Uśmiechnij się! Siadamy do stołu. Wspólne rodzinne posiłki. - Jesper Juul - ebook
Opis

Czy zdarza ci się zmuszać dziecko do jedzenia? Niepokoisz się, jeśli nie je mięsa lub warzyw? Często zwracasz mu uwagę przy stole? Czy kuchnia jest źródłem pozytywnej energii w twoim domu? Jak dbasz o dobrą atmosferę podczas posiłków?

Rodzice odpowiadają za właściwe odżywianie swoich dzieci. Często skupiają na tym całą swą miłość i troskę, zapominając, że zdrowe posiłki to jeszcze nie wszystko. Równie ważne są bliskość, ciepło i bezpieczeństwo, które dzieci otrzymują razem z jedzeniem, oraz dobra atmosfera przy stole.


Duński pedagog Jesper Juul twierdzi, że wspólne rodzinne posiłki mogą być miłym spotkaniem bliskich sobie osób. Trzeba tylko aktywnie zadbać o kulturę jedzenia w swoim domu i… przestrzegać kodeksu dobrych manier dla rodziców.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 137

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

SMIL! VI SKAL SPISE. BØRNEFAMILIENS MÅLTIDER

Przekład

EDYTA STĘPKOWSKA

DARIUSZ SYSKA

Opracowanie graficzne

PIOTR GIDLEWSKI

Ilustracje

ANTONINA GIDLEWSKA

Korekta

HANNA RYCHLIK

Published by Forlaget Apostrof, Copenhagen 2000

Published by agreement with Leonhardt & Høier Literary Agency S/A, Copenhagen

© Copyright by Jesper Juul 2000

© Copyright for the Polish edition and translation by Wydawnictwo MiND Dariusz Syska, 2011

ISBN 978-83-62445-12-7

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WPROWADZENIE

Odkąd pamiętam, lubię dobre jedzenie. I od kiedy trzydzieści lat temu założyłem rodzinę, codziennie zajmuję się przygotowaniem wspólnych posiłków. Ani ten obowiązek, ani praca w kuchni nigdy nie były dla mnie ciężarem. Przeciwnie, uważałem je za przywilej i jedyną w swoim rodzaju możliwość czynnej troski o bliskich. Dzięki temu zawsze mogłem szybko odbudować kontakt z nimi po krótszej lub dłuższej nieobecności w domu.

Z niepokojem obserwuję zmiany zachodzące w życiu wielu rodzin w ciągu ostatnich piętnastu-dwudziestu lat. Są one skutkiem zrozumiałego skądinąd dążenia kobiet do wyzwolenia się od podległej roli w domu, która redukowała je do „praktycznych” czynności, takich jak sprzątanie czy gotowanie. Używam tu słowa „redukować”, ponieważ czynności te mają także inną funkcję poza czysto praktyczną: budują dobrą atmosferę w domu.

Stworzenie dobrej atmosfery jest szczególnie ważne tam, gdzie znajduje się ognisko domowe: w jadalni i kuchni. Codzienne wspólne posiłki umożliwiają dzieciom i dorosłym dołożenie się do tego dzieła. Główne role grają oczywiście zgromadzone przy stole osoby, a jedzenie i przyjemność z jedzenia budują zewnętrzne ramy i wiążą wszystko. Chodzi tu nie tylko o potrawy, które stoją na stole, ale także o miłość i troskę, z jaką zostały przygotowane.

„Ależ my nie mamy na to czasu” – powiedzą współcześni rodzice. Zdanie to wyraża nastawienie, o którym chciałbym później powiedzieć kilka słów. To prawda, można swój czas wykorzystywać na inne rzeczy niż zakupy i gotowanie. Jednak rzadko pozostaje to bez konsekwencji dla rodziny, a ich usunięcie wymaga później równie dużo czasu i energii. Coraz częściej spotykam rodziców, którzy uważają, że organizowanie wspólnych rodzinnych posiłków to dla nich zbyt wiele, a zarazem szukają rozwiązań konfliktów i problemów, które powstają wokół jedzenia.

Nastawienie to rządzi się pewną logiką: jeśli celem posiłków jest możliwie szybkie, proste i tanie nakarmienie członków rodziny, to rozwiązanie problemów z jedzeniem także powinno być szybkie, proste i tanie. To jednak niemożliwe! Nasze domowe problemy wokół jedzenia prawie nigdy nie są wyrazem jedynie stosunku do tego, co stoi na stole. Wskazują one raczej na to, co myślą i czują członkowie rodziny – i są niejako barometrem nastroju całej wspólnoty. A im bardziej staramy się rozwiązać jakiś pojedynczy konflikt, tym bardziej tracimy z oczu sytuację ogólną.

Nastroje podlegają wahaniom i nie zawsze czujemy się tak samo dobrze z samym sobą lub innymi. Wspólnym posiłkom czasem towarzyszy rozluźnienie i wesołość, innym razem przebiegają w ogólnym milczeniu. Czasami są przyjemnością dla wszystkich, a niekiedy wydaje się, że lepiej by było, gdyby każdy zjadł oddzielnie. Jeśli jednak będziemy traktowali je jak „projekt” – którego głównym celem jest na przykład zdrowie czy przyjemność – pozostaniemy ślepi na wewnętrzne życie rodziny. Na tym polega paradoks rodzicielstwa: chcemy dobrze wykonać swoje zadanie, ale zarazem musimy zachować dość elastyczności, by zaakceptować złe nastroje.

Przy okazji rodzinnych posiłków ujawniają się różne konflikty rodzinne. Często właśnie wtedy dzieci zwracają na nie naszą uwagę. W książce tej omawiam niektóre z nich i zarysowuję możliwości radzenia sobie z nimi. Moje rady są oczywiście bardzo ogólne i dlatego nie gwarantuję, że będą idealnie pasowały do jakiejś konkretnej rodziny. Takie jest zresztą wszystko to, co piszę na temat relacji między rodzicami i dziećmi1.

Książka ta jednak tym różni się od innych moich publikacji, że została silnie naznaczona przez moje osobiste poglądy na temat jedzenia i posiłków, które nie mają żadnej podbudowy pedagogicznej lub psychologicznej. Ich główną zasadę mógłbym sformułować tak: Koniec ze stresem przy jedzeniu! Chcemy posiłków! Albo tak, jak zrobił to pewien kopenhaski restaurator na plakacie reklamującym swoją restaurację sushi: Uśmiechnij się! Będziesz jeść!

1. KONIEC ZE STRESEM PRZY JEDZENIU!

Wyrażenie „stres przy jedzeniu”2 zostało ukute przez pedagogów z potrzeby nazwania pewnego zjawiska z fachowej perspektywy i znalezienia sposobów radzenia sobie z konfliktami powstającymi przy jedzeniu u dzieci. Było to w czasie, kiedy pojęcia i wartości pedagogiczne zaczęły torować sobie drogę do świadomości i życia zwykłych rodzin. Co niekiedy miało zresztą negatywne skutki, ponieważ rodzina to nie przedszkole, a znaczenie rodzica w wychowaniu jest zupełnie inne niż rola pedagoga.

Nie lubię tego określenia – „stres przy jedzeniu” – a już na pewno nie zamierzam używać go w stosunku do tego, co się dzieje w domu. Uważam, że jest zimne i sugeruje, jakoby posiłki, do których razem siadamy, wiązały się z problemami i konfliktami, które nie powinny mieć miejsca. Ciekawe, że używamy go tylko w odniesieniu do dzieci. Zdarza mi się słyszeć czasem takie zdania: „Mieliśmy wczoraj dużo stresu w czasie obiadu z naszym dzieckiem”. O posiłkach w towarzystwie dorosłych mówimy zaś: jedliśmy razem, serwowano nam obiad, ucztowaliśmy – nie odwołując się do pedagogiczno-psychologicznego słownika.

Dlatego nie będę mówił o stresie przy jedzeniu. Wolę zrobić miejsce dla innych określeń i wartości.

Chcemy posiłków!

Dobry posiłek to wyważona mieszanka dobrych potraw, troski, zaangażowania, bliskich relacji z ludźmi, estetyki, radości dla zmysłów i nieprzewidywalnych uczuć i nastrojów. Poglądy na ten temat różnią się co prawda w wielu rodzinach: niektórzy jedzą, żeby żyć, inni żyją, żeby jeść.

Niektóre posiłki cechuje radość spotkania, rozmowy i harmonia, w czasie innych dochodzi do wybuchu konfliktów. A mimo to zachowujemy je w dobrej pamięci, ponieważ braliśmy w nich udział, bo spotkaliśmy się z ludźmi, którzy coś dla nas znaczyli, bo ujawniły się prawdziwe uczucia i relacje. Są także takie, z których zapamiętaliśmy przede wszystkim potrawy. Może zraziki smakowały tego dnia wyjątkowo dobrze albo kucharz lub kucharka zaskoczyli nas czymś wspaniałym. Pamiętamy też pierwszy nieudany obiad z przyszłym mężem naszej starszej siostry i cały szereg innych, które może nie zapisały się w pamięci niczym wyjątkowym, ale tkwią w niej jak perły na sznurze.

Niektórzy z nas znają takie dni, kiedy praca w kuchni wydaje nam się mechaniczną rutyną, i takie, gdy pracujemy napędzani tak wielką ambicją, że nie starcza nam już siły na jedzenie, kiedy przychodzą goście. Kiedy indziej nie jesteśmy w stanie wystać w kuchni nawet minuty i z zaskoczeniem odkrywamy, jak miło może być w barze z kebabem albo włoskiej knajpce.

Większość dzieci w naszej części świata jest w tej szczęśliwej sytuacji, że pierwszy tysiąc posiłków spożywa w poczuciu bliskości, troski, bezpieczeństwa i miłości. Oprócz idealnych wartości odżywczych pokarm matki inicjuje także dobry związek między rodzicem i dzieckiem. Dziecko na tym etapie rozwoju spontanicznie wyraża swoje potrzeby i jako oczywistość przyjmuje fakt, że zostają one zaspokojone. W tym czasie dla rodziców zaczyna się długi proces nauki rozumienia reakcji, mimiki, odgłosów i gestów dziecka – i odpowiadania na nie. Myślę, iż nie ma wątpliwości, że te pierwsze posiłki odciskają w człowieku pewien wzór, z którym porównuje potem wszystko w swoim życiu. Dzięki temu jedzenie na całe życie staje się czymś więcej niż tylko sposobem zaopatrywania się w składniki odżywcze.

Nie wszystkie posiłki pierwszych lat życia są jednakowo udane. Młode matki mają często trudności z utrzymaniem kontroli nad niekończącym się strumieniem potrzeb małego dziecka i reagowaniem na nie. Konieczność przesunięcia na drugi plan własnych potrzeb także budzi w nich mieszane uczucia. Czy matki kładą niemowlęta przy piersi, żeby je nakarmić, czy dlatego, że same potrzebują bliskości? Czy przy karmieniu kierują się otrzymywanymi od nich sygnałami, czy raczej powoduje nimi lęk, żeby nie zrobić czegoś niewłaściwego? Czy są przygotowane na zmienność apetytu dziecka, czy też lękliwie przypisują sobie winę za jego brak zainteresowania pokarmem? Czy te pierwsze posiłki dziecka są naturalną i integralną częścią życia rodziny, czy raczej niemowlę znajduje się na piedestale, a rodzice tworzą tylko podziwiającą widownię?

A jak radzą sobie ojcowie? Czy troszczą się o partnerkę, by porządnie odżywiała się w tym czasie, i by cała uwaga nie została skierowana tylko w stronę dziecka? Jak zachowują się, kiedy mogą sami podać mu butelkę z mlekiem czy łyżkę kaszki? Czy występują wtedy jako zastępcy, którzy mają tylko pozwolić dziecku opróżnić butelkę do określonego miejsca – czy raczej wykorzystują okazję, aby pogłębić wspólną relację? Czy angażują się z całym sercem, radością, niepewnością i frustracją, czy może zostawiają niemowlę przy matce, jak tylko poczują się trochę niepewnie? Czy umieją utrzymać matkę na dystans, gdy ta nie potrafi już znieść płaczu dziecka albo opanować jego nieustannego eksplorowania domu?

Odpowiedzi na te pytania – i wiele innych – decydują nie tylko o charakterze posiłków w pierwszym roku życia dziecka, ale także kładą podwaliny pod wszystkie nadchodzące lata. Niezależnie od tego, posiłki na zawsze pozostaną szczególną mieszanką jedzenia, kontaktu i troski.

Gdy dziecko skończy kilka lat, nasze podejście się zmienia. Dla niektórych wspólne jedzenie staje się niezwykle ważne i dlatego dokładają starań, by przynajmniej raz dziennie wszyscy członkowie rodziny zasiedli razem przy jednym stole. Gdzie indziej obowiązują inne zasady, a jedzenie jest w nich sprawą bardziej indywidualną i przypadkową. Myślę, że trzeba być fanatykiem, żeby twierdzić, że jedne zasady charakteryzują „lepszą” rodzinę niż inne. Praktyczne różnice zależą po prostu od różnic w wartościach wyznawanych przez rodziców.

Wielu rodziców nie potrafi zaakceptować faktu, że jeśli chcemy mieć jakiś zysk, musimy najpierw coś zainwestować. Nie można na dłuższą metę oczekiwać, że przy stole zapanuje harmonia i miły nastrój, jeśli kwestie jedzenia załatwia się w sposób możliwie szybki, prosty i tani. I odwrotnie: nikt nie nauczy się doceniać troskliwie i dobrze przyrządzonego jedzenia, jeśli reguły dietetyczne i witaminy staną się ważniejsze niż ludzie, którym mają służyć.

Nie można też wymagać, aby każdy wspólny posiłek był pełen rodzinnej harmonii, nawet jeśli bardzo się o to staramy, zaopatrujemy się w wartościowe produkty, z troską przygotowujemy dobre potrawy i codziennie jemy razem. Zawsze mogą wypłynąć jakieś konfliktogenne sprawy rodzinne – pośrednio lub bezpośrednio. A jeśli gdzieś nie ma zwyczaju codziennego, wspólnego jadania, wypłyną one w innym momencie i przy innej okazji.

Posiłek nie jest dobrą okazją, by wychowywać dzieci – czy innych członków rodziny. To czas, kiedy możemy obserwować swoją rodzinę i cieszyć się nią – taką, jaka jest w danym momencie. Jeśli rodzice czują, że to lub owo powinno zostać skorygowane, lepiej zrobią, jeśli poczekają z tym na inną okazję. Dzieci przy stole reagują dokładnie tak samo jak dorośli: każdy z nas wie, jak nieprzyjemnie jest, gdy ktoś na nas bez przerwy patrzy, obserwuje i koryguje. Od razu tracimy apetyt i przestaje nas cieszyć jego obecność. Zachowanie takie jest dla nas obraźliwe i narusza nasze granice.

Na dobry, rodzinny posiłek składają się różne okoliczności. Z psychologicznego punktu widzenia jest to nieprzewidywalne dzieło wielu osób. Są jednak i takie elementy dobrego, wspólnego jedzenia, które zależą od nas – i o nich będzie mowa na następnych stronach tej książki.

2. ROLA GOSPODARZA

Kierowanie rodziną leży całkowicie w gestii rodziców. Ich zadaniem jest tę kierowniczą rolę objąć i realizować. Celowo używam tu terminologii biznesowej – choć nie do końca pasuje ona do relacji rodzinnych – gdyż mam nadzieję, że pozwoli czytelnikowi lepiej zrozumieć moje rozważania i doświadczenia. Po rozpadzie rodziny opartej na ścisłej hierarchii i uznaniu dzieci za kompetentne i równorzędne dorosłym, rodzicom przypadł w udziale obowiązek przejęcia przywództwa w rodzinie. Często mają z tym duże trudności. Lub formułując to inaczej: wielu rodziców wciąż szuka takiego sposobu realizowania swej roli przywódcy, który nie naruszałby integralności i kompetencji dzieci.

W swych wcześniejszych książkach przedstawiałem szeroko zakres i charakter odpowiedzialności dorosłych w relacjach z dziećmi. W odniesieniu do obecnego tematu można podzielić ją na dwie kategorie.

• Rodzice odpowiadają za odżywianie własne i swoich dzieci. Praktycznie znaczy to, że decydują, co kupuje się w sklepie i w jakich ilościach, oraz co z tego zostaje pozostawione do dyspozycji dzieci.

• Rodzice odpowiadają za dobrą atmosferę w rodzinie i za ton, jakim się mówi w domu. Dotyczy to zarówno relacji między dorosłymi, jak i relacji między dorosłymi i dziećmi. Przypisuję tę odpowiedzialność rodzicom nie dlatego, że tak jest rozsądnie albo sprawiedliwie, ale dlatego, że jest to jedna z dwóch rzeczy, których dzieci nie potrafią robić (drugą jest umiejętność troszczenia się o siebie). Kiedy jakość relacji rodzinnych zaczyna zależeć od dzieci, kończy się to ogólnym chaosem i obie strony źle się z tym czują.

Kompetencje dzieci w odniesieniu do jedzenia polegają na tym, że odpowiadają za swój apetyt i swój smak, a ich reakcje na określone potrawy są zawsze autentyczne. Wiedzą, kiedy czują głód i kiedy są najedzone. Dlatego nie ma obawy, żeby miały umrzeć z głodu albo utyć, jeśli pozostawi się je samym sobie. Dzieci posiadają wyjątkowo czułe kubki smakowe, których mógłby pozazdrościć im niejeden smakosz lub sommelier. Jednak ich smak zmienia się w czasie, zupełnie tak samo jak u dorosłych.

Zachęcam rodziców, aby szanowali kompetencje dzieci w dwóch powyższych punktach. Czasami może to być trudne i wymagające. Niekiedy dorosłym nie pozostaje nic innego, jak tylko pokiwać głową nad dziecięcymi wyborami, jeśli porównają to z tym, co jeszcze pokolenie wcześniej było uznawane za zupełnie oczywiste. Kiedyś matki uczono ignorować sygnały dziecka i na przykład nie zwracać uwagi na pasywność niemowlęcia, które miało już dość jedzenia albo chciało zrobić sobie przerwę. Miłość i troska polegały na tym, by tak zmanipulować dziecko, żeby dało w siebie wlać jak najwięcej. Starszym dzieciom wyznaczano porcje, które byłyby odpowiednie dla dorosłych. I obojętnie, czy nakazywało im się jeść wszystko do końca, czy nie – radość matki, która otrzymywała pusty talerz, była jednoznaczna. Gotując dla dzieci dzisiaj, także stoimy przed trudnym zadaniem odróżnienia ich realnych potrzeb od naszych wyobrażeń na ten temat.

Trzecia