Życie wśród wielu - Stanisław Lam - ebook + książka
NOWOŚĆ

Życie wśród wielu ebook

Stanisław Lam

0,0

Opis

Pierwsze wydanie tej książki z 1968 roku zostało okrojone przez cenzurę; we wznowieniu przywrócono pełny tekst według rękopisu autora. Wspomnienia Lama, napisane barwnym językiem, zawierają bogaty i pełen anegdot opis życia kulturalnego w Galicji i Warszawie, opowiadają o wielu znanych postaciach tamtych czasów, przedstawiają funkcjonowanie prasy lwowskiej i warszawskiej, a także prowadzone przez autora prace edytorskie w wydawnictwie Trzaski, Everta i Michalskiego. Wydanie zawiera również poszerzone i zaktualizowane posłowie prof. Andrzeja Lama.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 649

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktor prowadzący

Piotr Chojnacki

Korekta

Anna Popis-Witkowska

Małgorzata Denys

Projekt okładki, wyklejki i stron tytułowych

Sylwia Szafrańska

Wydawca dziękuje Muzeum Warszawy, Muzeum Narodowemu Ziemi Przemyskiej i Panu Piotrowi M. Grajnertowi za udostępnienie zdjęć.

© Copyright by Andrzej Lam, Warszawa (2026)

© Copyright by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa (2026)

Wydanie pierwsze w tej edycji, Warszawa 2026

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 02 01

[email protected]

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

ISBN 978-83-8442-062-1

JULIAN KRZYŻANOWSKIWSPOMNIENIE O STANISŁAWIE LAMIE

Książki opatrzone tytułem „historia literatury” mówiły niegdyś o pisarzach, twórcach dzieł literackich. Przed laty trzydziestu głoszono u nas pogląd, że jedynym przedmiotem takich książek powinny być same dzieła literackie, zajmowanie się bowiem ich autorami to grzech zwany biografizmem.

Gdy próbuję spojrzeć na działalność zmarłego przed paru tygodniami Stanisława Lama, widzę, jak ciasne i niesłuszne są oba te stanowiska. Traktują one bowiem powstawanie dzieł literackich i – dodajmy – nowoczesnej wiedzy o nich jako czegoś spontanicznego, przypadkowego, rodzącego się poza obrębem zorganizowanego życia zbiorowego, społecznego; nie biorą w rachubę inicjatywy jednostek czy zespołów, które koordynowały inicjatywy spontaniczne i tak czy inaczej przekształcały je w ruchy zbiorowe, a więc w zjawiska społeczne. Myślę tu oczywiście o inicjatywie wydawniczej czy raczej redaktorsko-wydawniczej. Dopiero zaś spojrzenie z tego stanowiska pozwoli ocenić niepospolite zasługi Stanisława Lama, a na czym one polegały, mówi jego życiorys.

Urodzony w Tarnopolu (1891), już w czasie swych studiów uniwersyteckich we Lwowie rozwinął ożywioną działalność jako krytyk literacki. Jej owocem najdojrzalszym było piękne studium o Mieczysławie Romanowskim (1913), którego dopełnieniem stało się wydanie jego Dziewczęcia z Sącza w dwanaście lat później (1925). Pisarzem drugim, sercu autora niemniej bliskim, był Sienkiewicz, któremu Lam poświęcił interesujące studium, ukazujące „cechy i elementy twórczości” autora Trylogii (1924). Nie ta jednak była droga, odpowiadająca zarówno uzdolnieniom, jak i ambicjom młodego krytyka literackiego. Drogę właściwą wskazała mu historia.

Koniec wojny otworzył młodzieży, która wyszła z niej cało, nowe pola pracy, zwłaszcza młodzieży wykształconej humanistycznie. Organizujące się szkolnictwo w Królestwie Polskim, w Poznańskiem i na innych terenach poszukiwało historyków, polonistów, filologów klasycznych. A podobnie było z prasą i firmami wydawniczymi. Zaroiło się na tych stanowiskach od „galileuszy”, w ich gronie znalazł się i Lam.

Osiadłszy w Warszawie, zabrał się do publicystyki, i to od strony organizacyjnej, jako współredaktor pism takich jak „Tygodnik Ilustrowany”, przede wszystkim zaś jako pomysłowy inicjator takich miesięczników popularnych, jak „Naokoło Świata” i „Z Całego Świata” (1924–1925) oraz czasopism naukowo-literackich. W dziedzinie tej, nawiązując do starej i dobrej tradycji warszawskiej, w lat dwadzieścia po zamknięciu nieocenionej „Książki” stworzył w „Nowej Książce” (1934–1939) znakomite źródło wiadomości bibliograficznych, w formie informacji o nowościach wydawniczych i obfitych recenzji. Prócz tego inicjował i redagował wydawnictwa książkowe, na których czoło wysunęła się „Biblioteka Laureatów Nobla”, udostępniając w nowych zazwyczaj przekładach dzieła, zwłaszcza powieściowe, najgłośniejszych podówczas pisarzy światowych.

Pomysłowość i rozmach, pracowitość i zdolności organizacyjne sprawiły, iż w roku 1924 Lam objął stanowisko redaktora naczelnego w rzutkiej firmie wydawniczej na Krakowskim Przedmieściu, należącej do Trzaski, Everta i Michalskiego. I tutaj dopiero pokazał, kim był naprawdę. Firma wysunęła się na czoło wszystkich naszych wydawców międzywojennych, podejmując zadania, które w Polsce Ludowej przypadły kilku wielkim instytutom wydawniczym, rzuciła bowiem na rynek wydawniczy wielotomowe serie encyklopedyczne, ogólne i specjalne. Ilustrowana Encyklopedia Powszechna (1924–1927), Encyklopedia powszechna (1933), Encyklopedia powszechna dla wszystkich (1936), Encyklopedia XX wieku (1937) – oto grupa pierwsza. Polska, jej dzieje i kultura (1927–1933), Wielka literatura powszechna (1931–1933), Wielka historia powszechna (1933–1939). Wielka geografia powszechna (1933–1939), Encyklopedia staropolska A. Brücknera (1939), przerwany przez wojnę Nowy słownik języka polskiego (1938–1939) – oto część plonu reprezentującego grupę drugą. Spiritus movens tej gigantycznej pracy był redaktor naczelny, który dwoił się i troił. A warunki miał nie do pozazdroszczenia. Jego „kwaterą główną” była klitka o kilkunastometrowej powierzchni na tyłach księgarni. Jego zadaniem – zmobilizowanie kilkuset pracowników naukowych ze sfer uniwersyteckich, ludzi, których trzeba było nie tylko wciągnąć do roboty, ale i utrzymać w jej trybach i nie dopuszczać do jej zawalenia. Jak to zaś bywało, dowodzi wypadek, który można by uznać za anegdotę, zwłaszcza że zarówno archiwa wydawnictwa, jak i sądowe poszły z dymem czasu wojny i powstania. Wydawnictwo porwało się na zadanie bardzo ambitne, ale i wyjątkowo trudne – na duży zarys historii Europy oparty na poznaniu stosunków ekonomicznych. Człon wstępny, historię Grecji starożytnej, zamówiono u znanego specjalisty, profesora uniwersytetu. Gdy ustalonego umową terminu nie dotrzymał, poczęto nań naciskać; tłumaczył się, że rzecz ma w robocie, i prosił o zwłokę. Wreszcie po dwu czy trzech latach zajechał przed księgarnię dorożką i zawartość jej sprezentował zdumionemu redaktorowi naczelnemu. Zamiast studium dwustustronicowego przywiózł rękopis książki pięciokrotnie większej od zamówionej rozprawy. Rzecz ciągnęła się długo, oparła się o sąd i zakończyła wydaniem tej książki, ale z zaplanowanego dzieła zbiorowego trzeba było zrezygnować.

Oceniając zaś w sumie dorobek organizacyjny Trzaski, Everta i Michalskiego oraz Stanisława Lama, można bez przesady powiedzieć, iż wydawnictwo i jego redaktor naczelny pełnili funkcję akademii nauk, wyręczając zarówno PAU w Krakowie, jak i TNW w Warszawie. Przyszły historyk nauki polskiej niewątpliwie potwierdzi ten pogląd.

Po wybuchu wojny Lam znalazł się za granicą i osiadł we Francji. Aresztowany przez niemieckiego okupanta, i to dwukrotnie, przetrzymał obozy koncentracyjne i w roku 1944 zasiadł w dawnej księgarni Gebethnera i Wolffa na rue St. Germain, by rozpocząć prace analogiczne do warszawskich w początkach międzywojnia. Antologie poezji polskiej i prozy polskiej z lat 1939–1945, następnie poezji emigracyjnej, a wreszcie reedycje dzieł takich jak Brücknera Literatura polska (1948) oraz wydanie trzecie jego Dziejów kultury polskiej (1955–1956), obok rzeczy innych – wypełniły resztę lat Stanisława Lama.

Tak oto przedstawia się ujęty jak najbardziej schematycznie przegląd tego, co w ciągu pracowitego żywota zdołał on osiągnąć. Do tego zaś suchego sprawozdania dodać trzeba jeden jeszcze szczegół nieobojętny. Naczelny redaktor wydawnictwa Trzaska, Evert i Michalski, człowiek tworzący wieloletnie plany i czuwający nad ich realizacją, nie miał w sobie nic z urzędnika. Brat łata, nie biurokrata – można było o nim powiedzieć. Pełen temperamentu polemista, wojujący namiętnie zarówno z Gabrielem Korbutem, jak i Wacławem Borowym, w stosunkach z ludźmi, z którymi się nie ścierał, czarował humorem i bezpośredniością. Zalety te występowały nie tylko w lokalu, w którym dzięki może sąsiedztwu, a może uznaniu dla węgierskiej „kapki” bywał stałym gościem, w restauracji Simona i Steckiego, lecz również na wspaniałych przyjęciach, które państwo Lamowie urządzali wczesnym latem w mieszkaniu na ulicy Widok. Spotykało się tam towarzystwo bardzo niezwykle, bo Zofia Nałkowska i Karol Irzykowski, i Jan Lorentowicz, i mnóstwo młodszych przedstawicieli i przedstawicielek świata sztuki, literatury, nauki – i krótka noc na pograniczu maja i czerwca przechodziła niepostrzeżenie. Stanisław Lam nawiązać umiał do starych, dobrych tradycji warszawskich, gromadząc nie tylko rzeszę współpracowników wydawnictwa TEM, ale również jego przyjaciół i ludzi, których łączyły wspólne zamiłowania i zainteresowania.

Przyszły historyk nauki w Polsce będzie musiał – jak się rzekło – poświęcić osobną kartę działalności Władysława Trzaski, a na niej wyznaczyć osobne miejsce osobie i osiągnięciom Stanisława Lama.

Pierwodruk: „Współczesność” 1965, nr 7–8

PRZEDMOWA

Nic nie ma milszego dla ludzi sędziwych, jak żyć wspomnieniami. A jeśli starzec spędził swoje życie na wielkiej arenie świata, jeśli był mężem stanu, politykiem czy pisarzem i ze wspomnień swoich zwierza się w książce – nic milszego, jak odczytywać te karty i z nich dowiadywać się o zakulisowych tajnikach spraw dużych dla historii, a czasem małych w swoim poczęciu, o ludziach sławnych dla potomności, a szarych dla współczesnych, o wypadkach, co wstrząsały kiedyś, a z odległości wydają się nikłe. Pogodna starość niesie ze sobą wyrozumiałość, perspektywa lat zaciera ostrość kontrastów, a pamiętniki, kreślone najczęściej pod koniec życia, są jak zachodzące słońce, które różowo zapada na horyzoncie.

Czasy nam współczesne przyniosły szereg wspomnień wojennych i obozowych, głosów ludzi ocalonych z zawieruchy dziejowej. I ich autorom również w odnalezionym na nowo życiu miło jest spojrzeć wstecz na zgrozę wojny, na piekło przeżyć i cieszyć się ocaleniem szczęśliwym, często cudownym.

Życie wśród wielu nie jest pamiętnikiem pisanym na emeryturze życiowej – wskazówka na zegarze moich przeznaczeń nie zbliżyła się jeszcze do cyfr ostatnich, ale kiedy kreśliłem te kartki, nie miałem pogody starości ani radości z odnalezienia nowego życia. Wspomnienia te pisałem w najcięższych latach wojny, z dala od kraju, w ciągłej grozie przed tropiącym wrogiem. W zapadłej wsi górskiej na granicy Francji i Włoch, wśród mroków Alp Nadmorskich, zdany na łaskę losów niepewnych, skazany na przymusową bezczynność, wracałem myślą do tych jakże innych czasów, zapadających w bezpowrotną przeszłość, do ludzi, z którymi żyłem i razem pracowałem, a którzy tak teraz daleko byli ode mnie i których już może nigdy ujrzeć nie miałem. I niżąc ich nazwiska w wieniec, nie wiedziałem, czy będzie on rzucony na wspólną mogiłę, czy złożony pod pomnikiem sławy.

W ciągu życia byłem z zamiłowań moich historykiem literatury, z zawodu dziennikarzem, krytykiem literackim, redaktorem pism i wydawcą. Wszystkich tych zajęć cechy nie mogły nie odbić się na ujęciu tych pamiętników. Stąd może inny ich charakter niż dzieł, które zwykle noszą nazwę wspomnień. Są tu całe strony poświęcone osądom ludzi i spraw, tak jak mi się one kiedyś wydawały, są anegdoty związane z życiem wielkich twórców, są i przeżycia własne. Ale wszystko wyłącznie w świecie mi najbliższym. Może oblicze osób i rzeczy tych było dla innych odmienne, może ich gesty czy dokonania komuś wydają się zgoła różne od tego, co mówię – ale w moich oczach były takie, jak je tu podałem. Nie siliłem się na upiększenia, na opracowanie literackie, aby nie tworzyć dzieła o jakichś ambicjach pisarskich. Nie czas był ku temu.

Sądzę jednak, że te opowieści, które tu snuję, nie są pozbawione pewnej wartości dla czytelników pragnących dowiedzieć się różnych szczegółów o ludziach, którzy pracowali na polu kultury, szczegółów nie zawsze dostępnych gdzie indziej. Jeśli tak jest – to jedno życie moje, spędzone wśród wielu, nie całkiem poszło na marne.

ROZDZIAŁ IDZIECIŃSTWO I LATA SZKOLNE1891–1909

Dom rodzinny – Dzieciństwo – Tradycje literackie – Pierwsze zetknięcie się z książką – Przygoda szkolna – Nauka w domu – Wstęp do gimnazjum – Własny system uczenia się – Wędrówki młodocianego sportowca – Lekcje w klasach wyższych – Podręczniki i pedagodzy – Pogrzeb Wyspiańskiego – Hołd złożony twórcy Wyzwolenia książką ucznia – Egzamin dojrzałości – Droga w świat

Zwyczajnie o dzieciństwie widzianym z perspektywy lat mawia się słowami Mickiewicza, że było ono „sielskie, anielskie”. Moje nie było sielskie, gdyż wychowywałem się w mieście, a do anielskości brakło nieba, w którym podobno uskrzydlone te w imaginacji ludzkiej istoty przebywają. Trzeba by mieć wiele polotu, aby błotniste uliczki galicyjskich miasteczek z końca XIX wieku przyrównywać do gwiezdnych szlaków, a małe, walące się rudery do pałaców, w których królują święci pańscy. Toteż na rozwój fantazji dziecka nic tu nie wpływało, a atmosfera urzędniczego domu nie dawała niczego prócz strawy codziennej. Jedna rzecz tylko zastanawiała mnie od lat najwcześniejszych – to portret pana o wyniosłym czole, wyrazistych rysach i złotych okularach, który wisiał w gabinecie ojca. Przypatrywałem mu się z respektem, gdyż mówiono mi, że to stryj Jan – literat. To określenie jego zawodu nie dawało mi spokoju, zwłaszcza że często w dyskusjach i rozmowach ze znajomymi, którzy przychodzili w odwiedziny do mego ojca, słyszałem różne anegdotki z życia tego stryja. Spał podobno w dzień, a wieczorem jadał śniadanie i szedł na miasto. Obiad spożywał w restauracji o dwunastej w nocy, kolację dopiero nad ranem. Pił sążniście, a między posiłkami pracował. Nie wyobrażałem sobie, jak ta praca mogła wyglądać, skoro powtarzano tylko jego dowcipy, cytowano jakieś powiedzenia i zaśmiewano się głośno. Dopiero kiedy nauczyłem się czytać – na Podróżach Guliwera – odkryłem w niezbyt bogatej bibliotece mego ojca pięć grubych tomów oprawnych w półskórek, z napisem złoconym na grzbiecie: Jana Lama Pisma. Zrozumiałem, że jednak ten stryj coś pracował, skoro tyle napisał, a już nie mogłem wyjść z podziwu, że to jest wydrukowane. Zacząłem czytać Wielki świat Capowic.Szło mi to bardzo nieskładnie, spociłem się po przesylabizowaniu jednej stronicy i nic nie rozumiałem. Gdzie są te śmieszne rzeczy – myślałem – o których mówią nasi znajomi, i co im się tak właściwie podobało? Nieśmiało zwierzyłem się z tego ojcu memu, który z miną pełną wyrozumienia powiedział: „To nie dla ciebie. Trzeba się znać na stosunkach galicyjskich, orientować się w polityce, aby wiedzieć, o co chodzi”. Bardzo mnie to zasmuciło, bo nie wiedziałem nic, co to są stosunki i co to jest polityka. Długo, bardzo długo jeszcze się o tym nie dowiedziałem.

Pan w złotych okularach stracił dla mnie na pewien czas swój urok. Chodziłem do szkoły – z tabliczką, rysikiem i elementarzem, ale nudziłem się podczas długich godzin lekcji, w czasie których moi nieletni towarzysze wypisywali kredą na tablicy setki razy te same sylaby. Nie mogłem doczekać się, kiedy w kolejności alfabetu zostanę wywołany do tablicy. Czas skracałem sobie przyglądaniem się ptakom, które przelatywały z gałęzi na gałąź drzew, co zaglądały do okien izby szkolnej – i zazdrościłem tym śpiewakom bożym, że są wolne, latają w słońcu, a nade wszystko mają świeże powietrze, którego w klasie nie było. Potniejące od wysiłku pisania głowy dziecięce, wysmarowane masłem – wydawały woń, która przyprawiała o mdłości. Wreszcie nadszedł dzień próby. Nauczyciel wywołał mnie na stopień, nad którym wisiała tablica, i dając kredę do ręki, srogo powiedział: „Napisz kolejne litery alfabetu, dokąd umiesz”. Wziąłem kredę i wielkimi literami między liniami czerwonymi wypisałem szybciej, niż pogrążony w dzienniku klasowym nauczyciel zdążył spostrzec mój wyczyn: „Abecadło to rzecz ładna, lecz pisanie sprawa zdradna”. Odłożyłem kredę i rzekłem: „Już”. Oczy wszystkich moich towarzyszy klasowych były wpatrzone we mnie. Nauczyciel podniósł wzrok ku tablicy. Popatrzył, włożył okulary, jeszcze raz przeczytał, zmierzył mnie oczyma, aż mi się zimno zrobiło, i pokazując palcem moje miejsce w ławce, rzekł: „Siadaj”. Po mnie nie wywoływał długą chwilę nikogo, chodził po klasie dużymi krokami. Nie orientowałem się z jego wyrazu twarzy, czy jest zły, czy mu zaimponowałem. Dzieciaki wokół coś szeptały, czułem się coraz niewyraźniej. Wreszcie nauczyciel przystąpił do mnie i patrząc mi w oczy, zapytał: „Kto cię tego nauczył?”. „Pisania?” – zapytałem. „Nie, tych wierszy”. „Nikt, panie psorze, to ja sam”. Odpowiedź brzmiała: „Niech ojciec jutro przyjdzie do mnie”.

Wiedziałem, że takie wezwanie nic dobrego nie wróży, czułem się przestępcą. Ale jak zawiadomić ojca? Przyznać się czy nie przyznać do figla? Całą drogę powrotną ze szkoły do domu rozmyślałem nad tym. Obiadu nie jadłem, matka suponowała, że jestem chory, ojciec kazał zmierzyć gorączkę. Położyłem się na kanapie, na książki przyniesione ze szkoły nie mogłem patrzyć, jakby to one wyrządziły mi krzywdę. Wreszcie o zmierzchu, który łaskawie mrokiem swym okrył moje zmieszanie, przystąpiłem do matki i cichym głosem przez łzy wyszeptałem: „Pan nauczyciel prosił, aby tatuś jutro przyszedł do szkoły – i od siebie dodałem – zamiast mnie”. Nie chciałem być świadkiem czegoś nieoczekiwanego, a najwięcej bałem się, że każą mi siedzieć w karcerze. „A co się stało?” – zapytała mnie moja rodzicielka. Tego pytania nie przewidywałem, ale postanowiłem odłożyć dysputę. „Nie wiem” – odrzekłem. Matka poszła do ojca, długo coś mówili, wreszcie wyszła i powiedziała: „Pewnie coś spsociłeś. Pójdziesz jutro razem z ojcem do szkoły”. Nie mogłem doczekać się ranka, od siódmej już czekałem, aż ojciec się ubierze. Szliśmy w milczeniu. W bramie szkoły spotkaliśmy nauczyciela, który rozkazująco rzekł do mnie: „Idź do klasy”. Potulnie wśliznąłem się na moje miejsce i czekałem, co dalej będzie. Za kilka minut wszedł nauczyciel i po porannej modlitwie wywołał mnie na środek izby, każąc wziąć ze sobą książki. Kiedy to zrobiłem, dodał: „Idź do domu – nie będziesz chodził do szkoły”. Pociemniało mi w oczach, ale ukłoniłem się i wyszedłem. Na korytarzu czekał ojciec. „Będziesz uczyć się w domu, profesor powiedział, że będzie przychodził na lekcje”. Odetchnąłem. Jestem wolny jak ptak, nie muszę siedzieć z dziećmi w ławkach! Radość opanowała mnie szalona – pocałowałem ojca w rękę. „No widzisz, w domu będziesz mógł prędzej się uczyć i pójdziesz o rok wcześniej do gimnazjum”. Mówił coś jeszcze, ale już nie słyszałem, gdyż wolność uzyskana rozpierała mi mózg i serce.

I odtąd przychodził ten nauczyciel w wyszarzanym ubraniu na godzinne lekcje popołudniowe. Więcej z nim mówiłem, niż uczyłem się. Zadawałem mu setki pytań z zakresu botaniki, mineralogii, zoologii, przedkładałem mu swoje wynalazki, jak np. wodna fujarka lub pompka zrobiona z drzewa bzu dzikiego. Często wprawiałem go w kłopot – nie wiedział, co odpowiedzieć. Po kilku miesiącach, zmęczony szkołą, którą mu dawałem, zrezygnował z dalszego uczenia mnie, mówiąc: „Dla niego trzeba już profesora gimnazjalnego”.

Nie przyjęto tymczasem takiego mędrca – a ja używałem wszelkich swobód. Karczowałem balsaminy, kopałem stawy, jeździłem na trzykołowcu. Wierszy jednak nie pisywałem więcej, gdyż bałem się, że mogą wywołać odwrotny niż poprzednio skutek, i znów zakują mnie w szkolne kajdany. Ale skończyłem lat dziesięć i należało poddać się egzaminowi wstępnemu do gimnazjum. Sprawiono mi wszystkie książki z czwartej klasy szkoły powszechnej, zjawił się nowy nauczyciel, który bardzo rygorystycznie traktował swoją misję. Miałem zadawane z dnia na dzień lekcje, pewne ustępy do przeczytania. Tymczasem mnie podobały się inne ustępy czytanek i książkę studiowałem od końca. Belfer rozpaczał – przepowiadał, że nigdy nie zdam egzaminu, jak go słuchać nie będę. Przepowiednie nie spełniły się jednak. Pierwszą część, pisemną, egzaminu zamiast w cztery godziny – odrobiłem w niespełna dwie, z ustnego zwolniono mnie na tej podstawie.

Przybrałem mundur szkolny z jednym srebrnym paskiem i zaczęły płynąć długie, bardzo długie dni wkuwania łaciny. Terra est rotunda – vita est brevis… Nie lubiłem tych urywanych, prostych zdań, a próby zapoznania się z ostatnimi kartkami podręcznika zawiodły. Wobec tego zmieniłem metodę: zamiast pół strony, które przeznaczano na każdy dzień, uczyłem się czterech na pamięć. Po dwu miesiącach skończyłem książkę i miałem z łaciną spokój do końca roku. Inne przedmioty były fraszką – trzeba było czymś wolny czas pozaszkolny wypełnić. Uprosiłem ojca o kupno roweru.

Ileż ten środek szybkiej lokomocji dawał mi rozkoszy! Całe popołudnia spędzałem za miastem, wśród pól i łąk, kąpałem się w bezkresnej przestrzeni, przemierzałem dziesiątki kilometrów. Nie stykałem się z kolegami szkolnymi – nie rozmawiałem z nikim, pędziłem przed siebie bez celu, w dal nieznaną, w pogoni za czymś niespodziewanym. Znużony siadałem na skraju lasu, przyglądałem się pracującym mrówkom i robiłem spostrzeżenia, jaki w tym mikroskopijnym świecie pracy panuje ład i porządek. Zajmowało mnie życie lasu, jego roślinność i świat zwierzęcy. Poznałem niebawem wszystkie rodzaje dzięciołów, czarne i rude wiewiórki, różne rodzaje jaszczurek. Zbierałem zioła i zwiozłem do domu zielnik, którym zajął się nasz nauczyciel botaniki. W tych wędrówkach więcej nauczyłem się przyrodoznawstwa niż moi koledzy z książek. I zostało mi z nich jeszcze coś, co przetrwało całe życie: umiłowanie swobody, szerokiego oddechu i obcowania z naturą.

Rower stał się moją pasją, która z czasem doprowadziła do chęci rekordów i zdobywania laurów na wyścigach. Trenowałem do długich biegów na wytrzymałość i szybkość. Niebawem byłem jeźdźcem, z którym nikt się nie mógł mierzyć. Mając lat piętnaście, zdobyłem pierwsze miejsce w biegu stukilometrowym, pierwszy raz jeżdżąc na torze lwowskim, zdobyłem drugą nagrodę w rywalizacji ze starszymi ode mnie o dziesięć lat zawodowcami. I kiedy pierwszy raz ujrzałem w piśmie ilustrowanym moją fotografię z opisem kolarskiego wyczynu, poczułem, co to jest słodycz sławy. Nie wiedziałem wówczas jeszcze, ile to tak upajające słowo ma w sobie goryczy, jak ciężko trzeba pracować, aby uśmiech losu nie stał się przyczyną rozczarowań, które mogą i zmarnowały niejednemu życie. Ale ambicje kolarza przeszły szybko, jak wiele rzeczy mija z wartko płynącą młodością. Nie minęło tylko to, co raz zakiełkowało: ambicja wybicia się z szarego tłumu zjadaczy chleba.

Zbliżał się czas składania egzaminu dojrzałości. Zamknięcie jednego okresu, w którym dziecko dorasta w młodzieńca – otwarcie szeroko wrót, poza którymi są wszystkie ponęty młodości i praca, mająca później wprowadzić na szeroki gościniec przeznaczenia w życiu.

Siódma i ósma klasa w gimnazjum w dawnej Galicji, te dwa ostatnie lata szkoły średniej, przeładowane były wykładami ze wszystkich niemal dziedzin wiedzy – przy bardzo marnie opracowanych podręcznikach. Najgorszy z nich był jednak trzytomowy zarys historii powszechnej Wincentego Zakrzewskiego, uzupełniony czwartym tomem dziejów Polski Anatola Lewickiego. Zakrzewski nie miał zupełnie zmysłu pedagogicznego, nagromadził olbrzymią ilość faktów i dat, podzielił wszystko na krótkie, niewiążące się ze sobą ustępy, telegraficznym stylem notując wypadki i zdarzenia dziejowe. Wszystko to było suche jak sieczka i rozpadało się jak sucha glina. Nasz nauczyciel historii Jacek Zieliński, typ starego Polonusa z sumiastym blond wąsem, również nie odznaczał się darem obrazowego malowania dziejów i najczęściej ograniczał swoje wykłady do opowiadania odpowiednich ustępów z Zakrzewskiego – swoimi słowami. Toteż lekcje te należały do najnudniejszych i najcięższych. Zadawane do nauki dwie czy trzy strony doprowadzały nas, uczni, do rozpaczy. Byli tacy, co wykuwali na pamięć Zakrzewskiego, byli tacy jak ja, którzy chcieli poza datami, wojnami i bitwami dopatrzyć się życia w dawnych wiekach i na własną rękę snuli domysły historyczne, najgorzej kończące się przy egzaminowaniu przez prof. Zielińskiego. Nauczyciel irytował się, nie umiał domysłów prostować i zaspokoić ciekawości szerszym i barwniejszym wykładem, i radził sobie sposobem najprostszym: „Siadaj, masz dwóję!”. Bywały półrocza, kiedy wszyscy mieli dwóję zapisaną w jego notesie i zdawało się, że przy klasyfikacji duża część kolegów przepadnie, innym słaba lub zła nota z historii popsuje świadectwo, na którym po kilka przedmiotów było ze stopniem „celująco”. Ale nasz srogi, nigdy do uśmiechu nieskłonny profesor Jacek miał, jak się okazywało, złote serce i przy ostatecznej klasyfikacji stawiał stopnie zależnie od wyglądu całego świadectwa. W ten sposób historia powszechna była przedmiotem najmniej lubianym, najgorzej rozumianym, ale figurującym w świadectwie z notą niepsującą uczniom przechodzenia dalej.

Całkiem inaczej miała się rzecz z literaturą polską, traktowaną w gimnazjach galicyjskich szeroko, dużo szerzej niż literatura niemiecka, jedyna zresztą z literatur obcych wykładana w tych uczelniach. Podręcznik piśmiennictwa polskiego obowiązujący ówcześnie był pióra tegoczesnej sławy polonistycznej Stanisława Tarnowskiego, świetnego mówcy i chluby Uniwersytetu Jagiellońskiego, jego rektora i prezesa krakowskiej Akademii Umiejętności. Dla celów szkolnych przystosowana była ta literatura przez Józefa Wójcika, dyrektora naszego gimnazjum, pedagoga starej daty. Nie można rzec, aby książka ta miała jakieś walory specjalne, toteż nie ona nas zajmowała i nie ona przyczyniła się do rozmiłowania w piśmiennictwie ojczystym, ale wykłady nauczyciela, którym był Józef Kantor. W małym galicyjskim mieście, jakim na początku XX wieku był Jarosław, ten gimnazjalny wykładowca stanowił chlubny wyjątek. Sam gruntownie wykształcony, kolegujący się z Franciszkiem Smreczyńskim (Władysławem Orkanem), twórcą Drzewiej, przyjaźniący się z Kazimierzem Tetmajerem i autorem znakomitych sonetów tatrzańskich Franciszkiem Nowickim, zajmował się literaturą fachowo. W młodości ogłosił w wydawnictwach Akademii Umiejętności folklorystyczny zarys wsi rodzinnej Biały Dunajec,przygotował jedyną antologię Poezji Tatr (1909) i dał wnikliwą analizę Księdza Marka. Wykłady jego odznaczały się polotem, wychodził w nich daleko poza ramy podręcznika Tarnowskiego i Wójcika, umiał zainteresować ucznia tematem. Od niego dowiadywaliśmy się o twórczości Norwida, który świeżo wtedy odgrzebany przez Miriama, a szczegółowo omówiony przez Adama Krechowieckiego, był modny i na ustach wszystkich, on długo i szeroko prawił o Młodej Polsce i jej najwybitniejszym przedstawicielu – Stanisławie Wyspiańskim.

Nasz entuzjazm dla poetów i poezji rósł z godziny na godzinę. Jedni zaczęli pisać poezje, inni rozczytywali się w dawniejszej i nowszej literaturze, tak że w szkolnej bibliotece był tłok, rojno i gwarno, jedni drugim wydzierali książki, by prędzej poznać tego czy tamtego autora. Mnie podręcznik literatury nie zadowalał, nabyłem więc za moje oszczędności sześciotomowe dzieło Tarnowskiego oraz Współczesną literaturę Wilhelma Feldmana, najpoczytniejszą w tych czasach książkę, której coraz to nowe wydania ukazywały się w pięknych edycjach. Feldman i Tarnowski, ci dwaj diametralnie różni pisarze, o różnym rozumieniu posłannictwa literatury i różnie pojmujący jej zadania i cele, byli mentorami urabiającymi pierwszy sąd o piśmiennictwie. Jakże inaczej mówił rektor Tarnowski o „pani Konopnickiej” i „pani Orzeszkowej” – niż redaktor „Krytyki”, nadający ton w najnowszej literaturze sądom o tych pisarkach. A już sprzeczność sądów o Przybyszewskim i Wyspiańskim była rażąca. Tu bezapelacyjne potępienie – tam bezgraniczne uwielbienie, tu przyznawanie się do niezrozumienia – tam wykład najzawilszych zagadek, które jednak zagadkami zostawały nadal. Trzeba było dalszych studiów, aby wiedzieć, komu przysądzić rację. A więc broszury Stanisława Lacka, pisane zawile, trudno, a więc szkice Jana Stena, rozprawki Antoniego Potockiego. Tarnowski w dyskusjach szkolnych przepadał z kretesem, ale wszyscy godziliśmy się na jedno: że nikt tak pięknie o dawnej literaturze polskiej pisać nie umiał jak on – i pewnie dlatego że stary, nie odczuwa nowych prądów i ducha młodych. Tym niemniej studiowaliśmy książkę jego o Sienkiewiczu, widząc w niej jedyny komentarz światły, o ileż wyżej stojący od suchej książki Piotra Chmielowskiego.

Wieść o śmierci Stanisława Wyspiańskiego (1907) okryła żałobą nasze kółko literackie. Postanowiliśmy wysłać delegację z wieńcem na pogrzeb. Myśl ta bardzo podobała się prof. Kantorowi, który objął przewodnictwo. Do delegacji tej prócz dwu kolegów wszedłem i ja. Byłem przejęty tą misją, nerwowo podniecony i tak głęboko zasmucony, jakbym stracił kogoś najbliższego. Pamiętam, iż tych kilka godzin drogi, która dzieliła Jarosław od Krakowa, przejechaliśmy wszyscy w zupełnym milczeniu, jakby się obawiając, by słowa nie kontrastowały z żałobą po utracie drogiego poety, uznanego przez wszystkich za wieszcza narodu. Kraków, który wtedy widziałem po raz pierwszy, zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Stare mury Sukiennic i wieży mariackiej wydały mi się wizją przeszłości potężnej, Wawel czymś, gdzie mógł królować geniusz tylko Wyspiańskiego. Przypomniał mi się pogrzeb z Kazimierza Wielkiego i ciągle powracał refren: „Idą posępni, a grają im dzwony ze wszystkich kościołów, a grają im dzwony żałobne…”. W nieprzebranym tłumie zginęła nasza delegacja, szliśmy stłoczeni, unoszeni niemal przez cisnące się rzesze, nieprzebrane czarne mrowie ludzkie. Kondukt wolno posuwał się ku Skałce, gdzie na wieczny spoczynek miały być złożone zwłoki twórcy Wyzwolenia. Ponad tą masą ludzką płynęła mała trumna, w którą wszyscy mieli utkwiony wzrok. Patrzyłem na nią i łzy płynęły mi rzęsiście z oczu. Prócz niej nie widziałem już nic, ani tych wieńców, których stosy złożono później na trumnie w krypcie, ani tych delegacji włościan, które następnie snuły się ulicami Krakowa. W uszach stale mi dźwięczał dzwon Zygmunta, owa „żałość górująca”. Przejęty byłem na wskroś, tak że nie umiałbym powiedzieć, czy ceremonia pogrzebowa trwała kwadrans, czy kilka godzin. Oprzytomniałem dopiero pod wieczór na dworcu, kiedyśmy się zebrali do drogi powrotnej. Nie chciałem ani jeść, ani pić, tylko odczuwałem śmiertelne znużenie. Całą drogę przespałem jak w malignie. W domu pierwsze słowa matki były: „A z tobą cóż się dzieje?”. Popatrzyłem na siebie w dużym lustrze w przedpokoju. Istotnie, żałosny przedstawiałem widok: włosy miałem wzburzone, twarz czarną, oczy podkrążone, płaszcz zmięty i zabłocony. Nic nie odrzekłem, rozpłakałem się. Byłem nerwowo wyczerpany, głęboko smutny.

W następnych dniach powstała myśl uczczenia poety: zasiadłem do napisania broszury o nim. Śmiałe to przedsięwzięcie zrodziło się z entuzjazmu, ale bez przygotowania. Wydawało mi się, że trzeba swoje umiłowanie, swoją cześć dla Wyspiańskiego przekazać innym. Tak powstało tych kilkadziesiąt stron, które później, jako pamiątkę mego egzaminu dojrzałości, wydał zaprzyjaźniony księgarz jarosławski – Józef Meinhart. Lekkomyślność wydawców zawsze była duża. W kilka miesięcy po ukazaniu się tej książeczki pisał w „Słowie Polskim” Hieronim Wierzyński (dziennikarz i publicysta, wówczas we Lwowie, później współpracownik „Gazety Warszawskiej”, brat poety Kazimierza), że jest to przejaw tego uwielbienia, jakim otaczała młodzież Stanisława Wyspiańskiego. Cóż więcej napisać można było o broszurze osiemnastoletniego ucznia, kiedy autor Wesela był długo jeszcze dla jednych „pogrobowcem romantyzmu”, a inni rodowód jego z XVIII wyprowadzali stulecia (Adam Grzymała-Siedlecki).

Ostatni rok studiów gimnazjalnych upłynął w nerwowym napięciu przedegzaminowym. Przygotowywało się tzw. lekturę prywatną, polegającą na systematycznym zapoznaniu się z wszystkimi najwybitniejszymi autorami i przygotowaniu streszczeń ich dzieł, robieniu tablic chronologicznych historii powszechnej i polskiej, powtórkach z matematyki i fizyki, czytaniu klasyków jako dopełnienia nauki łaciny i greki, powtarzaniu literatury niemieckiej i zdawaniu sprawy z przeczytanych utworów pisarzy niemieckich. Te colloquia prowadził z nami domorosły germanista Jan Nowak, typ nauczyciela prowincjonalnego, który dawno zapomniał już o tym, co słyszał kiedyś na uniwersytecie, który nic nie czytał i niczym nie interesował się prócz róż, które miał w ogrodzie przy swojej willi, tonącej stale w tumanach kurzu pobliskiej drogi. Wyzyskiwaliśmy jego naiwność i brak oczytania i zdawaliśmy mu sprawę z przeczytanych dzieł polskich, doczepiając do nich nazwiska autorów niemieckich. Nie poznał się on na tym i zapisywał nam dobre noty z niemieckiego. Podstęp ten miał jednak tę dobrą stronę, iż nauczyliśmy się dość sprawnie streszczać w obcym języku płody literatury ojczystej.

Matura ówczesna była aktem uroczystym, z udziałem delegata Rady Szkolnej Krajowej, którego więcej obawiali się nauczyciele niż uczniowie. Raporty bowiem owego delegata charakteryzowały – na podstawie przygotowania uczni i ich odpowiedzi – zdolności pedagogiczne grona nauczycielskiego, od czego zależny był awans lub przeniesienie wykładowcy na lepszą posadę w większym mieście. Toteż trema przedegzaminowa opanowywała nie tylko kandydatów, ale i tych, co mieli być ich sędziami. Zdarzało się, że słabsi uczniowie byli przed maturą przygotowywani przez samych nauczycieli, którzy przez zadawanie im stale jednego pytania lub powtarzanie tego samego tematu wskazywali, że to właśnie będzie przedmiotem indagacji maturycznych. Mnie przez całe półrocze nie zadawano żadnych pytań, nie byłem wywoływany, tak że jedyne wiadomości o mnie mieli nauczyciele na podstawie zadań pisemnych szkolnych i domowych. Nie wiedziałem, jak ustosunkuje się do mnie i do dwu innych jeszcze kolegów, którzy byli tak samo traktowani, komisja egzaminacyjna i czy nauczyciele są tak pewni naszego przygotowania, że stanu jego badać nie uważali za stosowne, czy też chcą wystawić nas na ogniową próbę pytań dopiero przy maturze.

Zagadka miała niebawem się rozwiązać. Już egzamin pisemny okazał dużą pobłażliwość w stosunku do kandydatów, choć dla mnie właśnie to mogło się było skończyć niespodziewanie fatalnie. Kiedy bowiem prof. Wołek wypisywał na tablicy temat grecki, który był ogromnie łatwy – uradowany tym, zbyt głośno zawołałem do mego sąsiada: „A to się Wół wysadził!”. Usłyszał to prof. Wołek, który bardzo wrażliwy był na brzmienie swego nazwiska, wpadł w gniew i kazał mi opuścić salę egzaminową. W ten sposób została odebrana mi możność złożenia wypracowania greckiego, co eliminowałoby mnie z listy kandydatów. Nie namyślając się wiele, zasiadłem na korytarzu szkolnym do pisania zadania, które ukończyłem już po godzinie i miałem jeszcze dalszą godzinę czasu do namysłu, jak sprawę załagodzić. Postanowiłem uderzyć w pokorę. Z miną potulną poszedłem do tercjana, który pilnował wstępu do gabinetu dyrektora gimnazjum, i wsuwając mu w dużą i brudną łapę koronę – prosiłem o wstawiennictwo do dygnitarza szkolnego, by mnie zaraz przyjął. Wstęp udał się i stanąłem przed grubym, pękatym człowieczkiem w okularach, który, nim jeszcze drzwi zamknąłem za sobą, wołał: „No co, no co, tylko prędko, bo nie mam czasu”. Powiedziałem krótko, co się stało, i dodałem: „Zadanie napisałem na korytarzu, który jest najlepszą klauzurą, gdyż nie było nikogo”. Widziałem, że dyr. Ignacy Rychlik (historyk, autor ciekawych Dziejów Jarosławia, późniejszy poseł na pierwszy sejm polski) miałby ochotę roześmiać się, ale przygryzłszy wąsa i patrząc ponad okulary na mnie, zaczął swoją admonicję, dodając: „Mnie to nic nie obchodzi, profesor Wołek pewnie złoży raport do delegata, będziesz wykluczony od egzaminu; ładnie, ładnie, maturzysta lży profesora; wyjdź, niech cię nie widzę więcej!”. Jeśli odejdę z niczym – myślałem – wszystko przepadnie; oby przynajmniej moje wypracowanie było przyjęte. Podszedłem więc kilka kroków do biurka dyrektorskiego i złożyłem to, co napisałem. Dyr. Rychlik nic nie powiedział – tylko pulchną swoją dłoń położył na podsuniętym papierze. Ukłoniłem się i wyszedłem. Udałem się pod salę, gdzie moi koledzy jeszcze męczyli się nad zawiłościami greczyzny, i czekałem na wyjście prof. Wołka. Po kilkunastu minutach wyszedł z plikiem zadań pod pachą, a kiedy podszedłem do niego, odwrócił się, udając, że mnie nie widzi. Za chwilę znikł w swoim gabinecie w głębi korytarza i drzwi zamknął od wewnątrz na klucz, czego nigdy nie robił. Widać, że chciał uniknąć mego zjawienia się. Zostawała tedy ostatnia droga, pójść doń do domu i tam go przepraszać. Zdecydowałem się na to i już po godzinie dwunastej byłem w jego prywatnym mieszkaniu.

Służąca wprowadziła mnie do skromnego pokoiku, gdzie panował duży nieład. Wśród książek leżały zabawki dziecinne, na rozrzuconych papierach pełno tytoniu rozsypanego; na drewnianym postumencie stało gipsowe popiersie Solona, a obok rozbita duża flaszka atramentu. Za stołem w kącie pokoju siedział profesor chmurny, sapiąc i patrząc smutnym wzrokiem przed siebie. Chciałem zacząć od przeprosin – ale wyciągniętą ręką przerwał mi: „Dotknąłeś mnie głęboko, naigrawając się z mego nazwiska. Nie oceniasz, ile pracy poświęcam wam, abyście wyszli na ludzi. Ośmieszasz mnie przed kolegami i to ma świadczyć o tej dojrzałości, której świadectwo masz dostać. Zastanów się, czy jesteś dojrzały. To nic, żeś dobrze napisał zadanie. Zadanie maturyczne nie decyduje o losach człowieka w życiu. Tam trzeba czegoś więcej”. Rozczuliło mnie to, co powiedział ten zacny, życiem zmęczony biedny nauczyciel; schwyciłem jego rękę i ucałowałem jak rękę ojca. Wyrwał mi ją i zobaczyłem w jego oczach łzy. „Idź, idź, zadanie masz celująco. Greki nie będziesz zdawał wobec tego przy ustnym – tylko łacinę u Krukowskiego”.

Rozpłakałem się jak dziecko i długo uspokajać mnie musiał dobry, kochany profesor Wołek.

Wracając do domu, przypomniałem sobie po drodze pierwszy mój figiel szkolny z wierszem o abecadle. Teraz opuszczałem ławy szkolne, także figlem, ale z głębokim morałem: „W życiu trzeba czegoś więcej”. Czego? Odpowiedziały na to lata następne.

ROZDZIAŁ IIW MIŁYM MIEŚCIE1909–1914

Lwów w roku 1909 – Ośrodek wiedzy: uniwersytet i grono profesorskie – Józef Kallenbach, człowiek i pisarz – Na przyjęciu dla Władysława Mickiewicza – Wilhelm Bruchnalski – „Zgubiony” rękopis – Facecje historyka literatury – Adam Antoni Kryński, Wiktor Hahn, Bronisław Gubrynowicz, Konstanty Wojciechowski – Indywidualność Szymona Askenazego – Bronisław Dembiński i Adam Szelągowski – Twórca Bibliografii historii polskiej– Wśród filozofów: Kazimierz Twardowski, Mścisław Wartenberg – Filolodzy: Stanisław Witkowski i Tadeusz Sinko – Uczony-poeta: Edward Porębowicz – Jan Kasprowicz – Od dziennikarstwa do katedry uniwersyteckiej – W życiu codziennym i w twórczości – Ojciec alchemika: Emil Dunikowski – Chirurg pod parasolem na rowerze – Kwestia ukraińska w gmachu przy ulicy św. Mikołaja – Prace biblioteczne – Bibliotekarze uniwersyteccy – Ossolineum i jego atmosfera – Niemiecki poeta i historyk polski: Wojciech Kętrzyński – Współpracownicy – Starzy w Czytelni dla Młodzieży – Muzeum XX. Lubomirskich – Prasa lwowska przed wojną roku 1914 – Władysław Łoziński, autor Życia polskiego, jako redaktor – Przyjaciel Sienkiewicza: Adam Krechowiecki – Michał Rolle – „Słowo Polskie” pod redakcją Zygmunta Wasilewskiego – Kornel Makuszyński – Tam na błoniu błyszczy kwiecie: Stanisław Niewiadomski – Współpracownicy „Słowa” – Młodzi poeci – Ślepy bard – Pomniejsi – „Kurier Lwowski” – Bolesław Wysłouch i jego sztab – „Dziennik Polski” na gruzach własnej tradycji – „Śmigus” – „Gazeta Narodowa” Aleksandra Vogla – Ostrogi dziennikarskie przyszłego generała – Ludwik Masłowski i „Przegląd” – Prasa nowoczesna: „Wiek Nowy”, „Gazeta Poranna” i „Gazeta Wieczorna” – Roger Battaglia, baron, bankier i dziennikarz – Humor „Szczutka” i flirt z historią – Kondotierzy dziennikarscy – Czasopisma naukowe i literackie – Teodor Jeske-Choiński we Lwowie – Literaci lwowscy – Wolni synowie Apollina – Ostatnie lata Gabrieli Zapolskiej – Młodość Leopolda Staffa – Pomniejsi – Uczeni bez katedr: Ludwik Kubala, Henryk Biegeleisen, Tadeusz Pini – Księgarze i wydawcy lwowscy – Antykwarnie – Artyści, malarze i rzeźbiarze – Teatr – Dwa wielkie nazwiska: biskup Władysław Bandurski i dr Tadeusz Rutowski – Ostatnie dni spokojnego Lwowa

Lwów na lat kilka przed wojną światową był dla mieszkańców Galicji małym Wiedniem. Tu były najwyższe władze krajowe, tu obradował sejm, mający dostojnego marszałka, tu rezydował cesarski namiestnik, tu była jedyna politechnika polska, na którą ściągały liczne rzesze młodzieży z Królestwa, i uniwersytet, cieszący się w owych czasach sławą niepoślednią. Życie lwowskie, jakkolwiek charakterystyczne piętno nadawała mu biurokracja, miało swoiste żywe tętno, środowiska rozpolitykowane, partie polityczne, dość dużą i nie na niskim poziomie prasę oraz ciekawe grupy literackie i artystyczne. Wszystko to krążyło jednak koło gmachu przy ulicy Mikołaja, gdzie w starym, opuszczonym budynku, z dużym rozpiętym austriackim orłem na frontonie, mieściła się Wszechnica Kazimierzowska. Na tej wszechnicy bowiem skupiała się elita umysłowa, kierownicy myśli politycznej i naukowej. Dość powiedzieć, że wykładał wtedy na wydziale prawnym odgrywający tak dużą rolę w stronnictwie narodowym prof. Stanisław Grabski, a na wydziale filozoficznym Jan Kasprowicz, że młode pokolenie historyków skupiał koło siebie Szymon Askenazy, a studiom polonistycznym przewodzili Józef Kallenbach i Wilhelm Bruchnalski.

Środowisko to nęciło mnie i po przyjeździe w sierpniu 1909 roku do Lwowa nie miałem już żadnych wątpliwości, że rozminę się z wolą moich rodziców, którzy marzyli dla mnie o karierze urzędniczej – i wstąpię na wydział filozoficzny uniwersytetu. Do zaczęcia wykładów było jeszcze dwa miesiące, które poświęciłem na zwiedzenie zabytków Lwowa, jego muzeów i bibliotek. Wreszcie doczekałem się momentu, kiedy jako civis academicus składałem pierwsze moje wizyty profesorom, których prelekcji miałem słuchać, względnie prowadzić prace w ich seminariach. Jako polonista, który poboczne przedmioty miał: historię, filologię klasyczną, romanistykę, filozofię ścisłą i pedagogikę, zacząłem od przodującego na głównej katedrze profesora Kallenbacha. Wiedziałem już, iż głośny monografista Mickiewicza i Krasińskiego był przez szereg lat profesorem w uniwersytecie fryburskim, w Warszawie bibliotekarzem księgozbioru Krasińskich, a we Lwowie zajął katedrę po Piotrze Chmielowskim, najgruntowniejszym historyku literatury dawniejszej i najskrupulatniejszym, choć mało wnikliwym krytyku piśmiennictwa współczesnego. W pierwszym półroczu ogłosił Kallenbach wykłady O polskiej literaturze emigracyjnej, a więc o okresie mickiewiczowskim, najlepiej mu znanym, o którym najwięcej miał do powiedzenia.

Pierwsze moje zetknięcie z tym uczonym, z którym później w zażyłych długoletnich pozostawałem stosunkach, sprawiło na mnie wrażenie niewyraźne. W dość ciemnym gabinecie, obstawionym szczelnie wysokimi półkami pełnymi książek, siedział przy stole mężczyzna lat około pięćdziesięciu, o siwiejących skroniach, w binoklach o grubych szkłach i o małym blond wąsie. Mówił dość powoli, akcentem wybitnie lwowskim (był bowiem urodzonym lwowianinem, synem znanego w latach siedemdziesiątych XIX wieku księgarza). Krótkie pytania i odpowiedzi nie nawiązywały rozmowy, do jakiej przygotowałem się i jakiej pragnąłem. Wszystko ograniczało się do indagacji uczniowskich, notowanych w kajecie: imię i nazwisko, ile ma lat, gdzie ukończył gimnazjum, czy polonistyka jest głównym przedmiotem. Zagadnąłem, czy będę mógł być przyjęty do pracy w seminarium – na co otrzymałem odpowiedź: „To zobaczymy jeszcze” – po czym profesor, unosząc się lekko na fotelu, podał mi rękę; wizyta skończona. Już kiedy byłem w drzwiach, usłyszałem pytanie: „Czy to pan wydał broszurę przeciw Weyssenhoffowi?”. Chodziło tu o mój polemiczny szkic, który ogłosiłem z powodu artykułów w „Tygodniku Ilustrowanym” w roku 1909, pt. O laurach Wyspiańskiego. Jako wielbiciel twórcy Nocy listopadowej parowałem zarzuty Weyssenhoffa przeciw Wyspiańskiemu, przeciwstawiając mu to, co w tym samym „Tygodniku Ilustrowanym” kilka lat przedtem pisał Kazimierz Przerwa-Tetmajer O wielkim poecie. W tych moich wywodach znalazłem poparcie Ignacego Matuszewskiego i Wilhelma Feldmana, którzy nie mniej ostro, ale o wiele gruntowniej rozprawiali się z autorem Podfilipskiego. Pytanie Kallenbacha ucieszyło mnie niezmiernie i sądziłem, że zacznie się na ten temat dyskusja. Na potakującą moją odpowiedź odrzekł on jednak krótko „dobrze” i zaczął przeglądać papiery leżące przed nim. Widziałem, że profesor nieskory jest do pogawędki z nowym swoim uczniem. Ale pochlebiało mi to bardzo, że wiedział o moich „wyczynach” pisarskich.

Na wykłady Kallenbachowskie uczęszczałem bardzo pilnie, notując skrupulatnie to, co mówił. Było w tym dużo treści, zwłaszcza wiele ciekawych szczegółów o prasie na emigracji, o Lachu-Szyrmie i poezjach Garczyńskiego, o artykułach politycznych Mickiewicza w „Trybunie Ludów” – ale mówione było monotonnie, bez polotu, stylem referatu, streszczającego niekiedy całe strony z Gadona Emigracji polskiej. Raz na wykład przyniosłem świeżo nabyte, a właśnie dopiero co wydane przez Kallenbacha Nieznane pisma Mickiewicza, wydobyte z archiwum filomatów wileńskich – i książkę tę położyłem na ławce obok siebie. Spostrzegł to profesor i po wykładzie skinął na mnie, a kiedy zbliżyłem się, powiedział: „Widzę, że pan zajmuje się Mickiewiczem; teraz na seminarium komentujemy pisma filomackie – proszę w środę przyjść o piątej”. Było to wyróżnienie nie lada, gdyż z pierwszego roku studiów uniwersyteckich Kallenbach nie dopuszczał zasadniczo nikogo na seminaria, na które uczęszczali razem słuchacze aż do czwartego roku włącznie. Od tego czasu brałem bardzo czynny udział w referatach i koreferatach – z seminarium tego miała też wyjść za lat cztery moja na materiałach rękopiśmiennych oparta rozprawa o poecie 1863 roku Mieczysławie Romanowskim, którą Kallenbach przyjął jako dysertację doktorską. Stosunki moje z profesorem stały się bardzo bliskie, odprowadzałem go po wykładach do domu, dyskutując o różnych tematach literackich, często byłem doń proszony na popołudniowe herbatki.

Najokazalsze przyjęcie wydał Kallenbach z okazji przyjazdu do Lwowa syna Adama Mickiewicza, Władysława. Zgromadził się wtedy w jego szczupłych salonach cały świat literacki Lwowa. Czekaliśmy wszyscy na zjawienie się dostojnego gościa, który spóźniał się nieco. Naraz krótki dzwonek oznajmił jego przyjście. Kallenbach w asyście córek i mojej wyszedł na spotkanie do przedpokoju, w którym stanął rześki staruszek z siwą strzępiastą brodą, z kapeluszem w ręku, bez palta mimo późnej i zimnej jesieni. Podobno nawet zimą nigdy nie używał ciepłej odzieży. Profesor, wskazując na nas troje ręką, rzekł, śmiejąc się, do Mickiewicza: „Oto moje pociechy”. Ale ta rekomendacja nie uczyniła na starym panu wrażenia, widocznie wszędzie przedstawiano mu swoje pociechy, które nie cieszyły jego starości. Zacierając ręce, wszedł do salonu i zaczął witać się ze zgromadzonymi. Miał duże obycie, umiał z każdym zamienić dwa słowa, przywykły do hołdów odbieranych za ojca, gładko połykał pochlebstwa, odpowiadał zdawkowo, z godnością. Wreszcie usiadł na środku pokoju na kanapie, wokół której zebrali się wszyscy zwartym kołem. Mickiewicz mówił o wrażeniach, jakie na nim zrobił Lwów, dawno niewidziany, wyrażał podziękowanie Kallenbachowi za podjęcie nowej edycji pism wieszcza w ruchliwej Księgarni Kresowej F. Westa w Brodach. Za chwilę przeszliśmy do jadalni, gdzie podano kolację. Mickiewicz, jak na swoje sędziwe lata, jadł sporo, nie odmawiał, gdy mu przysuwano potrawy po raz drugi i trzeci. Często popijał wino, przywykły do zwyczajów francuskich.

Pod koniec kolacji zaczęło dwóch wypożyczonych na mieście lokajów roznosić na tacach szampana w wysmukłych kieliszkach. Z trudem przesuwali się w małym pokoju między ścianą a krzesłami otaczającymi stół jadalny. Jeden z nich tuż obok mnie potknął się, a wszystkie kieliszki z wysoko unoszonej tacy po kolei szybko zsunęły się na mój nowiuteńki frak i lśniący białością sztywny gors koszuli. Jeden, a może i więcej spadło mi na głowę, zalewając fryzurę i oczy. Część gości głośno śmiała się z tej przygody, nie żałując zmarnowanego drogocennego trunku, mnie jednak wcale to zabawnym się nie wydało. Córki gospodarza i on sam ocierali mnie serwetami, ale niewiele to pomagało – wyglądałem jak kura zmokła na deszczu. Naturalnie humor mój harmonizował z tym wyglądem. W każdym razie miałbym go o wiele lepszy, gdyby ta ilość napoju zużyta była wewnętrznie. Odczekawszy końca kolacji, ulotniłem się po angielsku. Frak był doszczętnie zmarnowany – wystąpiły na nim rude plamy, które nie dały się nawet chemicznie wywabić.

Zupełnie inny typ uczonego przedstawiał Wilhelm Bruchnalski, wykładający wówczas starszą literaturę na Uniwersytecie Lwowskim. Precyzja badań naukowych, spisywanych stylem ciężkim, nie czyniła rozpraw jego lekturą miłą. Zajmowała go metryka utworów poetyckich, badał Bogurodzicę, poświęcał się studiom gramatycznym, naśladując w tym nauczyciela swego Romana Piłata, którego rękopis Literatury częściowo przygotował do druku. Z okazji stulecia „Gazety Lwowskiej”, które uczczono wydaniem olbrzymiej monografii tego urzędowego dziennika, stał się dziejopisem czasopiśmiennictwa galicyjskiego, podmalowując ciekawie tło i stosunki krajowe, których odbiciem miała być „Gazeta”. Bruchnalski był redaktorem naczelnym wydawnictwa jubileuszowego, w którym nie sam pracował. Dużą część wziął na siebie Bronisław Gubrynowicz, bibliografię dodatku naukowego i „Przewodnika Naukowo-Literackiego”, który był miesięcznym dodatkiem do „Gazety Lwowskiej”, pod czujnym okiem Bruchnalskiego zestawili Władysław Staniszewski i Franciszek Krček. Wielotomowa księga, przygotowywana dwa czy trzy lata, już w czasie druku ciągle utykała z powodu braku rękopisu, głównie naczelnego redaktora. Bruchnalski bowiem z natury był bardzo powolny i nie lubił, gdy go przymuszano do terminowej pracy. Toteż dochodziło do częstych scysji między nim a Adamem Krechowieckim, redaktorem „Gazety Lwowskiej”. Bruchnalski ciągle wyszukiwał nowe przeszkody, wymawiał się chorobą, później niemożnością dotarcia do jakiegoś ważnego szczegółu, to pracą uniwersytecką. Ale Krechowiecki, na nic nie zważając, naglił coraz to bardziej. Bruchnalski, który właśnie przeprowadzał się wówczas na ulicę Długosza w pobliże uniwersytetu, skorzystał z tego i oznajmił, że w czasie przeprowadzki zginął cały kosz od bielizny, pełen rękopisu już gotowego do druku. Krechowiecki naturalnie nie wierzył, ale wpadł na pomysł wyznaczenia nagrody 500 koron, jeśli rękopis znajdzie się w ciągu miesiąca. To poskutkowało. Widziałem sam, przychodząc do Bruchnalskiego, jak go „szukał”. W szlafroku, nieumyty i nieczesany, obstawiony książkami, zapisywał swoim drobnym pismem niebieskim atramentem arkusze, które z dumą rozkładał po całym pokoju. Śmiejąc się, mówił: „Dziś »znalazłem« piętnaście stron druku”. Po miesiącu bardzo znaczna część rękopisu była w drukarni, reszta „odszukała się” za kilka tygodni. Krechowiecki był słowny i znaleźne honorarium wypłacił.

Ale oprócz dawnej literatury polskiej był Bruchnalski nie gorszym znawcą literatury XIX wieku. Jego studium o Niemcewiczu i Mickiewiczu, jego uwagi o Sienkiewiczu chlubę przynoszą oryginalności ujęcia tego uczonego.

Jako człowiek był to przemiły starszy jegomość, przyjaciel młodzieży, lubiący z nią przestawać. Długie lata był kustoszem Ossolineum, gdzie nie tyle pracował dla biblioteki, ile w bibliotece dla siebie. Mawiał jednak, że wśród kurzu książkowego mózg zapyla się i rdzewieje. Toteż kiedy młody wówczas asystent tego Zakładu Narodowego, Adam Fischer, otrzymał nominację na skryptora, Bruchnalski, składając mu gratulację, dodał: „Tylko niech się pan tu nie zasiedzi, bo po dziesięciu latach wszyscy tu głupieją zupełnie; ja to wiem najlepiej, gdyż siedziałem lat dwadzieścia”.

W stosunku do kolegów uniwersyteckich był uszczypliwy, Kallenbacha nie lubił i gdzie mógł, przypinał mu łatkę. O Askenazym miał zgoła odmienną opinię niż ogół i wcale nie cenił jego prac, a już o Księciu Józefie mówił całkiem ujemnie. „Nie wyczuł, panie dobrodzieju, jego psychiki, nie rozumiał polskości, bo skąd też, panie dobrodzieju, Askenazy do księcia”. Te wynurzenia usłyszałem od Bruchnalskiego, kiedy go tylko poznałem. Byłem zgorszony nieco, gdyż jako świeżo upieczony akademik nie znałem jeszcze zakulisowego życia uniwersyteckiego i nie wiedziałem, iż animozje, zawiści i plotki odgrywają w tym świecie taką samą rolę, jak w każdym innym skupisku ludzkim.

Bruchnalski był gadułą niepowściągliwym. Idąc ulicą, zatrzymywał każdego znajomego i mówił godzinami całymi. Zapominał, gdzie szedł i po co, czasem w ten sposób spóźniał się na wykład o dobre pół godziny, a nawet i więcej. Przeskakiwał z tematu na temat, opowiadał facecje, znał wszystkie nowości, a zawsze wszystko wiedział lepiej niż inni, we własnym naturalnie pojęciu. Jeśli ktoś pracował nad jakimś tematem – twierdził, że on go już dawno opracował i ma rękopis na strychu; jeśli ktoś odszukał niepublikowane autografy, on już przed trzydziestu laty miał je w ręku. Umówiliśmy się raz z Fischerem, iż zakomunikujemy mu odnalezienie „nieznanego” utworu Brodzińskiego. Bruchnalski oświadczył z powagą, że zrobił już kopię tego poematu jeszcze w czasie swoich studiów uniwersyteckich i dobrze, żeśmy mu przypomnieli, bo zaraz ogłosi w „Pamiętniku Literackim”, który przez lat kilka redagował. Ale jakże to nas ubawiło! Kilka razy potem przypominałem Bruchnalskiemu, czemu jeszcze nie było tej rzeczy w nowo wydanych zeszytach, na co z prostotą odpowiadał: „Zabrakło miejsca, bo trzeba innym dać możność druku przed pracami redaktora”.

Obok dwu katedr polonistycznych, zajmowanych przez Kallenbacha i Bruchnalskiego, wykładał „Zabytki staropolskie” Adam Antoni Kryński, a docentami byli Wiktor Hahn, Bronisław Gubrynowicz i Konstanty Wojciechowski. Współredaktor warszawskiego Słownika języka polskiego,autor książek Jak nie należy mówić i pisać po polsku,twórca własnej ortografii, która tak poróżniła pod względem pisowni zabory, był z wyglądu i usposobienia poprawnym biurokratą. Więcej niż niskiego wzrostu, o siwiejącej czuprynie i w szpic ściętej bródce, ubierał się Kryński po staroświecku w długi surdut, wysoki kołnierzyk i wiązał szeroki fantazyjny krawat. Starał się mówić wyraźnie, ostro akcentując słowa, zdaniami budowanymi według wszelkich zasad gramatycznych. Ani na chwilę nie zapominał, że jest lingwistą, i purytanizm językowy doprowadzał aż do przesady, upierając się przy kwestiach nikłych lub szczegółach, które poza kodeksem słownikowym jednak w żywym języku miały swoje prawo. Styl jego wykładów, a także tego, co pisał, był bezbarwny. Między poprawnością a żywością słowa jest jeszcze nieuchwytny dla gramatyków artyzm wyrażania myśli, umiejętność plastycznego przedstawiania rzeczy widzianych. Dobór wyrazów, ich dźwięk, niespodziane zestawienia, to wszystko, co składa się na piękno języka, jakże łatwo wymyka się z ram i reguł pedantycznych językoznawców, którzy pisząc najpoprawniej, nigdy klasykami prozy nie zostają. Kryński najlepszym był tego przykładem. „Zabytki staropolskie”, których kilka wydał zeszytów, komentował na swych wykładach tak po szkolarsku, iż nie różniły się te godziny wcale od wykładów np. greki w pierwszych latach nauki. Toteż niewielu miał słuchaczy, a większość i tej skromnej garstki najchętniej zjawiała się tylko na początku i końcu semestrów, aby otrzymać „nomina” i „frekwentacje”.

Wiktor Hahn objaśniał przeważnie utwory Juliusza Słowackiego. W dziesiątkach swoich szkiców i przyczynków badał genezę niemal każdego wiersza twórcy Króla-Ducha,uważał się za najlepszego znawcę jego twórczości, choć sam w ciągu długiego życia na większą książkę o umiłowanym poecie się nie zdobył. Jakże jednak od czci i wiary odsądził monografię Józefa Tretiaka! Atakował w niej szczegóły, a nie dopatrzył się tej świetnej syntezy, która dziełu temu zapewniła długi żywot. Tretiak bowiem prócz analiz, prócz szczegółów drugorzędnych – umiał wniknąć w treść i ducha poezji Słowackiego, umiał konstruować sądy oryginalne, czasem może ostre, nierzadko niesłuszne, jeśli chodzi o psychikę poety, ale jakże inteligentnie motywowane, jakie świadectwo bystrości krytycznej dające swemu autorowi. Hahn znalazł później konkurenta w Juliuszu Kleinerze, który zaczął oczyszczać dla siebie przedpole krytyką bardzo sumienną i drobiazgową dziesięciotomowego wydania jubileuszowego pism Słowackiego, ogłoszonych przez Hahna i Gubrynowicza w roku 1909. Wydanie to istotnie monumentalnym nie było, a najwięcej szpeciły je naiwne komentarze. Przyszły redaktor „Szczutka”, Stanisław Wasylewski, ukuł nawet na ten temat dwuwiersz, który na długo był pamiątką setnej rocznicy urodzin poety: „Dziś mamy jubileusz wielki: Hahn Wiktor znalazł Słowackiego szelki”.

Bronisław Gubrynowicz, wspomniany tu z okazji pism Słowackiego, był dyrektorem Muzeum Książąt Lubomirskich, zajmując równocześnie stanowisko docenta uniwersytetu. Pochodził z dobrej mieszczańskiej rodziny lwowskiej, ojciec jego zostawił dużą księgarnię, mieszczącą się w domu własnym, naprzeciw katedry, przy ulicy Teatralnej. Bronisław jednak, ożeniony z Lewentalówną, posażną panną warszawską, córką wydawcy „Kuriera Warszawskiego” – spuścizną ojcowską nie zajmował się wcale, zlecając ją bratu swemu Kazimierzowi, który również niewiele sentymentu okazywał dla księgarskiego fachu i z czasem stał się dyrektorem miejskiej Kasy Oszczędności, puszczając zasłużoną firmę na los opatrzności. Aspiracje Gubrynowicza szły wysoko. Za młodu pracował w rzymskiej stacji Polskiej Akademii Umiejętności i postanowił robić karierę naukową. Zaczął od komentowania Piasta Dantyszka, później zajął się romansem polskim w XVIII wieku – skończył na Brodzińskim, o którym tom pierwszy większej monografii ogłosił. Wszystkie te prace były staranne, mimo to katedry doczekał się dopiero w odrodzonej Polsce. Zresztą w tych czasach Gubrynowicz był już czymś bardzo wysokim w gradacji społecznej, był magnatem na wsi Gubry i miał tytuł hiszpańskiego granda. Po śmierci doczekał się ufundowanej przez rodzinę w kościele na Kahlenbergu tablicy marmurowej, gdzie ziemiańskie tytuły, z baronostwem na czele, przyćmiły skromną godność profesora uniwersytetu.

Bardzo zdolnym i ruchliwym był Konstanty Wojciechowski. Godził trudne i dużo rabujące czasu obowiązki dyrektora VI gimnazjum (przy ulicy Łyczakowskiej) z zajęciami sekretarza Macierzy Polskiej i redaktora jej wydawnictw, starannie przygotowywał swoje wykłady uniwersyteckie i znajdował czas jeszcze na poważną pracę naukową. Był gruntownym znawcą powieści polskiej, wzorowe napisał prace o Sienkiewiczu i Prusie, których charakter popularny nie przeszkadzał bynajmniej temu, że są najlepszymi rozprawami o tych pisarzach, pokusił się również dwukrotnie o syntezę całości dziejów literatury, raz opracowując je dla szkoły, potem w rozszerzonej znacznie formie dla zbiorowego wydawnictwa Macierzy o Polsce. Był oczytany, miał sąd jasny, dar i umiejętność niebanalnych analiz. Wykład jego odznaczał się dobrą, zwartą konstrukcją i przejrzystością. Jako pedagog umiał skupić słuchaczy i wprowadzić ich w tok swoich myśli i tematu. Kiedy z okazji setnej rocznicy urodzin Kolberga ogłosiłem artykuł w „Gazecie Lwowskiej”, Wojciechowski po jego przeczytaniu zwrócił się do mnie imieniem Macierzy o napisanie większej pracy o tym cenionym ludoznawcy. W ten sposób zbliżyłem się do Wojciechowskiego, którego pomocy wiele później zawdzięczałem w moich dalszych studiach. Do napisania broszury zaraz przystąpiłem i była w ciągu miesiąca gotowa, a ja z historyka literatury mimo woli wykierowałem się na jedynego monografistę Oskara Kolberga. Potem, po opuszczeniu już Lwowa, długo pozostawałem w ożywionej korespondencji z Wojciechowskim, a dla jego wydawnictw opracowałem jeszcze jedną rozprawkę O książce, wiernej przyjaciółce człowieka, która czytelnikom Macierzy w sposób popularny mówiła o systematycznej i celowej lekturze. Wojciechowski umarł młodo, czyniąc spadkobiercą swego nazwiska w piśmiennictwie syna Zygmunta, wybitnego historyka, późniejszego profesora Uniwersytetu Poznańskiego.

Wśród historyków na Uniwersytecie Lwowskim w czasach tych największą sławą cieszył się Szymon Askenazy. Wysoki, bardzo chudy, przygarbiony nieco, o twarzy pociągłej, wyrazistej, nad którą dominował ogromny sępi nos; starannie zawsze ubrany, w meloniku brązowym lub stalowoszarym, przechadzał się ulicami, wywijając laską opatrzoną srebrną kulą. Wzrok miał tak krótki, że czytał, wodząc nosem po papierze. Rękopisy jego na małych karteczkach odznaczały się niemal zupełną nieczytelnością. Był nerwowy, zaperzał się często, niepozbawiony zresztą sporej dozy impertynencji. Rozporządzając znacznym majątkiem, w ciągłych był niemal podróżach między Lwowem a Warszawą, gdzie miał rodzinę, Petersburgiem, Wiedniem i Berlinem, gdzie znów pracował w bibliotekach i archiwach, które dawały mu materiały pierwszorzędnej wagi do jego studiów. Wykłady na uniwersytecie należały do rzadkości, gdyż albo całe półrocze spędzał na urlopie, albo będąc we Lwowie, przez pedela wywieszał karteczkę na czarnej tablicy ogłoszeń: „Wykład odwołany”. Wolał zamiast prelekcji pracować z garstką wybranych uczni w seminarium, które wydało doskonałych historyków, jak Kukiel, Sokolnicki, Manteuffel, Kipa i in. Rozprawy ich publikował Askenazy własnym nakładem w „Monografiach historycznych”, których wyszło kilkanaście tomów, najchlubniej świadcząc o jego szkole historycznej. Jakkolwiek sam nie dobiegał pięćdziesiątki, miał za sobą bardzo poważny dorobek naukowy w postaci dwu wielkich monografii o Łukasińskim i księciu Józefie i dziesiątków rozpraw zawartych w Dwu stuleciach, Wczasach historycznych i Studiach historyczno-krytycznych. Jego Rosja–Polska i Przymierze polsko-pruskie były książkami czytanymi nie tylko przez historyków, ale i szeroki ogół. Przyczyniały się do tej popularności Askenazego rewelacyjne odkrycia, na których opierał się, a także sposób pisania żywy i śmiały. Niektórzy nawet twierdzili, iż był oryginalnym i dobrym stylistą.

Lata całe poświęcił Askenazy studiom epoki napoleońskiej i tuż przed wielką wojną zawarł umowę z księgarnią Altenberga na luksusowe wydanie książki Napoleon a Polska. Zaczął od dostarczenia wydawcy materiałów ilustracyjnych w olbrzymiej ilości. Alfred Altenberg zapalił się do tego wydawnictwa i z dużym nakładem kosztów kazał w firmach wiedeńskich robić reprodukcje. Przychodziły tego stosy całe do Lwowa. Tekst miał się drukować w zakładach graficznych Ossolineum. Na początek kilkadziesiąt karteczek skryptów znalazło się w ręku zecerów. Wczytywali się w Askenazowskie hieroglify, przyglądali się im przez szkło powiększające, słowa, których nie mogli odcyfrować, zakładali w złożonych wierszach blokami do wstawienia ich w korekcie przez autora. Ale po tygodniu zabrakło manuskryptu. Zaczęła się wędrówka do mieszkania profesora. Naprzód posyłano chłopców, skoro jednak przychodzili z niczym, wysyłano zecerów, potem metrampaża, a wreszcie sam dyrektor drukarni Jasiński szedł po rękopis, wierząc, że powagą swego stanowiska coś zdobędzie i rzuci w puste ręce składaczy. Skutek był nikły: dwie lub trzy kartki co dwa lub trzy dni.

Askenazy pisał bardzo trudno i mozolił się godzinami nad ćwiartką papieru. Między jednym napisanym ustępem a drugim pędził jeszcze do biblioteki, najchętniej Ossolińskich, i tam sprawdzał swoje notatki. Zamawiał od razu z magazynu kilkadziesiąt woluminów roczników pism, otwierał je wprawnym chwytem na oznaczonej stronie, przykładał szkła binokli do kart i błyskawicznie przebiegał wzrokiem po czarnych liniach druku. Z trzaskiem zamykał tomy, by nowe tak samo przeglądać. Góra książek rosła obok niego. Asystenci Ossolineum i bywalcy czytelni z podziwem patrzyli, jak pracuje znakomity uczony. Po godzinie takiej nerwowej galopady Askenazy szybkim ruchem zgarniał karteczki notatek bezładnie leżące na stole, wtykał je do lewej wewnętrznej kieszeni marynarki i opuszczał sale biblioteczne. Najczęściej nie fatygował się do pracowni, ale w dolnych salach biblioteki wertował zniesione księgi. Ten wyjątek chętnie dla niego czyniono. Ale Napoleon a Polska w owym zamierzonym wspaniałym wydaniu nie ukazał się nigdy. Wybuchła wojna 1914 roku – Askenazy wyjechał ze Lwowa, pracował z gronem Polaków w Szwajcarii, w nowej Polsce poświęcił się polityce, był przedstawicielem Rzeczypospolitej przy Lidze Narodów. Dopiero w roku 1924 wyszło to dzieło u Mortkowicza w Warszawie, na lichym papierze, bez ilustracji – i nie wzbudziło już tego zainteresowania, jak poprzednie książki Askenazego.

Autor po rozczarowaniach politycznych chciał wrócić do przedwojennej działalności uniwersyteckiej i czynił starania o powołanie go na katedrę historii polskiej w Warszawie. Szło to dość opornie, ze względów personalnych i intryg zakulisowych. Podkreślano jego żydostwo, sfery polityczne załatwiały z nim swoje porachunki partyjne, koła warszawskich historyków z Handelsmanem na czele niechętnym też na zabiegi jego patrzyły okiem. Bolał nad tym Askenazy, rozgoryczony był do życia i ludzi. Ale w końcu – zdaje się, że na życzenie Belwederu, z którym w dobrych był stosunkach – wydział postanowił dać mu katedrę i wysłano do przyszłego profesora delegację, w której brał udział również wykładający historię polską na Uniwersytecie Warszawskim Marceli Handelsman. Askenazy po wysłuchaniu uchwały wydziału zwrócił się do Handelsmana i klepiąc go protekcjonalnie, powiedział: „Jak pan sądzi, panie profesorze, czy dwu Żydów, wykładających dzieje Polski na jednym uniwersytecie, nie będzie za wiele?”. W tym zjadliwym pytaniu mieściła się odpowiedź Askenazego. Katedry nie objął i Żydem został do śmierci. A kiedy umarł w lat kilka potem, za żydowskim karawanem szła cała elita naukowa, korpus dyplomatyczny i przedstawiciele władz. Prasa zamilczała o jego żydostwie, z którego był zawsze dumny, i pisała, że zmarł wybitny historyk polski, doskonały polityk i człowiek wielkiego charakteru. Z żywymi inaczej się mówi!

Lwem salonów był Bronisław Dembiński, przystojny, elegancki mężczyzna o wybitnie słowiańskim typie. Konserwatysta z przekonań, klerykał ze względu na stosunki z księżmi i Kurią Biskupią, profesor uniwersytetu dla tytułu, historyk dla spędzania mile czasu w zaciszach bibliotecznych, wiceminister oświaty wreszcie dla ukoronowania dzieła życia. Bardzo zawsze uprzejmy, uśmiechnięty, wymowny i rozmowny, lubiany był powszechnie. Dla słuchaczy wyrozumiały i mało wymagający, miał z tego powodu audytorium dość liczne, ale nie wyborowe. Po długich latach seminarium jego nie wydało żadnego poważniejszego młodego historyka. Sam Dembiński nie wysilał się też zbytnio i dorobek jego naukowy bibliografii poważniej nie obciążył. Był znawcą epoki stanisławowskiej, choć inni znali ją lepiej, a książka jego na ten temat, wydana w Altenbergowskiej serii prac historycznych, przy ogłoszonych tam pracach Kubali, pod względem głębokości i źródłowości nie wypadła najświetniej. Licząc na swoją łatwość mówienia i zdolność opowiadania najniklejszych zdarzeń godzinami całymi, do wykładów niemal wcale się nie przygotowywał. Ci, co notowali te wykłady, czasem po godzinie mieli zapisany jeden konkretny szczegół. Toteż na wydawanie skryptów nie godził się. Umarł w sędziwym wieku w Poznaniu, skąd pochodził, tknięty apopleksją na progu swego mieszkania, kiedy w 1939 roku wchodziły władze niemieckie, aby mu je zarekwirować.

Najpłodniejszy z historyków lwowskich to Adam Szelągowski. Pisał dużo, łatwo i o wszystkim. Nie specjalizował się w żadnej epoce: Babilon i Asyria czy powstanie styczniowe – było mu to obojętne. Dzieje cywilizacji dla Orgelbranda, historia powszechna dla Arcta, Wici i Topory dla Akademii, historia Polski dla Biblioteki Polskiej, dzieje rewolucji francuskiej dla Biblioteki Dzieł Wyborowych – wszystko to sypało się jak z rękawa. Pobieżnie wystudiowane, powiązane kompilacyjnie, pisane z pośpiechem, ale z myślą o szybkim zarobku. Stale bowiem był w trudnościach finansowych, brnął w długach. Miał szeroki gest, lubił podróżować, dobrze zjeść i… przechadzać się. Nigdy nie było go w domu, zawsze na mieście, zawsze szedł gdzieś, po coś lub bez celu, byle tylko chodzić. Tajemnicą jego pozostało, kiedy zdołał tyle napisać książek. U niego na wykładach i seminariach gromadziła się głównie ta młodzież, która chciała uzyskać tylko absolutorium uniwersyteckie na podstawie wysłuchanych wykładów i mieć możność zdawania nauczycielskiego egzaminu dla kawałka chleba. Ci o nauce, studiach, badaniach naukowych nie myśleli. Notowali to, co profesor mówił, pod koniec półrocza uczyli się tego mniej lub więcej dokładnie, składali colloquium i tak z roku na rok przechodząc, dobijali do upragnionego świadectwa, z którym ruszali w świat, by w prowincjonalnym miasteczku, za sto kilkadziesiąt koron miesięcznie, być suplentem gimnazjalnym. Szelągowski miał dużo współczucia dla tej kategorii studentów, sam bowiem przeszedł tę suplencką galicyjską gehennę, zanim po długich latach docentury został profesorem.

Po niezawodne rady i wskazówki do prac historycznych chodzili jednak wszyscy do Ludwika Finkla. Była to encyklopedia chodząca; wszystko wiedział, wszystko czytał i robił wypiski. Owocem tego była jego niezastąpiona Bibliografia, której na wagę złota dokupić się nie można było. Bez drukowanego Finkla w bibliotece, a żywego Finkla w doradach ani myśleć nie mógł nikt, kto chciał oddawać się studium historycznemu. Był on też świetnym redaktorem „Kwartalnika Historycznego”, który za jego czasów na wysokim stał poziomie. Czytał swoje prelekcje uniwersyteckie wolno, jakby chciał ułatwić ich spisywanie, podawał w nich bardzo dużo materiału, omawiał go z może nawet zbyt dużą pedanterią. Seminaryjne prace badał tak, jakby każda z nich miała być premiowana, a uczniom-autorom poświęcał wiele czasu, jakby każdy z nich miał zostać uczonym. Pod koniec życia podjął się redakcji wielotomowej Historii powszechnej dla Biblioteki Polskiej Władysława Kościelskiego w Warszawie, ale rzecz ta poza plany nie wyszła. Natomiast została po nim bardzo cenna encyklopedia powszechna Macierzy Polskiej, która dla kultury w Małopolsce na początku XX wieku miała znaczenie ogromne. Wybór Finkla na redaktora tego wydawnictwa był bardzo trafny. We Lwowie cieszył się ogromnym poważaniem, był kilkakrotnym rektorem uniwersytetu, pozostawał w zażyłej przyjaźni z Antonim Małeckim, Władysławem Łozińskim i Adamem Krechowieckim. Pracował cicho, bez rozgłosu, do ostatnich dosłownie godzin życia. Równocześnie z listem jego, przy którym przesyłał mi wstęp do redagowanej przeze mnie czternastotomowej Historii powszechnej dla księgarni Trzaski, Everta i Michalskiego w Warszawie – wyczytałem w pismach depeszę o jego skonie.

Filozofię ścisłą reprezentowali Kazimierz Twardowski i Mścisław Wartenberg. Twardowski odznaczał się imponującą postacią: był wysoki, barczysty, o twarzy surowej, okolonej długą jasnorudą brodą. Nosił miękki czarny kapelusz, czarny krawat wiązany na supeł, płaszcz fasonu wojskowego, z rogowymi guzikami i patką z tyłu. Trzymał się prosto, chodził wolno, majestatycznie, trzymając zawsze pod pachą skórzaną wyładowaną książkami tekę. Nie rozstawał się z nią nigdy, nawet wówczas, kiedy z domu wybierał się do ulubionej kawiarni Szkockiej. Wykłady miewał latem o godzinie siódmej rano. Sala zawsze była szczelnie wypełniona, przeważały w niej słuchaczki. Twardowski był urodzonym mówcą, a zarazem niezrównanym pedagogiem. Mówił o logice, o historii filozofii, o systemach filozoficznych i prądach umysłowych tak łatwo i jasno, jakby opowiadał o rzeczach najzwyklejszych. Umiał popularyzować najzawilsze zagadnienia i typowymi pod tym względem są jego wykłady„O filozofii średniowiecznej”, które ogłosił drukiem. Od uczniów swoich wymagał wiele, żądał dosłownego powtarzania swoich zwrotów i formuł, zmuszał niemal do uczenia się wszystkiego na pamięć. Rywalizowały pod tym względem słuchaczki ze słuchaczami, bijąc ich zawsze przy colloquiach, stąd też były faworyzowane przez profesora jako pilniejsze. Stögbauer jedynie i Ajdukiewicz, pierwszy młodo zmarły, drugi następca Twardowskiego na katedrze uniwersyteckiej, cieszyli się specjalnymi względami, zasługując na to zresztą w pełnej mierze. Jako dziekan wydziału filozoficznego, a rektor trzykrotny w latach wielkiej wojny, zaprowadził Twardowski wzorowy ład i porządek w biurowości uniwersyteckiej, sam urzędując systematycznie. Nie przeszkadzało mu to ani w wykładach, ani w redagowaniu „Ruchu Filozoficznego”, w którym wiele cennych swych rozpraw i artykułów pomieścił, ani w cowieczornych posiedzeniach w Szkockiej, skąd punktualnie o godzinie jedenastej szedł do swego mieszkania przy ulicy św. Zofii, gdzie w jednym domu mieszkał z najserdeczniejszym przyjacielem Janem Kasprowiczem. Ale Twardowski, nie uznający alkoholu, wracał znacznie wcześniej niż piewca Krzaku dzikiej róży, który idąc w blaskach wschodzącego słońca, innymi oczyma patrzył na szlak odmierzany wieczorem przez Twardowskiego.

Typem zgoła odmiennym od autora Dydaktyki i logiki był Mścisław Wartenberg. Drobny, wątły, zaniedbany w ubiorze, przedstawiał kłębek nerwów. Zapadał stale na zdrowiu, obawiał się przeciągów w sali wykładowej. Mówił cicho, trudno o tak niełatwym przedmiocie jak psychologia. Wiedzę miał rozległą, ale nie chciał nią błyszczeć ani się popisywać. Stać go było na wiele książek – ogłosił ich znikomą ilość. Poza uniwersytetem jedynie można go było czasem zobaczyć w bibliotece uniwersyteckiej. Poświęcał się jednak uczniom swoim z dużym oddaniem, a seminaria jego należały do tych, które nie tylko uczyły, ale i naprawdę kształciły.

Jako niezawodowy filolog klasyczny obawiałbym się sądzić o wartości naukowej wykładów Stanisława Witkowskiego. Może były one naprawdę na poziomie uniwersyteckim, ale na pewno nieponętne. Historia literatury składała się z dat, nazwisk i tytułów – rozbiorów estetycznych największych arcydzieł Witkowski unikał. Streszczenia dzieł podawał obszerne, charakterystyki były krótkie i niewiele mówiące. A wykłady gramatyki stawały się udręką. Przypominały nam się czasy gimnazjalne, kiedy to podręcznik tego samego Witkowskiego wraził się dobrze w pamięć. O ileż bardziej interesujący był Tadeusz Sinko. Młody ten uczony odbiegał daleko od szablonu zaprzysiężonych filologów. Autor Antyku Wyspiańskiego traktował literatury klasyczne jako żywe piękno, które promieniowało z utworów starożytnych na wszystkich pisarzy świata. W jego prelekcjach było sporo porównań z piśmiennictwem powszechnym, autorzy byli ludźmi wyrastającymi z tła swojej epoki, a ich dzieła – skarbnicą myśli świeżych, nieginących dla tych, co piękna tego szukać chcą i umieją. Sinko już wówczas zapowiadał się jako filolog na wskroś nowoczesny, o umyśle lotnym, studiujący, prócz swoich dzieł fachowych, starszą i nowszą literaturę polską. Kiedyś w Encyklopedii Akademii Umiejętności miał dać doskonały zarys łacińskiego piśmiennictwa polskiego, a zbliżenie po przeniesieniu się do Krakowa do redakcji „Czasu” i „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” miało rozbudzić w nim zamiłowanie i do najnowszej literatury, której stał się pilnym recenzentem. Ukoronował zaś swoją działalność naukową wspaniałą Literaturą grecką