Opis

Dziesięć lat po tragedii smoleńskiej. Dziesięć lat życia rodzin, które straciły swoich bliskich. Czy poradziły sobie ze stratą, jaki wpływ na ich prywatne losy miała ta ogólnonarodowa tragedia? Załamania nerwowe, rozwody, alienacje, ale też kariery polityczne podparte nazwiskami z listy ofiar. Autor reportażowej książki „96 Końców Świata” wydanej w 2011 roku, wraca do swoich rozmówców sprzed lat i jednocześnie analizuje społeczne „przepracowywanie” tego tragicznego wydarzenia: miesięcznice, upamiętnienia, decyzja o ekshumacji, przewody sądowe… Czy jako naród potrafiliśmy sprostać sytuacji - w jakim punkcie znajdujemy się dziś?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 347

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł PanczakiewiczRedaktor prowadzący: Aleksandra JaniszewskaRedaktor merytoryczny: Jacek BiernackiKorekta: Jadwiga Kosmulska, Sylwia KompanowskaRedaktor techniczny: Agnieszka Matusiak

Copyright © Jerzy Andrzejczak 2020 Copyright © Dressler Dublin Sp. z o. o. Ożarów Mazowiecki 2020

Wydawca: Bellona ul. Hankiewicza 2 02-103 Warszawa

Zapraszamy na stronę Wydawnictwawww.bellona.pl

Księgarnia internetowawww.swiatksiazki.pl

Dołącz do nas na Facebookuwww.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Dystrybucja: Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-11-15902-0

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Wstęp

Smoleńskie blizny od dziesięciu lat są śladami, które znaczą naszą historię. Symbole polskiej tragedii: groby, wspomnienia, traumy, wrak, brzoza, błoto, podziały, odszkodowania, pomniki, kariery, ekshumacje, ocalenia, pojednania. Taka kolejność tworzy tę opowieść. I przywołuje najsilniejsze wspomnienia, które zatrzymały się w nas na zawsze...

1.

W kwietniu 2011 r., w pierwszą rocznicę smoleńskiej katastrofy, ukazała się moja książka pod znamiennym tytułem 96 końców świata. I poruszającym podtytułem: Gdy runął ich świat pod Smoleńskiem. Najbliżsi ofiar opowiadali o pierwszych chwilach, dniach, tygodniach po tragedii. Najwięcej było wtedy ciszy, mądrego milczenia nad grobami. Jakby nastąpił tytułowy koniec świata...

Czas płynął. Nie zatrzymał się 10 kwietnia 2010 r. o godzinie 8.41. Żałoba nie mogła trwać wiecznie. Każdy z bliskich ofiar musiał na nowo uczyć się życia. Pozbierać rozbite kawałki. Krok po kroku. Płacz po płaczu. Łza po łzie...

Poszli różnymi drogami w poszukiwaniu nadziei. Jedni przetrwali dzięki głębokiej wierze. Drudzy przy wsparciu rodziny. Inni przyjęli za cel kontynuowanie dzieła tych, którzy nagle odeszli i przerwali swoje prace. Dla większości najważniejsze były wspomnienia, przeplatane poczuciem winy, rozpaczą, żalem. Cierpienie tych ludzi było wyryte na ich twarzach, w pustym wzroku, w mrocznych snach. O swoich bliskich jednak nie chcieli mówić w czasie przeszłym.

Po dziewięciu latach znów zapukałem do drzwi ich domów. Kontaktowałem się telefonicznie. Często spotykałem się z odmową. Tłumaczyli się, że jeszcze nie doszli do siebie po tych masowych ekshumacjach w latach 2017–2018. I po drugich pogrzebach. Usprawiedliwiali się, że powróciły dawne traumy. Rozumiałem ich milczącą postawę.

Od 10 kwietnia 2010 r. upłynął szmat czasu. Chciałem przypomnieć o najważniejszych wydarzeniach, które miały swój bezpośredni lub pośredni związek z katastrofą. Wspomniałem o każdej z 96 ofiar. Poświęciłem im wiele miejsca, nie ograniczając się do podania imienia, nazwiska i sprawowanej funkcji. Bardziej jednak skupiłem się na ich rodzinach. Na ranach, które nie chcą się zabliźnić. I to od nich usłyszałem, że ich koniec świata trwa do dziś...

Rozdział I   Dziesięć lat bez nich

Zastanawiające, że zegarki ofiar katastrofy smoleńskiej zatrzymały się dokładnie na godzinie 8.41. Wszystkie! Przez 10 lat od tamtej chwili zegarki rodzin tragicznie zmarłych też stały na tej godzinie. Ich czas zatrzymał się. Nie opadła gorąca temperatura przeżyć. Czas nie leczy takich ran. Trudno zamknąć ten tragiczny rozdział ich życia. I nie ma skutecznego sposobu na wyjście z rozpaczy...

2.

Natalia Januszko (†22), śliczna dziewczyna z Warszawy, dziś miałaby zaledwie 32 lata. Była najmłodszą ofiarą katastrofy. Do ukończenia 23 lat zabrakło jej 107 dni. Bardzo oczekiwała na dzień urodzin – 27 lipca. Wtedy miały się odbyć zaręczyny.

Przed sobą miała całe życie. Kiedyś szczerze przyznała, że gdyby została studentką weterynarii, to prawdopodobnie nigdy nie byłaby stewardesą. Nigdy nie stanęłaby w kostiumie stewardesy na pokładzie samolotu. Gdy nie zdobyła upragnionego indeksu, postanowiła zrobić sobie przerwę, żeby za rok znów spróbować zdawać na weterynarię. Wtedy wymyśliła, że w ramach dorywczej pracy będzie stewardesą, tak jak kiedyś jej mama. Gdy ponownie nie dostała się na weterynarię, poszła na zootechnikę w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Wtedy już była stewardesą i bardzo podobało się jej latanie. Na pokładach samolotów spędziła 247 godzin. Szybko awansowała i 16 lutego 2009 r. rozpoczęła pracę w 36. Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego i zaczęła latać rządowymi samolotami. Była dumna, że lata z premierem, ministrami, ważnymi politykami.

– Natalka śmiała się, że jak rusza samolot – opowiada jedna z koleżanek – to „usadza rządzących”.

Największą jej pasją były zwierzęta. Nie potrafiła przejść obojętnie obok kota czy psa. Każdemu czworonogowi musiała spojrzeć głęboko w oczy.

– Córka żyła chwilą – zdradza Izabela Januszko, matka – łapała życie garściami. Nie mówiła o swoich planach.

Z jej dzienników, które pisała, wiadomo, że marzyła, żeby mieć przychodnię weterynaryjną. Pewnie dziś leczyłaby zwierzęta. Byłaby wspaniałym lekarzem weterynarii. I byłaby zapewne matką...

Natalia Januszko miała ogromne zaufanie do pilota, z którym miała lecieć do Katynia. To nie był jej pierwszy lot z przystojnym kapitanem. Była pierwszą osobą, która podała mu dłoń przed wejściem do samolotu 10 kwietnia 2010 r. Zauważyła, że Arek był nieco zdenerwowany, mimo iż zawsze był uśmiechnięty i wesoły.

Dowódca Tu-154M Arkadiusz Protasiuk (†36) nie chciał lecieć do Smoleńska. Pilot odmawiał lotu, bo nie dostał prognoz pogody. Dziesiątego kwietnia rano na wojskowym lotnisku szykująca się do startu załoga tupolewa nie dostała prognozy pogody od stacji meteorologicznej. Nie dostała, bo stacja nie otrzymała jej od Rosjan. Dlatego dowódca załogi odmówił wylotu. Tłumaczył, że nie wiedząc, jakie będą warunki atmosferyczne, nie może się zdecydować na taki lot. Był doświadczonym pilotem, w powietrzu za sterami spędził 3528 godzin. Gdy pilot odmówił lotu, na lotnisku zaczęły się gorączkowe rozmowy z załogą.

– Kapitan nie chciał lecieć bez prognozy – mówi jeden z pilotów 36. specpułku. – W końcu piloci zajęli miejsca w kabinie.

To był jego ostatni lot. Chciał jak najszybciej wrócić do rodziny. Obiecał żonie Magdalenie i dzieciom: trzyletniej córce Marii i siedmioletniemu synowi Mikołajowi, że razem spędzą niedzielę 11 kwietnia 2010 r. Mieli wspólnie pracować w przydomowym ogrodzie.

Wcześniej w Katyniu był 7 kwietnia 2010 r. Po powrocie zostawił w holu swój plecak. Przed sobotnim wylotem przepakował się do innej torby. Plecak został. Po tragedii syn Mikołaj zabrał go do siebie i spał z nim. Za nic nie pozwolił sobie odebrać plecaka. Wcześniej wielokrotnie powtarzał, że też będzie pilotem. Jak ukochany tata. To z nim sklejał modele samolotów. Dziś stoją zakurzone na półce. Jak po ostatnim locie...

Arkadiusz Protasiuk oprócz lotnictwa pasjonował się polityką. Na Uniwersytecie Warszawskim ukończył politologię. Planował, że po przejściu na wojskową emeryturę zmieni zawód. Marzył, żeby być dyplomatą. Dziś miałby 46 lat. Piękny wiek, żeby rozpocząć swoje drugie zawodowe życie. Drugiego startu dla niego nigdy nie będzie.

Dobę przed lotem pochwalił się rodzicom, Lucynie i Władysławowi, że poleci do Katynia z prezydencką parą. Ojciec, schorowany, na inwalidzkim wózku obiecał, że nie odejdzie od telewizyjnego ekranu i będzie śledził przebieg wizyty. Pani Lucyna, mama, była zafascynowana postacią Marii Kaczyńskiej (†67). Zbierała o niej wycinki prasowe, bo chciała wiedzieć o niej jak najwięcej. Znała ją tylko z medialnych przekazów.

– Zazdroszczę ci, że poznasz naszą parę prezydencką – to były jej ostatnie słowa do syna.

3.

Maria Kaczyńska zginęła, mając 67 lat. Pochodziła z długowiecznej rodziny Mackiewiczów, urodziła się w Machowie na Wileńszczyźnie. Była wieczną optymistką.

– Zawsze zakładam, że musi być dobrze – mówiła w piątkowe popołudnie 9 kwietnia 2010 r. – na spotkaniu w Pałacu Prezydenckim z rodzinami ze Wschodu.

Tego dnia wieczorem do kieszeni garnituru męża włożyła słonika: na szczęście! Zawsze tak robiła, gdy Lech Kaczyński (†60) miał ważne wystąpienie. A to w Katyniu miało być jednym z najważniejszych w jego politycznej karierze.

O tym pani Maria już nie zdążyła napisać w swoim pamiętniku. Największą tajemnicą Marii Kaczyńskiej było spisywanie swoich myśli, przeżyć, obserwacji. W swoich sekretnych pamiętnikach pisała też o obawach. Zaczęła tworzyć notatki, gdy jej mąż został prezydentem. Pierwsza Dama pamiętniki pisała w takiej tajemnicy, że nie wiedziała o tym nawet jej córka. Nie wiadomo, czy robiła to również w tajemnicy przed mężem.

– Znalazłam je dopiero, przeglądając rzeczy mamy – zdradza Marta Kaczyńska – w apartamentach Pałacu Prezydenckiego. To kilka kalendarzy...

Podobno Maria Kaczyńska w tych pamiętnikach pisała o swojej przyszłości, gdy opuści Pałac Prezydencki. Marzenia jej również pozostaną tajemnicą.

W wywiadach zdradziła, że późną starość chciałaby spędzić w bujanym fotelu, słuchając muzyki poważnej. Odprężała się też, słuchając Bułata Okudżawy, Edith Piaf i Alicji Majewskiej śpiewającej poezję Leśmiana. Otoczenie Pierwszej Damy jest zgodne, że w ostatnich tygodniach życia pani Maria często nuciła piosenkę Maryli Rodowicz Jest cudnie. I śpiewała refren: „Choć już życia, psiamać popołudnie/ Jest cudnie, jest cudnie”. Para prezydencka Sylwestra 2009 r. spędziła w Juracie w gronie rodziny i przyjaciół. Wtedy Lech Kaczyński wyszeptał do ucha żonie noworoczne życzenie: żeby nadal było cudnie...

Wówczas obok prezydenckiej pary stał brat prezydenta. Bliźniacy wiedzieli o sobie wszystko. Żartowano, że Jarosław jest drugim mężem Lecha.

Jarosław Kaczyński ma dziś 70 lat. Tyle samo miałby jego brat bliźniak Lech, prezydent Rzeczpospolitej. Politykowi Prawa i Sprawiedliwości po bracie zostały krawaty, książki, zdjęcia i słoniki na szczęście.

– Ja Leszkowi włożyłem do trumny dwie bardzo osobiste rzeczy – zdradza brat prezydenta.

Jego domowy gabinet zamienił się w minimuzeum tragicznie zmarłego bliźniaka. Nad jego łóżkiem wisi duże zdjęcie brata zrobione na jakiejś konferencji. Wszędzie są dziesiątki jego osobistych rzeczy, bo to był też jego dom.

– Straciłem brata bliźniaka – zwierza się były premier. – Trzeba go mieć, żeby zrozumieć, co to jest za strata. Nie wierzę, żeby czas, przynajmniej dla człowieka w moim wieku, cokolwiek znaczył. Może gdybym był 30 lat młodszy?

4.

Jarosław Kaczyński na grób brata do Krakowa na Wawel jeździ około 30 razy w roku. Przynajmniej dwa razy w miesiącu. Twierdzi, że o bracie myśli setki razy dziennie. Przekonuje, że nie zapomina o nim nawet na chwilę. Bo to jest coś, co już na pewno w nim zostanie. Czy może być inaczej, skoro rozmawiali ze sobą kilkanaście razy dziennie? Przez całe życie od dzieciństwa wiedli ze sobą jedną, gigantyczną rozmowę. Zawsze mieli o czym mówić i nigdy nie nudzili się ze sobą.

Samotność poczuł już następnego dnia po tragedii. Wtedy stał sam w pierwszym rzędzie sejmowych foteli obok portretu Grażyny Gęsickiej (†58), byłej szefowej klubu PiS. Samotnego można go było zobaczyć podczas żałobnych mszy. Potem pojawiał się na pogrzebach ofiar i często przemawiał. Głos załamał mu się tylko raz, kiedy wspominał księdza Romana Indrzejczyka (†80), byłego kapelana prezydenta. Proboszcz z żoliborskiej parafii jak nikt inny znał ich: Leszka i Jarka.

Dla pana Jarosława wraz ze śmiercią brata, coś co było najważniejsze w jego życiu – już się skończyło. On, siedemdziesięciolatek, wie, że czasu nie ma już wiele.

– Już nigdy nie będę szczęśliwy – mówi z zadumą Jarosław Kaczyński. – Mam w sobie ogromną, ciągle otwartą ranę...

Najgorsze są dla niego wieczory. Wraca, parzy herbatę, którą pije bez cukru w kuchni. Od lat obawia się cukrzycy. A potem siada, czyta, pisze, myśli. Myśli o bracie...

Były premier milczy pytany, kim dziś byłby 70-letni Lech Kaczyński? Dwukrotnym prezydentem Rzeczpospolitej? Obecnym premierem? Wybitnym naukowcem zajmującym się prawem?

Jarosław Kaczyński w towarzystwie brata kilka razy zwierzył się, że najszczęśliwsze dni są dopiero przed nim. Żałował, że polityka zabrała mu kilkadziesiąt lat i anonimowość. Marzył, że jeszcze będzie miał czas, żeby przeczytać interesujące go książki, obejrzeć filmy, które zawsze chciał zobaczyć. Cieszył się, że po zakończeniu drugiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego wezmą długie urlopy i wyjadą w Bory Tucholskie. Tam ich przyjaciółka Hanna Foltyn-Kubicka ma działkę nad jeziorem. To jedno z niewielu miejsc, gdzie doskonale czuli się bliźniacy. Tam godzinami spacerowali po lesie, siedzieli przy herbacie i wspominali młodość. Podczas jednego z takich pobytów postanowili, że gdy odejdą z polityki, to sprzedadzą dom na Żoliborzu, kupią dom-bliźniak pod miastem i zamieszkają w nim całą rodziną. W jednej połówce – Jarosław z mamą i kotem, w drugiej Leszek z żoną Marylką. Wszystko było już uzgodnione, podobno zgodziła się na to prezydentowa. Dziś Jarosław Kaczyński, gdy nie ma już mamy, brata i bratowej, żyje w cieniu ich grobów...

5.

W cieniu katyńskiej tragedii wychowywała się część pasażerów lotu do Katynia. Ewa Bąkowska (†47) mieszkała z rodziną przy ulicy Smoleńsk w Krakowie. Przeznaczenie? Ostrzeżenie? Matka tragicznie zmarłej kobiety była przekonana, że nad ich rodziną ciąży fatum. Ewa Bąkowska, działaczka Stowarzyszenia Rodzin Katyńskich, była wnuczką zamordowanego w Katyniu generała Mieczysława Smorawińskiego[1].

Monika Bąkowska, córka, nadal mieszka przy ulicy Smoleńsk w Krakowie. Za każdym razem, kiedy wpisuje swój adres, robi się jej gorąco. Z mieszkania nie chce się wyprowadzić, bo odziedziczyła je po ukochanej matce.

– Jeszcze w dniu katastrofy – wspomina Monika Bąkowska – ze swojego telefonu wykasowałam numer mamy. Wiedziałam, że jak tego nie zrobię, to będę ciągle do niej dzwonić. Będę krzyczała do słuchawki. Płakała...

Monika Bąkowska przy każdej okazji ucieka z Polski. Była w Nepalu, Tajlandii, Nowej Zelandii, Japonii. Pasję do podróżowania odziedziczyła po matce. Ewa Bąkowska była bibliotekarką, późno nauczyła się języka angielskiego, żeby móc swobodnie podróżować. Dziś miałaby 57 lat i być może spełniłaby swoje wielkie marzenie: bycie pilotem zagranicznych wycieczek. Dziś byłaby na Dominikanie, jutro na Malediwach, pojutrze na Haiti.

Zagranicznych podróży służbowych miał dość porucznik Paweł Janeczek (†37), funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu. Ulubiony ochroniarz prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Popularny „Janosik” dziś miałby 47 lat. Osierocił dwuletniego syna Igora. Był mężczyzną życia Joanny Racewicz, popularnej telewizyjnej prezenterki. Małżeństwem byli 6 lat, od cichego ślubu w 2004 r. do dnia 10 kwietnia 2010 r. Na ślubie usłyszała od niego: „Będę przy tobie na dobre i na złe!”.

– Zawsze wierzyłam, że gdyby nawet leciał na wojnę – zapewnia pani Joanna – to by do mnie wrócił...

Po katastrofie najchętniej schowałaby się przed światem. Dziś wie, że przetrwała dzięki synowi. Syn otworzył ją na życie, pozwolił na głębszy oddech, żeby wreszcie spróbowała być dobra dla siebie. Syn Igor nie chciał, żeby stała się chodzącym grobem.

– Synek nie rozumiał, dlaczego nie wraca ojciec – wspomina pani Joanna. – Wszędzie go szukał. Tłumaczyłam, że tatuś jest teraz aniołem, który nad nim czuwa...

Paweł Janeczek nie mógł się doczekać wojskowej emerytury. Wiele rzeczy z braku czasu odkładał na później. Remont mieszkania... Naukę języków obcych... Budowę domu... Żonę miał nauczyć nurkowania, jeździć na motorze, chciał chodzić z synem na lekcje judo. Wszystkich wokół zarażał swoim optymizmem. Marzyli, żeby wyjechać na dłużej do Nowej Zelandii, bo tam jest pięknie i spokojnie.

– Na spacerach patrzyliśmy na starszych ludzi trzymających się za ręce – mówi Joanna Racewicz, nie mogąc ukryć wzruszenia. – I byliśmy pewni, że tak będziemy wyglądać za kilkadziesiąt lat...

O spacerach z ojcem nigdy nie zapomni Agnieszka Merta. Dziewczynka miała zaledwie 9 lat, gdy zginął jej ojciec Tomasz Merta (†45), wiceminister kultury. Dziesiątego kwietnia 2010 r. straciła najlepszego przyjaciela w życiu. Jest pewna, że już nigdy nie spotka kogoś podobnego.

– Bardzo kochałam tatę i wciąż kocham – zapewnia dziś 19-letnia dziewczyna. – Tęsknię za nim ogromnie, ale wierzę, że jeszcze kiedyś się spotkamy...

Magdalena Merta, wdowa, przez te 10 lat nie pogodziła się z odejściem męża. Jeszcze kilka lat po tej tragedii chodziła w żałobie. Dopiero po siedmiu latach miała odwagę wsiąść do samolotu.

– Córki zwolniły mnie z obietnicy – tłumaczy smoleńska wdowa – którą im złożyłam zaraz po pogrzebie męża, że już nigdy nie wsiądę na pokład samolotu.

Matka z córkami codziennie modlą się w intencji męża i ojca. Tomasz Merta cieszył się ogromnym autorytetem, marzył o karierze naukowej. Był historykiem myśli politycznej, publicystą. Jego pasją była ochrona zabytków. Dziś miałby zaledwie 55 lat! I czas na realizowanie zawodowych wyzwań. Na pewno sporo czasu miałby dla trzech córek, bo uwielbiał być ojcem i miał z nimi świetny kontakt. Codziennie przytulał je, dziewczyny siadały mu na kolanach i słuchały jego opowieści. Był dla nich ojcem, przewodnikiem, życiowym drogowskazem. Córkom nieustannie i każdego dnia brakuje ojca, najważniejszego ich życiowego autorytetu.

– Mąż zawsze był dumny z córek – dodaje wdowa po Tomaszu Mercie – a teraz nie może się cieszyć ich sukcesami.

6.

Bogatą karierę naukową miał za sobą Stanisław Mikke (†62), adwokat, sędzia Trybunału Stanu i pisarz. Na podstawie jego opowiadania powstał film Krzysztofa Kieślowskiego Krótki film o zabijaniu[2].

– I można powiedzieć, że mój mąż zginął przez książkę – mówi wzruszona Bożena Mikke. – Widocznie tak musiało być...

Stanisław Mikke miał pierwotnie do Katynia lecieć 7 kwietnia 2010 r. w delegacji z premierem Donaldem Tuskiem. Oczekiwał jednak na wydrukowanie swojej książki, która wyszła 9 kwietnia. Dlatego poleciał do Katynia następnego dnia, z pachnącymi drukiem książkami w bagażu. Chciał je podarować prezydentowi i kolegom. Nie zdążył. Świeżo wydrukowane egzemplarze znaleziono w smoleńskim błocie.

Stanisław Mikke bardzo bał się latać samolotami. W 1980 r. był prokuratorem i prowadził dochodzenie w sprawie katastrofy lotniczej „Kopernika”[3], w której zginęła popularna piosenkarka Anna Jantar.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Mieczysław Smorawiński (1893–1940), generał brygady, ofiara zbrodni w Katyniu.

2Krótki film o zabijaniu, 1987 r., reżyser Krzysztof Kieślowski.

3 Katastrofa samolotu PLL LOT 14 marca 1980 r. W pobliżu warszawskiego lotniska Okęcie zginęło wówczas 72 pasażerów i 10 członków załogi.