Wydawca: MiND Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2013

Życie w rodzinie. Wartości w rodzicielstwie i partnerstwie ebook

Jesper Juul

3.8125 (16)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 150 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Życie w rodzinie. Wartości w rodzicielstwie i partnerstwie - Jesper Juul

 

Jakie wartości są ważne w waszej rodzinie? Na czym budujecie swój rodzicielski autorytet? Jak cenna jest dla was integralność waszych dzieci? Czy uczycie je przejmować odpowiedzialność za siebie?

Oto lektura dla rodziców, którzy nie chcą wychowywać dzieci groźbami i karami, ale wiedzą też, że tak zwane wychowanie bezstresowe prowadzi donikąd. Jesper Juul proponuje cztery podstawowe wartości, które pozwolą dorosłym rozwinąć naturalny autorytet i bez przemocy sprawować władzę w rodzinie.

Jesper Juul to pedagog, który odrzuca wszelkie metody wychowawcze. Dużo ważniejsze są ‒ twierdzi ‒ ogólne wartości, które służą jak kompas w codziennym życiu rodzinnym i przy rozwiązywaniu konfliktów. To one budują kulturę rodziny, którą dzieci wyniosą z domu na całe życie.

Opinie o ebooku Życie w rodzinie. Wartości w rodzicielstwie i partnerstwie - Jesper Juul

Fragment ebooka Życie w rodzinie. Wartości w rodzicielstwie i partnerstwie - Jesper Juul

Ty­tut ory­gi­na­tu

LI­VET I FA­MI­LIEN. DE VI­TIG­STE VÆR­DIER I SAM­LIV OG BØR­NE­OP­DRA­GEL­SE

Pro­jekt gra­ficz­ny

KA­RO­LI­NA TOL­KA

Tłu­ma­cze­nie z ję­zy­ka nie­miec­kie­go

DA­RIUSZ SY­SKA

Co­py­ri­ght © Je­sper Juul 2004

Pu­bli­shed by For­la­get Apo­strof, Co­pen­ha­gen 2004

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion and trans­la­tion by Wy­daw­nic­two MiND, 2013

Pu­bli­shed by agre­ement with Le­on­hardt & Høier Li­te­ra­ry Agen­cy A/S, Co­pen­ha­gen

ISBN 978-83-62445-28-8

Wy­daw­nic­two MiND

ul. Sar­nia 21

05-807 Pod­ko­wa Le­sna

tel./fax 22 729 02 82

tel. 505 455 151

www.wy­daw­nic­two­mind.pl

mind@wy­daw­nic­two­mind.pl

Wy­da­nie pierw­sze

Sktad i ta­ma­nie: Ma­te­usz Sta­szek

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

PRZEDMOWA

Nie mamy po­wo­du uwa­żać, że jed­ne war­to­ści są lep­sze dla ro­dzi­ny niż inne. Na ca­łym świe­cie jest wie­le we­so­łych, za­do­wo­lo­nych i har­mo­nij­nych ro­dzin, któ­re zo­sta­ły zbu­do­wa­ne na zu­peł­nie róż­nych war­to­ściach i nie­przy­sta­ją­cych do sie­bie świa­to­po­glą­dach. W nie­któ­rych z nich z pew­no­ścią nie po­tra­fił­bym żyć, ale cie­szę się, że ist­nie­ją, po­nie­waż przy­po­mi­na­ją mi o waż­nej praw­dzie: może być wie­le róż­nych od­po­wie­dzi na py­ta­nie o to, co słusz­ne, a co nie.

Jed­na rzecz nie ule­ga wąt­pli­wo­ści: do­ro­śli człon­ko­wie ro­dzi­ny po­win­ni wy­zna­wać ja­kieś war­to­ści! Do­dał­bym tyl­ko za­strze­że­nie, że nie mogą być one waż­niej­sze niż sam czło­wiek. Żad­ne abs­trak­cyj­ne nor­my nie po­win­ny spy­chać lu­dzi w cień albo wy­łą­czać ich ze wspól­no­ty – bo wte­dy słu­żą tyl­ko nad­uży­ciom wła­dzy.

Ro­dzi­na roz­wi­ja się naj­le­piej, kie­dy jej człon­ko­wie nie po­ucza­ją się, tyl­ko uczą od sie­bie na­wza­jem.

WPROWADZENIE

W ca­łej Eu­ro­pie ży­cie ro­dzin­ne jest dzi­siaj w mniej­szym lub więk­szym stop­niu na­zna­czo­ne przez nie­pew­ność – i cie­ka­wość. Tra­dy­cyj­na ro­dzi­na ze swo­im sztyw­nym po­dzia­łem ról mię­dzy ko­bie­tą a męż­czy­zną – oraz sen­ten­cją „Póki śmierć nas nie roz­łą­czy” – ode­szła w prze­szłość. Moje po­ko­le­nie, pierw­sze po prze­mia­nie, pró­bo­wa­ło ra­dzić so­bie z po­mo­cą no­wych za­sad oraz licz­nych roz­wo­dów, jed­nak do­pie­ro w cią­gu ostat­nich pięt­na­stu lat wy­kształ­ci­ły się nowe re­gu­ły part­ner­stwa i ro­dzi­ciel­stwa. Za­sad­ni­cze zna­cze­nie ma fakt, że nie opie­ra­ją się one te­raz na żad­nym ogól­nie obo­wią­zu­ją­cym po­dzia­le ról czy ka­no­nie war­to­ści, tyl­ko na usta­le­niach, któ­re każ­da para po­dej­mu­je dla sie­bie.

Dzi­siej­sza ro­dzi­na to nie tyl­ko mat­ka, oj­ciec i dzie­ci. Oso­by sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­ce dzie­ci prze­sta­ły być uwa­ża­ne za nie­szczę­śli­wy wy­ją­tek i tak­że za­li­cza­ją się do tej ka­te­go­rii. Co­raz wię­cej jest rów­nież ro­dzin pat­chwor­ko­wych, w któ­rych żyją dzie­ci „two­je” „,moje” oraz „na­sze”. Po­dob­nie roz­wie­dzio­ny oj­ciec lub mat­ka, któ­rzy okre­so­wo miesz­ka­ją ze swo­imi dzieć­mi, two­rzą z psy­cho­lo­gicz­ne­go i eg­zy­sten­cjal­ne­go punk­tu wi­dze­nia bez wąt­pie­nia ro­dzi­nę. Do tego do­cho­dzą pary ho­mo­sek­su­al­ne wy­cho­wu­ją­ce dzie­ci lub nie, ro­dzi­ny za­stęp­cze, ro­dzi­ny, któ­re ad­op­to­wa­ły dzie­ci, oraz ro­dzi­ny wie­lo­po­ko­le­nio­we miesz­ka­ją­ce pod jed­nym da­chem.

Zmia­ny te są czymś wię­cej niż tyl­ko zwy­kłą prze­mia­ną po­ko­le­nio­wą, dla­te­go przy­no­szą ze sobą wie­le nie­pew­no­ści. W nie­któ­rych kra­jach, na przy­kład w Skan­dy­na­wii, dzie­więć­dzie­siąt pro­cent lu­dzi, któ­rzy dzi­siaj zo­sta­ją ro­dzi­ca­mi, spę­dzi­ło po­nad dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy go­dzin w in­sty­tu­cjach pe­da­go­gicz­nych: żłob­kach, przed­szko­lach i szko­łach. Ozna­cza to, że mie­li wię­cej do czy­nie­nia z za­wo­do­wą pe­da­go­gi­ką niż z wy­cho­wa­niem ro­dzin­nym. Dla­te­go nie po­win­no dzi­wić, że czu­ją się za­gu­bie­ni wśród wie­lu py­tań do­ty­czą­cych dzie­ci i ro­dzi­ny.

Co

mamy ro­bić, gdy nasz dwu­la­tek nie może sam za­snąć w łó­żecz­ku?

Co

po­wie­dzieć dzie­się­cio­let­niej cór­ce, któ­ra chce mieć ta­tu­aż?

Co

zro­bić, gdy nasz czte­ro­la­tek od­ma­wia je­dze­nia wa­rzyw?

Każ­de­go ran­ka w na­szym domu pa­nu­je to­tal­ny cha­os. Jak to zmie­nić?

Czy

jest coś złe­go w tym, że sta­ram się za­wsze uni­kać kon­flik­tów w domu?

Kie­dy mój mąż zo­sta­je

sam

z dzieć­mi, nig­dy nie ma z nimi ta­kich pro­ble­mów jak ja. Skąd to się bie­rze?

Mój part­ner

lubi

jeść w ci­szy. Czy jest to do­bre dla dzie­ci?

Mało

ze

sobą roz­ma­wia­my. Jak mo­że­my to zmie­nić?

Czę­sty

seks

jest dla mnie bar­dzo waż­ny, ale mo­je­mu mę­żo­wi wy­star­czy, je­śli śpi­my ze sobą raz w mie­sią­cu. Czy po­win­nam się z tym po­go­dzić?

Nie­pew­ność w kwe­stiach wy­cho­wa­nia i part­ner­stwa to nic no­we­go. Wszy­scy ro­dzi­ce za­wsze sta­wia­li py­ta­nia. Je­dy­na róż­ni­ca po­le­ga na tym, że dzi­siaj wy­ra­ża­ją oni swą nie­pew­ność zu­peł­nie otwar­cie, a cza­sy, kie­dy każ­dy wie­dział, co jest „słusz­ne”, a co „nie­słusz­ne”, bez­pow­rot­nie mi­nę­ły.

Jesz­cze ge­ne­ra­cję wcze­śniej ży­li­śmy we względ­nie izo­lo­wa­nych spo­łecz­no­ściach, w ob­rę­bie któ­rych rzą­dzi­ły mniej wię­cej te same war­to­ści. Kie­dy w 1960 roku – mia­łem wów­czas dwa­na­ście lat – po­pro­si­łem ro­dzi­ców o zgo­dę na wyj­ście do klu­bu jaz­zo­we­go, otrzy­ma­łem jed­no­znacz­ną od­po­wiedź: „Na­wet nie ma mowy!”. A gdy od­wa­ży­łem się za­py­tać: „Dla­cze­go?”, usły­sza­łem tyl­ko: „W two­im wie­ku tego się nie robi. Ko­niec dys­ku­sji!”. Za­py­ta­łem póź­niej swo­ich ko­le­gów i rze­czy­wi­ście: ża­den nich nie po­szedł do klu­bu. Owa wie­dza o tym „,co się robi, a cze­go się nie robi”, była wiel­ką pod­po­rą dla po­ko­le­nia mo­ich ro­dzi­ców. Wspie­ra­ło ją tak­że sil­ne prze­ko­na­nie, że w żad­nym wy­pad­ku nie na­le­ży od­bie­gać od owych słusz­nych stan­dar­dów.

Dzi­siej­si ro­dzi­ce, któ­rzy mu­szą wy­ja­śnić swo­je­mu dwu­na­sto­lat­ko­wi, dla­cze­go nie chcą, żeby zro­bił so­bie kol­czyk w pęp­ku, mają trud­niej­sze za­da­nie. Mu­szą też wy­tłu­ma­czyć szes­na­sto­let­nie­mu sy­no­wi, dla­cze­go nie ku­pią mu te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go na abo­na­ment i z ja­kie­go po­wo­du nie chcą, żeby pił al­ko­hol. Ar­gu­ment, że „tak się po pro­stu nie robi”, ła­two ode­przeć jed­nym sms-em do ko­le­gów, któ­rzy po­twier­dzą, że owszem, inni tak ro­bią. Ro­dzi­ce są za­tem zmu­sze­ni roz­ma­wiać z in­ny­mi ro­dzi­ca­mi, kon­sul­to­wać się z psy­cho­lo­ga­mi, pe­da­go­ga­mi i le­ka­rza­mi. Nie­ste­ty, czę­sto nie daje się roz­wiać wszyst­kich wąt­pli­wo­ści, po­nie­waż eks­per­ci nie za­wsze są ze sobą zgod­ni.

Jesz­cze pięć­dzie­siąt lat temu oso­by, któ­re mia­ły de­cy­du­ją­cy głos w spo­łe­czeń­stwie, ży­wi­ły sto­sun­ko­wo ja­sne prze­ko­na­nia do­ty­czą­ce war­to­ści, co wi­dać w ów­cze­snych de­ba­tach po­li­tycz­nych i spo­łecz­nych oraz w pod­ręcz­ni­kach pe­da­go­gicz­nych dla na­uczy­cie­li. Rów­nież Ko­ścio­ły gra­ły zde­cy­do­wa­nie więk­szą rolę niż dzi­siaj, je­śli cho­dzi o de­fi­nio­wa­nie fun­da­men­tu war­to­ści dla spo­łe­czeń­stwa. Obec­nie w wie­lu kra­jach mają pro­blem z tym, żeby do­trzeć do lu­dzi ze swo­im po­zy­tyw­nym prze­sła­niem.

Dzi­siaj trud­no by­ło­by sfor­mu­ło­wać ja­kiś ka­non war­to­ści dla wszyst­kich. Na­wet naj­bar­dziej wy­ra­zi­ste oso­bo­wo­ści okre­śla­ją się ra­czej w opo­zy­cji do cze­goś – niż za czymś. Spo­łe­czeń­stwu nie otwie­ra­ją się żad­ne per­spek­ty­wy war­to­ści ani od stro­ny po­li­ty­ki ro­dzin­nej, ani szko­ły, któ­ra pod­le­ga tym sa­mym kon­flik­tom i tej sa­mej nie­pew­no­ści.

Je­śli za­sta­no­wi­my się, ja­kim re­gu­łom pod­le­ga na­sze spo­łe­czeń­stwo, to doj­dzie­my do wnio­sku, że są to pra­wa ryn­ku. Trud­no dzi­siaj na­wet my­śleć o czło­wie­ku, nie bio­rąc ich pod uwa­gę. I mimo że nie na­da­ją się na pod­sta­wę war­to­ści ro­dzin­nych, to w co­raz więk­szym stop­niu wni­ka­ją w tę sfe­rę. Na przy­kład, wie­lu mło­dych lu­dzi uza­leż­nia szan­sę na zna­le­zie­nie part­ne­ra lub part­ner­ki albo za­ło­że­nie ro­dzi­ny od umie­jęt­no­ści sprze­da­nia sie­bie: czy to w klu­bie, In­ter­ne­cie czy w in­nych miej­scach, gdzie sin­gle spraw­dza­ją swo­ją war­tość ryn­ko­wą. Od­no­to­wu­je się wzrost licz­by sa­mo­bójstw wśród za­chod­nio­eu­ro­pej­skich ko­biet, któ­re nie po­tra­fią po­go­dzić się z tym, że ich ob­wód w biu­ście albo dłu­gość nóg nie od­po­wia­da­ją ide­ało­wi ryn­ku.

Rów­nież dzie­ci by­wa­ją w nie­po­ko­ją­cym stop­niu re­du­ko­wa­ne do ran­gi przed­mio­tu kup­na i sprze­da­ży. Nie do­ty­czy to tyl­ko han­dlu dzieć­mi w celu wy­ko­rzy­sta­nia sek­su­al­ne­go, ad­op­cji lub po­zy­ska­nia or­ga­nów do prze­szcze­pów dla cho­rych i bo­ga­tych do­ro­słych. Mer­kan­ty­li­za­cja cią­ży po­wo­du­je, że z całą po­wa­gą dys­ku­tu­je się, na przy­kład, o moż­li­wo­ści za­cho­wa­nia tyl­ko jed­ne­go dziec­ka z bliź­nia­cze­go pło­du. Zbli­ża­my się do cza­sów, kie­dy każ­dy bę­dzie mógł wy­brać płeć dziec­ka, jego ko­lor oczu, wzrost i ilo­raz in­te­li­gen­cji.

Nie tak daw­no gło­śna była spra­wa pew­nej pary, któ­ra do­ma­ga­ła się pra­wa do od­da­nia ad­op­to­wa­ne­go dziec­ka, po­nie­waż kil­ka lat po ad­op­cji mat­ka za­szła w cią­żę. Oso­by zaj­mu­ją­ce się ad­op­cją do­no­szą, że ro­dzi­ce czę­sto re­zy­gnu­ją z dzie­ci, któ­re nie od­po­wia­da­ją ich wy­obra­że­niom. Róż­ne in­sty­tu­cje od lat po­słu­gu­ją się ję­zy­kiem, w któ­rym znaj­du­ją się ta­kie okre­śle­nia, jak „dziec­ko do­brze funk­cjo­nu­ją­ce” lub „źle funk­cjo­nu­ją­ce” – jak­by cho­dzi­ło o wy­po­sa­że­nie ku­chen­ne, któ­re musi od­po­wia­dać eu­ro­pej­skim stan­dar­dom ja­ko­ści. Wszyst­ko to spra­wia wra­że­nie, jak­by­śmy sta­cza­li się po etycz­nej rów­ni po­chy­łej. Tak da­le­ko za­szły spra­wy z na­szy­mi war­to­ścia­mi okre­śla­ny­mi przez pra­wa ryn­ku. Dla­te­go po­win­ni­śmy po­sta­wić so­bie py­ta­nie: czy na­praw­dę chce­my przy­kła­dać je do na­sze­go ży­cia ro­dzin­ne­go?

Mał­żeń­stwo nie jest dzi­siaj spo­łecz­ną ani mo­ral­ną ko­niecz­no­ścią, lecz oso­bi­stym wy­bo­rem – po­dob­nie jak po­sia­da­nie dzie­ci czy każ­dy inny zwią­zek. Nikt nie czu­je się zmu­szo­ny do ży­cia z dru­gą oso­bą. Nikt nie musi ule­gać czy­jejś do­mi­na­cji ani ustę­po­wać przed prze­mo­cą tyl­ko ze wzglę­du na ko­niecz­ność ży­cia w jed­nym domu. Do­ty­czy to w każ­dym ra­zie miesz­kań­ców państw eu­ro­pej­skich, któ­re stwo­rzy­ły od­po­wied­nią pod­sta­wę praw­ną i spo­łecz­ną.

War­to­ści się zmie­ni­ły. Kie­dyś mó­wio­no: „Trze­ba wy­trwać ra­zem za wszel­ką cenę”. Dzi­siaj mówi się: „Trze­ba trak­to­wać sie­bie po­waż­nie”. Co praw­da, jak póź­niej po­ka­żę, te dwie za­sa­dy wca­le nie mu­szą się wy­klu­czać.

W kul­tu­rze zdo­mi­no­wa­nej przez pra­wa ryn­ku czę­sto mówi się o na­rzę­dziach, mo­de­lach, kon­cep­cjach i me­to­dach. Szu­ka­ją ich ro­dzi­ce i part­ne­rzy roz­glą­da­ją­cy się za po­mo­cą spe­cja­li­stów. Pro­blem jed­nak w tym, że nie ma me­tod, któ­re nie­chyb­nie pro­wa­dzą do suk­ce­su w ży­ciu ro­dzin­nym. Lu­dzie są zbyt róż­ni i żyją w tak wie­lo­stron­nych re­la­cjach, że nie da się za­sto­so­wać do wszyst­kich jed­nej me­to­dy. Ta­kie zda­nie może brzmieć nie­co dziw­nie w ustach czło­wie­ka, któ­ry całe swo­je ży­cie za­wo­do­we spę­dził na „ba­za­rze eks­per­tów”, peł­nym roz­ma­itych me­tod, kon­cep­cji i roz­wią­zań moż­li­wych pro­ble­mów. A jed­nak za­wsze my­śla­łem w ten spo­sób – i nie znam żad­nej psy­cho­lo­gicz­nej ani pe­da­go­gicz­nej pod­sta­wy na­uko­wej, któ­ra uza­sad­nia­ła­by ja­ką­kol­wiek ogól­nie obo­wią­zu­ją­cą me­to­dę.

Lu­dzie nie są ma­szy­na­mi i dla­te­go nie po­trze­bu­ją „na­rzę­dzi” czy „in­stru­men­tów”. Py­ta­nie: „Ja­kie na­rzę­dzia mogą po­móc mi w usy­pia­niu dziec­ka?” jest z per­spek­ty­wy war­to­ści o lata świetl­ne od­da­lo­ne od py­ta­nia: „Ja­kie umie­jęt­no­ści mu­szę w so­bie roz­wi­nąć, żeby moje dziec­ko mo­gło spo­koj­nie za­sy­piać?” Po­dob­nie py­ta­nie: „Czy są ja­kieś na­rzę­dzia, któ­re po­zwa­la­ją po­ko­nać nie­chęć ko­biet do sek­su?” róż­ni się od: „Na­sze ży­cie sek­su­al­ne po­pa­dło w ru­ty­nę. Jak mam po­roz­ma­wiać o tym z żoną, żeby nie po­czu­ła się kry­ty­ko­wa­na i jesz­cze bar­dziej nie stra­ci­ła ocho­ty na seks?”. To samo do­ty­czy me­tod. Spraw­dza­ją się tyl­ko o tyle, o ile dru­ga stro­na po­zwa­la zre­du­ko­wać się do roli przed­mio­tu.

Lu­dzie źle się roz­wi­ja­ją, kie­dy czu­ją się obiek­ta­mi kon­cep­cji lub me­tod. Wy­star­czy o to spy­tać oso­by, któ­re wy­ro­sły w izra­el­skim ki­bu­cu albo ra­dziec­kim domu dziec­ka. Owszem, wie­lu z nas żywi okre­ślo­ne wy­obra­że­nia, jak bę­dzie wy­glą­da­ła ich ro­dzi­na, ale re­ali­za­cja tych wy­obra­żeń za­le­ży od tego, czy zda­je­my so­bie spra­wę, że ro­dzi­na to żywi lu­dzie. Sztyw­ne teo­rie są jak sek­ty: funk­cjo­nu­ją tyl­ko wte­dy, gdy ich człon­ko­wie cał­ko­wi­cie pod­da­ją się woli ja­kie­goś guru. Cha­rak­te­ry­stycz­na jest przy tym tak­że bar­dzo mała to­le­ran­cja dla od­szcze­pień­ców.

Je­śli cho­dzi o wy­cho­wa­nie dzie­ci, to naj­więk­szy pro­blem z „me­to­da­mi” po­le­ga na tym, że wszyst­kie słu­żą jed­ne­mu i temu sa­me­mu ce­lo­wi: po­słu­szeń­stwu dziec­ka woli ro­dzi­ca. Ich sku­tecz­ność ro­śnie, je­śli ro­dzi­ce two­rzą wspól­ny front, a ro­dzi­na pro­wa­dzi względ­nie izo­lo­wa­ny tryb ży­cia. Sku­tecz­ność ta nie wy­ni­ka jed­nak z do­sko­na­ło­ści me­to­dy, ale z nie­zwy­kłej zdol­no­ści i woli wszyst­kich dzie­ci do do­pa­so­wa­nia się i pod­po­rząd­ko­wa­nia do­ro­słym, któ­rych ko­cha­ją i od któ­rych są za­leż­ne. Ta wola współ­dzia­ła­nia jest tak wiel­ka, że moż­na ją zna­leźć na­wet u osób do­ro­słych, któ­re przej­mu­ją me­to­dy wy­cho­waw­cze swo­ich ro­dzi­ców – czy­li do­pa­so­wu­ją się do nich – mimo że czę­sto same cier­pia­ły z ich po­wo­du. Stąd bie­rze się mię­dzy in­ny­mi coś, co na­zy­wa­my ne­ga­tyw­nym dzie­dzic­twem spo­łecz­nym, czy­li, na przy­kład, dzie­dzi­cze­nie prze­mo­cy fi­zycz­nej i psy­chicz­nej.

Prze­moc fi­zycz­na to nie­wąt­pli­wie jed­na z naj­bar­dziej sku­tecz­nych me­tod wy­cho­waw­czych – je­śli przez sku­tecz­ność ro­zu­mie­my szyb­kie osią­gnię­cie za­mie­rzo­ne­go celu. Przy­glą­da­jąc się ro­dzi­nom lub spo­łe­czeń­stwom ak­cep­tu­ją­cym prze­moc, za­uwa­ży­my, jak szyb­ko moż­na skło­nić dzie­ci, na przy­kład, do je­dze­nia tego, cze­go nie lu­bią, zdu­sić ich pro­test z po­wo­du do­zna­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści albo uło­żyć do snu, choć jesz­cze chwi­lę wcze­śniej nie chcia­ły o tym sły­szeć. Jed­nak w kon­se­kwen­cji mamy wie­lu mło­dych i do­ro­słych lu­dzi, skrzyw­dzo­nych na cie­le i du­szy, ży­ją­cych w de­struk­cyj­nych związ­kach ze swo­imi dzieć­mi, part­ne­ra­mi i ro­dzi­ca­mi. Mimo to lu­dzie cią­gle uży­wa­ją prze­mo­cy, po­nie­waż zga­dza się ona w pe­wien spo­sób z ich war­to­ścia­mi. Na tym wła­śnie, mię­dzy in­ny­mi, po­le­ga wiel­ka moc war­to­ści.

Nie da się pro­wa­dzić za­do­wa­la­ją­ce­go ży­cia, idąc po li­nii naj­mniej­sze­go opo­ru i sta­le pro­sząc in­nych o radę lub po­moc w roz­wią­zy­wa­niu swo­ich pro­ble­mów. Nie­pew­ność ro­dzi­ców jest rów­nie upo­ka­rza­ją­ca, co wy­cień­cza­ją­ca, i zo­sta­wia trwa­łe śla­dy w re­la­cjach z dzieć­mi. A mimo to wciąż do­ty­ka wie­lu osób. Są ro­dzi­ce, któ­rzy żyją od kon­flik­tu do kon­flik­tu, sta­le po­szu­ku­jąc roz­wią­za­nia ja­kie­goś pro­ble­mu: z za­sy­pia­niem, za­bu­rze­nia­mi od­ży­wia­nia, po­ran­ny­mi awan­tu­ra­mi, bra­kiem kon­cen­tra­cji u dziec­ka, nad­uży­wa­niem al­ko­ho­lu i in­ny­mi. A prze­cież nie ma go­to­wych roz­wią­zań, któ­re spraw­dza­ją się u wszyst­kich!

Są za to pew­ne war­to­ści i za­sa­dy, któ­re po­ma­ga­ją znaj­do­wać in­dy­wi­du­al­ne roz­wią­za­nia. Za­miast żyć w cią­głym lęku przed ko­lej­nym kon­flik­tem, le­piej na­uczyć się od­róż­niać to, co za­czerp­nę­li­śmy od eks­per­tów, ro­dzi­ców i przy­ja­ciół, od tego, co od­po­wia­da na­szym wła­snym war­to­ściom. Mogą one nam słu­żyć jako kie­run­kow­skaz. I tak samo jak sta­le spraw­dza­my, na ja­kich pod­sta­wach bu­du­je­my nasz zwią­zek z part­ne­rem, mu­si­my wciąż na nowo re­wi­do­wać na­sze re­la­cje z dziec­kiem, od­po­wia­da­jąc na nie­zli­czo­ne py­ta­nia, któ­re kie­dyś roz­strzy­gał za nas spo­łecz­ny kon­sen­sus wzglę­dem war­to­ści. Do tego celu po­trze­bu­je­my wła­sne­go fun­da­men­tu war­to­ści, na któ­ry za­wsze mo­że­my się po­wo­łać.

Zi­lu­stru­ję to na przy­kła­dzie jed­ne­go z waż­nych pro­ble­mów – nad­wa­gi. Do­ty­czy on co­raz więk­szej licz­by dzie­ci i na­sto­lat­ków, za­gra­ża­jąc nie tyl­ko ich zdro­wiu, ale tak­że eko­no­micz­nej sta­bil­no­ści spo­łe­czeń­stwa. Jego przy­czy­ną jest przede wszyst­kim wzmo­żo­na kon­sump­cja na­po­jów sło­dzo­nych, tłu­stych prze­ką­sek, junk­fo­odu i fa­st­fo­odu. Pro­duk­ty spo­żyw­cze, któ­rych trzy­dzie­ści lat temu nie było albo były spo­ży­wa­ne oka­zjo­nal­nie, dzi­siaj sta­ły się ele­men­tem co­dzien­ne­go od­ży­wia­nia.

Fakt ten sta­wia ro­dzi­ców przed wy­zwa­niem, ja­kim jest ko­niecz­ność ure­gu­lo­wa­nia spo­ży­cia przez dzie­ci pro­duk­tów szko­dli­wych dla zdro­wia. Wspar­cie ze stro­ny pań­stwa nie­wie­le daje w sy­tu­acji, kie­dy dziec­ko zdą­ży­ło się już przy­zwy­cza­ić do tego ro­dza­ju je­dze­nia albo z za­zdro­ścią zer­ka na ko­le­gów, któ­rzy cie­szą się swo­bod­nym do­stę­pem do nie­go. Po­wo­ła­nie się na za­le­ce­nia le­ka­rzy lub re­ko­men­da­cje mi­ni­ster­stwa zdro­wia nie zro­bi na dziec­ku żad­ne­go wra­że­nia. Ro­dzi­ce mu­szą prze­ciw­sta­wić mu swój wła­sny au­to­ry­tet, a ten moż­na zbu­do­wać tyl­ko na trwa­łych war­to­ściach.

Czym są war­to­ści? Są to my­śli i idee, do któ­rych przy­kła­da­my szcze­gól­ne zna­cze­nie i któ­re kie­ru­ją na­szym co­dzien­nym ży­ciem i my­śle­niem. W ro­dzi­nie – wspól­no­cie lu­dzi zbu­do­wa­nej na mi­ło­ści – naj­waż­niej­sze py­ta­nie o war­to­ści brzmi:

 J a k   m a m   w y r a ż a ć   s w ą   m i ł o ś ć   z a   p o m o c ą   c z y n ó w,   n i e   p o ś w i ę c a j ą c   j e d n a k   s w o j e j   i n t e g r a l n o ś c i,   t a k   a b y   m o i   b l i s c y   o d b i e r a l i   j e   j a k o   p r z e j a w   m i ł o ś c i?

War­to­ści i za­sa­dy są punk­ta­mi orien­ta­cyj­ny­mi i kie­run­kow­ska­za­mi w na­szych po­szu­ki­wa­niach od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Nie są tym sa­mym, co cele, któ­re sta­wia­my so­bie w ży­ciu. Opi­su­ją ra­czej, jak ma wy­glą­dać na­sza dro­ga do tych ce­lów.

War­to­ści, o któ­rych będę mó­wił w tej książ­ce, nie są moim wy­na­laz­kiem. Ich śla­dy moż­na od­na­leźć w wie­lu źró­dłach i kul­tu­rach. Moja pra­ca po­le­ga­ła po pro­stu na ich ze­bra­niu i nada­niu czę­ścio­wo no­wych nazw i zna­czeń. Moż­li­we, że wy­da­dzą się ko­muś nie­co bla­de, po­nie­waż ogra­ni­cza­ją się do psy­chicz­ne­go i spo­łecz­ne­go do­bro­sta­nu czło­wie­ka. Jed­nak są to war­to­ści, któ­re naj­le­piej ro­zu­miem. Od­no­szą się one w rów­nej mie­rze do dzie­ci i do­ro­słych. Ko­rzy­sta­jąc z nich, każ­dy może roz­wi­jać swój fi­lo­zo­ficz­ny, po­li­tycz­ny, kul­tu­ral­ny czy du­cho­wy świa­to­po­gląd. Moje do­świad­cze­nie po­ka­zu­je, że ży­cie sta­je się lep­sze, kie­dy ży­je­my zgod­nie ze swo­imi war­to­ścia­mi. Kie­dy są one czymś wię­cej niż tyl­ko środ­kiem do ra­cjo­na­li­za­cji na­szych za­cho­wań.

Mia­łem w ży­ciu przy­wi­lej po­zna­nia ro­dzin z naj­róż­niej­szych stron świa­ta i mogę z ca­łym prze­ko­na­niem po­wie­dzieć, że czte­ry war­to­ści, o któ­rych będę mó­wił, nio­są ze sobą uni­wer­sal­ne zna­cze­nie dla wszyst­kich kul­tur. Mogą słu­żyć za dro­go­wskaz eu­ro­pej­skim i nie­eu­ro­pej­skim ro­dzi­com, w rów­nej mie­rze od­no­szą się do męż­czyzn i ko­biet, do­ro­słych i dzie­ci. Mają one uni­wer­sal­ny, ludz­ki cha­rak­ter.

W pierw­szych czte­rech roz­dzia­łach książ­ki oma­wiam wspo­mnia­ne war­to­ści, de­mon­stru­jąc ich zna­cze­nie na licz­nych przy­kła­dach z ży­cia ro­dzin­ne­go. Jed­no­cze­śnie wy­ja­śniam za­sa­dy, któ­re z nich wy­ni­ka­ją. Ich ko­lej­ność bie­rze się tyl­ko z tego, że jed­ne wy­pły­wa­ją z dru­gich, cho­ciaż wszyst­kie są tak samo waż­ne. W ostat­nich dwóch roz­dzia­łach opi­su­ję prze­strzeń, w któ­rej re­ali­zu­ją się war­to­ści: wspól­no­tę ega­li­tar­ną i wspól­no­tę zbu­do­wa­ną na hie­rar­chii.

Za­wsze war­to po­rów­ny­wać swo­je war­to­ści z war­to­ścia­mi in­nych lu­dzi. Duża na­uka pły­nie tak­że z re­flek­sji nad tym, jak prze­kła­da­ją się one na na­sze czy­ny. Czę­sto wy­glą­da to in­a­czej, niż nam się wy­da­je albo niż­by­śmy chcie­li, żeby wy­glą­da­ło. Ja­kie war­to­ści i nor­my prze­ję­li­śmy od ro­dzi­ców? Któ­re z nich były sfor­mu­ło­wa­ne expli­ci­te, a któ­re obo­wią­zy­wa­ły do­myśl­nie? Czy rze­czy­wi­ście prak­ty­ko­wa­no je w domu, czy też po­zo­sta­wa­ły ra­czej w sfe­rze de­kla­ra­cji?

Lu­dzie, któ­rzy prze­pro­wa­dzi­li taką re­flek­sję, czę­sto do­cho­dzą do wnio­sku, że ła­twiej jest mó­wić o war­to­ściach niż na­praw­dę wcie­lać je w ży­cie. Ro­dzi­ny po­trze­bu­ją nie­kie­dy lat, żeby zhar­mo­ni­zo­wać teo­rię z prak­ty­ką w tej dzie­dzi­nie.

Od