40. raków - Agnieszka Peszek - ebook + audiobook

40. raków ebook i audiobook

Agnieszka Peszek

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Traumy z dzieciństwa czasami wdzierają się tak głęboko w umysł, że nawet po latach jedynym sposobem, aby się ich pozbyć, jest ukaranie oprawcy.

Warszawą wstrząsa seria okrutnych zbrodni. Ktoś z niewiadomych powodów odcina kobietom części ciała: głowę, ucho, nogę… Na czele śledztwa staje komisarz Maksymilian Obrębski, a wspiera go dwóch średnio ogarniętych policjantów z patrolu, którzy uzupełniają braki kadrowe. Czy uda im się dowiedzieć, kto za tym stoi? Czy będą w stanie uratować kolejne kobiety przed mordercą nazwanym przez prasę „Brzytwą”?

40. raków” to wciągająca powieść z pogranicza kryminału i thrillera psychologicznego, w której spotkasz aż dwóch morderców. Kto wie, być może jedną z tych osób nawet polubisz…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 493

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 14 min

Lektor: Filip Kosior, Paulina Holz

Oceny
4,4 (157 ocen)
89
46
16
5
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Adella60

Dobrze spędzony czas

Dobra. Wciągająca. Samo zakończenie mogłoby być bardziej dopracowane.
20
milbookove

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna, polecam!
10
MarzenaWisniowska

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja 🤩🤩 Najlepsza książka autorki 🤩
10
Mazaga29

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka, w końcu pojawia się ktoś na poziomie. bardzo czekam na więcej.
10
Felunia1981

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra i wciągająca do ostatnich zdań książka.
10

Popularność




Copyright by Agnieszka Peszek 2023

Copyright by 110 procent 2023

Wydanie 1

Redakcja: Dominika Kamyszek – OpiekunkaSlowa.pl

Projekt graficzny okładki: Andrzej Peszek

Skład: Agnieszka Peszek

Wersja elektroniczna: Mateusz Cichosz | @magik.od.skladu.ksiazek

ISBN: 978-83-967757-4-0

Wydawnictwo 110 procent

Cymuty 4, 05-825 Czarny Las

www.peszek.pl

Rak to wy­bit­nie ro­dzinny znak zo­diaku. Jego do­mi­nu­ją­cymi ce­chami są tro­skli­wość, ostroż­ność w dzia­ła­niu i uczu­cio­wość. Mimo to cza­sami po­trafi za­sko­czyć nie­ustę­pli­wo­ścią i wy­obraź­nią. Słu­cha swo­jej in­tu­icji, która rzadko go za­wo­dzi. Rak po­trafi ana­li­zo­wać wy­datki po­nad normę i na końcu do­cho­dzić do wnio­sku, że nie są po­trzebne. Gdy przy­cho­dzi zły dzień, jest wy­jąt­kowo draż­liwy. Aaa, i swo­ich po­my­słów broni ni­czym lwica ma­łych ;)

Rozdział 1

Zer­k­nął na sto­jący na szafce noc­nej ze­gar, który sta­no­wił je­dyne źró­dło świa­tła. Żona na­le­gała na za­słony typu black out, dzięki któ­rym nie do­cie­rały do nich żadne pro­mie­nie sło­neczne, a w po­koju nie­za­leż­nie od pory dnia pa­no­wały egip­skie ciem­no­ści. Twier­dziła, że dzięki temu będą się le­piej wy­sy­piać.

Co­dzien­nie rano za­chwy­cała się tym wy­bo­rem, twier­dząc, że do­brze, że na­le­gała, bo po­now­nie wstała rześka ni­czym skow­ro­nek. On tylko po­ta­ki­wał z po­ważną miną, śmie­jąc się w du­chu. Gdyby tylko znała przy­czynę tego stanu, jej ra­dość znik­nę­łaby na­tych­miast, a za­stą­pi­łoby je po­wąt­pie­wa­nie, które szybko ustą­pi­łoby miej­sca prze­ra­że­niu.

Za tym sta­nem rze­czy stały ta­bletki na­senne, które co­dzien­nie w spo­rych ilo­ściach do­sy­py­wał jej i dzie­ciom, choć im pro­por­cjo­nal­nie mniej. Cały ten pro­ce­der moż­liwy był przez zwy­czaj pie­lę­gno­wany przez żonę od po­czątku ich mał­żeń­stwa – wspólne ko­la­cje, które przy­go­to­wy­wała sama, nie po­zwa­la­jąc, aby dzieci w ja­ki­kol­wiek spo­sób jej po­ma­gały, co nie­zmier­nie go de­ner­wo­wało. Jego ro­dzice za­przę­gali go do każ­dej moż­li­wej ro­boty, dzięki czemu opusz­cza­jąc dom, po­tra­fił go­to­wać, pra­so­wać, sprzą­tać. Do za­dań na­praw­czych miał dwie lewe ręce, ale na szczę­ście jego oj­ciec rów­nież, więc nie czuł się z tym źle.

Za to jego dzieci nie po­tra­fiły w domu zro­bić ni­czego. Miały dzie­więć i je­de­na­ście lat i ca­łymi dniami sie­działy z no­sami w kom­pu­te­rze, kon­soli lub te­le­fo­nie. Ich umie­jęt­no­ści go­to­wa­nia koń­czyły się na pod­grza­niu wody w czaj­niku, a spusz­cze­nie wody w to­a­le­cie po sko­rzy­sta­niu z niej gra­ni­czyło z cu­dem. O po­waż­niej­szych spra­wach, ta­kich jak od­ku­rza­nie czy sprząt­nię­cie ła­zienki, nie było mowy. Gdy żona za­szła w pierw­szą ciążę, ucie­szył się. Może nie ska­kał z ra­do­ści, ale po­sia­da­nie po­tomka sta­no­wiło je­den z jego ży­cio­wych ce­lów. Oczami wy­obraźni wi­dział sie­bie i swo­jego ma­łego klona, który jest żądny wie­dzy i pra­co­wity jak on. Z cza­sem nie­stety do­szła do niego smutna prawda, że za­równo syn, jak i póź­niej córka są jak więk­szość mło­dych lu­dzi w dzi­siej­szych cza­sach. Le­niwi i rosz­cze­niowi. Pró­bo­wał z tym wal­czyć, ale spę­dza­jąc z dziećmi za­le­d­wie go­dzinę dzien­nie, nie miał szans z wzor­cami, które one chło­nęły każ­dego dnia ni­czym Spon­ge­Bob Kan­cia­sto­porty, czyli gąbka z kre­skó­wek. Ostat­nim ba­stio­nem, któ­rego nie chciał od­pu­ścić, była wiara. Re­li­gia, która po­zwa­lała mu prze­trwać, a dla jego bli­skich sta­no­wiła tylko przy­kry obo­wią­zek. Dla­tego dwa lata wcze­śniej, wi­dząc, jak syn pod­cho­dzi do ko­mu­nii świę­tej jak do biz­nesu, na któ­rym chce jak naj­wię­cej za­ro­bić, zre­zy­gno­wał.

Po­woli usiadł na łóżku i spu­ścił nogi na pod­łogę. Le­żąca obok żona na­wet nie drgnęła. Ci­cho po­chra­py­wała, iry­tu­jąc go nie­zmier­nie. Za­pa­lił la­tarkę w te­le­fo­nie i po­świe­cił na sto­jące obok krze­sło. Wstał i zdjął z niego szla­frok, który co­dzien­nie wie­szał wie­czo­rem przed pój­ściem spać, aby nie mar­z­nąć, gdy w nocy wyj­dzie z łóżka.

Za­rzu­cił go na sie­bie i wy­szedł z po­koju, cały czas świe­cąc przed sie­bie wą­skim sno­pem świa­tła. Już dwa razy zda­rzyło się, że po­tknął się o zo­sta­wione przez dzie­ciaki rze­czy. Raz zdą­żył za­re­ago­wać i tylko bo­le­śnie sta­nął na nie­wiel­kich kloc­kach Lego, które wa­lały się po pod­ło­dze. In­nym ra­zem skoń­czyło się znacz­nie go­rzej. Prze­wró­cił się i na­ro­bił przy tym mnó­stwo ha­łasu. Mimo że kostka bo­lała go okrut­nie i mo­men­tal­nie po­ja­wił się obrzęk, to i tak się cie­szył, po­nie­waż nikt z trojga śpią­cych do­mow­ni­ków nie prze­bu­dził się na­wet na uła­mek se­kundy. Spali smacz­nie, a on mógł dzia­łać, za­miast pa­trzeć na ich prze­stra­szone twa­rze i od­po­wia­dać na py­ta­nia w stylu „Czy wszystko w po­rządku?”.

Prze­szedł obok po­koju córki, a na­stęp­nie syna i ostroż­nie sta­wia­jąc stopy, zszedł na dół. Miesz­kali w no­wym domu od dwóch lat, a on cały czas nie mógł się przy­zwy­czaić, że schody nie trzesz­czą jak w po­przed­nim. Gdy sta­nął na par­te­rze, w końcu po­czuł ulgę, choć było to nieco ir­ra­cjo­nalne. Wszy­scy spali głę­bo­kim snem, o czym wie­dział do­brze, a i tak się stre­so­wał.

Chciał mieć stu­pro­cen­tową pew­ność, że nikt go nie na­kryje. W jego pla­nie nie było miej­sca na po­myłki, dla­tego ko­lejny etap swo­jego planu wdra­żał już drugi rok. Pierw­sza faza skoń­czyła się, gdy przy­pro­wa­dził żonę do no­wego miej­sca ich za­miesz­ka­nia.

– To nasz nowy dom?!

Bie­gała od po­koju do po­koju i pisz­czała gło­sem, który de­ner­wo­wał go. Za­cho­wy­wała się jak pi­skliwy ba­chor w skle­pie z za­baw­kami. Na szczę­ście rzadko sły­szał u niej te tony, po­nie­waż była oszczędna w oka­zy­wa­niu emo­cji, co aku­rat u niej ce­nił.

– Tak. Chcia­łem zro­bić ci nie­spo­dziankę – skła­mał, co czy­nił co­raz czę­ściej i co co­raz rza­dziej mu prze­szka­dzało.

Jako młody czło­wiek chciał żyć zgod­nie ze swo­imi ide­ałami. Praw­do­mów­ność, uczci­wość. Za­wsze pa­trzył z dumą na swo­ich ro­dzi­ców, któ­rzy ich prze­strze­gali. Co ty­dzień cho­dzili do ko­ścioła, uczyli go mo­dlitw, czy­tali Bi­blię. Jed­nak gdy skoń­czył osiem lat, za­czął do­strze­gać rysy na tym idyl­licz­nym ob­razku. Gdy zaś sam otrzy­mał nie­spo­dzie­wany cios od osoby, któ­rej ufał, szybko prze­or­ga­ni­zo­wał swój sys­tem war­to­ści. Już lata temu po­sta­no­wił, że war­to­ścią nad­rzędną we wszyst­kim, co robi, będą jego wła­sne szczę­ście i sa­tys­fak­cja.

– Nie­spo­dziankę?! – po­wtó­rzyła po nim żona, wy­dzie­ra­jąc się po­nad normę, i uwie­siła mu się na szyi. – To nie jest nie­spo­dzianka. To jest coś o wiele więk­szego. To jest jak dar. Jak speł­nie­nie ma­rzeń, o któ­rych na­wet się nie wie. Nasz dom ni­gdy mnie nie de­ner­wo­wał, jest opty­malny na na­szą czwórkę, dla­tego nie my­śla­łam o ni­czym więk­szym, a to... – Po jej wklę­śnię­tych po­licz­kach po­pły­nęły łzy, a pod­bró­dek za­czął drżeć. – Dzię­kuję, ko­cha­nie, je­steś naj­cu­dow­niej­szym mę­żem, ja­kiego mo­głam so­bie wy­śnić.

Przy­warła do niego mocno, li­cząc na od­wza­jem­nie­nie uczuć, i po­ca­ło­wała w po­li­czek. To był pierw­szy ich dłuż­szy kon­takt fi­zyczny od kilku mie­sięcy. Tłu­ma­czył to stre­su­jącą pracą, co ona ze smut­kiem przyj­mo­wała. Tak na­prawdę od za­wsze stro­nił od do­tyku, któ­rego ini­cja­to­rem nie był on, dla­tego w ta­kich sy­tu­acjach, gdy ktoś inny go do­ty­kał, czuł się nie­swojo. Ja­kiś te­ra­peuta za­pewne miałby przy tym co ro­bić, jed­nak on wo­lał nie ana­li­zo­wać, nie roz­kła­dać na czyn­niki pierw­sze, nie my­śleć.

Mo­men­tal­nie jego mię­śnie się na­pięły, na co żona po­lu­zo­wała uścisk. Do­brze wie­działa, że sto­jący przed nią męż­czy­zna nie lubi tego, choć źró­dła pro­blemu nie znała. Wró­ciła do spa­ce­ro­wa­nia po no­wym domu, a on nie­spiesz­nie wę­dro­wał za nią.

– Ale jak ty to zro­bi­łeś? Ja nic o tym nie wie­dzia­łam. Na­wet przez uła­mek se­kundy się nie zdra­dzi­łeś. Skąd mia­łeś na to pie­nią­dze? – W tym mo­men­cie ob­ró­ciła się w jego stronę i spoj­rzała po­dejrz­li­wie swo­imi du­żymi, brą­zo­wymi oczami, mimo że uwa­żała swo­jego męża za czło­wieka naj­uczciw­szego na świe­cie i, jak czę­sto chwa­liła przed in­nym, święt­szego od pa­pieża. – Ukra­dłeś? – rzu­ciła roz­ba­wiona i prze­krzy­wiła głowę, jak to mają w zwy­czaju małe dziew­czynki prze­ko­ma­rza­jące się z roz­mówcą.

– Ukra­dłem mi­liar­de­rowi. A żeby ni­komu nic nie po­wie­dział, za­bi­łem go i za­ko­pa­łem w no­wym ogródku – od­rzekł z po­waż­nym wy­ra­zem twa­rzy. Na­wet naj­mniej­szy mię­sień nie drgnął. Gdyby nie ru­chy po­wiek, które ciężko było wy­eli­mi­no­wać, można by­łoby po­my­śleć, że to nie twarz ży­wego czło­wieka, ale ma­ska.

– Ty i te twoje żarty… – za­śmiała się na głos.

Od tego czasu mi­nęły pra­wie dwa lata, a on na­dal nie mógł uwie­rzyć, że tu jest, i na­dal nie zdra­dził żo­nie, jak udało mu się zbu­do­wać dom bez jej wie­dzy. A sprawa wcale nie była aż tak skom­pli­ko­wana. Od sa­mego po­czątku mał­żeń­stwa od­kła­dał około dwu­dzie­stu pro­cent swo­jej pen­sji. Na po­czątku wią­zało się to z fak­tem, że się nie prze­le­wało. W bu­dże­cie do­mo­wym bra­ko­wało wła­śnie tej jed­nej pią­tej do szczę­ścia, ale wtedy mo­ty­wo­wał ją do za­ci­śnię­cia pasa i ja­koś szło. Po la­tach na kon­cie uzbie­rał cał­kiem po­kaźną sumkę. Na całą bu­dowę nie wy­star­czyło, dla­tego za­cią­gnął kre­dyt, który szybko spła­cił, sprze­da­jąc po­przedni dom.

Śmiało mógł po­wie­dzieć, że sam na niego za­pra­co­wał. Dla­tego za każ­dym ra­zem, gdy sa­mot­nie po nim wę­dro­wał, lekko uśmie­chał się z dumy.

Ob­szedł swoim zwy­cza­jem całą kuch­nię po­łą­czoną z ja­dal­nią i sa­lo­nem. Spraw­dził drzwi wej­ściowe i duże prze­suwne na ta­ras. Każde okno otwo­rzył i po­now­nie za­mknął. Po­pra­wił za­słony, tak aby nikt z ze­wnątrz nie mógł zaj­rzeć do środka. Przy oka­zji wsta­wił brudne na­czy­nia do zlewu, wy­rzu­cił do śmieci zo­sta­wioną praw­do­po­dob­nie przez córkę skórkę od ba­nana i wy­cią­gnął z za­mra­żarki mięso z kur­czaka na le­czo, a do garnka wsy­pał ryż i za­lał go wodą, po czym jesz­cze raz wszystko spraw­dził.

Ner­wica na­tręctw nie po­zwa­lała mu za­cho­wać się ina­czej. Parę razy spró­bo­wał omi­nąć ten krok, ale wra­cał w po­ło­wie scho­dów pro­wa­dzą­cych do piw­nicy i po­wta­rzał całą pro­ce­durę, mimo że do­strze­gał ab­surd sy­tu­acji. Gdy już skoń­czył, spo­koj­nie otwo­rzył pro­wa­dzące do po­miesz­cze­nia na po­zio­mie mi­nus je­den drzwi, które mie­ściły się w wia­tro­ła­pie. Otwo­rzył je klu­czem, który cho­wał przed in­nymi. Żo­nie po­wie­dział, że prze­trzy­muje tam na­rzę­dzia, wędki i inne szpar­gały i nie chce, aby dzieci na­ro­biły ba­ła­ganu. Spe­cjal­nie dla niej za­pro­jek­to­wał mnó­stwo szaf wnę­ko­wych na par­te­rze i pierw­szym pię­trze, więc nie miała po­trzeby, by scho­dzić na dół. Do­dat­kowo raz na ja­kiś czas kar­mił ją ja­kąś straszną hi­sto­rią na te­mat tru­pów zna­le­zio­nych w piw­ni­cach. Wie­dział, że jak u więk­szo­ści ko­biet jej wy­obraź­nia pra­cuje na zwięk­szo­nych ob­ro­tach, więc scho­dze­nie na dół sta­nie się ostat­nią rze­czą, jaką bę­dzie miała ochotę zro­bić. I fak­tycz­nie, za każ­dym ra­zem, gdy wy­bie­rał się do po­miesz­cze­nia zlo­ka­li­zo­wa­nego pod sa­lo­nem, ro­biła prze­ra­żoną minę i in­for­mo­wała go, że ona nie da­łaby rady i po­dzi­wia go za od­wagę.

Otwo­rzył białe drzwi, które zro­bił na za­mó­wie­nie. Były grub­sze, a fu­trynę wy­pchano do­dat­kową gąbką, aby nikt nie sły­szał od­gło­sów do­cho­dzą­cych z dołu. Po­woli zszedł po be­to­no­wych scho­dach, któ­rych spe­cjal­nie ni­czym nie wy­ło­żył, aby nie wy­da­wały ja­kich­kol­wiek dźwię­ków, i sta­nął w po­miesz­cze­niu ma­ją­cym około dwu­dzie­stu me­trów kwa­dra­to­wych. Trzy ściany gę­sto za­sta­wił so­lid­nymi me­ta­lo­wymi re­ga­łami, od su­fitu po pod­łogę wy­peł­nio­nymi jego rze­czami. Na pierw­szy rzut oka była to zwy­kła, naj­zwy­klej­sza piw­nica. No, może gdyby do­rzu­cił tam kilka bu­te­lek bim­bru, po­czułby się jak w ro­dzin­nym domu.

Tu­taj jed­nak ciężko by­łoby zna­leźć choćby bu­telkę piwa. Po pierw­sze, nie lu­bił tego stanu, gdy tra­cił pa­no­wa­nie nad swoim cia­łem i umy­słem, a po dru­gie, sam smak wina czy wódki dzia­łał na niego od­py­cha­jąco. Jed­nak naj­istot­niej­szy był fakt, że dzięki temu czuł więk­szą kon­trolę nad ta­jem­ni­cami, które skry­wał. Już nie­raz w ży­ciu wi­dział, jak lu­dziom lu­zują się wszel­kie ha­mulce i pod wpły­wem pro­cen­tów wy­ja­wiają swoje naj­skryt­sze se­krety, któ­rych na co dzień strze­gli jak lwica swo­ich ma­łych.

Na­wet dwa ty­go­dnie wcze­śniej pod­czas wi­zyty u zna­jo­mych, któ­rej nie mógł unik­nąć, był świad­kiem tego, co al­ko­hol robi z czło­wie­kiem.

– Gra­li­ście kie­dyś w prawdę czy wy­zwa­nie? – spy­tała żona so­le­ni­zanta.

– Nie – od­po­wie­działa chó­rem trójka sie­dzą­cych przy stole lu­dzi.

– Cho­dzi o to, że dana osoba musi naj­pierw wy­brać, co chce ro­bić, od­po­wie­dzieć na py­ta­nie czy wy­ko­nać za­da­nie – wy­ja­śniła ko­bieta, wy­dy­ma­jąc do zgro­ma­dzo­nych swoje na­pom­po­wane usta, po­nie­waż na­pięta do gra­nic moż­li­wo­ści skóra nie po­zwa­lała na inną mi­mikę twa­rzy, a próba uśmiech­nię­cia się koń­czyła się dziw­nym gry­ma­sem, który wła­śnie pre­zen­to­wała. – Fra­nek, może za­pre­zen­tu­jemy na to­bie. – Szturch­nęła sie­dzą­cego obok sie­bie męża, który po wy­pi­ciu po­nad bu­telki wina i kilku drin­ków, za­wie­ra­ją­cych wię­cej whi­sky niż roz­cień­cza­ją­cej ją coli, zer­kał na go­ści ma­łymi oczkami, marsz­cząc przy tym czoło i na­sadę nosa.

– Jaka gra? Ko­bieto, o co ci cho­dzi? – wy­mam­ro­tał, pa­trząc na żonę, jakby pierw­szy raz w ży­ciu ją wi­dział.

Męż­czy­zna, za­zwy­czaj bar­dzo ele­gancki, sie­dział z trzema od­pię­tymi gu­zi­kami ko­szuli, eks­po­nu­jąc przy tym mocno owło­sioną klatkę pier­siową. Nie to jed­nak od­bie­rało mu urok, ale kilka plam sosu po­mi­do­ro­wego, które wy­lą­do­wały na śnież­no­bia­łej tka­ni­nie, gdy ge­sty­ku­lu­jąc ni­czym praw­dziwy Włoch, opo­wia­dał o swo­jej pierw­szej prze­jażdżce kon­nej i ręką za­ha­czył o sto­jącą przed nim so­sjerkę. Wszystko spek­ta­ku­lar­nie wy­lą­do­wało na ko­szuli, ro­biąc do­dat­kowo ba­ła­gan na kre­mo­wym ob­ru­sie.

– Czy ty za­wsze mu­sisz być taki po­ważny? – sko­men­to­wała, pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem i krę­cąc z dez­apro­batą głową, jed­nak zu­peł­nie tym nie­znie­chę­cona rzu­ciła po­now­nie: – Prawda czy wy­zwa­nie?

Fran­ci­szek Tra­wiń­ski wes­tchnął zre­zy­gno­wany, bo do­brze wie­dział, że walka z upartą żoną nic mu nie da. Bę­dzie go tak długo ata­ko­wać, osa­czać, aż do­pnie swego, a zu­peł­nie nie miał na to ochoty, dla­tego zre­zy­gno­wany rzu­cił:

– Prawda.

Ko­bieta, uda­jąc za­my­śloną, unio­sła wielki kie­lich wy­peł­niony pły­nem w ko­lo­rze bur­gunda i przy­ło­żyła go do na­puch­nię­tych ust. Po­woli, aby szkło jak naj­mniej do­ty­kało błysz­czyka, który z da­leka mie­nił się świe­cą­cymi dro­bin­kami, upiła łyk. Od­sta­wiła wino na stół i spoj­rzała na męża.

– Nor­mal­nie po­winny być do tego karty, ale jesz­cze nie ku­pi­łam, więc wy­pi­sa­łam so­bie kilka pro­po­zy­cji. – Się­gnęła po le­żący przed nią te­le­fon z ma­łymi srebr­nymi dia­men­ci­kami, które na tyl­nej obu­do­wie ukła­dały się w słowo „love”. Po­kli­kała chwilę i rzu­ciła: – Po­daj liczbę od je­den do dwu­dzie­stu.

– Trzy­na­ście – od­po­wie­dział na­tych­miast i wziął wielki łyk sto­ją­cego przed nim drinka, tak że po­nad po­łowa jego za­war­to­ści szklanki znik­nęła w jego ustach. Wy­tarł wierzch­nią stroną ręki resztki na­poju z warg, wy­trzesz­czył w stronę go­ści oczy i wzru­szył ra­mio­nami w ge­ście mało ele­ganc­kich prze­pro­sin. Znali się nie od dziś, więc do­brze wie­dzieli, ja­kie pa­nują w tym domu zwy­czaje i kto tak na­prawdę rzą­dzi.

W końcu ko­bieta odło­żyła te­le­fon i uśmiech­nęła się, po­ka­zu­jąc zęby tak białe i równe, że na zdję­ciach mu­siała cza­sami je po­sza­rzyć, bo ude­rzały ko­lo­rem ni­czym księ­życ w bez­chmurną noc.

– No do­bra, mę­żu­siu. To po­wiedz nam… – Zro­biła te­atralną pauzę, za­trze­po­tała rzę­sami i po­now­nie spoj­rzała na sie­dzą­cego obok męża. – Ja­kie było twoje ostat­nie kłam­stwo?

Męż­czy­zna utkwił wzrok w le­żą­cym przed nim ta­le­rzu, na któ­rym miał resztki zro­bio­nego przez sie­bie steka z ha­li­buta z wa­rzy­wami i so­sem czosn­ko­wym.

– Nie pa­mię­tam – po­wie­dział i po­now­nie spoj­rzał na za­pro­szo­nych go­ści, któ­rzy od ja­kie­goś czasu nie ode­zwali się sło­wem.

– Oj, prze­stań, to tylko za­bawa. Nie­któ­rzy grają w ka­lam­bury, inni w Scrab­ble, a my w prawdę czy wy­zwa­nie – za­świer­go­tała, uło­żyła usta w dzió­bek i za­rzu­ciła tle­nio­nymi blond wło­sami, które swoim zwy­cza­jem wy­pro­sto­wała.

– To ty chcesz grać, nie my. – W tym mo­men­cie ru­chem ręki po­ka­zał na resztę zgro­ma­dzo­nych przy stole.

– Nie mo­żesz raz na ja­kiś czas wyjść z tej swo­jej strefy kom­fortu i zro­bić cze­goś dla in­nych?

– Dla in­nych? – Męż­czy­zna wstał i rzu­cił le­żącą na ko­la­nach ser­wetkę na ta­lerz, mimo że miał jesz­cze ochotę do­koń­czyć rybę. – Ja za­pier­da­lam jak mały sa­mo­cho­dzik, żeby star­czyło na wszyst­kie twoje za­chcianki, a ty mi mó­wisz o ro­bie­niu cze­goś dla in­nych? My­ślisz, że pie­nią­dze na na­szym kon­cie biorą się z ko­smosu? Ja cały czas ro­bię coś dla in­nych, a póź­niej nie mogę na­wet w spo­koju zjeść z przy­ja­ciółmi ko­la­cji, bo mu­szę grać w twoje po­pie­przone za­bawy, które wszy­scy mają gdzieś. Może ty cza­sami po­myśl o in­nych. My chcemy spo­koju, ci­szy. Wiem, że sie­dząc w domu, masz jej po­nad normę, ale ja nie! – wrza­snął i pod­niósł szklankę z drin­kiem. Wy­pił jed­nym hau­stem do końca i od­sta­wił, ude­rza­jąc szkłem o ta­lerz z je­dze­niem. – Gdy­byś prze­pra­co­wała w ży­ciu cho­ciaż je­den dzień, to może, kurwa, byś zro­zu­miała, o co mi cho­dzi.

Ko­bieta pa­trzyła na niego za­czer­wie­nio­nymi oczami, ale ani jedna łza nie spły­nęła po jej po­licz­kach, tak jakby sto­po­wała się, aby nie uszko­dziły jej per­fek­cyj­nego ma­ki­jażu.

– Ja tylko… – wy­du­kała drżą­cym gło­sem. – My­śla­łam, że się po­ba­wimy. To chyba nic strasz­nego?

– Chcesz się ba­wić? – za­śmiał się, ale jego twarz nie wy­ra­żała ra­do­ści. – To się bawmy! – krzyk­nął. Pod­szedł do barku, chwy­cił za bu­telkę whi­sky, którą pił wcze­śniej, i po­cią­gnął spory łyk pro­sto z gwinta. Pod­szedł z bu­telką do stołu, ale nie usiadł. Po­sta­wił lewą nogę na sie­dze­niu krze­sła, któ­rego obi­cie zro­biono ze spro­wa­dza­nej z końca świata skóry ani­li­no­wej. Wie­dział, że but wła­śnie zo­sta­wia na niej ślad, ale miał to gdzieś. – Mam ci po­wie­dzieć, ja­kie było moje ostat­nie kłam­stwo? – rzu­cił i znów za­re­cho­tał.

Ko­bieta kiw­nęła po­ta­ku­jąco głową.

– Spy­ta­łaś mnie, czy by­łem dzi­siaj rano na tre­ningu, a ja po­twier­dzi­łem. To po­wiem ci, że nie by­łem. – Uśmiech­nął się w prze­ra­ża­jący spo­sób. – Chcesz wie­dzieć, co wtedy ro­bi­łem?

– Co? – wy­du­kała ci­cho, a wzrok utkwiła w sto­ją­cej przed nią szklance z wodą ga­zo­waną, po któ­rej ścian­kach w górę uno­siły się małe bą­belki, jakby chciały się uwol­nić.

– Pie­przy­łem się z twoją przy­ja­ciółką. Z Wi­ku­sią. Oj, ja­kie ona ma usta… – po­wie­dział roz­ba­wiony, prze­cią­ga­jąc ostat­nie słowo. Za­nim zdo­łała za­re­ago­wać, wy­szedł, zo­sta­wia­jąc przy stole trójkę zszo­ko­wa­nych lu­dzi.

Te­raz męż­czy­zna tylko po­krę­cił głową z po­li­to­wa­niem na wspo­mnie­nie wy­zna­nia Fran­ciszka. Na szczę­ście on wie­dział, że nie ma opcji, aby kie­dy­kol­wiek ko­mu­kol­wiek po­wie­dział coś, czego inni nie po­winni wie­dzieć. Jego ta­jem­nice były bez­pieczne ni­czym złoto w szwaj­car­skim banku, a to dla­tego, że tylko on o nich wie­dział.

Sta­nął na be­to­no­wej pod­ło­dze piw­nicy i uśmiech­nął się sam do sie­bie. Za­wsze tak ro­bił, gdy do­cie­rał tu­taj. Na co dzień jego twarz bar­dzo spo­ra­dycz­nie po­ka­zy­wała emo­cje. Po­zwa­lał so­bie na chwile sła­bo­ści, jak o tym my­ślał, tylko wtedy, gdy w po­bliżu ni­kogo nie było, jak te­raz. Ro­zej­rzał się do­okoła i po­czuł dumę. Pod­szedł do ściany obok scho­dów i prze­su­nął wi­szący tam ob­raz, który na­ry­so­wała jego matka. Spe­cjal­nie po­wie­sił go w piw­nicy, to była forma kary dla niej. Wie­dział, że czu­łaby za­że­no­wa­nie, wie­dząc, co z nim zro­bił. Nie dość, że jej dzieło nie wi­siało w sa­lo­nie lub in­nym wy­eks­po­no­wa­nym miej­scu, to na do­da­tek sta­no­wiło ele­ment jego planu. Prze­su­nął de­li­kat­nie ramę i wpro­wa­dził kod na no­wo­cze­snym pa­nelu, tym sa­mym otwie­ra­jąc ukryte drzwi.

Za­mknął za sobą grube wy­głu­sza­jące drzwi, o wiele moc­niej­sze niż te pię­tro wy­żej, zszedł po me­ta­lo­wych scho­dach, po czym jak za­wsze opu­ścił z bło­go­ścią po­wieki i wcią­gnął po­wie­trze no­sem. To było jego kró­le­stwo. Jego wy­ma­rzone miej­sce, które pro­jek­to­wał w gło­wie od za­wsze. Już jako mały chło­piec chciał móc uciec gdzieś przed ży­ciem, które mu się nie po­do­bało, by cho­ciaż na ma­łej prze­strzeni zbu­do­wać ta­kie… ide­alne. Swoje. Do któ­rego nie mu­siałby ni­kogo wpusz­czać.

Białe ściany, biała pod­łoga, białe wszystko.

Ro­zej­rzał się do­okoła, upew­nia­jąc się, czy ni­kogo tu nie ma. Wie­dział do­brze, że nie, bo za­mon­to­wany alarm nie dał znaku o żad­nym in­tru­zie, ale za­wsze lu­bił się upew­nić. Za­ło­żył nie­bie­skie ochra­nia­cze na kap­cie, które za­wsze no­sił, i ru­szył.

O tych po­miesz­cze­niach nie wie­dział nikt. W se­kre­cie przed ro­dziną w piw­nicy zbu­do­wano mu coś na kształt ka­wa­lerki. Bez­po­śred­nio z po­miesz­cze­nia piw­nicz­nego wszedł do ma­łego ko­ry­ta­rzyka, a na­stęp­nie otwo­rzył ko­lejne białe drzwi i wszedł do wiel­kiego po­koju, w któ­rym stała ka­napa, a przed nią te­le­wi­zor, któ­rego w ciągu dwóch lat ni­gdy nie włą­czył.

Obok na dłu­giej ścia­nie cią­gnęła się kuch­nia, która, po­dob­nie jak reszta, była w śnież­no­bia­łym ko­lo­rze. Ko­rzy­stał z niej nie­zwy­kle spo­ra­dycz­nie, ale uparł się, że musi tu być.

Jed­nak naj­waż­niej­szy ele­ment wy­stroju stał na środku. Pro­sto­kątny stół ja­dalny, ele­gancko przy­go­to­wany, jakby za­raz ktoś miał po­dać po­si­łek. Przy dwóch z sze­ściu krze­seł duży ta­lerz, na nim głę­boki, po bo­kach zgod­nie z za­sa­dami po­ukła­dane sztućce. Po pra­wej stro­nie naj­bli­żej ta­le­rza nóż skie­ro­wany ostrzem w jego stronę, a na­stęp­nie łyżka do zupy, a po le­wej wi­de­lec. Cza­sami ukła­dał jesz­cze małą ły­żeczkę nad na­kry­ciem, ale tym ra­zem nie pla­no­wał de­seru. Sam nie lu­bił słod­ko­ści, a jego gość dbał o ta­lię. Cza­sami prze­sad­nie.

Może od­wie­dza­jący z uśmie­chem na twa­rzy spoj­rzałby na to, gdyby nie je­den szcze­gół.

Na jed­nym z miejsc sie­działa ko­bieta.

Nie ru­szała się.

Nie od­dy­chała.

Jej wzrok nie po­ka­zy­wał żad­nych emo­cji. Zu­peł­nie nic.

Jemu to jed­nak nie prze­szka­dzało. Usiadł na ka­na­pie i pa­trzył na swoje dzieło.

Na no­wego lo­ka­tora, który za­miesz­kał tu rap­tem dzień wcze­śniej.

Wie­dział, że to do­piero po­czą­tek eks­cy­tu­ją­cej po­dróży, któ­rej ce­lem jest ze­msta.

Słodka.

Wi­dziana w czer­wo­nych bar­wach.

Rozdział 3

ONA

Wdech. Wy­dech. Wdech. Wy­dech.

Od za­wsze każde wyj­ście z domu stre­suje mnie, jak­bym miała wy­gło­sić prze­mó­wie­nie na gali oska­ro­wej lub in­nej wiel­kiej im­pre­zie, na którą przy­byli naj­waż­niejsi tego świata, i wszyst­kie oczy na sali i przed te­le­wi­zo­rami skie­ro­wane są w moim kie­runku. Oczy­wi­ście każdy czeka na mój na­wet naj­mniej­szy błąd, po­tknię­cie, prze­ję­zy­cze­nie, plamę na ubra­niu wiel­ko­ści główki od szpilki. Co­kol­wiek.

Wiem, że tak nie jest. Że wbrew po­zo­rom je­ste­śmy nie­wi­dzialni i nikt na­chal­nie nie gapi się na nas, chcąc prze­świe­tlić na wy­lot lub zro­bić dziurę w skó­rze.

Ale mimo ra­cjo­nal­no­ści aniołka, który sie­dzi na jed­nym ra­mie­niu, wy­grywa dia­be­łek po dru­giej stro­nie, który pod­po­wiada wi­zje gra­ni­czące z koń­cem świata.

Moje fo­bie wy­mie­szane z wy­obraź­nią psują mi ży­cie.

Wo­la­ła­bym cza­sami być jak bez­mó­zga ameba. Nie od­czu­wać stra­chu. Za­po­mnieć o ata­kach pa­niki. Nie my­śleć. Nie wi­dzieć spoj­rzeń in­nych, któ­rych może wcale nie ma, bo jak mam je wi­dzieć, skoro za­zwy­czaj mój wzrok utkwiony jest w pod­ło­dze.

A może gdy­bym była ślepa? Kie­dyś za­sta­na­wia­łam się, czy nie by­łoby to dla mnie do­bre roz­wią­za­nie. Nie mu­sia­ła­bym wi­dzieć tych spoj­rzeń, które za każ­dym ra­zem za długo na mnie spo­czy­wają. Mia­łam na­wet kie­dyś po­mysł, żeby so­bie coś zro­bić, aby uszko­dzić wzrok, ale od razu po­rzu­ci­łam ten po­mysł, stra­ci­ła­bym je­dyną rzecz, która mnie uszczę­śli­wia. Czy­ta­nie. Książki. Hi­sto­rie za­mknięte w kart­kach sze­lesz­czą­cego pa­pieru, który mu­skany opusz­kami daje mi tyle ra­do­ści jak nic i nikt inny. Nie mogę so­bie tego za­brać, więc mu­szę w tym tkwić.

Jed­nak nie jest to ła­twe.

To, czego na­uczy­łam się przez lata ob­co­wa­nia z ludźmi, to nie­wy­róż­nia­nie się. Nie­odzy­wa­nie się, gdy nikt nie pyta. Uda­wa­nie, że je­stem nie­wi­dzialna. Ubie­ra­nie się ni­jak, w ko­lory, na któ­rych nikt nie za­wie­sza oka, które giną w tłu­mie. Taki za­wsze mam cel i chyba za­zwy­czaj mi się udaje.

Gdy ko­le­żanka z pracy po roku wspól­nego sie­dze­nia w jed­nym po­miesz­cze­niu po­wie­działa mi, że ni­gdy wcze­śniej nie za­uwa­żyła, że uty­kam na jedną nogę, ucie­szy­łam się.

Ja wie­dzia­łam o niej wszystko. Że jest wredną suką, która lubi wy­ko­rzy­sty­wać in­nych, a poza tym ma dwójkę dzieci. Sied­mio­letni Mar­cel gra w piłkę i chciałby być jak Le­wan­dow­ski. Śred­nio lubi się uczyć, ale ro­dzice mają na­dzieję, że to się zmieni. Córka To­sia od trze­ciego roku ży­cia tre­nuje ba­let, ale chyba jest za gruba na za­wo­dow­stwo, a na dietę nie chce iść. Mąż Grze­gorz pra­cuje w fir­mie księ­go­wej. Pod­słu­cha­łam kie­dyś jej roz­mowę z inną dziew­czyną z pracy. Mó­wiła, że jest nie­zmier­nie przy­stojny, więc po­sta­no­wi­łam spraw­dzić. Do Ry­ana Go­slinga mu da­leko, ale nie wy­gląda źle. Sporo się o nim do­wie­dzia­łam, cho­dząc za nim po pracy.

To zresztą je­dyne moje hobby obok ksią­żek. Kradnę ży­cia in­nych. Ob­ser­wuję, po­dzi­wiam, a cza­sami wsa­dzam przy­sło­wiowy pa­tyk w szpry­chy i ob­ser­wuję, jak z jeb­nię­ciem lą­dują na ziemi, zdzie­ra­jąc so­bie skórę z rąk i ko­lan do ży­wego. Jak z rany leci krew, a ja ro­bię wszystko, aby osia­dły na niej małe dro­binki soli i za­bo­lało jesz­cze bar­dziej.

Tym ra­zem nie było ina­czej. Pan ide­alny oka­zał się ide­ałem nie tylko dla Ma­rzenki – jego ko­le­żanka z pracy też po­dzie­lała za­chwyt żony. Wy­ra­żała to w naj­bar­dziej pry­mi­tywny i przy­ziemny spo­sób: przez wy­szu­kane wy­gi­basy w łóżku.

Ob­ser­wo­wa­łam ich schadzki, sie­dząc w moim wy­słu­żo­nym for­dzie ka, sa­mo­cho­dzie tak samo bez­oso­bo­wym jak ja, ale taki nie­rzu­ca­jący się w oczy mo­del był zna­ko­mi­tym środ­kiem ko­mu­ni­ka­cji uła­twia­ją­cym śle­dze­nie lu­dzi.

Te­raz rów­nież spraw­dził się do­sko­nale. Pa­trzy­łam, jak z roz­ba­wio­nymi mi­nami wcho­dzą do wy­na­ję­tego na go­dziny po­koju. Nie mu­sieli pod­cho­dzić do re­cep­cji, z ni­kim roz­ma­wiać, bo wszystko od­by­wało się bez­ob­słu­gowo. Za każ­dym ra­zem li­czy­łam, że sta­nie się cud i zo­sta­wią od­sło­nięte za­słony, a wtedy będę mo­gła cyk­nąć im ja­kieś so­czy­ste zdję­cia. Nie­stety ta­kie rze­czy mi się nie przy­da­rzają. Za­wsze mu­szę dzia­łać sama, a nie cze­kać, aż sta­nie się coś po mo­jej my­śli, więc i tym ra­zem to zro­bi­łam.

Wy­na­ję­łam wcze­śniej przez in­ter­net ten sam po­kój, który oni wy­bie­rali przy każ­dej schadzce. Wpi­sa­łam w dziw­nym pa­nelu kod, który otrzy­ma­łam SMS-em, i we­szłam. Wnę­trze nie ro­biło wra­że­nia. Na środku wiel­kie łóżko, obok ba­rek i drzwi do ła­zienki.

Usta­wi­łam małe ka­merki, któ­rych mia­łam kilka w swo­jej ko­lek­cji, i wy­szłam.

Na efekty nie mu­sia­łam cze­kać długo. Na­grany fil­mik ra­czej nie wy­grałby w ka­te­go­rii „ro­man­tyczne”. Nie było dłu­gich na­mięt­nych po­ca­łun­ków, ja­kie uwiel­biam oglą­dać w fil­mach, za to mnó­stwo klap­sów, pej­czy i dziw­nych ma­sek. Oglą­da­łam to, za­sła­nia­jąc so­bie oczy rę­koma, bo­jąc się, że zo­ba­czę coś, czego bym nie chciała, choć do naj­młod­szych już nie na­leżę. Moje do­świad­cze­nia sek­su­alne są żadne, ale ja­koś nie tak so­bie wy­obra­ża­łam by­cie z męż­czy­zną.

Wy­bra­łam kilka naj­lep­szych ujęć i wy­sła­łam je ko­le­żance z ano­ni­mo­wego ma­ila, za­ło­żo­nego na­prędce, uży­wa­jąc kom­pu­tera w po­bli­skim ba­raku, na któ­rym świe­cił neon z na­pi­sem „Ka­fejka in­ter­ne­towa”.

Na­stęp­nego dnia pierw­szy raz za­cze­piła mnie w po­koju so­cjal­nym. Swoim zwy­cza­jem za­ję­łam mały sto­lik, gdzie nikt ni­gdy nie sia­dał. Stał koło ka­lo­ry­fera, który nie miał ter­mo­statu, więc zimą grzało od niego nie­mi­ło­sier­nie, a la­tem nie do­cie­rała tam kli­ma­ty­za­cja, dla­tego nie­za­leż­nie od pory roku nie było na niego chęt­nych. Był więc dla mnie ide­alny i li­czy­łam, że zo­sta­nie tak po wsze czasy.

Tego dnia stało się jed­nak coś za­ska­ku­ją­cego. Po­de­szła do mnie, już z da­leka wi­dzia­łam, że jest zde­ner­wo­wana. Mój mail do­tarł i roz­wa­lił jej ide­alną ro­dzinkę na ka­wa­łeczki, z któ­rych nic już nie da­łoby się skleić.

„Ah jo…” – mia­łam ochotę rzu­cić ulu­biony tekst sym­pa­tycz­nego kre­cika, ale się po­wstrzy­ma­łam.

– Na­wet nie wiesz, jak się cie­szę, że cię wi­dzę – po­wie­działa, a ja mia­łam ochotę znik­nąć. Nie pla­no­wa­łam się z nią za­przy­jaź­niać. Chcia­łam znisz­czyć jej ży­cie za by­cie wredną suką, ale o żad­nej zna­jo­mo­ści nie my­śla­łam. Mimo to pierw­szy raz od dawna gdzieś w środku wy­ge­ne­ro­wa­łam siłę, aby nie uciec. Chcia­łam usły­szeć, co ją gnębi, i się tym na­pa­wać.

– Mnie? – od­po­wie­dzia­łam jak zwy­kle ci­cho. Lu­bi­łam, gdy lu­dzie mu­sieli się wy­si­lać, żeby ze mną po­roz­ma­wiać.

– Tak, kie­dyś Klau­dia wspo­mi­nała, że mąż cię zdra­dzał.

Kiw­nę­łam głową. Było to ko­lejne kłam­stwo, któ­rym kar­mi­łam lu­dzi, a oni ły­kali je jak pe­li­kany. Wszystko, co o mnie wie­dzieli w pracy, sta­no­wiło jedną wielką ściemę, co nie­zmier­nie mi pa­so­wało.

– Ten gnój mnie zdra­dza – kon­ty­nu­owała, mimo że nie za­chę­ci­łam jej w ża­den spo­sób do dal­szej roz­mowy. – Spo­tyka się z ja­kąś siksą i bzy­kają się po ho­te­lach. Jak on mógł? – spy­tała i spoj­rzała na mnie, jak­bym miała znać od­po­wiedź. Na­wet jak­bym znała, nie po­wie­dzia­ła­bym. Nie za­słu­gi­wała.

Ta roz­mowa tak na­prawdę się jesz­cze na do­bre nie za­częła, a ja już mia­łam dość. Zja­dłam dwie ostat­nie łyżki zupy po­mi­do­ro­wej, którą za­wsze jem w środy, i wsta­łam. Pew­nie ktoś mógłby mi po­wie­dzieć, że to nie­ład­nie wsta­wać od stołu, gdy ktoś jesz­cze przy nim sie­dzi, ale nie in­te­re­so­wało mnie to.

Ni­gdy nie chcia­łam być lu­biana.

Chcia­łam być nie­wi­dzialna, aby nikt ode mnie nic nie chciał i nie ży­wił do mnie ja­kich­kol­wiek uczuć. Ja­kie­kol­wiek by były. W pracy mia­łam do­kład­nie wy­zna­czone za­da­nia. Wy­ko­ny­wa­łam je i do­sta­wa­łam na­stępne. Z ni­kim o ni­czym nie dys­ku­to­wa­łam. Nikt ni­gdy się na mnie nie skar­żył, a wręcz prze­ciw­nie. Co ja­kiś czas do­sta­wa­łam ofertę, na którą więk­szość za­re­ago­wa­łaby wiel­kim en­tu­zja­zmem, ja jed­nak grzecz­nie od­ma­wia­łam, gdyż wszystko po­wy­żej zaj­mo­wa­nego przeze mnie sta­no­wi­ska wią­za­łoby się z pracą z ludźmi, a tego uni­ka­łam jak ognia.

Gdyby nie sprzęt po­trzebny do wy­ko­ny­wa­nia pracy, naj­chęt­niej pra­co­wa­ła­bym w domu. Praca zdalna sta­no­wiła dla mnie nie­re­alne ma­rze­nie. Oczy­wi­ście mo­gła­bym zmie­nić za­wód i sie­dzieć w domu, ro­biąc coś, czego nie ko­cham, ale nie po to prze­mę­czy­łam się przez stu­dia, po­dy­plo­mówkę i masę szko­leń, żeby zre­zy­gno­wać.

Wy­pro­sto­wa­łam się i opar­łam dłońmi o stół. Od za­wsze po­ru­sza­nie się, sta­nie spra­wiało mi pro­blem. Mama przez lata pró­bo­wała mi wmó­wić, że to ja­kaś wada wro­dzona, że już taka się uro­dzi­łam. Dru­gie było prawdą, ale pierw­sze już nie.

Gdy po­czu­łam sta­bil­ność w bio­drze, ode­rwa­łam ręce od stołu i chwy­ci­łam ta­lerz. Głę­boki. Biały. Ku­pi­łam go w Ikei, bo tylko z ta­kiego lu­bię jeść. Dla­tego przy­nio­słam cztery do pracy i cho­wa­łam pod biur­kiem w za­my­ka­nej szafce, jakby to była dro­go­cenna za­stawa sto­łowa.

Jak to ja, ru­szy­łam bar­dzo wolno, uważ­nie sta­wia­jąc stopy, aby ko­lana nie za­ła­mały mi się do środka. Zwy­kle nie jest tak źle, ale by­wają dni, kiedy le­dwo cho­dzę. Nie­na­wi­dzę tego. Od­da­ła­bym wiele, a na­wet wszystko, aby móc coś z tym zro­bić. Zo­pe­ro­wać, prze­szcze­pić, co­kol­wiek, co spo­wo­do­wa­łoby, że moje kroki nie wy­glą­da­łyby jak u pa­ra­li­tyka.

– Prze­wró­ci­łaś się? – usły­sza­łam za sobą i za­ci­snę­łam dłoń le­wej ręki w pięść. W pra­wej trzy­ma­łam ta­lerz.

Ostat­nio za radą te­ra­peutki ob­cię­łam pa­znok­cie. Gdy tylko de­li­kat­nie uro­sły, wbi­ja­łam je pod pa­znok­cie dru­giej ręki, za­da­jąc so­bie rany nie­wi­doczne dla in­nych, szcze­gól­nie gdy mia­łam la­kier na pa­znok­ciach. W tym mo­men­cie, gdy wbi­jały się pod twardą sko­rupę, czu­łam eks­tazę nie­przy­po­mi­na­jącą ni­czego in­nego. Kie­dyś czy­ta­łam, że cię­cie się jest rów­nie przy­jemne, ale boję się, że ktoś kie­dyś za­uważy i będę mu­siała się tłu­ma­czyć. Poza tym pa­ra­li­żuje mnie wi­dok wła­snej krwi. Cu­dza nie robi na mnie wra­że­nia, a z re­guły fa­scy­nuje.

Nie­stety uty­ka­nia na prawą nogę nie po­tra­fię wy­eli­mi­no­wać, mimo że re­gu­lar­nie ćwi­czę, aby ją wzmoc­nić.

– Tak – skła­ma­łam znowu i ru­szy­łam do zlewu, w któ­rym jak zwy­kle pię­trzyły się na­czy­nia. Na szafce obok ktoś po­wie­sił kartkę „Je­steś świ­nią? Nie? To nie żyj w chle­wie. Zmy­wa­nie nie za­bija”.

Nie wiem, kto to po­wie­sił, ale zga­dzam się z tym w stu pro­cen­tach. Umy­łam swój ta­lerz i wy­tar­łam go do su­cha ręcz­ni­kiem pa­pie­ro­wym, po­nie­waż wi­sząca na ha­czyku ba­weł­niana ścierka śmier­działa nie­wiele mniej od szmaty do pod­łóg, która za­zwy­czaj le­żała w ką­cie w dam­skiej to­a­le­cie.

Wrzu­ci­łam do ko­sza mo­kry ka­wa­łek pa­pieru i wy­szłam, zo­sta­wia­jąc ko­bietę na środku po­miesz­cze­nia. Chcia­łam znik­nąć, za­paść się pod zie­mię. Naj­wy­raź­niej moja cie­ka­wość jest jed­nak dużo mniej­sza niż strach. Nie lu­bię, jak lu­dzie do mnie mó­wią.

Ge­neza tego nie jest naj­mil­sza. Wszystko za­częło się jesz­cze przed mo­imi na­ro­dzi­nami.