1926. Narodziny miasta - Daria Kaszubowska - ebook
NOWOŚĆ

1926. Narodziny miasta ebook

Daria Kaszubowska

0,0

Opis

Gdynia, rok 1926. W miejscu cichej kaszubskiej wsi wyrasta port, który ma się stać dumą odradzającej się Polski. Mówią o nim „polska Ameryka”. Tu każdy może zacząć od nowa. Albo… zniknąć bez śladu.

Krystian Corbusier przyjeżdża znikąd. Bez przeszłości, bez nazwiska, bez pytań. Znajduje pracę w porcie – za dnia wypełnionym stukiem młotów i okrzykami robotników, a w nocy szumem morza. Tam ludzie noszą swoje sekrety tak głęboko, aż sekrety zaczynają nosić ich. Stary Kaszuba Józwa Drywa widział już wszystko. Albo tak mu się wydawało. Rybacka rodzina Miłoszów walczy o przetrwanie w świecie, który zmienia się szybciej niż morze potrafi zabrać łodzie. Agnieszka marzy o życiu innym niż to zapisane w sieciach i tradycji. A Ignacy Lomeyko, warszawski dziennikarz, który miał tylko opisać „lud”, zaczyna dostrzegać coś znacznie mroczniejszego. Zaraz się przekonuje, że Gdynia nie jest tylko obietnicą. Jest także tajemnicą. Bo kiedy w porcie zostają znalezione pierwsze zwłoki, nikt jeszcze nie rozumie, że to zaledwie początek. W mieście, które dopiero się rodzi, budzi się także coś jeszcze. Coś, co nie powinno ujrzeć światła dziennego.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 326

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Anna Seweryn

Korekta

Urszula Bańcerek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Daria Kaszubowska 2026

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-68689-97-6

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Prolog

Nad Gdynią, wsią kaszubską, która jeszcze zaledwie pięć lat temu liczyła nieco ponad tysiąc mieszkańców, a dziś według szacunków administracyjnych przekroczyła już dziesięć tysięcy ludności, niespiesznie wstawał świt. Rozpoczynał się kolejny dzień, lecz nie zanosiło się, by miał być lepszy niż poprzedni. Styczeń roku 1926 przyniósł najpierw siarczyste mrozy, a następnie sztormy – falę za falą, falę za falą, jedną wyższą od drugiej, nakładające się na siebie z hukiem i groźnie uderzające o ląd. Nie była to sprzyjająca pogoda dla budownictwa portowego. Zamarznięty grunt utrudniał prace ziemne i budowlane, zlodowaciały brzeg i skuta krą zatoka ograniczały roboty hydrotechniczne, wysokie bałwany uniemożliwiały podejście do wody. Statki dobijały z opóźnieniem lub wcale. Wzburzony Bałtyk paraliżował transport materiałów drogą morską, a zawieje i zaspy – drogą lądową. To wszystko spowalniało realizację planu, a czasem całkowicie ją zatrzymywało. Setki robotników pozostawało bez zajęcia, a przez to i bez wynagrodzenia. Snuli się po mieście, szukając zarobku, lub czekali na lepszy czas, koczując w niedbale skleconych barakach wyrastających jak grzyby po deszczu w okolicach portu i pobliskich wsiach: Grabówku, Chyloni, Cisowej. W hałaśliwym zazwyczaj porcie panowała cisza.

– Martwa cisza, matizernoga*! – mruknął do siebie stróż, sześćdziesięcioletni Józwa Drywa, gdy wyszedł ze swojej kanciapy na poranny obchód. – Mróz taki, że aż koty bleczą. Leno** aby to był dobry dzień. Przyjeżdża wizytacja z Warszawy! Z ministerstwa! A tu wszystko takie byle jakie! – Potrząsnął głową z niezadowoleniem, aż futrzana czapa zsunęła się na oczy.

Drywa pracował tutaj od samego początku, od pierwszego uderzenia łopaty w piaszczystą ziemię wiosną przed pięcioma laty. Był świadkiem napływu robotników i architektów, a wraz z nimi też innych przybyszów, którzy sporo obiecywali sobie po rozwoju Gdyni. Znał wielu z imienia, znał ich historie i problemy, bo pozbawieni krewnych i przyjaciół, wyrwani z korzeni, mieli potrzebę wygadania się, a stróż zawsze chętnie słuchał, bo i nie miał nic lepszego do roboty. Czuł się tak ważny, jak, nie przymierzając, inżynier Tadeusz Wenda, kierownik budowy portu.

Poranek był ciemny, dlatego Józwa przyświecał sobie karbidową lampą, niezawodnej pruskiej firmy Wilhelma Seippela z Bochum, produkującej sprzęt górniczy. Drywa jako Kaszuba z krwi i kości cenił sobie to, co niemieckie, bo w jego mniemaniu niemieckość była synonimem jakości. Lampa służyła jemu, a wcześniej i jego ojcu, od pół wieku i jeszcze nigdy nie zawiodła. Wystarczało jedynie regularnie napełniać zbiorniki na karbid i wodę.

Stąpał ostrożnie w kręgu żółtego światła, z pamięci omijając wykopane dziury, sterty kamieni, drewna i betonowych słupów. Wszystko przysypane śniegiem, odcinające się niebieskością od czerni nocy, zmieniało się w pułapki. Wystarczyłby jeden fałszywy krok, by przewrócić się i skręcić nogę lub kark. Daleko za jego plecami rozbrzmiał gwizd, świadczący o tym, że nie wszyscy dziś próżnowali – w prowizorycznych magazynach i halach składowych rozpoczęła się zmiana. Dokerzy, ubrani w zimowe płaszcze lub kufajki, zmęczeni jeszcze zanim zabrali się do roboty, tak jakby nawet ich sen był nużący, zajęli się rozładunkiem i załadunkiem towarów. Im bardziej spóźniały się statki, pociągi czy furgonetki, tym szybciej oni musieli uwijać się z obowiązkami. Gdy zawodziły pogoda i technika, człowiek zawieść nie mógł.

Śnieg skrzypiał pod podeszwami rozdeptanych butów Drywy niczym pokruszone szkło. Na tle nieba, rozjaśniającego się opieszale, rysowały się masywne sylwetki maszyn: dźwigów portowych, pogłębiarek czerpakowych, wciągarek. Przypominały morskie potwory, które wydostały się z Bałtyku i ruszyły na polowanie. Woda miała barwę smoły i ledwo widać było na niej zacumowane holowniki, małe statki robocze i barki transportowe. W nocy mróz znów próbował skuć zatokę i zamknąć w swych kleszczach kadłuby, zatem gdy tylko wzejdzie słońce, rozpocznie się kruszenie przybrzeżnego lodu. Ale Drywa czuł w starych kościach, że zbliża się odwilż. Potwierdzała to mgła, która nad ranem przywędrowała znad morza, pożerając Gdynię oraz wytłumiając dźwięki. Wrażenie martwej ciszy tylko się pogłębiło.

Świt przedarł się wreszcie przez styczniowe ciemności. Port ukazał się w pełnej krasie. Miejsce, które rozbudzało wyobraźnię Polaków, nazywane szumnie „oknem na świat”, było w istocie olbrzymim placem budowy, pełnym chaosu i nieporządku, tymczasowo okrytym śniegiem. Ale dziś rzednąca mgła odsłoniła coś więcej niż tylko budynki, maszyny i stosy materiałów budowlanych. Na oblodzonym brzegu, nieopodal nieukończonego falochronu, coś ciemnego odcinało się od wszechobecnej bieli.

– A to co za pùrtk***?!

Józwa zmrużył oczy, ale wzrok na starość już szwankował, dlatego podszedł bliżej, by się temu przyjrzeć. Krzyknął krótko i wypuścił z ręki lampę. Upadła u jego stóp, a szklana blenda popękała. W normalnych warunkach Drywa pożałowałby rodzinnej pamiątki, ale teraz nie to było mu w głowie.

– Matizernoga! – wymamrotał i przeżegnał się trwożliwie.

Ciemnym kształtem, leżącym raptem kilka kroków od niego, zesztywniałym i wykrzywionym niczym konar wyrzucony na brzeg przez sztorm… było ludzkie ciało.

* Kaszubskie przekleństwo.

** kaszub. tylko

*** Kaszubski diabeł, brzydki, śmierdzący i złośliwy, budzący postrach, ale i drwiny.

Rozdział pierwszy

Kotwica

Kiedy tego styczniowego poranka po raz pierwszy stanął na dworcu w Gdyni, był zaskoczony wyglądem miejscowości. Od dawna pozostawała w sferze jego zainteresowań i gdyby nie mnogość obowiązków w Warszawie oraz problemy rodzinne, które trzymały go na miejscu, już jakiś czas temu pofatygowałby się, by osobiście zobaczyć ten „polski cud gospodarczy”. Artykuły w gazetach, także w „Rzeczpospolitej” i „Kurjerze Warszawskim”, które czytywał codziennie, a nawet w miesięczniku „Architekt”, który od lat namiętnie prenumerował, często poruszały temat budowy portu.

Zaczęło się od słusznego oburzenia, gdy gdańscy dokerzy pod wodzą niejakiego Hansa Fischera latem 1920 roku rozpoczęli strajk i odmówili wyładowania statku z amunicją, która miała wesprzeć armię polską w wojnie z bolszewikami. On sam wówczas był jednym z walczących, umęczonych krwawymi bitwami i rozgoryczonych ciągłym cofaniem się przed napierającą armią wroga. W tamtym czasie stracili Wilno, Grodno, Białystok… Nic dziwnego, że gdy nadeszły złe wieści z Gdańska, wszystkich ogarnął gniew. Jasne stało się, że choć z tamtejszego portu na równi mieli korzystać Niemcy i Polacy, dla tych drugich nie było tam miejsca. Wówczas pojawiły się dywagacje o budowie własnego portu. Na stu czterdziestu siedmiu kilometrach linii brzegowej Bałtyku, które przypadły Polsce według ustaleń traktatu wersalskiego, nie było zbyt wielu odpowiednich lokalizacji. Ani okolice Jeziora Żarnowieckiego, ani Hel, ani Puck, ani Tczew nie spełniały wymagań. Wtedy pojawiła się propozycja niewielkiej doliny pomiędzy Kępą Oksywską a Kamienną Górą. Dziennikarze jeden przez drugiego rzucili się, by opisywać to miejsce. Jedni chwalili wybór, oklaskiwali przenikliwość pomysłodawców, piali z zachwytu nad malowniczą wsią, inni zaś krytykowali, bo budowa portu od zera była gigantycznym wydatkiem, niemalże nie do udźwignięcia dla raczkującego państwa, oraz oburzali się sąsiedztwem Wolnego Miasta Gdańska, dość ryzykownym, zważywszy na nastroje antypolskie tam panujące. A jednak we wrześniu 1922 roku rząd podpisał ustawę o budowie portu w Gdyni i inwestycja ruszyła błyskawicznie.

Krystian nie potrafił pozbyć się z głowy zasłyszanej niedawno piosenki, która powstała właśnie z okazji odzyskania dostępu do Bałtyku:

Chociaż każdy z nas jest młody,

Lecz go starym wilkiem zwą,

My, strażnicy polskiej wody,

Marynarze polscy są.

Morze, nasze morze,

Będziem ciebie wiernie strzec.

Mamy rozkaz cię utrzymać

Albo na dnie, na dnie twoim lec,

Albo na dnie z honorem lec.

Żadna siła, żadna burza

Nie odbierze Gdyni nam,

Własna flota, choć nieduża,

Wiernie strzeże portu bram****.

Tyle się naczytał w gazetach o „polskiej Ameryce”, że wyobrażał sobie ją jako krainę mlekiem i miodem płynącą. A tymczasem stał na peronie, tuż przy rozgrzebanej i pozostawionej na zimę budowli dworca, przed sobą mając zasypaną śniegiem okolicę, zbyt ruchliwą, zbyt ciasną i ze zbyt wysokimi kamieniczkami jak na wieś, ale jednocześnie ze zbyt kiepskimi dróżkami, z niespójną zabudową z wciąż dominującymi domkami, zanadto poznaczoną płaszczyznami pól rolniczych, aby aspirować do bycia miastem.

Gdynia roku 1926 była czymś pomiędzy wsią a miastem – niczym panienka, która już nie jest dzieckiem, ale jeszcze wciąż nie jest dorosłą kobietą.

– No, panie Krystianie, czas się pożegnać. – Ignacy Lomeyko, towarzysz z pociągu, odstawił walizkę na udeptany śnieg, po czym wyciągnął dłoń do mężczyzny, z którym podczas długiej podróży zdążył nawiązać nić porozumienia. Uścisk był krótki, lecz serdeczny. – I proszę pamiętać, że gdyby kiedykolwiek szukał pan noclegu w Gdyni…

– Mogę zatrzymać się u państwa. Będę pamiętał – obiecał.

– Kamienna Góra. Willa Agnieszka. Od imienia żony.

Krystian Corbusier skrzywił się lekko, ale zaraz przywołał uśmiech, by zatrzeć złe wrażenie.

– Będę pamiętał – powtórzył.

– Do zobaczenia! Albo, jak to mówią miejscowi: do ùzdrzeniô!

Ignacy pochwycił walizkę i ruszył przed siebie, wkrótce znikając znajomemu z oczu. On został, bezmyślnie przyglądając się dworcowi, który zdawał się nigdy nie pustoszeć. Choć pasażerowie z jego pociągu w większości już się rozeszli, pojawili się inni. Ktoś biegł, ktoś inny szedł niespiesznie, paląc papierosa, staruszka z koszem pełnym ryb poczłapała obok. Para z lokomotywy opadła jak mgła. Konduktorzy kręcili się po peronie, od czasu do czasu rzucając do siebie jakąś uwagę lub żart. Na bocznicy kilkunastu robotników uwijało się wokół wagonów towarowych. Wybierali węgiel przez otwarte klapy i ładowali go do taczek, a potem pełne pchali do punktu załadunku. Bryły, zmarznięte podczas długiej jazdy ze Śląska, rozbijali kilofami. W wilgotnym powietrzu unosił się czarny pył, który osiadał na ludziach i śniegu.

Krystian poprawił ramiona plecaka, w którym dźwigał cały swój dotychczasowy świat, a raczej strzępki tegoż świata, po czym sprężystym krokiem zbliżył się do robotników.

– Pan tu jest kierownikiem? – zagadnął jednego, który, jak zauważył wcześniej, dyrygował pozostałymi.

Ten rzucił mu krótkie spojrzenie spod daszka maciejówki, ale zaraz odwrócił się do grupy i zakrzyknął: – Ej, Lechu, co tam?! Kurwa, dawaj z tym kilofem! – Potem przeniósł spojrzenie na Krystiana. – Ta, a co? – spytał, przyglądając mu się na poły nieufnie, na poły zaczepnie.

– Znalazłoby się jakieś zajęcie?

Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i poczęstował nimi mężczyznę. Sam też sięgnął po jednego i wsunął do ust, po czym odpalił zapałkę i podał ogień rozmówcy. Zaraz uniosły się dwa dymki, tworząc sine szlaczki.

– Bo ja wiem… To ciężka robota jest. – Kierownik przyjrzał mu się krytycznie, zupełnie jakby oceniał krowę na targu lub, to określenie było Corbusierowi bliższe, konia na wyścigach.

Krystian zmełł przekleństwo. Mógł założyć sztruksowe spodnie i bawełnianą koszulę, mógł mieć na stopach podkute buty, a na głowie kaszkiet, mógł zapuścić brodę, a i tak każdy widział, że nie należał do klasy robotniczej.

– Im cięższa, tym lepiej – zapewnił.

Naprawdę żywił nadzieję, że praca pomoże mu zapomnieć o tym, co za sobą zostawił. Wilgoć wpełzła pod płaszcz i sprawiła, że zadrżał.

– Zima jest, o robotę trudno, psiakrew! – Kierownik splunął na ziemię. – W porcie się pan pytaj. Tam może co będzie. U mnie i tak za wiele ludzi, ale, kurwa, przecież każdy potrzebuje chleba.

Krystian wypuścił dym ustami. Przyglądał się, jak ułożył się w obłoczek i przypomniał sobie wróżby, w jakie bawili się z kolegami w gimnazjum, jeszcze w czasach, gdy z paleniem trzeba było się ukrywać przed rodzicami i nauczycielami – z wydychanych obłoków niczym z wosku w noc andrzejkową odczytywali przyszłość. Jeśli te przepowiednie miały w sobie choć krztynę prawdy, jego przyszłość nie wyglądała ciekawie. Dym ułożył się w kształt ludzkiej czaszki.

Zaciągnął się raz jeszcze, przydeptał niedopałek obcasem i ruszył w stronę portu.

***

Morze nie wybaczało błędów. Bez względu na porę roku – lecz zimą było szczególnie okrutne.

Jeszcze przed świtem Wiktor Miłosz wraz z pozostałymi rybakami odbijał od brzegu. Nad zatoką panowała ciemność, rozpraszana jedynie nikłym światłem latarni i lamp na kutrach. Mróz szczypał w policzki, wiatr wciskał się pod kożuch i sweter, a oddech natychmiast zamieniał się w białą parę. Morze zimą miało inny kolor. Nie błękitny ani zielony, lecz ołowiany, ciężki i groźny. Fale uderzały o burtę z głuchym łoskotem, raz po raz oblewając pokład przenikliwie zimną wodą. Wystarczyło kilka minut, by deski pokryły się cienką warstwą lodu. Sieci nasiąkały i stawały się tak ciężkie, że do ich wybierania potrzeba było całej siły ramion. Mokre liny wrzynały się w dłonie. Palce sztywniały, traciły czucie, lecz nie wolno było puścić sieci. Jeden nieostrożny ruch mógł się skończyć wciągnięciem człowieka w kipiel albo zmiażdżeniem dłoni.

Wiktor pracował w milczeniu. Tak jak pozostali. Na morzu nie marnowało się słów. Każdy wiedział, co ma robić. Jeden wybierał sieci, drugi układał je na pokładzie, trzeci odczepiał ryby. Nie potrzebowali rozkazów, wystarczało spojrzenie. Bywały dni, kiedy wracali z pełnymi łodziami śledzi i dorszy. Bywały też takie, gdy po kilkunastu godzinach harówki przywozili ledwie kilka, kilkanaście sztuk. Morze samo decydowało, czy pozwoli zarobić na chleb. Nie dało się z nim negocjować. Trzeba było nauczyć się jego nastrojów. Każdy rybak wiedział też, że prędzej czy później przyjdzie dzień, kiedy Bałtyk upomni się o któregoś z nich. Mimo to co rano odpychali łodzie od brzegu i z pokorą wypływali ku ciemnej linii horyzontu. Nie dlatego, że kochali niebezpieczeństwo. Wiktor miał do kogo wracać. W domu czekała żona i dorastające dzieci. Dopiero jedną córkę – Agnieszkę, zwaną Agnésą – udało mu się wydać szczęśliwie za mąż. Wiedział jednak, że jeśli zostanie na brzegu, rodzina zacznie przymierać głodem. Szczególnie zimą, gdy o jedzenie najtrudniej.

Niedawno Miłoszowie stracili i chatę, i ziemię – w miejscu, gdzie mieszkali z dziada pradziada, teraz budował się port. Wiktor zamieszkał u swojego brata Waleriana, który prowadził pensjonat Dom Kaszuba, i wyczekiwał, aż przy ulicy Nadbrzeżnej powstanie Kolonia Rybacka, czyli osiedle dla rybaków. Ale mury pięły się wyjątkowo opieszale.

– Polacy mają nas za nic. Mają zabëté*****, że to na kaszubskiej ziemi budują swój wielki port! – utyskiwał.

– Nie narzekaj, bracynie******! Ziemi ci nie zabrali, le za nią zapłacili. Mieszkanie też niedługo dostaniecie od państwa. Zdrzij*******, co się dzieje w Ameryce! Co pisze nasz półbrat********, który tam przed Wielką Wojną wyjechał. Tam nikt się nie òbzéra******** za Indianami. Amerykanie wybili im zwierzynę i pozamykali ich w rezerwatach. Tak tam się obchodzą z miejscowymi! – straszył Walerian.

Każda rozmowa z bratem kończyła się tak samo. Ale Walerianowi łatwo było gadać – jemu zawsze się powodziło. Już dawno porzucił rybołówstwo. Wżenił się w dobre gospodarstwo, postawił pensjonat, otworzył sklep rybny, w którym zaopatrywali się wszyscy w okolicy, i przestał być zależny od kogokolwiek. A Wiktor już w młodości nauczył się jednego – kiedy ma się rodzinę na utrzymaniu, nie wolno wybrzydzać przy robocie. Biednych nie stać na luksus odmawiania, a sumienie nie zmieni się w chleb.

Czasami Miłoszów odwiedzał Ignacy Lomeyko, ich zięć, a jednocześnie znany polski pisarz. Teściowie go szanowali, ale w zupełnie inny sposób. Helena, gdyby mogła, wzniosłaby mu pomnik ze złota. Wielbiła każdy jego ruch i w jej oczach nie miał wad.

– To Jignôck Lomeyko, mój syn! – powtarzała każdemu, kto chciał słuchać, a nawet tym, którzy słuchać nie chcieli. – To taki dobry człowiek! Bogaty! A jaki mądry! Książki pisze. Z ministrami się zna. Z samym inżynierem Wendą się przyjaźni. Czejbë******** ja była na miejscu córki, to bym takiego chłopa na rękach nosiła! – przekonywała, niemal ze łzami w oczach.

Wiktorowi daleko było do nabożnej czci. Nie miał zaufania do Polaków, nawet do własnego zięcia. Ale i on uważał, że trafiło się ślepej kurze ziarno.

– Nasza Agnésa taka głupia, a tak się jej poszczęściło! Wielką panią ostała! Boga za nogi chwyciła! – chwalił się, a jego radość była tym większa, im większą zazdrość widział w oczach sąsiadów.

A jednak sam z pogardą patrzył na pańskie maniery Lomeyki, na jego nienawykłe do pracy ręce, na wymuskany zarost czy przesadną dbałość o wygląd. Prychał, gdy słyszał jego poprawną polszczyznę, sarkał też na jego próby nauczenia się kaszubskiego. Zwijał się ze śmiechu, słysząc, jak Lomeyko z tym swoim delikatnym polskim akcentem próbuje wypowiedzieć twarde słowa kaszubskie.

– Jak tak masz gadać, to nie gadaj wcale!

– Ty obarchniał******** do reszty! – złościł się na niego brat. – Masz tu Pòlôcha, co szanuje Kaszuby, a kpisz z niego? W piekle żdają******** za takimi jak ty, pùrtkù jeden!

Ale Wiktor swoje wiedział. A gdy Ignacy przyszedł kiedyś porozmawiać o pracy na kutrze, by zebrać materiały do swojej najnowszej książki, drwił bezlitośnie.

– W książkach wy możeta so pisać, co chceta. Ale ryba książek nie czyta. Dorsz nie weźmie, bo jakiś profesor tak napisał. On bierze wtedy, kiedy sam uzna.

Ignacy uśmiechnął się tylko i zanotował jego słowa.

– A od czego to zależy? – zapytał cierpliwie.

– Od morza. Od wiatru. Od księżyca. Od tego, czy Bôłt******** jest dziś łaskawy. Niby uczony, z Warszawy, a takich prostych rzeczy nie rozumie. Rybka takiemu smakuje, jo, ale rybka sama na talerz nie spływa. – Wiktor z pobłażaniem pokręcił głową.

Dziwił się potem, że Ignacy przyszedł do niego ledwo dwa razy i już więcej o nic nie pytał, za to do jego brata zachodził regularnie. A co Walerian mógł wiedzieć o rybach? Jak je sprzedać? Przecież od dwudziestu lat nie pływał na kutrze.

– Niech to Szôlińc******** porwie! – mruknął sam do siebie, wracając tego styczniowego poranka do siebie po długiej, wyjątkowo ciężkiej nocy. – Chto by się tym przejmował, gdy inne jiwrë******** ma na głowie!

Machnął spracowaną ręką. Na swojego zięcia, na córkę, na brata, na bosych Antków******** zjeżdżających z całej Polski, na własny lichy los.

***

Krzyż Rybacki był prosty jak rybackie życie, jakby zrobiony z tego, co wyrzuciło morze. Dwie belki, daszek i kamienny cokół. A figura taka maleńka, że ledwo widoczna. Jeśli prawdą było, że Jezus współodczuwał z człowiekiem – a tak często mawiał na kazaniach ksiądz Klemens Przewoski z Oksywia – to ten Jezus wydawał się równie zagubiony jak w ostatnich latach czuli się rodowici mieszkańcy Gdyni. Agnieszka Lomeykowa zadarła głowę, by na niego spojrzeć. Zmrużyła powieki od promieni styczniowego słońca przedzierających się przez warstwę chmur, słabych jeszcze, jakby chorowitych, a mimo to drażniących oczy.

– Boże, jeśli jesteś… Pomóż… Uwolnij mnie… – wyszeptała, splatając dłonie z całych sił, aż zmarszczyły się rękawiczki z delikatnej cielęcej skórki.

Wiosną minie pięć lat, gdy w plażę został wbity pierwszy pal pod molo portowe. Tego samego dnia poświęcono również krzyż, który powstał właśnie na pamiątkę budowy portu, z inicjatywy miejscowych rybaków oraz inżyniera Tadeusza Wendy. Agnieszka doskonale pamiętała ten dzień. Niebo miało barwę mikołajków, od morza szła lekka bryza, słone powietrze aż kręciło w nosie. Na nabrzeżu zgromadzili się Gdynianie, starzy i młodzi, zadzierając głowy i nastawiając uszy, by widzieć i słyszeć jak najwięcej, a także przedstawiciele władzy – tej lokalnej, jak wójt Jan Radtke i legendarny Antoni Abraham, oraz ogólnopolskiej, jak minister Juliusz Trzciński czy generał marynarki Kazimierz Porębski. Nie było Józefa Piłsudskiego, co dla wszystkich było sporym rozczarowaniem. Bo jak to? Taka ważna inicjatywa dla Polski, a brakuje Naczelnika?

Agnieszka z niedowierzaniem pokręciła głową, jednak wcale nie nad polityką, lecz nad upływem czasu. Pięć lat, a wszystko się zmieniło. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, z czym wiąże się taka inwestycja. Nikt nie wiedział, że Gdynia urośnie dziesięciokrotnie i zmieni się nie do poznania. Nawet widok za krzyżem był inny – już nie była to piaszczysta plaża i bezkresne morze, lecz woda zamknięta w betonie i drewnie, z zacumowanymi statkami.

Życie Agnieszki również się zmieniło. Pięć lat temu była jeszcze siedemnastoletnią dziewczyną z ubogiej rybackiej rodziny, która uwielbiała czytać i marzyła o dalszej nauce, choć wiedziała, że to marzenie nigdy się nie spełni. A dziś… była wielką panią, miała bogatego męża, została matką, mieszkała w willi nazwanej jej imieniem. Jedno pozostało takie samo… nadal była nieszczęśliwa. Coraz częściej zastanawiała się, czy to nie jakaś wrodzona wada, że nie potrafi odczuwać radości. Może to właśnie jej krzyż – nie choroby ciała, a choroba umysłu. Krzyż, przy którym czuła się tak maleńka, jak maleńki był Jezus na Krzyżu Rybackim. Ale czy w istocie nigdy nie bywała wesoła? Przecież cieszyły ją promienie słońca na twarzy, pachnący wolnością wiatr, igrający w srebrzystozielonych źdźbłach wydmuchrzycy, sosny o powykręcanych pniach, bladofioletowe kwiatki rukwieli, kojący szum morza, a nawet sztorm, który z niszczycielską siłą wdzierał się na ląd…

– Mama! Chodź już! – Henryś pociągnął ją za spódnicę z taką stanowczością, z jaką tylko dzieci potrafią. – No chodź!

Agnieszka przywołała na twarz uśmiech i odwróciła się do synka z czułością. Okutany w kożuszek i futrzaną czapkę wyglądał jak pluszowy niedźwiadek. Miał niebieskie oczy Ignacego, które patrzyły teraz gniewnie. Nudził się. Dla trzylatka kilka minut postoju dłużyło się w nieskończoność.

– Chodźmy – zgodziła się. – Tata na pewno lada moment wróci – dodała, łapiąc chłopca za dłoń, która ginęła w obszernej rękawiczce.

„A Ignacy nie lubi, gdy nie ma nas w domu…” – pomyślała z westchnieniem. Jeszcze na moment obejrzała się na Jezusa.

– Uwolnij mnie… uwolnij nas… – wyszeptała.

Przez chwilę miała wrażenie, że ktoś ją obserwował. Rozejrzała się ostrożnie, ale wokół panował zwykły ruch: kręcili się robotnicy, szły dwie kobiety z pustymi koszami, rozmawiając ze sobą głośno po kaszubsku, młody chłopak szybkim krokiem przeciął pobliską uliczkę. Wówczas dostrzegła nieruchomą postać stojącą nieopodal. Ktoś patrzył prosto na nią, ale twarz ginęła w cieniu daszka maciejówki i w fałdach niebieskiego szalika. Gdy zauważył, że go spostrzegła, zawrócił i odszedł.

***

Kamienna Góra nie była już tym samym miejscem, które Agnieszka pokochała jako dziecko. Zniknęło wzgórze o stromych zboczach, porośnięte trawami i krzakami. Dzikie niczym kaszubski duch. Gdy Gdynia stała się modna, zaczęli tutaj zjeżdżać zamożni Polacy ze wszystkich stron kraju, a na swoją enklawę wybrali właśnie Kamienną Górę, skąd roztaczał się malowniczy widok na zatokę i budujący się port. Wille wyrastały jedna po drugiej. Stylem nawiązujące do polskich dworków: rozległe, piętrowe, o pobielanych ścianach, z kolumnami i portykami. Niepodobne do niczego, co można zobaczyć na Kaszubach.

– Czejbë grzyby po deszczu w chójnie******** chciały rosnąć tak, jak rosną chałupy bogaczy! Bose Antki przyjeżdżają i się rządzą jak u se! – utyskiwał Wiktor Miłosz, przyglądając się kolejnym pojawiającym się budynkom.

Agnieszce również nie podobała się ingerencja w krajobraz. Milczała jednak. Bo kogo obchodziło zdanie kobiety, w dodatku niewykształconej? Prędko przekonała się, że nawet własny mąż nie miał ochoty jej słuchać. Gdy milczała, przynajmniej nie narażała się na jego docinki.

Tego dnia, ledwo wraz z synkiem przekroczyła próg domu, od razu pojęła, że się spóźniła. W powietrzu unosił się zapach, z jakim kojarzył jej się tylko Ignacy – mieszanka wody kolońskiej i dymu z cygara. Wywoływał u niej lodowaty ucisk w brzuchu, porównywalny do zanurzenia się w zimowym Bałtyku. Potem usłyszała też jego głos, gdy wydawał lokajowi polecenia. Westchnęła, nastawiając się na pretensje. Podała służącej swój płaszcz i pomogła rozebrać się synkowi, a następnie przeszła z Henrysiem do bawialni.

– A gdzież to moja droga żona się zabawia, zamiast czekać w domu na stęsknionego małżonka? – zagadnął Ignacy, odwracając się ku niej.

Był od niej starszy o szesnaście lat, wysoki i szczupły, z twarzą myśliciela, okrągłymi okularkami na długim nosie, bardzo jasną cerą, która opalała się tylko na czerwono, i blond włosami, krótko przystrzyżonymi z boków, dłuższymi na górze, zaczesanymi w klasyczny przedziałek. Jak zwykle spacerował po pokoju, w obłoku siwego dymu. Drażniący aromat tytoniu połechtał nozdrza. Henryś pomachał dłonią przed twarzą, wykrzywiając się niemiłosiernie. Oboje z Agnieszką nie lubili tego zapachu.

– Poproś Eugenię, by przyniosła herbatę – polecił lokajowi, a gdy ten wyszedł, pocałował żonę w policzek, a syna wziął na ręce, nie zważając na jego protesty. – A więc gdzie byłaś? – ponowił pytanie.

– Zabrałam Henrysia na spacer.

– W taki ziąb? – zdziwił się.

– To dobre dla zdrowia.

– Raczej dla nabawienia się suchot. Prosiłbym cię, żebyś na drugi raz takie wyjścia konsultowała ze mną.

– Nie było cię – przypomniała.

– Tym bardziej nie powinnaś podejmować w pojedynkę tak nieroztropnych decyzji.

Agnieszka tylko kiwnęła głową. Nie miała ochoty na kłótnię.

Najtrudniejsze w ich małżeństwie było nie to, że Ignacy był złym człowiekiem. Przeciwnie – był dobry, troskliwy i opiekuńczy. Najtrudniejsze było właśnie to, że był zbyt dobry, zbyt troskliwy i zbyt opiekuńczy. On decydował, co i jak żona ma robić, a nawet co myśleć. Jakby nie ufał, że sama zrobi to dostatecznie dobrze. Gubiła w tym siebie. Dusiła się.

Chłopiec wiercił się w ojcowskich ramionach, więc Ignacy postawił go wreszcie na podłodze.

– Zabiorę Henrysia do jego pokoju – zaproponowała Agnieszka. Miała nadzieję, że dzięki temu uda jej się wymigać od wspólnego czasu z mężem.

– Niech Karolina to zrobi. Chcę wypić z tobą herbatę.

Karolina Pela była nianią, którą Ignacy zatrudnił, gdy urodził się pierworodny. Chciał odciążyć młodą żonę od obowiązków. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że spośród czterech kandydatek, które przyszły ze wsi, zwabione ofertą zarobku, wybrał dokładnie tę, którą Agnieszka odrzuciła. Karolinę znała od dziecka. Mieszkały niemal po sąsiedzku, dorastały razem, przez jakiś czas siedziały nawet w jednej ławce w szkole, bo tak umyślił sobie nauczyciel. I nigdy się nie lubiły. Jeśli prawdą jest, że wiejskie dziewczęta dzieliły się na te, które boją się świata za miedzą, i te, które świat traktują jak własne podwórze, to Agnieszka należała do pierwszych, a Karolina do drugich. Twarda i niesentymentalna, nie potrafiła ani zrozumieć, ani zaakceptować wrażliwej i inteligentnej koleżanki. Może dlatego upatrzyła ją sobie na ofiarę. Codziennością stały się wyzwiska, popychanie, fałszywe oskarżenia, nastawianie reszty dzieci przeciwko niej. Agnieszka wiele się przez nią nacierpiała. Gdy próbowała wytłumaczyć to mężowi, usłyszała:

– Nie przesadzaj, moja droga. To było dawno. Teraz obie jesteście dorosłe i powinnyście zostawić przeszłość za sobą, a ewentualne konflikty rozwiązywać w sposób dojrzały. Przyznasz chyba sama, że Karolina ma najlepsze referencje ze wszystkich. Opiekowała się już dziećmi. I jako jedyna potrafi posługiwać się językiem polskim, a nie tylko kaszubskim lub niemieckim.

– Co złego jest w kaszubskim? – rzuciła buntowniczo.

– Nie wierzę, że naprawdę o to pytasz. – Brwi Ignacego powędrowały w górę, jak zawsze, gdy wyrażał dezaprobatę. – Jesteśmy Polakami, więc powinniśmy nade wszystko dbać o przekazanie dzieciom poprawnej polszczyzny. W drugiej kolejności natomiast nauczyć języków, które pomogą im w przyszłej karierze: francuskiego, angielskiego…

– Ja jestem Kaszubką – wymamrotała.

– Kaszubski nie ma przyszłości – stwierdził z wyższością. – Nie zrozum mnie źle, nie jestem mu przeciwny, wręcz zakochałem się w tej mowie, jednakże uważam, że za sto lat będzie jedynie ciekawostką dla turystów.

Agnieszka pomyślała, że skoro jej mąż tak twierdzi, prawdopodobnie ma rację. Nawet jeśli teza o znikaniu Kaszub łamała jej serce. Przecież Ignacy Lomeyko mógł uchodzić za specjalistę od lokalnych spraw. Przyjechał do Gdyni właśnie po to, by pisać o Kaszubach. Miało mu to przynieść sławę i pieniądze. Jednak lata mijały, a książki wciąż nie było, jakby cel wymykał mu się z palców, krnąbrny niczym lud, który miał opisać.

Tamtego dnia Agnieszka musiała skapitulować, zarówno w sprawie języka kaszubskiego, jak i opiekunki do dziecka. Nie miała odpowiednich argumentów, a słowa: „Nie chcę, by ktoś, kogo nie lubię, zajmował się moim synem” rzeczywiście brzmiały dziecinnie. Teraz stała i z niechęcią przyglądała się, jak Karolina wyprowadza Henrysia z pokoju. Była koścista i sucha, skórę miała ciemną nawet w porze zimowej, a biodra nieproporcjonalnie szerokie w stosunku do cienkiej talii. Potrafiła się wesoło uśmiechać i prawić słodkie słówka, czym zjednała sobie Ignacego, ale jej wąskie jak szparki oczy pozostawały bezduszne. Nie nosiła, jak służąca, ciemnej sukni i białego fartuszka, lecz suknię pełną zakładek i bufek, zbyt strojną na pracownicę. Nawet Lomeykowa ubierała się skromniej.

Agnieszka żywiła nadzieję, że pod nieobecność rodziców Karolina nie jest dla Henrysia niemiła. Jeszcze nie udało jej się przyłapać na niczym złym. Albo dobrze się kryła, albo… rzeczywiście wydoroślała i zmądrzała.

– O czym chcesz ze mną rozmawiać? – spytała Ignacego, tłumiąc westchnienie.

– A czy muszę mieć zaraz powód? Czy mąż nie może po prostu chcieć spędzić trochę czasu ze swoją żoną? – zapytał, a w jego głosie brzmiało rozbawienie. Zgasił cygaro i zasiadł w fotelu, wskazując drugi żonie.

Agnieszka czuła się traktowana jak dziecko, choć nie potrafiła wytłumaczyć dlaczego. Z pozoru przecież wszystko było w porządku. Dlatego zmusiła się do uśmiechu i wziąwszy od służącej filiżankę herbaty, wysłuchała opowieści męża o wyjeździe do Warszawy.

– W drodze powrotnej spotkałem w pociągu pewnego człowieka… osobliwy mężczyzna, przyznaję… – relacjonował. – Ubrany jak robotnik, więc wziąłem go za jednego z tych, którzy pracują w porcie. Lecz gdy go zagadnąłem… wiesz, że moja profesja sprawia, że zagaduję tego i owego… odpowiadał jak dżentelmen. Wdaliśmy się w dyskusję o zasadności budowy nowego portu i on, podobnie jak ja, jest zdania, że nigdy nie dogadalibyśmy się z Niemcami w kwestii sprawiedliwego korzystania z portu w Gdańsku. „Uzależnienie handlu od Niemiec byłoby strategicznie niebezpieczne – rzekł. – Ten naród nie ma w sobie żadnej skłonności do kompromisów. To społeczeństwo butne, hierarchiczne, pozbawione elastyczności politycznej”. A kiedy zapytałem, co myśli o nowym ustroju w Niemczech, odparł: „Republika nie utrzyma się tam długo, nie są oni bowiem narodem parlamentów. Odnoszę wrażenie, że wszyscy nawykli do wydawania rozkazów, nawet ci na najniższych szczeblach. A tam, gdzie wszyscy chcą wydawać rozkazy, potrzeba kogoś, kto będzie wydawać rozkazy im wszystkim. Po abdykacji kajzera jeszcze nikt taki się nie objawił, ale to kwestia czasu”. Przyznasz sama, że to dość innowacyjne poglądy jak na zwykłego robotnika.

– Rewolucyjne – stwierdziła ostrożnie.

Ignacy spojrzał na żonę, jakby dopiero zauważył, że siedzi obok, choć przecież cały czas z nią rozmawiał. Skrzywił się z irytacją.

– Tak, przecież o tym mówię – mruknął cierpko, a Agnieszka pojęła, że znów musiała palnąć coś głupiego.

Mocniej zacisnęła palce na filiżance. Porcelana wydawała się krucha, a jednak wytrzymywała presję z zewnątrz. Zupełnie jak ona sama.

***

Krystian szedł w stronę portu dziarskim krokiem, choć śnieg utrudniał marsz. Chciał jak najszybciej znaleźć pracę i zająć się szukaniem noclegu i jedzenia, bo dzień był zimny, a ziąb wdzierał się pod płaszcz. Z daleka słyszał nawoływania robotników, skrzypienie lin i głuche dudnienie rozładowywanych skrzyń. Port obudził się jakiś czas temu, ale wcale nie tętnił życiem. Raczej w zdecydowanej większości zionął pustkami. Najwidoczniej kierownik nadzorujący rozładunek węgla miał rację, że o tej porze roku trudno o zajęcie. A jednak Krystian jeszcze nie tracił nadziei. Lecz im bardziej zbliżał się do nabrzeża, tym wyraźniej wyczuwał coś niepokojącego. Najpierw dostrzegł zamieszanie przy magazynach. Potem kilku mężczyzn wyminęło go w pośpiechu. Robotnicy rzucali pracę i pędzili w jednym kierunku, rozmawiając podniesionymi głosami. Ktoś splunął w śnieg. Ktoś inny przeżegnał się trwożliwie.

Krystian zmarszczył brwi.

– Co tu się dzieje? – zapytał przechodzącego obok dokera.

Tamten spieszył się tak bardzo, że nawet nie raczył przystanąć.

– Trupa znaleźli! – rzucił przez ramię.

Trupa? Przypomniał sobie dym układający się w czaszkę. Czyżby zła wróżba dopadła go wcześniej, niż myślał? Ruszył dalej, przeciskając się przez ciżbę. W nozdrza uderzył go zapach morza, smoły, mokrego drewna, niemytych ciał, ubrań ciężkich od wilgoci. I czegoś jeszcze… ostrego, metalicznego. Krwi? A może tylko wyobraźnia płatała mu figle.

Przy brzegu panowało zamieszanie. Dwóch policjantów w granatowych płaszczach próbowało odganiać ciekawskich. Bezskutecznie. Tłum napierał coraz bardziej.

– Odsunąć się! To nie widowisko! – krzyczał jeden z funkcjonariuszy w stopniu podkomisarza, niepozorny, chudy, o wąsach smętnych jak cała jego postać. Jednak te krzyki na niewiele się zdały. Równie dobrze mogłyby brzmieć po chińsku. Ludzi zwabiły krew i sensacja i nie zamierzali tak łatwo z tego rezygnować.

– Jeronie! Widziołech go! Gowa mo cołki uozdupiono! – emocjonował się ktoś z tyłu w godce śląskiej.

– Głupiś ty! Łeb to on ma akuratno cały! – odparował drugi głos, zaciągając wschodnim akcentem.

Krystian stanął na palcach, próbując dostrzec coś ponad głowami ludzi, lecz widział jedynie poruszenie i błysk policyjnych guzików. Mgła wciąż snuła się znad wody.

„Cholera! – pomyślał. – Co ja tu robię? Nie powinno mnie tu być. Nikt nie powinien mnie kojarzyć z tą sprawą”.

A jednak stał dalej. Tłum się poruszył, ktoś się cofnął, ktoś przesunął. Wystarczyła sekunda, by Krystian zobaczył, co dokładnie znajdowało się w centrum zamieszania. Na śniegu leżało ciało, niezbyt dokładnie przykryte brezentem. Spod materiału wystawała zesztywniała ręka o sinej skórze z sygnetem na najmniejszym palcu oraz but, jeden z tych drogich lakierków, których robotnik portowy raczej nie nosił. Obok leżała rozbita karbidowa lampa.

– Tu ja go miał nalazłé********, czej******** ja szedł na obchód òb rénk********. Wiedno******** to robię… obchód, nie szukanie zmarłych, matizernoga! – relacjonował z przejęciem starszy mężczyzna, miętosząc z wrażenia futrzaną czapę. Szpakowate włosy miał potargane, a na czubku głowy lśniła niewielka łysinka.

Krystian przyglądał się zwłokom. Żołądek wywrócił mu się na drugą stronę. Nie sam widok nieboszczyka go poruszył – w życiu widział gorsze rzeczy. Wojna nauczyła go, że ciało człowieka potrafi wyglądać jak porzucona lalka albo rozpruty worek mięsa. Nie chodziło nawet o to, że przed oczyma stanęły mu tamte zwłoki, aż niemalże znów poczuł ich lodowate zimno, ciężar, nieporęczność. Niepokoiło go jednak coś innego… Twarze policjantów. Z ich zdenerwowania oraz gorączkowych, urywanych zdań wyczytał, że nie był to zwykły wypadek przy pracy, nie było to też pierwsze lepsze zabójstwo w afekcie. Funkcjonariusze zachowywali się tak, jakby wiedzieli, że prawdziwe kłopoty dopiero się zaczną.

W tej samej chwili od strony miasta nadjechał automobil – Ford model T z wąskim nadwoziem, prostą karoserią i zamkniętą kabiną. Na błyszczącym czarnym lakierze widniały świeże plamy błota. Duże szprychowe koła powoli poruszały się w udeptanym śniegu. Tłum zafalował jak morze.

– Z Warszawy przyjechali? – szepnął ktoś, bo nie było tajemnicą, że dziś miała się odbyć wizytacja z ministerstwa.

– Nie, to prokurator Wilczewski! – powiedział ze zgrozą jeden z młodych dokerów.

Skąd wiedział, że to prokurator, trudno zgadnąć. Może miał z nim już kiedyś do czynienia, o czym świadczyłoby przerażenie w jego głosie. Tutaj, w Gdyni, wśród ludzi znikąd, każdy skrywał jakąś tajemnicę.

– Jeszcze jego tu brakowało. Kto go zawiadomił? I jakim cudem przyjechał tak szybko z Grudziądza? Ten sukinsyn zawsze wywęszy krew. Jak wilk – jęknął podkomisarz do swojego towarzysza.

Krystian przezornie nasunął daszek kaszkietu niżej na czoło, by ukryć twarz. Obserwował, jak samochód się zatrzymuje, a ze środka wychodzi elegancki mężczyzna. Wysoki, barczysty, w kapeluszu typu fedora i rozpiętym wełnianym płaszczu, pod którym nosił szary garnitur o najmodniejszym kroju: marynarka z krótszym stanem i spodnie o szerokich nogawkach. Z brustaszy wystawała poszetka, czerwona jak krew, co w zamyśle zapewne miało być awangardowe, ale z uwagi na wykonywaną profesję zdawało się upiorne. Jak plama na materiale. Lub zakrwawiony jęzor wilka.

Krótkim ruchem dłoni nakazał tłumowi się rozstąpić, a robotnicy natychmiast usłuchali, jakby to sam Józef Piłsudski wydał rozkaz.

– Zrobić przejście! – przekrzykiwali się policjanci, już chyba tylko po to, by nie stać bezczynnie.

Prokurator Zbigniew Wilczewski zbliżył się do zwłok leniwie niczym gwiazda filmowa stąpająca po czerwonym dywanie. Za nim dreptał usłużny asystent: wysoki, chudy, ubrany na ciemno, podobny do cienia.

– Co wiemy o denacie? – zapytał Wilczewski, po czym wyciągnął rękę, a asystent natychmiast podał mu gumowe rękawice. Choć były standardem już od kilku lat, nie wszyscy jeszcze je stosowali.

– Mężczyzna, lat czterdzieści siedem. Poniósł śmierć na skutek rany kłutej klatki piersiowej… za pomocą ostrego narzędzia.

Zawahanie w głosie podkomisarza było aż nazbyt wyraźne. Prokurator też je usłyszał. Jego czarne brwi uniosły się nieznacznie, ale jeszcze o nic nie pytał. Metodycznie palec po palcu ściągnął z dłoni skórzane rękawiczki, schował je do kieszeni płaszcza, a na dłonie naciągnął gumowe. Kiwnął, a jeden z policjantów zsunął brezent.

– Czy to…? – zaczął, ale urwał.

Podkomisarz skinął głową. Najwidoczniej obaj znali ofiarę.

Krystian wyciągnął szyję, by lepiej widzieć. Nieboszczyk musiał przed zgonem prowadzić życie zamożne, bo miał na sobie dobry garnitur i lakierki, wąs starannie przycięty i lekko podkręcony, brzuch sterczący, a łysinę wypolerowaną jak szkło. Jego skóra była wyjątkowo blada, wręcz kredowa z sinymi ustami, a policzki zapadnięte. Krystian prędko zrozumiał dlaczego. Krew z całego ciała odpłynęła ku ranie na piersi, skąd sterczał kawałek żelastwa. Materiał wokół nosił rozległe purpurowobrązowe ślady.

– Kotwica – mruknął Wilczewski. – Wiadomość od mordercy. Tylko jeszcze nie umiemy jej odczytać – dodał.

Rzeczywiście była to kotwica. Ale nie olbrzymia kotwa okrętowa ani też nie mniejsza kutrowa, zwana przez kaszubskich rybaków ãkór, lecz nieduża kotwiczka, przypominająca raczej ozdobę do domu. Ostatnio wśród mieszkańców zapanowała osobliwa moda na wzory marynistyczne.

– Zaszyfrowana wiadomość? A może to po prostu przypadek? Może morderca użył tego, co miał pod ręką – zasugerował podkomisarz.

Wilczewski rzucił mu tylko krótkie spojrzenie, które świadczyło wyraźnie, co myśli o opinii podkomisarza. Wyprostował się, a wówczas policjanci ponownie zasłonili ciało brezentem.

– Jutro o ósmej rano. Raporty na moim biurku – powiedział, zdejmując gumowe rękawiczki, które natychmiast przejął asystent.

– Do Sądu Okręgowego w Grudziądzu? – sapnął policjant, bo to oznaczało albo długą delegację, albo absurdalnie kosztowny telegram.

– Nie. Chwilowo mieszkam w Sopocie. W Hotelu Metropol. Swoją drogą… – Uniósł ironicznie prawą brew. – …zadziwiające, że policja o tym nie wie.

Podkomisarz bąknął coś niewyraźnie, próbując ukryć zmieszanie. Wąsy nastroszyły się jak u mokrego szczura. Prokurator bez pożegnania odwrócił się do niego plecami i ruszył w stronę samochodu. Tłum rozstąpił się przed nim jak morze przed Mojżeszem. Krystian pochylił głowę i obserwował go spod daszka kaszkietu. Wolał pozostać niezauważony.

– Panie władzo! – zawołał nagle niski, brodaty robotnik. – To był chyba ktoś ważny, co?

Prokurator spojrzał na niego z pozornym zaciekawieniem.

– A wy skąd możecie to wiedzieć?

Brodacz wzruszył ramionami.

– Bo śmierć biedaka nie wywołałaby tyle szumu – odparł.

Kilku mężczyzn przytaknęło. Krystian zaśmiał się ponuro. I wtedy przenikliwe zielonobrązowe oczy Zbigniewa Wilczewskiego zwróciły się w jego stronę. Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa. Śmiech zamarł Corbusierowi w gardle. Przeklinał moment, w którym stanął w grupie gapiów. Odnosił wrażenie, że prokurator analizuje każdy centymetr jego twarzy, każdy jego ruch, jakby nawet mrugnięcie czy oddychanie mogło być dowodem winy. Wreszcie uśmiechnął się do niego, prawie miło, choć zęby błysnęły złowieszczo, po czym zniknął we wnętrzu swojego Forda.

Krystian wypuścił powietrze z płuc i odruchowo poprawił pasek plecaka na ramieniu. Jeszcze godzinę temu myślał wyłącznie o znalezieniu pracy i kawałka chleba. Teraz sterczał jak słup soli pośród obcych ludzi, w obcej wsi, patrząc na zwłoki wyrzucone pod nogi rodzącej się Gdyni. Przed oczyma znów stanął mu inny trup. Inne okoliczności, inne otoczenie, inna pora roku… tylko buty były podobne… Niech go piekło pochłonie!

Przemknęło mu przez myśl, że być może przyjechał tutaj w najgorszym możliwym momencie. A być może nigdy i nigdzie nie będzie już dla niego dobrego momentu.

Ożyw obraz

****Morze, nasze morze, słowa i melodia: kpt. Adam Kowalski.

***** kaszub. zapomniane

****** kaszub. bracie

******* kaszub. patrz

******** kaszub. kuzyn

******** kaszub. ogląda

******** kaszub. gdyby

******** kaszub. zgłupiał

******** kaszub. czekają

******** kaszub. Bałtyk

******** Kaszubski demon odpowiedzialny za sztormy.

******** kaszub. kłopoty, zmartwienia

******** Pogardliwe określenie na przyjezdnych z innych stron Polski.

******** kaszub. las sosnowy

******** kaszub. znalezione

******** kaszub. kiedy

******** kaszub. rano

******** kaszub. zawsze

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

Rozdział pierwszy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie