu powieściom Agathy Christie z perspektywy naukowej, by udzielić odpowiedzi na pytania:

• jakie prawdziwe sprawy kryminalne mogły zainspirować pisarkę,

• jak poszczególne trucizny wpływają na ludzki organizm i dlaczego prowadzą do śmierci,

• czy mordercze metody z powieści można by zastosować w prawdziwym życiu – dawniej i dziś.

To książka o nauce, zbrodni i genialnej wyobraźni, w której mroczna fikcja spotyka się równie przerażającą rzeczywistością…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 339

Data ważności licencji: 12/31/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Tytuł ory­gi­nału: A is for Arse­nic: The Poisons of Aga­tha Chri­stie

Prze­kład: Renata Czer­nik Redak­torka ini­cju­jąca: Kata­rzyna Nawrocka Redak­cja: Domi­nika Syno­wiec, Monika Sze­liga Korekta: Jędrzej Szulga Pro­jekt okładki: Neil Ste­vens Adap­ta­cja okładki na potrzeby pol­skiego wyda­nia: Nor­bert Młyń­czak

Copy­ri­ght © Kath­ryn Har­kup, 2015 Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026 This trans­la­tion of A Is for Arse­nic is publi­shed by JK Wydaw­nic­two Anna Rogala spółka koman­dy­towa by arran­ge­ment with Blo­oms­bury Publi­shing Plc.

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-12-6 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

To był począ­tek wszyst­kiego. Nagle zoba­czy­łam jasno drogę przed sobą. Posta­no­wi­łam popeł­nić nie jedno mor­der­stwo, lecz mor­der­stwa na wielką skalę.

Aga­tha Chri­stie, I nie było już nikogo

Śmiercionośna apteczka Agathy Christie

Podą­żała za nie­skoń­czo­nymi roz­wią­za­niami łatwych spo­so­bów na śmierć.

Wil­liam Sha­ke­spe­are, Anto­niusz i Kle­opa­tra

Aga­tha Mary Cla­rissa Chri­stie (1890–1976), „kró­lowa kry­mi­nału”, figu­ruje w Księ­dze Rekor­dów Guin­nessa jako naj­po­czyt­niej­sza autorka wszech cza­sów. Sprze­dała mniej egzem­pla­rzy tylko od Biblii i Sha­ke­spe­are’a (jed­nak jej książki prze­tłu­ma­czono na wię­cej języ­ków niż dzieła angiel­skiego dra­ma­turga). Chri­stie jest także autorką Pułapki na myszy – sztuki teatral­nej, która nie­prze­rwa­nie utrzy­muje się na świa­to­wych sce­nach dłu­żej niż jakie­kol­wiek inne przed­sta­wie­nie. To rów­nież ona stwo­rzyła posta­cie dwóch z naj­słyn­niej­szych detek­ty­wów w histo­rii lite­ra­tury: Her­ku­lesa Poirota i panny Mar­ple. Twór­czość Chri­stie nie tylko zyskała uzna­nie kry­ty­ków i przy­nio­sła autorce wiele nagród, ale zdo­była jej też nie­śmier­tel­ność i do dziś cie­szy się ogrom­nym zain­te­re­so­wa­niem.

Wielu pró­bo­wało odkryć sekret jej suk­cesu, cho­ciaż sama Chri­stie zawsze uwa­żała się za pisarkę jedy­nie „popu­larną” i otwar­cie przy­zna­wała, że nie two­rzy wiel­kich dzieł lite­ra­tury ani nie daje głę­bo­kich wglą­dów w naturę ludzką. W swo­ich utwo­rach nie epa­to­wała bru­tal­no­ścią ani nie sta­rała się szo­ko­wać prze­mocą. Choć na kar­tach powie­ści Chri­stie umie­ściła nie­jedne zwłoki, to kre­owane przez nią intrygi zwy­kle wywo­ły­wały cie­ka­wość i uśmiech czy­tel­ni­ków śle­dzą­cych fał­szywe tropy, mylne wska­zówki i bły­sko­tliwe roz­wią­za­nia. Była mistrzy­nią snu­cia opowie­ści i ukła­da­nia zaga­dek, potra­fiła jed­no­cze­śnie bawić i pod­su­wać czy­ta­ją­cym łami­główki, które wyda­wały się nie do roz­wią­za­nia.

Histo­rie kry­mi­nalne Chri­stie wie­lo­krot­nie dowo­dziły, że była wir­tu­ozem zmyłki. Potra­fiła pod­su­wać wska­zówki wprost pod oczy czy­tel­nika, nie­raz je uwy­pu­kla­jąc, a mimo to była pewna, że więk­szość i tak doj­dzie do fał­szy­wych wnio­sków. Gdy w finale histo­rii ujaw­niał się sprawca, czy­tel­nicy zwy­kle mieli pre­ten­sje do sie­bie, że prze­oczyli coś oczy­wi­stego, albo wra­cali do lek­tury jesz­cze raz, by prze­ko­nać się, iż tropy były obecne od samego początku.

Chri­stie wyko­rzy­sty­wała swoją szcze­gó­łową wie­dzę na temat nie­bez­piecz­nych sub­stan­cji che­micz­nych i leków, by kon­stru­ować intrygi powie­ści. Uży­wała tru­cizn w więk­szo­ści swo­ich ksią­żek, znacz­nie czę­ściej niż inni pisa­rze jej epoki, i robiła to z dużą pre­cy­zją, nie wyma­ga­jąc jed­nak od czy­tel­ni­ków żad­nej spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy medycz­nej. Objawy i dostęp­ność poszcze­gól­nych sub­stan­cji przed­sta­wiała jasno i przy­stęp­nie, dzięki czemu nawet ktoś z wykształ­ce­niem medycz­nym czy tok­sy­ko­lo­gicz­nym nie miał więk­szej prze­wagi nad zwy­kłym czy­tel­ni­kiem1. Zro­zu­mie­nie nauko­wych pod­staw dzia­ła­nia tru­cizn, po które się­gała Chri­stie, jedy­nie pozwala lepiej doce­nić jej pomy­sło­wość i kunszt w budo­wa­niu intrygi.

Uczennica truciciela

Wie­dza Aga­thy Chri­stie o tru­ci­znach była naprawdę wyjąt­kowa. Rzadko który pisarz mógł się poszczy­cić tym, że jego książki tra­fiały do rąk pato­lo­gów i słu­żyły im jako punkt odnie­sie­nia w rze­czy­wi­stych przy­pad­kach zatruć (zob. s. 329). Kilka osób, które miały oka­zję zapo­znać się z A jak arsze­nik we wcze­snym eta­pie pracy, pytało mnie: „Skąd ona to wszystko wie­działa?”. Odpo­wiedź jest pro­sta: jej wie­dza wyni­kała z oso­bi­stego doświad­cze­nia w pracy z tru­ci­znami oraz z życio­wej fascy­na­cji tym tema­tem, choć oczy­wi­ście nie w sen­sie kry­mi­nal­nym.

W cza­sie I wojny świa­to­wej Chri­stie pra­co­wała jako pie­lę­gniarka w szpi­talu w Torquay. Lubiła swoje zaję­cie, ale gdy w pla­cówce otwarto nową aptekę, zapro­po­no­wano jej prze­nie­sie­nie. Nowa rola wyma­gała dodat­ko­wego szko­le­nia i zda­nia egza­mi­nów kwa­li­fi­ku­ją­cych do pracy jako asy­stentka apte­ka­rza odpo­wie­dzialna za wyda­wa­nie leków. Chri­stie uzy­skała te upraw­nie­nia w 1917 roku.

W tam­tym cza­sie – i przez wiele kolej­nych lat – recepty lekar­skie przy­go­to­wy­wano ręcz­nie w apte­kach i szpi­tal­nych ambu­la­to­riach. Tru­ci­zny i sil­nie dzia­ła­jące środki były sta­ran­nie odwa­żane i spraw­dzane przez innych pra­cow­ni­ków przed wyda­niem pacjen­towi.

Do lekarstw czę­sto doda­wano nie­szko­dliwe skład­niki, takie jak barw­niki czy aro­maty, by dosto­so­wać je do przy­zwy­cza­jeń pacjen­tów. Jak wspo­mi­nała Chri­stie w swo­jej auto­bio­gra­fii, zda­rzało się jed­nak, że wielu wra­cało do apteki z pre­ten­sją, iż lek nie wyglą­dał albo nie sma­ko­wał tak jak zwy­kle. Jeśli dawka wła­ści­wego środka była podana pra­wi­dłowo, wszystko było w porządku, choć zda­rzały się pomyłki.

Przy­go­to­wu­jąc się do egza­minu w Apo­the­ca­ries Hall, Chri­stie uczyła się che­mii i far­ma­cji nie tylko w teo­rii, lecz także w prak­tyce pod okiem kole­gów z apteki szpi­tal­nej. Oprócz pracy i nauki brała też pry­watne lek­cje u far­ma­ceuty w Torquay, pana P., który w ramach szko­le­nia pew­nego dnia poka­zał jej, jak pra­wi­dłowo przy­go­to­wuje się czopki. Było to zada­nie trudne i wyma­ga­jące wprawy. Far­ma­ceuta roz­to­pił masło kaka­owe, dodał lek, a następ­nie poka­zał, kiedy należy wyjąć czopki z form, zapa­ko­wać je i ozna­czyć stę­że­nie czę­ści leku jako „jedna na sto”2. Chri­stie była jed­nak prze­ko­nana, że far­ma­ceuta się pomy­lił i dodał dawkę w pro­por­cji „jedna na dzie­sięć” – dzie­się­cio­krot­nie sil­niej­szą i poten­cjal­nie nie­bez­pieczną. Dys­kret­nie spraw­dziła jego obli­cze­nia i upew­niła się, że miała rację. Nie mogąc otwar­cie zwró­cić mu uwagi, a jed­no­cze­śnie oba­wia­jąc się skut­ków poda­nia takiego leku, udała, że się potknęła, i zrzu­ciła czopki na pod­łogę, po czym roz­dep­tała je. Póź­niej prze­pro­siła i posprzą­tała bała­gan. Nową par­tię przy­go­to­wano już z pra­wi­dło­wym stę­że­niem.

Pan P. wyko­ny­wał swoje obli­cze­nia w sys­te­mie metrycz­nym, choć w Wiel­kiej Bry­ta­nii w tam­tym cza­sie znacz­nie czę­ściej posłu­gi­wano się jesz­cze mia­rami impe­rial­nymi. Aga­tha Chri­stie nie ufała sys­te­mowi metrycz­nemu, bo jak mówiła: „Naj­więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo polega na tym, że jeśli się pomy­lisz, błąd powięk­sza się dzie­się­cio­krot­nie”. Wystar­czyło źle posta­wić prze­ci­nek, by wynik obli­czeń był poważ­nie zafał­szo­wany. Więk­szość far­ma­ceu­tów w tam­tych latach lepiej znała tra­dy­cyjny sys­tem apte­kar­ski, w któ­rym dawki mie­rzono w jed­nost­kach zwa­nych gra­nami3.

Chri­stie nie­po­ko­iło nie tylko roz­tar­gnie­nie pana P. Któ­re­goś dnia wyjął on z kie­szeni brą­zową bryłkę i zapy­tał ją, co to może być. Nie potra­fiła odpo­wie­dzieć, a on wyja­śnił, że to kurara, tru­ci­zna, którą połu­dnio­wo­ame­ry­kań­scy myśliwi sma­ro­wali groty strzał. Sub­stan­cję tę można połknąć bez szkody dla zdro­wia, ale wpro­wa­dzona do krwio­biegu działa śmier­tel­nie. Pan P. przy­znał, że nosi ją przy sobie, bo „daje mu poczu­cie siły”. Po nie­mal 50 latach Chri­stie wyko­rzy­stała tę oso­bliwą postać, two­rząc far­ma­ceutę w Tajem­nicy Bla­dego Konia.

Do roku 1917 Chri­stie miała już na kon­cie kilka wier­szy i opo­wia­dań, z któ­rych część została opu­bli­ko­wana. Po prze­czy­ta­niu Tajem­nicy żół­tego pokoju Gastona Leroux posta­no­wiła spró­bo­wać wła­snych sił w napi­sa­niu powie­ści detek­ty­wi­stycz­nej i wspo­mniała o tym swo­jej sio­strze, Madge, która wów­czas odno­siła więk­sze suk­cesy lite­rac­kie niż Aga­tha. Sio­stra stwier­dziła, że to bar­dzo trudne zada­nie, i zało­żyła się z nią, że nie zdoła tego zro­bić. Choć nie była to for­malna umowa, wystar­czyła, by zmo­bi­li­zo­wać Chri­stie do pisa­nia. Pra­cu­jąc w aptece szpi­tal­nej, miała czas, by ukła­dać w gło­wie fabułę i two­rzyć posta­cie, a oto­czona butel­kami peł­nymi tru­cizn posta­no­wiła, że to wła­śnie one staną się narzę­dziem zbrodni.

Tak powstała jej pierw­sza powieść – Tajem­ni­cza histo­ria w Sty­les. Chri­stie poka­zała w niej swoją szcze­gó­łową wie­dzę o strych­ni­nie. Na publi­ka­cję musiała jed­nak pocze­kać kilka lat – wysy­łała ręko­pis do róż­nych wydaw­nictw, aż wresz­cie w 1920 roku został przy­jęty. Po uka­za­niu się książki Chri­stie otrzy­mała swoją naj­cen­niej­szą recen­zję w cza­so­pi­śmie „Phar­ma­ceu­ti­cal Jour­nal and Phar­ma­cist” (Prze­gląd far­ma­ceu­tyczny). „Ta powieść ma rzadką zaletę: została napi­sana popraw­nie” – napi­sał recen­zent, prze­ko­nany, że autorka musiała mieć przy­go­to­wa­nie far­ma­ceu­tyczne albo korzy­stała z rady spe­cja­li­sty.

Kryminalna kariera

Pre­miera książki Tajem­ni­cza histo­ria w Sty­les dała począ­tek dłu­giej i uda­nej karie­rze Chri­stie, choć sama uznała się za pisarkę zawo­dową dopiero po trzech kolej­nych powie­ściach. Przez całe swoje pisar­skie życie utrzy­my­wała żywe zain­te­re­so­wa­nie tru­ci­znami i lekami, nato­miast po broń palną się­gała nie­chęt­nie, otwar­cie przy­zna­jąc, że bali­styka pozo­staje jej obca. Naukowe szcze­góły doty­czące wybie­ra­nych przez nią tru­cizn były sta­ran­nie opra­co­wane. Na prze­strzeni lat zgro­ma­dziła pokaźną biblio­tekę medyczno-prawną, a naj­czę­ściej czy­ta­nym tomem w jej zbio­rach była Extra Phar­ma­co­po­eia Mar­tin­dale’a (Dodat­kowa Far­ma­ko­pea Mar­tin­dale’a).

Pod­czas II wojny świa­to­wej Chri­stie ponow­nie pod­jęła pracę jako ochot­niczka w aptece szpi­tal­nej, tym razem w Uni­ver­sity Col­lege Hospi­tal w Lon­dy­nie. Po odno­wie­niu kwa­li­fi­ka­cji pra­co­wała tam już regu­lar­nie: dwa pełne dni w tygo­dniu, trzy pół­d­niówki oraz w sobot­nie poranki. Czę­sto zastę­po­wała też innych, gdy nie mogli dotrzeć do szpi­tala. Dzięki tej pracy na bie­żąco pozna­wała nowe leki i zmiany w prak­tyce far­ma­ceu­tycz­nej. W tym okre­sie coraz wię­cej recep­tu­ro­wych pre­pa­ra­tów zaczęto przy­go­to­wy­wać z wyprze­dze­niem, co spra­wiało, że Chri­stie miała sporo wol­nego czasu na wymy­śla­nie nowych histo­rii dla swo­ich powie­ści i kon­stru­owa­nie wyjąt­kowo pod­stęp­nych intryg4.

Chri­stie kore­spon­do­wała rów­nież ze spe­cja­li­stami, aby spraw­dzić wia­ry­god­ność swo­ich pomy­słów. W 1967 roku zwró­ciła się do jed­nego z eks­per­tów z pyta­niem, jakie byłyby skutki doda­nia tali­do­midu do lukru na tor­cie uro­dzi­no­wym. Chciała się dowie­dzieć, po jakim cza­sie tru­ci­zna zaczę­łaby dzia­łać i jaka dawka w gra­nach byłaby potrzebna. Osta­tecz­nie jed­nak ni­gdy nie się­gnęła po ten motyw w żad­nej ze swo­ich powie­ści.

Chri­stie two­rzyła w cza­sach tak zwa­nego Zło­tego Wieku powie­ści detek­ty­wi­stycz­nej. W latach 20. i 30. XX wieku gatu­nek ten trak­to­wano bar­dzo poważ­nie. W 1928 roku Ronald Knox5 (1888–1957) sfor­mu­ło­wał swój Deka­log powie­ści detek­ty­wi­stycz­nej, zbiór dzie­się­ciu zasad, któ­rych auto­rzy kry­mi­na­łów mieli prze­strze­gać w imię uczci­wo­ści wobec czy­tel­nika. Brzmiały one nastę­pu­jąco:

Prze­stępcą musi być ktoś, kto poja­wił się na początku książki, ale nie może to być postać, któ­rej myśli zostały ujaw­nione czy­tel­ni­kowi.

Wyklu­czone jest poja­wia­nie się w powie­ści wszel­kich prze­ja­wów sił nad­przy­ro­dzo­nych i ponadna­tu­ral­nych.

W powie­ści może wystę­po­wać nie wię­cej niż jedno tajne przej­ście lub pomiesz­cze­nie.

Nie mogą wystę­po­wać żadne do tej pory nie­od­kryte tru­ci­zny i urzą­dze­nia, jeśli na końcu książki będą one wyma­gały dłu­giego i nauko­wego wyja­śnia­nia ich dzia­ła­nia.

W książce nie może się poja­wić żaden Chiń­czyk.

Detek­tyw nie może kie­ro­wać się intu­icją ani dzia­łać dzięki przy­pad­kowi.

Detek­tyw nie może być sprawcą zbrodni.

Detek­tyw musi ujaw­niać jedy­nie takie wska­zówki, które czy­tel­nik jest w sta­nie na bie­żąco zwe­ry­fi­ko­wać.

Przy­ja­ciel detek­tywa (Wat­son) nie może ukry­wać żad­nych swo­ich myśli, a jego inte­li­gen­cja powinna być tylko nieco niż­sza od prze­cięt­nego czy­tel­nika.

Bra­cia bliź­niacy i sobo­wtóry nie mogą poja­wić się w opo­wie­ści, jeśli czy­tel­nik nie został na to wcze­śniej przy­go­to­wany.

Aga­tha Chri­stie zła­mała nie­mal wszyst­kie zasady, a naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nie uka­zała to w Zabój­stwie Rogera Ackroyda. Książka ta w chwili publi­ka­cji wzbu­dziła kon­ster­na­cję i całe szpalty pra­so­wych arty­ku­łów roz­pi­sy­wały się, zarzu­ca­jąc autorce oszu­stwo. Dziś jed­nak powieść ta ucho­dzi za jedną z naj­lep­szych histo­rii detek­ty­wi­stycz­nych w dzie­jach gatunku. Kiedy Chri­stie nie łamała reguł wprost, nagi­nała je do gra­nic moż­li­wo­ści. Mimo to była jed­nym z zało­ży­cieli Detec­tion Club, towa­rzy­stwa sku­pia­ją­cego auto­rów kry­mi­na­łów, do któ­rego nale­żeli m.in. G.K. Che­ster­ton, Doro­thy L. Say­ers oraz sam Ronald Knox, twórca Deka­logu. Zasady Knoxa przy­jęto w klu­bie jako swo­isty kodeks etyczny pisa­rzy powie­ści detek­ty­wi­stycz­nej. Człon­ko­wie skła­dali też przy­sięgę w ramach roz­bu­do­wa­nego rytu­ału ini­cja­cyj­nego.

Czy przy­rze­ka­cie, że wasi detek­tywi będą naprawdę roz­wią­zy­wać powie­rzone im zbrod­nie, korzy­sta­jąc wyłącz­nie z rozumu, któ­rym ich obda­rzy­cie, i nie opie­ra­jąc się na boskim obja­wie­niu, kobie­cej intu­icji, cza­rach, kuglar­skich sztucz­kach, przy­pad­kach loso­wych ani aktach siły wyż­szej?

Chri­stie trak­to­wała przy­sięgę nieco poważ­niej niż zasady Knoxa, jed­nak zawsze potra­fiła zacho­wać uczci­wość wobec czy­tel­ni­ków. Była dumna z tego, że ni­gdy nie „oszu­ki­wała”. Wska­zówki były obecne, ale to czy­tel­nik musiał je dostrzec i wła­ści­wie zin­ter­pre­to­wać.

Pisząc o tru­ci­znach, Chri­stie zawsze grała fair. Nie opi­sy­wała sub­stan­cji nie­wy­kry­wal­nych, sta­ran­nie spraw­dzała objawy przedaw­ko­wa­nia i dbała, by jak naj­do­kład­niej oddać w swo­ich powie­ściach zarówno dostęp­ność tru­cizn, jak i moż­li­wo­ści ich wykry­cia. Zda­rzały się jed­nak wyjątki, takie jak sere­nit w Kara­ib­skiej tajem­nicy, benvo w powie­ści Pasa­żer do Frank­furtu i calmo w książce Zwier­cia­dło pęka w odłam­ków stos6. Wszyst­kie te sub­stan­cje były czy­stym wymy­słem Chri­stie, choć nadała im cechy bar­dzo podobne do bar­bi­tu­ra­nów. Warto dodać, że tylko raz posłu­żyła się taką fik­cyjną sub­stan­cją, by uśmier­cić postać w powie­ści Zwier­cia­dło pęka w odłam­ków stos. W pozo­sta­łych przy­pad­kach wymy­ślone leki nie miały istot­nego zna­cze­nia dla fabuły.

W twór­czo­ści Chri­stie tru­ci­zna nie była tylko pro­stym spo­so­bem na pozby­cie się boha­tera. Choć czę­sto poja­wiały się u niej kla­syczne środki, jak arsze­nik czy cyja­nek, korzy­stała też z nie­zwy­kle sze­ro­kiej gamy innych sub­stan­cji, tak licz­nych, że nie da się ich wszyst­kich omó­wić w tej książce. Wiele z tych sub­stan­cji poznała jesz­cze pod­czas pracy w aptece. W 1917 roku w lekach na­dal wyko­rzy­sty­wano środki o sil­nym dzia­ła­niu, takie jak strych­nina, fos­for, koniina czy tal. Dziś nie znaj­dziemy ich już w Far­ma­ko­pei Bry­tyj­skiej, ponie­waż usu­nięto je z powodu dużej tok­sycz­no­ści i nie­wiel­kiej war­to­ści lecz­ni­czej. Inne związki, jak mor­fina, fizo­styg­mina, naparst­nica, atro­pina czy bar­bi­tu­rany, do dziś mają zasto­so­wa­nie w medy­cy­nie. Jak zauwa­żył Para­cel­sus (1493–1541), lekarz i twórca tok­sy­ko­lo­gii: „Wszystko jest tru­ci­zną i nic nie jest nią cał­ko­wi­cie. To dawka spra­wia, że coś staje się tru­ci­zną lub lekar­stwem”. Chri­stie rozu­miała to dosko­nale i potra­fiła wyko­rzy­stać także mniej oczy­wi­ste sub­stan­cje, jak niko­tyna czy rycyna, nada­jąc im ogromne zna­cze­nie w fabule. Objawy, dostęp­ność i moż­li­wość wykry­cia danej tru­ci­zny czę­sto sta­no­wiły ważne tropy i punkty zwrotne w jej powie­ściach. Przy­kła­dem może być zna­ko­mi­cie skon­stru­owana powieść Pięć małych świ­nek, w któ­rej ważną rolę odgrywa sza­lej jado­wity i zawarty w tej rośli­nie zwią­zek che­miczny koniina. Spo­sób, w jaki działa na orga­nizm, jego smak i czas potrzebny na ujaw­nie­nie obja­wów ide­al­nie współ­grają z chro­no­lo­gią wyda­rzeń w książce (zob. s. 178–183)7.

Inspiracje z prawdziwego życia

Aga­tha Chri­stie, wyko­rzy­stu­jąc motyw tru­cizn w swo­ich powie­ściach, nie ogra­ni­czała się jedy­nie do wła­snych doświad­czeń i zna­jo­mo­ści tematu. Z pasją zgłę­biała histo­rie praw­dzi­wych zbrodni i dobrze orien­to­wała się w gło­śnych mor­der­stwach minio­nych lat. W swo­ich powie­ściach odwo­ły­wała się do auten­tycz­nych spraw i postaci tru­ci­cieli, takich jak Her­bert Rowse Arm­strong, Fre­de­rick Sed­don czy Ade­la­ide Bar­tlett. Bywało też, że to wła­śnie oko­licz­no­ści praw­dzi­wych zbrodni sta­wały się punk­tem wyj­ścia dla jej fabuł.

Powieść Pani McGinty nie żyje powstała na bazie słyn­nej sprawy dok­tora Haw­leya Harveya Crip­pena, który został ska­zany za otru­cie swo­jej żony i powie­szony w 1910 roku. W piw­nicy lon­dyń­skiego domu Crip­pena odkryto ludz­kie szczątki. Frag­menty ciała, owi­nięte w jego piżamę, zawie­rały śmier­telną dawkę bro­mo­wo­dorku hio­scyny. Tym­cza­sem Crip­pen uciekł stat­kiem do Kanady w towa­rzy­stwie swo­jej kochanki, Ethel le Neve, prze­bra­nej za chłopca. Kapi­tan jed­nak nie dał się zwieść i wysłał do bry­tyj­skiej poli­cji depe­szę radiową. Inspek­tor Dew wyru­szył szyb­szym stat­kiem i zatrzy­mał parę, gdy ich jed­nostka zawi­nęła do portu w Mon­trose. W powie­ści Pani McGinty nie żyje docho­dzi do kilku mor­derstw mają­cych ukryć tajem­nicę sprawcy – jego matka była kochanką męż­czy­zny, który zabił żonę i zako­pał ją w piw­nicy.

Powieść Próba nie­win­no­ści przed­sta­wia histo­rię Jacka Argyle’a, uzna­nego za win­nego zabój­stwa wła­snej matki. Lata póź­niej, już po śmierci Jacka w wię­zie­niu, w domu rodziny Argyle poja­wia się nie­zna­jomy z dowo­dem na to, że chło­pak był nie­winny. Jeśli więc nie on zabił swoją matkę, to kto z rodziny ponosi winę za ten czyn? Za tło powie­ści posłu­żyła jej gło­śna sprawa otru­cia z 1875 roku. Char­les Bravo po bły­ska­wicz­nym roman­sie poślu­bił bogatą młodą wdowę, Flo­rence Ricardo. Zale­d­wie cztery mie­siące po ślu­bie zasłabł po kola­cji, którą spo­ży­wał wspól­nie z żoną i jej przy­ja­ciółką, Jane Cox. Trzy dni póź­niej zmarł, choć opie­ko­wał się nim dok­tor James Gully, dawny kocha­nek Flo­rence. Sek­cja zwłok wyka­zała, że został otruty jed­no­ra­zową dawką anty­monu. Śledz­two zakoń­czyło się nie­jed­no­znacz­nym wer­dyk­tem, choć sze­roko spe­ku­lo­wano, że Char­les Bravo mógł popeł­nić samo­bój­stwo.

Póź­niej­sze donie­sie­nia pra­sowe ujaw­niły, że rela­cje mię­dzy Jane Cox a Char­le­sem Bravo były napięte, a Cox była świad­kiem kłótni mał­żon­ków o zwią­zek Flo­rence z dok­to­rem Gul­lym. Wsz­częto dru­gie śledz­two, które w prak­tyce stało się pro­ce­sem obu kobiet. Wer­dykt brzmiał: „umyśl­nie spo­wo­do­wane mor­der­stwo”, lecz nie było wystar­cza­ją­cych dowo­dów, by wska­zać, kto podał śmier­telną dawkę anty­monu. W tym cza­sie obie kobiety nie były już przy­ja­ciół­kami. Powszech­nie podej­rze­wano, że pani Bravo dolała tru­ci­znę do wina męża, pró­bu­jąc zrzu­cić winę na Jane. Praw­dzi­wego sprawcy ni­gdy nie usta­lono. Chri­stie pod­su­mo­wała tę histo­rię sło­wami: „Flo­rence Bravo, porzu­cona przez rodzinę, zmarła samot­nie, nad­uży­wa­jąc alko­holu. Jane Cox, odtrą­cona i pozo­sta­wiona z trójką synów, dożyła póź­nej sta­ro­ści, żyjąc z pięt­nem mor­der­czyni. Dok­tor Gully został zruj­no­wany zawo­dowo i towa­rzy­sko”. Dodała też: „Ktoś był winny i udało mu się unik­nąć kary. Ale pozo­stali byli nie­winni i to wła­śnie oni ponie­śli kon­se­kwen­cje”.

Po raz pierw­szy się­gnę­łam po książki Aga­thy Chri­stie jako nasto­latka. Uwiel­bia­łam jej opo­wie­ści, choć wąt­pię, bym wów­czas potra­fiła doce­nić ich naukowe walory. Powrót do powie­ści i opo­wia­dań w trak­cie pracy nad tą książką spra­wił, że jesz­cze bar­dziej podzi­wiam nie tylko wie­dzę Chri­stie, lecz także spo­sób, w jaki potra­fiła wpleść ją w swoją twór­czość. Dla wielu nauka wydaje się odstrę­cza­jąca, ale Chri­stie umiała wyja­śnić wszystko, co potrzebne, by zro­zu­mieć zna­cze­nie tru­ci­zny, nie odcią­ga­jąc przy tym uwagi czy­tel­nika od samej intrygi. W tej książce przyj­rzę się 14 tru­ci­znom, które Chri­stie wpro­wa­dzała do swo­ich powie­ści, oraz praw­dzi­wym przy­pad­kom, które mogły stać się dla niej inspi­ra­cją albo które same inspi­ro­wały się jej twór­czo­ścią. To opo­wieść o jej pomy­sło­wo­ści, mistrzow­skim budo­wa­niu intrygi i dba­ło­ści o naukową dokład­ność.

A jak arszenik – Morderstwo to nic trudnego

Mor­der­stwo to nic trud­nego

Tru­ci­zna kró­lów i król tru­cizn.

Ano­nim

Nazwa „arsze­nik” stała się nie­mal syno­ni­mem tru­ci­zny, można wręcz powie­dzieć, że sta­nowi on wzo­rzec sub­stan­cji uży­wa­nej w celach prze­stęp­czych. Ma za sobą długą i „chlubną” histo­rię mor­derstw oraz zama­chów, się­ga­jącą cza­sów sta­ro­żyt­nych Gre­ków i trwa­jącą aż po współ­cze­sność. To wła­śnie z arsze­nikiem naj­czę­ściej koja­rzy się twór­czość Aga­thy Chri­stie, choć w rze­czy­wi­sto­ści tylko ośmiu boha­te­rów w czte­rech powie­ściach i czte­rech opo­wia­da­niach zgi­nęło od tej sub­stan­cji, a nie­któ­rzy z nich umie­rają poza bez­po­śred­nim prze­bie­giem wyda­rzeń, bez szcze­gó­ło­wego opisu obja­wów. To zale­d­wie nie­wielki uła­mek spo­śród ponad 300 postaci, które pisarka uśmier­ciła na kar­tach swo­ich ksią­żek. W isto­cie uży­cie arsze­niku u Chri­stie wypada dość skrom­nie, zwa­żyw­szy na jego ponurą sławę. Poja­wia się on jed­nak w wielu jej utwo­rach, a nawet znaj­du­jące się w nich prze­lotne wzmianki czę­sto odsła­niają, jak dogłęb­nie autorka znała dzia­ła­nie tej tru­ci­zny.

W powie­ści Mor­der­stwo to nic trud­nego8 z 1939 roku poja­wia się zabój­stwo z uży­ciem arsze­niku ze szcze­gó­ło­wym opi­sem zarówno obja­wów zatru­cia, jak i roz­wa­ża­niami nad spo­so­bem poda­nia tru­ci­zny. Akcja roz­grywa się w sce­ne­rii typo­wej dla cza­sów Chri­stie, w spo­koj­nej angiel­skiej wio­sce, w któ­rej docho­dzi do serii tajem­ni­czych zbrodni. Eme­ry­to­wany detek­tyw Luke Fit­zwil­liam podej­muje się roz­wią­za­nia zagadki. W sprawę wciąga go star­sza pani Lavi­nia Pin­ker­ton, którą poznaje w pociągu, podró­żu­jąc do Lon­dynu. Kobieta opo­wiada, że jedzie do Sco­tland Yardu, by zgło­sić trzy podej­rzane zgony w swo­jej rodzin­nej miej­sco­wo­ści: Amy Gibbs, która zmarła po wypi­ciu farby do kape­lu­szy (tak, farby do zmiany koloru kape­lu­sza), omył­kowo wzię­tej za syrop na kaszel; Tommy’ego Pierce’a, który spadł z dachu pod­czas mycia okien; oraz Harry’ego Car­tera, który wpadł z mostu do rzeki i uto­nął po wie­czo­rze spę­dzo­nym w pubie. Czy to były wypadki, czy ktoś im w tym „pomógł”? Panna Pin­ker­ton jest prze­ko­nana, że to nie przy­pa­dek, i zapew­nia Fit­zwil­liama, że kolejną ofiarą będzie dok­tor Hum­bleby.

Począt­kowo Fit­zwil­liam nie trak­tuje słów star­szej pani poważ­nie. Gdy jed­nak w gaze­cie natra­fia na nekro­logi zarówno panny Pin­ker­ton, jak i dok­tora Hum­bleby’ego, posta­na­wia przyj­rzeć się spra­wie bli­żej. Wyru­sza do wio­ski, z któ­rej pocho­dziła kobieta, i zaczyna badać wszyst­kie ostat­nie zgony, a tych było zaska­ku­jąco wiele. Każdy z nich wygląda na nie­szczę­śliwy wypa­dek lub efekt cho­roby, ale nie­zwy­kle duża liczba pochów­ków budzi podej­rze­nia, że w wio­sce dzieje się coś znacz­nie poważ­niejszego. Szcze­gólną uwagę Fit­zwil­liam zwraca na śmierć pani Hor­ton, żony majora Hor­tona, która zmarła w ubie­głym roku po dłu­giej cho­ro­bie. Kobieta przez pewien czas prze­by­wała w szpi­talu z roz­po­zna­niem ostrego zapa­le­nia żołądka. Choć objawy mogły mieć natu­ralne pod­łoże, rów­nie dobrze mogły wska­zy­wać na zatru­cie arsze­ni­kiem…

Historia arszeniku

Arsen (As) jest 14 naj­pow­szech­niej­szym pier­wiast­kiem w sko­ru­pie ziem­skiej, choć w przy­ro­dzie wystę­puje natu­ral­nie jako skład­nik związ­ków che­micz­nych, a nie w swo­jej czy­stej postaci. Po raz pierw­szy udało się go wyizo­lo­wać w XIII wieku i oka­zał się sza­rym pół­me­ta­lem9. Nazwa „arsze­nik” wywo­dzi się z per­skiego słowa zarnikh, ozna­cza­ją­cego „żółty aury­pig­ment”, czyli jaskrawo zabar­wiony zwią­zek arsenu i siarki. Z per­skiego ter­min ten został prze­tłu­ma­czony na grecki jako arse­ni­kon, spo­krew­niony z innym grec­kim sło­wem, arse­ni­kos, zna­czą­cym „męski” lub „silny”, i w tej for­mie utrwa­lił się w euro­pej­skich języ­kach. Mówiąc o arsze­niku jako o tru­ciź­nie, naj­czę­ściej mamy na myśli „biały arsze­nik”, czyli trój­tle­nek arsenu (As₂O₃) lub inne jego tok­syczne pochodne. Sam czy­sty arsen jest znacz­nie mniej nie­bez­pieczny, ponie­waż orga­nizm ludzki nie przy­swaja go tak łatwo10.

Tru­jące wła­ści­wo­ści związ­ków arsenu były znane już w cza­sach Kle­opa­try. Gdy egip­ska kró­lowa posta­no­wiła ode­brać sobie życie, pra­gnęła, by śmierć przy­szła szybko i bez bólu, a jej ciało zacho­wało urodę. Według prze­ka­zów testo­wała różne tru­ci­zny na swo­ich nie­wol­ni­kach, obser­wu­jąc skutki. Jedną z nich był wła­śnie arsze­nik, jed­nak uznała, że śmierć po nim jest zbyt bole­sna i odra­ża­jąca. Osta­tecz­nie wybrała uką­sze­nie żmii, choć ten spo­sób rów­nież był dale­kim od łagod­nej śmierci, a jej ciało wyma­gało póź­niej upięk­sze­nia.

W okre­sie rene­sansu otru­cia arsze­ni­kiem stały się popu­lar­nym spo­so­bem doko­ny­wa­nia zabójstw, a szcze­gólną sławą na tym polu cie­szyła się rodzina Bor­giów. Mówiono, że Bor­gio­wie posy­py­wali arsze­ni­kiem wnętrz­no­ści zabi­tego świ­niaka i zosta­wiali je, aby zgniły. Powstałą masę suszono na pro­szek, który nazy­wano La Can­ta­rella i doda­wano go do potraw lub napo­jów. Gdyby sam arsze­nik nie zdo­łał ode­brać życia, tok­syny powsta­jące przy roz­kła­dzie wnętrz­no­ści zwy­kle dobi­jały ofiarę. Zasto­so­wa­nie arsze­niku ma dwie zasad­ni­cze zalety. Po pierw­sze nie ma on smaku, który mógłby ostrzec przy­szłą ofiarę. Po dru­gie objawy zatru­cia arsze­nikiem bar­dzo przy­po­mi­nają symp­tomy zatruć pokar­mo­wych, cho­lery czy dyzen­te­rii, które na róż­nych eta­pach dzie­jów były powszechne.

W XVI i XVII wieku tru­cie uwa­żano za typowo wło­ską umie­jęt­ność, co wyni­kało czę­ściowo z repu­ta­cji Bor­giów11, słyn­nej Tof­fany, zawo­do­wej tru­ci­cielki, która sprze­da­wała swoje śmier­cio­no­śne kosme­tyki ozdo­bione wize­run­kami świę­tych, oraz Rady Dzie­się­ciu, jed­nego z orga­nów wła­dzy w Wene­cji. Rada utrzy­my­wała swoją pozy­cję, eli­mi­nu­jąc poten­cjal­nych prze­ciw­ni­ków, a nawet posu­wała się do publicz­nego poszu­ki­wa­nia tru­ci­cieli. Dys­po­no­wała też wła­snym, spraw­dzo­nym zapa­sem tru­cizn prze­zna­czo­nych do nie­chlub­nych celów.

W XVII wieku popu­lar­ność arsze­niku dotarła także na fran­cu­ski dwór kró­lew­ski. Człon­ko­wie ary­sto­kra­cji zostali przy­ła­pani na współ­pracy z La Voisin, słynną tru­ci­cielką, o któ­rej mówiono rów­nież, że uczest­ni­czyła w czar­nych mszach. Śledz­two objęło tak wiele wpły­wo­wych osób, że powo­łano spe­cjalny try­bu­nał, Cham­bre Ardent, czyli „Pło­nący Sąd”, nazwany tak od spo­sobu wyko­ny­wa­nia wyro­ków na oso­bach uzna­nych na winne przez 12 sędziów. Aby unik­nąć skan­dalu i poli­tycz­nych kon­se­kwen­cji, obrady odby­wały się pota­jem­nie, a ich wyniki przed­sta­wiano wyłącz­nie kró­lowi. Jeden z sędziów, Nico­las Gabriel de La Rey­nie, napi­sał: „Życie ludz­kie można tanio kupić. Tru­ci­zna stała się jedy­nym roz­wią­za­niem więk­szo­ści rodzin­nych pro­ble­mów”. Arsze­nik był wów­czas naj­chęt­niej wybie­raną tru­ci­zną, uży­wano go tak czę­sto, że zyskał potoczną nazwę poudre de suc­ces­sion, czyli „pro­szek na dzie­dzi­cze­nie”.

Przed XVII wie­kiem wiele wpły­wo­wych osób zaczęło zatrud­niać ofi­cjal­nych teste­rów jedze­nia, a ostroż­ność co do tego, kto przy­go­to­wuje ich posiłki i napoje, była uza­sad­niona. Krąży wiele opo­wie­ści o spo­so­bach zabójstw, które pozwa­lały obejść pró­bu­ją­cych potrawy teste­rów. Histo­rie o ręka­wicz­kach i butach jeź­dziec­kich nasą­czo­nych tru­ci­zną, rze­komo zabi­ja­ją­cych przez kon­takt ze skórą, są naj­pew­niej prze­sa­dzone, ale bada­nia wyka­zały, że zatruta koszula jest, przy­naj­mniej w teo­rii, moż­liwą metodą poda­nia arsze­niku. W takim przy­padku brzeg koszuli nasą­czano roz­two­rem arsenu i zosta­wiano do wyschnię­cia. Mate­riał mógł wyda­wać się nieco sztyw­niej­szy, lecz nie było na nim innych widocz­nych śla­dów. Kon­takt odsło­nię­tej skóry poślad­ków z arsze­ni­kiem mógłby poten­cjal­nie dopro­wa­dzić do wchło­nię­cia dawki śmier­tel­nej, zwłasz­cza jeśli do mie­sza­niny dodano śro­dek pęche­rzo­twór­czy, który uszka­dzał skórę i przy­spie­szał wchła­nia­nie do krwio­biegu.

Zatru­cia arsze­ni­kiem przez długi czas były domeną boga­tych i wpły­wo­wych ludzi. Osoby o skrom­niej­szych środ­kach finan­so­wych musiały szu­kać innych spo­so­bów, by się nawza­jem eli­mi­no­wać. Rewo­lu­cja prze­my­słowa wyge­ne­ro­wała jed­nak ogromne zapo­trze­bo­wa­nie na metale takie jak żelazo i ołów, a wydo­by­wane rudy czę­sto były zanie­czysz­czone arse­nem. Aby otrzy­mać czy­sty metal, rudy pod­grze­wano w wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze, przez co arsen łączył się z tle­nem z powie­trza i two­rzył trój­tle­nek arsenu. Osa­dzał się on w komi­nach w postaci bia­łego proszku, który trzeba było regu­lar­nie zeskro­by­wać, aby komin się nie zatkał. Zamiast wyrzu­cać ten biały arsen jako odpad, prze­my­słowcy dostrze­gli w nim źró­dło zysku i zaczęli sprze­da­wać go jako tru­ci­znę na szczury, plu­skwy, kara­lu­chy i inne szkod­niki bytu­jące w domach (włą­cza­jąc w to ludzi). Ceny gwał­tow­nie spa­dły i wkrótce każdy mógł sobie pozwo­lić na ilość arsenu wystar­cza­jącą, by pozbyć się nie­chcia­nego krew­nego czy nie­wy­god­nego wroga.

Nie­trudno się domy­ślić, że liczba zatruć arsze­ni­kiem zaczęła rosnąć. Czy­tel­nicy XIX-wiecz­nej bry­tyj­skiej prasy mogli odnieść wra­że­nie, że mor­der­stwa z uży­ciem arsze­niku przy­brały roz­miary epi­de­mii, a naj­czę­ściej oskar­żano o nie kobiety z klasy robot­ni­czej. W rze­czy­wi­sto­ści pro­ce­sów o otru­cie było bar­dzo nie­wiele. Nawet w okre­sie naj­więk­szego medial­nego poru­sze­nia w całej Anglii i Walii odby­wały się zale­d­wie dwa lub trzy pro­cesy rocz­nie. Nagłe zgony budziły podej­rze­nia, lecz czę­sto pod­sy­cały je lokalne plotki roz­sie­wane przez osoby mające oso­bi­ste urazy wobec zmar­łych, a także sen­sa­cyjne arty­kuły w pra­sie. W 1849 roku w Anglii odno­to­wano 20 tysięcy podej­rza­nych zgo­nów, z czego 415 wią­zano z otru­ciem, ale tylko 11 mogło mieć cha­rak­ter zabój­stwa, i nie wszyst­kie zakoń­czyły się wyro­kiem ska­zu­ją­cym. W tam­tym cza­sie pro­wa­dze­nie śledz­twa utrud­niał fakt, że objawy zatru­cia arsze­ni­kiem łatwo można było pomy­lić z cho­robą, a nie ist­niała jesz­cze żadna metoda pozwa­la­jąca wykryć arsen w ciele ofiary. Stało się zro­zu­miałe, że trzeba to zmie­nić, i zaczęto opra­co­wy­wać spo­soby iden­ty­fi­ka­cji arsenu w tkan­kach ludz­kich. Wcze­sne metody oka­zały się jed­nak zawodne, a uzy­skane wyniki trudne do przed­sta­wie­nia, zwłasz­cza w sądzie. Traf­nie uka­zuje to przy­pa­dek Johna Bodle’a.

W 1832 roku bry­tyj­ski che­mik James Marsh (1794–1846) został popro­szony o zba­da­nie sprawy śmierci 80-let­niego rol­nika Geo­rge’a Bodle’a. Marsh wykrył arsen w jeli­tach zmar­łego oraz w fili­żance kawy, z któ­rej pił, jed­nak próbki przy­go­to­wane na potrzeby pro­cesu szybko ule­gły zepsu­ciu, a ława przy­się­głych uznała jego tech­niczne wyja­śnie­nia za nie­zro­zu­miałe. W rezul­ta­cie podej­rzany, wnuk rol­nika John Bodle, został unie­win­niony. Póź­niej przy­znał się do zabój­stwa, ale nie można go już było ponow­nie sądzić. Roz­wście­czony Marsh posta­no­wił opra­co­wać test na obec­ność arsenu na tyle pro­sty, by zro­zu­miał go nawet naj­mniej bystry przy­się­gły. Chciał, by człon­ko­wie ławy przy­się­głych mogli zoba­czyć arsen na wła­sne oczy.

Marsh skon­stru­ował szklaną rurkę w kształ­cie litery U – z jed­nym koń­cem otwar­tym, w któ­rym umiesz­czał badany płyn, oraz dru­gim, zakoń­czo­nym zwę­żoną dyszą, gdzie znaj­do­wał się kawa­łek cynku. Gdy ciecz dosię­gała cynku, nawet śla­dowa ilość arsenu prze­kształ­cała się w arse­no­wo­dór (AsH₃), który zapa­lał się pod­czas wydo­sta­wa­nia się z dyszy. Do pło­mie­nia przy­kła­dano zimną por­ce­la­nową miseczkę, na któ­rej powierzchni osa­dzał się czy­sty meta­liczny arsen. Z cza­sem urzą­dze­nie udo­sko­na­lono, lecz w cza­sach Aga­thy Chri­stie wciąż było w użytku. Sama pisarka, przy­go­to­wu­jąc się do egza­minu z far­ma­cji, ćwi­czyła test Mar­sha razem ze swoją kole­żanką, wyko­rzy­stu­jąc do tego eks­pres do kawy marki Cona, który osta­tecz­nie im eks­plo­do­wał.

Apa­ra­tura do testu Mar­sha w 1921 roku: (A) kolba zawie­ra­jąca cynk i kwas słu­żące do wytwa­rza­nia wodoru, (B) chlo­rek wap­nia uży­wany do osu­sza­nia powsta­łego gazu, (C) szklana rurka, (D) zwier­cia­dło arse­nowe.Źró­dło: An Intro­duc­tion to Che­mi­cal Phar­ma­co­logy (Wpro­wa­dze­nie do far­ma­ko­lo­gii che­micz­nej) autor­stwa Hugh McGu­igana.

Test Mar­sha po raz pierw­szy wyko­rzy­stano w pro­ce­sie kar­nym w 1840 roku. Posłu­żył się nim słynny tok­sy­ko­log Mathieu Orfila (1787–1853), który został popro­szony o zba­da­nie sprawy śmierci pana Char­lesa Pouch-Lafarge’a. Kiedy Marie Capelle poślu­biła Char­lesa w 1839 roku, oboje wie­rzyli, że wcho­dzą w zwią­zek z osobą zamożną. W rze­czy­wi­sto­ści Marie miała jedy­nie skromny posag, choć uwa­żała się za osobę wyż­szego stanu. Otrzy­mała sta­ranne wykształ­ce­nie w eli­tar­nych szko­łach i była prze­ko­nana, że pocho­dzi z kró­lew­skiego rodu. Char­les nato­miast przed­sta­wiał się jako zamożny wła­ści­ciel huty żelaza, lecz w rze­czy­wi­sto­ści miesz­kał w maleń­kiej wio­sce, w wil­got­nym, peł­nym szczu­rów domu w zruj­no­wa­nym majątku. Część posia­dło­ści prze­ro­bił na odlew­nię, co nie­mal cał­ko­wi­cie opróż­niło jego kie­szeń. Mał­żeń­stwu od początku nie ukła­dało się dobrze, a sytu­acja nie wyda­wała się popra­wiać aż do chwili, gdy Marie nakło­niła męża, by prze­pi­sał testa­ment na jej korzyść. W okre­sie świą­tecz­nym Char­les wyje­chał do Paryża w poszu­ki­wa­niu inwe­sto­rów dla nowego przed­się­wzię­cia, a Marie wysłała mu paczkę z pre­zen­tem bożo­na­ro­dze­nio­wym. Świad­ko­wie z domu Lafarge’ów widzieli, jak wkła­dała do pudełka pięć małych cia­stek, swoje zdję­cie i czuły list. Kiedy prze­syłka dotarła do Paryża, jej zawar­tość nie zga­dzała się z tym, co widziano wcze­śniej u Marie – zamiast pię­ciu małych cia­stek w pudełku znaj­do­wało się jedno duże. Po jego zje­dze­niu Lafarge poważ­nie się roz­cho­ro­wał. Choć zdo­łał odzy­skać siły na tyle, by wró­cić do domu, wkrótce ponow­nie zacho­ro­wał i nie­długo potem zmarł. Podej­rze­wano, że przy­czyną śmierci było zatru­cie arsze­ni­kiem, zwłasz­cza że widziano, jak Marie kupo­wała arsen, tłu­ma­cząc, że potrze­buje go do zwal­cza­nia szczu­rów w domu. Orfila został wezwany, by usta­lić, czy to wła­śnie arsen był przy­czyną śmierci Char­lesa. Jego zezna­nie oraz wyniki testu Mar­sha sta­no­wiły wystar­cza­jące dowody, by ława przy­się­głych uznała Marie za winną mor­der­stwa12.

W spra­wie Lafarge do dziś ist­nieją wąt­pli­wo­ści co do winy Marie. Ni­gdy nie udo­wod­niono, że to ona pod­mie­niła ciastka ani że w ogóle miała ku temu spo­sob­ność. Inny tok­sy­ko­log, François-Vin­cent Raspail (1794–1878), rów­nież pod­wa­żył wia­ry­god­ność dowo­dów. Wyka­zał, że cynk, któ­rego Orfila użył przy wyko­ny­wa­niu testu Mar­sha, był zanie­czysz­czony arse­nem. Ozna­czało to, że test mógł dać wynik pozy­tywny nawet wtedy, gdyby w ciele Char­lesa w ogóle nie było tru­ci­zny. Zezna­nie Raspa­ila poja­wiło się jed­nak zbyt późno – Marie została ska­zana na doży­wot­nie wię­zie­nie, zanim dotarł do sądu. Raspail zwró­cił uwagę na jedyny poważny man­ka­ment testu Mar­sha: był po pro­stu zbyt czuły. W kry­mi­na­li­styce moż­li­wość wykry­cia 0,02 mili­grama arsenu uznaje się za zaletę, ale w XIX wieku ten pier­wia­stek był nie­zwy­kle powszechny, zwłasz­cza w euro­pej­skich gospo­dar­stwach domo­wych. Wkrótce oka­zało się, że arsen można zna­leźć nie­mal wszę­dzie.

Tak zwany biały arsen ma postać bia­łego proszku, łudząco podob­nego do cukru lub grubo mie­lo­nej mąki, dla­tego cza­sem docho­dziło do tra­gicz­nych pomy­łek. Wik­to­riań­ska Anglia znała też pro­blem fał­szo­wa­nia żyw­no­ści. Wytwórcy sło­dy­czy czę­sto doda­wali do wyro­bów daft, czyli obo­jętną sub­stan­cję, jak choćby gips czy sprosz­ko­waną kredę, żeby zwięk­szyć obję­tość i obni­żyć koszty pro­duk­cji. W 1858 roku pewien cukier­nik z Brad­ford się­gnął po beczkę, prze­ko­nany, że znaj­duje się w niej daft, i użył znaj­du­ją­cego się tam bia­łego proszku do przy­go­to­wa­nia par­tii sło­dy­czy, nie zda­jąc sobie sprawy, że w beczce był biały arsen. Kiedy dzieci zaczęły je jeść, szybko stało się jasne, że doszło do tra­ge­dii. Zatrute sło­dy­cze natych­miast wyco­fano ze sprze­daży, lecz zanim to zro­biono, 200 osób ciężko zacho­ro­wało, a 20 zmarło. Z dzi­siej­szej per­spek­tywy trudno w to uwie­rzyć, ale nikt nie poniósł za to kon­se­kwen­cji.

Dla porów­na­nia w 1836 roku kucharka Eliza Fen­ning została ska­zana na śmierć za rze­komą próbę otru­cia domow­ni­ków, u któ­rych pra­co­wała. Cała rodzina, a wraz z nią sama Eliza, poważ­nie zacho­ro­wała po zje­dze­niu przy­go­to­wa­nych przez nią klu­sek (choć osta­tecz­nie wszy­scy wró­cili do zdro­wia). Kilka tygo­dni wcze­śniej z domu znik­nęło opa­ko­wa­nie arsenu. Elizę ska­zano na pod­sta­wie bar­dzo sła­bych dowo­dów, mimo że inni miesz­kańcy mieli rów­nie dobrą spo­sob­ność, by dodać tru­ci­znę do potrawy, a może, co bar­dziej praw­do­po­dobne, doszło po pro­stu do tra­gicz­nej pomyłki.

W XVIII wieku prze­my­słowcy zaczęli wyko­rzy­sty­wać rosnące ilo­ści odpa­dów arse­no­wych z hut żelaza nie tylko do wytwa­rza­nia tru­tek na szczury. Wiele związ­ków arsenu ma inten­sywne barwy i od tysięcy lat wyko­rzy­sty­wano je jako pig­menty, np. aury­pig­ment (As₂S₃) o głę­bo­kim żół­tym odcie­niu, czy real­gar (AsS), mine­rał o bar­wie rubi­no­wej czer­wieni. W 1775 roku do tej listy dołą­czyła zie­leń Sche­elego (CuHAsO₃), wyna­le­ziona przez Carla Wil­helma Sche­elego (1742–1786). Związki arse­nowe były ogrom­nym kro­kiem naprzód w porów­na­niu z roślin­nymi barw­ni­kami uży­wa­nymi wcze­śniej, ponie­waż ich kolory oka­zały się trwal­sze, a sama pro­duk­cja – tania i pro­sta. Wik­to­riań­ska moda na inten­sywne odcie­nie czer­wieni i zie­leni spra­wiła, że arsen zaczął być wyko­rzy­sty­wany nie­mal do wszyst­kiego: do bar­wienia tapet, ubrań, zaba­wek, a nawet jedze­nia, w tym sło­dy­czy i lukru na cia­stach13.

Barw­niki arse­nowe w tape­tach sta­no­wiły bez­po­śred­nie zagro­że­nie głów­nie dla pra­cow­ni­ków ich wytwórni, któ­rzy wdy­chali pył zawie­ra­jący arsen. W domach zauwa­żono jed­nak, że w sypial­niach z takimi tape­tami było mniej plu­skiew. Począt­kowo uznano to za zaletę i sprze­daż zaczęła rosnąć. Wkrótce jed­nak oka­zało się, że to, co zabi­jało owady, szko­dziło rów­nież ludziom. Do przy­kle­ja­nia tapet uży­wano kleju zro­bio­nego z mąki i wody. W wil­got­nym kli­ma­cie Wysp Bry­tyj­skich two­rzył on dosko­nałe warunki do roz­woju ple­śni. Arsen zwy­kle hamo­wał jej wzrost, ale nie­które gatunki potra­fiły się przy­sto­so­wać, roz­kła­da­jąc tru­ci­znę che­micz­nie i usu­wa­jąc ją z oto­cze­nia. W 1893 roku Bar­to­lo­meo Gosio (1863–1944) jako pierw­szy wyka­zał, że pleśń Peni­cil­lium bre­vi­caule (dziś znana jako Sco­pu­la­riop­sis bre­vi­cau­lis) roz­kłada skro­biowy klej, uwal­nia­jąc gaz arse­nowy, któ­rego badacz nie potra­fił ziden­ty­fi­ko­wać, ale który miał cha­rak­te­ry­styczny czosn­kowy zapach. Gaz ten nazwano „gazem Gosia”; w rze­czy­wi­sto­ści był to jed­nak sil­nie tok­syczny gaz trój­me­ty­lo­ar­syny [As(CH₃)₃], opi­sany dopiero w 1933 roku. W efek­cie zale­cono zmniej­sze­nie zawar­to­ści arsenu w tape­tach, jed­nak ostrze­że­nia te poja­wiły się zbyt późno dla pew­nego słyn­nego Fran­cuza.

Śmierć Napo­le­ona Bona­par­tego w 1821 roku od dawna budzi liczne spe­ku­la­cje. W ostat­nich mie­sią­cach zesła­nia na Wyspie Świę­tej Heleny cesarz czuł się bar­dzo źle i był pod opieką wielu leka­rzy, zarówno fran­cu­skich, jak i bry­tyj­skich. Cier­piał na silne bóle żołądka, a lecze­nie nie przy­no­siło żad­nych rezul­ta­tów. Po jego śmierci sek­cję zwłok prze­pro­wa­dziło sied­miu leka­rzy, któ­rzy uznali, że przy­czyną zgonu był rak żołądka. Mimo to szybko roze­szły się pogło­ski o otru­ciu. Jak łatwo się domy­ślić, Fran­cuzi obwi­niali Bry­tyj­czy­ków, a Bry­tyj­czycy Fran­cu­zów. W tam­tym cza­sie nie ist­niały jed­nak wia­ry­godne metody pozwa­la­jące potwier­dzić lub wyklu­czyć zatru­cie.

W latach 60. XX wieku prze­ba­dano pasma wło­sów Napo­le­ona, obcięte tuż po jego śmierci i zacho­wane jako pamiątki. Odkryto w nich wyjąt­kowo wyso­kie stę­że­nie arsenu, co natych­miast wzbu­dziło pyta­nia o jego źró­dło. Jedna z hipo­tez mówiła, że pocho­dził on z tapet w jego pokoju. Gdy w latach 80. zna­le­ziono próbkę tej tapety, ana­liza wyka­zała znaczne stę­że­nie arsenu – 0,12 g/m²14. Już w 1893 roku bada­nia dowio­dły, że tapety zawie­ra­jące od 0,015 do 0,6 g/m² arsenu mogą powo­do­wać pro­blemy zdro­wotne, a nawet war­to­ści tak niskie jak 0,006 g/m² są poten­cjal­nie nie­bez­pieczne15. Wil­gotny i cie­pły kli­mat Wyspy Świę­tej Heleny sprzy­jał roz­wo­jowi ple­śni na tape­tach, jed­nak nawet w takich warun­kach trudno przy­pusz­czać, by wytwo­rzyła ona tyle trój­me­ty­lo­ar­syny, by zabić Napo­le­ona. Tapeta mogła jed­nak przy­czy­niać się do jego pogar­sza­ją­cego się stanu zdro­wia. Napo­leon zro­bił to, co zro­biłby każdy na jego miej­scu – wezwał leka­rza. Nie­stety, ci, któ­rzy się nim zaj­mo­wali, nie tylko mu nie pomo­gli, lecz wpro­wa­dzili do jego orga­ni­zmu kolejne tok­syczne związki w postaci leków, choć zapewne nie z zamia­rem otru­cia.

Leki, jakimi dys­po­no­wali leka­rze w XIX wieku, były nie­liczne, a sto­so­wano je głów­nie dla­tego, że wywo­ły­wały zauwa­żalne reak­cje orga­ni­zmu, takie jak wymioty, bie­gunka czy obfite poce­nie się. Poprawa stanu zdro­wia pacjenta była naj­czę­ściej dzie­łem przy­padku, bo o bada­niach kli­nicz­nych czy wizy­tach kon­tro­l­nych nikt jesz­cze nie sły­szał. Cho­rzy czę­sto wra­cali do zdro­wia mimo wysił­ków leka­rzy, a nie dzięki nim. Naj­sil­niej­sze sub­stan­cje dzia­ła­jące na orga­nizm czło­wieka były zara­zem wyjąt­kowo tok­syczne, dla­tego torba każ­dego XIX-wiecz­nego leka­rza praw­do­po­dob­nie zawie­rała środki, które dziś uznaje się za skraj­nie nie­bez­pieczne.

Jed­nym z powszech­nie sto­so­wa­nych w XIX wieku leków był tzw. roz­twór Fow­lera, tonik prze­pi­sy­wany na różne dole­gli­wo­ści. Wpro­wa­dzono go do Far­ma­ko­pei Bry­tyj­skiej w 1809 roku, począt­kowo jako śro­dek prze­ciw mala­rii. Nie miał smaku, co czy­niło go bar­dziej zno­śnym do prze­łknię­cia ani­żeli uży­wana w tym samym celu chi­nina. Z cza­sem liczba recept na roz­twór Fow­lera rosła, podob­nie jak lista cho­rób, na które go prze­pi­sy­wano – począw­szy od scho­rzeń skóry, a skoń­czyw­szy na ast­mie. Głów­nym skład­ni­kiem pre­pa­ratu był oczy­wi­ście arsen, wystę­pu­jący w postaci arse­ninu potasu (K₃AsO₃)16.

Z tego powodu odkry­cie arsenu w zwło­kach osoby z epoki wik­to­riań­skiej nie było niczym nie­zwy­kłym. W przy­padku oskar­że­nia o otru­cie pro­ku­ra­tura musiała więc nie tylko udo­wod­nić, że to wła­śnie arsen był bez­po­śred­nią przy­czyną śmierci, a nie przy­pad­ko­wym skład­ni­kiem orga­ni­zmu, ale także wyka­zać, skąd tru­ci­zna pocho­dziła i w jaki spo­sób została podana ofie­rze.

W 1851 roku uchwa­lono ustawę o arse­nie mającą na celu ure­gu­lo­wa­nie i kon­trolę jego sprze­daży17. Nakła­dała ona obo­wią­zek zapi­sy­wa­nia każ­dej trans­ak­cji w spe­cjal­nym reje­strze, wraz z nazwi­skiem kupu­ją­cego, ilo­ścią zaku­pio­nej sub­stan­cji i celem jej uży­cia. Ustawa wyma­gała też, by arsen prze­zna­czony do celów innych niż medyczne lub rol­ni­cze był bar­wiony sadzą lub indygo, aby zapo­biec tra­gicz­nym pomył­kom, takim jak ta z zatru­tymi sło­dy­czami. Nie­stety, w prze­pi­sach pozo­sta­wiono wiele luk. Na przy­kład nie okre­ślono, kto może sprze­da­wać związki arsenu, a osoba pla­nu­jąca zbrod­nię z uży­ciem tru­ci­zny z pew­no­ścią nie mia­łaby opo­rów przed wpi­sa­niem fał­szy­wych danych do reje­stru. Z cza­sem prze­pisy zaostrzono i sprze­daż tru­cizn ogra­ni­czono do wybra­nych zawo­dów i miejsc, głów­nie aptek, a osoba kupu­jąca musiała być znana far­ma­ceu­cie lub przed­sta­wiona przez kogoś, kto znał obie strony. W teo­rii ist­niał więc sys­tem pozwa­la­jący śle­dzić poten­cjal­nych tru­ci­cieli poprzez reje­stry, lecz w prak­tyce zdo­by­cie arsenu wciąż było zaska­ku­jąco łatwe. W księ­gach sprze­daży można było bez trudu wpi­sać wiele „legal­nych” zasto­so­wań, a to na oskar­ży­cielu spo­czy­wał obo­wią­zek udo­wod­nie­nia, że inten­cje kupu­ją­cego były zupeł­nie inne.

Sprawy o otru­cie mogły się dodat­kowo kom­pli­ko­wać, jeśli oskar­żony powo­ły­wał się na tzw. obronę sty­ryj­ską. Był to argu­ment prawny mający tłu­ma­czyć obec­ność dużych ilo­ści arsenu w orga­ni­zmie zmar­łego. W 1851 roku w jed­nym z wie­deń­skich cza­so­pism medycz­nych uka­zał się raport opi­su­jący męż­czyzn z austriac­kiego regionu Sty­ria, któ­rzy regu­lar­nie spo­ży­wali arsze­nik. Żuli oni grudki trój­tlenku arsenu lub wcie­rali go w tosty dwa lub trzy razy w tygo­dniu. Zaczy­nali od por­cji wiel­ko­ści zia­renka ryżu, a następ­nie stop­niowo zwięk­szali dawkę, aż mogli przyj­mo­wać ilo­ści uzna­wane za śmier­telne, i to bez widocz­nych skut­ków ubocz­nych. Według nich arsze­nik dzia­łał pobu­dza­jąco, twier­dzili, że „daje im wiatr”, czyli pozwala łatwiej oddy­chać pod­czas cięż­kiej pracy fizycz­nej w rzad­kim gór­skim powie­trzu. Męż­czyźni uwa­żali też, że dzięki niemu nabie­rają masy i mają zdrow­szy wygląd. Arsze­nik sto­so­wały rów­nież kobiety, wie­rząc, że nadaje im peł­niej­sze kształty i cerę w odcie­niu „brzo­skwiń ze śmie­taną”.

Rze­czy­wi­ście, arsze­nik nisz­czył bak­te­rie powo­du­jące nie­do­sko­na­ło­ści skóry, ale jed­no­cze­śnie wywo­ły­wał obrzęki, zatrzy­mu­jąc wodę w mię­śniach oraz roz­sze­rza­jąc naczy­nia wło­so­wate, co nada­wało policz­kom różowy kolor. Można by przy­pusz­czać, że taki nawyk powo­do­wał złe samo­po­czu­cie, jed­nak nie­któ­rzy twier­dzili, że to wła­śnie brak regu­lar­nej dawki spra­wiał, iż czuli się gorzej. Na pierw­szy rzut oka mogło się więc wyda­wać, że roz­wi­jają odpor­ność na arsze­nik, co byłoby wygodne dla każ­dego, kto podej­rze­wał, że ktoś pró­buje go otruć. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak nie cho­dziło o praw­dziwą tole­ran­cję. Spo­ży­wa­nie więk­szych ilo­ści arsze­niku było moż­liwe dla­tego, że przyj­mo­wano go w for­mie więk­szych gru­dek, a nie jako drobny pro­szek czy roz­twór. Znaczna część tru­ci­zny była wyda­lana, zanim zdą­żyła wchło­nąć się do krwio­biegu.

Po donie­sie­niach o sty­ryj­skich „poże­ra­czach arsze­niku”, ich atrak­cyj­nym wyglą­dzie i rze­komo dosko­na­łym zdro­wiu zwy­czaj ten szybko roz­prze­strze­nił się w Euro­pie i Ame­ryce. Arsze­nik zaczął być sto­so­wany jako śro­dek upięk­sza­jący i nakła­dano go bez­po­śred­nio na skórę lub roz­pusz­czano w wodzie i pito w nie­wiel­kich ilo­ściach, wie­rząc, że popra­wia ogólny stan zdro­wia. Aga­tha Chri­stie znała histo­rię „arsze­ni­ko­żer­ców” i w Złu, które żyje pod słoń­cem opi­sała wdowę, która, mając za męża zja­da­cza arsze­niku, unik­nęła ska­za­nia za jego zabój­stwo.

Arsze­nik jest tru­ci­zną kumu­lu­jącą się w orga­ni­zmie, dla­tego jego stę­że­nie u osób regu­lar­nie go zaży­wa­ją­cych stop­niowo rosło, aż osią­gało poziom nie­bez­pieczny, a nawet śmier­telny. Nawet jeśli przy­czyna śmierci nie była przy­pi­sy­wana zatru­ciu, ciała „arsze­ni­ko­żer­ców” sto­sun­kowo łatwo było roz­po­znać pośmiert­nie, ponie­waż arsze­nik dzia­łał jak kon­ser­want, zabi­ja­jąc bak­te­rie odpo­wie­dzialne za roz­kład. W Sty­rii ist­niał zwy­czaj, by po 12 latach eks­hu­mo­wać zmar­łych i prze­no­sić ich szczątki do krypty, gdyż na cmen­ta­rzach było mało miej­sca. Ciała osób zaży­wa­ją­cych arsze­nik znaj­do­wano w zaska­ku­jąco dobrym sta­nie, były tak dobrze zacho­wane, że bli­scy potra­fili je roz­po­znać nawet po latach. Obec­ność arsze­niku w zwło­kach mogła się stać źró­dłem nie­któ­rych legend o wam­pi­rach, które naro­dziły się w Euro­pie Środ­ko­wej i Wschod­niej.

Wła­ści­wo­ści kon­ser­wu­jące arsze­niku spra­wiły, że zaczęto go uży­wać w pro­ce­sie bal­sa­mo­wa­nia. Zre­zy­gno­wano z tego dopiero wtedy, gdy odkryto, że może on masko­wać obec­ność tej sub­stan­cji w przy­pad­kach otru­cia. W efek­cie zaka­zano sto­so­wa­nia arsze­niku w bal­sa­mo­wa­niu, zastę­pu­jąc go for­mal­de­hy­dem. Nawet to jed­nak nie roz­wią­zało pro­blemu, ponie­waż arsen jest pier­wiast­kiem powszech­nie wystę­pu­ją­cym w gle­bie, dla­tego ciało zmar­łego mogło go wchło­nąć z oto­cze­nia, w któ­rym zostało pocho­wane.

Arsen bar­dzo sil­nie wiąże się z ato­mami siarki, któ­rych w ludz­kim orga­ni­zmie jest wiele, zwłasz­cza we wło­sach. Dzięki temu włosy sta­no­wią cenne źró­dło infor­ma­cji o eks­po­zy­cji na arsen w cza­sie życia, gdyż pier­wia­stek ten odkłada się w cebul­kach wło­so­wych już w ciągu kilku godzin od spo­ży­cia. Wraz ze wzro­stem włosa arsen pozo­staje w jego struk­tu­rze w sta­łym miej­scu. Ponie­waż włosy rosną w dość rów­nym tem­pie, około cen­ty­me­tra mie­sięcz­nie, moż­liwe jest odtwo­rze­nie histo­rii kon­taktu z tru­ci­zną poprzez ana­lizę kolej­nych odcin­ków włosa. Jed­no­cze­śnie ozna­cza to, że włosy zwłok zanu­rzo­nych w cie­czy zawie­ra­ją­cej arsze­nik mogą wchło­nąć go jak gąbka i zatrzy­mać w sobie, co pro­wa­dzi do wyż­szych stę­żeń niż w samej cie­czy. Z tego względu pod­czas sek­cji zwłok nale­żało uwa­żać, by włosy nie miały kon­taktu z pły­nami ustro­jo­wymi, gdyż mogłoby to sztucz­nie pod­nieść poziom arsze­niku i spra­wiać wra­że­nie dłu­go­trwa­łego zatru­cia. Podobną ostroż­ność zacho­wy­wano przy eks­hu­ma­cjach – ciało nale­żało wydo­by­wać tak, by nie zabru­dzić wło­sów zie­mią, a próbki gleby z oko­lic grobu trzeba było pobrać i prze­ba­dać.

W epoce wik­to­riań­skiej udo­wod­nie­nie zatru­cia arsze­ni­kiem sta­wało się coraz trud­niej­sze, a zło­żo­ność takich spraw dobrze poka­zuje przy­pa­dek Jamesa May­bricka. W 1889 roku 50-letni May­brick zacho­ro­wał – skar­żył się na bóle żołądka i silne wymioty. Opie­ko­wała się nim jego żona, 26-let­nia Ame­ry­kanka Flo­rence. Para nie­dawno się pogo­dziła po gwał­tow­nej kłótni spo­wo­do­wa­nej roman­sem Flo­rence z przy­ja­cie­lem jej męża. Sam James rów­nież miał liczne romanse, lecz to nie­wier­ność żony dopro­wa­dziła do prze­mocy i wydzie­dzi­cze­nia jej z testa­mentu. James był hipo­chon­dry­kiem i regu­lar­nie zaży­wał różne „cudowne spe­cy­fiki” dostępne bez recepty. Pod­czas ostat­niej cho­roby popro­sił żonę o swoje proszki. Flo­rence dodała je jak zwy­kle do butelki z wywa­rem mię­snym przy­go­to­wa­nym dla męża do picia.

Nie­stety, tym razem stan Jamesa nie uległ popra­wie. Wkrótce przy­je­chała jego rodzina, by upew­nić się, że ma zapew­nioną odpo­wied­nią opiekę lekar­ską. Flo­rence nie cie­szyła się w domu sym­pa­tią, zwłasz­cza po tym, jak prze­chwy­cono jej list do kochanka, w któ­rym napi­sała, że mąż jest „śmier­tel­nie chory”. Po tym incy­den­cie nie pozwo­lono jej już prze­by­wać w pokoju cho­rego. Kiedy kilka tygo­dni póź­niej James zmarł, podej­rze­nia od razu padły na nią.

Pod­czas pro­cesu pro­ku­ra­tura wyka­zała, że Flo­rence kupiła mucho­bój­cze arku­sze nasą­czone arse­nem. Kobieta twier­dziła, że zamie­rzała wyko­rzy­stać je do przy­go­to­wa­nia toniku do twa­rzy, ponie­waż skoń­czył jej się zwy­kły śro­dek do pie­lę­gna­cji skóry i chciała zro­bić wła­sny. Wraz z arku­szami kupiła także bal­sam zawie­ra­jący ben­zoes i wodę bzową, czyli skład­niki typowe dla takich kosme­ty­ków. Zanu­rze­nie arku­sza w zim­nej wodzie uwal­niało około ¾ gra­nów arsenu, co nie sta­no­wiło dawki śmier­tel­nej, ale zala­nie go wrząt­kiem powo­do­wało wypłu­ka­nie nie­mal całej zawar­to­ści tru­ci­zny, czyli ponad dwóch gra­nów, ilo­ści bli­skiej dawce śmier­tel­nej. Wysoka tem­pe­ra­tura usu­wała rów­nież barw­nik z papieru. Mucho­bój­cze arku­sze sprze­da­wano w pacz­kach po sześć sztuk i wyraź­nie ozna­czano jako tru­jące. Ilość arsenu w poszcze­gól­nych arku­szach róż­niła się, lecz ana­liza prze­pro­wa­dzona na potrzeby pro­cesu wyka­zała, że każdy z nich zawie­rał przy­naj­mniej jedną dawkę wystar­cza­jącą do zabi­cia czło­wieka18.

W rze­czy­wi­sto­ści Flo­rence May­brick wcale nie musiała kupo­wać mucho­bój­czych arku­szy, żeby wyko­rzy­stać zawarty w nich arsen, ponie­waż w ich domu było go pod dostat­kiem. Pod­czas prze­szu­ka­nia poli­cja zna­la­zła liczne butelki z kosme­ty­kami i „cudow­nymi lekami”, z któ­rych wiele zawie­rało tę tru­ci­znę. Ilość arsenu w domu wystar­czy­łaby, by zabić 50 osób, nato­miast w ciele Jamesa zna­le­ziono go sto­sun­kowo nie­wiele. Obrońcy Flo­rence powo­łali leka­rzy, któ­rzy zeznali, że James zmarł z przy­czyn natu­ral­nych. Nikt nie widział, by Flo­rence poda­wała mężowi arsen, a na kilka dni przed jego śmier­cią nie miała żad­nego kon­taktu z nim ani z jego jedze­niem czy lekar­stwami. Mimo to ława przy­się­głych uznała zgro­ma­dzone dowody za wystar­cza­jące do ska­za­nia jej za mor­der­stwo. Wyrok śmierci zamie­niono na wię­zie­nie, ponie­waż wciąż ist­niały wąt­pli­wo­ści doty­czące tego, czy James rze­czy­wi­ście zmarł z powodu zatru­cia arse­nem, a nie co do winy samej Flo­rence. Kobieta przez całe 14 lat wię­zie­nia utrzy­my­wała, że jest nie­winna. Po uwol­nie­niu pro­wa­dziła spo­kojne i uczciwe życie.

Gdy Aga­tha Chri­stie roz­po­czy­nała karierę pisar­ską, związki arsenu wciąż były sto­sun­kowo łatwo dostępne, wystę­po­wały w skła­dzie leków toni­zu­ją­cych, pesty­cy­dów i środ­ków chwa­sto­bój­czych. W pierw­szej poło­wie XX wieku arsen stop­niowo wyco­fy­wano z uży­cia, zastę­pu­jąc go bez­piecz­niej­szymi sub­stan­cjami. Część spe­cja­li­stycz­nych zasto­so­wań prze­my­sło­wych prze­trwała, a jedy­nym współ­cze­snym medycz­nym zasto­so­wa­niem trój­tlenku arsenu pozo­stało lecze­nie ostrej bia­łaczki pro­mie­lo­cy­to­wej. Nawet ta tera­pia nie­sie jed­nak ryzyko zatru­cia arsze­ni­kiem.

Jak działa arsen – mechanizm trucizny

Tok­sycz­ność trój­tlenku arsenu i pokrew­nych związ­ków wynika z ich zdol­no­ści do zakłó­ca­nia pod­sta­wo­wych pro­ce­sów che­micz­nych zacho­dzą­cych w orga­ni­zmie. Związki arsenu łatwo wchła­niają się przez skórę, płuca i układ pokar­mowy, co od wie­ków wyko­rzy­sty­wali tru­ci­ciele, doda­jąc arsen do jedze­nia, napo­jów lub lekarstw.

Arsen może wystę­po­wać w dwóch głów­nych posta­ciach che­micz­nych: jako arse­niany i arse­niny, z któ­rych każda oddzia­łuje na orga­nizm w inny spo­sób. Arse­niany (AsO₄³−) mają struk­turę i wła­ści­wo­ści che­miczne bar­dzo zbli­żone do fos­fo­ra­nów (PO₄³−), dla­tego orga­nizm nie potrafi ich od sie­bie odróż­nić. Fos­fo­rany peł­nią w ciele wiele istot­nych funk­cji: wzmac­niają kości, sta­no­wią część struk­tury DNA oraz biorą udział w pro­ce­sach maga­zy­no­wa­nia i prze­ka­zy­wa­nia ener­gii. W domu elek­trycz­ność jest formą ener­gii, któ­rej uży­wamy, by zasi­lać urzą­dze­nia, nato­miast wewnątrz ciała ener­gia z jedze­nia, które spo­ży­wamy, i tlenu, któ­rym oddy­chamy, jest wyko­rzy­sty­wana do wytwa­rza­nia związku che­micznego zwa­nego ade­no­zy­no­tri­fos­fo­ra­nem, czyli ATP. Wymiana grup fos­fo­ra­no­wych w czą­steczce ATP umoż­li­wia reak­cje che­miczne potrzebne do życia, zacho­dzące w łagod­nych warun­kach śro­do­wi­ska bio­lo­gicz­nego. Arse­niany są zabój­cze, ponie­waż mogą zastę­po­wać fos­fo­rany w struk­tu­rze ATP. Pro­blem w tym, że arsen jest mniej reak­tywny niż fos­for, przez co reak­cje, w któ­rych bie­rze udział, prze­bie­gają znacz­nie wol­niej lub cał­ko­wi­cie ustają, a to może mieć kata­stro­falne skutki dla orga­nizmu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Che­micy, far­ma­ceuci i inni spe­cja­li­ści z podob­nym wykształ­ce­niem mogą w trak­cie lek­tury szybko odrzu­cić pewne moż­li­wo­ści, ale ujaw­nie­nie sprawcy oka­zuje się dla nich rów­nie zaska­ku­jące jak dla każ­dego innego czy­tel­nika. [wróć]

Czyli jedna część leku na sto czę­ści masy. [wróć]

Chri­stie posłu­gi­wała się jed­nostką gran w wielu swo­ich książ­kach, ale w tej publi­ka­cji podaję rów­no­war­to­ści w gra­mach (g) lub miligra­mach (mg, czyli tysięcz­nych czę­ściach grama). Jeden gran odpo­wiada 64,79891 mg. [wróć]

W cza­sie wojny Chri­stie zdo­łała napi­sać dwa­na­ście powie­ści. [wróć]

Knox był księ­dzem, teo­lo­giem, spi­ke­rem radio­wym BBC i auto­rem powie­ści detek­ty­wi­stycz­nych. Boha­te­rem jego ksią­żek był detek­tyw Miles Bre­don. [wróć]

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych książka uka­zała się pod skró­co­nym tytu­łem The Mir­ror Crack’d (Pęk­nięte lustro). [wróć]

Co cie­kawe, przez długi czas, gdy Chri­stie dopra­co­wy­wała fabułę, zamie­rzała, by ofiara została zastrze­lona, trudno jed­nak sobie wyobra­zić, jak mia­łoby to wyglą­dać w osta­tecz­nej wer­sji powie­ści. [wróć]

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych powieść uka­zała się pod tytu­łem Easy to Kill (Łatwo jest zabić). [wróć]

Arsze­nik znaj­duje się na pogra­ni­czu metali i nie­me­tali, czyli ma cechy cha­rak­te­ry­styczne dla obu tych grup pier­wiast­ków. [wróć]

W dal­szej czę­ści roz­działu, o ile nie zazna­czono ina­czej, ter­min „arsze­nik” odnosi się do trój­tlenku arsenu. [wróć]

Choć w rze­czy­wi­sto­ści sami Bor­gio­wie pocho­dzili z Hisz­pa­nii. [wróć]

Ta sprawa mogła zain­spi­ro­wać Aga­thę Chri­stie do wyko­rzy­sta­nia motywu zatru­tego cia­sta w powie­ści Po pogrze­bie. W książce do jed­nej z osób podej­rza­nych o mor­der­stwo tra­fia kawa­łek tortu wesel­nego z domieszką arsenu. Ofiara zja­dła jego część, a resztę scho­wała pod poduszkę, wie­rząc w tra­dy­cję, że dzięki temu przy­śni jej się przy­szły mąż. Choć poważ­nie zacho­ro­wała, udało jej się prze­żyć, a to tylko dla­tego, że nie zja­dła całego cia­sta. [wróć]

Aga­tha Chri­stie wspo­mina o zie­leni Sche­elego i jej uży­ciu w tape­tach w powie­ści Spo­tka­nie w Bag­da­dzie. Gdy jedna z postaci zapada na „cięż­kie zapa­le­nie żołądka i jelit”, poja­wia się podej­rze­nie zatru­cia arse­nem. „Zasta­na­wiam się – mówi sir Rupert – czy to nie przy­pad­kiem sprawka zie­leni Sche­elego…” [wróć]

g/m² ozna­cza gramy na metr kwa­dra­towy. [wróć]

W tam­tym okre­sie za bez­pieczne uzna­wano stę­że­nie arsenu w tape­tach miesz­czące się w gra­ni­cach od 0,001 do 0,005 g/m². [wróć]

Wia­domo, że Char­les Dar­win sto­so­wał roz­twór Fow­lera – począt­kowo jako stu­dent, by leczyć egzemę, a póź­niej przyj­mo­wał go przez więk­szą część doro­słego życia. Może to czę­ściowo tłu­ma­czyć pro­blemy zdro­wotne, z któ­rymi zma­gał się w kolej­nych latach. [wróć]

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych nie uchwa­lono wów­czas podob­nej ustawy. Bada­nie prze­pro­wa­dzone w 1877 roku wyka­zało, że sprze­daż tru­cizn wciąż nie była tam w żaden spo­sób regu­lo­wana. Dziś sytu­acja wygląda oczy­wi­ście zupeł­nie ina­czej. [wróć]

Aga­tha Chri­stie dosko­nale znała sprawę May­bric­ków i w powie­ści Tajem­ni­cza histo­ria w Sty­les opi­sała spo­sób pozy­ski­wa­nia tru­ci­zny przez mocze­nie mucho­bój­czych arku­szy w wodzie. [wróć]